Komisarz Brudny. Zaraza. Tom 4 - Przemysław Piotrowski

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Myśl, czło­wieku, myśl!

Droga kra­jowa numer trzy­dzie­ści dwa wiła się pomię­dzy sosno­wymi lasami, które roz­bły­skały niczym fle­sze po kolej­nych wście­kłych ude­rze­niach bły­ska­wic. Świe­tli­ste macki raz za razem roz­ła­ziły się po nie­bie niczym ramiona jakiejś gigan­tycz­nej ośmior­nicy pró­bu­ją­cej prze­do­stać się do tego świata.

Masz prze­je­bane! Masz, kurwa, prze­je­bane! Coś ty naro­bił, czło­wieku?!

Męż­czy­zna spoj­rzał na bosą kobietę sku­loną w fotelu pasa­żera. Była tylko w majt­kach i jego blu­zie. Twarz cho­wała w kap­tu­rze, dło­nie trzy­mała przy bro­dzie, jakby za wszelką cenę chciała zakryć usta. Drżała.

Gło­śny klak­son i ośle­pia­jący blask reflek­tora spra­wił, że męż­czy­zna gwał­tow­nie szarp­nął kie­row­nicę. Tył samo­chodu nieco zarzu­ciło, ale przy­naj­mniej unik­nął czo­łówki z nad­jeż­dża­ją­cym z naprze­ciwka busem. Przy tej pręd­ko­ści nie byłoby czego zbie­rać. Wytarł ręką pot z czoła, ale nie zdjął nogi z gazu.

Popeł­ni­łeś prze­stęp­stwo. Za to, co zro­bi­łeś, na bank odwie­szą ci zawiasy i znów pój­dziesz sie­dzieć. Kolejna recy­dywa. Przy­naj­mniej dzie­sięć lat. Kurwa mać!

Dyszał ciężko, serce łomo­tało mu w piersi. Kolejne pio­runy waliły wście­kle, paję­czyna bły­ska­wic roz­świe­tlała niebo, a korony drzew ugi­nały się pod napo­rem wichury. Z nie­zdrową fascy­na­cją ponow­nie zer­k­nął na pod­kur­czone nagie nogi pasa­żerki i poczuł, że znów zbiera mu się na wymioty.

Skąd pew­ność, co powie na poli­cji? Żadna! Odpo­wiesz za to. Na pewno!

Wska­zówka pręd­ko­ścio­mie­rza poka­zy­wała, że jedzie sto pięć­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę. Zarzy­nany sil­nik sta­rej mazdy wył, narzę­dzia w bagaż­niku tłu­kły się przy każ­dym ostrzej­szym zakrę­cie. Mło­tek, cęgi, piła do metalu, pal­nik ace­ty­le­nowy i masa innych, które można wyko­rzy­stać na wiele spo­so­bów. Ta myśl spo­wo­do­wała, że znów spoj­rzał na nagie uda pasa­żerki. Zaci­snął palce na kie­row­nicy. Jego bagaż­nik był jed­nym wiel­kim dowo­dem winy.

Nie odpusz­czą ci i będziesz sie­dział. Pro­ku­ra­tor tego dopil­nuje. Jesteś zło­dzie­jem i ban­dytą. Nikt ci nie uwie­rzy! Nikt, kurwa!

W oddali zza zakrętu wyło­nił się tir. Miał mocne reflek­tory, które oświe­tliły sie­dzącą obok kobietę. Gdy pojazdy się mijały, jasna wiązka omio­tła jej dło­nie i frag­ment skry­tej pod kap­tu­rem twa­rzy. Zaci­snął zęby i zaklął pod nosem. Źle zro­bił. Nie prze­my­ślał tej decy­zji, a teraz jest już za późno. Cokol­wiek zrobi z nie­chcianą pasa­żerką, prę­dzej czy póź­niej przyj­dzie mu za to zapła­cić. Nie wywi­nie się. Dopadną go i trafi za kratki.

Gdy minął skręt w drogę poża­rową, przez głowę prze­le­ciała mu pewna myśl. Nagle stała się bar­dzo kusząca. Miał w bagaż­niku łopatę. Pora­dziłby sobie w godzinę, może dwie. Miał w tym doświad­cze­nie. Zdą­żył odpo­ku­to­wać. Dwa­na­ście lat w cięż­kim wię­zie­niu w pod­wro­cław­skim Woło­wie to był trudny czas. Ale dał radę. Łza w kąciku lewego oka przy­po­mi­nała mu o tym każ­dego dnia.

Niebo znów roz­bły­sło świe­tli­stą paję­czyną, chwilę póź­niej pio­run gruch­nął tuż nad jego głową. Był potężny, ogłu­sza­jący. Kobieta szarp­nęła się gwał­tow­nie, a następ­nie pod­kur­czyła nogi do klatki pier­sio­wej i scho­wała głowę mię­dzy kolana. Nie miała zapię­tych pasów.

Męż­czy­zna przy­gryzł dolną wargę z taką siłą, że poczuł w ustach meta­liczny smak krwi. Musiał pod­jąć decy­zję. Trzeba było coś z nią zro­bić. Od mia­sta dzie­liło go nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia kilo­me­trów. Po dro­dze kilka wsi. I sporo lasu.

Zwol­nił, kiedy wje­chał na teren zabu­do­wany, a gdy minął ostat­nie gospo­dar­stwo, znów doci­snął pedał gazu. Obrzu­cił spoj­rze­niem pasa­żerkę. Jadące z naprze­ciwka samo­chody rzu­ciły świa­tło na jej skrytą pod kap­tu­rem twarz.

- Powiesz coś w końcu? - zagad­nął, nie spusz­cza­jąc wzroku z przed­niej szyby.

Zero reak­cji. Od momentu gdy wsa­dził ją do samo­chodu, nie wydała z sie­bie żad­nego dźwięku. Nie umiał oce­nić, czy w ogóle kon­tak­tuje.

- No mów coś, do jasnej cho­lery! - wark­nął.

W lusterku wstecz­nym ujrzał reflek­tory jakie­goś spor­to­wego samo­chodu. Lekko spu­ścił nogę z gazu i pozwo­lił się wyprze­dzić. Kątem oka dostrzegł, że kobieta obró­ciła się do niego ple­cami. Sku­liła się jesz­cze bar­dziej, teraz wyglą­dała jak prze­ro­śnięty embrion.

- Kurwa mać! - syk­nął i trza­snął dłońmi w kie­row­nicę, a potem jesz­cze raz i jesz­cze.

Zre­du­ko­wał bieg i wci­snął gaz do dechy, żeby wyprze­dzić SUV-a. Sil­nik zawył żało­śnie. Niebo znów roz­bły­sło, huk­nął grom. Pozbyć się jej czy nie? Skrę­cić w las czy nie? To nie zaj­mie mu wiele czasu. Powinno być jakoś po pół­nocy. Wyrobi się do dru­giej. Się­gnął po tele­fon, aby się upew­nić.

Zaczął macać oko­lice wnęki, gdzie odło­żył urzą­dze­nie, ale nie wyczuł pod pal­cami zna­jo­mego kształtu. Zer­k­nął w to miej­sce. Prze­je­chał dło­nią po skó­rza­nym wgłę­bie­niu przy dźwi­gni skrzyni bie­gów, ale tele­fonu nie było. Wtedy kątem oka dostrzegł prze­bi­ja­jący spod kap­tura blask wyświe­tla­cza.

- Ty suko! - wark­nął, chwy­ta­jąc kobietę za rękę.

Wyrwała mu się. Mówiła coś. Musiała już nawią­zać połą­cze­nie. Chwy­cił ją raz jesz­cze, klnąc szpet­nie. Kazał jej natych­miast oddać tele­fon, ale ona obró­ciła się i ugry­zła go w rękę. Wrza­snął z bólu i puścił ją, lecz chwilę póź­niej pono­wił próbę odzy­ska­nia urzą­dze­nia. Musiał ją powstrzy­mać za wszelką cenę. Nie chciał tra­fić do wię­zie­nia. Ni­gdy wię­cej!

Gdy po raz trzeci spró­bo­wał jej wytrą­cić z ręki tele­fon, sku­pił wzrok na kobie­cie o uła­mek sekundy za długo. Nie dostrzegł, że wła­śnie wjeż­dża w ostry łuk, a gdy się zorien­to­wał, było już za późno. Gwał­towne odbi­cie kie­row­nicy nie pomo­gło, koła zła­pały pobo­cze, a on stra­cił pano­wa­nie nad pojaz­dem. Samo­chód ściął słu­pek, wypadł z drogi i z potęż­nym impe­tem ude­rzył w pierw­sze napo­tkane drzewo.

Ostat­nie, co zare­je­stro­wał jego umysł, to ciało kobiety, które wyla­tuje przez przed­nią szybę. Potem jego głowa roz­trza­skała się na kawałki i nie reje­stro­wał już nic.

ROZ­DZIAŁ 1

Trzy mie­siące póź­niej

Lało jak z cebra.

Skoń­czyła palić i otwo­rzyła okno, aby wyrzu­cić nie­do­pa­łek, po czym od razu je zamknęła. Wystar­czyło kilka sekund, aby do wnę­trza napa­dało wody. Ulewa była gwał­towna i zła­pała ją zaraz po wyjeź­dzie z mia­sta. Nagle z zachodu nad­cią­gnęły ciemne, nie­mal czarne chmury i niebo po pro­stu się otwo­rzyło, wyrzy­gu­jąc ze swo­ich trzewi całą zawar­tość. Ludzie kryli się gdzie popad­nie, ulice zamie­niały się w rwące potoki. Co gor­sza, lało nie­ustan­nie i zasta­na­wiała się, czy po takim arma­ge­do­nie będzie jesz­cze czego szu­kać na miej­scu zbrodni.

Wycie­raczki ledwo zbie­rały wodę z przed­niej szyby, a z gło­śni­ków walił gita­rowy riff Sla­sha z Guns N' Roses, jej ulu­bio­nej kapeli, któ­rej była wierna już pra­wie trzy­dzie­ści lat. Się­gnęła po paluszka i schru­pała go, nucąc pod nosem znane na pamięć tony, a potem klep­nęła się w udo i zama­chała głową niczym nasto­latka na kon­cer­cie grupy roc­ko­wej.

Wychy­liła się i zer­k­nęła na zasnute czar­nymi chmu­rami niebo. Jakby wie­dzieli, pomy­ślała. Cie­kawe, czy dyżurny spraw­dził pro­gnozę pogody, zanim nadał jej temat. Co prawda w pierw­szej kolej­no­ści wysłał na miej­sce naj­bliż­szy patrol, ale zaraz póź­niej zadzwo­nił do niej.

- Młoda kobieta - powie­dział. - Odko­pały ją dziki. Leśni­czy twier­dzi, że widok jest maka­bryczny, bo dobrała się do niej zwie­rzyna.

