Komunikacja zastępcza. Szkice o mikropodróżowaniu - Jakub Kornhauser


Reflow text when sidebars are open.
Nie wiem, jak wy, ale ja z bohaterów muminkowego uniwersum najbardziej lubiłem brata Homka Tofta, który jadł ziemię. Plotki kolportowane w Dolinie głosiły, że podczas nocnej eskapady dopadły go węże bagienne, wóz-widmo lub Hotomomba o nieznanym rysopisie. W każdym razie miał na amen ugrzęznąć gdzieś w mule, ku powszechnym płaczom i trwodze. Mała Mi dorzuciła do tego info, jakoby żywe grzyby wpełzały do domów i porastały śpiących smacznie lokatorów, czym prawie doprowadziła Homka do apopleksji. Rzecz jasna okazało się to wszystko wierutną bzdurą; gigantyczne moczary skurczyły się do rozmiarów ogródka z przydrożnym rowem, a i cała reszta towarzystwa była dość mocno wyolbrzymiona, łącznie z dżdżownicopodobnymi wężami. Koniec końców brat Homka Tofta siedział sobie na podwórku i jak gdyby nigdy nic zajadał piasek oraz wióry.
Chciałbym, żebyście wyobrazili sobie podróżowanie jako aktywność przedsiębraną właśnie w takich przydomowych realiach. Furda wielkie łazęgi w stylu Włóczykija i grube dystanse pokonywane przez niezmordowaną Bukę! Najfajniejsze historie tworzą się po sąsiedzku, za winklem, koło torów, na działkach, nad rzeką, mówiąc krótko - pod nosem. I nic nie stoi na przeszkodzie, żeby takie wycieczki w skali mikro urastały do rangi gigantycznych ekspedycji, bo wystarczy odrobina wyobraźni, nieco zmysłu obserwacji, chęć porzucenia utartych szlaków i raz-dwa otwierają wam się na dzielni światy, co się zowią. Przemierzając tereny spychane na plan dalszy i może nieświecące luksusami z folderów reklamowych, ale za to konkretniejsze, nieusuwalne, wgryzione w grunt, z każdym krokiem odkrywacie coś nowego. A to wpadnie wam w oko przy nasypie kolejowym chałupina, w której rezydują sarny z dzięciołami, a to spróchniałe drzewo przypominające kawał armatohaubicy, a to wreszcie wrak Poloneza w podwójnej roli pasa transmisyjnego dla ruderalnych roślin oraz dostarczyciela dermy do wyściełania gniazd i legowisk.
Taka jest również książka, którą czytacie. Operuje lokalnie, bo jest raczej jak pociąg osobowy zatrzymujący się na każdej stacyjce, a nie jak dalekobieżna torpeda mknąca między stolicami. Tutaj liczą się szczegół, fragment, drobiazg, resztka; wspomnienia z dzieciństwa, gdy całymi popołudniami darło się przez chaszcze, kopało w poszukiwaniu skarbów, przeczesywało nieużytki i strefy zamknięte; współczesne miniwyprawy po gminach i powiatach, pieszo lub rowerem, pociągiem Regio tudzież podmiejskim autobusem, do lasu, na łąkę, wśród pól oraz do gminnych muzeów wypełnionych kapitalnymi rekwizytami, opowieściami; a także, co oczywiste, ludzie spotkani w trasie, jak panowie Wojtek i Witold, jak Tomek i Patrycja, jak Jenny i Piotruś, jak nieodżałowany Kurak. Plus teksty, filmy i ich bohaterowie, ci, którzy czas spędzali na wałęsaniu się po bliższej i dalszej okolicy, jak Bromba, Fumy i Gżdacze, jak Huczek i Sommer, jak postacie z filmów Barańskiego, Herzoga, Jarmuscha czy Lyncha. Oraz ci, co o włóczęgach i spacerach pisywali w trybach literackim, filozoficznym, naukowym lub "bez żadnego trybu", jak Solnit i Clément, Tokarczuk i Schulz, Humphreys i Augé, Kalder i Czycz, Nietzsche i Joyce. Wszystkich ich i wszystkie je tu znajdziecie.
Aha, i jeszcze tytuł: prosta sprawa, "komunikacja zastępcza" kojarzyć się wam powinna z tym niecodziennym modusem, gdy z powodu remontu trakcji lub nawierzchni zamiast pociągu podstawia się autobus, a zamiast autobusu - pociąg. Lub trzeba wziąć i drałować na piechotę. Raz, że macie szansę na lepsze lub choćby inne poznanie tego wycinka rzeczywistości, który na co dzień ledwie omiata się wzrokiem, bo wtem wszystko zdaje się szczegółowsze i bardziej żywe. Dwa zaś, że zmienia się - w sposób wymuszony, no ale co tam, każdy bodziec do działania zasługuje na pochwałę - perspektywa, zatem wybudzeni z monotonii zaczynacie funkcjonować trochę niczym pionierzy, chcąc uszczknąć z tego, co dookoła, jak najwięcej dla siebie oraz siebie samych wpisać w nową okoliczność przyrody.
Ale "komunikacja zastępcza" to również, zdaje się, całkiem niezły kryptonim dla działalności wywrotowej (nie za mocno powiedziane? - no to niech będzie: zwodzącej, przemykającej bokami, wyostrzającej widzenie) w odniesieniu do samego porozumiewania się na linii osoba pisząca - osoba czytająca. Otóż w książce rozprawia się o mikropodróżowaniu i z mikropodróżowaniem, więc niby powinno być głównie o (małych) miejscach i (nieznacznym) przemieszczaniu się, lecz kto wie, czy nie słychać tutaj przede wszystkim o pracy pamięci i zmysłów, o ruchu i ciele, o marzeniach i tęsknocie, o utracie i uśmiechu, o rzeczach i emocjach, o ludziach realnych i ludziach książkowych, o zwierzętach lądowych i wodnych, tych ze skrzydłami i szczeciną, z futrem i ogonem pełnym łusek lub ostrymi zębiskami, o domach i schronieniach, o obrazach i słowach, o konkrecie i wyobraźni, o byciu sobą i byciu kimś zupełnie innym, choćby doraźnie i w niepewności - bo w końcu "we could be heroes just for one day", jak wyśpiewał David Bowie, skądinąd prawda, że w nieco innej przestrzeni i w innych historycznych kontekstach.
Nie bójcie się więc skakać między rozdziałami i tematami, fikcją i niefikcją, waszymi przemyśleniami a tym, co mówi do was złożony z literek głos. Różnice zacierają się w sekundę i tym samym możecie rozpocząć podróż w nieznane, bo często bliżej wam do tego, co dalej - takie życie, że przedkłada się egzotykę nad starą bidę. A przecież to, co za oknem, także może zaoferować całą masę wrażeń, wie o tym każda i każdy pamiętający ciepłe popołudnia dzieciństwa. Trzeba tylko pozwolić sobie na pójście tam, gdzie was oczy i nogi poniosą, zupełnie jakbyście byli Homkiem Toftem i jego bratem, który jadł ziemię, a nawet Małą Mi czy Buką. Najważniejsze to nie dzielić spraw "w ten sposób, żeby po jednej stronie były rzeczy wiarygodne i pożyteczne, po drugiej zaś - zmyślone i niepotrzebne". Tylko wtedy zasłużycie na całą leguminę, która została z obiadu.
Ahoj, przygodo!
Jak pewnie wiecie z opowiadania Macieja Wojtyszki o Gżdaczach, bywają wszechświaty "Grube i Chude, Kolorowe i Nadmuchiwane, Mrugające i Odrzutowe" - pełne gwiazd bojowych, starć tytanów, kosmostrad z milionami pasów i galaktycznych przedsięwzięć, lśniące blichtrem Wielkich Spraw i Ważnych Zobowiązań. Ale dostępne są również wszechświaty całkiem niepozorne, w wariancie nano, wręcz najmniejsze z najmniejszych, przycupnięte w pakamerce, zawsze na zapleczu, w rezerwie, przy odnodze głównych idei i arterii tego czy innego ustroju. Rzecz jasna roi się w nich od tycich futrzastych zwierzątek - Glusiów, Psztymucli czy innych Pciuchów - które poradziły sobie z pułapkami ewolucji znacznie skuteczniej niż zwaliste, ociekające śluzem monstra. Małe wszechświaty uchodzą słusznie za ciepłe i przytulne, jawiąc się niczym wypchane watą pudełka po zapałkach, czekające na strudzonego świerszcza, albo jako piernikowo-ciasteczkowe dziuple i chatynki ze snów całego zastępu Kubusiów Puchatków. I nawet wraże narracje znanego z Kingsajzu nadszyszkownika Kilkujadka, który pragnąłby uczynić ze swojej Szuflandii królestwo opresji raczej niż emanację krasnoludkowej arkadii, nic a nic nie tamują naszego parcia ku utopiom: im drobniejszy wszechświat, tym większą chcemy w nim dostrzec szansę na pokojowe współistnienie, a groźby konfliktów, niesnasek i ans rozproszyć w okamgnieniu.
Niezaprzeczalną zaletą takich nanoświatów jest również ich kapsułowość - da się je bez trudu upchnąć w kieszeni i nie opuszczać na krok z pilnością brulionowców, gdy chodziło o numer "Literatury na Świecie" poświęcony szkole nowojorskiej. Bez znaczenia, czy przyjmą one formę szklanej kuli, z zimą i świętem wewnątrz, nęcącej wiecznym powrotem rzeczy, czy pozbawiony już powidoków Friedricha Nietzschego status domku dla lalek lub przytułku dla manekinów, dają miraż skończoności, a my, podmioty, co tu dużo mówić, raczej ludzkie, nie lubimy robić przecież nic innego poza utwierdzaniem się w przekonaniu o byciu panami tudzież paniami sytuacji. Wolimy być jak Gottfried John w ekranizacji walserowskiego Jakoba von Guntena, który objąwszy wielgachnymi dłońmi szklany glob pełen rozmaitości, zarządza losem płatków śniegu i bezimiennych figurek, zupełnie jakby robił to z podopiecznymi tytułowego Instytutu Benjamenta. A nie jak Mark Rylance, ów biedny, zgarbiony Jakob, rozpaczliwie próbujący znaleźć nici łączące rekwizyty w wodno-dyspersyjnej rzeczywistości szklanego nanoświata, by odnieść tę metonimię do prawdziwej - tak jakby miała ona w ogóle istnieć - rzeczywistości nieco staromodnej placówki wychowawczo-edukacyjnej, którą szczelnie zamknięto w szeregowej kamienicy.
Zresztą i w instytucie, i w kuli z płatkami śniegu, i w szufladzie, i w dziupli, a nawet w króliczej norze - niezależnie od tego, co faktycznie można tam odnaleźć - pragniemy dopatrzeć się samych siebie, przejrzeć się jak w lustrze, znaleźć ukojenie targających nami lęków i żądz. Narzucamy nanoświatom osobistą opowieść, lepimy je z najcieplejszych myśli i zaklinamy modłami, byleby tylko zakryć ziejącą zewsząd pustkę. Owa przytulna cukierkowość nieuchronnie wiąże się zatem z mocnym wypieraniem Realnego; przychodzi z odsieczą naszym strachom i ogólnemu zagmatwaniu, które toczy nas jak robale pleniące się w trzewiach wypielęgnowanego, pachnącego trawnika przy eleganckim domu na przedmieściach - jak to się dzieje w scenach otwierających Blue Velvet Davida Lyncha. Kiedy bowiem przyjrzeć się dokładniej, zerwać maskę mieszczańskich konwenansów wykwitających pozłotą pseudobiskupich rezydencji, dochodzi do głosu nie tylko wycie wieczności, lecz również jej prosta, bezmyślna, druzgocąca siła. Której, rzecz jasna, nie da się zaradzić stawianiem kolejnych puchato-lukrowych zapór, choćbyśmy upychali te słodkości jedna na drugą, śpiewając dla kurażu o zielonych słoniach z kokardkami u zada. Koniec znacie z Lyncha (i z Roya Orbisona): chcecie klauna, co jest "candy-colored", dostajecie urwane, obgryzione przez owady ucho w trawie.
Dlatego lepiej uprzedzić swoje strachy i zamiast raczyć je fantazmatami mdłymi od ulepków, zaatakować wizją wszechświata małego, lecz tej małości świadomego, nieuciekającego od porażek, braków, wątpliwości, dumnego, że hej. I, co równie istotne, deczko podobnego do naszego, choć tym podobieństwem robiącego nas w legendarne bambuko. Bo weźmy takiego pana Huczka z fińskich opowiadań Hannu Mäkelä: niby mieszka w lesie, na ryby chodzi, a i do miasta zajrzy ponapawać się spółdzielczymi punktowcami - ba, od święta nawet powiezie się taryfą - a jednak cały czas macie wrażenie, że to makieta świata, gabinet woskowych krajobrazów jakby skarlałych i przez to skarlenie spotworniałych, acz wciąż udających coś, co za wszelką cenę chcielibyście w nich widzieć. Małość podkreślana jest tu raz po raz: "Nie mam nic prócz małego domku", zauważa pan Huczek ponuro, bo w końcu za oknem wszystko w kontrze: niekończąca się noc, ujadanie bezdomnych psów, dryblasy z nożami, arogancko chichrające się bobry, no a sam domek, mimo że "miękki" i otulony wonią świeżo zaparzonego earl greya, też czegoś niepewny - bo raz nawiedzany przez kocury o gabarytach brontozaura, a raz przez parówkożerne rośliny miotające ostrymi przedmiotami. Więc nanoświat i owszem, ale taki, co to walka w nim idzie na całego, a jeńców, jak mawiają ziomale we wszechświatach ciut większych, tu się nie bierze.
No i smutek. Bo nie ma prawdziwego nanoświata bez nostalgii, która żre w samotne wieczory. Nic nie przyniesie ukojenia, szans brak: ani podśpiewywanie, ani przeobrażanie krzeseł w pelikany, ani napychanie się łakociami, które, jak ustaliliśmy, są tylko widomym symptomem całej masy wyparć. I nawet próby wyczarowania jakiegoś innego, "ratunkowego" nanoświata wewnątrz nanoświata własnego, o powabniejszym i mniej zimowo-nocnym charakterze, muszą spalić na panewce: zamiast bajecznie kolorowych ogrodów wychodzą nam "pajęczyny, kurz i trociny", a kiedy nareszcie pośrodku salonu ukażą się rajskie drzewa i rajski staw, to i tak ta złuda zniknie w try miga - razem z gadatliwym szczupakiem, "który żył w stawie, pod wielkim kamieniem, i potrafił piec torty". Każde zdarzenie ma tu w sobie pierwiastek klęski, obliczono je na minimalizowanie strat. Idzie o to, że wcale nie trzeba panu Huczkowi współczuć bycia opryskanym błotnistą breją przez pędzące auto, wyśmiania przez zgraję wyrostków czy boleśnie zakończonej próby pływania w zamarzniętym jeziorze, skoro on sam macha na to płetwą, bo po prostu nie bierze do siebie żadnych niepowodzeń, strat czy afrontów - i szlus.
Okazuje się więc, że prawa nanoświata wymagają pogodzenia się z losem, przy czym nie mówimy o ciągłym utyskiwaniu na czyhające co rusz marności, jak to jest, dajmy na to, w Siedzącym słoniu Hu Bo, gdzie smutek szarych chińskich bloków przygważdża do cna i dna, lecz chodzi raczej o immanentną oszczędność w gestach i słowach, zamiarach i pragnieniach, wreszcie emocjach przejawianych wobec siebie i innych. Ale oszczędność łagodną i uczciwą, a nie wmówioną przez speców od mód. Co zostaje? Odessanie wszystkiego, co efekciarskie - natchnione i głośne - spowoduje, że przybliżymy się do małego sam na sam z Realnym. Zaś widmo takiej schadzki ma to do siebie, że już-już zbiera nam się na zadumę, no bo jak to tak iść nieprzygotowanym na spotkanie ze swoimi lękami? Zbiera nam się jak panu Huczkowi, który "nie miał ochoty nigdzie wychodzić ani robić niczego szczególnego", więc z nudów wziął się do wizualizacji wielkich podróży po makrowszechświecie. A ten, jak można się domyślić, "w szalonym pędzie gna gdzieś w dal, o której nikt nic nie wie". Rozważania te prowadzą go do stwierdzenia tyleż paradoksalnego, co całkiem łebskiego: otóż w końcu "wszechświat będzie tak duży, że wszystko znajdzie się bardzo blisko".
I dobrze, zdawałoby się, gdy oto nanoświaty ze szczerbatymi garnczkami, woreczkami o nieustalonym przeznaczeniu i kilkoma krzewami borówek spotkają się z utuczonymi gwiazdozbiorami, raz-dwa można będzie szarpnąć się na wypadzik byle łajbą na Księżyc, a nawet z powrotem. No ale, po prawdzie, jest w ogóle sens się tak porywać? Nie skończymy czasem jak ten Gżdacz, co opuścił swój najmniejszy i najprzyjemniejszy ze światów, żeby powąchać naszego, i wnet zgłodniawszy, musiał zadowolić się byle grzybem, bośmy mu nie umieli dostarczyć ulubionej tiritongi? Nie warto by, zamiast międzygalaktycznych eskapad mega, przedsięwziąć jaką podróż mikro? Pójść na spacer z psem, rundę zrobić po osiedlu, pomyszkować w przysiółku, poszperać w chaszczach nad rzeką, powłóczyć się bez celu - i co, źle wam z tym? I wprawdzie pogodzenie z losem, porażka wpisana w życie, nuta samotności i nostalgiczne podszepty to nie wata cukrowa ani paka makaroników, ale przyznajcie, że takie zetknięcie z Realnym może dać znacznie więcej frajdy niż nurzanie się w rozkosznych do znudzenia fantazjach, bo w końcu - o czym zaświadcza sam pan Huczek - "w dzień lepiej pływać prawdziwą łodzią po prawdziwym jeziorze".