Najbardziej pamiętna osoba mojego życia
Była tak głęboko zakorzeniona w mojej świadomości, że przez pierwszy
rok szkoły widziałem w każdej nauczycielce swoją matkę w przebraniu. Po
ostatnim dzwonku gnałem co tchu do domu, zastanawiając się w biegu, czy
zdołam tam dotrzeć, zanim ona zdąży wrócić do normalnej postaci. Ale
kiedy wpadałem do kuchni, matka niezmiennie już się krzątała, stawiając
przede mną mleko i kruche ciasteczka. Doznana porażka nie rozwiewała
jednak moich złudzeń, a tylko zwiększała szacunek dla jej mocy. No i zawsze odczuwałem ulgę, że nie złapałem jej między wcieleniami - chociaż
nie rezygnowałem z prób; wiedziałem, że ani mój ojciec, ani siostra nie
mają pojęcia o prawdziwej naturze matki, gdyby więc kiedykolwiek udało
mi się ją przyłapać znienacka na gorącym uczynku, to ciężaru zdrady,
który, jak sądziłem, spadnie wówczas na mnie, w wieku lat pięciu nie
podjąłbym się udźwignąć. Pewno miałem też stracha, że czeka mnie smutny
koniec, jeżeli zobaczę, jak matka wyfruwa ze szkoły i wlatuje przez okno
do naszej sypialni albo wyłania się, kończyna po kończynie, ze stanu
niewidzialności i wskakuje w fartuch.
Naturalnie, kiedy prosiła, żebym opowiedział, co robiłem w przedszkolu,
relacjonowałem cały dzień ze szczegółami. Nie rozumiałem bynajmniej
wszystkich implikacji jej wszechobecności, wierzyłem tylko święcie, że w ten sposób kontroluje, jak się sprawuje jej synek, kiedy uważa, że matki
nie ma w pobliżu. Jeden ze skutków mojej fantazji przetrwał (w tej
szczególnej formie) aż do pierwszej klasy szkoły podstawowej, bo
przekonany, że nie mam innego wyjścia, stałem się prawdomówny.
No i inteligentny. O mojej grubej siostrze z ziemistą cerą matka mówiła
(nieskrępowana obecnością starszej ode mnie Hannah, prawdomówność bowiem
też była jej dewizą):
- To dziecko nie jest geniuszem, ale czegóż można żądać? Mój Boże! Nie
powiem, pracuje ciężko, daje z siebie wszystko, musi się zadowolić tym,
co zdoła osiągnąć.
O mnie zaś, spadkobiercy jej długiego egipskiego nosa i niezamykającej
się, mądrej buzi, matka zwykle mawiała z charakterystyczną rezerwą:
- A ten cwaniak? Nie musi nawet otwierać książki, zbiera same piątki.
Istny Albert Einstein!
Jak to przyjmował ojciec? Pił - oczywiście nie whisky, tak jak goje,
tylko olejek parafinowy i mleczko magnezowe, do tego żuł laxigen, rano i wieczorem jadł otręby pszenne i codziennie wcinał półkilową torbę suszu
owocowego. Cierpiał - i to jak! - na zatwardzenie. Jej wszechobecność i jego zatwardzenie, matka wlatująca przez okno sypialni, ojciec skupiony
nad wieczorną gazetą z czopkiem w pupie - oto, panie doktorze, moje
najwcześniejsze wspomnienia rodziców, ich atrybutów i tajemnic. Ojciec
parzył w rondelku suszone liście senesu, co wraz z czopkiem
rozpuszczającym się poza zasięgiem wzroku w kiszce stolcowej składało
się na j e g o czarnoksięstwo - parzył te żyłkowane zielone listki, mieszał
łyżką diablo cuchnący płyn, po czym ze znużoną, zbolałą miną wlewał go
ostrożnie do sitka, a następnie do swojego zapartego wnętrza. Wreszcie
pochylał się w milczeniu nad pustą szklanką, jak gdyby nadsłuchiwał
odległego grzmotu, i czekał na cud... Czasem, we wczesnym dzieciństwie,
siadałem w kuchni i czekałem razem z nim. Ale cud nigdy nie nastąpił,
przynajmniej nie taki, który by zgodnie z naszymi nadziejami i modlitwami przyniósł zawieszenie wyroku, uwolnił go raz na zawsze od tej
plagi. Pamiętam, że kiedy podano w radiu wiadomość o wybuchu pierwszej
bomby atomowej, ojciec powiedział na głos: - Może to coś da. - Ale żadne
środki przeczyszczające nie skutkowały: kiszki tego człowieka
pozostawały w żelaznych kleszczach gniewu i frustracji. Pośród innych
jego niepowodzeń to ja byłem ulubieńcem jego żony.