Do tej pory zna­le­ziono tylko jedne ciało. Wyło­wiono je na początku marca z Odry, mniej wię­cej na wyso­ko­ści wsi Połęcko leżą­cej tuż przy gra­nicy z Niem­cami. Ofiary jak na razie nie udało się ziden­ty­fi­ko­wać, bo nie miała przy sobie żad­nych doku­men­tów, a zwłoki znaj­do­wały się w sta­nie daleko posu­nię­tego roz­kładu. Sprawę z początku prze­jęli kry­mi­nalni z przy­gra­nicz­nego Gubina, ale szybko usta­lili, że mogła być jedną z pro­sty­tu­tek pra­cu­ją­cych dla zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy sute­ne­rów, któ­rzy łowili poten­cjalne pra­cow­nice w więk­szych mia­stach, w tym w Zie­lo­nej Górze. Według kole­gów i kole­ża­nek po fachu nazy­wała się Iwanka i pocho­dziła z Bia­ło­rusi, nie­stety nic wię­cej nie udało się usta­lić, może prócz tego, że według pato­mor­fo­loga przed śmier­cią była tor­tu­ro­wana i wie­lo­krot­nie gwał­cona. Z początku sprawą zajął się kolega z wydziału, nie­jaki Artur Kłos. Facet słu­żył w stop­niu komi­sa­rza. Duży chłop o nie­wyj­ścio­wej mor­dzie, podobno sku­teczny w tere­nie, choć według nie­któ­rych nad­gor­liwy i mający skłon­ność do agre­sji wobec podej­rza­nych, a nawet świad­ków. Wypły­nął krótko po tym, jak ze służby odszedł nie­za­stą­piony inspek­tor Romu­ald Czar­necki, który mię­dzy innymi z powodu tych wła­śnie cech przez całą swoją karierę nie dopusz­czał komi­sa­rza do swo­jego zespołu. Ona też go nie polu­biła. Miał w sobie coś odpy­cha­ją­cego i nawet nie cho­dziło o jego gbu­ro­wa­tość, bo aku­rat do tego rodzaju part­ne­rów była przy­zwy­cza­jona. On po pro­stu nie sza­no­wał ludzi.

Po trzech jało­wych z punktu widze­nia śledz­twa mie­sią­cach Kłos został skie­ro­wany do innej sprawy, a ona je po nim prze­jęła, bo nikt inny nie chciał. Nie miała więk­szego wyboru, bo wciąż była w wydziale sto­sun­kowo świeża i musiała jakoś wkraść się w łaski prze­ło­żo­nych. Miała też nadzieję, że dzięki roz­wi­kła­niu śledz­twa, które wyglą­dało wybit­nie nie­roz­wo­jowo, zdo­bę­dzie akcep­ta­cję kole­ża­nek i kole­gów z komendy. W końcu z czy­stej nie­na­wi­ści do prze­stęp­ców para­ją­cych się han­dlem ludźmi, w tym pedo­fi­lów, któ­rzy czę­sto się do nich zali­czali, chciała za wszelką cenę dopaść gnoja, który zamor­do­wał tę młodą dziew­czynę.

Druga ofiara poja­wiła się po sze­ściu mie­sią­cach i też była nią młoda kobieta. Brzmiało co naj­mniej obie­cu­jąco, jeśli w ogóle można uznać, że śmierć kogo­kol­wiek może być czymś obie­cu­ją­cym. Seryj­niak? Nie­wy­klu­czone. W każ­dym razie ofiara zna­le­ziona przez leśni­czego z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa mogła mieć coś wspól­nego z pro­wa­dzo­nym przez nią śledz­twem, wobec czego krótko po tele­fo­nie od dyżur­nego chwy­ciła nie­do­je­dzoną kanapkę i ruszyła to spraw­dzić.

Jechała powoli w akom­pa­nia­men­cie grzmią­cych we wnę­trzu auta ostrych gita­ro­wych dźwię­ków. Leśna droga była wybo­ista i dla nor­mal­nego samo­chodu prak­tycz­nie nie­prze­jezdna, nie zdzi­wiła się więc, gdy natknęła się na ugrzę­zły w bło­cie radio­wóz. Dwoje niż­szych stop­niem poli­cjan­tów sie­działo w fote­lach, paląc papie­rosy i gapiąc się w wyświe­tla­cze tele­fo­nów. Gdy prze­jeż­dżała po krza­kach obok ich pojazdu, pozdro­wili ją, ale nie pró­bo­wali jej zatrzy­mać, ona zaś nie kwa­piła się, żeby im pomóc. Była pewna, że wcale tego nie ocze­kują i wolą jesz­cze tro­chę się poobi­jać.

Sama nie miała wymówki. Wer­tepy, wypeł­nione bło­tem dziury, głę­bo­kie rowy nie były jej straszne. Jej nis­san patrol dopiero w takich warun­kach roz­wi­jał skrzy­dła. Wbrew pozo­rom polu­biła go bar­dzo szybko, bo choć bywał krnąbrny na uli­cach mia­sta, na dziu­ra­wych jak ser szwaj­car­ski pod­miej­skich dro­gach czuł się jak ryba w wodzie. Poko­naw­szy naj­bar­dziej nie­równy frag­ment, nieco przy­spie­szyła, roz­bry­zgu­jąc zale­ga­jące na leśnej ścieżce kałuże. Zatrzy­mała się przy słu­pie oddzia­ło­wym. Odczy­tała numer osiem­dzie­siąt osiem. Według wska­zó­wek musiała prze­je­chać do kolej­nego, a następ­nie odbić w lewo i jechać jesz­cze jakieś dwa kilo­me­try, aż zoba­czy zapar­ko­wa­nego jeepa wran­glera. To tam, w pobliżu młod­nika, miały znaj­do­wać się zwłoki.

Na miej­sce dotarła po pię­ciu minu­tach. Zapar­ko­wała za tere­nówką leśni­czego i wyłą­czyła sil­nik. Slash zamilkł, zastą­piony przez dud­nie­nie kro­pel o karo­se­rię. Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy wyjść z samo­chodu, ale straż­nik leśny uprze­dził ją i kil­koma susami dopadł do patrola. Aby unik­nąć głu­pich pytań, wycią­gnęła na wierzch bla­chę. Chwilę póź­niej facet otwo­rzył drzwi i ciężko dysząc, roz­go­ścił się na miej­scu pasa­żera.

- Pani z poli­cji? - zapy­tał, a w jego tonie dało się wyczuć zde­ner­wo­wa­nie. Pomy­ślała, że jej plan jed­nak się nie powiódł.

- Komi­sarz Julia Zawadzka - odparła, wycią­ga­jąc papie­rosa. - Pali pan, panie...

- Młod­szy straż­nik leśny Kac­per Roszyk. Ja prze­pra­szam, ale nie spo­dzie­wa­łem się...

- Kobiety? - Zawadzka suge­styw­nie wysu­nęła paczkę w stronę męż­czy­zny.

- Nie, dzię­kuję. Nie palę.

- Nie będzie panu prze­szka­dzać, jeśli ja zapalę?

- Nie, nie...

Zawadzka przy­su­nęła pło­mień zapal­niczki do koń­cówki papie­rosa. Kątem oka obser­wo­wała reak­cję męż­czy­zny, któ­rego wzrok bez­wied­nie wylą­do­wał na jej pra­wym policzku. Przy­zwy­cza­iła się. Wszy­scy nowi roz­mówcy naj­pierw gapili się na jej bli­znę.

Zacią­gnęła się i wypu­ściła dym. Teraz to ona mu się przyj­rzała. Męż­czy­zna miał nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat. Chudy jak szkapa, pie­go­waty, z gar­ba­tym nosem i dużymi brą­zo­wymi oczami przy­po­mi­nał jej postać z jakie­goś filmu o głup­ko­wa­tych nasto­lat­kach szu­ka­ją­cych skarbu. Jego wzrok błą­dził po wnę­trzu samo­chodu, prawa noga tań­czyła w sobie tylko zna­nym ryt­mie. Widać było, że ta sytu­acja mocno go zestre­so­wała, może nawet prze­ro­sła.

- Chce pan paluszka? - zapy­tała, się­ga­jąc do wci­śnię­tej w otwarty scho­wek torebki. Sama wzięła kilka i dwa z nich wło­żyła do ust. - Pro­szę się nie krę­po­wać. Mamy sporo czasu, bo wąt­pię, żeby przy tej aurze pro­ku­ra­tor i tech­nicy dotarli tu szyb­ciej niż za godzinę.

Chło­pak spoj­rzał na nią nie­pew­nie, a potem gło­śno prze­łknął ślinę. Nie­na­tu­ral­nie wysta­jąca grdyka pod­sko­czyła, po chwili wychy­lił się i zer­k­nął na wiszącą jej na piersi odznakę. Do tego też się przy­zwy­cza­iła. Od jakie­goś czasu jej apa­ry­cja nie koja­rzyła się ludziom z kimś, kto na co dzień repre­zen­tuje wła­dzę.

- Pro­szę. W schowku mam jesz­cze jedną paczkę - dodała, dostrze­ga­jąc wyraźne zakło­po­ta­nie roz­mówcy.

- Szcze­rze mówiąc, to nie jestem głodny - wydu­kał Roszyk. - Nie po tym, co tam zoba­czy­łem. To naprawdę okropny widok.

Zawadzka wło­żyła do ust kolejne dwa paluszki. Schru­pała je w mil­cze­niu, a następ­nie zacią­gnęła się papie­ro­sem.

- Gdzie jest ciało? - zapy­tała, łapiąc spło­szone spoj­rze­nie pasa­żera.

- Tam.

Męż­czy­zna wska­zał pal­cem na zrytą przez dziki zie­mię, jakieś dzie­sięć metrów od swo­jego samo­chodu. W tej chwili wszystko tonęło w bło­cie.

- Doty­kał pan cze­goś?

- Abso­lut­nie.

- Abso­lut­nie tak czy abso­lut­nie nie?

- Nie...

- Jak zna­lazł pan ciało?

- Aku­rat byłem na ruty­no­wym patrolu.

- Co pan robił na tym patrolu?

- No... - Roszyk znów gło­śno prze­łknął ślinę. - Wie pani... te ostat­nie tygo­dnie były bar­dzo suche. Mie­li­śmy dwa pożary, ale ludzie w ogóle nie sto­sują się do zaka­zów wcho­dze­nia do lasu. W sumie trzy, licząc ten sprzed trzech mie­sięcy, gdy po tam­tym wypadku spło­nęło pra­wie trzy­sta hek­ta­rów. Pamięta pani? Pod­czas tej ano­ma­lii pogo­do­wej.

- Suchej burzy - przy­tak­nęła. - Tak, pamię­tam.

Jak­żeby miała tego nie pamię­tać? Pożar poża­rem, ale to, co wyda­rzyło się chwilę wcze­śniej, nawet jej zmro­ziło krew w żyłach. Zupeł­nie przy­pad­kiem została wysłana jako zastęp­stwo wła­śnie z Kło­sem. Na miej­sce wypadku przy­je­chali razem, ale szybko oka­zało się, że nie będą mieli zbyt wiele roboty, bo auto już pło­nęło, a pożar lasu gwał­tow­nie się roz­prze­strze­niał. Przy­je­chała straż pożarna, naka­zała ewa­ku­ację. I ogól­nie w całej tej sytu­acji nie byłoby nic dziw­nego, gdyby nie jeden szcze­gół. Stara mazda szóstka owi­nęła się wokół drzewa jak har­mo­nijka. Trup na miej­scu. Pato­mor­fo­log stwier­dził póź­niej, że kie­rowca zgi­nął, zanim samo­chód doszczęt­nie spło­nął. Haczyk tkwił gdzie indziej. Dopiero gdy ujrzała pako­waną do karetki pasa­żerkę, omal nie zwy­mio­to­wała. Sprawa bły­ska­wicz­nie została utaj­niona i wszy­scy świad­ko­wie musieli pod­pi­sać papier obli­gu­jący ich do mil­cze­nia. Od przy­pad­ko­wego kie­rowcy, który zadzwo­nił pod numer alar­mowy, przez ratow­ni­ków, stra­ża­ków, na leka­rzach koń­cząc, każdy, kogo wzrok spo­czął na ciężko ran­nej pasa­żerce mazdy. Na razie wyglą­dało na to, że sprawa nie wypły­nęła i jakimś cudem wszy­scy trzy­mali język za zębami. Wypar­cie? Nie zdzi­wi­łaby się. Strach? Jak naj­bar­dziej. Ostat­nio jed­nak doszły ją słu­chy, że po mie­ście od jakie­goś czasu krążą dziwne plotki, a dzien­ni­ka­rze węszą sen­sa­cję. Do tej pory na samą myśl o tym wypadku prze­szy­wały ją dresz­cze.

Teraz też się wzdry­gnęła. Nagle zdała sobie sprawę, że straż­nik wciąż do niej mówi.

- Chwila, panie... - zawa­hała się.

- Roszyk. Nazy­wam się Kac­per Roszyk.

- Wróćmy do momentu, gdy pan tędy prze­jeż­dżał. Jak pan dostrzegł zwłoki?

- No, nor­mal­nie. Jecha­łem i zoba­czy­łem lisa, który sku­bał coś wysta­ją­cego z roz­ry­tej ziemi. Jesz­cze nie padało, więc zatrzy­ma­łem samo­chód i wysia­dłem. Lis uciekł i wtedy... - Męż­czy­zna prze­tarł chu­s­teczką czoło.

- I co wtedy?

- No zoba­czy­łem to, to zna­czy...

- Miał pan jakieś podej­rze­nia, co to może być?

- No od razu było widać. Bałem się jak cho­lera, ale pod­sze­dłem bli­żej i... - Skrzy­wił się, jakby wła­śnie połknął coś obrzy­dli­wego. - No... Chry­ste... - Ukrył twarz w dło­niach.

- Zoba­czył pan ciało kobiety, tak?

Straż­nik leśny poki­wał głową, a po chwili wycią­gnął kolejną chu­s­teczkę i wysmar­kał nos. Drżącą dło­nią scho­wał ją z powro­tem do kie­szeni mun­duru.

- To naprawdę maka­bryczny widok, pro­szę pani.

Zawadzka już nic wię­cej nie powie­działa. Zja­dła ostat­niego paluszka i zer­k­nęła przez przed­nią szybę na niebo, które powoli zaczy­nało się prze­ja­śniać. Chmury prze­su­wały się na wschód, a na hory­zon­cie widać było nie­mrawe prze­bły­ski pro­mieni sło­necz­nych. Odcze­kała jesz­cze chwilę i gdy ulewa zelżała, a na nie­bie poja­wiła się zja­wi­skowa tęcza, otwo­rzyła drzwi i wysia­dła z auta.

Jej buty od razu zato­piły się w bło­cie pra­wie po kostki. Nie prze­jęła się tym zbyt­nio. Wycią­gnęła z kie­szeni men­tosa, wło­żyła go do ust i ruszyła w stronę miej­sca, które kilka minut temu wska­zał leśnik. Nie­spe­cjal­nie zmar­twiła się fak­tem, że może zadep­tać ślady, bo jeśli jesz­cze pół godziny temu takowe tu były, to ten ulewny deszcz z pew­no­ścią dokład­nie je zmył. Ostat­nie metry poko­ny­wała, bro­dząc w roz­mięk­czo­nej ziemi i zło­rze­cząc na buszu­jące tu wcze­śniej dziki. Prze­stało padać aku­rat w momen­cie, gdy przy­sta­nęła nad wypeł­nioną brudną wodą dziurą. W noz­drza ude­rzył ją wyjąt­kowo paskudny odór, coś jak mie­sza­nina gni­ją­cego mięsa i odcho­dów. Nie spo­dzie­wała się, że woń może być tak inten­sywna. Żołą­dek zbun­to­wał się i tar­gnęły nią tor­sje. Odwró­ciła się i zwy­mio­to­wała, bo choć do tej pory widziała już wiele tru­pów w naj­róż­niej­szym sta­nie roz­kładu, ten smród prze­bi­jał abso­lut­nie wszystko, czego do tej pory doświad­czyła na służ­bie.

- To dziki, pro­szę pani. - Usły­szała za ple­cami głos leśni­czego. - Ich odchody mają bar­dzo inten­sywną woń.

Woń, kurwa, pomy­ślała i raz jesz­cze opróż­niła żołą­dek z resz­tek śnia­da­nia. Wycią­gnęła z kie­szeni nasą­czoną lawendą chu­s­teczkę i przy­tknęła do nosa, po czym z powro­tem sku­piła wzrok na zanu­rzo­nych w męt­nej wodzie zwło­kach. Przez chwilę przy­glą­dała się wysta­ją­cemu ponad taflę frag­men­towi kolana i przed­ra­mie­niu, a w zasa­dzie temu, co z niego zostało, bo nie trzeba było być spe­cja­li­stą, aby oce­nić, że spora jego część została pożarta. Dłoni bra­ko­wało dwóch pal­ców, resztki tkanki były poszar­pane, jakby ktoś wło­żył ofie­rze rękę do maszynki do mięsa.

Zawadzka się­gnęła do kie­szeni po parę jed­no­ra­zo­wych ręka­wi­czek i wal­cząc z odru­chem wymiot­nym, przy­kuc­nęła przy zwło­kach. Zła­pała za jeden z obgry­zio­nych pal­ców i unio­sła przed­ra­mię, wzru­sza­jąc taflę męt­nej wody. Na uła­mek sekundy poja­wiła się twarz ofiary, żeby zaraz znik­nąć pod brudną powierzch­nią wody. Komi­sarz deli­kat­nie opu­ściła dłoń i rozej­rzała się za czymś, czym mogłaby roz­gar­nąć taflę wody. Wychy­liła się i się­gnęła po kawa­łek gałęzi, któ­rym zamie­szała w kałuży. Widok poszar­pa­nych zwłok spra­wił, że znów tar­gnęły nią tor­sje. Tym razem się opa­no­wała, jedy­nie kilka razy odchrząk­nęła. W końcu wyco­fała się na ścieżkę i zapa­liła papie­rosa. Zacią­gnęła się głę­boko i wypu­ściła dym. Przez chwilę stała, bez­myśl­nie wpa­tru­jąc się w gęsty młod­nik.

- Dobrze się pani czuje? - zagad­nął straż­nik leśny, który wciąż trzy­mał się kilka metrów dalej.

- Tak - odparła, odwra­ca­jąc się w jego stronę. Męż­czy­zna stał obok swo­jej tere­nówki, na jego twa­rzy malo­wała się szczera tro­ska. Pomy­ślała, że bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, młody trzyma się naprawdę nie­źle. Wolno ruszyła w jego stronę.

- Pani zda­niem to mor­der­stwo? - zapy­tał, gdy przed nim sta­nęła.

- Na to wygląda - mruk­nęła, ale nic wię­cej nie dodała, tylko się­gnęła po wibru­jący w kie­szeni smart­fon. Dzwo­niła stara zna­joma, sze­fowa zespołu tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych Anna Borucka. Zawadzka ode­brała.

- Cześć, Julka. Jesteś już na miej­scu?

- Cześć. Tak, jestem. Wła­śnie mia­łam do cie­bie dzwo­nić. Macie jak doje­chać?

- No wła­śnie toniemy w bło­cie. - W tle dało się sły­szeć odgłos zarzy­na­nego sil­nika. - Fur­go­netka ze sprzę­tem nie prze­je­dzie, ale już nad­cią­gają dwie tere­nówki. Prze­ło­żymy, co się da, i powin­ni­śmy się zja­wić w ciągu pół godziny.

- To pamię­taj, żeby wziąć pompę. Zwłoki leżą w płyt­kim dole, ale trzeba go będzie osu­szyć.

- Tak myśla­łam. Jak to wygląda?

- Nie pytaj.

- Aż tak źle?

- Przy­go­tuj się na naj­gor­sze. Bez kla­merki nie pod­chodź.

- Jezuuu... - Borucka wes­tchnęła. - Ile jesz­cze?

- Do eme­ry­tury, moja droga.

- Dzięki, Julka. Ty zawsze potra­fisz popra­wić mi humor.

- Nie ma za co.

- Dobra, muszę koń­czyć, bo chyba jadą. Narka.

Borucka się roz­łą­czyła. Zawadzka oparła się o nad­kole patrola i wycią­gnęła kolej­nego men­tosa. Wsa­dziła go do ust i zaczęła roz­gry­zać. Pomy­ślała, że musi poin­for­mo­wać swo­jego faceta, aby dziś na nią nie liczył.

ROZ­DZIAŁ 2

- Idziesz! Dawaj, dawaj, dawaj! Dasz radę! Jesz­cze tylko kilka kro­ków!

Młody męż­czy­zna w spor­to­wym stroju gło­śno krzy­czał i kla­skał. Robił, co mógł, aby zmo­bi­li­zo­wać go do zro­bie­nia jesz­cze jed­nego kroku. Co z tego, jeśli nogi odma­wiały posłu­szeń­stwa.

- Dobrze ci idzie! Jesz­cze trzy kroki i pobi­jesz rekord! Dawaj, dawaj, dawaj!

Igor Brudny zmu­sił się do mak­sy­mal­nego wysiłku. Spiął się i zawył jak zwierz. Na skro­niach wybrzu­szyła się siatka nie­bie­skich żyłek, mię­śnie przed­ra­mion napięły się, wresz­cie dotarł do końca porę­czy i runął ze zmę­cze­nia na mate­rac. Reha­bi­li­tant zaase­ku­ro­wał go, po czym pomógł mu usiąść na wózek.

- Jesz­cze kilka tygo­dni i sta­niesz na nogi - oznaj­mił, wrę­cza­jąc mu butelkę mine­ral­nej.

- Nie pier­dol.

- Nie pier­dolę. Dziś zro­bi­łeś czter­dzie­ści kro­ków, Igor. Dwa razy wię­cej niż tydzień temu. Rzadko który z moich pod­opiecz­nych robi tak bły­ska­wiczne postępy. Mówię ci, że za mie­siąc będziesz cho­dził, a za pół roku przy­po­mnisz sobie, jak to jest ska­kać po drze­wach.

Brudny otwo­rzył butelkę i wypił od razu połowę zawar­to­ści. Czuł się kom­plet­nie wypom­po­wany. Krę­ciło mu się w gło­wie, a serce waliło w piersi, jakby wła­śnie prze­biegł mara­ton. Czter­dzie­ści kro­ków, pomy­ślał.

- Zawieźć cię do szatni? - zapy­tał reha­bi­li­tant.

- Dam sobie radę.

- W takim razie widzimy się jutro o jede­na­stej.

- Jasne.

Brudny wytarł pot z czoła i zakrę­cił kołami wózka. Wyje­chał z sali i skie­ro­wał się do szatni. Była pusta i cicha. Zatrzy­mał się przed swoją szafką i zamknął oczy. Czter­dzie­ści kro­ków, pomy­ślał. Zro­bił dziś zasrane czter­dzie­ści kro­ków. Wiel­kie mi, kurwa, osią­gnię­cie. Zaci­snął zęby, gdy poczuł przy­pływ fru­stra­cji. Wciąż nie mógł pogo­dzić się z tym, co go spo­tkało. Od momentu gdy wybu­dził się ze śpiączki, minęło już dzie­sięć mie­sięcy, a on na­dal nie był w sta­nie przejść kilku kro­ków bez wspo­ma­ga­nia. I tak miał szczę­ście, że rdzeń nie został prze­rwany. Tak naprawdę powi­nien dzię­ko­wać, że w ogóle prze­żył, bo prze­trwa­nie czte­rech dni w zawa­lo­nej piw­nicy klasz­toru hie­ro­ni­mek zakra­wało na cud. Służby pra­co­wały jed­nak dniem i nocą, bez ustanku, w nadziei że seria eks­plo­zji nie znisz­czyła naj­niż­szych pozio­mów.

