Prolog
Nie wiedział, jak długo stał w strugach zacinającego deszczu, pozwalając, aby ciężkie krople rozbijały się na jego twarzy. Nie przeszkadzało mu to. Od czasu do czasu przecierał ją wierzchem dłoni, nie odrywając wzroku od przydrożnego białego krzyża, wystającego z traw niczym chuda, rozcapierzona ręka nieboszczyka.
Zawsze był wrażliwy na otaczającą go naturę, ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie interesowała go aura chylącego się ku końcowi jesiennego dnia. Nie obchodził go las szumiący wokół, wiatr poruszający koronami drzew, docierający do jego nozdrzy intensywny zapach przegniłych liści i ziemi ani deszcz tłukący w jego czarny, lśniący prochowiec. Nie liczyło się nic poza metalowymi ramionami krzyża i rozciągniętym na nim srebrnym ciałem Chrystusa.
Przychodził w to miejsce od prawie trzydziestu lat, dokładnie o tej samej porze, niezmiennie w drugą niedzielę sierpnia, i zawsze na widok krzyża słyszał muzykę i słowa piosenki, tak wyraźnie, jakby ktoś nieopodal włączył radio. Wsłuchiwał się wtedy w głos Krzysztofa Klenczona, wydobywający się gdzieś z zakamarków jego umysłu: "Tylko w polu biały krzyż. Nie pamięta już, kto pod nim śpi...". Pod małym krzyżem nie spoczywał nikt, ale on wiedział, na pamiątkę jakich wydarzeń został tu postawiony. Pamiętał i był przekonany, że wielu już zdążyło zapomnieć, i ten fakt ranił go do głębi.
Kiedy wreszcie ostatnie akordy ucichły w jego myślach, wyrwał się z odrętwienia i niepewnym krokiem ruszył w kierunku krzyża. Ukląkł i położył pod nim bukiet zmokniętych polnych kwiatów. Potem zwrócił się w duchu do Boga, wznosząc modły za zmarłych; nie pominął żadnego z trzydziestu czterech imion. "Wieczny odpoczynek racz dać Anusi, Panie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci..." "Wieczny odpoczynek racz dać Piotrusiowi, Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci..."
Gdy skończył, ze zdziwieniem zauważył, że przestało padać, zupełnie jakby ulewa wyznaczała czas jego wizyty. Jednak on nie zamierzał jeszcze wracać. Za krzyżem zaczynało się gwałtowne obniżenie terenu, skarpa tak stroma, że jego oczy znalazły się w równej linii z koronami wyrastających z niej drzew.
W ostatnią rocznicę przekroczył linię oddzielającą urwisko od drogi. Wtedy był to chłodny, dżdżysty dzień i mgła osiadła w dolinie, ale mimo to był pewien tego, co zobaczył. Widział wyłaniające się z niej małe sylwetki. Słyszał ich krzyki, odgłos pękającego szkła, miażdżonej blachy, a co najgorsze - widział... Zamknął oczy. Zapłakał cicho. Strużki spływających łez natychmiast osuszył chłodny wiatr.
Dziś nie zejdzie w dół skarpy, nawet na nią nie spojrzy. Zamiast tego pójdzie w miejsce, w które im nie dane było dotrzeć. Rzuci okiem, zaplanuje, zrobi wszystko tak jak należy. Szedł dobre kilkanaście minut, nim dotarł do pordzewiałego, niegdyś zielonego szlabanu. Obszedł go i po chwili przystanął przed kolejną skarpą. "Nie było mnie tu od tak dawna" - pomyślał, spoglądając w dół. W dolinie wielkie stare drzewa, do tej pory otaczające go z każdej strony, rozstąpiły się, ukazując zarośniętą polanę i chaty, wyłaniające się z traw jak stare nagrobki. Jesienny wiatr wygwizdywał swoją posępną melodię, a on poczuł przejmujący niepokój, mimo iż wiedział, że jest we właściwym miejscu.
Schodząc po stromym zboczu, asekuracyjnie rozłożył ręce na boki. Ostrożnie stawiając każdy krok, czuł, jak kalosze grzęzną w gęstym błocku. Kiedy wreszcie dotarł na dół, serce wciąż waliło mu w piersi jak oszalałe i sam nie był pewien, czy bardziej z powodu podjętego wysiłku, czy może z podekscytowania. Fakt, nie był już młodzieniaszkiem, tak jak wtedy. Jego ponadsześćdziesięciopięcioletnie ciało nie nadawało się do takich wycieczek, domagało się specjalnego traktowania.
Przez chwilę przyglądał się starym, zniszczonym drewnianym domkom rozsianym wokół. Zaraz potem ruszył przed siebie, a jego kalosze chrzęściły, zagłębiając się w dywan martwych liści. Wiedział, że cel jego wędrówki znajduje się w najgłębiej ukrytej części polany.
Chata nie była duża. Czas już dawno odcisnął na niej swoje piętno. Zapadnięty nierówny dach, który jakimś cudem przetrwał nawałnice niezliczonych zim, teraz przykryty był kocem listowia i igliwia. Od przodu podpierały go dwie grube, niknące w podłodze ganku belki. Drewniane kolumny niczym wartownicy strzegły uchylonych drzwi. Po dawnym kominie nie było śladu. Od strony frontowej wyzierały dwa pozbawione szyb okna. Z jego perspektywy wyglądały jak wielkie ciemne oczy spoglądające wprost na niego. Patrzyły badawczo, jakby oceniały.
- Wróciłem - rzekł cicho.
Po chwili był już na ganku. Na samym jego środku zapadała się podłoga. Obszedł przegniłe deski, pchnął drzwi, które zaskrzypiały niemiłosiernie, wisząc jedynie na dolnym zawiasie, i wszedł do środka. Wnętrze chaty, do którego przez dziury w suficie spływała deszczówka, stanowiło jedno pomieszczenie, śmierdzące zgnilizną i wilgocią. Po dawnych ściankach działowych nie było śladu.
Minęła chwila, zanim zdecydował się zrobić niepewny krok naprzód. Przed frontową ścianą stało palenisko, zwieńczone kamiennym kominem, z zewnątrz niewidocznym, nad którym wisiało wciąż to samo lśniące poroże jelenia, jak diabelska korona. Długo przechadzał się po wnętrzu chaty. Szyszki i gałęzie chrzęściły mu pod butami. Liście, które zapewne przyniósł wiatr, walały się po podłodze.
Nagle usłyszał głośne skrzypnięcie. Zatrzymał się, skonsternowany. Podeszwą kalosza wymiótł zaściełające podłogę liście. Jego oczom ukazał się prostokątny właz. Dostępu do piwnicy strzegła przełożona przez zardzewiały rygiel masywna kłódka. Kopnął w nią raz, kopnął drugi - bez efektu. W końcu zdecydował się opuścić chatę i poszukać jakiegoś ciężkiego kamienia, którym mógłby roztrzaskać zabezpieczenie. Po paru minutach wrócił, dzierżąc taki w rękach. Jedno mocne uderzenie wystarczyło. Podniósł właz i odrzucił na bok. Liście zatańczyły w powietrzu, zmieszane z tumanami kurzu. Ukląkł i spróbował zajrzeć do środka. Zobaczył proste drewniane schody, u samego dołu niknące w ciemnościach. Poczuł, jak serce wali mu w piersi coraz szybciej. Nie chciał tam schodzić, ale jednocześnie pragnął tego. Pomacał kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki. Miał nadzieję, że jej nie zgubił. Na szczęście wciąż była na swoim miejscu. Ostrożnie, bardzo powoli, lekko pochylony ruszył w dół. Stopień po stopniu ciemności stawały się coraz bardziej nieprzeniknione. Słaby płomień zapalniczki, która teraz parzyła mu dłoń, nie był w stanie ich rozproszyć. Zdołał jednak dotrzeć do ostatniego schodka, bardziej po omacku niż świadomy tego, co przed nim. Zapalniczka zgasła, spróbował zapalić ją ponownie, raz, drugi, zaskoczyła za trzecim razem. "Bogu niech będą dzięki" - pomyślał.
Rozglądał się po wnętrzu, obracając się wokół własnej osi. I nagle usłyszał jakiś szelest. Przerażony, odwrócił się w stronę miejsca, z którego dobiegł hałas. Zrobił krok do przodu z wyciągniętą przed siebie ręką. Mizerny płomień zapalniczki ukazał dwa świecące ślepia, gapiące się na niego spod ściany. Stworzenie zasyczało. "Co to, u diabła?!" Choć odegnał tę myśl, najchętniej uciekłby z powrotem na górę. Został jednak i podszedł bliżej. Stworzenie syczało i charczało coraz głośniej.
- Wynoś się stąd! - wrzasnął. - Ale już! - Tupnął ciężkim kaloszem w ziemię.
Zwierzak czmychnął w drugi kąt pomieszczenia i zniknął pod ścianą, gdzie najprawdopodobniej wykopał sobie tunel, którym przekradał się do schronienia. Będzie musiał później go zasypać.
Po chwili znów usłyszał jakiś dźwięk, jakby cichy pisk, dochodzący z miejsca, w którym przed chwilą znajdował się futrzak. Podszedł bliżej. Jeszcze bliżej, tak aby płomień zapalniczki umożliwił mu ujrzenie tego, co czaiło się w ciemności. W gnieździe z liści i gałęzi poruszały się jakieś małe, niepokryte jeszcze futrem kształty. "Młode? To dlatego zwierzak syczał tak zaciekle". Zmiażdżył obcasem pierwsze z brzegu. Usłyszał ciche plaśnięcie. Potem raz jeszcze, i kolejne. But opadał raz za razem. Ile ich było? Siedem, osiem? Zgasił zapalniczkę i usiadł pod ścianą. Pozwolił, aby opatulił go mrok. Nikłe światło przedzierało się przez szpary w deskach podłogi nad jego głową. Czekało go wiele pracy, ale zamierzał poprosić o pomoc przyjaciela. Najważniejszy był fakt, że miejsce nadawało się idealnie. Bóg miał wobec niego plan, a on miał wobec Boga dług, który zamierzał spłacić. Odkupienie win - tylko to było dla niego ważne. Zamknął oczy i ponownie powrócił do wydarzeń sprzed trzydziestu lat. Łzy spłynęły po pomarszczonych policzkach. "Zadośćuczynienie win" - pomyślał. Miał upłynąć dokładnie rok, zanim chata przyjmie pierwszego z tych, którzy mieli mu je umożliwić...
1.
Krystian Głowacki ocknął się, a powracająca przytomność przyniosła ze sobą przenikliwy ból. Złapał się za głowę. Później bolało już całe ciało. Kilka razy mrugnął powiekami, aby odzyskać ostrość widzenia. I kiedy wreszcie to się stało, w jego głowie z hukiem rozbrzmiało pytanie, niczym echo w pustej świątyni: "Gdzie ja jestem, do kurwy nędzy?!". Przetarł oczy raz jeszcze i spróbował wstać. W plecach poczuł ból, jakby ktoś raził go prądem. Zaniechał kolejnej próby. Przeturlał się na bok i powoli usiadł. Łapczywie pochłaniał obraz, który pokazywały mu jego oczy, i im więcej widział, tym trudniej było mu uwierzyć. Znajdował się w klatce. To nie była cela, w której kraty zazwyczaj znajdują się tylko od frontu, tu stalowe pręty miał również po lewej i prawej stronie. Biegły od betonowej posadzki aż do drewnianego sufitu.
Obejrzał się za siebie. Ściana z grubych belek. "Co jest? Gdzie ja jestem?!" Wstał, przytrzymując się krat, choć ból był ogromny. W lewej kostce palił go żywym ogniem, więc przeniósł ciężar ciała na prawą nogę. Oburącz chwycił się metalowych prętów i przysunął się bliżej. Przycisnął do nich twarz. Był w pomieszczeniu, które nie mogło mieć więcej niż czterdzieści metrów kwadratowych. Ze zbrojonych przysufitowych lamp sączyło się mętne światło, ale wystarczyło, aby dokonać oględzin miejsca, w którym się znalazł. Po drugiej stronie pomieszczenia, w półcieniu, stały dwie takie same klatki. Raz jeszcze przyjrzał się swojej. Była dość wysoka i mógłby podnieść ręce, a i tak nie zdołałby dotknąć drewnianych belek sufitu, ale jej podłoga stanowiąca podstawę miała maksymalnie około dwóch metrów kwadratowych. Kolejna, czwarta klatka stała tuż obok jego, po lewej.
Krystian czuł, jak serce zaczyna walić mu w piersi, jak w gardle zbiera się krzyk, który z jakichś niezrozumiałych powodów nie może wyrwać się na zewnątrz. "Co to za miejsce? Co to za miejsce?!" - powtarzał bezustannie głos w jego głowie. Czuł się jak schwytany przez hycla pies, który właśnie trafił do schroniska. "Czy w tych klatkach obok też kogoś przetrzymywano? A może dopiero kogoś tam zamkną?"
Przerażone oczy wciąż plądrowały nietypową celę. Pomieszczenie nie posiadało okien. W ogóle zostało ubogo wyposażone. Początkowo Krystian sądził nawet, że poza klatkami niczego tam nie ma, lecz gdy przyjrzał się dokładniej, stwierdził, że pod ścianą po lewej jest stół. Ale nie taki zwykły, drewniany. Raczej taki, jaki często spotyka się w gabinecie weterynarza. Jego blat lśnił w mętnym świetle, musiał być pokryty nierdzewną blachą. Krystianowi wydawało się, że leżą na nim jakieś narzędzia, ale nie mógł być tego pewien. Gdy przycisnął twarz do krat po prawej, ujrzał rzecz, która ani przez chwilę nie pozostawiała wątpliwości co do tego, czym jest. Z sufitu zwisał wielki, zakrzywiony hak. Przypominał rzeźnicki, taki, na którym wiesza się świńskie truchła, najczęściej łbami do dołu, aby krew mogła spokojnie ściekać do odpływu.
Odwrócił głowę, ciężko dysząc, wsłuchując się w swoje łomoczące serce i czekając, aż panika niechybnie odbierze mu umiejętność racjonalnego myślenia. Wtedy jego wzrok przykuł krzyż znajdujący się we wnętrzu klatki. Wisiał na drewnianej ścianie, do której ją przymocowano. Wpatrywał się w ciemny krucyfiks, wizerunek cierpiącego Chrystusa, i... zrobił krok do tyłu, chwycił się za potargane włosy, a potem wreszcie zaczął się wydzierać. Darł się wniebogłosy przez dobre kilka minut, aż w końcu zrezygnowany i wykończony, łapczywie wdychając każdy haust powietrza, padł na kolana. Chciało mu się wyć. Dopiero teraz zauważył, że w rogu klatki leży jakiś przedmiot. Po chwili skonstatował, że musi to być książka. Nie widział jej wcześniej, bo ciemna obwoluta niknęła w cieniu. Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, aby wreszcie ją podnieść. Patrzył w pochyłe, pozłacane litery układające się w napis - Pismo Święte. Otworzył je pospiesznie w przypadkowym miejscu, gdzie spomiędzy pożółkłych kartek wystawała cienka czerwona tasiemka. Ktoś zaznaczył krótki fragment tekstu jaskrawym mazakiem. Zaczął czytać:
- "Kiedy bowiem byliście niewolnikami grzechu, byliście wolni od służby sprawiedliwości. Jakiż jednak pożytek mieliście wówczas z tych czynów, których się teraz wstydzicie? Przecież końcem ich jest śmierć. Teraz zaś, po wyzwoleniu z grzechu i oddaniu się na służbę Bogu, jako owoc zbieracie uświęcenie. A końcem tego - życie wieczne. Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym"1.
Pokręcił głową w akcie protestu.
- Nie - wymamrotał. - Nie! To nie dzieje się naprawdę. To tylko pieprzony sen...!
"Weź się w garść, mięczaku" - podpowiadał mu głos w jego głowie. Gdy tylko go usłyszał, uspokoił się natychmiast. "Ty mały nic niewart mazgaju! Maminsynku!" Kto mówił do niego w ten sposób? Przez chwilę myślał, że to jego własny głos, nakazujący mu się opanować, ale to nie była prawda. To był głos jego ojca.
Krystian podniósł się, podskakując na jednej nodze, wciąż obejmując pręty krat. Musiał się uspokoić. Ocenić sytuację. Mógłby przysiąc, że po lewej, za kolejną klatką, znajdowały się schody. Nie był tego całkowicie pewny, ale przypuszczał, że ma rację. "Jestem w jakiejś piwnicy" - pomyślał.
Znów przycisnął twarz do krat. Czuł ich przejmujący chłód na swojej gorącej skórze.
- Hej! - zawołał. - Jest tu kto?!
Cisza.
- Hej! Wypuść mnie stąd! Jestem ranny!
Cisza.
- Jest tam kto?!!! - Zaczął szarpać za kraty jak opętany, jakby łudził się, że ma wystarczająco dużo siły, aby je wyrwać.
- Wypuśćcie mnie stąd, bo jak mi Bóg świadkiem...!
Nie dokończył. Znów opadł na kolana i wreszcie pozwolił łzom popłynąć. Łkał jak dziecko.
"Tylko to potrafisz!" - Ponownie ten głos rozbrzmiewający w głowie. "Całe życie tak było. Usiądź i rycz, ty imitacjo mężczyzny!"
- Zamknij się!!! - wrzasnął Krystian i przycisnął dłonie do uszu. - Zamknij się! Nie pozwalam ci tak do mnie mówić, słyszysz?! Ty nie żyjesz! Wynoś się z mojej głowy.
Znów płakał, tak długo, aż wypłakał wszystkie łzy. Wykończony, padł na posadzkę i podciągnął kolana pod brodę. Nie wiedział, jak długo leżał tak, w pozycji embrionalnej, z zamkniętymi oczami, gdy ni stąd, ni zowąd uderzyła go myśl, że przecież położył się na brudnej piwnicznej podłodze w nowiutkiej marynarce od Cafardiniego, koszuli od Laurena i butach od Stefana Bemera. Jednak najbardziej przejmował się wyglądem własnych paznokci, których pielęgnacji poświęcił mnóstwo czasu. Był przekonany, że są już brudne i połamane. W takich miejscach jak to nie zamykano takich ludzi jak on. Jak tu trafił? Niewiele pamiętał. Głowa wciąż bolała. I nagle przypomniał sobie, że wczoraj był wyjątkowo dobry dzień. Wspomnienia raz po raz zaczęły układać się w jedną całość.
Kiedy sportowe porsche carrera zatrzymało się w strugach rzęsistego deszczu przed wjazdem do podziemnego parkingu, wielkie drzwi garażowe otworzyły się niemal natychmiast. Krystian Głowacki wystawił dłoń przez szybę i pomachał w stronę kamery. Od czterech lat mieszkał na luksusowym szczecińskim osiedlu, w jeszcze bardziej luksusowym apartamencie, i robił tak zawsze. Tak niewiele wysiłku kosztował go ten życzliwy gest wobec siedzącego przed monitorem komputera strażnika, pilnującego jego samochodów przez dwanaście godzin na dobę. Krystian sam nie wiedział dlaczego, ale lubił pana Cześka, byłego gliniarza dorabiającego do swej żałosnej emerytury pilnowaniem luksusowych aut. Pewnie większość z nich mógł wcześniej oglądać jedynie w magazynach motoryzacyjnych.
Zaparkował porsche na swoim stanowisku, numer dwadzieścia. Kolejne dwa także należały do niego, a zajmowały je jego białe audi R8 i szare terenowe infiniti. Jednak największy sentyment miał do porsche i o ile sprzedaż dwóch pozostałych aut była jedynie kwestią czasu, o tyle pozbycie się carrery w ogóle nie wchodziło w rachubę.
Wysiadł z auta, obszedł je i z siedzenia pasażera zabrał skórzaną aktówkę oraz płaszcz, który przerzucił sobie przez ramię. Przystanął przy drzwiach windy. Nie musiał jej przywoływać. Miał szczęście, ktoś właśnie zjeżdżał na dół. Cyfry na wyświetlaczu malały z zatrważającą prędkością. Kiedy drzwi się rozsunęły, przywitał go uśmiech jego sąsiadki.
- O, cześć, Krystian! - krzyknęła zaskoczona, jakby spotkała dawno niewidzianego znajomego, a nie sąsiada, na którego wpadała kilka razy w tygodniu.
- Cześć, Dominika - odpowiedział, lustrując ją od stóp do głów. - Wyglądasz jak milion dolarów! Nie wiem, kim jest facet, z którym się dzisiaj spotykasz, ale powiem ci jedno, mała, to prawdziwy szczęściarz.
Dominika naprawdę wyglądała olśniewająco. Piękne kruczoczarne włosy opadały na smukłe nagie ramiona. Równie czarna sukienka opinała biust i resztę ponętnego ciała, które musiało wodzić na pokuszenie każdego, kto zatrzymał na nim wzrok chociaż na chwilę. Czarny był również kolor jej oczu, nieprzenikniony jak toń nocnego oceanu. Można było w nich utonąć. Krwistoczerwony uśmiech kontrastował ze śniadą cerą i ukazywał idealnie równe białe zęby.
Krystian zazwyczaj sypiał z kobietą jedynie raz, najwyżej dwa, jeśli naprawdę była tego warta. Dominika była, dlatego i dla niej zrobił wyjątek. Jednak o trzecim razie nie mogło być mowy, podobnie jak o sprzedaży carrery. Takie po prostu były zasady. Za dużo kobiet było na świecie, aby jednej poświęcać zbyt wiele uwagi.
- Głuptasie...
Dominika wyszła z windy, złapała Krystiana za krawat i przyciągnęła go do siebie, mocno i zdecydowanie. Ich usta prawie się stykały. Czuł ciepło jej oddechu i zapach perfum. Kiedy wydawało się, że kobieta go pocałuje, nagle odchyliła głowę, oparła swoje długie palce na jego karku w taki sposób, że przeszedł go dreszcz, i szepnęła mu do ucha:
- Przecież wiesz, że wystarczy jedno twoje słowo, a znowu możemy... - Nie dokończyła, zamiast tego raz jeszcze uśmiechnęła się prowokująco. Drzwi windy zaczęły się zamykać, ale zatrzymała je stopą. - ...no, wiesz. Musisz przyznać, że było nam wyjątkowo dobrze.
Tym razem Krystian się uśmiechnął, ale jednocześnie zrobił delikatny krok w tył. Dominika to zauważyła i zabrała dłoń z jego szyi, puściła krawat, po chwili go wygładzając.
- No tak. Pan "Dwa Razy i Na Razie, Maleńka", zgadza się? - Znów się uśmiechnęła, ale jedynie na chwilę. - Szkoda... dużo tracisz.
- Nie zasługuję na ciebie. - Krystian ujął jej drobną dłoń i zbliżył do swoich ust. Ucałował delikatnie, niemal z namaszczeniem. - Jesteś zbyt piękna, zbyt idealna...
Dominika prawie natychmiast zabrała rękę.
- Przestań ściemniać! - Zdzieliła go w ramię, co równie mocno go zdziwiło, jak i wystraszyło. - Dobrze wiem, co tam chcesz przemycić między wierszami.
Krystian nie odpowiedział, wpatrywał się jedynie w jej oczy, kiedy przemykała obok niego. Wykorzystał okazję i sam wszedł do windy.
- Ale to nic - szepnęła kokieteryjnie. - Może to poniżające, ale nie dbam o to. Jeżeli jeszcze kiedyś będziesz miał ochotę... No, wiesz... - Puściła do niego perskie oko. - ...zawsze możesz wpaść.
Uśmiechnął się i na chwilę opuścił wzrok, jakby był onieśmielony, ale on tak naprawdę nie znał takiego uczucia. Teraz raczej był zniesmaczony i zastanawiał się, czy ta dziewczyna ma choć odrobinę godności.
- Nie omieszkam - skłamał i wpatrywał się w nią tak długo, aż drzwi wreszcie się zamknęły.
Ona zdążyła mu jeszcze pomachać, kiedy kładł kciuk na przycisku piętra. Gdy wreszcie ruszył, poczuł wyraźną ulgę. Następnym razem, gdy natknie się na zjeżdżającą windę, na wszelki wypadek wybierze schody.
Odwrócił się i spojrzał w lustro. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Przywiązywał dużą wagę do wyglądu zewnętrznego. Dbał o swoje ciało równie gorliwie jak o porsche. Wiedział, że kobiety za nim szaleją. Sama tego świadomość sprawiała, że czuł się jak w ekstazie. Czasami samo utwierdzenie się w przekonaniu, że może tę konkretną kobietę zaciągnąć do łóżka, było wystarczające.
Przejechał dłonią po czarnych, lśniących, zaczesanych do góry włosach. Pogładził się po odrobinę za długiej brodzie. Musi przystrzyc zarost, zanim wyjdzie na podbój miasta. W taki wieczór jak dzisiejszy wszystko musi być idealne. Przytnie brodę, weźmie długą kąpiel i... Telefon zabrzęczał w kieszeni marynarki prawie w tym samym momencie, gdy dźwięk windy zasygnalizował, iż dotarł na dwunaste piętro.
- Słucham? - Skręcił w lewo i ruszył wzdłuż korytarza.
- Dzwonię, żeby ci pogratulować - powiedział głos po drugiej stronie należący do Zamojskiego, jego szefa, a raczej wspólnika, odkąd Krystian stał się akcjonariuszem potężnej spółki Budmax. - Ubiłeś dziś naprawdę dobry interes, cwaniaku. Gratuluję!
Krystian zatrzymał się przy drzwiach swojego apartamentu i obmacał marynarkę w poszukiwaniu karty magnetycznej.
- Dzięki - powiedział bez emocji. - To była jedynie kwestia czasu. Pracowałem nad nim od dawna.
- Może i tak, ale Węgrzyn to kawał nieustępliwego drania. W najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczałbym, że uda ci się wynegocjować tak dobre warunki.
Będąc już wewnątrz apartamentu, klapnął na potężną skórzaną kanapę, odrzucając płaszcz. Faktycznie, Węgrzyn był kawałem twardego drania i wymuszenie na nim sprzedania ziemi było nie lada wyczynem. Ale Krystiana dziwił aż taki entuzjazm Zamojskiego. Znali się przecież nie od dziś, powinien wiedzieć, na co go stać.
- Każdemu człowiekowi można przedstawić ofertę nie do odrzucenia, Janusz.
Minęła chwila, zanim Zamojski odpowiedział:
- Wolę nie wnikać w sens tych słów.
- I nie musisz. Pragnę cię tylko uspokoić, że wszystko jest w najlepszym porządku. Widziałeś już umowę kupna-sprzedaży?
- Właśnie na nią patrzę i ściskam w ręku jak najdroższy skarb. Aż mnie korci, aby zapytać, jak udało ci się wszystko załatwić tak szybko i za takie pieniądze...
- Janusz... - przerwał mu.
- Tak?
- Dziś jest piątkowy wieczór. Mamy za sobą wyjątkowo pracowity tydzień uwieńczony podpisaną umową z Węgrzynem. Odpocznij trochę, uczcij nasz sukces...
- Głównie twój sukces.
- Nasz sukces, Janusz, nasz. Przecież jesteśmy wspólnikami, prawda?
- Prawda.
- No właśnie. Dlatego nie żałuj dziś szampana. Spotkamy się w poniedziałek i obgadamy szczegóły. Pasuje?
- Jak najbardziej, tylko z detalami. Pamiętaj, że na wtorek mam już zarezerwowany samolot. Mam nadzieję, że przywiozę z Tokio równie dobre wieści.
Krystian uśmiechnął się pod nosem. Wykraczali swoimi inwestycjami poza Polskę, co tam Polskę, poza Europę! Liczył równie mocno, że Zamojskiemu za dobre pieniądze uda się kupić teren od żółtków, ale w głębi duszy wiedział, że on poradziłby sobie z tym lepiej. Zawsze przychodzi czas, kiedy uczeń przerasta mistrza. Nie wypowiedział jednak myśli na głos.
- Okręcisz sobie Japońców wokół palca. Znam cię!
Usłyszał w słuchawce śmiech Zamojskiego. Stary pryk lubił komplementy jak mało kto. Krystian już chciał zakończyć połączenie, kiedy Zamojski zapytał:
- Planujesz na wieczór coś wyjątkowego?
Znów uśmiech, którego Zamojski nie miał prawa zobaczyć.
- Coś bardzo wyjątkowego. Tyle mogę ci zdradzić.
- Blondynka? Ruda? Brunetka? A może wszystkie naraz?
Tym razem Krystian zaśmiał się w głos.
- Ty ciekawski skurczybyku! Wiesz, co jest najlepsze?
- Zamieniam się w słuch.
- To, że jeszcze sam nie wiem.
- Czasami ci zazdroszczę.
- Musisz po prostu kiedyś wybrać się ze mną. Wprowadzę cię w świat, którego nie znasz.
- Brzmi kusząco, ale jestem sześćdziesięcioletnim dziadkiem, Krystian. Przez te wszystkie lata byłem wierny swojej żonie. Chciałbym, aby tak zostało.
Krystian westchnął.
- I tego nigdy nie zrozumiem. Szanuję to, ale nie rozumiem. Mężczyzna nie jest stworzony do monogamii.
- Lepiej już zakończmy tę dyskusję. Baw się dobrze i... bezpiecznie.
- Jak zawsze.
- Do poniedziałku.
Odrzucił telefon na leżący obok płaszcz i oparł głowę na zagłówku. Poczuł, jak jego ciało się odpręża. To był naprawdę dobry dzień. Nachodził Węgrzyna od tygodni, a ten skurwysyn za każdym razem mówił: "Nie". Ale przecież każdemu można przedstawić ofertę nie do odrzucenia, prawda?
Na tym polegała polityka Budmaxu - wyszukać odpowiednią okazję i zainwestować zasoby finansowe i... ludzkie. To ostatnie to był konik Krystiana. Zamojski zaczynał dość skromnie, zajmując się wykończeniówką. Wszystko zmieniło się, gdy wygrał kilka pierwszych przetargów na budowę hoteli i przebudowę szpitali. Potem wraz z przypływem gotówki złapał wiatr w żagle i sam zaczął kupować działki (najlepiej po okazyjnych cenach), i stawiać osiedla domków jednorodzinnych. I to właśnie okazja była współczynnikiem interesu doskonałego. Kiedy jej brakowało, należało ją stworzyć. Mistrzem w tego typu robocie, niemal od samego początku swej egzystencji w firmie, był Głowacki. Czasami Zamojski miał wrażenie, że facet spadł mu z nieba.
Węgrzyn był znanym szczecińskim inwestorem. Posiadał niezliczoną ilość nieruchomości. Kupował działki, zanim jeszcze zostały wystawione do przetargu. I właśnie to najbardziej wkurzało Zamojskiego. Od dawna czaił się na zakup wypatrzonego terenu blisko centrum. Marzył, aby wybudować tam kolejny hotel, ale miasto nie zamierzało sprzedawać działki. Aż tu przed rokiem, ni stąd, ni zowąd, nowym właścicielem ponad dziesięciu tysięcy metrów kwadratowych stał się Wojciech Węgrzyn. Zamojskiego zalewała krew. Ale od czego ma się takiego wspólnika jak Krystian?
Dzisiejszego popołudnia pewnie wkroczył do biura Węgrzyna, ani na moment nie zatrzymując się przy biurku sekretarki. Wystraszona dziewczyna wbiegła za nim do gabinetu prezesa. Węgrzyn patrzył z niedowierzaniem na nich oboje.
- Co tu się wyrabia?! - zapytał.
- Panie prezesie, pan Głowacki wtargnął... Nawet się nie zapytał... Nie mogłam...
- Już dobrze, Aniu. Rozumiem - odparł Węgrzyn, a sekretarka wyraźnie poczuła ulgę. Prezes obszedł biurko i stanął naprzeciwko Krystiana, patrząc mu prosto w oczy. - Wygląda na to, że pan Głowacki nie rozumie znaczenia słowa "nie". Nie dociera ono do niego wyrażone ani w sposób subtelny, ani stanowczy. Po prostu wezwij ochronę, Aniu, dobrze?
Dziewczyna jedynie pokiwała głową i zniknęła za drzwiami.
- Ma pan ostatnią szansę, żeby opuścić moje biuro, zachowując odrobinę godności - zwrócił się do Krystiana. - Jeżeli ją pan jeszcze ma. Bo że pana szef jest jej pozbawiony, to chyba już wszyscy wiedzą, prawda? Ten teren nie jest na sprzedaż. Ubiłem świetny interes z miastem i nie zamierzam sprzedawać tej ziemi.
Krystian ominął Węgrzyna i usiadł za jego biurkiem.
- On nie jest moim szefem, lecz wspólnikiem.
Węgrzyn patrzył z niedowierzaniem.
- Akurat to działa tylko na pana niekorzyść, bo ukazuje, jak nisko pan upadł. A teraz proszę wynosić się do wszystkich diabłów! Jest pan bezczelny!
Krystian się uśmiechnął. Położył na biurku teczkę i wyjął z niej plik dokumentów.
- Umowa kupna-sprzedaży. Potwierdzona notarialnie. Po prostu ją podpisz i po sprawie.
Węgrzyn aż się zagotował.
- Co?! Wynocha! Ale już! Nie wiem, jakim cudem notariusz...
- Przejdę do rzeczy, bo nie mamy dużo czasu, zanim twoja sekretarka przyprowadzi tu ochroniarzy. - Krystian wstał. Wyciągnął z teczki białą kopertę i wręczył zaskoczonemu Węgrzynowi. - Sekretarka i kochanka w jednej osobie, prawda?
Węgrzyn zbladł. Przetarł wierzchem dłoni zroszone potem czoło. Przez chwilę wpatrywał się w kopertę.
- Co to jest, do cholery? - zapytał, choć domyślał się, jaka może być jej zawartość.
- Otwórz.
Posłuchał. W środku było kilkanaście zdjęć. Rozłożył je w wachlarz i lustrował swoimi małymi świńskimi oczkami.
- Co to ma być?!
- A na co ci to wygląda? Te zdjęcia raczej nie wymagają opisu. - Krystian znów wrócił za biurko Węgrzyna, tym razem pozwalając sobie zarzucić nogi na blat.
Na zdjęciach Węgrzyn kochał się ze swoją sekretarką, młodszą o tyle, że spokojnie mogłaby być jego córką. Uprawiali seks w jego biurze, w hotelu, w...
- Skąd masz te zdjęcia?!
Głowacki ostentacyjnie zaczął bujać się w fotelu prezesa.
- Czy to ważne?
Węgrzyn nie mógł oderwać wzroku od fotografii. Gdy wreszcie się na to zdobył, spojrzał na Głowackiego, potem na drzwi biura, wyczekując nadchodzących ochroniarzy, a potem znów na zdjęcia. Wachlarz fotografii z każdą chwilą drżał mu w pulchnej dłoni coraz bardziej. W końcu rzucił go na blat biurka, tuż obok butów Głowackiego.
- To niczego nie dowodzi. To może być po prostu fotomontaż! - warknął. - Wyprę się wszystkiego. Każdy żałosny adwokacina obali taki mizerny dowód!
Głowacki obnażył zęby w ironicznym uśmiechu.
- Powiedz to swojej żonie.
- Niczego nie wskórasz! - Węgrzyn oparł zaciśnięte pięści o blat biurka. W kącikach ust zebrała mu się ślina. - Nie sprzedam tego terenu. Pozwę ciebie i tego skurwysyna Zamojskiego o zniesławienie!
Krystian wstał i ponownie otworzył swoją teczkę.
- Wspominałeś coś o godności. Chciałem, abyś zachował choć namiastkę swojej. Nie robią na tobie wrażenia te zdjęcia? No cóż... - Głowacki wyjął kolejną kopertę. - W zasadzie oznaczają jedynie zdradę małżeńską, prawda? No, może naruszą odrobinę twój nieskazitelny wizerunek biznesmena. Media na pewno szybko to podchwycą. Ale może sprawa w końcu przycichnie? Przecież w dzisiejszym, zdemoralizowanym świecie zdrada to nic wielkiego. To, że tłuste żałosne staruchy, takie jak ty, posuwają dwa razy młodsze sekretarki to nic aż tak zdrożnego, no nie? - Krystian stanął przed Węgrzynem, który rzucił tęskne spojrzenie w stronę drzwi. Ochrona wciąż nie nadchodziła. - W najgorszym wypadku żona wystąpi o rozwód i będziesz musiał jej oddać połowę swojego pokaźnego majątku. Chyba że po prostu podpiszesz dokumenty...
- Pierdol się!
Krystian opuścił na chwilę głowę. Uśmiechnął się i ponownie spojrzał w twarz Węgrzyna.
- Tak mniej więcej wyglądają konsekwencje twojej zdrady, panie prezesie. Niby nic takiego. Po prostu przekreślą małżeństwo, uszczuplą konto, nadszarpną wizerunek firmy. Za to te... - Krystian podał Węgrzynowi drugą kopertę. - ...te fotki sprawią, że trafisz za kratki na bardzo długi czas.
Prezes dyszał ciężko jak po przebiegnięciu maratonu. Gapił się na kopertę, którą Głowacki trzymał w wyciągniętej ręce.
- Dalej! - zachęcał Krystian. - Rzuć okiem. Na pewno będziesz pod wrażeniem.
Węgrzyn chwycił kopertę i wyjął jej zawartość. Spojrzał na kolejne zdjęcia i zaraz potem klapnął zrezygnowany na fotel, w którym zazwyczaj siadali jego goście. W tym momencie drzwi biura się otworzyły i do środka weszło dwóch barczystych ochroniarzy. Krystian przywitał ich uśmiechem.
- Fajnie, że jesteście, chłopaki. Trochę długo wam zeszło. Nie bierzcie tego do siebie, ale gdybyście pracowali dla mnie, już dawno wyrzuciłbym was na zbity pysk.
Ochroniarze patrzyli skonsternowani na zrezygnowanego prezesa. W końcu jeden z nich wydukał:
- Panie prezesie, czy...?
- Wyjdźcie - szepnął Węgrzyn.
- Ale, panie prezesie, czy na pewno wszystko...?
- Wynoście się, powiedziałem! Fałszywy alarm! - Odwrócił się i spojrzał na nich z pogardą.
Ochroniarze wycofali się, zamykając za sobą drzwi. Węgrzyn raz jeszcze utkwił wzrok w trzymanych zdjęciach. Nie mieściło mu się w głowie, jakim cudem Głowacki wszedł w ich posiadanie. W końcu rzucił je z impetem przed siebie. Część z nich wylądowała na biurku, obok poprzednich, ale zdecydowana większość leżała teraz na podłodze.
- Dziewczyny, z którymi uprawiasz seks na tych zdjęciach, nie mają osiemnastu lat.
Krystian oparł się o blat biurka. Założył ręce na klatce piersiowej i wpatrywał się w Węgrzyna, który najwyraźniej powoli godził się ze swoją porażką. Głowacki rozkoszował się swoim zwycięstwem i tak na dobrą sprawę mógł na tym zakończyć, jednak chciał zadać jeszcze kilka ciosów leżącemu.
- Gwoli ścisłości, panie prezesie, nie mają nawet szesnastu. Obie są prostytutkami. Jedna z nich jest Tajką, druga Wietnamką. Nabrałeś ochoty na żółtą cerę i skośne oczęta?
Krystian parsknął śmiechem. Po chwili, nie odrywając wzroku od swojej ofiary, sięgnął po leżące na biurku dokumenty i rzucił Węgrzynowi na kolana.
- Po prostu podpisz.
Prezes przejrzał akt notarialny. Nie wiedział, skąd Głowacki miał zdjęcia, ale nie to było jego największym zmartwieniem. Najbardziej martwiła go cena, za jaką Janusz Zamojski i Krystian Głowacki mieli "zakupić" od niego działkę, na której planował wybudować jedno z największych centrów handlowych w Polsce. Kwota nie stanowiła nawet jednej trzeciej tego, co zapłacił miastu. Podpisując, prezes Robert Węgrzyn nie mógł zapanować nad drżącymi dłońmi.
W taki oto sposób Krystian Głowacki ubił jeden z najlepszych interesów w tym kończącym się powoli roku. Zresztą większość interesów ubijał w podobny sposób, jeśli druga strona nie była zadowolona z warunków przedstawionej oferty. No ale cóż? Takie było życie... okrutne i nieprzewidywalne. Musiałeś być gotowy na wszystko, aby przetrwać w tej biznesowej dżungli. Wybór był prosty. Albo byłeś ofiarą, albo decydowałeś się być drapieżnikiem, bezwzględnym i gotowym na wszystko. Krystian już dawno wybrał opcję numer dwa. Nauczył się, że cel uświęca środki, nawet te najbardziej drastyczne.
Głowacki zamknął oczy i zaczął się zastanawiać, czy zbliżający się wieczór może być równie udany jak dzisiejszy dzień. Co tam dzień? Tydzień! Gdyby tak było, oznaczałoby to wspaniałe ukoronowanie jego wszystkich działań. Ale to nie zawsze zależało od niego. W chwili, kiedy zaczął myśleć, ile jeszcze czasu pozostało do wieczornego wyjścia i czy to aby na pewno dojdzie do skutku, drugi z jego telefonów komórkowych zapiszczał cicho. "Nareszcie" - pomyślał. Pomacał kieszeń w jego poszukiwaniu. Rozmawiał przez tę komórkę może ze dwa razy w życiu. Tak naprawdę smartfon służył mu do odbierania poczty i odczytywania esemesów. I to właśnie esemes przyszedł do niego przed chwilą. Pospiesznie odczytał wiadomość. Nadawca zastrzeżony, choć przecież doskonale wiedział, kto to. Wiadomość przypominała wszystkie inne, które otrzymywał w podobnych okolicznościach. Napisana krótko i zwięźle, układała się w jedno zdanie: RUDA, OKOŁO DWUDZIESTU LAT - PIĘKNA, WYJĄTKOWA.
Ostatnie słowa zawsze były takie same: "Piękna, wyjątkowa". Cóż to miało znaczyć, do diabła? "Piękna", okej, choć piękno również może być względne, natomiast "wyjątkowa" to już pojęcie o niezwykle szerokim znaczeniu. Kiedy przed kilkoma miesiącami dostał pierwszą tego typu wiadomość, bardzo go to pojęcie irytowało. Zdążył się już jednak do niego przyzwyczaić. Pierwsza część wiadomości zawsze stanowiła pewne novum, choć z oczywistych względów z czasem mogła się powtórzyć, kolejna dziewczyna mogła bowiem być znowu blondynką, brunetką, szatynką albo rudą. Mogła mieć dwadzieścia, trzydzieści (to raczej mało prawdopodobne) lub naście lat.
Teraz, kiedy wreszcie dostał esemesa, poczuł, jak z każdą chwilą staje się coraz bardziej podekscytowany. Do wieczora zostało jeszcze wiele czasu, powinien się odrobinę zdrzemnąć, ale wiedział, że nic z tego. Godziny, które miał do dyspozycji, zamierzał wykorzystać na dobre przygotowanie, planowanie i wyobrażanie sobie, jak wyjątkowa powinna być tym razem rudowłosa piękność. Wiadomość nie precyzowała, czy to naturalny kolor włosów, czy będą długie, czy może krótkie... Jednak w mniemaniu Krystiana, jeśli dziewczyna miała być wyjątkowa, powinna mieć długie włosy. Te z krótkimi rzadko robiły na nim wrażenie.
Podszedł do wielkiej wieży stereo i włączył ostatnio odtwarzany utwór. Były to Cztery pory roku Vivaldiego. Uwielbiał go, kochał muzykę klasyczną. Zawsze przygotowywał się przy jej akompaniamencie. Muzyka sączyła się z głośników, a on opuścił rolety w oknach, które sięgały od samego sufitu do podłogi. Zapalił lampę, stojącą na stoliku obok kanapy. Rozebrał się do naga, nucąc przy tym. Każdą część garderoby skrupulatnie przewiesił przez wieszak i schował w szafie. W koszu na pranie wylądowały jedynie bielizna i koszula. Pod prysznicem spędził czterdzieści minut. W jego olbrzymiej łazience nie było wanny. Brzydził się wannami. Uważał, że człowiek powinien zmywać z siebie brud pod bieżącym, gorącym strumieniem wody, który oczyszczał nie tylko ciało, ale i duszę. Znikając w brodzikowym odpływie, zabierał nieczystości, ale zarazem znoje i trudy minionego dnia.
Kiedy wyszedł spod prysznica, z głośników wydobywała się La fida ninfa. Delikatnie uchylił drzwi łazienki. Przetarł lustro. Z każdym zamaszystym ruchem dłoni odkrywał odbicie swego idealnego ciała. Muskularna, szeroka klatka piersiowa. Bicepsy pokryte siateczką żył. Brzuch wyglądający, jakby znany artysta wyrzeźbił go z kamienia. Uśmiechnął się na swój widok. Miał prawie czterdzieści lat i aparycję młodego boga. Kolejne czterdzieści minut zajęło mu przycinanie zarostu, dwadzieścia suszenie i modelowanie włosów. Kiedy skończył, przepasał się ręcznikiem i wszedł do pokoju. Raz jeszcze zapragnął usłyszeć Cztery pory roku, tym razem wybrał Wiosnę. Ustawił odpowiedni numer utworu na wyświetlaczu wieży i zasiadł przy biurku. Włączył lampkę i zaczął oddawać się czynności, która od zawsze zajmowała mu najwięcej czasu i która zarazem sprawiała mu najwięcej radości - pielęgnacji swoich dłoni. Piłował pilniczkiem paznokcie, usuwał skórki i na koniec nakładał bezbarwny lakier. Według niego ręce stanowiły wizytówkę idealnego mężczyzny, więc same w sobie musiały być nieskazitelne. Nigdy nie udało mu się uporać z nimi wcześniej niż po godzinie. Tak było i tym razem.
Później nadszedł czas wyboru odpowiedniej garderoby. Otworzył wielką, trzydrzwiową szafę. W tym samym momencie automatycznie zapaliło się światło, ujawniając rzędy wiszących garniturów. Wyglądały jak stojący gęsiego żołnierze. "Wybierz mnie" - zdawały się mówić. Ale Krystian wiedział, że tam, dokąd się dziś wybierał, nie nosi się garniturów. Ekstrawagancja była nie na miejscu, mógł postawić najwyżej na przemyślaną elegancję. Wybrał białą koszulę od Ralpha Laurena. Przyglądał się przez dobre pięć minut jej nieistniejącym zagnieceniom. Będzie musiał ją przeprasować. Przez chwilę zastanawiał się nad sztruksowymi spodniami, ale ostatecznie wybrał ciemnogranatowe dżinsy od Calvina Kleina. Powinny pasować idealnie. Tak. Do tego brązowa marynarka od Cafardiniego. A buty? Czarne? Nie, raczej nie. Niech będą brązowe półbuty od Stefana Bemera. Tak, doskonałe.
Po wybraniu skarpet pomaszerował do komody i otworzył pierwszą z szuflad. Tam poukładane w równych rzędach leżały dziesiątki zegarków. Krystian uważał, że zegarki to idealna męska biżuteria i jedyna zarazem, jaką mężczyzna powinien nosić. Najgłębiej znajdowały się zegarki typu casual. W sumie mógł wybrać któryś z nich, prawie każdy pasowałby do stroju, na jaki się dziś zdecydował. Niżej pod najrozmaitszymi zegarkami sportowymi leżały jednak te, które cenił sobie najbardziej. Poukładane alfabetycznie, markami, zegarki klasyczne. Bez chwili wahania wybrał omegę na ciemnym pasku, o okrągłej kopercie i złotym cyferblacie. Założył ją na przegub ręki i spojrzał na wskazówki. Zbliżała się dwudziesta. To wciąż za wcześnie, aby wybrać się na podbój nocnego Szczecina. Przed wyjściem powinien coś zjeść, potem nie będzie już na to czasu.
Zadzwonił do recepcjonisty i poprosił, aby zamówił grillowanego tuńczyka, ryż i szpinak. Po niespełna trzydziestu minutach ktoś z personelu dzwonił już do jego drzwi. Ochrona budynku nie pozwalała, aby ktokolwiek z zewnątrz wchodził na wyższe poziomy. Wszelkie zamówienia były przejmowane w recepcji i dostarczane mieszkańcom przez pracowników.
Po kolacji rozsiadł się wygodnie na kanapie. Wsunął delikatnie dłoń pod jedną z zamszowych poduszek. Wyłuskał czerwone koronkowe stringi i przyłożył sobie do nosa, robiąc głęboki wdech. Pogasił światła. Nacisnął guzik pilota i wszystkie rolety okien podjechały do góry, odsłaniając miasto gotowe na nadejście nocy. "Jesteś gdzieś tam" - pomyślał. "Ruda, piękna, wyjątkowa..." Wsunął bieliznę z powrotem pod poduszkę.
Pół godziny później zjeżdżał już windą. Modlił się w duchu, aby nie spotkać Dominiki. Nie podejrzewał jednak, że może mieć takiego pecha aż dwa razy tego samego dnia. Mijając recepcję, jedynie skinął głową w kierunku stojącego za kontuarem chłopaka. Chyba miał na imię Mariusz, nie miało to jednak znaczenia. Krystian go nie lubił i podejrzewał, że może być gejem. Nienawidził pedałów. Jedynym homoseksualistą, którego tolerował, był Freddie Mercury. Szanował gościa za jego muzykę, ale jego nie było już wśród żywych. Dlatego też cała reszta tego ścierwa powinna wyginąć. Już miał wychodzić, gdy nagle recepcjonista zawołał:
- Przepraszam, panie Krystianie...
Głowacki zatrzymał się. Nie cierpiał tego piskliwego pedalskiego głosiku. Odwrócił się w stronę recepcjonisty i spojrzał w chudą twarz pokrytą trądzikiem. Jak oni mogli zatrudnić kogoś takiego?
- Słucham.
Recepcjonista wyjął spod blatu białą kopertę. Podobna była do tych, które jeszcze nie tak dawno Krystian podawał Węgrzynowi, tych po brzegi wypełnionych zdjęciami przedstawiającymi obleśnego biznesmena uprawiającego z prostytutkami seks.
- Ktoś zostawił dla pana wiadomość.
Głowacki spojrzał nieufnie na wyciągniętą ku niemu dłoń recepcjonisty i po chwili niechętnie chwycił kopertę.
- Kto to był?
- Szczerze powiedziawszy, to nie wiem... - odpowiedział zmieszany chłopak i kiedy Głowacki spojrzał na niego bez cienia sympatii, pospiesznie dodał: - Nie przedstawił się. Mężczyzna, raczej starszy...
Głowacki nie odrywał wzroku od dzieciaka, który zaczął się czerwienić. Nie czekał na dalszy ciąg żenującej wypowiedzi. Odwrócił się na pięcie i bez słowa wyszedł z budynku przez obrotowe drzwi. Przystanął jednak zaraz za nimi.
- Niech to szlag - szepnął.
Znów lało jak z cebra. Po chwili podjechała kremowa taksówka, którą zamówił, zanim opuścił apartament.
- Do Hollywood Hills - rzucił oschle, nawet nie spojrzawszy na kierowcę.
- Się robi, szefie - odparł łysiejący taksówkarz po pięćdziesiątce.
Krystian z każdej strony oglądał trzymaną w ręku kopertę. Na odwrocie ktoś napisał maszynową czcionką:
Pan Krystian Głowacki
- Nie ma to jak w piątkowy wieczór wybrać się do klubu, no nie? - Kierowca próbował zagadnąć, obserwując w lusterku wstecznym swojego pasażera, który najwyraźniej się czemuś przyglądał. - Aż roi się tam od ponętnych studentek. - Zaśmiał się głośno. - Ach, gdyby człowiek znów mógł mieć dwadzieścia lat.
Kiedy stwierdził, że jego pasażer nie ma najmniejszej ochoty podjąć rozmowy, odpuścił, odrobinę pogłośnił radio i skupił się na prowadzeniu. Tymczasem Krystian obracał kopertę w ręku jeszcze przez chwilę i w końcu postanowił ją otworzyć, choć przez myśl przeszło mu, żeby po prostu wyrzucić ją przez okno. Po tej całej sytuacji z Węgrzynem miał złe przeczucia. Z drugiej jednak strony, czym ten stary piernik mógł go zaskoczyć? Podpisał dokumenty i zdecydowanie miał za dużo do stracenia, aby próbować jeszcze jakichkolwiek sztuczek.
W kopercie znalazł małą karteczkę, a na niej dwa zdania, zapisane taką samą czcionką:
Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.
Rz 6, 23
Głowacki zmarszczył brwi. "Co to ma być, do cholery? Jakiś kiepski żart?" Przyglądał się sentencji jeszcze przez chwilę, a potem porwał kartkę i kopertę na drobne kawałki i wyrzucił przez okno samochodu. Wiatr natychmiast poderwał je ku górze, gdzie tańczyły długo wśród strug padającego deszczu.
2.
Hollywood Hills nie spełniło oczekiwań Krystiana, podobnie jak Blue Lagoon i Soho. W żadnym z tych klubów nie odnalazł wyjątkowej rudowłosej piękności. Wystarczyło mu tyle czasu, ile zajmuje wypicie małego piwa, aby stwierdzić, że w pobliżu nie ma tej, której szuka. Siedział teraz w kolejnej taksówce i zmierzał do następnego klubu.
- Do Black Widow - rzucił do kierowcy, który ku jego zadowoleniu bez słowa włączył się do ruchu.
"Chociaż jeden nie ma ochoty na gadkę" - pomyślał. "Jak to jest, że gdy wsiadasz do taksówki, kierowca od razu zaczyna kłapać jadaczką, jakbyście byli starymi kumplami?"
Kiedy dojechali na miejsce, taksówkarz jedynie włączył słabe światło na podsufitce auta i powiedział:
- Dwadzieścia dwa złote proszę...
Głowacki podał mu pięćdziesięciozłotowy banknot i wysiadł z taksówki, nie czekając na resztę. Słyszał, jak kierowca rzucił niewyraźne "dziękuję", które zagłuszyły trzaskające drzwi. "Nie ma za co" - pomyślał Głowacki. "Należy ci się, choćby za to, że przez cały kurs trzymałeś gębę na kłódkę".
Przy wejściu do klubu stało dwóch wielkich, łysych ochroniarzy. Łapy mieli grube jak niedźwiedzie, ale brzuchy równie pokaźnych rozmiarów. Zmierzyli Krystiana wzrokiem od stóp do głów, gdy podszedł bliżej. Zastanowił się przez chwilę, ile czasu zajęłoby mu powalenie na ziemię tych dwóch grubasów. Kiedy usłyszał, jak znajomy głos podpowiada mu w głowie, że raczej niewiele, zwrócił się do jednego z nich:
- Ile kosztuje wjazd?
Łysol się uśmiechnął.
- Laski wchodzą za free. Faceci płacą dwudziestaka.
Krystian wyciągnął portfel i podał ochroniarzowi dwudziestozłotowy banknot. Ten jednak nie wydawał się nim zainteresowany.
- A podstarzali faceci napaleni na młode suki płacą pięćdziesiątaka.
Teraz obaj ochroniarze śmiali się w głos. Krystian musiał stoczyć trudną wewnętrzną batalię z samym sobą, aby oprzeć się pokusie starcia tych ich uśmieszków obcasem buta. Szybko jednak przekalkulował wszystkie za i przeciw. W środku było pewnie więcej takich debili jak ci dwaj, poza tym i tak stracił już sporo czasu. W dwóch poprzednich klubach nie znalazł tej, której szukał. Bez względu na to, czyby im dokopał - a że dokopałby, był święcie przekonany - zapewne jego nienaganny strój, nad którego wyborem zastanawiał się tak długo, ucierpiałby w tej bójce. On sam musiałby wrócić do domu i się przebrać. Kto wie, może skończyłoby się przyjazdem policji? Po co mu to? Zaniechał więc tego pomysłu. Uśmiechnął się, wyjął z portfela stówę i wcisnął ochroniarzowi w tę jego wielką, niedźwiedzią łapę.
- Masz. Tylko od razu nie wydaj wszystkiego na bzdury... - Obszedł dwójkę bramkarzy, którzy nawet nie wydusili słowa, i wszedł do środka.
Wewnątrz było bardzo duszno. Po lewej stronie znajdował się kontuar, za którym jakaś laska odbierała kurtki od zainteresowanych. Krystian nie chciał zostawiać swojej marynarki. Od razu przecisnął się przez wąski korytarz, a z każdym jego krokiem dźwięki muzyki stawały się coraz głośniejsze. W końcu wyszedł na główną, olbrzymią salę. Na parkiecie wiły się dziesiątki ciał. "Jak dobrze, że znów zaczął się rok akademicki" - pomyślał i się uśmiechnął. "Edukacja to bardzo ważna rzecz".
Większość facetów zalegała przy barze znajdującym się po lewej. Barmani i barmanki uwijali się jak w ukropie, żeby nadążyć z przyrządzaniem drinków. Na suficie obracała się potężna świetlista kula, migały stroboskopowe światła, słychać było syk wypuszczanej dyskotekowej pary, która na chwilę przysłaniała wszystko. Z głośników poleciał kolejny utwór. Didżej warknął, że to "Usheeer!". Rozległ się pisk, kiedy rozbrzmiały pierwsze takty. Dziesiątki roznegliżowanych studentek, a wokół nich grono napalonych, liczących, że im się powiedzie, studenciaków.
Krystian przepychał się do baru. Stał z uniesioną ręką dobre kilka minut, zanim barman podał mu butelkowego budweisera. Pewnie gdyby zażyczył sobie drinka, sterczałby tak w nieskończoność. Odwrócił się i oparł o skromny kawałek baru, który pozostał. Przechylił butelkę i rozpoczął czwarte piwo tego wieczoru. W tamtych klubach mu się nie powiodło, liczył, że tu będzie inaczej. Omiatał wzrokiem tańczące dziewczyny. Blondynki, brunetki, szatynki i rude. Tak, były rude, i tak, były niezłymi laskami, ale wątpił, żeby można je było zaliczyć w poczet tych pięknych i wyjątkowych. Jednak widok tych prężących się nastolatek podniecał go. Nawet jeżeli nie znajdzie tej, której szukał, może zdecyduje się na którąś z tych panienek i porządnie sobie ulży? Miał w życiu wiele kobiet, tak pięknych i seksownych, że mogłyby zdobić rozkładówki "Playboya", ale seks z wyrwaną na zwykłej dyskotece nastolatką, chociażby w cuchnącej klubowej toalecie, strasznie go kręcił.
Ponownie przechylił butelkę, kiedy poczuł delikatne stuknięcie w ramię.
- Cześć - usłyszał i spojrzał na śliczną właścicielkę głosu.
Uśmiechała się od niego blondynka o wielkich niebieskich oczach i - co stwierdził po chwili - równie wielkich cyckach. "Ile masz lat, dziecino" - pomyślał. "Osiemnaście, dziewiętnaście? Chłopcy w twoim wieku cię nie kręcą, co?" Zamiast tego odpowiedział:
- Cześć.
- Od pewnego czasu usilnie staram się zamówić drinka - powiedziała kokieteryjnie - ale straszny tu tłok. Pomożesz mi?
- Jasne. Czego się napijesz?
Dziewczyna wydęła różowe wargi, zastanawiając się przez chwilę.
- Niech będzie mojito.
- Obawiam się, że trochę się naczekamy. Barmani ledwo dają radę. Gdybyśmy zamówili...
- Niech będzie, mojito w butelce. Wiesz, ten gotowy drink. Mają tu takie.
- A, okej. Poczekaj sekundkę. - Krystian znów podniósł rękę i pomachał w stronę barmana, który najwyraźniej nie zamierzał go obsłużyć. W końcu wyciągnął pięćdziesiątaka i ponowił gest. - Hej, kolego! Potrzebuję jedynie butelkowe mojito. Mam tu śliczną i spragnioną dziewczynę. Reszta dla ciebie.
Najwyraźniej podziałało, bo Głowacki już po chwili podawał dziewczynie drinka.
- Dzięki. Jestem Olga - powiedziała, wyciągając w jego kierunku drobną dłoń.
Natychmiast ją uścisnął, a raczej na chwilę zamknął delikatnie w swojej dłoni.
- A ja Krzysiek. - Nigdy nie zdarzyło mu się jeszcze przedstawić swoim prawdziwym imieniem.
- Miło mi.
- Mnie również.
Przez chwilę wpatrywali się w siebie, by po kolejnej stwierdzić, że zrobiło się odrobinę niezręcznie. Oboje przechylili butelki. Krystian prawie kończył piwo.
- Więc, Olga...?
- Tak?
- Gdzie reszta twoich znajomych?
- Właściwie to jestem tu sama.
Krystian uniósł brwi, dziwiąc się.
- Taka dziewczyna sama w takim miejscu?
- Właściwie źle się wyraziłam. Zostałam sama. Byłam tu z kilkoma koleżankami, ale wszystkie gdzieś poznikały.
- Ach tak... - Głowacki się uśmiechnął. - No cóż... tak bywa.
Didżej znów darł się z głośników. Po chwili cała sala zaczęła poruszać się w rytm najnowszego kawałka Lady Gagi.
- A ty? Jesteś sam?
Krystian przytaknął ruchem głowy i upił kolejny łyk.
- No wiesz? Taki facet sam w takim miejscu? - Dziewczyna prowokowała, nie przestając się uśmiechać.
- Ale ja jestem już dużym chłopcem, moja droga.
- Naprawdę?
- Uhm.
- A ja dużą dziewczynką.
- Tak więc, duża dziewczynko, ile masz lat?
- A czy to ważne?
- Hmmm... - Krystian zrobił groźną minę. - Zastanówmy się. I tak, i nie. Jesteś bardzo ładna...
- Dziękuję.
- I fajnie się nam konwersuje...
- Zgadza się.
- Więc tak naprawdę twój wiek nie ma znaczenia.
- Uhm. - Olga bacznie się mu przyglądała. - Ale...?
- Ale... - Teraz oboje się roześmiali. - ...biorąc pod uwagę, że ja jestem już dużym chłopcem, a ty możesz być niepełnoletnia, i tak sobie gawędzimy, sącząc...
- Spokojnie, dziewiętnaście. Mam dziewiętnaście lat. Ulżyło?
- Odrobinę. No to wiem już o tobie co nieco, dziewiętnastoletnia Olgo. A co studiujesz?
- Skąd przekonanie, że w ogóle studiuję?
- W dzisiejszych czasach studiują wszyscy. Wiesz, studiowanie dla samego studiowania. Filozofia, pedagogika i tym podobne bzdety. - Uśmiechnął się, ale Olgi najwyraźniej to nie śmieszyło. - No, daj spokój. - Głowacki spoważniał. - Nie mów, że strzeliłem taką gafę i studiujesz na którymś z tych kierunków?
- Nie, ale nie uważam ich za bzdety.
- No okej. Niech zatem każdy studiuje, na co ma ochotę. W porządku?
Oboje się uśmiechnęli. Krystian, dopijając piwo, uciekł spojrzeniem w stronę parkietu. Czuł się zawiedziony, że nie spotkał dziewczyny, po którą tu przyszedł. A ta laska zaczynała go trochę wnerwiać. Nie chciał, aby ten wieczór był całkowicie nieudany, więc może faktycznie coś sobie wyrwie. Ale z drugiej strony, czy aby na pewno ją? Przecież mógłby mieć każdą z tu obecnych. Postanowił dać jej jeszcze jedną szansę.
- Dowiem się wreszcie, co studiujesz, czy to tak wielka tajemnica?
- Żadna tam tajemnica.
- No to dawaj, zastrzel mnie.
- Psychologię.
- Psychologię?! - Prychnął.
Tym razem Olga zrobiła groźną minę.
- Co ci się nie podoba w psychologii?
- W zasadzie to nic do niej nie mam. Może z tego prostego powodu, że niewiele o niej wiem. - Krystian skłamał po raz kolejny. Nie był absolwentem psychologii, ale w żadnym razie nie mógł powiedzieć, że jest mu obca. Przeczytał wiele psychologicznych książek, głównie z dziedziny negocjacji oraz tajników języka niewerbalnego, a szczególnie interesowały go techniki manipulacji. Wszystko to było niezwykle przydatne w rozmowach z klientami.
- A może powinieneś się dowiedzieć? To bardzo interesująca dziedzina.
- Nie wątpię.
- Ale uważasz, że trochę mało przydatna w życiu, co? Jak wspomniana filozofia czy pedagogika?
- Nie. - Odstawił butelkę na bar. - Myślę, że jest bardzo przydatna. Tylko niekoniecznie wszyscy mogą być psychoterapeutami i kłaść ludzi na kozetce.
Olga zatrzepotała długimi rzęsami. Krystian miał wrażenie, że spodobała jej się jego odpowiedź.
- Masz rację. Psychologia jest modna, ale nie każdy się do niej nadaje.
- Powiedziałbym, że właściwie przydaje się w każdej profesji. Aby poznać ludzkie reakcje, mechanizmy rządzące ich zachowaniem.
Olga z uśmiechem pokiwała głową.
- No, proszę, coś tam o psychologii wiesz.
- Tak jak powiedziałem, niewiele, ale na pewno przydałoby się pogłębić tę wiedzę. - Głowacki spojrzał wyzywająco w oczy dziewczyny. - Gdyby udało mi się spotkać jakąś miłą psycholożkę, to kto wie.
Różowe usta dziewczyny znów rozchyliły się w uśmiechu. Już miała coś odpowiedzieć, gdy nagle wyraz jej twarzy się zmienił, a jej oczy powędrowały ku górze.
- Słyszysz?
- Co takiego? - zdziwił się.
- Jak to co?! Przecież to Rihanna! Mój ulubiony kawałek. - Olga odstawiła butelkę na bar i chwyciła Krystiana za rękę. - Krzysiek, musisz ze mną zatańczyć! Chodź!
Głowacki nie zdążył nawet zareagować, bo po chwili już byli na parkiecie. W gęstym tłumie inne ciała bezustannie się o nich obijały. Olga tańczyła naprawdę dobrze, jak zawodowa tancerka. Ruszała się ponętnie, kręcąc tyłkiem. Zanurzała długie palce w swych blond włosach. Krystian sam miał ochotę to zrobić. W końcu przyciągnął ją do siebie.
- No, nareszcie - szepnęła mu do ucha, stając na palcach. - Myślałam, że już się nie ruszysz i będziemy tak tańczyć jak dzieciaki na szkolnej potańcówce.
Puściła do niego oko, zaprezentowała najpiękniejszy uśmiech, na jaki było ją stać, i stanęła tyłem. Położył swoje dłonie na jej biodrach. W końcu przyciągnął jeszcze bliżej, tak, że na swym twardniejącym kroczu poczuł jej kształtne pośladki. Zanurzył nos w jej niebiańsko pachnących włosach. "Ruda?" - pomyślał. "Wyjątkowa? Pieprzyć to!" Zaliczy dzisiaj tę małą i naprawdę dobrze się zabawi, a rudą będzie się martwił później.
I kiedy tak naprawdę zaczynało mu się podobać, a jego zwinne palce nie miały najmniejszych oporów, aby poznawać ciało dziewczyny, ktoś ich szturchnął, przechodząc obok i rzucając kilkakrotnie "przepraszam". Otworzył na chwilę oczy, choć niechętnie. Olga, wciąż odwrócona do niego tyłem, kręciła biodrami w takt muzyki i zarzuciła mu ręce na szyję. I wtedy to się stało. Kolejne "przepraszam". Krystian podążył za głosem, który - jak się okazało - należał do przeciskającej się kelnerki. Szła powoli z wysuniętą nad głowami tańczących tacą, na której niebezpiecznie kołysały się puste szklanki po drinkach. Dziewczyna była ruda. Długie włosy miała upięte w kok. Czarna obcisła bluzka przykrywała kształtny biust, nie za duży, nie za mały, taki w sam raz i...
W tym momencie Olga odwróciła się do niego i wcisnęła mu język do ust. Swoje szczupłe udo zwinnie wsunęła między jego nogi. Zaskoczyło go to, ale było naprawdę przyjemne. Czuł, jak coraz bardziej go rozpala. Jednocześnie wciąż kątem oka obserwował rudowłosą kelnerkę zmierzającą z tacą w kierunku baru.
- Świetnie całujesz, przystojniaku - podsumowała Olga, robiąc krótką przerwę w badaniu językiem jego ust.
"Ciekawe... - przeszło mu przez głowę - bo w zasadzie niewiele robię". Tak naprawdę myślał teraz tylko o tej kelnerce. Zaledwie przemknęła mu przed oczami, ale ta chwila wystarczyła, aby stwierdził, że jest piękna. Miała wręcz idealną, delikatną i naturalną twarz. Nie wiedział, czy jest tak wyjątkowa, jak sobie tego życzył, ale wiedział jedno - pragnął się o tym przekonać.
Olga zacisnęła palce na jego kroczu. Utwór się skończył. Głos Rihanny zastąpił inny, również kobiecy, ale Oldze najwyraźniej to nie przeszkadzało.
- Miałeś rację. Naprawdę duży z ciebie chłopiec - stwierdziła, uśmiechając się, ale mimo to nie odrywając ust od Krystiana. Zatkało go. - I coś ci powiem...
Głowacki wciąż to otwierał, to zamykał oczy. Gdy były otwarte, szukały rudowłosej dziewczyny, która postawiła na tacy kolejne szklanki, tym razem pełne, i ruszyła w głąb sali.
- ...ta noc może być naprawdę wyjątkowa, Krzysiu - powiedziała Olga. Krystian nie mógł się nadziwić, jak szybko z nieśmiałej studentki zmieniła się w taką wyuzdaną laskę. - Co ty na to?
- Brzmi kusząco - wydusił z siebie.
- Gwarantuję.
Rudowłosa kelnerka przystanęła przy loży w kącie sali, w której rozsiadła się grupka studentów.
- Jeżeli zabierzesz mnie teraz do hotelu, Krzysiu, to dam ci coś, czego długo nie zapomnisz - szepnęła mu Olga do ucha, lekko je przygryzając. Potem przejechała językiem po drugim uchu. - Za kilka stuzłotowych banknotów dam ci coś, czego w życiu nie przeżyłeś, maleńki. Najpierw zrobię ci naprawdę dobrze ustami, a potem...
Głowacki odsunął się od niej, jakby go poraził prąd.
- Coś ty powiedziała?
Patrzyła na niego zaskoczona, ale po chwili prowokacyjny, pewny siebie uśmiech znów pojawił się na jej twarzy.
- Mówiłam, że najpierw zrobię ci...
- Nie to! - Krystian potrząsnął głową. - Tę część akurat dobrze zrozumiałem! Potem! Jakie pieniądze?! Jesteś dziwką?
Olga założyła ręce na wydatnym biuście i zrobiła groźną minę.
- Żadną, kurwa, dziwką!
Część ludzi, tańczących bliżej nich, do których mimo głośnej muzyki dotarły ich krzyki, zaczęła się im przyglądać.
- Dziwki są w burdelach!
- Tak? A kim niby są takie małolaty jak ty? Łapiące faceta za fiuta, a potem mówiące, że mogą zrobić z nim cuda za parę stówek, co? Dobrymi wróżkami?
- Coś ty taki naiwny? Myślałeś, że podbiłam do ciebie od razu, boś taki wyjątkowy? Myślisz, że na drinka mnie nie stać?
- Wyobraź sobie, że przeszło mi to przez głowę, maleńka.
- Pierdol się! - Olga odepchnęła go od siebie.
Wtedy poczuł, jak zaczyna narastać w nim złość. Gdyby był z tą małą dziwką sam na sam, udzieliłby jej srogiej lekcji. Zamiast tego dodał sarkastycznie:
- Psycholożka, co?
- A żebyś, kurwa, wiedział! Studia kosztują.
- Jasne.
- Wypierdalaj! Co ty możesz wiedzieć? - Olga odwróciła się na pięcie i zaczęła przeciskać się przez tańczący tłum, który wciąż na nich spoglądał. Odchodząc, obejrzała się jeszcze na chwilę i dorzuciła: - Możesz sobie dzisiaj co najwyżej zjechać na ręcznym, frajerze.
Choć w Krystianie aż się gotowało, ten tekst akurat go rozśmieszył. Spojrzał w stronę rudowłosej, która wciąż stała przy studenckiej loży. "Może niekoniecznie" - pomyślał i ruszył w jej stronę. Szedł powoli, torując sobie drogę pomiędzy tańczącymi. Wciąż wpatrywał się w stojącą tyłem kelnerkę. Lustrował jej nienaganną sylwetkę i w myślach wyobrażał sobie, jak musi wyglądać nago. Tyle kobiecych pośladków widział w swoim życiu. Pośladki tego rudzielca musiały mieć małe dołeczki po bokach. Na pewno. Dżinsy wyraźnie zapadały się w tych miejscach.
Grupa studentów, których obsługiwała, była bardzo głośna. Chłopaki najwyraźniej przesadziły z alkoholem. Ilu ich było? Sześciu. Nie, siedmiu. Kiedy dziewczyna przesunęła się odrobinę w bok, Głowacki dostrzegł jeszcze jednego chłopaka, siedzącego w kącie. Wszyscy ubrani w modne ciuchy, żel błyszczał na ich wypielęgnowanych fryzurach, aż robiło się niedobrze. Byli wysportowani. Krystian mógł ocenić to na pierwszy rzut oka. Jeżeli ktoś ćwiczył przez całe swoje życie i dbał o formę jak Głowacki, rozpoznawał w otoczeniu sobie podobnych.
Jeden z chłopaków, blondyn w błyszczącej czarnej koszuli, złapał dziewczynę za rękę. Ruda szybko i zdecydowanie zabrała dłoń.
- Hej, mała! - wrzasnął chłopak. - Coś ty taka niedotykalska? Jak będziesz milsza, to może zapomnimy o błędach w zamówieniu. Prawda, chłopaki? - Szczerząc zęby, spojrzał na swoich kompanów w oczekiwaniu na aprobatę.
Długo czekać nie musiał. Po chwili rozległy się śmiechy i gesty zachęcające do dalszej prowokacji.
- Z tego, co pamiętam, zamawialiście dwa piwa, dwie whisky z colą, jedną krwawą mary, screwdriver z podwójną wódką i gin z tonikiem - stanowczo odpowiedziała kelnerka.
- Z tego, co pamiętasz, maleńka. Ale tak się składa, że źle pamiętasz. I co zrobimy z tym fantem?
- Jestem pewna, że...
- Pewna, pewna... Ty jesteś pewna? A co z nami? - Studenciak znowu zachęcająco spojrzał w stronę kolegów. - Siedzi tu siedmiu dżentelmenów. I wszyscy zgodnie twierdzą, że nie zamawialiśmy tego, co tu przyniosłaś. I jak to wyjaśnisz? Słowo jednej kelnerki przeciwko naszej siódemce? Daj spokój, mała.
Dziewczyna, wyraźnie poirytowana, odstawiła tacę na stolik. Nie zamierzała jednak dać łatwo wyprowadzić się z równowagi.
- W porządku - powiedziała. - Czego nie zamawialiście? Po prostu weźcie to, co było zamawiane, a ja za chwilę przyniosę resztę, okej? Powiedzcie tylko, co to niby było.
Chłopak najwyraźniej był odrobinę zawiedziony, że kelnerka tak szybko postanowiła wybrnąć z tej sytuacji. Dobrze się bawił i chciał, aby zabawa potrwała odrobinę dłużej.
- Słuchaj... problem w tym, że przez to całe zamieszanie... już zapomnieliśmy, co kto zamawiał. Wiesz, jak spotykasz się z tak jawną niekompetencją, to aż odechciewa ci się wszystkiego. Nawet drinka.
- Aż tak? - Ruda uniosła brwi, udając zdziwienie.
- Aż tak. Nie, chłopaki?
Kolejna fala śmiechu.
- Możemy się dogadać. Usiądź na trochę z nami. Pogadamy. Co ty na to? - Blondas poklepał wolny kawałek skórzanej kanapy. - No, dalej, nie bądź dzikusem. Nie gryziemy. No chyba że grzecznie poprosisz.
Dziewczyna zaczęła rozglądać się po sali. Pewnie nie pierwszy raz musiała się użerać z takimi burakami. Tymczasem nigdzie w pobliżu Krystian nie dostrzegł żadnego ochroniarza.
- Słuchajcie, fajnie się gada, ale muszę obsłużyć kilka stolików. Nie mam czasu na zabawę. Nie usiądę z wami, bo nie mogę. Jestem w pracy, a poza tym nawet gdybym mogła, to...
- Nie usiadłaby z wami, bo wygląda na to, że wystarczająco dobrze czujecie się w swoim męskim gronie.
Wszyscy spojrzeli w stronę faceta, który odważył się wtrącić w tę jakże interesującą słowną grę. Problem polegał na tym, że co najmniej jedna osoba wcale się dobrze nie bawiła. Głowacki żałował, że nie ma aparatu. Chętnie zrobiłby zdjęcie tym chłopaczkom i pokazał im ich zaskoczone miny.
- I tak jak ta pani zdążyła napomknąć, jest zajęta. - Rozejrzał się dookoła. - Spory tu dzisiaj ruch. O pomyłkę nietrudno. Jeżeli jednak tak bardzo doskwiera wam ten rzekomy błąd w zamówieniu, mam pomysł... - Wyciągnął z tylnej kieszeni dżinsów skórzany portfel. Poślinił kciuk i z dość grubego pliku wyłuskał dwa stuzłotowe banknoty. Rzucił je na stół. - Zamówcie, co chcecie. Na mój koszt. Tylko dajcie pani spokój.
Krystian nie wiedział, kto był bardziej zaskoczony takim rozwojem wypadków, ta banda idiotów czy rudowłosa piękność. Blondas wpatrywał się w pieniądze, ale zaraz potem wlepił w Głowackiego prowokujące spojrzenie.
- Nie chcemy twojej kasy, palancie. Zjeżdżaj!
Rudowłosa kelnerka najwyraźniej wciąż nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Ukradkiem rozglądała się po sali. Ochrony nadal nie było. Krystian był w końcu sam, a tych kolesi było siedmiu. To nie mogło się dobrze skończyć. Posłał im najbardziej uroczy uśmiech, na jaki było go stać, ale spoważniał równie szybko. Zrobił krok w kierunku chłopaka, kiedy nagle usłyszał za plecami:
- Jakiś problem?
To był jeden z grubych ochroniarzy. Łysy najpierw spojrzał na szykujących się do bitki chłopaków, a zaraz potem na Głowackiego.
- Nie, żaden problem - odpowiedział Krystian. - Tak tu tylko sobie gawędzimy. Chciałem chłopakom po prostu postawić po drinku. To wszystko.
Ochroniarz spojrzał na kelnerkę, jakby w oczekiwaniu, że ta potwierdzi taki przebieg wydarzeń. Dziewczyna pokiwała lekko głową. Łysy nie zamierzał jednak odchodzić. Cofnął się parę kroków i oparłszy potężne ramię o bar, lustrował bacznym spojrzeniem całe towarzystwo.
- Proszę przynieść chłopakom drinki, które zamówią, dobrze? - Głowacki zwrócił się do rudej, która z nieskrywaną wdzięcznością uśmiechnęła się pod nosem. Miała piękne pełne usta. Odpowiedział uśmiechem, odwrócił się i zniknął w tłumie.
Stojąc przed klubem, rozważał w myślach ewentualne scenariusze. Jeżeli będzie miał dużo szczęścia i jego niekwestionowany urok osobisty zadziałał, ruda wyjdzie z lokalu, aby mu podziękować. Jeśli nie, poczeka na nią, nawet do końca zmiany. Nie mógł jednak odrzucić zupełnie opcji numer dwa. Możliwe, że zamiast rudej podąży za nim ta banda pedałów, których ego niewątpliwie ucierpiało. No i opcja numer trzy...
Drzwi lokalu się otworzyły i kelnerka, opatuliwszy się zielonym płaszczykiem, wyszła na zewnątrz. Podeszła do stojącego w samej marynarce Krystiana, obdarowując go znowu swoim zniewalającym uśmiechem.
- Myślałam, że nie zdążę cię złapać.
- Właśnie miałem wezwać taksówkę - skłamał.
- Cieszę się, że zdążyłam i... - Zawahała się. - ...chciałam podziękować... wiesz, za to w środku. Nie musiałeś...
- Daj spokój. Nie ma o czym mówić. Banda kretynów. Założę się, że często musisz się z takimi użerać.
- Niestety. - Założyła ręce na piersi. Wyraźnie było jej zimno. - Jeszcze raz dziękuję.
- Nie ma sprawy.
Uśmiechnęła się, kiwnęła głową i już chciała obrócić się na pięcie, kiedy zapytał:
- Jak masz na imię?
- Justyna.
- Ładnie. Jestem Krystian. - Wyciągnął do niej dłoń, uścisnęła ją delikatnie i zaraz znowu wcisnęła ręce pod pachy. Trzęsła się z zimna. Była taka krucha. - A może poszlibyśmy na kawę, jak skończysz zmianę, albo...?
- Dobrze.
Zatkało go. Poszło nad wyraz łatwo.
- Naprawdę?
- Tak. - Zaśmiała się w głos. - Czemu się tak dziwisz?
Miała piękny uśmiech. Idealnie równe zęby. Była śliczną dziewczyną. Do tego tuż nad ustami po lewej stronie widniał malutki pieprzyk. Krystian wątpił, aby jej rude włosy miały naturalny kolor, ale to się nie liczyło. Dla niego była młodszym wydaniem Evy Mendez. Jak nazwała go dzisiaj jego sąsiadka? "Pan Dwa Razy"? Z taką dziewczyną jak ta tutaj skusiłby się i na trzeci.
- Sam nie wiem... - wydusił wreszcie.
- Kończę o piątej.
- Tu niedaleko jest fajna knajpka. - Wskazał kciukiem za plecy. - Dają tam świetne śniadania. Na pewno będziesz głodna po pracy. Co ty na to?
- Okej.
- A więc będę o piątej.
Zaczęła cofać się w kierunku drzwi.
- Tylko się nie spóźnij.
- Nie ma mowy.
Justyna zniknęła za drzwiami klubu. Stojący przy nich ochroniarze zapytali ją o coś, ale nie odpowiedziała. Potem rzucili groźne spojrzenia w kierunku Krystiana, gdy wyciągał telefon, aby wezwać taksówkę. Przystanął w cieniu. Nie chciał rzucać się w oczy ani ochroniarzom, ani nikomu innemu. Chciał pojechać do domu i przygotować się na spotkanie. Myślał o rudej, o tym, jaka jest w łóżku. Na pewno szalona. Cicha woda brzegi rwie, jak to mówią. Wyglądała na ogarniętą dziewczynę. Pewnie nie da się zaciągnąć do łóżka po pierwszym śniadaniu, ale co tam. Krystian był gotów spotkać się z nią i drugi raz. Popracuje nad nią odrobinę, jeśli będzie trzeba. Była tego warta. Miał na nią wielką ochotę, a poza tym jak zrobi parę fotek, to nadawca wiadomości na pewno też będzie zadowolony. W jego mniemaniu była niewątpliwie piękna, ruda i... tak, myślał, że jest wyjątkowa.
Jednak Krystian Głowacki nigdy już nie zobaczył rudowłosej Justyny. Nie dane mu było przekonać się, jaka jest w łóżku. Otrzymał mocny cios w tył głowy i osunął się na ziemię. Po chwili ktoś taszczył go w kierunku zaparkowanego nieopodal samochodu.
Taksówka podjechała po paru minutach. Kiedy nie pojawił się klient, kierowca zadzwonił do dyspozytorki. Ta próbowała się z nim połączyć, a gdy nikt nie odbierał, zleciła taksówkarzowi kolejny kurs.
I był teraz tutaj. W tym miejscu. W tej klatce. Nie wiedział, jak tu trafił. Ostatnie, co pamiętał, to to, że czekał na taksówkę. Taksówkę, która miała zawieźć go do domu, gdzie zamierzał przygotować się na spotkanie z ponętnym rudzielcem.
"Kurrrwaa!!! Kto mnie tu zamknął? Ta banda pedałów z klubu?" - Szybko odrzucił tę myśl. "Ochrona? Nie. Więc kto?!"
"Jesteś beznadziejny" - usłyszał. Znów głos jego ojca. "Dałeś się zamknąć w tej klatce jak kundel! Chciałeś zabawić się z tą małą, co? Też coś! Nie bądź śmieszny. Co najwyżej mógłbyś zabawić się z tymi pedałkami z klubu. O tak!" Śmiech ojca ryknął Krystianowi w głowie. "Nadawałbyś się, chłopcze. Usiadłbyś pomiędzy nimi i pasowałbyś jak ulał". Znów ten rechot. Krystian zacisnął dłonie na uszach z nadzieją, że uda mu się uciszyć głos ojca. W gruncie rzeczy wiedział, że to niemożliwe. Wiedział, że głos dobiega z wnętrza jego umysłu.
- Zamknij się! - krzyknął. - Zamknij się i wynoś się z mojej głowy!
Nagle usłyszał jakiś metaliczny dźwięk. Natychmiast spojrzał w tamtą stronę. Potem skrzypnęły zawiasy. Coś ciężkiego z łoskotem opadło na podłogę i wnętrze piwnicy zalała fala światła. Głowacki odruchowo cofnął się pod ścianę. Jednak po chwili strach ustąpił miejsca wściekłości. Znów przywarł do krat, zaciskając na nich ręce. Patrzył wybałuszonymi oczami w kierunku, z którego docierały nowe bodźce.
- Wypuśćcie mnie stąd! - wrzasnął. - Słyszycie?! Wypuśćcie mnie albo, jak mi Bóg świadkiem, rozwalę wam łby!
Po schodach powoli schodziła jakaś postać. Z każdym krokiem była bliżej klatki Krystiana, a on nie musiał już tak się wysilać, aby się jej przyjrzeć.
- Imię Boga nie może być przywoływane nadaremno, chłopcze - powiedział mężczyzna i zatrzymał się przy klatce Głowackiego.
Miał na sobie czarną, lśniącą kurtkę przeciwdeszczową i szare spodnie, których nogawki wciśnięte były w brudne kalosze. Przyprószone siwizną włosy i pomarszczona twarz pozwoliły Krystianowi wywnioskować, że najlepsze lata życia mężczyzny już minęły.
- Na pewno Bóg ma teraz o wiele ważniejsze sprawy niż bycie świadkiem w tak błahej sprawie. - Nowo przybyły się uśmiechnął. - Ale zapewniam cię, że obserwuje. Bacznie nas obserwuje.
- Kim jesteś?! Czego chcesz?! - Krystian domagał się odpowiedzi, wciąż szarpiąc kraty. - Wypuść mnie stąd!!!
Mężczyzna zachowywał wyjątkowy spokój. Obserwował Krystiana, a jego furia nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. Czekał, aż Głowacki odrobinę się uspokoi, aby mógł uważnie posłuchać, co ma mu do powiedzenia.
- Doskonale rozumiem, jak musi ci być ciężko odnaleźć się w nowej sytuacji...
- Sytuacji? Jakiej, kurwa, sytuacji?! Zamknąłeś mnie tu jak zwierzę, popaprańcu. Wypuść mnie stąd natychmiast!
- To nie jest możliwe. A przynajmniej nie teraz. Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej. Wtedy będziemy mogli przejść do kolejnego etapu.
- Do jakiego, kurwa, etapu?! O czym ty gadasz?! - Głowacki znów szarpał kraty.
Mężczyzna bacznie mu się przyglądał. W końcu powiedział:
- Do etapu prowadzącego ku wolności.
- Jakiej wolności?! Jesteś stuknięty!
- Twojej wolności, chłopcze. Twojej, ale... również mojej.
- Wypuść mnie stąd!!!
Mężczyzna znów milczał przez dłuższą chwilę, przyglądając się kolejnemu atakowi furii i desperacji. Dla niego Głowacki był jak miotający się w klatce opos albo kuna. Wcześniej czy później zwierzę dawało za wygraną. Nawet to najgłupsze w końcu było w stanie zrozumieć, że dalsza walka, pozbawiająca je sił i kalecząca jego ciało, nie ma sensu. Kiedy Krystian przestał się szamotać i spuścił głowę, ciężko dysząc, mężczyzna przemówił:
- Chcę, abyś zaakceptował to, co się teraz z tobą dzieje. Pogódź się z tym, czego nie możesz zmienić. Wiem, jak musi być ci ciężko, ale jesteś teraz w nowym miejscu i przez pewien czas na pewno tu zostaniesz. Przedstawię ci...
- Wypuść mnie stąd! Nie zostanę tu ani chwili dłużej...!
- Posłuchaj! - Mężczyzna mówił teraz bardziej stanowczym tonem, przybliżając się do klatki. - Nie mam na to czasu. Nie będę cię niańczył. Posłuchasz teraz, co mam ci do powiedzenia. Jeżeli tego nie zrobisz, za chwilę stąd wyjdę i wrócę za dwa dni, może później, a ty będziesz zdychał z pragnienia i głodu, leżąc we własnych fekaliach. Jak to brzmi? Spędzisz tu bardzo długi czas. Tak długi, aż zrozumiesz. Dlatego będziesz musiał poznać zasady panujące w tym miejscu. Nie jest ich wiele i nie są skomplikowane, a bardzo ułatwią nam wspólną egzystencję.
Po chwili mężczyzna zrobił kolejny krok i teraz stał już przy samej klatce. Głowacki odruchowo zaczął się cofać. "On, taki twardziel?" - pomyślał mężczyzna z zaskoczeniem, ale uradowało go zachowanie Krystiana. "Tak naprawdę jest słaby. Bezbronny umysł tkwiący w ciele atlety".
Stary pomacał kieszenie kurtki w poszukiwaniu kluczy. Wyjął grubą metalową obręcz, na której kilka pobrzękiwało. Na klatce wisiała kłódka, której Krystian wcześniej nie zauważył. Mężczyzna otworzył ją i po chwili między prętami pojawiło się coś na podobieństwo okienka. Nie mogło mieć więcej niż trzydzieści centymetrów szerokości i tyle samo wysokości.
- Przez to okno raz dziennie dostaniesz kubek wody do picia i coś do jedzenia. Za chwilę przyniosę ci też metalowy nocnik, do którego będziesz załatwiał swoje potrzeby.
Głowacki patrzył z niedowierzaniem. Pragnął, aby to wszystko okazało się jedynie koszmarnym snem. Głos starego brzmiał jednak bardzo realnie.
- Raz dziennie opróżnię twój nocnik. Jeżeli będziesz sprawiał kłopoty, nie zrobię tego.
- Dlaczego...? Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego mnie tu ściągnąłeś? Czego ode mnie chcesz?! Mam pieniądze, dużo... Mogę...
Stary uniósł rękę. Chciał, aby Głowacki przestał mówić.
- Nie chcę twoich pieniędzy. - Mężczyzna zaczął powoli wycofywać się w stronę drzwi. - Mam jeszcze wiele pracy. Muszę iść. Wrócę jednak niebawem i przyniosę ci twój nocnik, tak jak obiecałem.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Dlaczego tu jestem?
- Wszystko w swoim czasie, chłopcze. Niczego nie będę musiał ci mówić. Sam zrozumiesz. Póki co weź do ręki Pismo Święte, które ci zostawiłem. Pewnie już zdążyłeś je zauważyć. Zdziwisz się, jak wiele odpowiedzi na nurtujące cię pytania możesz w nim znaleźć.
3.
- Jezu! Niech on jedzie trochę szybciej! - Aneta ze złości pacnęła dłońmi w kierownicę. - Ni cholery nie zdążymy w takim tempie.
- Spokojnie. Mamy jeszcze dziesięć minut. - Ewa próbowała ją uspokajać z fotela pasażera.
Znały się od dziesięciu lat i wiedziała, że przyjaciółka właśnie za kierownicą ujawnia najgorsze cechy swojej osobowości.
- Dziesięć minut? Cholera, muszę jeszcze skserować notatki, a jak znam życie, kolejka do ksera będzie kilometrowa.
Obie pracowały na Uniwersytecie Szczecińskim. Aneta była doktorem nauk ekonomicznych, Ewa doktorem psychologii. Poznały się pierwszego dnia pracy, w uczelnianym bufecie. Wówczas jako młode panie magister szykowały się do przeprowadzania swoich pierwszych ćwiczeń ze studentami. Aneta była tak zestresowana, że o mało nie oblała Ewki kawą. I tak zaczęła się ich znajomość, która wraz z upływem lat przemieniła się w przyjaźń. Wiedziały o sobie wszystko. O wiele więcej niż ich mężowie.
- No, już widać gmach uniwersytetu. Jeżeli spóźnię się więcej niż piętnaście minut...
- Nie spóźnisz - uspokajała Ewka.
- Ale jeśli, to te cwaniaki z drugiego roku czmychną i będą tłumaczyć się, że minął kwadrans akademicki.
- Spokojnie, zdążymy.
Aneta była ładną blondynką. Dzisiaj zdecydowała się upiąć włosy w kok. Nosiła okulary w czarnych, grubych oprawkach. Miały dodawać jej powagi wykładowcy akademickiego. Nie dodawały. Spojrzała na Ewę.
- A ty coś taka spokojna?
Ewa się uśmiechnęła.
- Jestem psychologiem, nie zapominaj o tym. Znam się na emocjach i umiem nad nimi panować. W przeciwieństwie do moich przyjaciółek o ścisłych umysłach.
- Jasne. - Aneta zrobiła kwaśną minę. - Cwana jesteś, bo ciebie przynajmniej nie opieprzy dziekan za kolejne spóźnienie.
Ewka przewróciła oczami. Była szatynką o krótko przyciętych włosach odkrywających jej smukłą szyję. Ktoś, kto jej nie znał, nie uwierzyłby, że dobija czterdziestki.
- Nie zaczynaj tego tematu pięć minut przed wykładem, dobrze? Jeszcze przed chwilą panikowałaś, że się spóźnisz.
- A ty obiecałaś, że przemyślisz sprawę i wrócimy do tematu.
- I dotrzymam słowa, ale może nie teraz, okej?
Wjechały na parking, jak zwykle zatłoczony o tej porze. Wielki, przeszklony gmach wydziału ekonomii mieścił się po lewej. Budynki nauk humanistycznych po prawej. Aneta zazwyczaj parkowała dokładnie pośrodku, aby obie mały taką samą odległość do pokonania. Tym razem zatrzymała się przy samych drzwiach prowadzących do wydziału Ewy.
- Dzięki. - Ewa już miała wysiąść, kiedy Aneta złapała ją za rękaw płaszcza.
- Ewka, błagam, przemyśl to wszystko, póki nie jest jeszcze za późno. Błagam. Andrzej to świetny facet. Nie zasługuje na coś takiego.
Ewa patrzyła przez przednią szybę. Dopiero po chwili spojrzała w oczy przyjaciółki.
- Świetny facet? Masz rację. Tylko że ty znasz go z trochę innej strony. Fajny kumpel. Fajnie sobie pogadać przy piwku. Dogadują się z twoim mężem. Tylko, Aneta, to jest moje życie i mój mąż, z którym przeżyłam czternaście lat.
- I chcesz teraz wszystko przekreślić, ot tak po prostu?
Ewa westchnęła.
- Niczego nie chcę przekreślać. Muszę... muszę to wszystko poukładać sobie w głowie.
- No proszę, pani psycholog, która jak mało kto radzi sobie z emocjami, musi sobie poukładać w głowie.
- Nie rób sobie jaj.
- Nie robię. I uwierz mi, nie jest mi do śmiechu. Martwię się.
- Wiem. - Ewa pokiwała głową, lekko się uśmiechając. - Dzięki.
Aneta nie zamierzała jednak kończyć wykładu z etyki.
- To nie jest w porządku. Nie jest w porządku wobec Andrzeja ani Weroniki, szczególnie wobec niej.
- Cholera, Aneta! Myślisz, że nie wiem? Weronika jest moją córką. Ma dopiero dwanaście lat. Wiem, że nie mogę, że nie powinnam... - Ewka spojrzała na zegarek. - Muszę lecieć. Zdaje się, że ty również. Wrócimy do tematu.
Aneta zabrała rękę z ramienia przyjaciółki.
- Możesz być tego pewna. Miłego dnia.
Ewka wysiadła z auta i szepnęła pod nosem:
- Teraz to na pewno nie będzie miły.
Ewa zaczęła ściągać płaszcz, już wchodząc do budynku. Pospiesznie oddała go szatniarce, uśmiechając się od ucha do ucha, i pognała na pierwsze piętro. Jej obcasy dudniły o posadzkę pustego korytarza. Wszyscy już prowadzili swoje wykłady, tylko nie ona.
Miała dziś zajęcia z teorii osobowości z pierwszym rokiem, w sali sto osiem. Przynajmniej tak jej się wydawało, że sto osiem. Oby nie pomyliła sal, bo w przeciwnym razie zanim zdąży sprawdzić, gdzie powinny odbyć się zajęcia, grupy może już nie być. Kiedy otworzyła drzwi, okazało się, że grupa wciąż na nią czekała i, co najważniejsze, ta właściwa. Były to dopiero ich trzecie zajęcia, ale Ewa miała dobrą pamięć do twarzy i rozpoznała kilka znajomo wyglądających.
- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie. Korki. Wiecie, jak to jest.
Studenci chórkiem odpowiedzieli "dzień dobry", jak grzeczne dzieci w szkole podstawowej. "Pierwszy rok" - pomyślała Ewka. "Wystraszeni i jeszcze wciąż zainteresowani nauką. Na przestrzeni kilku najbliższych miesięcy wszystko powinno ulec zmianie. Rozluźnienie to nieodzowna część studiowania. Potem spięcie przed sesją i znowu laba". Ewa miała zamiar trochę to zmienić kilkoma dodatkowymi kolokwiami podczas tego semestru.
Stanęła za pulpitem i zaczęła przeglądać notatki. Miała na sobie doskonale skrojoną, szarą garsonkę.
- Dzisiaj zajmiemy się psychoanalizą - oznajmiła. - Czy ktoś z was wie, kogo uważa się za ojca psychoanalizy? - Ewa rozejrzała się po sali. W większości wypełniona była studentkami. Studentów było co najwyżej kilku, ale to właśnie jeden z nich, ogolony na łyso, z kolczykiem w brwi, odpowiedział:
- Zygmunta Freuda.
- Zgadza się. I to właśnie Freud zaryzykował stwierdzenie, że osobowość składa się z trzech elementów. A każdy z nich ma wpływ na nasze zachowanie. - Ewa odwróciła się do tablicy.
Kredą narysowała wielkie jajo i podzieliła je na trzy części. Psychoanaliza była od zawsze ulubionym działem przyszłych psychologów. Ewa sądziła, że taki stan rzeczy utrzymuje się co najmniej z dwóch powodów: otóż psychoanaliza była dość łatwym do przyswojenia nurtem, a poza tym aż roiło się w niej od podtekstów seksualnych. Kompleks Edypa, zafiksowanie w fazie analnej i interpretacja snów - wszystko to, co pociągało studentów.
- Pierwszym elementem według Freuda jest id. - Ewa narysowała grubą kreskę u szczytu jaja i ponownie spojrzała na grupę. - Id bywa nazywane naturalnym popędem. Jest najbardziej pierwotne i leży w naszej psychice najgłębiej. Jego celem jest dążenie do zachowania optymalnego poziomu energii w organizmie. Jeżeli jest jej zbyt dużo, id dąży do tego, aby została rozładowana. Id jest bezwstydne, nie kieruje się ogólnie przyjętymi normami czy zasadami. Moralność nie ma dla niego znaczenia. Liczy się tylko uzyskanie satysfakcji. Dąży do przyjemności za wszelką cenę. Jak niemowlę oczekuje natychmiastowego zaspokojenia bieżących potrzeb, bez względu na to, czy jest to aktualnie możliwe, czy też nie. Drugim elementem osobowości w ujęciu Freuda jest ego. - Ewa narysowała kolejną kreskę, tym razem niżej, dzieląc jajo na trzy prawie równe części. - Ego natomiast to swego rodzaju mediator. Próbuje poskromić id, zahamować jego pragnienia i skonfrontować je z rzeczywistością. Przypomina id o istnieniu zasad i norm. Ego to dorosły, który hamuje złe zachowanie dziecka. Zaraz podam wam jakiś przykład...
- To tak jakbym szedł sobie ulicą... - przerwał chłopak z kolczykiem w brwi. Oczy wszystkich w sali zwróciły się w jego stronę. - ...i nagle widzę naprawdę fajną laskę. Nie mogę oderwać od niej wzroku. I tak sobie myślę, to znaczy moje id mi to podpowiada: "Podejdź do niej i złap ją za tyłek! Przecież wiem, że chcesz".
Ewa słuchała chłopaka ze zdumieniem. Zresztą nie ona jedna.
- Może nawet id namawiałoby mnie do odbycia stosunku z tą kobietą, tu i teraz, nawet na ulicy.
Chłopak zaczął się odrobinę czerwienić. Ewa to zauważyła. Patrzenie na nią wyraźnie go krępowało, dlatego uciekł wzrokiem w stronę twarzy innych studentów, szukając w nich oznak zrozumienia. Zagalopował się odrobinę, ale było już za późno, aby się wycofać. Jeżeli chciał zaimponować koleżankom, to raczej kiepsko mu to wychodziło. Znów spojrzał na Ewę i mówił dalej:
- No i wtedy do gry wchodzi ego i mówi: "Wybij to sobie z głowy, stary, bo laska jak nic strzeli cię w pysk. Wstydu sobie narobisz i kto wie, może i policja przyjedzie". No, ale jest jakaś potrzeba, którą trzeba zaspokoić, no nie? Więc ego może powiedzieć: "Jak będziesz w domu, to po prostu ulżysz sobie sam, myśląc o tej seksownej lasce". - Chłopak znów rozejrzał się po sali, jakby chciał sprawdzić, jakie wrażenie na zgromadzonych wywarł jego wywód.
Kilka dziewcząt chichotało. Ktoś skomentował coś cicho dwa rzędy dalej. Gdzieś w głębi sali jakaś dziewczyna szepnęła: "Co za idiota". Chłopak ponownie spojrzał na Ewę.
- Co, kiepski przykład?
Ewa odchrząknęła i założyła ręce na piersi.
- Jak się pan nazywa?
Student wahał się przez chwilę.
- Yyy... Igor. Trochę już czytałem na temat podziału osobowości według Freuda.
- A więc, panie Igorze, moim zdaniem powinien pan poczytać nieco więcej. Przykład nie tyle kiepski, co... powiedziałabym... kontrowersyjny. No, ale psychoanaliza sama w sobie od zawsze budziła kontrowersje. Przekraczała granicę tabu. Myślę, że nie do końca trafił pan z tym przykładem, ale wydaje mi się, że pańskie koleżanki i koledzy zrozumieli doskonale. Mam rację? - Ewa omiotła wzrokiem zgromadzonych i uśmiechnęła się.
Niektórzy potwierdzili ruchem głowy, inni niemrawo wymamrotali "tak".
- No to się cieszę. - Ewa ponownie odwróciła się do tablicy. - Trzecim elementem osobowości jest superego. Superego to pan Idealny. Sumienie. Bez przerwy szepcze nam do ucha: "Nie rób tego, nie rób tamtego". To także ideał ego. Pokazuje, jakim powinno się być, jakie rozwiązanie powinno wybrać ego. Superego kieruje się restrykcyjnymi zasadami moralnymi. Łamanie nakazów budzi poczucie winy, a ich przestrzeganie daje poczucie ulgi i szacunku do siebie samego.
Ewa spojrzała w stronę łysego chłopaka z kolczykiem w brwi, który najwyraźniej nie miał już ochoty na czynne uczestnictwo w zajęciach.
- Wracając do pana przykładu... Superego nie tylko zganiłoby pana, chociażby za pomyślenie o odbyciu stosunku z tą kobietą na ulicy, ale również chciałoby wybić panu z głowy pomysł samozaspokojenia, które zamierzał pan uskutecznić w zaciszu własnego domu.
Teraz wszyscy na sali wybuchli śmiechem. Ewa też nie mogła się powstrzymać. Kiedy jednak zauważyła, że chłopak robi się coraz bardziej czerwony ze wstydu, opanowała się.
- Superego powiedziałoby: "W żadnym razie! O czym ty myślisz?! Ani jeden pomysł nie jest dobry, ani drugi. Jeżeli chcesz rozładować popęd, to idź, pobiegaj albo weź zimny prysznic". - Wreszcie oderwała wzrok od nieszczęśnika i spojrzała na resztę studentów. - Zrozumieliście?
Rozległo się bardziej stanowcze "tak".
- Najtrudniejszą robotę z całej trójki odwala ego. Z jednej strony wciąż musi odpierać niepohamowane ataki id, z drugiej bez przerwy blokowane jest przez superego. Ego musi wypracować jakiś wewnętrzny kompromis i, co najważniejsze, zamienić to na efektywne działanie. - Ewa odeszła od pulpitu i oparła się o blat biurka. - Gdy ego nie jest w stanie sobie poradzić, wówczas pojawia się lęk. Jak wiemy, nie jest on przyjemnym uczuciem, więc człowiek za wszelką cenę stara się go uniknąć. Wyjątkiem może być lęk obiektywny, wam znany po prostu pod pojęciem strachu. Jeśli ktoś was napadnie, kiedy wracacie do domu na skróty przez nieoświetloną drogę, naturalnym następstwem będzie unikanie tego skrótu w przyszłości, prawda? - Niektórzy studenci znowu pokiwali głowami, inni jedynie słuchali z zainteresowaniem. - No właśnie. Każdy inny lęk stanowi źródło problemu. Oznacza kłopoty. Lęk neurotyczny oznacza konflikt pomiędzy naszymi popędami a ograniczeniami, które serwuje nam ego. Obawiamy się, że nasze popędy wymkną nam się spod kontroli, a my zrobimy coś społecznie nieakceptowanego, za co poniesiemy karę. Lęk neurotyczny jest irracjonalny, bo w przeciwieństwie do strachu nie wiąże się z realnym zagrożeniem. Ego radzi sobie z nim za pomocą mechanizmów obronnych, o których porozmawiamy na następnych zajęciach.
Ewa wróciła za pulpit. Oczy studentów i studentek śledziły ją nieustannie, jak snop światła podążający za występującym na scenie artystą.
- Innym rodzajem lęku niepożądanego jest lęk moralny. Jest to lęk przed superego, czyli własnym poczuciem winy. Jednostka odczuwa wtedy wstyd. Może to być konflikt pomiędzy popędem seksualnym a zakazami moralnymi. No i wtedy można by wykorzystać przykład pana Igora, który wspomniał o uroczej kobiecie idącej ulicą. - Ewa wskazała na chłopaka, który chyba najchętniej wtopiłby się w krzesło. Kilka dziewcząt znowu zachichotało. - Albo...
- Albo na przykład zdrada małżeńska... - ktoś przerwał Ewie i odezwał się z głębi sali.
Ewa, zaskoczona, spojrzała w stronę, z której dobiegał głos.
- Słucham?
- Zdrada małżeńska. No, wie pani doktor. Kolejny przykład. Odczuwanie pożądania wobec innej osoby, gdy samemu jest się w związku małżeńskim. Zdrada psychiczna i fizyczna. Ciężko stwierdzić, która gorsza. Podałem przykład lęku moralnego. Kiedy jednostka odczuwa poczucie winy i wstyd, ale z drugiej strony jest jej dobrze i nie chce z niczego rezygnować. Wtedy też mogą zadziałać mechanizmy obronne, prawda? Żeby zagłuszyć kłujące poczucie winy.
Ewa patrzyła na mężczyznę, który na oko miał około sześćdziesięciu lat. Z tej odległości nie mogła tego stwierdzić na pewno. Była jednak zaskoczona, że nie zauważyła go wcześniej.
- A pan nazywa się?
- Mam na imię Janusz.
Ewa podniosła kilka kartek, które miała przed sobą, i zaczęła je wertować w poszukiwaniu listy studentów.
- Janusz, a nazwisko? - Ewa ponownie spojrzała w stronę mężczyzny.
- Antkowiak. Janusz Antkowiak.
- Antkowiak. - Ewa utkwiła wzrok w szczycie listy. Było sześć nazwisk zaczynających się na A, ale żadnego Antkowiaka. - To dziwne, bo nie ma pana na liście studentów.
- To pewnie dlatego, że dołączyłem do grupy dopiero dzisiaj. Nie jestem studentem. Okres studiów mam już dawno za sobą. - Mężczyzna roześmiał się, ale spoważniał bardzo szybko. - Jestem wolnym słuchaczem. Jeżeli zapyta pani o mnie w sekretariacie, na pewno to potwierdzą.
"Nie omieszkam" - pomyślała Ewa.
- Z wykształcenia jestem inżynierem - kontynuował mężczyzna. - Ale od zawsze interesowała mnie psychologia. Psychoanaliza to mój ulubiony nurt starej szkoły.
Ewa pokiwała głową z uznaniem.
- To widać. No cóż, panie Antkowiak, witamy. Gratuluję trafnego przykładu. Co się zaś tyczy mechanizmów obronnych, tak jak mówiłam, porozmawiamy o nich na następnych zajęciach. - Ewa zebrała kartki i postukała nimi o blat, formując równy plik. - A teraz zróbmy sobie piętnaście minut przerwy.
Ewa weszła do łazienki znajdującej się na końcu korytarza. Zazwyczaj korzystali z niej jedynie wykładowcy. Teraz nie było nikogo. "I dobrze" - pomyślała. Odkręciła wodę i delikatnie zwilżyła skronie, tak aby nie rozmazać makijażu. Głowa zaczynała ją lekko pobolewać. Spojrzała w swoje odbicie. Miała długie rzęsy i ciemne oczy, teraz wyraźnie zmęczone. Poprawiła grzywkę lekko opadającą na czoło. Wsparła ręce na umywalce, wciąż się sobie przyglądając i zupełnie nie zwracając uwagi na nieustannie cieknącą wodę.
"Kim jest ten facet, ten cały Antkowiak? Czy może wiedzieć? Ale skąd? Daj spokój, przecież to niemożliwe!"
Miała dziś wyjątkowo kiepski dzień. Najpierw Aneta z tym swoim umoralniającym kazaniem, teraz ten gość, przypadkiem podający przykład zdrady małżeńskiej. Ona sama toczyła wojny ze swoim id od bardzo dawna i w końcu mu uległa. Superego karciło ją za to każdego dnia, przywołując przed oczy obrazy jej dwunastoletniej córki, która była bardzo przywiązana do swojego ojca. Później obraz jej matki i pojawiająca się świadomość, jak bardzo będzie zawiedziona. A potem głos. Czyj właściwie? Jej samej, szukającej usprawiedliwienia, że nie robi niczego złego? Głos świadomie zastosowanego mechanizmu obronnego, o którym mówił ten Antkowiak? Racjonalizacja, tłumaczenie sobie, że postępuje właściwie, kiedy jednocześnie wie, że postępuje bardzo niewłaściwie?!
Zakręciła wodę. Powinna to zakończyć. Przyznać się Andrzejowi, że od roku zdradza go z dziekanem wydziału. Przeprosić i błagać o wybaczenie. Okazać skruchę. Dla dobra Weroniki. Tak, dla dobra ich córki. "Ale co ze mną?" - nieustannie pytała sama siebie. "Co ze mną, do cholery, kiedy nie wiem, czy wciąż go kocham? Czy po latach ludziom przestaje na sobie zależeć i jedyne, co ich łączy, to wspólny dom, kredyt, dziecko? Pozostaje zwykłe przyzwyczajenie, obowiązki wobec rodziny, która tak naprawdę rodziną już nie jest?" Westchnęła i pomyślała o Michale.
Michał Kowal był dziekanem wydziału i przy okazji nieziemsko przystojnym facetem. Powoli dobijał pięćdziesiątki, ale za żadne skarby nie można było tego stwierdzić, patrząc na niego. Wysoki, dobrze zbudowany, dbający o formę. Zawsze uśmiechnięty i czarujący. Ewa była pewna, że wszystkim pracownicom uniwersytetu miękną nogi na jego widok, nie wykluczając Anety. Ale on przed rokiem zwrócił uwagę właśnie na nią. Mężatkę z kilkunastoletnim stażem i jedenastoletnią wówczas córką.
Nawet nie pamiętała dokładnie, jak to wszystko się zaczęło. Ot tak któregoś razu zaprosił ją na kawę, a ona ot tak się zgodziła. Pewnie był to kolejny wieczór, kiedy Weronika miała lekcje fortepianu, a Andrzej jak zwykle do późna siedział w pracy. A może był to wieczór, kiedy grał z chłopakami w piłkę? A grywał dwa razy w tygodniu, bez względu na to, jak wielki młyn mieli w pracy. Był kierownikiem w dziale sprzedaży jednej z większych firm produkujących części mechaniczne do ciągów maszynowych na zamówienie. Jak wracał do domu po dziewięciu godzinach, Ewa miała ochotę zaznaczyć to w kalendarzu.
Tak wyglądało ich życie. Praca, dom, Weronika, praca, dom, dom, praca, Weronika, i tak w kółko. Byli jak współlokatorzy wychowujący wspólne dziecko. Nie mieli czasu dla siebie, w ich życie wkradła się rutyna, szarzyzna dnia codziennego, i to zabiło ich związek. Ewa nie tak dawno łudziła się jeszcze, że może coś się zmieni, że ich uczucie co prawda ledwo zipie, jak potrącona przez wielką ciężarówkę sarna, ale w końcu jakoś się z tego wyliże. Nic bardziej mylnego.
Z Michałem spotykała się dwa razy w tygodniu. On sam był po rozwodzie. Mówił, że nie jest gotowy na kolejny związek i zobowiązania. I trudno było mu się dziwić, patrząc na kolejkę kobiet gotowych w każdej chwili wskoczyć mu do łóżka. W tej kolejce znalazłoby się pewnie i parę studentek. Ewa sądziła jednak, że tej granicy Michał by nie przekroczył. Taką przynajmniej miała nadzieję. Był dobry w łóżku. Wstydziła się przyznać przed samą sobą, ale pokazał jej świat, którego nie znała. Co tam nie znała... Podejrzewała, że po prostu nie może istnieć, a kilka orgazmów jednego wieczoru to bujda wymyślona przez pisarki typu E.L. James. Okazało się, że jednak istnieje, a ona może cieszyć się seksem i czuć się pożądaną.
Dziś miała się spotkać z Michałem. Powinna mu powiedzieć, zakończyć tę znajomość i wrócić do odgrywania roli przykładnej matki i żony z obowiązku. Ot po prostu: "Hej, jak minął twój dzień? W miarę okej? To dobrze. Musimy wezwać hydraulika, bo zlew trochę przecieka, chyba że sam do niego zajrzysz, jak znajdziesz chwilkę. A, nie znajdziesz, to trudno. Kogoś wezwę. A może znajdziesz chwilkę, żeby się pokochać z żoną wieczorem? Robiliśmy to tak dawno temu, że już zapomniałam, jak to jest. A, też nie znajdziesz. No trudno, może też kogoś wezwę do tej roboty, co ty na to?".
Ewa wyszła z łazienki rozkojarzona. Powinna coś szybko zjeść, zanim skończy się przerwa, ale chciała jeszcze pójść do sekretariatu i sprawdzić tego całego Antkowiaka. Tak też zrobiła, ale dziewczyny powiedziały jej, że aktualnie na pierwszym roku nie ma żadnych wolnych słuchaczy. Dlaczego jej to nie zdziwiło? Trochę się zaniepokoiła tym faktem i wciąż przywoływała w głowie przykład zdrady, który podał ten facet. Jak tylko wejdzie do sali, każe się gościowi wytłumaczyć. Pod warunkiem, że wciąż tam będzie...
A jednak wyszedł. Ewa kontynuowała wykład. Starała się uwolnić od natrętnych myśli związanych z Michałem i facetem, który podawał się za wolnego słuchacza, miłośnika psychoanalizy. Mówiła o fazach rozwoju psychoseksualnego, a także o interpretacji snów i wspomniała o stosowanej w psychoterapii hipnozie, dzięki której pacjent wracał do czasów wczesnego dzieciństwa. Kiedy skończyła wykład, było po czternastej. Teraz naprawdę burczało jej w brzuchu. Do tego żołądek ściskała jej niewidzialna pięść stresu. "Powiem Michałowi, że to koniec" - powtarzała w myślach.
Zbierała notatki i wkładała je do teczki, kiedy spomiędzy kartek wypadła podłużna biała koperta. Ewa podniosła ją z podłogi. Obróciła w dłoni i ujrzała swoje imię i nazwisko, wypisane na odwrocie maszynową czcionką:
Dr Ewa Jarosz-Zalewska
Otworzyła ją i wyjęła ze środka małą, prostokątną sztywną kartkę, na której ktoś napisał:
Mąż niech oddaje powinność żonie, podobnie też żona mężowi. Żona nie rozporządza własnym ciałem, lecz jej mąż; podobnie też i mąż nie rozporządza własnym ciałem, ale żona.
1 Kor 7, 3-4
Ewa z wrażenia przyłożyła dłoń do ust, chcąc stłumić wzbierający w gardle krzyk. Tego było już za wiele. Co to wszystko miało znaczyć? Ten Antkowiak czy jak mu tam? Pewnie on podrzucił jej kopertę. Ale dlaczego? I jakim cudem wszedł w posiadanie jednej z najbardziej intymnych tajemnic jej życia? Przecież to niemożliwe.
Zaczęła rozglądać się po sali, chcąc się upewnić, że wszyscy studenci już wyszli. Na puste krzesła i ławki padało blade popołudniowe światło, przedzierające się przez pionowe żaluzje w wielkich tylnych oknach na końcu sali. Pospiesznie spakowała resztę swoich rzeczy i wybiegła z auli. W głowie miała kocioł myśli. Starała się przypomnieć sobie twarz Antkowiaka. Nigdy wcześniej nie spotkała tego faceta.
Po południu miała jeszcze ćwiczenia z psychologii poznawczej z trzecim rokiem. Nie wiedziała, czy będzie potrafiła poprowadzić zajęcia. Może wykręci się migreną albo wymyśli inną wymówkę? Ostatecznie sypia przecież z dziekanem. Niech to szlag! Szła bardzo szybko, o mało się nie potykając, i wtedy ktoś dotknął jej ramienia. Z wrażenia podskoczyła. Zanim zorientowała się, kto to, wyobraźnia podsunęła jej przed oczy twarz Antkowiaka.
- A, to ty - powiedziała, z ulgą wypuszczając powietrze.
Michał rozłożył ręce w geście niezrozumienia i jak zwykle dołożył do tego swój zniewalający uśmiech. Był brunetem, ale czas postanowił odrobinę przyprószyć mu włosy po bokach. Miał wydatny, mocno zarysowany nos i ciemną cerę, jakby często odwiedzał solarium. Ewa wiedziała, że nigdy tam nie chodził, taka po prostu była jego uroda. Zawsze jej przypominał Greka. I pewnie właśnie dlatego straciła dla niego głowę.
- "A, to ty"? To tak mnie witasz? Wiem, że nie możesz wpaść mi w ramiona na środku korytarza, ale spodziewałem się trochę cieplejszego przywitania.
- Daj spokój.
- Ewa, wszystko w porządku? - Michał wreszcie przestał się uśmiechać.
- Właściwie to nie.
- Co się stało?
Grupka przechodzących obok nich studentów ukłoniła się i powiedziała "dzień dobry". Michał odpowiedział. Ewa kompletnie ich zignorowała.
- Musimy porozmawiać - oświadczyła.
- Jasne. Chodźmy do mojego gabinetu...
- Michał...
- O co chodzi? Porozmawiamy u mnie, na spokojnie.
Parę miesięcy temu też poszli do jego gabinetu. Mieli porozmawiać, a skończyło się dzikim seksem na biurku. Na samo wspomnienie tamtych chwil Ewa zawsze zastanawiała się, co nią kierowało. Przecież ktoś mógł ich nakryć. I chyba właśnie o to chodziło. O ten dodatkowy dreszczyk emocji. Pamiętała dokładnie, jak wychodziła z jego biura, modląc się w duchu, aby nie zaliczyć wpadki w stylu krzywo zapiętych guzików albo bluzki założonej tyłem na przód. Miała wtedy wrażenie, że wszyscy się na nią gapili.
Weszli do gabinetu. Pomieszczenie nie było duże, wyposażone w pojedyncze okno. Na środku stało pamiętne biurko. Na nim komputer, telefon i stos papierzysk. Po prawej regał i segment. W rogu jakiś kwiat doniczkowy. Michał zamknął drzwi za Ewą.
- Co się stało? Kiepsko wyglądasz. Dzisiejszy wieczór aktualny?
"Jasne - pomyślała - tylko tyle cię obchodzi. Żeby puknąć panią doktor, jak w każdy czwartek".
- Tak, stało się. I nie, dzisiejszy wieczór nie jest aktualny.
- Ale...
- Ani dzisiejszy, ani żaden inny...
- Ewka, ale spokojnie. O co chodzi? Coś się musiało wydarzyć, że tak reagujesz...
- To się stało! - Wcisnęła mu w dłoń kopertę, którą znalazła wśród swoich notatek po zakończonym wykładzie.
Przyglądał się jej przez chwilę, po czym znów spojrzał na Ewę.
- Co to jest?
- Otwórz.
Posłuchał i długo przyglądał się temu, co było napisane na kartce, zupełnie jakby słowa układały się w szyfr albo stanowiły część jakiegoś niezrozumiałego dialektu.
- "Niech mąż oddaje powinność małżeńską żonie, a żona mężowi. Żona nie może swobodnie dysponować własnym ciałem, lecz jej mąż. Podobnie i mąż nie może swobodnie dysponować własnym ciałem, lecz jego żona" - przeczytał w końcu na głos. - Co to jest? Jakiś żart?
Ewa patrzyła na niego poważnie, z założonymi na piersiach rękoma.
- Jeśli tak, to mnie nie śmieszy.
- To cytat z Biblii.
- Brawo za spostrzegawczość.
Opowiedziała mu o wszystkim. O tym, jak podczas wykładu z psychoanalizy pojawił się tajemniczy gość podający się za wolnego słuchacza, który w rzeczywistości wolnym słuchaczem nie był. O tym, jaki przykład lęku moralnego podał. O tym, jak znalazła kopertę, kwitując, że to nie może być przypadek. Na zakończenie powiedziała:
- To już koniec, Michał.
Wpatrywał się w nią, nie mogąc uwierzyć, więc powtórzyła bardziej dosadnie:
- Między nami wszystko skończone.
- O co ci chodzi, Ewa? Kończysz ze mną przez jakąś durną wiadomość? Może to głupi żart?! Wcale nie oznacza, że wie o nas pół uniwersytetu!
- Jak będziesz mówił tak głośno, to gwarantuję ci, że jeśli jeszcze nie wie, to zaraz się dowie.
- Przepraszam - powiedział skruszony. - Posłuchaj, spróbuję ustalić, co to za gość.
- Niby jak?
- Przecież mamy monitoring na korytarzu.
- Nieważne, Michał. To koniec. Ja nie powinnam... nie mogę...
- Ewa...
- Nie mogę tego zrobić Weronice.
Chciała wyjść, ale zatrzymał ją. Przycisnął do siebie.
- A sobie możesz zrobić? Mówiłaś, że nie jesteś z nim szczęśliwa.
Patrzyła na niego długo. "A z tobą jestem?" - pomyślała. "Mogę liczyć na coś więcej niż bzykanko w każdy czwartek?" Nie wypowiedziała myśli na głos. Zamiast tego oświadczyła:
- Muszę iść. Za dziesięć minut mam zajęcia.
Wyszła, delikatnie zamykając drzwi. Michał wpatrywał się w nie przez dłuższy czas. W końcu przeklął pod nosem i z impetem cisnął kopertę na biurko.