Opowiedz nam historię
18. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Krwawe Łąki, Laref
Dzieci krzyczały, radośnie zbierając się wokół ogniska. Dorośli uśmiechali się pobłażliwie, przyglądając się im od czasu do czasu.
- Opowiedz nam historię! - zawołała kilkuletnia dziewczynka, ciągnąc za rękaw przepoconej koszuli zmęczonego staruszka.
- Jestem dziś zmęczony - odpowiedział, lecz dziecko nie dawało za wygraną.
- No to tylko jedną!
- Ale...
- Jedną!
Do dziewczynki natychmiast dołączyły pozostałe dzieci. Jedne próbowały robić groźne miny, inne patrzyły zapłakanymi oczami. Staruszek nie ustępował. Naprawdę był tego dnia zmęczony. Lato przyszło ciężkie, upalne jak na tę część świata. Owszem, przeżył już bardziej dokuczliwe słońce i stąpał po bardziej spalonej ziemi, ale wtedy był młodszy - nie musiał dbać o plony, martwić się o zwierzęta ani o dobro rodziny.
- Pjosze - poprosił cicho trzyletni chłopiec o pucołowatej buzi i ogromnych oczach zielonych jak soczysta trawa porastająca polany Sur Amar.
Staruszek westchnął. Do tego dzieciaka miał słabość. Ta zieleń i dziecięca czystość przypominały mu najlepsze lata życia. Dziś jednak przywodziły też na myśl, jak bardzo się postarzał.
- Nie dziś... jutro albo...
- Tylko jedną? - zapytał z nadzieją młody chłopak, podając staruszkowi miskę rozwodnionej zupy. - Proszę, dziadku.
To był cios poniżej pasa. Jak miał odmówić ukochanemu wnukowi? Staruszek posłał gniewne spojrzenie siedzącemu nieopodal synowi i pogroził mu palcem. Tamten wzruszył ramionami i roześmiał się wesoło.
- Wnukowi odmówisz? - zapytał, unosząc brwi.
- Tehor klak nur - zaklął cicho starzec, wiedząc, że nikt z obecnych nie włada językiem kibar.
Syn roześmiał się jeszcze donośniej, lecz nic nie odpowiedział. Staruszek niechętnie przeniósł spojrzenie na wnuka. Chłopak był już w wieku, w którym powinien powoli rozglądać się za żoną, a nie słuchać bajęd przy ognisku.
- Nie jesteś na to wszystko za stary? - zapytał szorstko.
- A czy mój ojciec jest? Albo Krzywy Pat? Oni też cię uważnie słuchają. Wszyscy cię słuchają. Mama i siostra też. Nawet Stara Lenka.
- Nie jestem taka stara, ty wiejski ciulu! - wrzasnęła wymieniona kobieta, groźnie wymachując laską.
- Też jesteś ze wsi, Lenka, więc nie obrażaj mi chłopaka - odparł staruszek, kręcąc głową i przewracając oczami.
Stara Lenka prychnęła i wróciła do zaplatania warkocza swojej praprawnuczce.
- To opowiesz? - zapytał ponownie chłopak.
Starzec westchnął ciężko, lecz w końcu skinął głową. Dzieci zapiszczały z zachwytem i szybko usiadły jak najbliżej. Dorośli również przyciszyli rozmowy albo całkiem je przerwali, choć każdy znał te opowieści na pamięć. Nie chodziło jednak o to, co było mówione, lecz jak. Słowa pozwalały im na chwilę zapomnieć, kim są i gdzie się znajdują, zobaczyć oczami wyobraźni krainy, do których nigdy nie dotrą, stać się tym, kim nigdy nie będą. Przez moment mogli wszystko. Tylko to się liczyło.
- Nie dacie starcowi odpocząć - warknął, po czym odchrząknął, splunął w bok i westchnął ciężko. Wreszcie zaczął opowiadać. - Byłem wtedy młody i głupi, ale gdybym taki nie był, nigdy bym się nie zaciągnął...
Dziennik: ptaki
Poświęcone obserwacji miesiące, a właściwie już lata, przynoszą wreszcie efekty. Udało się potwierdzić, że Czarnego Maga nie ma w tej parszywej kompanii najemników. Od lat. Oficjalnie Dowódca podtrzymuje wersję, że jest na urlopie, jednak nic nie wskazuje na to, aby z tego urlopu miała kiedykolwiek wrócić. Iluzję jej ciągłego wsparcia mają zapewnić kursujące dniem i nocą ptaki przenoszące rozkazy. Jest ich wiele, jednak to tylko ptaki. Dzięki nim Dowódca wie, co się dzieje w poszczególnych oddziałach i jest w stanie kontrolować nie tylko gdzie są jego żołnierze, ale też w jakim są stanie. Muszę przyznać, iż to proste rozwiązanie zrobiło na mnie wrażenie. Nie tylko ma ono wymiar czysto praktyczny, ale też propagandowy, bowiem wiele osób - w tym samych żołnierzy kompanii - wierzy, że są to nie tylko bezmyślne zwierzęta, ale same awatary Czarnego Maga bądź, w najlepszym wypadku, jej własne chowańce.
Trudno mi uwierzyć w te brednie, jednak moje plany nie pozostawiają miejsca na żadne błędy, więc w najbliższym czasie planuję osobiście zająć się tą kwestią i sprawdzić, czy faktycznie jest w nich coś magicznego. Do tego czasu ograniczę się jednak do faktów.
Mimo licznych prób nie udało mi się ustalić, jak licznym stadem dysponuje Dowódca. Nie umiem też powiedzieć, kto zajmuje się ich szkoleniem, więc dopuszczam możliwość, że w grę wchodzi jednak jakaś forma magii. Kompania werbuje, kogo się da i gdzie się da. Na ten moment nie udało mi się potwierdzić, aby nawiązali lub przymusili do współpracy innych magów, ale wśród zaprzysiężonych leczących jest kilku, których można w przypływie dobrego nastroju nazwać szamanami. Ich moc jest słaba, jednak obecna i wyczuwalna. Echo dwóch z nich daje mi podstawy, by przypuszczać, że byliby w stanie w jakiś sposób narzucić pochwyconym ptakom swoją wolę. Na pewno nie jest to złożona forma kontroli, ale być może chodzi o wpojenie potrzeby przemieszczania się od jednego obiektu do drugiego. Ten rodzaj zaklęcia nie jest trudny i mógłby zostać opanowany nawet przez kogoś ich pokroju, jeśli urodzili się z odrobiną prawdziwej mocy.
To wyjaśniałoby, jak ptaki zawsze odnajdują właściwą drogę. Mogę jedynie domniemywać, że Dowódca i dowodzący drużynami mogą być w posiadaniu artefaktów przyciągających zaklęte zwierzęta. Do czasu pochwycenia jednego z nich nie jestem jednak w stanie zweryfikować swojej hipotezy.
Kolejną kwestią do sprawdzenia będzie możliwość ich zabicia. Doniesiono mi, że są one podobno nieśmiertelne, jak sama Czarny Mag. Nie wierzę w to ani trochę. Ani w ich nieśmiertelność, ani w jej. Potrzeba udowodnienia tego sprawia, że staję się niecierpliwy.
Spokój. Muszę zachować spokój i rozwagę. Na tym etapie nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek błędy.
Dziennik: mag
Kompania znów ma maga w swoich szeregach. Sprawdziłem to osobiście. Nie ukrywam, że gdy tylko wyczułem źródło mocy w centrum obozu tej hołoty, serce omal mi nie stanęło. Na szczęście to nikt inny jak sam Justus Valis Meren. Głupiec przepełniony ideałami. Nie dołączył do Dowódcy dobrowolnie. Chciałbym myśleć, że został oszukany, ale w życiu spotkałem go raz i ten jeden raz pozwala mi domniemać, że Justus sam oszukał siebie.
Właściwie wszystko to nie ma większego znaczenia. Liczy się tylko fakt, że nie umie on poza leczeniem nic więcej. Żadnych zaklęć ofensywnych, defensywnych ani niczego, co utrudniłoby mi osiągnięcie mojego celu.
Nastroje w oddziale Dowódcy uległy zmianie. Żołnierze czują się pewniej, mając po swojej stronie maga. Wielu z nich nie rozumie, że Justus - nieważne, jak bardzo by chciał - nigdy nie dorówna Czarnemu Magowi. To przykre, ale nie dorówna jej nawet w kwestii leczenia. Jestem ciekaw, jak się czuje, żyjąc już w jej cieniu. Czy w ogóle to zauważył?
Będzie ich leczył. Będzie robił to jak najlepiej, a do tego będzie wiedział, gdy zacznie się z nimi dziać coś złego. To istotna niedogodność. Rozważałem na pewnym etapie zatrucie wody na trasie ich przemarszu, ale teraz jest to bezcelowe. Nie potrzebuję nikogo, kto wskaże Dowódcy palcem niewygodny fakt. Ten dureń i tak nie wiedziałby, kto to zrobił, ale wystarczyłaby sama informacja o istnieniu potencjalnego wroga, a moje ręce nagle stałyby się mocno związane.
Nie. Nazywano mnie różnie, ale nigdy głupcem.
Drugą niedogodnością jest to, że od teraz nie mogę się zbliżyć do oddziału Dowódcy tak, jak robiłem to do tej pory. Nie wiem, na ile wrażliwy jest Meren, ale wiem, że jak skończony idiota poleci w te pędy do Dowódcy, by donieść mu, gdy tylko wyczuje choćby cień cudzej obecności. To właśnie problem z ludźmi jego pokroju. Są nie tylko łatwowierni, ale też zbyt obowiązkowi.
Podpisał kontrakt i teraz, nawet jeśli Kompania bez Imienia jest uosobieniem wszystkiego, czego nienawidzi i czym się brzydzi, będzie czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo tych ludzi. Będzie leczył, tak jak chciał. Przynajmniej to jedno mu się udało. Opuścił Atole, odstąpił od wygodnego życia i teraz może się całkowicie skupić na ratowaniu innych.
Ciekawe, czy już tęskni za wygodnym łóżkiem i żałuje z całego serca dnia, w którym sprzeciwił się swojemu mistrzowi i odszedł, szukać bardziej potrzebujących. Osobiście mam tylko nadzieję, że szybko spotka go nieszczęśliwy wypadek, bo nie chciałbym mieć na rękach krwi swojego rodaka.
Nowe zlecenie
29. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Konah, Cytha
Zdrajca spojrzał na swoich ludzi jedzących śniadanie i zmarszczył brwi, jakby coś go wyraźnie niepokoiło.
- Nie myśl tyle, bo się zesrasz - warknął mijający go Konar.
- Dawno nie było u nas ptaka - odpowiedział Zdrajca, odruchowo drapiąc się po brodzie.
Konar zatrzymał się, odwrócił na pięcie, podszedł do dowodzącego ich oddziałem, spojrzał mu prosto w oczy i oznajmił:
- Jak masz za mało problemów, to je sobie dotwórz, a nie funduj je nam wszystkim. Im dłużej tego pierzastego sukinsyna nie ma, tym lepiej. Czego ty w tym nie rozumiesz?
Zdrajca pokręcił głową, wyraźnie rozczarowany jego postawą.
- Nic nie rozumiesz. Nie chodzi o to, czego ja nie rozumiem, tylko o to, czego wy nie rozumiecie. Ptak stanowi potwierdzenie, że wciąż jesteśmy częścią Kompanii...
Konar przewrócił oczami.
- Ty mówisz to poważnie, prawda? Matka cię na łeb upuściła po porodzie czy co? Dowódca nie zapomina o swoich. Nieważne, jakbyśmy bardzo tego chcieli i jak bardzo byśmy się starali, on nie zapomina. I to jest w tym wszystkim najbardziej tragiczne. Nie wiem, po co ci jakiekolwiek potwierdzenie czegoś, co jest absolutnie pewne. Zdrajca, jeśli tylko usłyszę, że tym swoim pierdoleniem ściągnąłeś do nas tego jebanego...
- Ptak! - wrzasnął ktoś.
Konar spojrzał przed siebie pustym wzrokiem, zaciskając pięści tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. Żuchwa chodziła mu ze złości, ale rozsądek wziął górę. Odstąpił od Zdrajcy bez słowa. Wolał nie ryzykować otwierania ust w tym momencie.
Kudłaty podrapał się po łysej głowie, wpatrując się z rosnącą podejrzliwością w swoją miskę pełną... śniadania.
- Ktoś w ogóle wie, co my dzisiaj jemy? - spytał po chwili wewnętrznej walki.
- Złe pytanie - odpowiedział siedzący obok Niedźwiedź. - Prawidłowe brzmi, czy to w ogóle da się zjeść.
- Też źle - wtrącił się Słowik. - Najważniejsze pytanie to, kto to śniadanie robił.
Zrozumieli się bez słowa i zaczęli jeść. Nikt nie odważył się odwrócić. Wiedzieli, kto stoi za nimi. Czuli na plecach jego pełen nienawiści wzrok.
- Moczara, masz jeszcze na dokładkę? - spytał podchodzący do ogniska Bezsmak. Zatrzymał się jednak w pół kroku i niepewnie spojrzał na jedzących w napięciu towarzyszy. - Coś się stało?
- Nie - odpowiedzieli wszyscy jednocześnie.
Zza ich pleców wyszedł niski, wrednie wyglądający, wysuszony mężczyzna, ubrany w najdziwniejszy strój, jaki tylko można było sobie wyobrazić. Był obwieszony fetyszami i zasuszonymi główkami małych zwierząt, o których istnieniu większość żołnierzy nawet nie wiedziała. Rzucił im mordercze spojrzenie, jasno świadczące o tym, że słyszał każde słowo, po czym zwrócił się do Bezsmaka:
- Oczywiście. Dla ciebie jest.
- Super. To daj jeszcze trochę.
- Tylko ty doceniasz mój kulinarny kunszt. Dlatego będziesz żyć, jak długo będę miał w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia. Reszta może zdychać, ale tobie pomogę.
Bezsmak spojrzał na uzdrowiciela niepewnie, po czym poklepał go delikatnie po chudym ramieniu i powiedział tylko:
- Jasne.
Oddał Moczarze miskę, poczekał, aż ten ją napełni, a potem momentalnie zapomniał o całej rozmowie i zadowolony odszedł w stronę swojego namiotu.
- On to na pewno je? - spytał szeptem Słowik.
Moczara odwrócił się w jego stronę niczym rozjuszone, dzikie zwierzę i wydał z siebie dźwięk, który trudno było opisać inaczej niż jako wyjątkowo nieudolne syczenie.
- Mam przesrane, co nie? - spytał z rezygnacją.
Reszta nic nie odpowiedziała, ale poklepała go po ramieniu w sposób, który mówił wszystko.
Tak, miał przesrane.
Zdrajca wpuścił ptaka do swojego namiotu, po czym sam usiadł na niewielkim, składanym krzesełku. Ptak rozejrzał się dookoła i z wyraźnym niezadowoleniem pokręcił głową.
- Stolik nie przetrwał ostatniej przeprawy przez bagna - powiedział Zdrajca niechętnie, po czym dodał: - Przepraszam.