Rozdział 3
Po prostu zrób kabaret. Nie da ci Bronisława tego, co da ci sława. Dla sceny robię przed lustrem sceny. Będzie szoł, chociaż w klapkach.
Irlandia, parę lat wcześniej.
Sobota. W końcu dzień wolny. Nic nie muszę. Wstałem leeee... Nie. Zmiana nogi.
Wstałem prawą nogą. Co sobie będę weekend psuł. Wgramoliłem się w porozciągane
dresy, żeby podkreślić mój dzisiejszy plan na dzień.
Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieniu pić...
Tak, ale już powstała pierwsza wyrwa w mym nonszalanckim planie. Cień. Od razu
sobie uświadomiłem, że tutaj "w cieniu" nie oznacza miejsca, gdzie odpoczywa się od
skwaru. To codzienność.
Starałem się jednak to zignorować. Tak samo jak deszcz i wilgoć.
Zszedłem na dół, do kuchni. Alicja też już na dole. O, siedzi w patio. Kawa, gazeta.
Chwilę się przyglądałem, jak kiwa tę swoją zgrabniutką nóżką. Podszedłem cicho od tyłu.
Była tak zaczytana, że nic nie zauważyła.
- Buch!! - krzyknąłem, łapiąc ją równocześnie za ramiona.
- Aaa!! - wrzasnęła, wyrzucając gazetę w górę. - Zgłupiałeś, Tomek?! Wystraszyłeś
mnie.
- I raczej o to mi chodziło - powiedziałem z uśmiechem, całując ją w policzek. -
Dzień dobry, kochanie.
- Po takim początku to już sama nie wiem. Zastanowię się - uśmiechnęła się jednak.
Nie jest źle. Nawet słońce wyszło. Wiatr przegonił chmury.
Poszedłem do kuchni i zrobiłem sobie kawę. Gdy wróciłem, przypomniałem sobie,
że czegoś mi brakuje do szczęścia.
- To co dziś na śniadanie?
- Mój książę zasługuje na wszystko, co najlepsze... - Podeszła do mnie, oparła na
mym ramieniu obie dłonie i twarz.
- Ooo, już nie mogę się doczekać.
- Niestety, ponieważ nie mam aktualnie w lodówce tego, co najlepsze, obędziesz się
smakiem. - I ucieszona szturchnęła mnie biodrem w udo - bo jednak biodro mam wyżej,
ha, ha.
- No tak. Czyli znów "zrób to sam". Pajda chleba z pasztetem.
Alicja pacnęła mnie lekko w tył głowy.
- Co... - chciałem zapytać, ale zaraz zrozumiałem i zaczęliśmy się śmiać. -
Oczywiście, że chodziło mi o drobiowy. Nie, że ty...
- Nnnnno! - Mrugnęła uroczo jednym okiem i wróciła do czytania.
Zrobiłem sobie te kanapki z czymś i usiadłem obok Alicji przy stole. Cieszyliśmy się
chwilą. Słoneczny poranek... tuż przed sobotnim południem.
"Zdecydowana wygrana partii To Je Moje", krzyczy nagłówek. I co teraz? Będzie
lepiej czy gorzej? Polityka. Kiedyś uważałem, że jak ktoś nie nadaje się do niczego, to
zostaje malarzem. Ale teraz myślę, że idzie do polityki. Wystarczy umieć kłamać
i obiecywać. Ilu jest uczciwych w polityce? Są jacyś? No właśnie. Przerzuciłem stronę.
Następną. I następną.
W końcu coś, co lubię.
- Alicja, wybierzemy się w sobotę na Ani Mru Mru? Będą w Galway.
- Jasne. I zostaniemy sobie na weekend. A może ty napiszesz jakiś skecz? Jak mnie
potrafisz rozśmieszyć po tylu latach, to i z innymi sobie poradzisz - powiedziała
z uśmiechem.
Hm. Może to nie jest taki głupi pomysł? Już wiem, co będę robił dziś wieczorem.
Tego dnia wyjątkowo dopisała pogoda i rzeczywiście chłodne piwko w cieniu było
możliwe. Dzień zniknął nie wiadomo kiedy i gdzie. Moje powyciągane spodnie stały się
jeszcze bardziej wyciągnięte.
Usiadłem przy biurku. Czas zrobić pierwszy krok ku detronizacji Ani Mru Mru,
NeoNówki i kogo tam jeszcze będzie trzeba!
Odpaliłem kompa. Start!
...
Eee... Yyyy... Od czego by tu zacząć?
Trzeba zacząć od mocnego uderzenia. Od czegoś takiego, żeby widownia od razu
weszła w rytm.
Może coś o politykach?
Nieee, to już nudne.
Mam! O emigrantach. To musi chwycić. Jak by to...
Wstałem od biurka i poszedłem do salonu, wciąż rozmyślając nad początkiem.
Z barku wyjąłem szklankę i nalałem jedną trzecią whisky. A co tam... Dolałem do połowy
i wróciłem do gabinetu.
Teraz odpaliłem papierosa i wypiłem większość zawartości. Parę sztachów
i poczułem, jak myśli zaczynają zbierać się w grupy, łapiąc się za rączki, nóżki czy co tam
mają.
OSOBY:
Redaktor
Emigrant
MIEJSCE AKCJI:
Studio TV
- Dobry wieczór państwu. Nazywam się Egon Wścibski.
Rozłożył ręce, publiczność klaska. Podniósł dłoń, by uciszyć widzów.
- Witam serdecznie w kolejnym odcinku programu "NORMALNI - EKSTREMALNI".
W studio znów rozległy się rzęsiste brawa.
- Dobra, to początek już jest. - Zaciągnąłem się fają. - Ale o czym to ma być, żeby
było śmieszne?
Łyk szkockiej, dwa pociągnięcia, długie wypuszczenie dymu, połączone
z intensywną pracą mózgu.
- Dziś w studio gościmy pana Zdzisława Łęka z... - redaktor spojrzał w papiery - z Pasłęka. Pan Zdzisław jest polskim emigrantem, który za chlebem...
- Przepraszam... - przerwał prowadzącemu gość zachrypniętym głosem.
- Tak?
- Nie za chlebem. Pić się chciało - powiedział, mrugając porozumiewawczo.
- No tak - starał się kontynuować speszony redaktor. - Rozumiem - powiedział, choć wcale nie rozumiał - w każdym razie, wiedziony chęcią odnalezienia swego miejsca na ziemi, ku lepszej przyszłości, wyruszył do wysp obiecanych i odniósł sukces.
- Przepraszam... - ponownie przerwał prowadzącemu trochę speszony emigrant.
- Tak? - Tym razem w oczach prowadzącego ukazał się strach.
- Do której kamery mówię? - zapytał.
Egon pokazał mu właściwą.
- Mietek! - krzyknął. - Jak cię dorwę, to ci nogi z dupy powyrywam!
- Oj, panie Zdzisławie, to jest telewizja. Tutaj nie używamy takich słów.
- Jakby pana po imprezie wrzucili na pakę najbliższego tira na parkingu, to też byś pan mu nogi...
- Oj, panie Zdzisławie! - Egon pogroził mu palcem.
- ...powyrywał. Przy samej szyi. Okazało się, że to transport do Anglii. No i jestem - uspokojony usiadł.
- Drogi Zdzisławie, czy mogę mówić do ciebie Dzidek?
- Taaa.
- Na początek zapytam więc: Dzidku, jak minęła podróż?
- Fantastycznie. - W tonie głosu zabrzmiała ironia. - Dzięki tej przejażdżce - palcami pokazał cudzysłów - zapisałem się do kółka łowieckiego.
- Takie nowe hobby?
- Nie. Te skurczy... - zobaczył wzrok prowadzącego - ...patyki, co wrzuciły mnie do tira. To dzięki nim dowiedziałem się, że kurczaki na pace potrafią gdakać przez całe dwa tysiące kilometrów. Niestety, moi koledzy biegają szybciej ode mnie. Dlatego celne strzelanie przyda mi się przy odwiedzinach.
- OK. - Redaktor postanowił zmienić kierunek rozmowy na właściwe tory. - To może nie wybiegajmy w przyszłość. Wróćmy do twoich początków na Wyspach. Opowiedz nam o swojej pierwszej pracy.
- Ooo! - Dzidkowi spodobał się temat. - Już przy pierwszej rozmowie nowy szef nie ukrywał radości, że mnie spotkał.
- Czy to nie dlatego, że polscy pracownicy mają świetną renomę?
- Nie wiem, kogo oni tam mają - emigrant rozłożył ręce w geście obronnym - ja tam do łóżka nikomu nie zaglądam. Jak spotkałem się z pierwszym pracodawcą, to słabo znałem język owcy.
- Obcy!
- Owcy.
Spojrzeli na siebie. Redaktor rozłożył ręce, poddając się. Nie chciał wiedzieć niczego więcej.
Znów sztachnąłem się dymem z papierosa. Szybko pobiegłem dolać trunku
i zasiadłem do klawiatury, nie chcąc tracić rozpędzonego wątku.
Dzidek kontynuował:
- Tak jak powiedziałem, od początku cieszyli się jak głupki. Jak tylko usłyszeli polskie nazwisko, nie mogli przestać klepać się po udach ze szczęścia, jakie ich spotkało.
- Czyli co pan powiedział?
- Aj em Łęk. From Pasłęk.
- No tak... - Redaktor zrozumiał radość Brytyjczyków, zadał więc nowe pytanie.
- Powiedz nam, Dzidku, jak wspominasz po czasie swe pierwsze miejsce pracy w UK?
- Po tej robocie to zostały mi w kieszeniach funty... ale kłaków. I te, no... majtki tego polskiego rapera.
- Majtki polskiego rapera? - spytał mechanicznie redaktor.
- Tak. Te..., jak oni na to mówią. Mam! PEJSLIPY.
- Aha. To ciekawe. Ale teraz już jest pewnie lepiej. Masz kolejną pracę. Podobno udało ci się nawet kupić dom.
- Tak. Mój dom. W lesie go mam.
- Ooo... - zdziwił się prowadzący. - To pewnie jest to piękna willa otoczona lasem?
- Eeee... - Widać było, że emigrant jest lekko zmieszany. - Trochę mniejsze.
- Mniejsze. Czyli może kupiłeś leśniczówkę? Jesteś teraz leśniczym?
- Jeszcze mniejsze. - Dzidek zapadał się w sobie, a dociekliwy Egon nie odpuszczał:
- Mniejsze... czyli masz daczę w lesie?
- Dacię? Nie. - Niedoszły leśniczy postukał się po czole. - Dacia ledwie po drodze sobie radzi, a ty ją do lasu chcesz pchać! Dacię to ja miałem w Polsce, ale oddałem na złom. Nie chciała jeździć. Może dlatego, że paliwo się skończyło. Nie wiem.
- No tak, to silny argument.
- Takiś mądry? A do roweru nie wlewasz paliwa, a jedzie.
- Tak, ale rower pchasz swoimi mięśniami - starał się wytłumaczyć gościowi prawa fizyki Egon.
- No tak, masz pan rację. Dacię też często pchamy.
Redaktor starał się wrócić do głównego wątku:
- Dobrze... to może powie nam pan, jak to się stało, że ma pan dom w lesie?
- Mój dom - poprawił Zdzisiek.
- Tak. Pański dom.
- Przecież mówię, że to jest mój dom, a nie pański dom.
- Rozumiem - odparł spokojnie Egon, choć nie rozumiał. Przez chwilę myślał, jak sformułować pytanie. - To może opowie nam pan, jak do tego doszło.
- Jak do tego doszło. - Widać było, że Zdzisiek wolałby nie odpowiadać na to pytanie. - To przez imprezę, którą zorganizował szef.
- Tak?
- No tak, ja ten angielski to słabo rozumiem, ale czasem coś złapię. No to, tak jak prosili, wziąłem butelkę spirytusu. "Muszą być mocne zawodniki", pomyślałem.
Wchodzę do chaty, a tam już wszyscy siedzą wokół stołu. Same chłopy. Od razu widać, że to angielska impreza, bo na stole nic do żarcia, tylko świeczka. No to też usiadłem. Koło szefa. Może jakieś punkty złapię. Spiryt postawiłem na stole i czekam na kieliszki. Ci patrzą na mnie jakoś dziwnie, ale co tam.
- Może nie mieli kieliszków?
- Może. W pewnym momencie ten szef coś pogadał i nagle wszyscy zaczęli łapać się za ręce.
- I co wtedy?
- Przecież ja nie pedał. Jak mnie złapał, to tak mu odwinąłem drugą ręką, że poleciał z krzesłem pod ścianę.
- I co dalej?
- I wtedy okazało się, że to nie była impreza, tylko seans spirytystyczny - powiedział zawstydzony Zdzisiek. - Źle zrozumiałem.
- No tak. Ty pobiłeś szefa, a on ci pomógł kupić ten dom? - Redaktor wydawał się zagubiony.
- Nieee. On kazał mi się spakować. Powiedział, że teraz będę mieszkał w lesie.
- To ty, Zdziśku, rozumiesz po angielsku, czy nie?
- Czasem, nawet nie wiem skąd, to coś zrozumiem. To leciało jakoś tak: "Now you are homeless!".
- No tak. Słyszę, że świetnie odczytujesz intencje.
- Nie do końca. Bo jak mu powiedziałem, żeby dał mi klucze, to zwyzywał mnie tylko.
- A jak go poprosiłeś o klucze?
- Give me kiss.
Redaktor z trudem stłumił śmiech. Już powoli rozumiał przyczynę drobnych niepowodzeń, ale tym bardziej był ciekaw, w jaki sposób Zdzisław zarobił na dom.
- No tak, Zdzisławie. W takim razie powiedz nam, kto uczył cię języka angielskiego?
- Taki kolega z Harwardu.
Redaktor znów na huśtawce. Z Harwardu?
- Czyżbyś znał polskiego wykładowcę na Harwardzie?
- Oj tak, wykłada świetnie. Najlepiej wykłada się po spirytusie. Bo okazało się, że ten w tym tirze, kierowca, pod podłogą miał ukrytych parę skrzynek. Pożyczyłem jedną, żeby nie brakło w drodze powrotnej. Zamierzałem wrócić najbliższym autobusem. Ale nie znalazłem żadnego dworca PKS. A skrzynka została. I teraz trochę z wodą się rozrobi i jest fajnie.
- Aha - sapnął Egon - czyli to nie jest profesor?
- Felicjan kafelki kładzie jak profesor. Czyli nie potrafi, a kładzie. Ale on tam trochę dziabnął tego języka. Nawet ksywę ma angielską. Felix.
- Tak dobrze mówi po angielsku?
- Nie, ma dupę jak dwa orzeszki.
- Twarde i chrupiące? - skomentował bezwiednie redaktor.
- Nie, takie słone.
Redaktor znów nie wiedział, co powiedzieć.
- Co?! Skąd wiesz?
- Kiedyś założyłem się z kolegami, że...
- NIE!!! - krzyknął Egon. - Nie. Myślę, że ten fragment pominiemy. A co z samotnością? - zmienił rozpaczliwie temat. - Poznałeś tam jakieś dziewczyny?
- Pewnie, boby zawsze szaleją, jak mnie zobaczą. Zwłaszcza moja była.
- Czyli jednak emigracja to samotność?
- Nie, na Wyspach nie jest tak źle. W sobotę zawsze pub, dyskoteka, alkohol, seks.
- Ooo, ty też?
- Raz się też wybrałem. Parę strzałów w pubie, potem dyskoteka...
- Potańczyłeś? - Redaktor poruszał biodrami.
- Nie, na disco mnie nie wpuścili. Pokazywali moje białe adidasy i coś tam mruczeli. - Wzruszył ramionami. - Pewnie się bali, że mi je podeptają. No to obróciłem sam flaszkę i kiedy szedłem - mrugnął - do domu, spotkałem takie dwie lalunie. Jedna taka okrąglejsza, z dużym cycem, a druga szczuplejsza, z blond loczkami. Nie były zbyt rozmowne, za to konkretne.
- A jakie miały imiona? - Egon chciał ominąć rafę z opisem spółkowania.
- Nie przedstawiły się. Ale Anglicy z pracy musieli je znać, bo się śmiali i powiedzieli, że to była Kau i Lamb.
Redaktor zakrył twarz.
- Dobrze, wróćmy może do głównego wątku. Kupił pan dom w lesie.
- Mój dom. Tak. Za gotówkę.
- No proszę, czyli można szybko dorobić się za granicą?
- No, nie przesadzajmy. Mój dom nie był taki drogi.
- Nie? Czyli jaki metraż?
- A-4.
- ?!
- No, nie dajesz mi pan dokończyć. Mówię przecież po polsku. Kupiłem sobie "Mój Dom", miesięcznik budowlany. I mam go w lesie. Nie wie pan, że pod gazetą cieplej?
Redaktor mruknął do mikrofonu w mankiecie:
- Sprawdźcie mi, kto robił briefing.
- Powiem panu, że jestem bardzo zadowolony. Ta gazeta ma solidny strop. Taki nieprzemakalny.
- Gazeta? Nieprzemakalny strop?
- No... taką okładkę ma śliską. Nie przemaka.
Redaktor opadł głębiej w fotel.
- Dobrze, to może jako podsumowanie naszej tezy, że na Zachodzie można się wzbogacić, powiemy, że nie zawsze musi chodzić o pieniądze. Ważne jest też bogactwo wewnętrzne. - I patrząc na gościa, dodał: - Czy może pan jakoś podsumować w jednym zdaniu swą emigrację?
- A może być po angielsku?
- Tak - powiedział z wahaniem Egon.
- Life is full of... zasadzkas!
Uff, skończyłem. To nie takie proste. OK, ale co teraz? Przecież nie będę pisał do
szuflady. W szufladzie mam tyle dziadostwa, że nawet jedna strona się nie zmieści. Trzeba
by zacząć tutaj. Może jakieś show w Dublinie?
Włączyłem wyszukiwarkę. Jest coś.
Jester Comedy Club.
Po paru dniach zadzwoniłem.
- Hi, jestem Tom. Chciałbym wystąpić w waszym wieczorze kabaretowym -
rozpocząłem po angielsku.
- Nieee, za późno. Mamy występy w następną sobotę. Ale już trochę zapchane.
Wiesz, nie wstawimy nikogo nowego. Musiałbyś pokazać się u nas.
- Może da się coś zrobić?
Zawahanie. Cisza.
- Przyjdź w tę sobotę.
- OK, będę. O której?
- Chwila... - Usłyszałem szelest kartek. - Dokładnie o siedemnastej. Nie spóźnij się,
bo później znikam.
- Super, dzięki. - Odłożyłem słuchawkę.
Uuu, się zaczyna. Będzie dobrze. Kariera, pieniądze.
- Alicjaaa, Alicja!
- Co się dzieje, pali się?
- Nie, ale mam przesłuchanie w Dublinie w sobotę!
- I to cię tak cieszy? Co narozrabiałeś? - spytała zaskoczona.
- Nie, w sprawie skeczu - wyjaśniłem.
- W sprawie skeczu? To super. A zdążysz się przygotować?
- Mam nadzieję! Zaraz idziemy ćwiczyć, tylko wykuję tekst.
I poszło. Każdego dnia po pracy ukrywałem się w sypialni i ćwiczyłem przed lustrem.
Początki były trudne. Nie mogłem się przyzwyczaić do widoku w lustrze swojej osoby
robiącej głupie miny. Zwykle nie widziałem się podczas wydurniania.
Od dziś nie będę już robił takich głupich min. Aż dziwne, że ktoś śmieje się z moich
dowcipów.
Dopiero z czasem nabrałem nieco ogłady i zacząłem być mniej krytyczny wobec
siebie. Czas jednak biegł i tak zbyt szybko. A ja wciąż to bym zmienił, tamto poprawił.
Cóż, nie miałem na to czasu. Jutro sobota.