Podobno gdy do niego dotarli, leżał przy­gnie­ciony kupą gruzu i ziemi, w kałuży lep­kiej, czę­ściowo zaschnię­tej krwi. Ale oddy­chał. Bły­ska­wicz­nie wydo­stali go na powierzch­nię, a następ­nie prze­wieźli na SOR, gdzie pod­łą­czyli do apa­ra­tury pod­trzy­mu­ją­cej życie. Dia­gnoza była ponura, bo pacjent miał dużego krwiaka mózgu, dwa­na­ście zła­mań, w tym dwa otwarte, ranę postrza­łową, pęk­nięte dwa kręgi i pod­stawę czaszki. Szczę­ście w nie­szczę­ściu nie doszło do trwa­łego prze­rwa­nia rdze­nia, ale i tak dawali mu nie­wiel­kie szanse na prze­ży­cie. Prze­żył jed­nak, a oni przez trzy mie­siące cier­pli­wie skła­dali go niczym zepsu­tego robota, otwie­rali i zaszy­wali, wkrę­cali śruby, wsa­dzali haki. Krwiak z cza­sem zaczął się wchła­niać, kości zra­stać, stan usta­bi­li­zo­wał się na tyle, że zaczęto poważ­nie myśleć nad pró­bami jego wybu­dze­nia. Po raz pierw­szy otwo­rzył oczy cztery mie­siące póź­niej, dokład­nie czwar­tego listo­pada.

- Igor... - Zawadzka sie­działa przy nim i ści­skała jego rękę.

Nie był w sta­nie wydu­sić z sie­bie słowa, ale uśmiech­nął się, a ona roz­be­czała się jak ni­gdy wcze­śniej. Potem zbie­gli się leka­rze i pie­lę­gniarki. Zaczęli mu gra­tu­lo­wać, sobie wza­jem­nie, a on zasta­na­wiał się, czy zaraz nie wystrzelą korki szam­pa­nów, a zza drzwi nie wysko­czy klaun z balo­nami i bukie­tem róż. Pierw­sze słowa zdo­łał wydu­sić z sie­bie kilka dni póź­niej, krótko po kolej­nym bada­niu, gdy dok­tor upew­nił się, że reaguje na pod­sta­wowe bodźce.

- Dzi...dzię...dzięki - wyję­czał, gdy pro­wa­dzący go lekarz, Bar­tło­miej Rako­czy, poin­for­mo­wał go o sta­nie zdro­wia. Dru­gim sło­wem było "Juu...Jul...Julka", resztę zacho­wał na póź­niej, gdy został z przy­ja­ciółką sam na sam.

- Ja cie­bie też - odpo­wie­działa, a potem długo tuliła się do jego policzka.

Dwa dni póź­niej odwie­dził go eme­ry­to­wany inspek­tor Romu­ald Czar­necki, następ­nie brat Filip z żoną Anną i bra­ta­nicą Lenką. Poja­wiła się też Anna Borucka i Elka Pałka, a nawet była part­nerka Oksana Szczy­penko, oczy­wi­ście kilku dygni­ta­rzy pra­gną­cych ogrzać się w bla­sku jego osoby, w tym pre­zy­dent mia­sta Zie­lona Góra, tutej­szy komen­dant Wacław Nie­miec, a nawet jego główny prze­ło­żony - komen­dant war­szaw­skiej komendy, inspek­tor Bog­dan Beryl. Nota­bli pogo­nił gdzie pieprz rośnie, a Bery­lowi kazał wypier­da­lać i ni­gdy wię­cej nie poka­zy­wać mu się na oczy.

Po mie­siącu leże­nia nad­szedł czas dłu­go­trwa­łej i bole­snej reha­bi­li­ta­cji. Z początku odmó­wił przyj­mo­wa­nia anty­de­pre­san­tów, co szybko się na nim zemściło, bo wpadł w kosz­mar­nego doła. Reha­bi­li­tanci nie byli w sta­nie z nim wytrzy­mać, bo o ile wcze­śniej był mru­kli­wym i szorst­kim w oby­ciu czło­wie­kiem, o tyle teraz stał się wred­nym i zło­śli­wym skur­wy­sy­nem. Nie słu­chał nikogo, nawet Julki, a w pew­nym momen­cie, stra­ciw­szy nadzieję, że kie­dy­kol­wiek wróci do peł­nej spraw­no­ści, odmó­wił współ­pracy. Poja­wiły się myśli samo­bój­cze, ale codzienne wizyty przy­ja­ciółki, teraz już part­nerki, która nie dawała za wygraną i robiła wszystko, aby przy­wró­cić mu wiarę w sie­bie, zaczęły przy­no­sić skutki. Kie­dyś nie wytrzy­mała i dopie­kła mu naprawdę mocno.

- I co teraz? Do końca życia będziesz uda­wał roślinę? - wark­nęła, wsta­jąc od jego łóżka.

- Ja jestem rośliną, Julka - wymam­ro­tał. - I idź już. Chcę spać.

- Ni­gdzie nie pójdę, rozu­miesz? Nie wyjdę stąd, dopóki nie prze­mó­wię ci do roz­sądku. Masz wziąć te pier­do­lone tabletki i zacząć współ­pra­co­wać z reha­bi­li­tan­tami. Masz, kurwa, sta­nąć na nogi!

- Nawet nie czuję pal­ców! Jak mam, kurwa, sta­nąć na nogi? - odpa­ro­wał.

- Nie czu­jesz ich, bo nic nie robisz, Igor! Do jasnej cho­lery! Nie wstyd ci, że pie­lę­gniarki muszą codzien­nie wycie­rać ci dupę? Tobie, Igo­rowi Brud­nemu? Że ja muszę to robić?

- Niczego nie musisz...

- Kurwa! Igor! Co się z tobą stało?! Przez całe życie ni­gdy się nie pod­da­wa­łeś. Ni­gdy nie dałeś się zła­mać! Nikomu! A teraz... - Usia­dła na krze­śle i scho­wała twarz w dło­niach. - Dla­czego nie chcesz wal­czyć, Igor? Dla­czego nie chcesz dać sobie szansy? Dać szansy nam?

Roz­pła­kała się, a potem wybie­gła z sali, zosta­wia­jąc go sam na sam z wła­snymi myślami. To był trzy­dzie­sty pierw­szy marca. Następ­nego poranka popro­sił pie­lę­gniarkę, aby zawo­łała dok­tora.

- To nie prima apri­lis? - upew­nił się lekarz.

- A wyglą­dam, kurwa, na zgry­wusa? - bąk­nął.

Dok­tor omiótł spoj­rze­niem jego pokie­re­szo­waną bli­znami twarz.

- Nie - odparł. - Zde­cy­do­wa­nie nie wygląda pan na zgry­wusa, komi­sa­rzu. W takim razie kiedy zaczy­namy?

- Teraz?

Tego dnia Igor Brudny prze­stał być rośliną i znów stał się Igo­rem Brud­nym. Pod­dał się woli leka­rzy, pie­lę­gnia­rek, fizjo­te­ra­peu­tów. Robił, co mu kazali, a nawet jesz­cze wię­cej. Nie­całe dwa mie­siące póź­niej pod­niósł się z łóżka i pod­czoł­gał do okna, gdzie nie­le­gal­nie wypa­lił pierw­szego papie­rosa od ponad pół roku. Sma­ko­wał jak gówno, ale miał w sobie coś, co spra­wiło, że Brudny choć przez chwilę poczuł się jak przed wypad­kiem. Dosłow­nie przez chwilę, bo zdą­żył się zacią­gnąć tylko kilka razy, gdy do sali wpa­dła pie­lę­gniarka i kazała mu go natych­miast zga­sić. Skar­cony jak krnąbrny dzie­ciak, zaczął pra­co­wać jesz­cze ostrzej, a gdy mógł już sie­dzieć, zawnio­sko­wał o wózek, dzięki któ­remu mógł swo­bod­nie wyjeż­dżać na papie­rosa, kiedy tylko miał na to ochotę.

Teraz był osiem­na­sty sierp­nia, a on zro­bił czter­dzie­ści kro­ków.

Otwo­rzył szafkę i wycią­gnął spodnie i koszulkę. Więk­szość pacjen­tów w jego sta­nie wciąż korzy­stała z pomocy reha­bi­li­tan­tów, ale on nie miał zamiaru, aby ktoś poza nim samym wkła­dał mu gacie na dupę. Ścią­gnął prze­po­cone ciu­chy i się­gnął po butelkę. Odlał się, zakrę­cił ją i odsta­wił do szafki. Wyjął dżinsy i wygrze­bał z kie­szeni smart­fon. Dwa nie­ode­brane połą­cze­nia od Julki. Wybrał numer.

- Cześć, Igor.

- Cześć. Coś się stało?

- No stało się. Grubo się stało. Mam tu trupa i nie będę miała jak po cie­bie przy­je­chać. Dasz sobie radę?

- Coś wymy­ślę.

- Prze­pra­szam cię, ale...

- Daj spo­kój. Nie jestem dziec­kiem. Kim jest ofiara?

- Młoda kobieta. Masa­kra. Opo­wiem ci, jak wrócę, bo mam tu teraz straszny kocioł. Wła­śnie przy­je­chał pro­ku­ra­tor i lekarz.

- Jasne. Rób, co musisz. Widzimy się póź­niej. Pa.

- Buziak.

Brudny roz­łą­czył się i rzu­cił urzą­dze­nie na pod­wi­niętą nogawkę leżą­cych na ławce dżin­sów. Ode­tchnął głę­boko, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad kolej­nym przy­pły­wem fru­stra­cji. Cała ta sytu­acja strasz­nie go wner­wiała. Nie Julka i nie to, że aku­rat dziś wypadł jej jakiś trup. To aku­rat nie miało żad­nego zna­cze­nia. Znał realia, wie­dział, że musi zro­bić, co do niej należy. Wkur­wiała go jego wła­sna nie­moc. Do tej pory nie miał poję­cia, z jakimi trud­no­ściami muszą zma­gać się ludzie nie­peł­no­sprawni. Nagle nauczył się pla­no­wać każdy swój ruch, każdą trasę, głu­pie wyj­ście do sklepu jawiło się jak wyprawa na Mount Eve­rest, cza­sem kilka schod­ków nie­przy­sto­so­wa­nych dla ludzi na wóz­kach spra­wiało, że nie mógł kupić sobie papie­ro­sów. Nie potra­fił się do tego przy­zwy­czaić. Czuł się kom­plet­nie bez­u­ży­teczny.

Zło­rze­cząc pod nosem, na raty wło­żył spodnie, co zajęło mu dobrych kilka minut. Z koszulką pora­dził sobie szyb­ciej. Zamknął szafkę na klucz i skie­ro­wał się do wyj­ścia. Od jakie­goś czasu cał­kiem dobrze radził sobie na wózku. Szybko dostrzegł, że przed­ra­miona stały się sil­niej­sze, wyży­ło­wane, nauczył się też kilku sztu­czek uła­twia­ją­cych poru­sza­nie się po bar­dziej wyma­ga­ją­cym tere­nie. Gdy tylko wyje­chał na zewnątrz, od razu wycią­gnął paczkę papie­ro­sów. Zatrzy­mał się przy murze budynku Zakładu Reha­bi­li­ta­cji Alde­med. Kli­nika mie­ściła się w pół­noc­nej czę­ści mia­sta, za dwor­cem głów­nym, prak­tycz­nie przy samych torach. Zapa­lił.

Niebo było bez­chmurne, a powie­trze rześ­kie i przej­rzy­ste. Nad mia­stem musiała przejść solidna ulewa, bo wszystko wokół było zupeł­nie mokre, a w kilku miej­scach walały się poła­mane gałę­zie rosną­cych przy pło­cie krze­wów aka­cji. Powiódł wzro­kiem po cią­gną­cych się na nie­mal całej sze­ro­ko­ści ulicy kału­żach. Jego wzrok zatrzy­mał się na kobie­cie w śred­nim wieku, która za bar­dzo zbli­żyła się do kra­wę­dzi chod­nika i prze­jeż­dża­jący bus ochla­pał ją brudną desz­czówką. Posłała za nim soczy­stą wią­zankę, ale kie­rowca nie przy­ha­mo­wał, nie prze­pro­sił, tylko poje­chał dalej.

W oddali usły­szał dźwięk zbli­ża­ją­cego się pociągu, a chwilę póź­niej dostrzegł powoli sunący skład. Zacią­gnął się jesz­cze kilka razy i zga­sił nie­do­pa­łek w śmiet­niku. Wycią­gnął smart­fon. Przez chwilę zasta­na­wiał się nad wybo­rem firmy tak­sów­kar­skiej. Ostat­nio z każdą miał na pieńku. Wtedy z urzą­dze­nia dobiegł utwór ze ścieżki dźwię­ko­wej Rocky'ego, słynny Eye of the Tiger. Według Julki miał go mobi­li­zo­wać do walki o powrót do zdro­wia, choć Brudny był nasta­wiony do tego pomy­słu co naj­mniej scep­tycz­nie. Zosta­wił dzwo­nek dla świę­tego spo­koju.

- Słu­cham? - ode­brał.

- Witam pana, komi­sa­rzu Brudny - roz­legł się głos po dru­giej stro­nie.

- Dzień dobry, inspek­to­rze Czar­necki. - Brudny pomy­ślał, że te powi­ta­nia weszły im w krew.

- Dawno się nie widzie­li­śmy i dzwo­nię, bo wła­śnie roz­ma­wia­łem o tobie z żoną. Pyta o zdro­wie.

- Żyję. Fizjo­te­ra­peuta mówi, że za mie­siąc będę cho­dził, a za pół roku ska­kał po drze­wach.

- Fan­ta­styczna wia­do­mość. Wiesz, że mocno trzy­mamy za cie­bie kciuki.

- Nie wąt­pię. Co u cie­bie?

- Czy­tam i tyję. Życie eme­ryta jest wyjąt­kowo nudne. Dla­tego pomy­śla­łem, że miło byłoby się zoba­czyć i powspo­mi­nać stare czasy. Może wpa­dli­by­ście do mnie z Julką dziś wie­czo­rem na kola­cję?

Brudny przez chwilę zasta­na­wiał się nad pro­po­zy­cją. Ostat­nio więk­szość czasu spę­dzał w czte­rech ścia­nach, uni­kał spo­tkań, nie odbie­rał tele­fo­nów. Nie to, żeby nie mógł się od nich opę­dzić, bo w ciągu mie­siąca dzwo­nili do niego - wyłą­cza­jąc leka­rzy i reha­bi­li­tanta - tylko brat i Ela Pałka, ale ogól­nie nie miał ochoty na jakie­kol­wiek spo­tka­nia, pomi­ja­jąc jame­sona, z któ­rym rozu­miał się bez słów. Wie­czory z tym ostat­nim stały się już swo­istym rytu­ałem, co Julka zdą­żyła mu wypo­mnieć kilka razy, przy oka­zji brzę­cząc nad uchem, że musi się ogar­nąć, zacząć wycho­dzić do ludzi i takie tam ble, ble, ble. W ubie­głą sobotę wynik­nęła z tego nawet mała kłót­nia, ale nie prze­jął się tym zbyt­nio, co wku­rzyło ją jesz­cze bar­dziej.

- Poroz­ma­wiam z Julką, choć chwa­liła się, że dziś tra­fiła trupa i wąt­pię, aby miała czas - odpo­wie­dział ase­ku­ra­cyj­nie.

- Ooo...

- Młoda kobieta. Tyle wiem.

- W takim razie może jutro albo w week­end?

- Dam znać. Muszę koń­czyć, Romek. Na razie.

- Cześć.

Brudny odło­żył tele­fon na kolana i jesz­cze przez chwilę zasta­na­wiał się nad pro­po­zy­cją Czar­nec­kiego. Nie przy­po­mi­nał sobie, kiedy był u kogoś w odwie­dzi­nach. Ostatni raz u brata, krótko po wyj­ściu ze szpi­tala, ale atmos­fera była tak drę­twa, że drugi raz - pomimo kolej­nych zapro­szeń - się nie zde­cy­do­wał. I nie tylko dla­tego, że czuł się jak piąte koło u wozu, a wszy­scy ska­kali przy nim, jakby był co naj­mniej śmier­tel­nie chory. Nie był głupi, wyczu­wał fałsz, który krył się za maską sztucz­nego uśmie­chu pani domu, i był prze­ko­nany, że Anna wciąż ma mu za złe to, co wyda­rzyło się w poprzed­nie waka­cje. To przez niego jej córka omal nie stra­ciła życia z rąk psy­cho­paty. W jej mnie­ma­niu Igor Brudny przy­cią­gał kło­poty i lepiej było trzy­mać się od niego jak naj­da­lej.

Czy mógł ją winić za taki tok rozu­mo­wa­nia? Czy mógł mieć pre­ten­sje, że nim gar­dzi, choć poświę­cił zdro­wie, pra­wie życie, aby ura­to­wać bra­ta­nicę? Nie żywił urazy, nie miał też zamiaru wypo­mi­nać jej tego, że kie­dyś i ją wyrwał ze szpo­nów pew­nej śmierci. Wolał się wyco­fać, nie chciał, by z jego powodu brat kłó­cił się z żoną. Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat żył jak pustel­nik, więc samot­ność nie była mu obca, lubił ją nawet. Sam ze sobą czuł się naj­le­piej.

Ale spo­tka­nie z Rom­kiem? Uśmiech­nął się pod nosem. Cza­sem się dzi­wił, że rozu­mieją się tak zna­ko­mi­cie. Nie dość, że znali się zale­d­wie nie­całe dwa lata i dzie­liła ich róż­nica poko­le­nia, to jesz­cze cha­rak­te­ro­lo­gicz­nie paso­wali do sie­bie jak pięść do nosa. Romu­ald Czar­necki - dys­tyn­go­wany inspek­tor o wyso­kiej kul­tu­rze oso­bi­stej, tole­ran­cyjny, uprzejmy, szar­mancki, nie­mal nie­ska­zi­telny, on zaś gbu­ro­waty, opry­skliwy, stro­niący od ludzi, szorstki w oby­ciu jak szczotka do kibla. Mimo to nie­mal na każ­dym polu doga­dy­wali się dosko­nale. Tak, przy­znał w duchu, jeśli miałby opu­ścić cztery ściany i z kimś się spo­tkać, to wła­śnie z Rom­kiem. Julka też powinna przy­kla­snąć temu pomy­słowi. Przy oka­zji może prze­sta­nie zrzę­dzić.

ROZ­DZIAŁ 3

Zawadzka zamknęła lap­top. Spoj­rzała na zega­rek. Docho­dziła dzie­więt­na­sta, a ona do tej pory nie zja­dła nic poza lichym śnia­da­niem i paczką palusz­ków, które i tak póź­niej zwró­ciła. Nie to, żeby po tym, co zoba­czyła, przez resztę dnia drę­czył ją wil­czy głód, ale teraz, gdy już ukoń­czyła raport i wysłała go do naczel­nika wydziału Marka Koto­wi­cza, nagle poczuła, że musi zjeść coś porząd­nego. Wycią­gnęła smart­fon i wybrała numer Brud­nego.

- Cześć, Igor.

- Hej.

- Jadłeś już kola­cję?

- Nie.

- Mamy w domu jakieś wino?

- Mamy.

Igor nie nale­żał do mistrzów szer­mierki słow­nej. Pre­fe­ro­wał szyb­kie i celne pchnię­cia. Tak, nie, dobra, mamy, cześć. Ich roz­mowy tele­fo­niczne rzadko trwały dłu­żej niż sześć­dzie­siąt sekund.

- To wycią­gnij, pro­szę. - Wes­tchnęła. - Zapal jakąś świeczkę. Włącz muzykę. Jestem doje­chana i pra­gnę poczuć się jak czło­wiek.

- A co z tą kola­cją?

- Zgarnę po dro­dze spa­ghetti z Kolo­seum.

- Mam inny pomysł.

- O pro­szę... - Zasko­czył ją. - W takim razie zamie­niam się w słuch.

Zapa­ko­wała lap­top do torby i wstała od biurka. Przy­trzy­mu­jąc tele­fon przy uchu ramie­niem, poukła­dała jesz­cze wala­jące się bez ładu i składu papiery, po czym skie­ro­wała się do wyj­ścia.

- Romek zapro­sił nas dziś wie­czo­rem na kola­cję - kon­ty­nu­ował Brudny. - Odmó­wi­łem, bo zało­ży­łem, że dziś wcze­śnie nie wró­cisz, ale jak­bym teraz do niego zadzwo­nił, to chyba jest szansa.

- No... - Po Igo­rze mogła się spo­dzie­wać wszyst­kiego, ale wyj­ście w gości zna­la­złoby się na końcu tej listy. Pro­blem w tym, że aku­rat dziś nie miała ochoty na nic poza napeł­nie­niem żołądka i lampką wina. Naj­le­piej we dwoje.

- Nie sły­szę eks­plo­zji entu­zja­zmu.

- Nie, Igor. To... - zawa­hała się - ...to naprawdę dobry pomysł.

- Jesteś zmę­czona i chcesz zjeść w spo­koju, mam rację?

- Dzwoń do Romka. Jadę od razu do domu.

Roz­łą­czyła się. Igora nie dało się oszu­kać nawet przez tele­fon. Oczy­wi­ście, że chciała zjeść w spo­koju, napić się wina i pójść spać, ale jeśli teraz by mu odmó­wiła, to kolejna szansa wycią­gnię­cia go dalej niż do Żabki po fajki mogłaby odda­lić się o eony. Poza tym to nie był taki zły pomysł. Wie­działa, że jutro, naj­póź­niej poju­trze, pro­ku­ra­tor Karol Magiera zawnio­skuje o stwo­rze­nie nowej grupy docho­dze­niowo-śled­czej. Nie miał wyj­ścia, bo pierw­sze fakty doty­czące zmar­łej kobiety suge­ro­wały, że to nie jest zwy­kłe mor­der­stwo. Romek, w prze­ci­wień­stwie do niej, znał Magierę cał­kiem dobrze i mógł dać jej kilka wska­zó­wek.

Na scho­dach przy głów­nym wej­ściu do komendy natknęła się na Kłosa. Stał i palił papie­rosa. Wyglą­dał na pod­kur­wio­nego.

- Julka! - zawo­łał za nią.

- No? - Odwró­ciła się. - Tylko szybko, bo się śpie­szę.

- Wysła­łaś już raport do Goryla?

- No wysła­łam, a co?

- Co w nim napi­sa­łaś?

Rzu­ciła mu kose spoj­rze­nie. Co go to, kurwa, obcho­dzi? Jak sam stwier­dził, adre­sa­tem raportu był naczel­nik wydziału, więc o co biega?

- Wybacz, Artur, ale... - Pokrę­ciła wymow­nie głową. - Na pewno dowiesz się w swoim cza­sie.

- Pytam, bo to gruba sprawa. Wygląda na robotę nie­złego psy­chola.

- Sam sobie odpo­wie­dzia­łeś na to pyta­nie. A teraz naprawdę muszę iść. Na razie.

Odwró­ciła się i ruszyła w stronę zapar­ko­wa­nego nie­da­leko samo­chodu. Nie uszła kilku kro­ków, gdy - choć nie dałaby sobie ręki uciąć - usły­szała mru­kliwe burk­nię­cie Kłosa, które brzmiało jak "suka". Nie wytrzy­mała i obej­rzała się przez ramię, ale komi­sarz wła­śnie zni­kał w drzwiach budynku komendy. Może się prze­sły­szała, a może nie lubił jej jesz­cze bar­dziej niż ona jego. Posta­no­wiła, że teraz nie będzie zawra­cać sobie głowy takimi bzdu­rami. W każ­dej jed­no­stce rela­cje mię­dzy poli­cjan­tami i poli­cjant­kami wyglą­dały podob­nie. Dla jed­nego było się spoko kole­żanką, a dla innego wredną suką, zwłasz­cza gdy było się Julią Zawadzką i trak­to­wało się face­tów dokład­nie tak samo, jak oni trak­to­wali Julię Zawadzką.

Olała to, wsia­dła do samo­chodu i usta­wiła płytę z naj­lep­szymi kawał­kami AC/DC. W dro­dze do domu słu­chała High­way to Hell. Pod­śpie­wu­jąc wspól­nie z Bonem Scot­tem, nie miała poję­cia, że wła­śnie włą­czyła pro­ro­czy kawa­łek.

* * *

- Jesz­cze wkle­pu­jesz w twarz te nie­mow­laki?

- Ty jesteś nor­malny?

Zawadzka wsma­ro­wała w lewą część twa­rzy resztki żelu kolo­ido­wego. Nie­mow­laki? Co za głu­pek! Czego on się znowu naczy­tał w tym inter­ne­cie? Cza­sem Igor naprawdę ją wkur­wiał. Kochała go, ale cała ta sytu­acja wpły­nęła na niego bar­dzo destruk­cyj­nie. Wcze­śniej, ow­szem, nawet wobec niej bywał oschły i mru­kliwy, ale ostat­nio coraz czę­ściej zda­rzało mu się być naj­zwy­czaj­niej zło­śli­wym. Prze­cież dosko­nale wie­dział, że jej też nie jest łatwo. Jaka kobieta prze­szłaby do porządku dzien­nego nad tym, że z dnia na dzień stra­ciła swoją atrak­cyj­ność, a pół jej twa­rzy zna­czy roz­la­zła, odra­ża­jąca bli­zna? Co prawda i tak było już lepiej niż wcze­śniej, bo po dwóch refun­do­wa­nych zabie­gach w kli­nice chi­rur­gii pla­stycz­nej w Nowej Soli bli­zna wypłasz­czyła się i Julka nie wyglą­dała już jak potwór dok­tora Fran­ken­ste­ina. Nie­stety, dal­sze lecze­nie musiała pokry­wać z wła­snej kie­szeni, a żało­sna poli­cyjna pen­sja nie pozwa­lała na kosz­mar­nie dro­gie ope­ra­cje, które i tak nie gwa­ran­to­wały stu­pro­cen­to­wej sku­tecz­no­ści. Pozo­stały mniej inwa­zyjne zabiegi kosme­tyczne i regu­larne uży­wa­nie żeli i kre­mów, mają­cych za zada­nie popra­wie­nie este­tyki tego, czego już nie dało się usu­nąć.

Prze­cią­gnęła szminką po gór­nej war­dze i kry­tycz­nie przyj­rzała się sobie w lustrze. Już dawno pogo­dziła się z tym, że ni­gdy nie będzie wyglą­dać tak jak przed eks­plo­zją. Nie zapa­mię­tała wiele, pra­wie nic, jedy­nie gorący podmuch. Potem obu­dziła się w szpi­talu z głową owi­niętą ban­da­żem ela­stycz­nym.

- Miała pani furę szczę­ścia - tłu­ma­czył jej chi­rurg od opa­rzeń, gdy już doszła do sie­bie i była w sta­nie się komu­ni­ko­wać. - Udało się nam unik­nąć prze­szczepu. Zro­bi­li­śmy wszystko, co w naszej mocy, aby bli­zny były jak naj­mniej­sze.

- Bli­zny? - jęk­nęła.

- Dosta­nie pani skie­ro­wa­nie na zabiegi do kli­niki chi­rur­gii pla­stycz­nej w Nowej Soli. Pra­cują tam świetni spe­cja­li­ści. Pomogą pani.

Gdy po raz pierw­szy zoba­czyła swoje odbi­cie w lustrze, roz­ry­czała się jak dziecko. Nie zała­mała się jed­nak, z cza­sem poja­wił się u niej etap akcep­ta­cji, sku­piła się na leżą­cym w śpiączce przy­ja­cielu. Ona nie musiała wal­czyć o życie, nie była kro­jona, nie wsta­wiano jej kolej­nych śrub, haków i innych ustrojstw, które zaim­ple­men­to­wane w nie­bez­piecz­nej ilo­ści mogły zmie­nić czło­wieka w cyborga. Zanim się obu­dził, zdą­żyła przejść dwa zabiegi, które dopro­wa­dziły jej twarz do jako takiego stanu, mimo to bli­zny wciąż były widoczne. I jeśli nie pla­no­wała wygrać w totka, musiała pogo­dzić się z tym, że już na zawsze będą jej przy­po­mi­nać o tym, co wyda­rzyło się w klasz­to­rze sióstr hie­ro­ni­mek.

- Opo­wiesz mi, jak było na reha­bi­li­ta­cji? - zapy­tała, popra­wia­jąc włosy, które tym razem posta­no­wiła roz­pu­ścić.

- Dobrze.

- A coś wię­cej?

- Lepiej niż we wto­rek.

- Czyli jest pro­gres...

- No jest. Jest też już pra­wie dzie­wiąta, a wiesz, że nie lubię się spóź­niać...

- Jestem nie­mal gotowa. Możesz się ubie­rać.

W lustrze dostrze­gła, jak Igor mocuje się z wło­że­niem butów. To, że jesz­cze nie był w sta­nie sam cho­dzić, to jedno, ale jego ciało było naszpi­ko­wane taką ilo­ścią wsze­la­kich ciał obcych, że nawet naj­drob­niej­szy ruch, pochy­le­nie się czy wycią­gnię­cie ręki dalej niż zwy­kle spra­wiały mu ból. Z początku pró­bo­wała mu poma­gać, ale nie pozwa­lał jej na to. Sta­wał się wtedy ner­wowy, mru­kliwy, cza­sem zamy­kał się w sobie, ale nawet jeśli czyn­ność, która dzięki jej pomocy mogła zająć kilka sekund, jemu zaj­mo­wała pół godziny, koniec koń­ców zawsze osią­gał to, czego chciał. Za to go uwiel­biała. Za ten jego nie­złomny cha­rak­ter, za to, że był taki uparty, zawzięty, nie­zmor­do­wany w wyzna­cza­niu sobie kolej­nych celów. Nawet jeśli cza­sami dosta­wała ryko­sze­tem, to w ogóle nie brała tego do sie­bie.

- Wło­ży­łeś koszulę. Pro­szę, pro­szę...

Zbli­żyła się do niego i prze­su­nęła dło­nią po jego klatce pier­sio­wej.

- Powie­dzia­łaś, że chcesz poczuć się jak czło­wiek, więc...

- I jesz­cze pach­niesz per­fu­mami. Naprawdę zro­bi­łeś to dla mnie? - Sta­nęła za nim.

- Mogę się prze­brać w koszulkę.

- No nie bądź taki, Igor - kokie­to­wała. - Powiedz, że zro­bi­łeś to dla mnie. Tak po pro­stu.

- Chyba jed­nak lepiej czuję się w T-shir­cie.

- Jeśli powiesz, to przed snem posta­ram ci się to wyna­gro­dzić...

Nachy­liła się nad nim i zsu­nęła dłoń w oko­lice jego kro­cza. Pamię­tała jego obawy z tym zwią­zane. Na szczę­ście się nie spraw­dziły. Jego sprzęt od jakie­goś czasu dzia­łał bez zarzutu. Teraz też zare­ago­wał. Wsa­dziła mu język do ucha.

- Wło­ży­łem koszulę dla cie­bie - mruk­nął. - Może być?

- A per­fumy?

Brudny prze­wró­cił oczami, wes­tchnął, gdy chwy­ciła ustami jego mał­żo­winę.

- Zro­bi­łem to dla cie­bie, Julka - powtó­rzył. - Ale jeśli zaraz nie wyj­dziemy, to się spóź­nimy i...

- Grzeczny chłop­czyk - prze­rwała mu. - Należy się nagroda, ale...

- Julka...

- Dopiero po kola­cji u Romka. - Puściła go i się­gnęła po leżącą na komo­dzie torebkę. - Gotowy?

Brudny nie odpo­wie­dział, tylko pod­je­chał do drzwi i naci­snął klamkę. Gdy zamy­kała je na klucz, zer­k­nęła przez ramię. Igor już podą­żał w kie­runku windy. Pomy­ślała, że bar­dzo go kocha.

ROZ­DZIAŁ 4

W pomiesz­cze­niu pano­wał pół­mrok roz­świe­tlany przez blade świa­tło z włą­czo­nego tele­wi­zora. Aku­rat leciał jakiś pro­gram publi­cy­styczny, w któ­rym czte­rech poli­ty­ków obrzu­cało się wza­jem­nie bło­tem z taką zacie­kło­ścią, że pro­wa­dząca dzien­ni­karka z tru­dem pano­wała nad utrzy­ma­niem porządku dys­ku­sji. Na dwo­rze było już ciemno, pano­wała nie­zmą­cona cisza, tylko cza­sem zawył pies sąsiada.

Męż­czy­zna poru­szył się w fotelu i nad­miar popiołu z trzy­ma­nego mię­dzy pal­cami papie­rosa spadł na pod­łogę. Nie zwró­cił na to uwagi. W domu i tak był syf. Się­gnął po szklankę z wódką i wychy­lił ją do dna. Skrzy­wił się i wytarł usta wierz­chem dłoni, po czym się­gnął po butelkę i dolał kolejną por­cję.

Sytu­acja nie wyglą­dała dobrze. Tak naprawdę wyglą­dała bar­dzo, bar­dzo źle. Świa­do­mość, że może być tylko gorzej, nie popra­wiała jego samo­po­czu­cia. Fru­stro­wała go. Dla­czego to musiało spo­tkać aku­rat jego?

Wró­cił pamię­cią do wyda­rzeń sprzed lat. Pamię­tał tylko huk, trzask wgnia­ta­nej bla­chy, brzęk tłu­czo­nego szkła. I krew. Dużo krwi. Potem syk pło­mieni, świ­dru­jący dźwięk piły tar­czo­wej roz­ci­na­ją­cej metal.

Skrzy­pie­nie zardze­wia­łego mecha­ni­zmu wózka.

- Kiedy przy­wie­ziesz mi kolejną?

W mroku roz­legł się głos. Był zachryp­nięty, prze­pity, pełen pogardy, wredny. Męż­czy­zna zer­k­nął w tam­tym kie­runku. Zaci­snął ner­wowo zęby. Ten kosz­mar nie chciał odejść. Przy­kleił się do niego jak pijawka, która codzien­nie wysy­sała z niego chęć do życia.

- Odejdź - roz­ka­zał.

Deski zatrzesz­czały, nie­na­oli­wiony mecha­nizm zaskrzy­piał zło­śli­wie. Dostrzegł wyła­nia­jący się w mroku kon­tur postaci. Gnę­biła go od lat, z pełną pre­me­dy­ta­cją, wyko­rzy­stu­jąc jego poczu­cie winy. Cza­sem myślał, że jest tylko duchem, wytwo­rem wyobraźni, sen­nym kosz­ma­rem, który powraca, aby pastwić się nad nim za to, co uczy­nił. A może tak wła­śnie było? Może nie była realna? Może była tylko ima­gi­na­cją jego udrę­czo­nego umy­słu?

- Mówi­łeś, że przy­wie­ziesz - wychry­piała postać w mroku.

- Odejdź - powtó­rzył, nie miał sił, aby dziś się z nią uże­rać.

- Kiedy przy­wie­ziesz?

Męż­czy­zna wypił wódkę i odsta­wił pustą szklankę na zapać­kany blat. Przez chwilę sie­dział, czu­jąc, jak cie­pło roz­cho­dzi się po ciele. Zacią­gnął się papie­ro­sem.

- Nie wiem - wyce­dził przez zęby.

- Czuję popęd. - Głos dalej chry­piał z mroku. - Musisz mi jakąś przy­pro­wa­dzić. Musisz, bo...

- Bo co? - wark­nął.

- Bo to twoja wina...

Mecha­nizm wózka zaskrzy­piał i postać wyco­fała się w mrok. Męż­czy­zna w fotelu zaczął liczyć do dzie­się­ciu, w końcu się­gnął po pustą już flaszkę wódki i zamach­nął się z całej siły. Butelka z hukiem roz­trza­skała się o ścianę i zasy­pała pod­łogę dro­bin­kami szkła.

Z podwó­rza znów dobiegł sko­wyt psa. Pomy­ślał, że ten kosz­mar ni­gdy się nie skoń­czy.

ROZ­DZIAŁ 5

Romu­ald Czar­necki nało­żył sobie na talerz kolejną nadzie­waną papryczkę. Uniósł kie­li­szek wódki.

- Za jak naj­szyb­szy powrót do zdro­wia - wzniósł toast. Wszy­scy wychy­lili, pani domu popiła sokiem z brzo­skwini.

- No mówi, że jest ten pro­gres, ale... - Brudny cmok­nął.

- Jeśli tak mówi spe­cja­li­sta, to tylko tego się trzy­mać - dokoń­czył za niego inspek­tor. - Od początku ci powta­rza­łem, że na świe­cie pozo­stało jesz­cze wielu zbi­rów do zła­pa­nia. Dzi­siej­sze zna­le­zi­sko tylko potwier­dza tę tezę.

Czar­necki upił her­baty i nadział na widel­czyk kor­ni­szona. Schru­pał go, wymow­nie zer­ka­jąc na Zawadzką, która prze­żu­wała farsz z papryczki.

- Wywo­łu­jesz mnie do tablicy? - upew­niła się.

- Pro­szę, nie - zapro­te­sto­wała Jadwiga Czar­necka. - Nie roz­ma­wiajmy o pracy. Przez trzy­dzie­ści lat nasłu­cha­łam się o tych wszyst­kich psy­cho­pa­tach, także przy jedze­niu. O tru­pach poga­da­cie sobie, gdy zjemy, dobrze?

- Wybacz, kocha­nie. Masz rację. - Czar­necki się­gnął po butelkę wódki i nalał do kie­lisz­ków. - W takim razie może powiedz, Igor, jakie masz teraz plany? Do War­szawy nie zamier­za­cie wra­cać, mam rację?

- Na razie nie - odparł komi­sarz i się­gnął po czarną oliwkę.

- Igor pla­nuje zostać pry­wat­nym detek­ty­wem. Gdy tylko sta­nie na nogi...

- Julka... - Brudny prze­wró­cił oczami.

- Co, Julka? - obru­szyła się. - Prze­cież to żadna tajem­nica. Roz­ma­wia­li­śmy o tym i uwa­żam, że to zna­ko­mity pomysł.

Brudny wes­tchnął. Nie zno­sił, gdy ktoś wypo­wia­dał się w jego imie­niu. Nie mógł jed­nak nie zgo­dzić się z Julką, bo taki pomysł rze­czy­wi­ście zaświ­tał mu w gło­wie jakiś czas temu, mniej wię­cej w momen­cie, gdy posta­no­wił wziąć się w garść. Teo­re­tycz­nie po przej­ściu reha­bi­li­ta­cji, a następ­nie zda­niu egza­mi­nów spraw­no­ścio­wych i psy­cho­lo­gicz­nych mógłby wró­cić do poli­cji, ale po tym, co wyda­rzyło się w War­sza­wie, trudno mu było sobie wyobra­zić, żeby jesz­cze kie­dy­kol­wiek kto­kol­wiek wyda­wał mu roz­kazy. Długo nad tym myślał. Pró­bo­wał ana­li­zo­wać, czy Beryl mógłby dać się sko­rum­po­wać, czy może sytu­acja miała się zgoła ina­czej i został zaszan­ta­żo­wany. Tam­ten facet w komi­niarce, z któ­rym miał nie­przy­jem­ność spo­tkać się oko w oko, dys­po­no­wał zapewne sze­ro­kim spec­trum moż­li­wo­ści, żeby wywrzeć wpływ na jego prze­ło­żo­nego. Mógł dać mu w łapę, ale prze­cież rów­nie dobrze mógł zagro­zić, że zabije jego dzieci. Nie chciał osą­dzać naczel­nika, co jed­nak nie zmie­niało faktu, że nie wyobra­żał sobie dal­szej współ­pracy. Na razie wciąż dosta­wał sto pro­cent pen­sji i taki stan powi­nien jesz­cze tro­chę trwać, bez pro­blemu mógłby też posta­rać się o rentę albo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie przejść na wcze­śniej­szą eme­ry­turę, bo swoje pięt­na­ście lat służby zdą­żył wyro­bić jesz­cze przed wej­ściem ustawy prze­dłu­ża­ją­cej konieczny czas wysługi do lat dwu­dzie­stu pię­ciu. Do tego doszło jesz­cze kilka innych kwe­stii, na które nie miał wpływu. Cztery mie­siące w śpiączce to długi okres, w któ­rym można wyle­czyć opa­rze­nia, popro­sić o prze­nie­sie­nie do Zie­lo­nej Góry, sprze­dać miesz­ka­nie w War­sza­wie i kupić mały dom na obrze­żach mniej­szego mia­sta. Tak wła­śnie postą­piła Julka i wie­dział, że zro­biła to z miło­ści.

Brudny prze­łknął por­cję sałatki warzyw­nej i popił kawą.

- Coś muszę robić, żeby nie zdzia­dzieć - oznaj­mił, odsta­wia­jąc fili­żankę.

- Pijesz do mnie, przy­ja­cielu? - Czar­necki uniósł brwi. - Ow­szem, przy­tyło mi się kilka kilo­gra­mów, ale...

- Daj spo­kój, Romek - prze­rwał. - Wiesz, że nie to mia­łem na myśli. Po pro­stu pomy­śla­łem, że może da się z tego jakoś wyżyć. Nie chcę już słu­chać roz­ka­zów. Mam dość.

- Naczel­nicy i komen­danci mogą otwie­rać szam­pany - wtrą­ciła Julka, sztur­cha­jąc go lekko łok­ciem.

- Pew­nie tak...

Przez kolejne kil­ka­na­ście minut deba­to­wali nad wadami i zale­tami pro­fe­sji pry­wat­nego detek­tywa, poten­cjal­nymi korzy­ściami finan­so­wymi, ewen­tu­al­nymi spra­wami, jakie mogą się przy­tra­fić w takim mie­ście jak Zie­lona Góra. Zgo­dzili się, że w przy­padku Brud­nego pomysł może oka­zać się strza­łem w dzie­siątkę, bo od jakie­goś czasu komi­sarz nie był już zupeł­nie ano­ni­mową osobą, miał renomę i gdyby tylko zde­cy­do­wał się zało­żyć dzia­łal­ność, na brak klien­tów zapewne by nie narze­kał. Gdy zje­dli, Zawadzka pomo­gła posprzą­tać ze stołu, a męż­czyźni wyszli na bal­kon. Czar­necki pomógł Brud­nemu pod­nieść się z wózka i prze­kro­czyć próg, a następ­nie usiąść na pla­sti­ko­wym krze­śle.

Sierp­niowy wie­czór był cie­pły i spo­kojny. W powie­trzu uno­sił się przy­jemny kwia­towy zapach, a w tle grały świersz­cze. Tylko w nie­licz­nych oknach blo­ków naprze­ciwko można było dostrzec zapa­lone świa­tła. Więk­szość miesz­kań­ców osie­dla albo już spała, albo powoli szy­ko­wała się do snu. Brudny spoj­rzał na zega­rek. Docho­dziła pół­noc. Poru­szył się w krze­sełku i poczuł, że koszula klei mu się do ple­ców. Spoj­rzał na Czar­nec­kiego, który stał oparty o poręcz bal­konu i patrzył w sobie tylko znany punkt gdzieś w oddali. Wie­dział, o czym myśli. Był sta­rym psem. Naj­lep­szym.

Brudny się­gnął do kie­szeni po paczkę papie­ro­sów. Wtedy dołą­czyła do nich Julka. Oparła się poślad­kami o para­pet. Poczę­sto­wał ją i zapa­lili.

- Na dniach Magiera zapewne powoła grupę docho­dze­niowo-śled­czą - oznaj­miła, bez uda­wa­nia, że wyszli na bal­kon w innym celu niż poroz­ma­wia­nie na wia­domy temat. - Praw­do­po­dob­nie będą chcieli, abym dołą­czyła, i pomy­śla­łam, że zapy­tam cię o kilka rze­czy.

Czar­necki zdjął oku­lary i prze­tarł je chu­s­teczką.

- W związku z tą dzi­siej­szą ofiarą? - zapy­tał, z powro­tem zakła­da­jąc je na nos. Zawadzka przy­tak­nęła. - Karol two­rzy grupę, bo łączy ją ze śledz­twem, któ­rym się zaj­mu­jesz, czy tak?

- Zga­dza się, choć... - Zawadzka zawie­siła głos - ...to nie jedyny powód.

- Domy­ślam się, że to coś poważ­nego, bo Karol jest bar­dzo ostrożny w fero­wa­niu wyro­ków.

- Ofiara była pozba­wiona krwi.

Brudny rzu­cił im cie­kaw­skie spoj­rze­nie. Julka powie­działa to bez emo­cji, wręcz oschle. Wcze­śniej wspo­mniała mu o tym w dro­dze do Czar­nec­kich, ale nie mieli czasu roz­wi­nąć tematu. Wymie­nili tylko kilka uwag, poza tym to wciąż była tylko hipo­teza, którą medyczka sądowa posta­wiła na pod­sta­wie oglę­dzin zwłok w miej­scu ich porzu­ce­nia. Oczy­wi­ście miała ona solidne pod­stawy, ale żeby jed­no­znacz­nie potwier­dzić przy­pusz­cze­nie, naj­pierw nale­żało zro­bić sek­cję. Czar­necki naj­wy­raź­niej był tego samego zda­nia.

- Kto to stwier­dził? - zapy­tał.

- Kobieta nazywa się Mag­da­lena Obojko. Czter­dzie­ści pięć lat. Dwa­dzie­ścia doświad­cze­nia w zawo­dzie. Nie­dawno prze­pro­wa­dziła się do Zie­lo­nej Góry z Mazur.

- Dok­tor Wołoś sobie nie radziła?

Joanna Wołoś zajęła miej­sce nie­od­ża­ło­wa­nego Roberta Krzy­wic­kiego, ale wedle wszyst­kich zna­ków na nie­bie i ziemi nie był to naj­lep­szy wybór, zwłasz­cza że skom­pli­ko­wana sytu­acja oso­bi­sta ogra­ni­czała jej dys­po­zy­cyj­ność, a to było wyma­gane w tej pracy. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wała się odejść, a na jej miej­sce zro­biono kon­kurs, który wygrała Obojko.

- Nie pytaj, Romek. Wiem tyle co ty - odparła Zawadzka. - Ale muszę przy­znać, że na pierw­szy rzut oka ta cała Obojko wygląda na babkę, która zna się na rze­czy. Po obej­rze­niu ciała wska­zała kilka wyraź­nych ran, przez które krew, jak to ujęła, miała zostać upusz­czona albo wręcz ode­ssana.

- To wyja­śnia decy­zję Magiery... - Czar­necki chwy­cił konewkę i w mil­cze­niu pod­lał wiszące na balu­stra­dzie kwiaty. Woda szybko wsią­kła w suchą zie­mię. - Ofiara została ziden­ty­fi­ko­wana? - zapy­tał.

- Jesz­cze nie. Ale jest młoda. Może nawet nie­peł­no­let­nia.

- A tamta dziew­czyna? Pamię­tasz, ile miała lat?

- Iwanka? Dokład­nie nie wia­domo, ale pato­mor­fo­log oce­niła wiek ofiary na jakieś dwa­dzie­ścia.

- Czyli nie­wiele wię­cej...

- No...

Brudny przy­słu­chi­wał się wymia­nie zdań, paląc papie­rosa. Czuł się nie­swojo. Do tej pory w takich dys­ku­sjach zwy­kle miał coś do powie­dze­nia. Teraz odno­sił wra­że­nie, że wypadł z gry i jest kom­plet­nie bez­u­ży­teczny.

- A ty co o tym sądzisz, Julio? - Czar­necki przy­su­nął Zawadz­kiej szklaną pod­stawkę, która chwi­lowo miała posłu­żyć za popiel­niczkę. Poli­cjantka przy­gry­zła dolną wargę, cmok­nęła, zmru­żyła oczy.

- Obra­że­nia nie przy­po­mi­nają tych, które widzia­łam na zdję­ciach zamor­do­wa­nej Iwanki - rze­kła po chwili zasta­no­wie­nia. - Tamta Bia­ło­ru­sinka była pocięta i wie­lo­krot­nie zgwał­cona, ale nikt nie spu­ścił jej krwi. Nie­stety, z powodu daleko posu­nię­tego roz­kładu ciała nie udało się jed­no­znacz­nie usta­lić przy­czyny śmierci. Za naj­bar­dziej praw­do­po­dobną zostało uznane udu­sze­nie.

- Czyli nie łączy­ła­byś obu tych mor­derstw?

Zawadzka prych­nęła, a potem zacią­gnęła się i zga­siła papie­rosa.

- Nie wiem, Romek. Naprawdę nie wiem. Jak myślę o tym, że może tu gra­so­wać kolejny psy­chol, to... - Pokrę­ciła głową. - Kolejny seryj­niak w tym mie­ście to byłaby już lekka prze­sada. Jak tak dalej pój­dzie, to nie­długo zaczną przy­jeż­dżać tu wycieczki Japoń­czy­ków z tymi wiel­ga­śnymi apa­ra­tami, a FBI przy­śle na stałe swo­ich psy­chologów, żeby w ciemno cho­dzili po domach i szu­kali wśród miesz­kań­ców poten­cjal­nych świ­rów. Naprawdę uwa­żasz, że coś takiego jest moż­liwe?

Czar­necki uniósł brwi i otwo­rzył usta, ale zaraz je zamknął. Popra­wił oku­lary i się zasę­pił. Brudny wciąż palił, wpa­tru­jąc się nie­obec­nym wzro­kiem w jakiś punkt na nie­od­le­głym, pustym już o tej porze placu zabaw. Widząc, że pra­wie spala filtr, Zawadzka ze zgrzy­tem prze­su­nęła po para­pe­cie szklaną pod­stawkę. Jej part­ner uniósł wzrok w nie­mym podzię­ko­wa­niu.

- Jeśli ktoś spusz­cza krew z nasto­latki, a potem zako­puje ją w lesie, to na tym nie poprze­sta­nie - rzekł, zgnia­ta­jąc peta. - Ja zaczął­bym od zada­nia sobie pyta­nia, po jaką cho­lerę mu ta krew.

Czar­necki nic nie odpo­wie­dział, tylko poki­wał głową. Trudno mu było spe­ku­lo­wać, nie mając żad­nej popar­tej empi­rycz­nie wie­dzy na temat tego, co odkryto w lesie. Słowa Zawadz­kiej brzmiały jed­nak bar­dzo nie­po­ko­jąco, a Brudny jak zwy­kle tra­fił w punkt. Ktoś, kto zadaje sobie tyle trudu, aby pozba­wić ofiarę krwi, robi to z jakie­goś kon­kret­nego powodu. Poczuł przy­jemne łasko­ta­nie na karku. Pomy­ślał, że...

Nie! Skar­cił się w myślach. To już prze­szłość. Teraz jest na zasłu­żo­nej eme­ry­tu­rze. Czyta książki, gra w sza­chy i roz­wią­zuje krzy­żówki. Łapa­nie psy­cho­pa­tów to już nie jego działka.

- Igor ma rację - rzekł ze sto­ic­kim spo­ko­jem. - Ale obie­ca­łem żonie, że nie będę się wię­cej anga­żo­wał. Wystar­cza­jąco długo żyła z cie­niem.

- Rozu­miem, Romek. - Zawadzka upiła łyk her­baty. - Nie ocze­kuję tego typu pomocy. Wystar­czy, że powiesz mi coś o tym Magie­rze. Znasz go, prawda?

- Tro­chę. Pra­co­wa­łem z nim przed laty w Gorzo­wie, ale dość krótko. Roz­wią­za­li­śmy wspól­nie kilka spraw. Na pewno zabój­stwa, chyba dwa w afek­cie, jedno z zemsty. To nie były trudne śledz­twa. Szybko namie­rzy­li­śmy podej­rza­nych, dowody były mocne, Karo­lowi pozo­stało tylko wsa­dzić ich za kratki. Potem ja tra­fi­łem tutaj, a on kil­ka­na­ście lat spę­dził we Wro­cła­wiu. Do Zie­lo­nej Góry przy­je­chał nie­dawno, jak zresztą pew­nie dobrze wiesz, w ramach uzu­peł­nie­nia kadry pro­ku­ra­tor­skiej po...

Nie dokoń­czył, ale nie musiał. W ostat­nim cza­sie pro­ku­ra­to­rzy koń­czyli w tym mie­ście mar­nie. I nawet jeśli w więk­szo­ści nie nale­żeli do naj­bar­dziej kry­sta­licz­nych repre­zen­tan­tów tej pro­fe­sji, to trzy­mał się zasady, że o zmar­łych, zwłasz­cza zaś byłych współ­pra­cow­ni­kach, nie mówił źle. A naj­le­piej w ogóle.

- Co o nim sądzisz? Jako o czło­wieku? - cią­gnęła Zawadzka.

- To facho­wiec, ale ma dość spe­cy­ficzny klucz w dobie­ra­niu sobie ludzi. Powiedzmy, że w tej kwe­stii raczej się nie doga­dy­wa­li­śmy.

- A kon­kret­nie?

- Jest cho­ro­bli­wie ambitny i lubi poklask. I nie cierpi jakiej­kol­wiek samo­wolki. Dobiera sobie ludzi nie­ko­niecz­nie naj­lep­szych, ale za to wier­nych. Poza tym jeśli cho­dzi o poglądy, to sym­pa­ty­zuje z obecną wła­dzą, a wiemy, co to ozna­cza. I choć aku­rat w tego typu śledz­twach to nic złego, lepiej mieć to na uwa­dze.

Zawadzka poki­wała głową ze zro­zu­mie­niem. Pomy­ślała, że inspek­tor nawet nie wie, że tra­fił w samo sedno. Do tej pory ani ona, ani tym bar­dziej Igor nie wyja­wili mu prawdy o tym, co dokład­nie wyda­rzyło się w War­sza­wie. Tę tajem­nicę mieli zamiar zabrać ze sobą do grobu.

- Dzięki, Romek - powie­działa po dłuż­szej chwili mil­cze­nia.

- Nie ma za co. I żebyś mnie źle nie zro­zu­miała, Julio. Po pro­stu rób swoje, a wszystko będzie dobrze.

- Tego będę się trzy­mać. A teraz chyba czas na nas.

Czar­necki nie opo­no­wał. Brudny przy­tak­nął. Stało się jasne, że spo­tka­nie dobie­gło końca.

ROZ­DZIAŁ 6

Obu­dziły go gita­rowe riffy. Ten utwór znał chyba każdy facet na świe­cie. Zawadzka otwo­rzyła oczy, ale nie wyłą­czyła budzika.

Risin' up, back on the street

Did my time, took my chan­ces

Went the distance, now I'm back on my feet

Just a man and his will to survive

So many times, it hap­pens too fast

You change your pas­sion for glory

Don't lose your grip on the dre­ams of the past

You must fight just to keep them alive

Zrzu­ciła z sie­bie koł­drę i wyszła z łóżka. Miała na sobie tylko majtki. Potruch­tała na pal­cach do łazienki. Powiódł za nią wzro­kiem, aż znik­nęła za drzwiami.

It's the eye of the tiger, it's the thrill of the fight

Risin' up to the chal­lenge of our rival

And the last known survi­vor stalks his prey in the night

And he's wat­chin' us all with the eye of the tiger

Face to face, out in the heat

Han­gin' tough, stayin' hun­gry

They stack the odds 'till we take to the street

For we kill with the skill to survive

W końcu Brudny się­gnął po tele­fon i wyłą­czył budzik. Pomysł Julki, aby ścieżkę dźwię­kową z Rocky'ego wkle­pać w każde moż­liwe urzą­dze­nie, spra­wił, że słynny utwór Survi­vora ostat­nio zaczy­nał dzia­łać mu na nerwy. Nastała cisza. Prze­tarł kąciki oczu. Usły­szał, jak Julka spusz­cza wodę w toa­le­cie, a potem zaczyna szo­ro­wać zęby. Zaraz umyje włosy, wysu­szy je, wstawi wodę na kawę, następ­nie wróci do pokoju, włoży dżinsy, koszulkę i pój­dzie przy­go­to­wać dla nich śnia­da­nie. Raczej nie zje­dzą go wspól­nie, bo jemu wszyst­kie te czyn­no­ści zajmą przy­naj­mniej godzinę. I to bez mycia wło­sów.

Okrop­nie go to fru­stro­wało. Wierna przy­ja­ciółka, która po latach wza­jem­nych pod­cho­dów w końcu stała się jego życiową part­nerką, teraz mu dodat­kowo mat­ko­wała. Nie dość, że pra­co­wała, to zwy­kle szy­ko­wała jedze­nie, sprzą­tała chatę, wczo­raj przed snem zro­biła mu nawet obie­caną laskę. Dom, w któ­rym miesz­kali, też nale­żał do niej. Pomy­ślał, że przy­naj­mniej nie jest dar­mo­zja­dem. Pie­nią­dze z cho­ro­bo­wego regu­lar­nie wpły­wały na konto, a cał­kiem nie­dawno wywal­czył okrą­głą sumkę z ubez­pie­czalni. Aku­rat na roz­krę­ce­nie małego biz­nesu.

Usły­szał szum suszarki. Pomy­ślał, że może tym razem to on wstawi kawę. Zwlókł się z łóżka. Ode­zwały się pra­wie każdy mię­sień, każda kość i ścię­gno. Ner­wo­bóle wciąż nie usta­wały i choć sta­rał się ogra­ni­czać przyj­mo­wa­nie środ­ków mają­cych je poskro­mić, to z samego rana zwy­kle łykał przy­naj­mniej dwa keto­nale. Popił je wodą z butelki i zsu­nął nogi na pod­łogę. Oparł­szy się o szafkę, pod­niósł się do pozy­cji pio­no­wej. Wciąż nie mógł pozbyć się wra­że­nia, jakby sta­wał nad prze­pa­ścią. Zaczy­nało mu się krę­cić w gło­wie, poja­wiały się mroczki. Chwy­cił sto­jący przy szafce noc­nej bal­ko­nik. Zaci­snął palce na uchwy­tach. Poczuł się pew­niej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki