? 1 ?
Rozdział 1
Curry, które lubił mój były
Czemu wybrałeś akurat love hotel, żeby zerwać ze swoją dziewczyną,
ćwoku?!
Leżałam na łóżku w love hotelu w Shibuyi i z całych sił próbowałam
powstrzymać płacz.
Tak naprawdę chciałam porządnie zalać się łzami. Chciałam ryczeć na cały
głos, aż wokół uniosłyby się onomatopeje szlochu, jak w komiksach. Mimo
to resztką siły woli zmusiłam się, by zacisnąć usta.
A to dlatego, że obok, nie dalej niż szerokość jednej osoby ode mnie,
spał Takanashi Ky?hei -?dupek, który właśnie mnie rzucił.
Nie widziałam jego twarzy, bo obrócił się do mnie plecami. Może jeszcze
nie śpi... Może myśli sobie: "Wybacz... Musiałaś naprawdę mnie kochać, skoro
tak płaczesz". Niedoczekanie. Już wolałabym umrzeć, niż dać mu pretekst
do takich fantazji.
Nie chciałam wstawać, by sprawdzać godzinę, więc złapałam za kabel od
ładowarki i przyciągnęłam leżący obok poduszki telefon. Światło ekranu
zakłuło mnie w oczy, zmęczone po tym całym płaczu. Już druga w nocy.
Położyłam się pół godziny temu, ale sen nie nadchodził. Tylko kolejne
fale łez i smarków.
Gdy odkładałam telefon na nocny stolik, delikatnie, by nie zbudzić
Ky?heia, przypadkiem musnęłam palcami mały plastikowy pakiecik.
Nierozpakowany kondom. Aha, czyli planował "to". Przygotował się i w ogóle. Pewnie jeszcze mieliśmy jakąś szansę na... Ale co z tego.
Za dużo o tym myślałam, niepotrzebnie. Zalało mnie jakieś dziwne uczucie
-?smutek? wstyd? sama nie jestem pewna -?i razem z nim znów popłynęły
łzy. Nie żebym bardzo na to liczyła, ale jednak... Ale jednak.
Chciałam wyjść za niego za mąż. Nikt inny się dla mnie nie liczył.
Cztery lata miłości rozbite nagle w drobny mak, rozsypane na tym
niedorzecznie wielkim łóżku w love hotelu. Zostały tylko wstyd i rozczarowanie.
Czy tak właśnie bolał koniec miłości?
* * *
Zapach przypraw...
Przypomina mi się, jak raz Ky?hei zjadł aż trzy porcje curry butter
chicken, które dla nas przyrządziłam. Nazywałam je "curry Ky?heia".
Pewnie już nie będę go robić...
-?Curry?!
Zaskoczona otwieram oczy i zdaję sobie sprawę, że siedzę na miękkiej
sofie. Przed sobą dostrzegam drewnianą powierzchnię. Wygląda na to, że
zasnęłam przy stoliku.
-?Auć...
Głowa mnie boli. Łup, łup, jak gdyby ktoś rozgniatał mi mózg w kamiennym
moździerzu. Do tego ledwie widzę na oczy. Dotykam powiek i na stolik
sypią się okruszki tuszu do rzęs.
Zaraz... gdzie ja właściwie jestem?
Jeszcze nigdy nie byłam w tym miejscu. Wygląda na kawiarnię retro: zegar
z kukułką rodem z antykwariatu, mały telewizor, półki zastawione
filiżankami, książkami, kulami śnieżnymi i innymi starociami. A do tego
specyficzny zapach starego budynku zmieszany z aromatem przypraw.
Rozglądam się po pomieszczeniu. Poza mną znajduje się tu tylko jeden
klient. Przy ladzie stoją cztery stołki, miejsc siedzących przy
stolikach z sofami jest jeszcze osiem. To mały lokal.
-?O, już pani nie śpi -?mówi ktoś z tyłu. Siadam prosto, trzymając w dłoniach udręczoną bólem głowę.
-?Przepraszam, pamięć mnie trochę... Wow, jaki przystojniak! O nie,
wyrwało mi się...
Mówiący ma prosty, jak narysowany za pomocą kątomierza nos, duże,
błyszczące oczy, podkreślone podwójnymi powiekami1, a także
twarz o idealnym kształcie, nie nazbyt pociągłą, nieprzesadnie okrągłą.
Gdyby zebrać wszystkich przystojniaków świata i stworzyć z nich wzór
idealnego mężczyzny, wyglądałby dokładnie jak on -?spektakularnie.
Granatowy sweter świetnie podkreśla jasny odcień jego skóry.
-?To samo powiedziała pani wcześniej. -?Chłopak śmieje się lekko. -?Że
jestem przystojny.
-?Ja?! Serio?
-?Tak. Naprawdę pani tego nie pamięta?
Niczego takiego sobie nie przypominam. O ósmej rano wyszłam z Ky?heiem z hotelu. On poszedł w swoją stronę, a ja... Tak, ja próbowałam wrócić
pociągiem, ale uciekłam z wagonu -?wokół mnie było zbyt wiele
szczęśliwych par. Wzięłam wolny dzień, żeby spędzić go z Ky?heiem, więc
i tak nie miałabym co robić w domu. Uznałam, że równie dobrze mogę się
upić do nieprzytomności, więc weszłam do całodobowej izakai2,
gdzie jednym haustem wypiłam sh?ch?3 z lodem... I na tym moja
pamięć się kończy.
Szybko wyjmuję telefon z kieszeni.
-?Co? Stłukł się!
-?Poprzednio też pani tak zareagowała.
Jaki on ma olśniewający uśmiech! To za dużo dla mojej głowy na kacu.
Uśmiecha się tak, że w innej epoce mógłby wręcz stać się legendą.
Malowaliby go na freskach i nazywali "bezcennym klejnotem Orientu".
Stukam palcem w poprzecinany pęknięciami ekran. Uff, na szczęście chyba
się nie zepsuł. Pokazuje, że jest już południe. Chwila, która?
Zdecydowanie za dużo filmu mi się dziś urwało.
-?Przepraszam pana bardzo, ale... właściwie co to za część miasta?
-?Sangenjaya -?odpowiada mi pytającym tonem.
-?Sa... Sangenjaya?
Odruchowo wstaję i wychodzę z kawiarni. To przecież niemożliwe! No, nie
ma mowy!
-?Przepraszam, dokąd pani idzie?
Zupełnie nie kojarzę tej okolicy. Ale na pobliskim słupie faktycznie
wisi tabliczka z nazwą "Taishid?, Setagaya"4.
Nie wierzę. Jakim cudem przeszłam tu aż z Shibuyi? Przecież to szmat
drogi, nic dziwnego, że stopy tak mnie bolą. Dopiero teraz się
orientuję, do jak opłakanego stanu się doprowadziłam. Na sukience widać
sporą plamę z sosu sojowego, a w rajstopach poszło oczko od palców aż do
pośladka. Podrapane kolano ktoś opatrzył plastrem z Hello Kitty
(oczywiście tego też nie pamiętam). Jeśli chodzi o buty za trzydzieści
dziewięć tysięcy osiemset jenów5, na które się szarpnęłam
specjalnie na randkę z Ky?heiem, cóż... całkowicie zdarłam w nich obcasy.