Żeby bardziej skomplikować sobie życie, on też mnie kochał. Również
pokładał we mnie nadzieje rodzinne na to, abyśmy "nie byli gorsi od
innych", widział naszą szansę na zdobycie uznania i szacunku - chociaż
kiedy byłem mały, jego rozmowy o ambicjach wobec mnie ograniczały się
głównie do pieniędzy.
- Nie bądź głupi tak jak twój ojciec - żartował z małym chłopcem
siedzącym mu na kolanach - nie żeń się dla urody, nie żeń się z miłości,
ożeń się bogato.
Nie lubił, żeby patrzono na niego z wyższością, wszystko, tylko nie to.
Tyrał jak osioł, tyle że na przyszłość, która mu nie była pisana. Nikt
mu nigdy nie zadośćuczynił, nie odwdzięczył się - ani moja matka, ani
ja, ani nawet moja kochająca siostra, której męża on po dziś dzień uważa
za komunistę (chociaż szwagier jest teraz współwłaścicielem dochodowej
firmy napojów chłodzących i ma dom w West Orange). No i z pewnością nie
ta miliarderska firma protestancka (czyli "instytucja", jak chętniej się
tam sami określają), która wyzyskiwała go bez reszty. "Najbardziej
dobroczynna instytucja finansowa w całej Ameryce" - pamiętam te jego
słowa, kiedy zabrał mnie po raz pierwszy, żebym obejrzał jego kącik
pracy, czyli biurko i krzesło, w przestronnej siedzibie Towarzystwa
Ubezpieczeń na Boston i Okręg Północno-Wschodni. Właśnie, przy synu
mówił z dumą o Towarzystwie, nie chciał uwłaczać swojej godności,
krytykując ich publicznie - przecież to oni wypłacali mu pensję w czasach Kryzysu, oni dali mu papeterię z jego nazwiskiem, wydrukowanym
tuż pod winietą przedstawiającą statek "Mayflower", ich godło (a zatem i jego, cha, cha), no i co roku na wiosnę w całej swej dobroczynności
fundowali jemu i mojej matce pierwszorzędny, darmowy weekend w Atlantic
City, w nie byle jakim, bo luksusowym hotelu dla gojów, żeby ich tam
(podobnie jak innych agentów ubezpieczeniowych ze stanów
środkowoatlantyckich, którzy przekroczyli tak zwany P.S.R., czyli plan
sprzedaży rocznej) onieśmielali recepcjonista, kelner, boy hotelowy, nie
wspominając już o zdumionych gościach, tych płacących za siebie.
Wierzył też gorąco w to, co sprzedawał - kolejne źródło udręki i wyczerpania. Nie tylko zbawiał własną duszę, kiedy wkładał po obiedzie
palto i kapelusz i znów wychodził do pracy - ruszał także zbawić
jakiegoś nieszczęsnego skurczybyka, któremu lada chwila wygaśnie polisa
ubezpieczeniowa, zapewniając tym samym bezpieczeństwo jego rodzinie "na
wypadek deszczu".
- Alex - często mi tłumaczył - człowiek musi mieć parasol na wypadek
deszczu. Nie zostawia się żony i dziecka na deszczu bez parasola!
I chociaż mnie, w wieku pięciu i sześciu lat, wydawało się to z gruntu,
a nawet wzruszająco rozsądne, jego deszczowe porady nie zawsze
wywoływały podobną reakcję u gamoniowatych Polaków, porywczych
Irlandczyków i niepiśmiennych Murzynów, którzy mieszkali w zubożałych
dzielnicach, przydzielonych mu do zdobywania klienteli przez
"najbardziej dobroczynną instytucję finansową w całej Ameryce".
W slumsach śmiali się z niego. Nie słuchali go. Kiedy pukał do drzwi,
rzucali w nie butelkami po piwie, wołając: "Wynoś się, nie ma nas w domu". Szczuli psy, żeby wbijały zęby w jego nachalną żydowską dupę. A mimo to na przestrzeni lat zdołał zebrać od Towarzystwa tyle plakietek,
dyplomów i medali za wzorową pracę, że zawiesił nimi całą ścianę naszej
długiej sieni bez okien, gdzie trzymało się w pudłach naczynia
paschalne, a latem składowało się dywany "perskie", zmumifikowane w grubych warstwach papieru dziegciowego. Skoro wyciskał krew z kamienia,
czyż Towarzystwo nie powinno mu odpłacić jakimś własnym cudem? Może "pan
prezes" w "centrali" dowie się o jego osiągnięciach i w ciągu jednego
dnia awansuje go z inspektora o poborach pięć tysięcy rocznie na
dyrektora okręgu z piętnastoma tysiącami? Ale trzymali go wciąż na tym
samym stołku. Któż inny dałby sobie tak świetnie radę z tym zakazanym
rewirem? Zresztą w dziejach Bostonu i Okręgu Północno-Wschodniego nie
znalazł się ani jeden dyrektor Żyd ("To nie nasza sfera, kochanie", jak
mawiano na statku "Mayflower"), a mój ojciec z podstawowym
wykształceniem niezbyt się nadawał na pierwszy lodołamacz agentur
ubezpieczeniowych.
Portret N. Everetta Lindabury'ego, prezesa Towarzystwa na Boston i Okręg
Północno-Wschodni, wisiał u nas w sieni. Jego oprawioną w ramy podobiznę
wręczono ojcu, kiedy sprzedał ogółem polis ubezpieczeniowych na sumę
miliona dolarów, a może dostawało się ją, kiedy przekroczyło się kwotę
dziesięciu milionów. "Pan Lindabury", "centrala" - ojciec wymawiał przy
mnie te słowa z takim nabożeństwem, jak gdyby mówił o Roosevelcie w Białym Domu w Waszyngtonie... nie omieszkając wtrącać, jak to on ich
wszystkich nienawidzi, zwłaszcza Lindabury'ego, jego płowych,
jedwabistych włosów, błyskotliwego języka prosto z Nowej Anglii, jego
synów na Uniwersytecie Harvarda i córek na prywatnej pensji dla
dziewcząt, tej całej bandy szajgeców z Massachusetts, ich polowań na
lisa! gry w polo! (takie ryki doszły mnie pewnego wieczoru zza drzwi
jego sypialni) - bo uniemożliwiają mu, rozumie pan, zgrywanie bohatera w oczach żony i dzieci. Co za gniew! Co za furia! Na dobitkę nie miał jej
na kim wyładować, jedynie na sobie.
- Dlaczego nie mogę się wypróżnić, mam już tych suszonych śliwek po
dziurki w nosie i gdzie indziej! Dlaczego wciąż cierpię na bóle głowy?!
Gdzie są moje okulary?! Kto mi zabrał kapelusz?!
W taki właśnie zawzięty i autodestrukcyjny sposób, w jaki wielu Żydów
jego pokolenia służyło swoim rodzinom, ojciec służył mojej matce, mojej
siostrze Hannah, ale przede wszystkim mnie. Marzył, że ucieknę z więzienia, na które on był skazany. Z jego marzeń wynikały moje - w swoim wyzwoleniu widziałem jego wyzwolenie: od ciemnoty, od wyzysku, od
anonimowości. Do dzisiaj nasze losy splatają się w mojej wyobraźni i nadal zbyt często przy lekturze jakiegoś fragmentu w książce, który
urzeka mnie swoją logiką czy mądrością, zaraz bezwiednie myślę: "Gdyby
tak ojciec mógł to przeczytać. Właśnie! Przeczytać i zrozumieć!". Wciąż
nie tracę nadziei, rozumie pan, wciąż gdybam, chociaż mam trzydzieści
trzy lata... Jeszcze na pierwszym roku studiów, kiedy bardziej nawet niż
teraz odstawiałem syna walczącego o oświecenie ojca - jeszcze kiedy
wydawało się, że w jego, ojca, przypadku stawką jest albo oświecenie,
albo życie - przypominam sobie, jak wyrwałem kupon prenumeraty z jednego
z tych czasopism intelektualnych, które dopiero sam zacząłem odkrywać w bibliotece uniwersyteckiej, wpisałem jego nazwisko i nasz domowy adres,
po czym wysłałem subskrypcję od anonimowego ofiarodawcy. Ale gdy
przyjechałem markotny do domu na Boże Narodzenie, żeby ich odwiedzić i pokrytykować, nigdzie nie znalazłem "Partisan Review". "Collier's",
"Hygeia", "Look" - owszem, tylko ani śladu "Partisan Review". Na pewno
go wyrzucił, nie zajrzawszy do środka - myślałem w swojej arogancji i udręce - odłożył, nie przeczytawszy, uznał za makulaturę, ten szmondak,
ten kretyn, ten mój drobnomieszczański ojciec!
Pamiętam - żeby sięgnąć jeszcze głębiej w dzieje mojego rozczarowania -
pamiętam, jak pewnej niedzieli po południu grałem z ojcem w baseball i na próżno czekałem, aż odbita przez niego piłka poszybuje wysoko nad
moją głową. Mam osiem lat, dostałem właśnie na urodziny pierwszą
rękawicę, piłkę baseballową i prawdziwy kij, którym nie mam jeszcze siły
dobrze machnąć. Ojciec jest od samego rana na nogach, w kapeluszu,
marynarce, muszce, w czarnych półbutach, dźwiga pod pachą masywną czarną
księgę należności, w której widnieje, kto jest ile winien panu
Lindabury'emu. Zachodzi do dzielnicy kolorowych co niedzielę rano, gdyż,
jak twierdzi, to najlepsza pora, żeby zastać tych uparciuchów, co to nie
chcą wybulić nędznych dziesięciu czy piętnastu centów, żeby uiścić
cotygodniową składkę. Zakrada się tam, gdzie mężowie przesiadują na
słońcu, i usiłuje wyrwać od nich kilka mizernych dziesiątaków, zanim
panowie upiją się do nieprzytomności winem Morgan Davis; wyskakuje z zaułków jak strzała, żeby złapać w drodze do kościoła pobożne
sprzątaczki, które w ciągu tygodnia pracują za dnia w domach innych
ludzi, a wieczorem się przed nim chowają.
- Ludzie - ktoś woła - idzie pan ubezpieczeniowiec! - I nawet dzieci
przed nim czmychają, nawet d z i e c i, mówi z obrzydzeniem, no i sam
powiedz, jak te czarnuchy mogą liczyć na poprawę własnego losu? Jak mają
się dźwignąć, skoro nie są w stanie docenić znaczenia polisy
ubezpieczeniowej na życie? Czy ukochani krewni, których po sobie
zostawią, za cholerę ich nie obchodzą? Bo przecież i oni "kopną w kalendarz", sam rozumiesz, mówi gniewnie, "jak amen w pacierzu"! Zrozum,
co to za człowiek, który ma sumienie zostawić własne dzieci na deszczu,
nie zapewniwszy im choćby przyzwoitego parasola!
Jesteśmy na dużym boisku za szkołą. Odkłada księgę należności na ziemię,
podchodzi do pola wybicia w marynarce i brązowym pilśniowym kapeluszu.
Ma na nosie prostokątne okulary w drucianej oprawie, a włosy (które po
nim odziedziczyłem) przypominają niesforne kłębowisko koloru i faktury
wiórków aluminiowych; zęby natomiast, które spoczywają przez całą noc w szklance w łazience, wyszczerzone w uśmiechu do miski klozetowej,
uśmiechają się teraz do mnie, ukochanego synka, z rodzonej krwi, na
którego głowę nigdy nie spadnie kropla deszczu.
- No dobra, ważniaku - mówi i łapie mój nowy kij gdzieś pośrodku, ale,
ku mojemu zdumieniu, lewą ręką zamiast prawą. Potworny smutek chwyta
mnie za gardło. Chciałbym mu powiedzieć: "Tato, pomyliły ci się ręce",
ale stoję jak wryty ze strachu, że za chwilę się rozpłaczę... albo on
zacznie płakać! - No, mistrzu, rzucaj piłkę! - woła, a ja rzucam i oczywiście stwierdzam, pominąwszy wszystkie inne rosnące podejrzenia na
temat ojca, że nie jest również gwiazdą baseballu. Też mi parasol!
Matka zaś potrafiła wszystko, sama wręcz przyznawała, że chyba jest po
prostu za dobra. A czy małe dziecko z moją inteligencją i zdolnością
obserwacji mogło w to wątpić? Umiała na przykład przyrządzić galaretkę,
w której pływały, a właściwie w i s i a ł y, plasterki brzoskwini, przecząc
prawu grawitacji. Potrafiła upiec ciasto, które smakowało jak banan.
Płacząc, cierpiąc, sama tarła chrzan, zamiast kupować siuśki, które
sprzedawano w słoikach w delikatesach. Pilnowała rzeźnika, jak sama
mówiła, "niczym jastrząb", żeby się upewnić, czy aby nie zapomni
przepuścić jej mielonki przez koszerną maszynkę do mięsa. Obdzwaniała
wszystkie kobiety w naszym bloku suszące pranie na sznurach z tyłu domu
- raz nawet w całej swej wielkoduszności zadzwoniła do goja rozwodnika z najwyższego piętra - żeby szybko zabrały bieliznę, bo na nasze okno
spadła właśnie kropla deszczu. Radar, nie kobieta! I to przed
wynalezieniem radaru! Co za niespożyta energia! Co za skrupulatność!
Wyszukiwała mi błędy w słupkach, dziury w skarpetach, brud za
paznokciami, na szyi, w każdej fałdzie ciała. Docierała nawet do
najgłębszych zakamarków uszu, wlewając w nie zimną wodę utlenioną. Płyn
szczypał i musował niczym piwo imbirowe, wypłukiwał na powierzchnię
drobinki ukrytych pokładów żółtej woskowiny, zagrażającej ponoć
ludzkiemu słuchowi. Taki zabieg medyczny (choćby zupełnie poroniony)
wymaga naturalnie czasu, no i oczywiście wysiłku - ale kiedy chodzi o zdrowie i czystość, zarazki i wydzieliny ciała, matka nie oszczędza
siebie i poświęca innych. Zapala świece za dusze zmarłych - inni zawsze
zapominają, a ona pamięta w całej swej pobożności i w dodatku obywa się
bez notatek w kalendarzu. Po prostu ma oddanie we krwi. Kiedy znajdzie
się na cmentarzu, jest bodaj jedyną osobą, jak twierdzi, której "zwykła
przyzwoitość", "najzwyklejsza przyzwoitość" każe wypleć chwasty na
grobach krewnych. W pierwszy słoneczny dzień wiosny już ma zabezpieczone
przed molami wszystkie wełniane ubrania, a dywany zwinięte, związane i wyniesione do składu trofeów ojca. Nigdy nie musi wstydzić się własnego
domu - obcy człowiek mógłby wejść i otworzyć każdą szafę, każdą
szufladę, a ona nie miałaby się czego wstydzić. Można by nawet jeść z podłogi jej łazienki, gdyby zaszła taka potrzeba. Kiedy przegrywa w mah-jongu, umie się z tym pogodzić,
nie-tak-jak-inne-które-mogłaby-wymienić-z-nazwiska-ale-tego-nie-zrobi-nie-wspomni-nawet-o-Tilly-Hochman-to-zbyt-błaha-sprawa-żeby-się-nią-zajmować-zapomnijmy-że-w-ogóle-poruszyła-ten-temat.
Szyje, robi na drutach, ceruje, prasuje nawet lepiej niż ta szwarce,
którą tylko matka dobrze traktuje, zwłaszcza w porównaniu z innymi
znajomymi, u których służy ta sama stara Murzynka z głupim, dziecinnym
uśmiechem na twarzy.
- Tylko ja dobrze ją traktuję. Tylko ja daję jej na obiad całą puszkę
tuńczyka, i to nie byle gówno, ale najlepszy gatunek. Wybacz, Alex, nie
potrafię być skąpa. Przepraszam, ale nie umiem tak żyć, nawet jeśli
płacę czterdzieści dziewięć centów za dwie puszki. Taka Esther
Wasserberg rozrzuca dwadzieścia pięć centów drobnymi po całym domu,
kiedy Dorothy ma przyjść, a po jej wyjściu liczy, czy wszystkie monety
są na miejscu.
- Może jestem za dobra - szepcze do mnie, zalewając wrzątkiem naczynie,
z którego sprzątaczka zjadła właśnie samotnie, jak trędowata, obiad -
ale nie ważyłabym się na coś podobnego.
Raz Dorothy przypadkiem wróciła do kuchni, kiedy matka jeszcze stała nad
kurkiem z literą C, trzymając pod strugami wody nóż i widelec, którego
dotykały grube różowe usta szwarce.
- Sama wiesz, Dorothy, jak trudno ostatnio zmyć majonez ze sztućców -
mówi moja bystra i pomysłowa matka, żeby jak wyjaśniła później, nie
zranić uczuć tej czarnej kobiety.
Kiedy jestem niegrzeczny, wyrzuca mnie z domu. Stoję za drzwiami i walę
w nie bez końca, otwiera dopiero, gdy przyrzeknę, że się zmienię. Ale co
ja takiego zrobiłem? Pastuję co wieczór buty na gazecie z poprzedniego
dnia, rozłożonej starannie na linoleum, zawsze zakręcam porządnie
wieczko pudełka pasty i odkładam wszystkie przybory na miejsce. Wyciskam
tubkę pasty do zębów od końca, szoruję zęby ruchem okrężnym, a nigdy z góry na dół, mówię wciąż "dziękuję", "proszę bardzo", "przepraszam",
pytam: "czy mogę?". Kiedy Hannah jest chora albo przed kolacją zbiera na
mieście do niebieskiej blaszanej puszki datki na Społeczny Fundusz
Żydowski, sam, na ochotnika, poza swoją kolejką nakrywam stół, pamiętam
zawsze, że nóż i łyżka leżą po prawej, widelec po lewej, a serwetka,
złożona w trójkąt, po lewej od widelca. Za nic w świecie nie zjadłbym
mlecznej potrawy z mięsnego naczynia, nigdy przenigdy. Mimo to pamiętam
taki rok w swoim życiu, kiedy prawie miesiąc w miesiąc robię coś
niewybaczalnego, toteż matka każe mi pakować manatki i wynosić się z domu. Co to takiego może być? Mamo, to ja, twój synek, który przed
rozpoczęciem szkoły całymi wieczorami pięknie kaligrafuje
staroangielskim pismem nazwy przedmiotów na kolorowych kołonotatnikach,
który cierpliwie podkleja zeszyty w linię i gładkie, bo powinny starczyć
na cały semestr. Noszę przy sobie grzebień i czystą chustkę do nosa,
pilnuję, żeby podkolanówki nie opadały mi na buty, odrabiam pracę domową
kilka tygodni przed terminem - mamuś, spójrzmy prawdzie w oczy, jestem
najpilniejszym i najporządniejszym uczniem w dziejach szkoły!
Nauczycielki (jak sama dobrze wiesz, bo ci powiedziały) wracają dzięki
mnie zadowolone do domu, do swoich mężów. No więc co ja takiego
zrobiłem? Kto zna odpowiedź na to pytanie, niech podniesie rękę do góry!
Jestem tak okropny, że nie chce mnie widzieć w domu a n i c h w i l i d ł u ż e j.
Kiedy nazwałem raz siostrę piczką-dziewiczką, zaraz wymyto mi buzię
szarym mydłem do prania - to jestem w stanie zrozumieć. Ale wygnanie? Co
ja takiego mogłem zrobić?!
Ponieważ jest dobra, pakuje mi drugie śniadanie do szkoły, ale kiedy
znikam w płaszczu i w kaloszach, nic jej więcej nie obchodzi.
W porządku, mówię sobie, skoro tak ci dyktuje sumienie! (Bo ja też
uwielbiam melodramaty - nie na darmo wychowuję się w tej rodzinie). Nie
potrzebuję drugiego śniadania! Nic mi nie trzeba!
Już cię nie kocham, po co mi synek, który tak się zachowuje. Będę
mieszkała sama z tatusiem i Hannah - mówi matka (jak zwykle celnie, żeby
człowieka zranić do żywego). Hannah może układać kostki mah-jonga dla
pań we wtorkowe wieczory. Nie będziesz nam więcej potrzebny.
Co mi tam! Wychodzę za drzwi do długiej mrocznej sieni. Co mi tam! Będę
sprzedawał boso gazety na ulicach. Pojadę, dokąd oczy poniosą, wagonami
towarowymi i będę spał pod gołym niebem, tak sobie myślę w duchu - ale
wystarczy, że zobaczę puste butelki na mleko stojące przy naszej
słomiance, a szybko zdaję sobie sprawę z ogromu tego wszystkiego, co
tracę, i zaczynam szaleć.
- Nienawidzę cię! - wrzeszczę, kopiąc kaloszem w drzwi. - Jesteś
wstrętna!
W odpowiedzi na te plugastwa, na te herezje niosące się echem po
korytarzach naszej kamienicy, w której rywalizuje z dwudziestoma innymi
Żydówkami o miano patronki poświęcenia, matka jest po prostu zmuszona
zaryglować drzwi na podwójną zasuwę. Wtedy dopiero zaczynam łomotać,
żeby mnie wpuszczono do środka. Rzucam się na wycieraczkę, żeby błagać o wybaczenie mi grzechu (ale co to takiego było?), i obiecuję jej, że będę
grzeczny jak anioł do końca dni naszych, które w owym czasie wydają mi
się wiecznością.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki