Rozdział 2
2
Jakieś dziesięć dni temu poszedłem po pracy na drinka z gościem o imieniu Brendan. Od długiego czasu namawiał mnie na spotkanie, a ja
wyprztykałem się z wymówek. Facet pracuje dla prywatnej firmy
detektywistycznej Cityside Investigations, która jest klientem
kancelarii adwokackiej, gdzie byłem zatrudniony przez ostatnie dwa lata.
Nie znam Brendana za dobrze, ale zawsze ucinamy sobie pogawędkę, kiedy
przychodzi do biura, żeby odebrać dokumenty i poflirtować z sekretarkami. Jest mniej więcej dziesięć lat starszy ode mnie, chudy i niski. Ma falowane włosy zaczesane na bok, które nadają mu nieco
tudorskiego wyglądu. Zazwyczaj nosi niebieską lub szarą sportową
marynarkę, beżowy golf i ciemnoniebieskie dżinsowe dzwony, których
nogawki kończą się nieco ponad jego spiczastymi, brązowymi, skórzanymi
butami. Obowiązkowo grana jest wystająca, pstrokata skarpeta. Jest
niezbyt atrakcyjny, jego nos jest odrobinę za cienki i ostry, co ogólnie
nadaje mu wygląd przygłupa. Tak, wielkiego przygłupa, często kojarzonego
z trepami z Yorkshire.
Brendan uważa się za "zabawnego" i pewnie taki jest, jeśli lubi się
towarzystwo głośnych ludzi. Ciągle gada i używa śmiechu jako przecinka.
Nie ma dla niego znaczenia, że nie powiedział ani nawet nie próbował
powiedzieć nic śmiesznego, i tak parska i tubalnie się śmieje mniej
więcej co trzecie zdanie. Raczej nie przejmuje się tym, co inni mają do
przekazania. Musi być wspaniale wierzyć, że ludzie lubią twoje
towarzystwo. To na pewno dobry fundament pewności siebie. Zawsze jestem
chętny poudawać, że interesuje mnie jego ględzenie, dzięki czemu myśli,
że go lubię. Ja nie posunąłbym się dalej niż do stwierdzenia, że go
akceptuję.
Po pracy wysłałem mu SMS, że będę w pobliskim pubie Grove Tavern w Camberwell około dziewiętnastej. Gdy dotarłem na miejsce, zauważyłem
kolorowy rower w czerwono-białe paski oparty o ścianę przy wejściu.
Przeszło mi przez myśl, że w środku jest wkurzony żongler i rzuca na
oślep maczugami w oświetlenie. Z przyjemnością zobaczyłbym następstwa
takiego zdarzenia.
Kiedy wszedłem do środka, nie zobaczyłem żadnego żonglera, ale od razu
dostrzegłem Brendana siedzącego przy barze ze wzrokiem wlepionym w ekran
smartfona. Nie zauważył mnie. Wokół siedziało kilka osób, ale ogólnie
było cicho i przytulnie. Bar zajmuje jedną część pomieszczenia, a po
przeciwnej stronie stoi szereg boksów z półokrągłymi kanapami obitymi
bordowym materiałem przypominającym aksamit. Do głowy wpadła mi pewna
myśl: jaka byłaby najlepsza nazwa dla "aksamitnego" puddingu.
- Zechciałby pan spróbować puddingu?
- Być może, co macie?
- Czekoladowo-pomarańczowy aksamit serwowany z gęstą śmietaną.
- Czegoś takiego nie odmówię, brzmi bardzo wykwitnie. Poproszę.
Potem przypomniałem sobie, że nie interesują mnie puddingi, a co dopiero
proces ich produkcji, więc porzuciłem te rozmyślania niczym zużyty
bilet.
Usiadłem obok Brendana, który od razu zaczął gadać.
- Ach, Gary, co ci zamówić? Bierz, co chcesz, ha, ha, ha!
- Poproszę kufel IPA, dzięki.
- Ha, ha, ha! Barman! Kufel IPA dla mojego kumpla!
- Przepraszam za spóźnienie. Musiałem wysłuchać w pracy oświadczenia
pewnego gościa, który okropnie się stresował.
- O rany, nerwus. Rzeczywiście potrafią być mało kompetentni, ha, ha,
ha, ha!
- Ta, zgadzam się. Ciągle się drapał, wiesz, zanim zlał się potem.
Chciałem zapytać, czy wszystko w porządku, ale kiedy ktoś tak się
drapie, może chodzić o osobistą rzecz i nie wypada o tym wspominać,
więc...
Widziałem po jego wyrazie twarzy, że kompletnie go to nie interesuje.
Nie bawił się w kurtuazję, po prostu mi przerwał.
- Słuchaj, Gary, po prawdzie nawet nie zauważyłem, że cię tu nie ma,
szczerze mówiąc, ha, ha, ha! Mam do ciebie pytanie natury prawnej.
- Wiem, że pracuję w kancelarii prawnej, ale...
- To mi wystarczy. Nie szukam porady, po prostu wydaje mi się, że
wymyśliłem ciekawą zagwozdkę prawną, ha, ha, ha, więc słuchaj. Co
sądzisz o tym: dziś rano, rozumiesz, piłem kawę, sam, przy stoliku przed
kawiarnią. Przy stoliku obok mnie siedziała pewna para, oboje wydawali
się nieco zdenerwowani, jakby mieli jakąś nierozwiązaną sprawę. Na moje,
coś kombinowali, wiesz, mieli romans czy coś takiego, ha, ha, ha! Dla
zabicia czasu nagrałem telefonem około dwudziestu sekund ich rozmowy,
wiesz, żeby poczuć dreszczyk emocji, a potem odtworzyłem nagranie na
słuchawkach bezprzewodowych, ha, ha, ha! Doskonale słyszałem, co mówili.
Rozmawiali o wyjeździe do Dubaju na jakiegoś wykwintnego burgera, a w tle leciał kawałek Coldplay albo Oasis, w sumie kogo to, kurwa,
obchodzi...
Na chwilę odpłynąłem i spojrzałem przez ramię Brendana w stronę baru.
Siedziała przy nim ładna, ciemnowłosa kobieta, prawdopodobnie kilka lat
młodsza ode mnie. Wpatrywała się w telefon i popijała gazowany napój.
Przyznałem w myślach, że mi się podoba, po czym ponownie skupiłem uwagę
na Brendanie.
- Moje pytanie brzmi następująco: gdyby trzeba było puścić to nagranie w sądzie jako część materiału dowodowego, to czy sąd musiałby zapłacić
tantiemy Coldplayowi albo Oasis? Co więcej, czy któryś z tych zespołów
mógłby nie zgodzić się na odtworzenie nagrania? Co o tym sądzisz, Gary?
- Dobre pytanie, Brendan. Niestety, nie jestem w stanie ci pomóc. Gówno
wiem o prawach autorskich. Pomagam przy spisywaniu aktów przeniesienia
własności, sporządzaniu testamentów, przyjmuję oświadczenia, tego typu
duperele.
Kiedy mówiłem, ponownie zerknąłem w stronę baru i zobaczyłem, że
ciemnowłosa kobieta patrzy w naszą stronę, wciąż bawiąc się telefonem.
Ma trochę ponury wyraz twarzy, pomyślałem, ale może jest mną
zainteresowana albo chociaż tym, co próbuję sobą reprezentować.
- Powiedz, Brendan, co u ciebie? Czy prowadzisz tyle śledztw, żeby
utrzymać się na powierzchni?
- Niestety, nie za bardzo, ha, ha, ha! Kilka tygodni temu szef odsunął
mnie od dużej sprawy. Wracam do harówki przy obsłudze dokumentów,
nakazów sądowych i wezwań świadków. Sprzedaję gazetom informacje od
lokalnych gliniarzy. Ściągam długi. Całkiem dobrze mi idzie, pewnie
dzięki temu, że jestem niski i niegroźny, ha, ha, ha!
- Może chodzi o twój nos.
- Co masz na myśli?
- Cóż, jest tak wąski, że gdyby ktoś chciał cię uderzyć, mógłby się
skaleczyć.
- Tak uważasz?
- Tak.
- Cóż, to nieprawda. Pijesz to piwo czy co, nochalu, ha, ha, ha!
Chwyciłem kufel i wziąłem duży łyk piwa. Kiedy piłem je po raz pierwszy,
znienawidziłem jego smak, ale teraz nie mogę bez niego żyć. To samo
miałem z peklowaną wołowiną i kawą.
- Co to za duża sprawa, nad którą pracowałeś?
- Nie mogę powiedzieć, kolego. To bardzo delikatne.
- Pieprzyć to! Dawaj, uchyl rąbka tajemnicy. Niech pomyślę... Ma to
związek z oszustwami w aptece albo w sieci kawiarni?
- Nie, nie jesteś nawet blisko, ha, ha, ha!
- To może chodzi o rozwód celebrytów i musiałeś kręcić się po siłowni, w której żona polowała nie tylko na ciężary?
- Nie, słuchaj, nie mogę ci nic powiedzieć i, szczerze mówiąc, nie
chciałbyś wiedzieć. To nie ma sensu, w sprawę zaangażowani są paskudni
ludzie. Zostawmy to.
Jego mina wyraźnie mówiła, że zakończył temat, poza tym zauważyłem, że
podczas tej wymiany zdań ani razu się nie roześmiał. Wydawał się nieco
zakłopotany, rozkojarzony. Po jego pewności siebie nie było śladu. Nie
chciałem stawiać go w takiej sytuacji i poczułem się trochę jak dupek.
Zmieniłem temat na piłkę nożną. On zmienił go na życie osobiste
sekretarek z mojego biura. Ja zmieniłem na pojazdy elektryczne, a on
znowu na sekretarki. Ja poszedłem do toalety.
Kiedy stałem przy moim ulubionym pisuarze, nagle poczułem smutek. Byłem
w Londynie od prawie dwóch lat i wciąż nie nawiązałem żadnych
wartościowych znajomości. Skupiałem się na pracy, chowałem się w biurze
i nie zaprzyjaźniłem się z żadnym kolegą z pracy. Nie mieliśmy ze sobą
nic wspólnego poza sprawami firmowymi i plotkami związanymi z klientami
i pracownikami sądu. Zrozumiałem, że ten pub jest początkiem i końcem
mojego życia towarzyskiego.
Słyszałem rozmowę i dźwięk automatu do gry, dochodzące z drugiego baru,
przy którym zazwyczaj przesiaduję. A pojawiam się w pubie regularnie.
Najczęściej, gdy pokazują transmisje z meczów piłki nożnej na dużym
ekranie. Zawsze siadam obok faceta o imieniu Nick i jego kumpla
Andy'ego. Nigdy nie zaproponowali, żebym się przysiadł, to zadziało się
spontanicznie, bo najlepszy widok na telewizor jest z trzech stołków na
końcu baru. Nasze rozmowy krążą wokół piłki nożnej i pracy. Po
zakończeniu meczu najczęściej szybko zbierają się do domów. Nawet nie
wiem, gdzie mieszkają. Sięgnąłem do kieszeni, żeby sprawdzić w telefonie, czy dzisiaj transmitowany jest jakiś mecz i okazało się, że
zostawiłem telefon w pracy.
W mojej głowie pojawiła się twarz ciemnowłosej kobiety. Jest bardzo
ładna. Od przeprowadzki do Londynu nie byłem w żadnym związku.
Zaprosiłem kiedyś jedną z sekretarek na curry, ale siedząc w taksówce w drodze powrotnej, okropnie się spociliśmy, więc natychmiast
zrezygnowałem. Od tamtej pory podchodzimy do siebie bardzo ostrożnie.
Innym razem zaprosiłem dziewczynę poznaną na internetowym portalu
randkowym do lokalnego pubu. Na zdjęciach wyglądała atrakcyjnie, a wymiana wiadomości szła dość gładko. Kiedy się pojawiła, zobaczyłem
najbardziej potężne ramiona, jakie kiedykolwiek widziałem u kobiety.
Była niska i drobna, ale tych ramion nie powstydziłby się bokser wagi
ciężkiej. Miała obsesję na punkcie chwytów oraz momentu obrotowego i ciągle chwaliła się stosunkiem swojej masy do siły. Po około półgodzinie
poszedłem do toalety i wyszedłem bocznymi drzwiami. Na moje nieszczęście
przewidziała ten ruch i czekała na mnie przed wyjściem. Nazwała mnie
kutasem, a potem rzuciła mnie na dach range rovera i poszła w noc, przy
okazji uskuteczniając walkę z cieniem. Od tamtego wieczoru trzymam się z dala od portali randkowych.
Z powrotem usiadłem na stołku barowym obok Brendana. Ciemnowłosej
kobiety nie było już przy barze. Odrobinę spanikowałem, ale potem
zobaczyłem, że siedzi na kanapie z aksamitnym obiciem. Patrzyłem, jak
wyjmuje książkę ze skórzanej torby i zaczyna czytać. Książka natychmiast
ją wciągnęła. W przeciwieństwie do niektórych, nie dostaję palpitacji
serca, kiedy widzę samotnie siedzącą dziewczynę czytającą książkę - tak
naprawdę wydaje mi się to dość chytre i oklepane. O co tyle hałasu?
Prawdopodobnie książka jest o futurystycznych kaczkach żołnierzach czy
innych podobnych bzdurach. Kończyła drinka. Może wkrótce podejdzie do
baru. W pewnym momencie Brendan położył na ladzie tanią teczkę ze
sztucznej skóry i męczył się z mosiężnymi klamerkami, próbując ją
zamknąć.
- Fajna teczka, Brendan. Sprawdza się?
- Co? A, tak. Jest okej.
Znowu wydawał się zdenerwowany, trzęsły mu się ręce. Zanim zamknął
teczkę, rzuciłem okiem na jej zawartość. Były w niej karteczki
samoprzylepne, ładowarka do telefonu, cztery albo pięć długopisów
spiętych gumką recepturką, telefon, grzebień i mały ogórek.
- Aż dwa telefony? Musisz mieć zawiłe życie.
- Nie, nie do końca. Jeden jest służbowy, a drugi prywatny, którego
numer dałem ludziom. Wiesz, tym, z którymi rzeczywiście chcę pogadać.
- W którym masz mnie?
- Chyba w tym służbowym. Wiesz, dzięki temu mogę to sobie wliczyć w koszty służbowe.
- Brzmi sensownie.
- Słuchaj, Gary, przepraszam, ale kiedy byłeś w kibelku, dostałem pilny
telefon. Muszę spadać na spotkanie z klientem.
W głębi duszy ucieszyłem się, gdy to usłyszałem.
- Szkoda, chłopie, ale praca to praca. Poradzę sobie. Chyba w drugim
barze transmitują dziś wieczorem jakiś mecz. Obejrzę go z kumplami.
- Tak, zrób to. Słuchaj, Gary, dzięki za spotkanie. Powinniśmy to kiedyś
powtórzyć. Przepraszam, że tak krótko.
- Nie ma problemu - odpowiedziałem.
- Słuchaj, mógłbym wpaść w przyszłym tygodniu do twojego biura, żeby
odebrać dokumenty, którymi się dla mnie zajmujesz?
- Tak, zadzwoń do mnie wcześniej, to podrzucę je do recepcji.
- Fajnie. Hej, podam ci numer mojego prywatnego telefonu. Tego, który
zawsze odbieram. Zadzwoń, kiedy zechcesz, to umówimy się na porządnego
drinka i nadrobimy dzisiejszy wieczór.
Napisał numer na karteczce samoprzylepnej i wsunął ją do kieszeni mojego
płaszcza. Potem klepnął mnie w plecy i wyszedł z pubu. Nie zaśmiał się
ani razu, odkąd wróciłem z toalety.
Ucieszyłem się, że wyszedł. Poczułem ulgę. Przekonałem siebie, że
ciemnowłosa kobieta może być mną zainteresowana. Wziąłem kolejne piwo i zapytałem barmana, czy w drugim barze transmitują dziś mecz. Nie
wiedział. Zamówiłem stek z frytkami. Kiedy to robiłem, ciemnowłosa
kobieta wstała, stanęła przy barze zaledwie kilka metrów ode mnie i zamówiła szprycera. Poczułem dreszcz emocji i gapiłem się na jej buty.
Była w pięknych, bordowych martensach z ciemnoniebieskimi sznurówkami.
Zawiązała je na podwójną kokardkę. Ich pętelki były identycznych
długości i średnicy. Elegancko. Nie podobają mi się obcasy, wyglądają
niewygodnie i nienaturalnie. Te buty to dobry znak. Oderwałem od nich
wzrok i wziąłem łyk piwa.
Kiedy patrzyła, jak przygotowują jej drinka, mogłem lepiej się jej
przyjrzeć i tym samym ocenić moje szanse. Była drobna, miała trochę
poniżej metra siedemdziesiąt i nosiła jasnoniebieską, dżinsową kurtkę
Levisa oraz czarny sweter. Jej torba spoczywała na biodrze. Miała włosy
do ramion. Były gęste, z idealnie przyciętą grzywką do połowy czoła. Nie
widziałem oczu, ale podejrzewałem, że są brązowe. Mogła być nauczycielką
albo kierowniczką restauracji, a może nawet zajmować się czymś związanym
z garncarstwem. Była jeszcze ładniejsza, niż początkowo zakładałem. Nie
miałem szans.
Gdy odchodziła od baru, żeby wrócić na miejsce, wykonała nienaturalny
ruch głową w moim kierunku. Był celowy, nie pijacki. Spojrzałem w dół na
swoje piwo.
- Kolega cię zostawił, prawda? - zapytała.
- Tak, eee, no tak. Dobre oko - odpowiedziałem, kretyńsko się
uśmiechając.
- No cóż, przynajmniej to przyjemny lokal.
Uśmiechnęła się i wróciła na swoje miejsce. Czy powinienem pociągnąć
temat i podejść do jej stolika? Sama myśl przepełniła mnie strachem.
Nigdy nie byłem dobry w nawiązywaniu kontaktu z nieznajomymi, w szczególności z płcią przeciwną. Musiałem wymyślić dobry tekst na
początek. Wiedziałem, co chciałbym usłyszeć, gdyby role się odwróciły -
coś w stylu: "Wolisz płaskie czy nierówne powierzchnie?", "Chciałbyś,
żeby w Sports Direct sprzedawali też świeże mięso?", "Musiałeś kiedyś
użyć opaski uciskowej w pracy?". Potrafiłbym na to dobrze zareagować
dzięki mojej bujnej wyobraźni. Nie każdy tak ma, więc lepiej rozegrać to
bezpiecznie. Mógłbym podpytać o buty, na przykład, czy są wytrzymałe.
Albo czy dzięki temu, co ma w drinku, znowu czuje się młodo i świeżo.
Pieprzyć, po prostu się przysiądę i oddam jej inicjatywę.
Wziąłem piwo i podszedłem do półokrągłej loży, w której siedziała. Były
tam dwa drewniane stoliki. Postawiłem kufel na tym, który był pusty.
Spojrzała na mnie, kiedy siadałem, a ja posłałem jej szybki uśmiech i odwróciłem wzrok. Usiadłem jakieś półtora metra od niej, co uznałem za
dość bezpieczny dystans.
- Tyłek cię rozbolał od stołka barowego? - zapytała.
Udawałem, że jestem zaskoczony, wręcz zszokowany, że ktoś siedzi w tej
samej loży.
- O, cześć. Przepraszam, byłem w swoim świecie. Co mówiłaś?
- Pytałam, czy tyłek cię rozbolał od stołka barowego.
- Nie, w ogóle. Chociaż, może trochę.
- Zapragnąłeś odrobiny luksusu w postaci dralonu?
- Tak - przyznałem, głaszcząc obicie kanapy. - Lubię nazywać je
aksamitem. Brzmi mniej meliniarsko.
- Aksamit. Nie słyszałam, żeby ktoś to tak nazywał. Brzmi jak jakiś
pudding, nie? Mrożony, ale wykwintny.
- Otóż to, strzał w dziesiątkę. Właśnie tak sobie wcześniej pomyślałem.
Nie przepadam za puddingami, ale dla czekoladowo-pomarańczowego aksamitu
zrobiłbym wyjątek.
Oboje się zaśmialiśmy. Ona nieco nieprzekonująco, ja trochę zbyt głośno.
Potem na krótko nastała niezręczna cisza, którą poczułem się zobowiązany
przerwać.
- Czy książka, którą czytasz, jest o kaczkach?
- Szczerze mówiąc, nie czytam. To tylko rekwizyt, który ma zniechęcić
ludzi do zagadywania.
- Cholera, przepraszam, naprawdę chciałem tylko posadzić zadek na czymś
bardziej miękkim. Już się zamykam.
- Nie, nie o to mi chodzi. Poza tym to ja pierwsza do ciebie podeszłam,
pamiętasz? Chętnie z tobą pogadam. Ja też nie lubię puddingów.
Tak zaskoczyła mnie jej zachęta, że wróciłem do tematu kaczek.
- To jak w końcu, książka jest o kaczkach?
- Nie, to zwykła książka, więc tak naprawdę nie jest o niczym
szczególnym. Chociaż szacun za poważnie wyglądającą okładkę.
Książka miała twardą oprawę i była gruba. Kobieta obróciła ją do mnie,
dzięki czemu mogłem zobaczyć tytuł. Kompleks satsumy. Obwoluta była
ciemnoniebieska, pośrodku przedniej okładki widniała duża mandarynka
satsuma z sylwetką wiewiórki w środku. Straszne gówno.
- Na okładce jest wiewiórka. Skąd wiesz, może ma jakieś kaczki
przyjaciółki - stwierdziłem.
- Chcesz przeczytać i się dowiedzieć? - Położyła książkę na moim
stoliku.
- Nie, dzięki. Szczerze mówiąc, nie jestem wielkim fanem czytania i nie
wiem, czy zniósłbym rozczarowanie, gdyby okazało się, że nie ma w niej
żadnych kaczek. - Odłożyłem książkę z powrotem na jej stolik.
W tym momencie przyszedł barman ze stekiem i frytkami, które zamówiłem
przy barze. Talerz był tłusty, a drewniane rękojeści noża i widelca były
wyszczerbione. Zastanawiałem się, czy poprosić o wymianę, ale nie
chciałem, żeby pomyślała, że jestem dupkiem. To ryzykowne posunięcie,
jeśli chcesz się komuś spodobać.
- Przepraszam, umieram z głodu. Nic nie jadłem, odkąd wyszedłem z pracy.
Nie masz nic przeciwko? - zapytałem.
- Nie, w ogóle. Lubię facetów, którzy czerpią przyjemność z jedzenia.
Sprawiają wrażenie takich, którzy mają poukładane w głowie.
- Chcesz frytkę? Albo dwie? Właściwie to możesz zjeść wszystkie, ale nie
bierz tej długiej z przypaloną końcówką.
- Nie, dzięki - odpowiedziała z takim wyrazem twarzy, jakby jednak miała
ochotę na frytki, więc na wszelki wypadek od razu zjadłem tę długą.
- Hej, ten facet, z którym siedziałeś, włożył ci coś do kieszeni, zanim
wyszedł. To twój diler? - zapytała.
- Nie, jestem uzależniony jedynie od placków i ciasta Battenberg. Dał mi
swój prywatny numer telefonu. Dostałem awans z "kontaktu służbowego" na
"znajomych i rodzinę". Mam teraz ze trzech znajomych, ale numer telefonu
tylko do jednego.
- Myślisz, że po tym awansie będziesz do niego częściej dzwonił.
- Szczerze wątpię.
- Skąd go znasz? To twój kochanek? A może szofer i kochanek?
- Nie, mój szofer zabił mojego kochanka potężnym ciosem w głowę.
Musiałem go zwolnić.
Zaśmiała się, a ja poczułem, że to ważny moment. Nerwy w moim żołądku
ewakuowały się poprzez małego cichacza.
- No, to skąd go znasz? Nie wyglądał na twojego prawdziwego towarzysza.
- Tak naprawdę nie znam go zbyt dobrze. Czasem wpadam na niego w pracy,
rzadko widujemy się poza biurem. Dostał niespodziewane wezwanie z pracy,
z czego bardzo się cieszę.
- Tak, ja też.
Miło z jej strony.
- Na pewno nie chcesz frytki? - zapytałem.
- Na pewno, szczególnie że zjadłeś już tę długą.
Kiedy jadłem stek, nastąpiło nieuniknione spowolnienie rozwoju rozmowy.
Byłem tego świadomy, więc zaryzykowałem z osobistym pytaniem, żeby
przywrócić dialog na właściwy tor.
- Gdy zobaczyłem cię przy barze, pomyślałem, że możesz być nauczycielką.
Wiesz, książka, martensy, gazowany napój. Jestem blisko?
- W ogóle.
- Nie masz nic przeciwko, żebym spróbował jeszcze raz?
- Śmiało.
- Zajmujesz się garncarstwem? Nie wiem, tworzysz, sprzedajesz, badasz,
importujesz? Po prostu, siedzisz w tym?
- Czemu przyszło ci to do głowy?
- Głównie z powodu grzywki. Geometryczne fryzury kojarzą mi się ze
sztuką. Wiesz, nazwiska takie jak David Hockney, Phil Oakey, Jane
Brurier. A martensy to chytre przedłużenie artystycznego spektrum.
- Kim, kurwa, jest Jane Brurier?
- Nie mam pojęcia, ale brzmi dobrze.
- Zdradzę ci, że noszę martensy, odkąd byłam nastolatką.
- Podobają mi się. Skarpety dobrze w nich leżą, a do tego wysyłasz
światu wiadomość, że jesteś poważnym człowiekiem.
- Ta. Żeby nie było, na łóżku nie mam mnóstwa pluszaków.
- Ja też nie. No, to czym się zajmujesz?
- Kiedyś zarządzałam restauracją w Brighton.
- Wiedziałem, kurwa.
- Ale zrezygnowałam z tego jakieś cztery lata temu. Teraz pracuję z domu, sprzedaję różne gówna na eBayu.
- Kacze gówna?
- Jeszcze nie, ale jeśli staną się modne, będę musiała to rozważyć.
Sprzedaję głównie stare ubrania, ubrania od projektantów, lampy z połowy
wieku, ozdoby, tego typu rzeczy. Dobrze idą. Mam do tego dryg.
- Ile dostałabyś za mój dzisiejszy strój?
Przyjrzała się mi od góry do dołu. Miałem na sobie ciemnoszary garnitur,
który kupiłem kilka lat temu w Debenhams, bawełnianą, białą koszulę z Marksa & Spencera i brązowe, zamszowe trzewiki z Clarks.
- Osiem funtów - stwierdziła.
Oboje się roześmialiśmy, głównie z powodu aury naszej rozmowy.
- Pierwszy raz siedzę w tej części pubu - oznajmiłem. - Zazwyczaj
przychodzę tu oglądać mecze przy drugim barze. Lubisz piłkę nożną?
- Nie, ale lubię patrzeć na facetów oglądających piłkę nożną. To
wydobywa z nich najlepsze i najgorsze cechy. Z powrotem zmieniają się w małych chłopców, co na co dzień próbują ukryć.
Niespodziewanie zdałem sobie z czegoś sprawę.
- Chwila, kiedy wchodziłem, zauważyłem rower przypięty łańcuchem do
pachołka obok wejścia. W czerwono-białe paski, jakby należał do Grincha
albo tego zjeba z Gdzie jest Wally? Jest twój?
- Tak, zgadza się. Jak się domyśliłeś?
- Mam bujną wyobraźnię, możesz spytać moją mamę. Gdy go zobaczyłem,
zastanawiałem się, do kogo może należeć. Przyszedł mi na myśl pieprzony
żongler albo dziewczyna, która wygląda tak jak ty. Rzadko mylę się w takich sprawach. Ładny, tak swoją drogą. Jesteś z niego zadowolona?
- Tak, jest idealny. Dzisiaj zamarzyło mi się pojechać gdzieś, gdzie
nikt mnie nie zna, więc po prostu wskoczyłam na rower i znalazłam to
miejsce. Mam tylko niecały kilometr do osiedla Grange, więc jest super.
Ty jesteś super, cisnęło mi się na usta, ale oczywiście nie powiedziałem
tego. Rozmawialiśmy jeszcze kilka godzin, a ja byłem oczarowany każdym
jej słowem. Opowiedziałem jej o mojej pracy, małym mieszkaniu i o sytuacji, kiedy tata zdzielił mnie pasem, bo pozwoliłem na drzemkę
bezdomnemu w naszym garażu. Ona opowiedziała mi o nadmorskim hotelu, w którym dorastała, i jak przyłapała ojca na uprawianiu seksu z gościnią w jednej z sypialni. Ja opowiedziałem jej, jak podszedłem do wykonania
rzutu wolnego w meczu piłki nożnej i nadałem piłce tak piękną
trajektorię, że sędzia zagwizdał i nalegał, żeby zrobić przerwę na
modlitwę. Ona opowiedziała mi, że kiedy była nastolatką, razem z przyjaciółką namalowały sprejem słowa "Dupy do góry!" na deskach
zachodniego molo w Brighton. Ja opowiedziałem jej o właścicielu
kawalerki w Manchesterze, gdzie studiowałem prawo, który zbierał czynsz
w każdą niedzielę i nalegał, żebym puszczał jakiś album muzyczny, a on
siadał na jedynym krześle i słuchał muzyki, wcinając orzeszki. Nie mówił
ani słowa, tylko dziękował, gdy ostatni utwór dobiegał końca. Ona
opowiedziała mi o sytuacji, kiedy poszła do kina w sylwestra, żeby
zobaczyć disneyowską wersję Robina Hooda. Była jedyną osobą w sali i w połowie seansu pracownik kina wręczył jej darmowego hot doga oraz colę i poklepał ją ze współczuciem po plecach. Stwierdziła, że był to najlepszy
sylwester, jaki przeżyła.
Po tym jak skończyłem jeść stek i frytki, odniosła mój pusty talerz do
baru po drodze do łazienki. Był to bardzo wzruszający i miły gest. Już
więcej nie spojrzała na książkę i ostatecznie siedziałem z nią, a nie
blisko niej. Około wpół do jedenastej zapytałem, czy ma ochotę na
ostatniego drinka. Nie wiedziałem, czy powinienem poprosić o jej numer,
odprowadzić do domu, czy po prostu się pożegnać i liczyć, że jeszcze
kiedyś się spotkamy. Zaproponowanie drinka pozwoliło mi odłożyć ten
wybór w czasie. Poprosiła o kolejny kieliszek wina musującego, więc
przecisnąłem się do baru i wykrzyczałem zamówienie.
Gdy się odwróciłem i ruszyłem z powrotem do stolika, zauważyłem, że
zniknęła. Jej książka wciąż leżała na stoliku, dlatego stwierdziłem, że
poszła do toalety. Minęło pięć minut i wciąż nie wracała. Pomyślałem, że
wyszła na papierosa przed bar, więc poszedłem to sprawdzić. Nie było jej
tam, a rower z Wally'ego również zniknął. Byłem zdruzgotany. Wróciłem na
miejsce i dokończyłem piwo, przetwarzając w głowie naszą rozmowę. Czym
ją uraziłem? Nie potrafiłem wskazać chwili ani słów, które mogłyby
skłonić ją do wyjścia. Chociaż może nie chodziło o to, co zrobiłem lub
powiedziałem - może po prostu była poza moim zasięgiem. W końcu to była
moja pierwsza myśl, a warto ufać instynktowi. Zostawiła na stoliku
książkę - może jako prezent pożegnalny? Leżała otwarta, okładką do góry.
Podniosłem ją i zauważyłem, że na otwartej stronie zakreśliła słowa
"może kaczki znały sekrety jaskini". Na górze napisała: "Nie będziesz
zawiedziony, ha!". Schowałem książkę do teczki i wyszedłem z pubu.
Kiedy wracałem do domu, zaczęło padać. Chodnik wydzielał zapach ciasta
naleśnikowego. Czułem, że jestem jednocześnie posępny i podekscytowany.
Poznałem niesamowitą dziewczynę i niezwykle się z tego cieszyłem, ale i tak wracałem samotnie do swojego nędznego mieszkania. Wszedłem na teren
osiedla i zatrzymałem się przy placu zabaw, żeby zobaczyć, czy mój
ogoniasty kumpel jest w okolicy. Nie widziałem go, ale słyszałem jakieś
szmery w liściach za pniem dużego buka. Uciąłem sobie krótką pogawędkę w ciemności.
- No i co, Gary, znowu sam? - zapytałem w imieniu swojego ukrytego
przyjaciela.
- Tak, na to wygląda. Ale poznałem dziewczynę, naprawdę mi się
spodobała.
- Poprosiłeś ją o numer albo umówiliście się na kolejne spotkanie?
- Nie, nagle zniknęła.
- Czyli cię olała. Wydaje mi się, że chcesz się nad tym pochylić i zapytać, co robisz źle.
- Nie zrobiłem nic złego, chociaż mogłem wyglądać trochę lepiej...
Mówiłeś, że moje sprawy idą dobrze?
- Bo idą, Gary, ale w ogóle sobie nie pomagasz. Musisz w siebie trochę
bardziej uwierzyć, pomyśleć o swoich dobrych stronach. Czy zastanowisz
się nad tym dłużej niż chwilę?
- Tak, obiecuję. Co u ciebie?
- Wszystko pięknie. Dobranoc.
- Dobranoc.