No dobra, ale czemu postanowiłam wejść akurat tutaj? Jeszcze raz
przyglądam się kawiarni.
Amayadori. "Schronienie przed deszczem".
Tak właśnie nazywa się to miejsce. Z zewnątrz wygląda jednak, jakby
miało przeciekać przy pierwszej mocniejszej ulewie. Znaki na markizie
ledwo się daje odczytać, a drzwi i schodki całkiem wyblakły. Przyglądam
się wysłużonym ścianom i dostrzegam na nich przetarcia. Przywodzą mi na
myśl plamy wątrobowe na rękach pradziadka ze wsi w prefekturze
Kagoshima. Na tablicy stojącej przed kawiarnią ktoś wypisał kredą:
"Najpopularniejszy lunch! Curry za tysiąc jenów!". Ach, to stąd ten
zapach przypraw.
-?Wchodząc, krzyknęła pani: "Tylko wy obsłużycie mnie, gdy jestem w takim stanie!" -?opowiada mi tymczasem śliczny chłopak, który ruszył za
mną na zewnątrz. -?A potem: "Hej, przystojniaku, polej mi piwa!". Była
pani w świetnym nastroju, ale po pierwszym łyku zasnęła pani przy stole.
Nie mamy jakoś wielu klientów, więc uznałem, że dam pani odpocząć.
-?Ja... najmocniej przepraszam!
Co ja narobiłam! Wtargnęłam tu pijana i uznałam, że to izakaya. Co za
wstyd!
-?Naprawdę przepraszam! Oj, niedobrze mi...
-?Ajajaj, lepiej na razie tak nie potrząsać głową. Może niech pani
jeszcze trochę odpocznie?
Zwykle taka życzliwość od Narodowego Skarbu Japonii6 w kategorii męskiej urody wprawiłaby mnie w szampański nastrój, ale w tym
stanie tylko pogłębiła we mnie poczucie, że jestem żałosna. A więc tak
się czują ludzie, którzy "chcą się zaszyć w mysiej norze"...
-?Powinna pani coś zjeść. Proszę zaczekać, zaraz coś pani przyniosę.
-?Bardzo pana przepraszam... Za wszystko.
Przystojniak nazywa się Iori Amamiya i wygląda na to, że jest
kierownikiem tej kawiarni. Ech, niedobrze. Teraz, gdy zeszły ze mnie
emocje i trochę wytrzeźwiałam, wstyd mi za to, że zakłóciłam ciszę i spokój tego miejsca.
Czuję potrzebę, by błagać też o wybaczenie siedzącego przy ladzie
klienta, najchętniej w głębokim ukłonie z twarzą przy ziemi. To potężnie
zbudowany mężczyzna z ogoloną głową i okularami na nosie. Ma na sobie
samue7 -?kto wie, może to mnich? Je curry i popija je oranżadą
z lodami (co to za połączenie?), czytając przy tym jakąś małą
książeczkę.
Jeden haust wody zmywa mdłości. Lód w szklance stopniał i zmienił się w maleńkie kulki do gry. Łagodnie spływają mi po gardle.
-?Hm.
Czy Ky?hei wypił wodę, jak wrócił do domu? Nawadnianie organizmu nie
było jego mocną stroną. Jeśli mu o tym nie przypomniałam, potrafił
spędzić cały dzień bez wody. Ale niepotrzebnie się martwię. Kiedy się
dowiedziałam, że miał kiepskie wyniki badań, zamówiłam mu regularną
dostawę mineralnej. Powinien jeszcze mieć zapas, więc na razie sobie
poradzi. Ale może trzeba mu napisać, żeby pił wodę, tak na wszelki
wypadek?
Z tą myślą wyciągam telefon, a tu, jak na zawołanie, pojawia się
powiadomienie. Wiadomość od Ky?heia.
Aż podrywam się z miejsca, czując w dłoni wibrację.
-?Ajć... przepraszam pana.
Szybko siadam z powrotem, czując na sobie wzrok ogolonego na mnicha
mężczyzny.
Biorę głęboki wdech i otwieram wiadomość.
Momo, spakowałem już twoje rzeczy, potem ci je wyślę. Proszę, skasuj
wszystkie subskrypcje i umowy na twoje nazwisko. Będę wdzięczny.
A pod tą krótką wiadomością dodał naklejkę ze spoconym z nerwów misiem z LINE8.
-?Co to za naklejka...?
On przecież nigdy nie używał naklejek. Ani razu. Po prostu nie miał tego
w zwyczaju. Przez cztery lata poznałam jego styl pisania na wylot.
Zwykle ograniczał się on do "!". Zaproponowałam mu kiedyś, żebyśmy
kupili sobie zestaw naklejek do wysyłania jako para, ale uparł się, że
to żenada i on nie chce.
No tak. Wiem, że to nie moje zadanie martwić się o jego zdrowie. Ale
zerwaliśmy dopiero wczoraj, właściwie to dziś według kalendarza. A po
tym, jak odjechał ostatni pociąg, do rana spaliśmy w jednym łóżku i rozstaliśmy się dopiero dzisiaj. Dosłownie parę godzin temu.
Aż tak chciał się mnie pozbyć?
Aż tak mnie nie znosił, że od razu po rozstaniu musiał spakować
wszystkie moje rzeczy?
Kiedy wrzucał je do kartonu, nie zatęsknił za tym, jak kiedyś między
nami było? Ani trochę, nawet choć raz, przez chwilę?
Na widok tego przepraszającego misia -?dowodu na to, że nie zmienił
zdania -?znowu wzbiera we mnie fala łez, którą wcześniej udało mi się
zatopić w alkoholu.
No i puściło.
Na logikę wiem, że płacz nic nie zmieni, ale nie umiem się powstrzymać.
Chyba moje wewnętrzne hamulce całkiem się zepsuły. Niedobrze. Filiżanki
do kawy, znak toalety na drzwiach, drzewa i krzewy za oknem -?gdzie nie
spojrzę, wszystko widzę jak przez filtr "Ky?hei". W tej chwili kojarzą
mi się z nim nawet najmniejsze, najdziwniejsze rzeczy.
Nie, tak nie można. Wparowałam tu po pijaku i mnie ścięło. Jeśli do tego
się rozryczę, to już będzie kompletna porażka. Jak gdybym nie sprawiła
właścicielowi dość kłopotów.
Otwieram szeroko oczy, próbując w ten sposób zapanować nad łzami. Przy
każdym mrugnięciu spadają mi z rzęs, jak z samochodowych wycieraczek.
Muszę zaczekać z otwartymi oczami, aż wyschną!
-?Ach...
Niechcący napotykam wzrok ogolonego na mnicha klienta. Może mam
przerażające spojrzenie, nie wiem -?w każdym razie on wygląda, jakby się
przestraszył. I chyba tak jest, bo książka wysuwa mu się z rąk i z cichym klapnięciem spada na podłogę.
-?Przepraszam. Pewnie pan myśli, że coś ze mną nie w porządku...
-?Słucham?
-?Przyszłam tu pijana i narobiłam kłopotów, a za chwilę rozpłaczę się na
całego. W zupełnie nieznanym mi miejscu. Nikt normalny tak nie robi...
-?Nie, nie. Nic takiego nie mówię.
-?Od zawsze tak mam. Daję się ponosić emocjom... Nawet mój chłopak często
miał mi to za złe. Może to dlatego mówił, że go przytłaczam. Jak pan
myśli?
-?Naprawdę nie wiem... Czemu pani tu siedzi? -?dziwi się mnich. W międzyczasie bowiem podniosłam książkę i wdrapałam się na sąsiedni
stołek barowy.
-?Kiedyś co tydzień zabierał mnie do dobrych restauracji, codziennie do
mnie pisał, mówił mi, że jestem urocza i że mnie kocha. Ale ostatnio
zupełnie przestał... Na początku myślałam, że może ma trudności w pracy.
Handlowcy muszą wyrabiać swoje normy. Właśnie dlatego chciałam go
wspierać. Starałam się. Gotowałam mu posiłki do odgrzania, robiłam mu
wymyślne obiady niespodzianki w środku tygodnia, trzy razy dziennie
prawiłam mu komplementy. Ale może takie coś przeszkadza mężczyznom?
-?Pani nie jest przypadkiem wciąż pijana?
O nie, znowu zaczynam płakać. Ocieram chusteczką kąciki oczu i mówię
dalej.
-?Jeśli on tego wszystkiego wcale nie chciał, pewnie zaczął mnie mieć
jeszcze bardziej dość, prawda?
-?Tego nie wiem. Panie Amamiya? Ta pani tutaj trochę... Amamiya?
Chwytam prezentową torebkę z logo agn?s b., którą -?razem z torbą na
ramię -?nosiłam cały ten czas ze sobą. Mężczyzna roztacza wokół siebie
dziwną aurę spokoju -?może dlatego, że wygląda zupełnie jak mnich.
Nabieram ochoty, by wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje.
-?Proszę na to spojrzeć. -?Pokazuję mu wyjęte z torebki pudełeczko,
wciąż owinięte w papier prezentowy.
-?Aha?
-?To zestaw pasujących do siebie zegarków, który kupiłam Ky?heiowi na
urodziny. Jeden dla mnie, drugi dla niego. Myśli pan, że to
przytłaczające? Taki zestaw kosztuje sześćdziesiąt siedem tysięcy jenów.
Pana by to przytłoczyło? Na początku chciałam zaszaleć i kupić zestaw
Cartiera, ale pomyślałam, że za drogi prezent go zniechęci, więc się
powstrzymałam, wie pan? Po czterech latach to chyba nie jest za dużo?
Czy coś jest ze mną nie tak, że tak myślę? Co by Budda na to powiedział?
-?Nie sądzę, by wielki Budda Gautama kupował zestawy zegarków na
prezent.
-?No tak... Jeśli sam Budda nie wie, to chyba nic mi nie pomoże.
-?Może i tak, ale... -?mówi cicho mnich, pocierając przy tym imponujące
brwi. -?Większość ludzi się raczej zgodzi, że powyżej pewnej ceny, i to
w dodatku za parę... taki prezent to może już być za dużo.
-?Czyli jednak?! -?Łapię się za głowę. Już sama nie wiem, jak należy
postępować, a jak nie. Wprawdzie mnich coś mamrocze, że nie powinnam
polegać na jego opinii, ale słyszę go jakby z oddali.
Przez cztery lata ja...
Nie, nie przez cztery. Przez całe dwadzieścia dziewięć lat mojego życia
dawałam się ponosić emocjom. Przecież to jakaś tragedia!
Wybucham płaczem.
-?Panie Kuroda, trochę delikatniej proszę. -?Podnoszę głowę i widzę
właściciela kawiarni. Czyli wyglądający na mnicha klient nazywa się
Kuroda. -?Picie na pusty żołądek to kiepski pomysł. Przepraszam, że
podaję pani porcję z resztek, ale... -?mówi, po czym zgrabnym ruchem
stawia przede mną talerz. Najzwyklejsze curry z kurczakiem.
Wystarczy zerknięcie, by serce zaczęło mi wariować w piersi, a przed
oczami pojawił się kalejdoskop wspomnień. Nie jest dobrze. Mam w głowie
za dużo obrazów z twarzą Ky?heia i curry. Jak z pełnymi ustami mówił
"pycha", a wypchane policzki zaokrąglały mu twarz. Krople potu na jego
czole, gdy stwierdzał: "Ostre dziś przyrządziłaś". Rozczochrane od snu
włosy, gdy rano zjadał porcję na dwa dni... Setki wersji jego twarzy w jednej chwili ożywają mi w głowie.
-?O rany, czy pani nie lubi curry?
-?Nie, nie! Nic podobnego... Smacznego!
"Uspokój się, kobieto", powtarzam sobie w myślach i chwytam za łyżkę.
Zostałam porzucona. Upiłam się. Nadal boli mnie głowa. Nie jestem
spokojna. Ani trochę. W takich chwilach zwykle tracę rozsądek. Kiedy
zawaliłam setną rozmowę o pracę, pod wpływem chwili wyrzuciłam telefon i poleciałam do Indii. Zrobiło się wtedy straszne zamieszanie, bo brat
zgłosił moje zaginięcie.
No dobra. Na cokolwiek się teraz zdecyduję, będzie mi ciężko, ale na
razie wybierzmy tę korzystniejszą opcję. Jeśli mam przeżywać zawód
miłosny, lepiej to robić z pełnym żołądkiem niż na głodniaka. Zjem coś
pysznego i od razu poczuję się lepiej.
Nabieram pełną łyżkę curry i wkładam ją do ust.
-?Mmm?!
-?Coś się stało?
-?Nie, nie... Chyba żołądek jeszcze trochę mi dokucza.
Właściciel wciąż mnie obserwuje zmartwionym wzrokiem. Wypijam dwie
szklanki wody, by go uspokoić.
To curry... Wodniste, bez aromatu, bez smaku. Bardziej przypomina gorącą
wodę, do której dosypano odrobinę przypraw.
Jak to powiedzieć?
Nie owijając w bawełnę... Jest... Paskudne?
Aż przypomina mi się, jak raz sama zepsułam curry. Zaczęłam gotować już
dzień wcześniej, ale pomyliłam się przy przyprawianiu, a potem w panice
próbowałam jakoś je poprawić... Zaraz... Miałam już nie myśleć o Ky?heiu!
Mózgu, przestań! Nie dręcz mnie powtórkami ze wspomnień o byłym!
-?Nie smakuje pani?
-?Ależ skąd! Jest pyszne!
-?Tak? To się cieszę.
Aj... powiedziałam właśnie, że jest pyszne! Ale jak miałam nie skłamać?
Uśmiech szefa, który okazał taką życzliwość nieznajomej, całkiem
wykluczał tę możliwość...
Zerkam dyskretnie w lewo, w stronę siedzącego obok Kurody. Zarówno
talerz po curry, jak i szklanka po napoju są już puste.
Chwileczkę. Przecież on jeszcze niedawno jadł to danie i wcale się nie
krzywił, prawda? A na tablicy przed kawiarnią jest napisane
"Najpopularniejszy lunch!". Czyli że właśnie to curry jedzą tu klienci.
Biorę głęboki wdech. Może to mi pomoże opanować zawroty głowy i kołatanie serca.
Wtedy pojawia się niepokojąca myśl.
Czyżby z curry wszystko było w porządku... za to ze mną nie?
Wydmuchuję nos i zjadam kolejną łyżkę. Nadal dziwnie smakuje.
Niemożliwe. Czyżby popsuł mi się smak? Mój tata prowadził bar izakaya w Kagoshimie. Od dziecka pomagałam mu w pracy, a w domu naturalnie objęłam
rządy w kuchni. Dlatego jestem pewna, że dobrze gotuję. Umiem
poszatkować kapustę w trzydzieści sekund.
Ale jak się nad tym zastanowić...
Lokal stopniowo tracił klientów, aż wreszcie splajtował, gdy byłam w trzeciej klasie podstawówki.
To tata mnie nauczył, jak przyrządzać większość potraw. Zawsze myślałam,
że te nauki się sprawdzają, ale co, jeśli tak naprawdę wcale nie gotował
dobrze?
Nie... To niemożliwe...
Nie wierzę, że i ojciec, i jego córka mieli na tyle niewrażliwe kubki
smakowe, żeby doprowadzić do upadku rodzinną izakayę.
Czyli co? Wychodzi na to, że zmuszałam Ky?heia do jedzenia curry według
mojego przepisu, święcie przekonana o swoich umiejętnościach. A on
chwalił je tylko dlatego, że wywierałam taką presję, że nie wiedział, co
innego mógłby zrobić...?
Wszystko zaczyna nabierać sensu.
"Prawdę mówiąc, Momoko, już od dawna myślałem o zerwaniu. Ale widziałem,
jak się dla mnie starasz, i za nic nie mogłem się na to zdobyć. Wybacz".
Wczorajsze słowa krążą wokół mnie w powietrzu, zmieszane z zapachem
curry.
Gdy mówił: "Pycha" -?czy naprawdę tak myślał?
Gdy mówił: "Świetnie się bawię" -?czy naprawdę się bawił?
Gdy mówił: "Kocham cię" -?czy mówił to szczerze?
Za jedną myślą popłynęła kolejna i kolejna, aż potok wątpliwości zalał
mi głowę. Do każdego wspomnienia przykleiła się wątpliwość -?a może
wcale tak nie było? Może wcale tak nie myślał? Kurczę, nie jest dobrze.
Chcę polecieć do Indii. Chcę znów stracić przytomność.
-?Niechcący usłyszałem waszą rozmowę... Ma pani kłopoty sercowe?
Gdy zaskoczona podnoszę twarz, szef kawiarni przysiada się obok. Teraz
elegancko popija kawę, z jedną długą nogą założoną na drugą.
-?To było bardzo... bezpośrednie, panie Amamiya -?mówi Kuroda z naganą w głosie.
-?Nie, myślę, że w takiej chwili najlepiej jest przyjąć na siebie
wszystko, co ktoś chce z siebie wyrzucić.
-?Wyrzucić?
-?Na złamane serce pomagają tylko trzy rzeczy: empatia, czas i zemsta -
odpowiada szef, unosząc przy tym trzy palce.
-?Empatia, czas i zemsta...
-?Zgadza się. Często się mówi, że "czas leczy rany", i nie jest to
kłamstwo, ale z mojego doświadczenia wynika, że potrzeba co najmniej pół
roku, by zapomnieć o kimś, kto cię porzucił.
-?P-pół roku?!
Będę musiała zmagać się z tym bólem aż pół roku?! Głowa coraz bardziej
mnie boli.
-?Dlatego trzeba pomyśleć, jak wytrzymać przez te pół roku. W końcu nic
nie działa lepiej niż empatia. Gdy się wie, że ktoś nas wspiera w walce
z naszymi zmartwieniami, można wreszcie zostawić to za sobą i poczuć się
trochę lepiej -?wyjaśnia szef, po czym opiera podbródek na dłoni i uśmiecha się łagodnie.
-?Piękni ludzie mówią piękne rzeczy... -?Jego życzliwość odrobinę koi ból
złamanego serca. Gdzie bym teraz była, gdybym nie trafiła do tej
kawiarni? Pewnie wróciłabym do domu i rozbeczała się w samotności. -
Tylko że... Jak zacznę mówić, to pewnie nie będę w stanie przestać. I coś
czuję, że wyleję morze łez. Nie będzie to panu przeszkadzać?
Amamiya chichocze życzliwie.
-?Ależ proszę bardzo! Ile tylko pani potrzebuje.
Nagle wyczuwam w powietrzu delikatny zapach, coś jakby rozlewanego
tuszu. Na zewnątrz pada lekki deszcz. Odgłosy kropel tłumią nieco moje
pociągnięcia nosem.
Zwykle nie lubię deszczu, ale dziś jestem za niego wdzięczna.
* * *
-?Co, rzucił panią po czterech latach? A pani ma dwadzieścia dziewięć
lat? Nic dziwnego, że miała pani ochotę się upić.
Szef kawiarni okazał się tak świetnym słuchaczem, że zanim się
obejrzałam, przedstawiłam mu całą historię swojego życia.
Historię Momoko Y?ki z prefektury Kagoshima.
Opowiedziałam o mojej pracy: firmie, do której należy sieć restauracji.
Przez ich złą politykę co chwila ktoś się z niej zwalnia, więc
tymczasowo zarządzam naraz kilkoma lokalami. Zwykle pracuję również w weekendy, ale specjalnie tak wzięłam zmiany, by mieć wczoraj wolne na
urodziny Ky?heia, i teraz nie mam co ze sobą zrobić...
-?Ciągle o czymś "zapominał". Pewnie po prostu mu nie zależało -
mówiłam, wmuszając przy tym w siebie curry. Gdy już przywykłam do jego
smaku, zrobiło się zaskakująco zjadliwe. -?Zapominał do mnie napisać.
Zapomniał o rocznicy. O wspólnej Gwiazdce. Zapomniał o moich urodzinach...
-?O urodzinach? To już bardzo źle.
-?Prawda?! Stopniowo coraz częściej "zapominał" o różnych rzeczach, a do
tego miał coraz głupsze wymówki. W końcu już nawet przestał je wymyślać.
-?A ja stopniowo robiłam się coraz lepsza w bezradnym wzdychaniu "No
trudno, nie ma na to rady". -?Ale dobra. Czasem się zdarza, że ktoś ma
bardzo dużo pracy i zapomni o urodzinach. Mogę to sobie wyobrazić i mu
wybaczyć. Ale chyba nikt nie uwierzy, że można zapomnieć o Nowym Roku?!
Ze złości uderzyłam pięścią w stół. No właśnie. Tamten sylwester i Nowy
Rok. Próbowałam się z nim skontaktować parę razy, ale bez skutku, aż w końcu wystraszyłam się, że coś mu się stało. A potem, gdy się
spotkaliśmy na początku stycznia, miał czelność powiedzieć tylko:
"Przepraszam. Nie zauważyłem, że to już Nowy Rok".
-?Całe życie mieszka w Japonii. Jak tu można zapomnieć o Nowym Roku?
-?Fakt, nikt nie jest tak zajęty, by zapomnieć o Nowym Roku -?zgadza się
ze mną Amamiya i uśmiecha się lekko.
-?Może pracował przez cały okres noworoczny? -?wtrącił Kuroda.
-?Ale polubił noworoczną reklamę pizzerii na Twitterze. Takie rzeczy nie
pozwalają zapomnieć o Nowym Roku -?zauważyłam.
Mnich z hałasem wstał ze stołka.
-?Panie Kuroda? Wszystko w porządku?
-?Inni ludzie... mogą zobaczyć czyjeś polubienia?
-?Tak, bez problemu -?odpowiedziałam, a on poprawił okulary, które
zsunęły mu się z nosa, i podszedł bliżej, patrząc na mnie z przerażeniem.
-?Ale to dlatego, że ma pani jakieś sztuczki, prawda? Jakieś sposoby
zaborczych kobiet bez własnego życia?
-?No wie pan co! Każdy może je zobaczyć -?odpieram atak i pokazuję mu
sekcję polubień na czyimś profilu. Kuroda blednie i zaczyna się trząść.
Mamrocząc coś pod nosem, wyciągnął z kieszeni smartfon.
-?Panie Kuroda...
-?Proszę mu dać chwilę. Mówiła pani, że...?
Atmosfera zrobiła się nieco napięta, ale niech będzie.
-?Takie rzeczy ciągle się zdarzały, ale jakoś nie umiałam na to
zareagować. Wczoraj były urodziny Ky?heia i w końcu, po raz pierwszy od
dawna, udało nam się wybrać na randkę.
Nie widziałam się z nim od miesiąca. Poszliśmy na kolację do dobrej
restauracji i porządnie się upiliśmy. Poczułam ulgę, że wszystko jest
jak dawniej. Spóźniliśmy się na ostatni pociąg, oczywiście celowo, i -
jak to zwykle w takich sytuacjach bywa -?zameldowaliśmy się w pobliskim
hotelu.
-?Ale potem on...
Nadal czułam ból gdzieś pod żebrami, kiedy o tym myślałam.
W pokoju znajdowało się jedno olbrzymie łóżko. Poszłam się wykąpać jako
pierwsza. Nasmarowałam się kremami, które wzięłam na wszelki wypadek, i włożyłam bieliznę, którą wybrałam też na wszelki wypadek. Myślałam, czy
nie użyć perfum Chloé, które przelałam do podróżnego atomizera, ale
zrezygnowałam, bo co, jeśli uzna, że za bardzo się staram?
Potem do łazienki wszedł Ky?hei, a ja zaczęłam bawić się smartfonem. Nie
chciałam, żeby się zorientował, jak bardzo nie mogę się doczekać.
Usiadł po turecku na łóżku, wycierając mokre po kąpieli włosy.
Przytuliłam go i lekko pocałowałam. Pomyślałam, że dziś na pewno do
czegoś dojdzie.
Serce biło mi coraz szybciej i szybciej. A Ky?hei tylko westchnął lekko.
-?Może jutro? -?zapytał.
Od razu zrozumiałam, co się dzieje.
-?Ach... -?Amamiya zakrył usta smukłymi dłońmi. -?Musiała pani przeżyć
szok. Tak sądzę.
-?Przyznam, że już wczoraj byłam trochę na krawędzi. Sądziłam, że on
też.
-?Przepraszam, co pani ma na myśli?
-?Ma na myśli to, że...
Szef zaczął coś szeptać Kurodzie do ucha, prawdopodobnie po to, by
wyjaśnić mu aluzję. Mnich słuchał ze zmarszczonymi brwiami, lekko się
przy tym czerwieniąc.
-?Aha, rozumiem -?odpowiedział i poprawił okulary środkowym palcem,
jakby chciał w ten sposób zamaskować zakłopotanie.
-?To nie tak, że byłam sfrustrowana czy coś. Nie chodziło o "te sprawy".
-?Właśnie tak. To nie kwestia pożądania. -?Po prostu zrozumiałam, że
przestał mnie kochać. Nie widzieliśmy się miesiąc i nawet nie próbował
mnie dotknąć. Zdrowy mężczyzna, dwadzieścia parę lat, nie był z kobietą
od miesiąca, a mimo to powiedział, że "może jutro". Tak mnie to
zdołowało... Miałam poczucie, że jako kobieta nie mam już dla niego żadnej
wartości.
Zastanawiałam się, czy wypada tak się wypłakiwać nieznajomym ludziom,
ale zaskakująco łatwo mi się o tym mówiło. Może dlatego, że tak uważnie
mnie słuchali.
-?Nie wiem, co właściwie Ky?hei o tym myślał. Nie mówił, że chce ze mną
zerwać, ale też nie powiedział, czy mam coś w sobie zmienić. Nie
wiedziałam, jak naprawić sytuację, i czułam się z tym naprawdę źle.
Byłoby lepiej, gdybym usłyszała od niego, co powinnam zrobić... -?Łzy
kapały mi do łyżki, aż w końcu utworzyły małe jeziorko. -?W końcu
oznajmiłam, że mam dość i skoro mnie nie kocha, to chyba powinniśmy się
rozstać, nie? Bo nie chcę tracić czasu na kogoś, kto nie jest mną
zainteresowany.
Obiecałam sobie, że nigdy czegoś takiego nie powiem. Przez te cztery
lata zawsze jakoś udawało mi się powstrzymać. Do czasu.
-?Chciała pani, by zaprzeczył? -?zapytał łagodnie szef.
Miał rację, chciałam usłyszeć: "To wcale nie tak". "No co ty, kocham
cię, tylko jestem dziś zmęczony". Żeby tak powiedział i pogłaskał mnie
po głowie albo wziął za rękę.
Tylko tyle... A może nie tylko?
-?Ale... chyba też trochę chciałam, żeby go to zabolało. -?Odłożyłam łyżkę
i otarłam oczy chusteczką. Rano bardzo się przyłożyłam do makijażu, bo
chciałam wyglądać jak najlepiej, gdy Ky?hei spojrzy na mnie po raz
ostatni. Teraz to wszystko spływało mi z twarzy. -?Nawet gdy wiedział,
że jest mi z czymś źle, udawał, że tego nie widzi. W ten sposób unikał
poważnych rozmów, a przez to nie mogliśmy niczego rozwiązać. Ale ja też
nie ułatwiałam sprawy swoją dumą. Chciałam być niezależną kobietą, taką,
która dobrze się czuje, spędzając czas sama ze sobą, gdy Ky?hei jest
zajęty.
Dlatego cokolwiek zrobił, zawsze starałam się "reagować jak dorosła".
Nawet gdy mnie olewał albo zachowywał się oschle, próbowałam spokojnie
to przegadać. Ale gdy takie sytuacje się powtarzały, zaczął we mnie
wzbierać nowy rodzaj gniewu. Przestałam ukrywać swoją frustrację.
Przecież mówię o problemach w naszym związku, więc dlaczego zawsze się
obrażasz i zarzucasz mi emocjonalną niedojrzałość? Czy to nie oczywiste,
czemu się tak przejmuję? Chodzi o NAS. Dlaczego robisz minę, jakby
ciebie to nie dotyczyło? Chciałabym, żebyś choć raz poczuł to samo.
-?Chciałam powiedzieć: "Rozstańmy się" i zobaczyć jego smutek. Sprawić,
żeby on też poczuł się zraniony. A to był jedyny sposób. Gdybym była w stanie to zrobić, choć na chwilę...
Kiedy do niego pisałam, odczytywał wiadomość i nie odpowiadał przez trzy
dni, by potem wysłać mi pojedynczą naklejkę. Kolejne trzy dni i jakaś
niezobowiązująca wiadomość w rodzaju "Zimno dziś! Nie przezięb się".
Tyle takich dni... Gdybym choćby tylko przez chwilę mogła zobaczyć, że
cierpi, może byłabym w stanie to znosić.
-?Jestem okropna.
Grobowa cisza, jakby nikt nie wiedział, co odpowiedzieć.
-?Nie, po prostu tak się pani czuła i tyle -?zauważył łagodnie szef i upił łyk kawy. -?A jak on na to zareagował?
-?Przyznał, że chciał mnie skłonić do zerwania. On sam nie mógł się na
to zdobyć, więc celowo nie odpisywał i zapominał o różnych wydarzeniach,
żeby mnie do tego popchnąć.
A potem mnie przeprosił. Ciche "Naprawdę przepraszam", z pochyloną
głową, nie patrząc mi w oczy. Miałam nadzieję, że będzie płakał,
niekoniecznie mocno, ale do samego końca nie uronił nawet jednej łzy.
-?Nie wyglądał na szczególnie zranionego. Był spokojny, nie okazywał
emocji. To też było dla mnie trudne.
-?Zupełnie nie umie się zachować.
-?Między innymi za to go lubiłam...
Za to, że jest dziecinny, niewrażliwy, zachowuje się tak, jak ma na to w danej chwili ochotę. Nie jest typem romantyka, ale zdarzało się, że na
swój własny, niezręczny sposób starał się sprawiać mi radość. Chciałam
móc znów to poczuć. Robiłam wszystko, by znów zobaczyć tę jego stronę.
-?To się stało o drugiej w nocy. Nawet wolałabym kłócić się do świtu,
ale już nie zostało nam nic do powiedzenia. W końcu położyliśmy się w łóżku, jak najdalej od siebie, a o ósmej rano rozeszliśmy się, każde w swoją stronę.
Przewracałam się na materacu, a pół metra ode mnie znajdowały się plecy
Ky?heia. Jeszcze nie tak dawno mogłam ich dotknąć. W jednej chwili stały
się czymś, czego dotknąć mi nie wolno.
Gdybym tylko nie spytała, czy już mnie nie kocha.
Gdybym tylko odparła, że możemy zaczekać do jutra, jeśli jest zmęczony.
Może wtedy jeszcze mogłabym je pogładzić. Leżałam tak przez całą noc,
rozmyślając w kółko nad podobnymi, równie bezużytecznymi "gdyby tylko".
-?Co zrobiłam nie tak? Ciągle się nad tym mimowolnie zastanawiałam. Może
faktycznie byłam przytłaczająca? Ale starałam się taka nie być. Nawet
specjalnie nie odpisywałam mu od razu na esemesy, nawet jak bardzo
chciałam, tylko odczekiwałam godzinę. Starałam się, jak mogłam. Choć tak
naprawdę chciałam mu ciągle pisać, że go kocham.
Właśnie. Ile razy wykasowałam kciukiem słowa "kocham cię" z wiadomości?
Nawet dziś rano, gdy rozstaliśmy się na dobre, nie mogłam spojrzeć mu w oczy i tego powiedzieć. Czekałam, aż on poprosi: "Spróbujmy jeszcze
raz", ale się nie doczekałam.
Ale gdybym wiedziała...
"Kocham cię. Bardzo".
Znowu poczułam chłód na policzku. Łza stoczyła się na podbródek i skapnęła do curry.
-?Naprawdę go kochałam. Bezwarunkowo. Gdybym zdawała sobie sprawę, że
tak się może skończyć, mówiłabym mu to częściej.
Może wtedy nie czułabym takiego żalu?
Może trzeba było po prostu szczerze powiedzieć: "Kocham cię", zamiast
się bawić w głupie gierki?
Tylko że się bałam. Bardzo. Bałam się odsłonić prawdziwą siebie. Ciągle
się zastanawiałam, jaką kobietę on uznałby za fajną. Chciałam być taka
jak dziewczyny, pod których zdjęciami klikał "lubię to". Starałam się z całych sił, a wyszło to, co wyszło. Głupia, za bardzo wszystko
roztrząsałam.
A ostatecznie nie wiedziałam nic. Nawet nie miałam pojęcia, co tak
naprawdę myślał Ky?hei. Za bardzo byłam skupiona na tuszowaniu swoich
wad.
Palce mi drżały i nie mogłam nad nimi zapanować. Do tego robiło mi się
wstyd, że aż tak się spłakałam. Wytarłam oczy rękawem i zjadłam resztkę
mdłego curry.
Ach, no właśnie. Moje curry. Pewnie chwalił je tylko z uprzejmości.
Możliwe, że już wtedy zaczął planować, jak tu ze mną zerwać...
Łyżka curry nagle zastygła w powietrzu.
Ciekawe, czy to, co mi mówił, było prawdą. Czy kiedykolwiek pokazał, co
naprawdę czuje? Widziałam przed sobą twarz Ky?heia i jego beztroski
uśmiech z tego wieczora, gdy zjadł cały wielki gar curry, przygotowany
na zapas na parę dni. Powtarzał przy tym: "W życiu lepszego nie
jadłem!".
Czy chociaż ten uśmiech był szczery?
-?Proszę pani, proszę się rozchmurzyć. Mogę przynieść lody...
Nie dam już dłużej rady... Muszę poznać prawdę.
-?Przepraszam pana bardzo, moje curry...
-?Tak?
Ile z czterech lat, które razem spędziliśmy, było prawdą, a ile
kłamstwem?
Co zepsułam? A co zrobiłam dobrze?
Sama już nie wiedziałam, w co wierzyć.
-?Może mógłby pan je spróbować? Tego curry, które lubił Ky?hei? -
zapytałam znienacka. Nie uspokoję się, dopóki tego nie sprawdzę.
-?Kto ma je spróbować?
-?Pan.
-?Ja?
-?A potem pan mnich... Kuroda, dobrze pamiętam?
Wspomniany klient zakrztusił się wodą. Chyba był zaskoczony, że rozmowa
nagle zeszła na niego.
-?Ale... ja też?
-?Jedna opinia to za mało, by powiedzieć, czy coś jest dobre...
-?Właściwie to muszę wracać na medytację... -?wymamrotał, wycierając
chusteczką mokrą twarz, po czym spróbował dyskretnie wstać.
W tym samym momencie jednak Amamiya chwycił mnicha mocno za ramię.
-?Kuroda -?powiedział, zbliżając do niego twarz. Jego delikatne wargi
wygięły się w idealny uśmiech rodem z reklamy kosmetyków. -?Chyba nie
porzuci mnie pan na pastwę losu? To byłoby okrutne z pana strony.
Kuroda uwolnił się z uścisku szefa i poprawił kołnierz samue.
-?Ale ja jestem tylko zwykłym klientem...
-?Proszę! -?zwróciłam się do obu mężczyzn, pochylając głowę w ukłonie.
Nie dość, że pozwolili mi na drzemkę w kawiarni, to jeszcze wysłuchali
moich miłosnych żalów. A teraz jeszcze chciałam, żeby spróbowali curry
według mojego przepisu. Wiedziałam, że to samolubne z mojej strony.
-?Bardzo panów proszę... Na pewno się jakoś odwdzięczę... Chętnie przyniosę
panom zestaw słodyczy! Mogę też zapłacić... Mam odłożone trochę grosza...
Nawet otworzyłam konto oszczędnościowe!
Naprawdę było mi głupio. Ale miałam szansę się dowiedzieć.
-?No dobrze. Rozumiemy. Jakich składników pani potrzebuje? -?westchnął
Amamiya z rezygnacją, po czym poszedł do kuchni. Zajrzał do lodówki. -
Mogę pani służyć cebulą i kurczakiem. Resztę proszę spisać, pójdę na
zakupy -?powiedział, podając mi fartuch i mały notatnik.
-?Jest pan pewien?!
-?Ten pociąg już odjechał. Będziemy ci towarzyszyć aż do ostatniej
stacji. Poza tym... -?Zza uśmiechu szefa nagle wyjrzało coś w rodzaju
samotności. -?Jak się przegapi odpowiedni moment ze złamanym sercem, ono
już się nigdy nie zabliźni.
* * *
Na stole czekały trzy ładnie ustawione talerze z kremowym curry w kolorze zmieszanego z przyprawami masła. Na koniec posypałam każdą
porcję suszoną natką pietruszki.
-?Pro-proszę bardzo... -?Przełknęłam głośno ślinę, a potem już tylko
wpatrywałam się bez przerwy w Amamiyę i Kurodę.
-?Smacznego! -?zawołali chórem i w końcu podnieśli łyżki z curry do ust.
Już po chwili mieli pełne usta.
Wytarłam spocone ręce w sukienkę. Sama też spróbowałam curry. Dobre...
Przynajmniej tak mi się wydawało. Ale czy oni się z tym zgodzą?
Amamiya przełknął pierwszy kęs, a potem otworzył szeroko oczy.
-?Dobre!
-?Naprawdę?
-?Przepyszne! Dość ostre, ale ma też łagodny posmak. Bardzo mi smakuje -
odparł z uśmiechem, od którego w kącikach oczu pojawiły mu się kurze
łapki. -?Widać, że naprawdę się pani dla tego chłopaka starała... A właśnie, Kuroda, pan przed chwilą jadł też moje curry. I ma pan jeszcze
miejsce w żołądku?
Łyżka mnicha zawisła na chwilę w powietrzu, a on sam uciekł wzrokiem w bok.
-?Prawdę mówiąc... Muszę sobie przeczyścić podniebienie -?wyznał.
-?Ej, to niemiłe!
-?Amamiya, próbował pan dziś swojego curry?
-?Eee... nie.
-?Może dodał pan za dużo wody i przez to straciło na smaku?
Szef popędził do kuchni, by spróbować swojej wersji potrawy. Skrzywił
się i nakrył garnek pokrywką.
-?Wydawało mi się, że zrobiłem je zgodnie z przepisem. I wczoraj
powiedział pan, że jest dobre.
-?Może się pan rozleniwił, bo tylko ja je jem.
-?Trzeba było coś powiedzieć!
-?Nie jestem z tych, co się skarżą!
Mężczyźni spierali się po przyjacielsku, a ja się zamyśliłam. Wychodzi
na to, że szef po prostu coś pomylił przy gotowaniu. Czyli z moim
smakiem wszystko jest w porządku?
Postanowiłam rozwiać wątpliwości.
-?Smakuje panom moje curry?
-?Tak!
-?Bardzo dobre!
-?I nie mówią tak panowie tylko po to, by poprawić nastrój smutnej
kobiecie?
-?Czy to wygląda, jakbym tylko chciał poprawić pani nastrój? -?zapytał
Amamiya, pokazując prawie pusty talerz.
-?Ach tak. Rany, co za ulga...
Czyli jednak nie gotuję źle. Mroczki zaczęły mi latać przed oczami i wszystko się rozmazało: talerz curry przede mną, śliczna twarz szefa,
ogolona na łyso głowa Kurody. Czułam już, jak resztki sił uciekają ze
mnie przez stopy.
Spojrzałam w sufit i westchnęłam głośno:
-?Ulżyło mi, serio... -?Po czym rozpłaszczyłam się na blacie.
Skoro curry robiłam dobrze, przynajmniej część naszego związku była
szczera i prawdziwa.
-?Aż tak się tym martwiłaś?
-?Wie pan... Bałam się, czy te całe cztery lata nie były przypadkiem
jednym wielkim kłamstwem. -?No bo kto wie? Może jego uśmiechy, jego
"kocham cię" i "fajnie było" też w jakiś sposób na nim wymusiłam? -
Właściwie nie wiem, co naprawdę czuł. Kręciłam się w kółko jak głupia
idiotka, to na pewno. Ale... Przynajmniej część z tego, co mówił, musiała
być prawdą, nie? Na pewno.
Rany, wystarczy już tych łez na dziś! Wytarłam oczy rękawem -?nie
chciałam, by je zauważyli.
-?Panno... Y?ki, dobrze pamiętam? -?zaczął cicho pan Kuroda, który właśnie
skończył jeść swoją porcję. -?Słyszała pani o "czterech i ośmiu
cierpieniach"?
-?Czterech i ośmiu... A tak, to przysłowie, prawda? Coś o problemach
finansowych... -?Mózg mi się zaciął przy nagłej zmianie tematu. O co mu
chodzi?
-?To sformułowanie ma swoje korzenie w buddyzmie.
-?O, teraz zaczął mówić jak mnich! -?ożywił się Amamiya. -?Wie pani, on
jest prawdziwym mnichem, nie tylko tak wygląda! Ale wcześniej skończył
Uniwersytet Tokijski, a potem pracował jako handlowiec.
-?Przerwał mi pan...
Szef wyszczerzył zęby, wyraźnie uznając to za świetny kawał, po czym
wyjaśnił, że Kuroda mieszka i pobiera nauki w pobliskiej świątyni zwanej
Seizan-ji. Codziennie jednak wpada do Amayadori na oranżadę.
-?Wróćmy do tematu. -?Zawstydzony Kuroda odkaszlnął głośno, po czym
kontynuował: -?W życiu doświadczamy wielu różnych rodzajów cierpienia:
choroba, starość, konieczność życia z kimś, kogo nienawidzimy. Buddyzm
dzieli takie nieuniknione bóle ludzkiego żywota na "cztery cierpienia" i "osiem cierpień".
A więc od tego wzięło się to powiedzenie. Nie miałam pojęcia.
-?Sam postanowiłem zostać mnichem, bo wśród tych czterech i ośmiu
cierpień jest również "życie". Inaczej mówiąc, sam fakt bycia żywą
istotą oznacza cierpienie.
-?Już samo życie?
-?Tak. Myślę, że już samo przeżywanie życia jest naprawdę trudne. Nikt
nie chce być nielubiany. Albo czuć bólu. Walczymy z tym wszystkim, a równocześnie rzucamy wszystko dla miłości... Robimy, co możemy, by zdobyć
względy kogoś, kogo kochamy. Na przykład tworzymy dla niego zupełnie
nowy przepis na curry. -?Mnich pogładził łagodnie brzeg talerza. -?Jest
pani niesamowita, wie pani o tym? Bo walczy pani z czterema i ośmioma
cierpieniami. Mówi pani, że kręciła się w kółko jak idiotka... Zupełnie
niepotrzebnie pani umniejsza swoją wartość, tak myślę.
-?Panie Kuroda...
-?No, no. Ładnie powiedziane -?skwitował szef.
Mnich miał rację. Cierpiałam. Ciągle myślałam wyłącznie o Ky?heiu. Choć
wciąż sobie powtarzałam, że chcę o nim zapomnieć, nie mogłam wyrzucić go
z głowy. Ale właśnie to stanowiło dowód, że go kochałam. Że był taki
czas, kiedy kogoś kochałam ze wszystkich sił.
Może niezbyt skutecznie, ale miałam w życiu coś, za co chciałam walczyć.
Co z tego, że nie wyszło to tak, jak myślałam. Robiłam wszystko, by
poczuć, że żyję.
Nagle poczułam przypływ energii.
-?Wiem... -?Krew pulsowała mi w żyłach, gwałtownie krążyła od mózgu do
serca i z powrotem. Aż mnie rozsadzało od środka! -?Odeślijmy je na
wieczny spoczynek.
-?Co?
-?Wszystkie moje żale i gniew. Pochowajmy je! -?Z podekscytowania
zerwałam się z krzesła. Amamiya i Kuroda tylko się na mnie gapili ze
zdziwionymi minami. -?Panie Kuroda, powie pan coś odpowiedniego do
okazji? Jakieś Namu Amida Butsu9 albo coś w tym stylu?
Pochyliłam się do Kurody i ponaglająco wyciągnęłam do niego ręce.
-?Moja szkoła tego nie praktykuje... A poza tym tego się nie mówi przy
takiej okazji.
-?To może coś w rodzaju "Tu spoczywa mój były"? Proszę!
-?To brzmi trochę, jak gdyby zmarł...
-?No nie, a już myślałam, że powie pan coś, po czym mój żal do niego
zniknie...
-?Nie wiem, co dokładnie pani myśli o buddyzmie, ale...
Cholera, miałam nadzieję, że zapomnę o Ky?heiu! Że uda mi się zostawić
przeszłość za sobą i jutro już nie będę cierpieć! Ale wygląda na to, że
to nie takie proste.
-?Tak jak mówiłem, niełatwo uleczyć złamane serce -?odezwał się nagle
Amamiya, który od jakiegoś czasu tylko obserwował naszą rozmowę. -?A poza tym, Momo, mam lepszy pomysł.
-?Tak? Jaki? Niech pan mówi!
-?Powinnaś się byłemu odpłacić.
-?Odpłacić...? -?No tak, teraz mi się przypomniało. Szef mówił, że trzy
sposoby na złamane serce to współczucie, czas i zemsta. -?Znaczy, mam
się zemścić?!
-?Tak. Stworzyłaś dla niego specjalne, znakomite curry, tak bardzo go
kochałaś. Ale on nawet to odrzucił. Trochę to boli, co nie?
-?Tak... Boli...
-?No więc właśnie. Czemu by nie robić twojego curry właśnie tutaj? -
zaproponował Amamiya, błyskając uśmiechem godnym bożyszcza nastolatek.
-?Co? Ale... tutaj?! -?wyjąkałam.
-?Tak. W tej kawiarni, jako część nowego menu. Co ty na to? -?Uniósł
znacząco palec. -?Wtedy na pewno stanie się popularne, prawda?
-?Aha...
-?A gdyby zrobiło się tak sławne, że ludzie będą stać w kolejkach na
zewnątrz, żeby go spróbować? -?dodał i mrugnął znacząco, jak gdyby
pytając "Co wtedy się stanie?".
Gdyby moje curry stało się popularne... a wręcz sławne... Wtedy...
-?Wtedy Ky?hei też o nim usłyszy!
Amamiya przytaknął z zadowoloną miną.
-?A potem... potem będą o nim mówić nawet w telewizji! "Ostatni kulinarny
krzyk mody z Sangenjai!" I zrobimy się sławni na cały kraj! Może nawet
dostaniemy kontrakt na współpracę z Seven Eleven! Będziemy sprzedawać
nasze curry w saszetkach, do odgrzania w domu?
-?Aż tak bym się nie rozpędzał...
-?A potem, za sześć lat, Ky?hei kupi sobie moją saszetkę! -?Nie mogłam
się powstrzymać, to było aż zbyt ekscytujące!
-?Wyszła z tego cała przemowa -?usłyszałam mruknięcie.
-?Za sześć lat... to dodaje realizmu.
-?Ky?hei zje całą saszetkę naraz i pomyśli: "Zaraz, skądś znam ten
smak!". Zerknie na opakowanie, zobaczy nazwę marki i aż krzyknie z zaskoczenia... Bo zobaczy nazwisko swojej byłej sprzed sześciu lat!
-?Może to jednak nie był najlepszy pomysł?
-?Panie szefie! Proszę mnie tu zatrudnić! -?Wstałam, wyciągając do niego
rękę.
-?Właśnie po to ci to powiedziałem -?odparł i uścisnął mi dłoń. Miał
nieco chłodną skórę. W ten sposób zawarliśmy umowę.
Kuroda spojrzał na nas z lekko skrzywioną miną.
-?Amamiya, a nie proponuje jej pan pracy, bo dziewczyna z kuchni się
zwolniła, a pan sobie nie radzi?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki