PROLOG
- Tnij ją!
Dziewczyna krzyknęła, a krew trysnęła, plamiąc wszystko wokół. Pełen
niewyobrażalnego bólu jęk poniósł się echem w korytarzach starych
katakumb, po czym jak każdy poprzedni uwiązł w zimnych murach ponurych
piwnic.
Kobieta w habicie odłożyła nożyce na blaszany stolik. Chwyciła biały
ręcznik i wytarła przedramiona i twarz. Krew wsiąkła w materiał,
zabarwiając go na brunatny w tym świetle kolor.
- Na Boga, zrób coś, bo jeszcze ją usłyszą! - syknęła, jej twarz
wykrzywiła się w skrajnej pogardzie.
- Udusi się - odparł mężczyzna w sutannie.
- Jeśli Bóg tak chce...
- Nie bluźnij. Bóg nigdy nie chciałby jej śmierci. Ani żadnego
człowieka...
- Po prostu zrób coś. Ta grzesznica zaraz się nam tu wykrwawi!
Mężczyzna rzucił rozmówczyni wymowne spojrzenie i sięgnął po leżącą na
stoliku szmatę. Poprawił zaparowane okulary, po czym wepchnął gałgan do
ust dziewczyny leżącej na szpitalnym łóżku. Była unieruchomiona pasami,
ale nawet nie zareagowała. Nie miała siły walczyć. Była zupełnie
wyczerpana. Sięgnął po kolejny łachman, odgarnął z twarzy posklejane
strąki i wytarł jej spocone czoło.
- Jesteś już blisko - rzekł ojcowskim tonem. - Bóg jest z tobą, córko.
Bóg jest z nami...
Niewielką piwnicę wypełniały tańczące światła świec. Ich blask rzucał na
surowe, ceglane mury pokraczne cienie, które malowały się na ścianach
niczym bohomazy szalonego dekadenckiego artysty. Pomimo naturalnego
chłodu atmosferę rozgrzewały emocje. Powietrze było gęste, lepkie,
niemal galaretowate.
Mężczyzna w okularach rozpiął guziki i ściągnął sutannę. Spojrzał na
kobietę w habicie i podwinął rękawy koszuli.
Kolejny skurcz.
- Przyj! - rozkazał.
Twarz dziewczyny wykrzywiła się w bolesnym grymasie. Na skroniach i szyi
wybrzuszyły się niebieskie żyły. Przez moment wyglądały, jakby zaraz
miały eksplodować, mimo to cienka, biała jak pergamin skóra w sobie
tylko znany sposób zdołała utrzymać je w ryzach. Ponurą piwnicę znów
wypełnił przeciągły, zdławiony krzyk.
- Wychodzi - syknęła kobieta w habicie.
- Nie przestawaj przeć. Jeszcze tylko chwila. Już go widzę - zachęcał
mężczyzna.
Unieruchomiona dziewczyna oddychała z coraz większym trudem. Jej
przekrwione oczy i potargane włosy upodobniły ją do opętanej przez
demona. Błagalnie spojrzała na mężczyznę w okularach, który zrozumiał
jej intencje. Wyciągnął dziewczynie szmatę z ust. Niemal natychmiast z nosa i ust trysnął pęcherzykowaty śluz, mocząc podwiniętą pod nabrzmiałe
piersi koszulę nocną. Odetchnęła głęboko. Kilkakrotnie. Z kącików oczu
popłynęły łzy. Wtedy przyszedł kolejny skurcz.
- Teraz! Przyj! Przyj jak najmocniej!
Ponure korytarze po raz ostatni rozdarł potworny krzyk cierpiącej.
Chwilę później młoda kobieta dała nowe życie.
ROZDZIAŁ 1
Księżyc był w pełni.
Siostra Teresa czuła, że grabieją jej palce. Żałowała, że przed wyjazdem
do chorego brata nie sprawdziła prognozy pogody. Gdy krótko po południu
wsiadała na rower i opuszczała teren kościoła, temperatura oscylowała w granicach dziesięciu stopni Celsjusza, a silne promienie słoneczne tylko
potęgowały uczucie ciepła. Droga do nieodległej Raculi minęła więc
szybko, czas przy pysznym cieście i aromatycznej kawie u Macieja jeszcze
prędzej. Rozmawiali o tym co zwykle: sprawach przyziemnych, zdrowiu,
przemijaniu. Maciej, choć nigdy nie należał do ludzi przesadnie
bogobojnych, coraz częściej wspominał o Bogu. Siostrę Teresę bardzo to
smuciło, bo wiedziała, że trawiąca go choroba prawie nigdy nie
odpuszcza, a brat od zawsze był jej najbliższym członkiem rodziny. Co
wieczór modliła się do Pana o jego zdrowie, ale z każdym kolejnym
tygodniem coraz mniej wierzyła w cud.
Czas u Macieja minął jak z bicza strzelił i gdy wybiła dziewiąta,
siostra Teresa musiała wracać do parafii. Dziś nie miała żadnych
dodatkowych obowiązków, ale ponieważ od dziesiątej w domu zakonnym
panowała cisza nocna, utarło się, że później niż o dziewiątej
trzydzieści siostry, poza wyjątkowymi przypadkami, nie wracały. Dlatego
siostra Teresa pożegnała się z Maciejem, włożyła ciepłą kurtkę i wyszła
na ganek. Zorientowała się, że temperatura powietrza znacznie spadła,
ale rozgrzana ciepłą herbatą z miodem z początku nie odczuła tej zmiany
tak mocno. Dopiero gdy wyjechała na ścieżkę rowerową i poczuła na
odsłoniętych policzkach mroźne podmuchy, zdała sobie sprawę, że tym
razem chyba przeholowała.
Siostra Teresa miała sześćdziesiąt jeden lat i, jak na swój wiek,
znakomitą kondycję oraz końskie zdrowie. Była też kobietą roztropną i odpowiedzialną, zdawała więc sobie sprawę (a choroba brata tylko
utwierdziła ją w tym przekonaniu), że nic nie trwa wiecznie i prędzej
czy później będzie musiała bardziej o siebie zadbać. W żadnym razie z próżności, wszak grzechem wobec Pana byłoby nie troszczyć się o własne
zdrowie, dlatego gdy tylko zauważyła, że niespodziewanie nabrała
pełniejszych kształtów, postanowiła, że będzie korzystać z roweru
częściej niż zwykle. Cotygodniowe wycieczki do Macieja stały się więc
swoistym rytuałem, który bardzo lubiła i z którego nie musiała się
spowiadać, nawet jeśli - w jej mniemaniu - pojadła słodkości w nieprzyzwoitych ilościach.
Teraz jednak była na siebie zła, bo czuła, że zachowała się
nieodpowiedzialnie, a każdy kolejny mroźny podmuch dobitnie jej o tym
przypominał. Pal licho, że warunki pogodowe mogły utrudnić jej powrót do
domu. To potraktowałaby jeszcze jako karę i pokutę zarazem. Gorzej,
gdyby przez swoją lekkomyślność przeziębiła się albo - co gorsza -
poważnie rozchorowała. Nie dość, że mogłaby zarazić pozostałe siostry,
to jeszcze najpewniej zostałaby zmuszona do czasowego zrezygnowania z posługi. A przecież święta Bożego Narodzenia zbliżały się wielkimi
krokami, w związku z czym obowiązków nie brakowało.
Pedałowanie przychodziło siostrze Teresie z coraz większym trudem.
Właśnie opuściła Raculę i czekał ją najtrudniejszy odcinek trasy wzdłuż
ruchliwej ulicy Wrocławskiej, gdzie akurat urywała się ścieżka rowerowa.
Śliskie i nierówne pobocze pełne zamarzniętych kałuż nie ułatwiało
zadania, a wzmagający się wiatr dodatkowo przywiał ciężkie chmury, z których spadły pierwsze krople.
Siostra Teresa pomyślała, że naprawdę zachowała się nieodpowiedzialnie.
W pewnym momencie poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, i postanowiła, że najbardziej wymagający fragment drogi pokona pieszo. Gdy
w końcu wspięła się na wzniesienie na wysokości hotelu For Rest i z powrotem wsiadła na rower, wiatr niespodziewanie wzmógł się, zamieniając
niegroźny kapuśniak w deszcz zmrożonych igiełek.
- Za jakie grzechy, mój Boże, za jakie grzechy...? - zamruczała pod nosem
siostra Teresa i natychmiast skarciła się w myślach za przywoływanie
imienia Pana nadaremno.
Na szczęście na horyzoncie ukazało się rondo, przy którym znów zaczynała
się ścieżka rowerowa, dodatkowo dłuższy odcinek prowadził z górki. Fakt
ten przyjęła z nieskrywaną ulgą i zmieniwszy bieg przerzutką, lekko
przyspieszyła. Deszcz lodowych igieł zmienił się w zadymkę w momencie,
gdy skręciła w mniej uczęszczaną ulicę Pileckiego prowadzącą do osiedla
Słowackiego, nad którym górował cel jej podróży - kościół Parafii
Podwyższenia Krzyża Świętego.
Opanował ją mrok. Ze zdziwieniem przyjęła ten fakt, gdyż zwykle ta trasa
była dobrze oświetlona, ale jak na złość dzisiejszego wieczoru żadna z latarni nie działała. Czyżby awaria? Jak pech to pech. Nieszczęścia
chodzą parami, pomyślała.
Siostra Teresa kontynuowała podróż, choć postanowiła jechać ostrożnie i zbytnio się nie rozpędzała. Ulica Pileckiego wbijała się klinem w zalesioną część południowo-zachodnich obrzeży miasta. Stosunkowo nowa
trasa przebiegała pośrodku starego sosnowego lasu, w związku z czym
wobec awarii latarni i schowanego za chmurami księżyca zrobiło się
wyjątkowo ciemno. Sytuację ratowały reflektory sporadycznie
przejeżdżających samochodów i słabej jakości przednia lampka, której
wymianę siostra Teresa wiecznie odkładała. Teraz tego żałowała,
zwłaszcza że zadymka nie odpuszczała i widoczność jeszcze spadła.
Pomyślała, że miło byłoby zrobić sobie teraz gorącej herbaty z miodem i wskoczyć pod ciepły koc. Nieświadomie nieco przyspieszyła, choć wciąż
asekuracyjnie trzymała prawą dłoń zaciśniętą na hamulcu ręcznym.
Wiedziała, że jest ślisko i niebezpiecznie, a w jej wieku o połamanie
kości nietrudno.
Gdy tylko o tym pomyślała, z mroku wyłoniła się postać. Siostra Teresa
gwałtownie zahamowała, próbując ją ominąć, straciła panowanie nad
kierownicą i wjechała wprost w przeszkodę.
- Auuuu! - wrzasnął młody mężczyzna, który wyciągnąwszy dłonie przed
siebie, w ostatniej chwili zdołał zredukować impet uderzenia. Przednie
koło zahaczyło o jego lewe kolano, a kierownica wbiła się pod żebro.
Mimo to utrzymał się na nogach, w przeciwieństwie do siostry Teresy,
która straciła równowagę i padła na ziemię. - Czy pani jest normalna?
Kto uczył panią jeździć, do jasnej cholery? - ryknął zdenerwowany
nieznajomy.
- O Jezu, Jezu, Jezusieńku - jęczała siostra Teresa, próbując wydostać
się spod roweru.
Mężczyzna dostrzegł, że kobieta nosi habit. Pomógł jej wstać. Zrobił to
z niebywałą łatwością. Było mu wstyd, że zachował się wobec zakonnicy
tak ordynarnie.
- Ja przepraszam siostrę. Nie wiedziałem, że... - Mężczyzna zmienił ton.
- To ja bardzo pana przepraszam. Och... - jęknęła siostra Teresa,
chwytając się za łokieć.
- Pomogę siostrze - rzekł mężczyzna i chwycił zakonnicę pod ręce. - Czy
jest siostra cała?
- Chyba tak. Trochę boli, ale chyba nic nie złamałam...
- Pomóc siostrze? Zadzwonić po karetkę?
- Nie, nie. Dzięki Bogu, chyba nic mi nie jest. Zresztą nie śmiałabym
pana prosić. Przecież to ja spowodowałam ten wypadek. - Siostra Teresa
otrzepała rękaw ze zmrożonych płatków śniegu.
- Małą stłuczkę, powiedzmy... - Mężczyzna próbował nieco rozluźnić
atmosferę.
- A panu nic się nie stało?
- O mnie proszę się nie martwić. Kilka siniaków jeszcze nikogo nie
zabiło.
- To dobrze. To dobrze... - Siostra Teresa ponownie otrzepała kurtkę i poprawiła nieco przekrzywiony kornet. - Raz jeszcze bardzo pana
przepraszam.
- Naprawdę nie trzeba. Jest siostra pewna, że nie potrzebuje pomocy?
- Dziękuję. Jestem cała. Jak już Pan Bóg wystawia mnie na próbę, to
chyba muszę sama podjąć to wyzwanie. A swoją lekkomyślność pewnie
odchoruję w następnych dniach.
Mężczyzna podniósł jednoślad i poświeciwszy latarką z telefonu,
sprawdził, czy nie doszło do poważniejszych uszkodzeń.
- Rower też wygląda na cały - ocenił.
- Dziękuję i jeszcze raz bardzo pana przepraszam. Wstyd mi, że taka ze
mnie fajtłapa - odparła siostra Teresa.
- Nic się nie stało. Ale że siostra wybrała się na rower w taką pogodę...?
- Ech... stara a głupia. Szkoda gadać.
- Jeśli siostra pozwoli...
- Oczywiście, nie zatrzymuję pana. Jest pan młody, ma swoje sprawy. A ja
wystarczająco już nabroiłam.
- Proszę na siebie uważać, siostro.
- Pan również. Z Bogiem.
- Z Bogiem.
Siostra Teresa uśmiechnęła się i kurczowo trzymając kierownicę roweru,
odprowadziła wzrokiem mężczyznę, który potruchtał w mrok. Postanowiła,
że pomodli się dziś przed snem za tego młodego człowieka, aby Bóg mu
wynagrodził. Gdy tylko o tym pomyślała, usłyszała coś, co zmroziło ją do
szpiku kości.
Świst wirującego wiatru? Zniekształcony dźwięk odległego klaksonu? A może zmęczony umysł zaczynał płatać jej figle?
- Siostro! - usłyszała za plecami.
Odwróciła się. Mężczyzna był już kilkanaście metrów dalej.
- Niech siostra nie błąka się po lasach, bo podobno w okolicy grasują
wilki. Z Bogiem.
Nieznajomy uniósł rękę na znak pożegnania i rozpłynął się w mroku. Wtedy
siostra Teresa zrozumiała, że to wcale nie był ani świst wiatru, ani
klakson. Gdzieś, i to całkiem niedaleko, krążyła sfora. Przeciągły
skowyt poniósł się echem, sprawiając, że lodowaty dreszcz spłynął jej po
kręgosłupie.
Siostra Teresa wsiadła z powrotem na rower i zaczęła pedałować. Po kilku
minutach dotarła do miejsca, z którego na osiedle Słowackiego odbijała
wydeptana ścieżka. To właśnie tędy zawsze skracała sobie drogę, która
normalnie byłaby dobre dwa kilometry dłuższa. Przez moment zastanawiała
się, czy aby na pewno powinna opuścić szlak rowerowy. Chciała jak
najszybciej znaleźć się w ciepłym pokoju, a skrót przez zalesiony
odcinek nie był dłuższy niż dwieście metrów. Zresztą nawet stąd,
pomiędzy drzewami, z łatwością można było dostrzec światła domostw.
Uznała, że tylko traci czas i wyraźnie przesadza. Przecież wilki nie
zapuszczają się tak blisko ludzkich osiedli, zwłaszcza w mieście. I nawet jeśli w gazetach pisali, że kilkanaście sztuk dobrało się do
zwierzęcego inwentarza w okolicznych wioskach, to człowieka podobno
unikają jak ognia.
Siostra Teresa zsiadła z roweru i weszła do lasu. Ogarnął ją jeszcze
gęstszy mrok. Wiatr się uspokoił. Płatki śniegu przestały szaleńczo
wirować przed oczami, tylko wolno opadały na zmrożone runo i bezlistne
gałęzie. Zniknęły odgłosy ulicznego zgiełku. Nastała niemal głucha
cisza.
Wtedy przeszła jej przez głowę niechciana myśl. Że ta cisza ma w sobie
coś złowieszczego. Jakby właśnie wkroczyła do innego, pełnego cieni
świata. Nieprawego i plugawego. Świata, w którym osoby zajmujące się jej
profesją nie są mile widziane.
- Głupia jesteś - mruknęła pod nosem. - Stara a głupia - powtórzyła i mocniej chwyciwszy kierownicę, przyspieszyła kroku.
Trzask gałązki sprawił, że gwałtownie się odwróciła. Serce zaczęło bić
mocniej, oddech stał się szybki i płytki. Gdy przywódca stada znów zawył
gdzieś w oddali, poczuła, że zaczyna ogarniać ją realny strach. Nogi
odmówiły jej posłuszeństwa chwilę później, gdy za plecami usłyszała
kolejny odgłos.
Jakby warczenie. Nienaturalnie złe. Prymitywne, wściekłe. Instynktownie
wykonała znak krzyża. Kolejny trzask gałązki. Tym razem jeszcze bliżej.
Siostra Teresa wyciągnęła z kieszeni różaniec. Kurczowo trzymając go w dłoni, przeżegnała się raz jeszcze.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie...
Kolejne pękające gałązki. Szuranie. Dyszenie.
- Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje...
Chmury rozstąpiły się i blade światło księżyca znalazło ujście.
Strzelista smuga przebiła się przez konary i rozjaśniła pobliskie
krzewy. Po tym, co czaiło się w mroku, pozostał tylko obłok pary.
Pokraczny cień błyskawicznie zniknął z pola widzenia. Znów skrył się w mroku.
- Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi...
Kolejny trzask. Tuż za plecami. Ciepły i cuchnący oddech na karku.
- Boże chroń...
Chwilę później siostra Teresa z przerażeniem patrzyła, jak chlusta krew
z rozpłatanego gardła.
ROZDZIAŁ 2
Inspektor Romuald Czarnecki wcisnął hamulec i poczuł, jak traci
przyczepność z podłożem. Parking przy prosektorium był pokryty cienką
warstwą białego puchu, pod którym najwyraźniej kryła się gołoledź, bo
nowe opony przez chwilę sunęły po podłożu, jakby w ogóle nie miały
bieżnika. Tylko dzięki systemowi ABS samochód zdołał wyhamować tuż przed
bramą.
- Co ty robisz, Romek? - skarcił się pod nosem. Chciał dodać coś
jeszcze, ale to nie byłoby w jego stylu. Wulgaryzmami gardził i ich nie
tolerował. Nawet w samotności.
Przez chwilę czekał, aż brama rozsunie się i będzie mógł wjechać na
teren przycmentarnego prosektorium, w którym mieli na niego czekać
podinspektor Grzegorz Zimny i patomorfolog Robert Krzywicki. Nie był
zadowolony, że tak szybko znów ujrzy ich twarze, ale telefon od tego
pierwszego zmienił wszystkie dotychczasowe plany. Urlop musiał poczekać,
a żona wybaczyć. Jak przez ostatnie trzydzieści lat.
Brama nie chciała nawet drgnąć, mimo to inspektor cierpliwie czekał.
Wycieraczki miarowo ściągały z przedniej szyby pojedyncze płatki śniegu.
W radiu właśnie zaczęły się poranne wiadomości. Czarnecki nieco
pogłośnił. Był zmęczony i najchętniej położyłby się do łóżka. Cztery
godziny w trasie dały mu w kość i marzył o mocnej kawie.
Gdy już miał chwycić za telefon, brama nieznacznie drgnęła. Nadmiar
białego puchu zsunął się z wprawionej w ruch stalowej konstrukcji i opadł na podłoże. Dwa siedzące na płocie kruki poderwały się do lotu i zniknęły gdzieś w oddali. Czarnecki powoli puścił sprzęgło i wcisnął
gaz. Koła delikatnie zabuksowały w miejscu, ale po chwili złapały
przyczepność i samochód powoli ruszył.
Czarnecki przejechał kilkanaście metrów i skręcił w kierunku budynku
prosektorium. Ostrożnie zaparkował i wysiadł z pojazdu. W drzwiach
czekał na niego jego najbardziej zaufany podwładny.
- Dzień dobry, Grzegorz - przywitał się inspektor.
- Cześć, Romek.
Mężczyźni podali sobie dłonie i weszli do środka.
- Jak droga? - zapytał Zimny, zamykając za sobą drzwi.
- Długa i męcząca. Do tego drogowcy znów dali ciała i od połowy "trójki"
jezdnia prawie w ogóle nie była odśnieżana.
- Zima znów ich zaskoczyła...
- Jak zwykle.
Czarnecki znał wnętrze budynku i od razu udał się do miejsca, gdzie mógł
spodziewać się gospodarza. Doktor Robert Krzywicki siedział przy biurku
z kubkiem parującej kawy w jednej i papierosem w drugiej dłoni.
Inspektor z zaskoczeniem stwierdził, że patomorfolog zgolił
charakterystyczną długą siwą brodę, która upodabniała go do świętego
mikołaja.
- Cześć, Romek. - Doktor przywitał się chłodniej niż zwykle.
- Cześć, Robert - odparł inspektor i wyciągnął dłoń w kierunku doktora.
- Na ulicy bym cię chyba nie poznał - dodał bez większych emocji w głosie.
- Sam siebie nie poznaję. Gdy wczoraj rano zaspany spojrzałem w lustro,
to prawie wyjebałem się do kabiny prysznicowej.
- Jest aż tak źle?
- Ech... - Krzywicki machnął ręką. - Zaraz sam zobaczysz.
Robert Krzywicki był jego ulubionym patomorfologiem, którego nie
zamieniłby na żadnego innego specjalistę na świecie, chociaż ten miał
osobliwe i momentami nieprzystające do wykonywanego zawodu poczucie
humoru. Kiedy jednak oddawał mu ciało do sekcji, mógł być pewny, że
doktor znajdzie przyczynę śmierci albo w ekstremalnie ciężkich
przypadkach wskaże tę najbardziej prawdopodobną. Tak jak on miał dobre
trzydzieści lat doświadczenia w swoim fachu i niejedno widział. W istocie łatwiej byłoby spytać, czego nie widział, bo jak kiedyś
rachował, w czasie kariery przebadał około pięciu tysięcy ciał. Łatwo
więc policzyć, że częściej miał kontakt z martwymi niż żywymi, co
zresztą regularnie podkreślał.
- A właśnie, Romek... - zagaił w swoim stylu, wskazując na stojący na
biurku drugi kubek z kawą. - Gdy myślałem o tobie, to sądziłem, że
zobaczę trupa, a widzę, że jesteś w świetnej formie.
- Trupa...? - Czarnecki skrzywił się, jakby zjadł nieświeżego pomidora.
- A po tej całej akcji żona jeszcze cię nie zamordowała?
Tak, to było w stylu doktora. Inspektor tylko westchnął i sięgnął po
kubek. W sumie Krzywicki był nawet całkiem bliski prawdy. Znów poczuł
ukłucie wyrzutów sumienia. Gdy żegnał się z żoną, ona jak zwykle nic nie
dała po sobie poznać. Zrobiła mu kanapki na drogę, dała buziaka i uściskała. Rozejrzał się z niesmakiem po zadymionym pomieszczeniu i upił
łyk kawy.
- Pokażcie mi tę rękę - polecił.
Krzywicki zrozumiał, że nie ma sensu dalej dowcipkować. Znał inspektora
nie od dziś. Czarnecki nigdy nie był skory do żartów w pracy, ale dziś
pod jego spojrzeniem każdy mógłby paść trupem.
Doktor zaprowadził policjantów do prosektorium. Po drodze nie natknęli
się na żadnego pracownika i Czarnecki dopiero po chwili zorientował się,
że o tej porze, nawet w poniedziałek, budynek jest przecież zwykle
zamknięty.
W korytarzu panował odczuwalny chłód, a z ust wydobywały się obłoczki
pary.
- W ogóle tu nie ogrzewacie? - zagaił inspektor, racząc się gorącą kawą.
- Wiesz, Romek... Wczoraj nikt nie pracował, a szefostwo oszczędza jak
może. Zwłaszcza że truposzkom to nie przeszkadza.
- Ech... Robert...
- Dobra już. Nie patrz tak na mnie. Zmarłym to nie przeszkadza.
Nieboszczyki lubią, jak...
- Robert...! - Czarnecki nie chciał wysłuchiwać kolejnych niewybrednych
żartów.
- Aleś ty dziś podminowany...
- Robert, proszę cię. Naprawdę nie mam sił na te bzdety.
Krzywicki odpuścił i ostatnie kilkanaście kroków mężczyźni pokonali w milczeniu. Otworzył drzwi do sali sekcyjnej i przepuścił Czarneckiego i Zimnego. W pomieszczeniu było jeszcze chłodniej niż w pozostałej części
budynku. Doktor zapalił światło, następnie zbliżył się do stojaka lampy
punktowej, która nakierowana była na niewielki przedmiot leżący na samym
środku stołu. Obiekt prezentował się raczej skromnie.
- Wyobrażałem to sobie trochę inaczej - rzekł po chwili zastanowienia
Czarnecki, spoglądając na Zimnego.
- Początkowo też się tym specjalnie nie przejąłem, ale gdy oficer
dyżurny poinformował mnie o tym znalezisku, to postanowiłem przyjrzeć
się bliżej. Jego podejrzenia okazały się trafne. Sam widzisz, że nawet
zupełny ignorant dostrzegłby te ślady.
Czarnecki nachylił się i obejrzał obiekt. Przy pierwszym kontakcie można
by go pomylić z jakąś wysłużoną pomocą dydaktyczną dla studentów
medycyny, ale przy bliższych oględzinach wątpliwości znikały. Na stole
leżały poharatane kości przedramienia: promieniowa, łokciowa oraz kości
śródręcza bez czterech palców. Zachował się jedynie, choć bez ostatniego
paliczka, palec wskazujący.
- Znasz już przybliżony czas... - Czarnecki urwał w pół zdania. - Chciałem
powiedzieć zgonu ofiary, ale my przecież nawet nie mamy pewności że
właściciel tej ręki nie żyje, prawda?
- Właścicielka - odparł Krzywicki. - A przynajmniej z dużą dozą
prawdopodobieństwa mogę twierdzić, że kości należą do kobiety.
- Dobrze. Ale wracam do pytania. Czy mamy pewność, że ta osoba nie żyje?
- Czarnecki skierował uwagę na podinspektora Zimnego.
- Wiesz, że nie, Romek. I nie patrz tak na mnie. Zadzwoniłem do ciebie,
ponieważ uznałem, że chciałbyś o tym wiedzieć. A te kilka dziwnych
zgłoszeń...
- Dobra. Konkretnie, panowie. Co tak naprawdę udało się ustalić? Robert?
Krzywicki postawił kubek z kawą na skraju stołu. Wyciągnął papierosa z kieszonki fartucha i zapalił.
- Po pierwszych oględzinach mogę stwierdzić, że kości z dużą dozą
pewności należą do kobiety i są stosunkowo świeże. Bez badań
laboratoryjnych nie umiem dokładnie określić, ale kolor, gęstość,
spoistość czy śladowe pozostałości po innych tkankach sugerują, że mogą
mieć maksymalnie kilka dni. Jeśli mówimy o ofierze, to powinniśmy jej
szukać w ciągu ostatniego tygodnia.
- Kiedy zaginęła ta zakonnica?
- Trzy dni temu.
- Zatem to możliwe?
- Jak najbardziej.
Czarnecki przez chwilę analizował słowa swoich ludzi. Upił kolejny łyk
kawy.
- No dobrze... - Zawahał się przez moment. - A te ślady?
- Sam widzisz, Romek. - Doktor wymownie machnął ręką, w której trzymał
tlącego się papierosa. - Są dosłownie wszędzie. Kości są podziurawione
jak sito. To wygląda, jakby ten ktoś chciał dobrać się do szpiku.
- I nie masz najmniejszych wątpliwości, że to...
- Zawsze możesz poprosić o opinię stomatologa albo jakiegoś protetyka,
ale obaj powiedzą ci to samo. To ludzkie zęby. Spójrz tutaj... - Krzywicki
wskazał palcem wyraźnie umiejscowione zagłębienia - ...albo tutaj. Albo
tutaj. Ludzki zgryz jak w mordę strzelił, choć siła nacisku jak u pitbulla, tak swoją drogą...
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Że ktoś musiał być bardzo zdesperowany i głodny, aby tak potraktować
te kilka kostek.
- Pomyślałem o jakimś bezdomnym, ale wobec zniknięcia tej zakonnicy i tych dziwnych zgłoszeń... - Zimny sprawiał wrażenie, jakby się tłumaczył.
- Dlatego wolałem zadzwonić do ciebie, Romek. Chyba nikt nie chce mieć w mieście kolejnej psychozy, zwłaszcza przed świętami.
Czarnecki odstawił kubek na szafkę obok i potarł dłońmi zmęczoną twarz.
Odetchnął głębiej, wypuszczając z ust obłoczki pary. Spojrzał po
twarzach swoich ludzi.
- Chciałbym wierzyć, że to jakaś bzdura, ale... - Inspektor przez moment
zastanawiał się co powiedzieć, ale uznał, że ostatnią myśl zachowa dla
siebie. - Dobra, panowie. Prześpijcie się. Spotkajmy sie w moim biurze
o... - Spojrzał na zegarek, dochodziła szósta. - W południe może być?
Mężczyźni zgodnie pokiwali głowami. Chwilę później wszyscy rozjechali
się do swoich domów na zasłużony odpoczynek.
Tymczasem kilkanaście kilometrów dalej, na skraju sosnowego lasu i miejskiego wysypiska, pierwsze promienie słońca przebiły się przez
ośnieżone konary i spoczęły na zmrożonych szczątkach siostry Teresy.
Ostatnie wilki już się nasyciły i sfora śladami samca alfa ruszyła w kierunku legowiska.
ROZDZIAŁ 3
Igor Brudny siedział w kuchni i w ciszy zajadał się jajecznicą na
bekonie. Za jego plecami Oksana Szczypenko w ciepłym, kremowym szlafroku
wkładała ostatnie brudne naczynia do zmywarki. W powietrzu unosił się
zapach śniadania i jej perfum. Z radia sączył się przyjemny głos młodej
dziennikarki, która prezentowała poranne wiadomości.
Gdy Brudny schrupał ostatni kawałek przypieczonego bekonu i popił kęs
mocną czarną kawą, poczuł na barkach delikatne dłonie swojej kobiety.
Odetchnął głęboko. Oksana miała czarodziejskie ręce i kilkoma wprawnymi
ruchami potrafiła ściągnąć z niego całe napięcie.
Przez chwilę w milczeniu masowała jego kark i ramiona, a on wpatrywał
się w zimowy krajobraz za oknem. Śnieg padał już trzeci dzień i całą
okolicę pokryła gruba warstwa białego puchu. Brudny lubił śnieg, bo
nawet taki ponury typ jak on musiał coś lubić. Oprócz Brudnego Harry'ego
i jamesona oczywiście, które ubóstwiał od lat, choć nigdy nie nadużywał,
traktując jak przyjemności, które należy sobie odpowiednio dozować, aby
mu nie spowszedniały. Do tej pory z pełną premedytacją dozował sobie
także czas, jaki ofiarowywała mu Oksana, ale od wydarzeń w Nietkowie
musiał zrobić wyjątek. I wcale nie dlatego, że chciał, bo wcale nie
chciał. Zawsze starał się kontrolować siebie, swoje uczucia i cały
świat, jaki go otaczał. Zresztą był w tym dobry, nawet bardzo dobry. Do
czasu, gdy ta młoda Ukrainka niezauważenie, cegiełka po cegiełce,
zaczęła dyskretnie rozbierać mur, jaki sobie wybudował. Mur - mocno już
nadkruszony - ostatecznie runął w Nietkowie. Brudny poległ, ale wygrał
życie.
Dłonie jego partnerki wciąż rytmicznie masowały mu kark, a płatki śniegu
leniwie opadały na parapet i dachy starych kamienic. Brudny opróżnił
kubek z kawą i odstawił naczynie na blat starej szafki kuchennej. Wtedy
Oksana niespodziewanie owinęła się wokół swojego mężczyzny i usiadła
okrakiem na jego kolanach.
- Nie chciałbyś jeszcze szybkiego numerku przed wyjściem? - szepnęła mu
kuszącym tonem do ucha, dociskając pośladki do jego krocza.
- Hmm... właśnie najadłem się jajek z bekonem i cebulą - odparł Brudny i położył dłonie na jej biodrach.
- Nie musimy się całować...
- Nieee...? - przysunął partnerkę do siebie.
- Nieee...
- Nie mamy wiele czasu, Oka...
- No przecież mówię. Szybki numerek. Najlepiej na ostro... - Szczypenko
rzuciła mu wymowne spojrzenie. - To jak? Wolisz wziąć mnie na stole czy
idziemy na sofę?
Brudny poczuł gwałtowny przypływ podniecenia. Ta kobieta wzbudzała w nim
nieprawdopodobne pożądanie. Czasem jednym gestem czy słowem potrafiła
postawić go na baczność w ułamku sekundy.
- Czyżbym czuła to i owo...? - zapytała, zalotnie spuszczając wzrok na
jego bokserki.
- Wiesz, że jesteś bardzo niegrzeczną dziewczynką?
- Taaak?
- Yhy... Ale czy?
- Bez obaw. Już nie boli. To tylko blizny.
Szczypenko delikatnie pocałowała partnera w szyję, następnie musnęła
językiem płatek ucha. Brudny jęknął cichutko. Wtedy kobieta chwyciła w zęby małżowinę i syknęła przez zęby:
- Czy mój pan przestanie się w końcu certolić i zerżnie swoją kobietę na
tym cholernym stole?
Brudny uwielbiał, gdy tak mówiła. Chwycił ją za biodra, uniósł, obrócił
i popchnął na stół. Talerz po jajecznicy, widelec, resztka bułki i gazeta wylądowały na podłodze, ale żadne z dwojga kochanków się tym nie
przejęło. Podwinął szlafrok kochanki, błyskawicznie ściągnął bokserki i wszedł w nią od tyłu, tak jak tego pragnęła. Mocno i głęboko.
Kochali się dziko i zachłannie przez kilka następnych minut, aż poczuł,
jak wzbiera w nim potężny orgazm. Gdy w końcu trysnął w jej wnętrzu i niemal bezwładnie opadł na drżącą w spazmach ekstazy kochankę, poczuł,
jak spływa na niego absolutny spokój. Przez kilkadziesiąt sekund ciężko
oddychał tuż nad jej uchem. Ona ulegle i cierpliwie leżała.
- Kocham cię, Oka - szepnął po chwili i pozwolił partnerce odwrócić się
przodem do siebie.
- Ja ciebie też, Igor. Bardzo - odparła i ścisnąwszy dłońmi jego
policzki, namiętnie pocałowała go w usta.
- A nie miało być bez całowania...? - zagadnął, gdy Szczypenko w końcu
pozwoliła mu na chwilę oddechu. - Pamiętasz? Jajka, bekon, cebula?
- Uwielbiam mojego pana w każdej odsłonie.
Szczypenko szczerze się uśmiechnęła i dała mu ostatniego, soczystego
buziaka. Spojrzał jej głęboko w oczy. Niewielka rana tuż pod dolną
powieką zdążyła się już ładnie zabliźnić, teraz tylko dodawała jej
uroku. Tak jak inne: na szyi, nogach i plecach. Ta ostatnia wciąż była
świeża i mocno widoczna, ale chociaż uszkodzenia tkanki były dość
skomplikowane i założono wiele szwów, chirurg wykonał kawał znakomitej
roboty. Z czasem blizna miała się wyrównać, ułożyć i niemal zniknąć. W razie gdyby coś poszło nie tak i pacjentka była niezadowolona,
pozostawała plastyka, która wobec niezaprzeczalnych dokonań Brudnego,
miała zostać w pełni sfinansowana z funduszy zielonogórskiej policji.
- Muszę iść - oznajmił Brudny.
- Teraz możesz - zachichotała.
Oboje podnieśli się z blatu stołu. Brudny wciągnął bokserki i poszedł do
łazienki. Szczypenko poprawiła szlafrok i odprowadziła go wzrokiem.
Pomimo przeżyć ostatnich kilkudziesięciu dni niczego nie żałowała. Rany
się zabliźniły, zdrowie wracało. W powrocie do jako takiej równowagi
psychicznej pomogły wizyty w rodzinnej wsi nieopodal Lwowa oraz
spotkania z psychologiem. Wtedy zawsze był przy niej Igor. Nie
odstępował jej na krok, opiekował się nią i bez cienia grymasu spełniał
każdą jej zachciankę. W pewnym momencie zaczęła nawet czuć się trochę
głupio, bądź co bądź wcześniej wszystkie podobne zachowania były mu
całkiem obce. Tak jakby ta jedna noc w Nietkowie zmieniła wszystko,
pozwoliła raz na zawsze zamknąć ponurą przeszłość i pomogła otworzyć się
na uczucia. Na ludzi. W końcu na nią samą.
Pamiętała, jak próbowała walczyć z jego charakterem. Początkowo nawet
kręciła ją ta szorstkość w obyciu, opanowanie, tajemniczość. Odpowiadało
jej to zwłaszcza w pierwszej fazie znajomości. Z natury była w łóżku
uległa i gdy darzyła mężczyznę silnym uczuciem, zawsze pragnęła oddawać
mu się całkowicie, toteż ten jego surowy, męski sznyt bardzo ją pociągał
i podniecał. Z czasem jednak zapragnęła czegoś więcej, ale przez długie
miesiące nie potrafiła przebić się przez mur, którym odgrodził się od
reszty świata. Bardzo go kochała, jednak w pewnym momencie zaczęła mieć
poważne obawy, że nigdy nie przebije się do jego serca i - jeśli
chciałaby się z nim związać aż po grób - będzie skazana na życie bez
prawdziwych uczuć. I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
Igor zmienił się nie do poznania. Stał się troskliwy, czuły, ciepły.
Potrafił, trzymając ją za rękę, przeleżeć przy jej boku całe dnie i z nogami pod kocem wspólnie oglądać filmy, a nawet zorganizować
romantyczną kolację przy świecach. W końcu też po raz pierwszy przełamał
się i usłyszała z jego ust słowo "kocham", mało tego, nie miał oporów,
aby powtarzać jej to kilka razy dziennie, okraszając swoje wyznania
dodatkowym bukietem kwiatów lub czekoladkami. Teraz, jeśli w ogóle to
było możliwe, kochała go jeszcze mocniej. Nie tylko był jej tajemniczym
i surowym gliną, w którym się zadurzyła, ale także troskliwym i kochającym partnerem, o którym zawsze marzyła. Wreszcie - o czym
fantazjuje pewnie większość żeńskiej populacji świata - księciem, który
na białym koniu przybył, aby w ostatniej chwili wyrwać ją z rąk potwora.
Czasem zastanawiała się, czy nie powinna w duchu dziękować Rzeźnikowi z Nietkowa, który w bestialski sposób zabił tylu niewinnych ludzi i o mało
nie dopadł jej samej. Pewnie gdyby nie on, Igor wciąż snułby się na
granicy światów - jak to zwykł dziś mawiać - życia numer jeden w sierocińcu hieronimek i życia numer dwa po jego opuszczeniu. Niedawno
mógł rozpocząć życie numer trzy. Z Oksaną Szczypenko.
Gdy jej mężczyzna bez słowa zniknął za drzwiami łazienki, pomyślała, że
trochę stęskniła się za tamtym Igorem. Nie żeby nie lubiła jego nowej
wersji, ale ostatnio trochę przesadzał. Gdy kilka dni temu znów
rozpoczęli współżycie, był bardzo delikatny i czuły, ciągle dopytywał
się, czy na pewno nie boli i czy nie powinni jeszcze poczekać, aż rany
na dobre się zagoją. Oksana bardzo to doceniała, ale gdzieś w środku
czuła, że znów potrzebuje twardego, szorstkiego, stuprocentowego samca
alfa, którym Igor jawił się wcześniej. Który wie, jak bez słowa rozpalić
i porządnie wybzykać napaloną kobietę.
Uśmiechnęła się pod nosem i pomyślała, że ma najwspanialszego mężczyznę
na świecie. Chwilę później wróciła do kuchni, aby posprzątać bałagan,
jakiego w przypływie gwałtownej żądzy narobiła.
Gdy Oksana Szczypenko zbierała z podłogi resztki po śniadaniu, a Igor
Brudny kończył się golić, młody fan Falubazu o imieniu Jasiek właśnie
szusował z tatą na nartach po jednej z leśnych ścieżek na południu
Zielonej Góry. W ciągu ostatnich dni nawiało sporo śniegu i choć to była
dopiero druga lekcja, szło mu całkiem dobrze. Towarzyszący im pies Benek
bawił się w śniegu, aportował i radośnie merdał ogonem. Był młodym
wilczurem i też się uczył.
Przy zrębie przystanął i zaczął węszyć. Złapał trop. Woń, którą przywiał
wiatr, nie była mu znana i nie do końca rozumiał, z czym może mieć do
czynienia. Instynktownie zjeżył się i odsłonił kły. Pokusa była jednak
przemożna. Chwilę później uległ jej i lekceważąc nawoływania pana,
popędził przed siebie.
ROZDZIAŁ 4
Gdy zabrzmiał dźwięk telefonu, Romuald Czarnecki podniósł się z łóżka i półprzytomny spojrzał na wyświetlacz. To nie był budzik. Dzwonił
podinspektor Grzegorz Zimny, a w rogu ekranu widniała godzina ósma
pięćdziesiąt siedem.
- Dzień dobry, Grzegorz - przywitał się. - Nie za wcześnie dzwo...
- Dzień dobry, Romek, choć... no właśnie nie wiem, czy taki dobry.
Czarnecki ściągnął koc i sięgnął po etui z okularami. Nałożył je.
- Znaleźli ją?
- Tak.
Inspektor ciężko westchnął. W skroniach czuł pulsowanie. Był policjantem
ponad trzydzieści lat i już dawno przestał wierzyć w zbiegi
okoliczności. W Kołobrzegu jeszcze przez chwilę wahał się po odebraniu
telefonu od Zimnego, ale trwało to nie dłużej niż kilkadziesiąt sekund.
Tyle, ile zwykle zajmuje człowiekowi wyrwanemu ze snu dojście do siebie.
Znaleziona ręka ze śladami ludzkich zębów, zaginiona zakonnica i zgłoszenia mieszkańców, którzy mówili o - choć idiotycznie to brzmiało -
grasującym po przyleśnych terenach wilkołaku, zwiastowały koniec urlopu,
który tak naprawdę nawet się nie zaczął.
Czarnecki dłonią rozmasował czoło.
- Gdzie?
- Na skraju lasu przy śmietnisku. Ojciec z synem.
- Oficjalnie wziąłeś tę sprawę?
- Tak, ale komendant już wie, że jesteś na miejscu, więc pewnie będzie
chciał z tobą pogadać.
- Widziałeś zwłoki?
- Jeszcze nie, ale właśnie się tam wybieram. Podobno wyglądają
koszmarnie...
- Dobij mnie.
- Brzmi to trochę upiornie, biorąc pod uwagę naszą rozmowę i to, że...
- Grzegorz...
- Do zwłok dobrała się zwierzyna. Fragmenty ciała są rozwleczone na
powierzchni kilkuset metrów kwadratowych. Podobno istna jatka.
Czarnecki wstał i z telefonem przy uchu poszedł do łazienki. Próbował
przeanalizować słowa Zimnego, ale uznał, że dalsze prowadzenie tej
rozmowy przez telefon nie ma większego sensu. Zresztą podinspektor sam
pewnie niewiele wiedział na temat zaistniałej sytuacji. A wszelkie
gdybanie w sytuacji, gdy można było empirycznie sprawdzić okoliczności
zdarzenia, Czarnecki z zasady odrzucał. Określenia takie jak "podobno",
"ponoć", "jakoby" były mu obce i nijak miały się do jego skrupulatnego i wnikliwego podejścia do każdej sprawy.
- Nasi ludzie są już na miejscu?
- Ktoś tam pojechał, ale ekipa podobno dopiero zabezpiecza teren. O sprawie dowiedziałem się dosłownie kilka minut temu i od razu do ciebie
zadzwoniłem.
- Prokurator?
- Wątpię.
- Dobra, Grzegorz. Spotkajmy się na parkingu przy komendzie za
dwadzieścia minut.
- Jak chcesz, mogę po ciebie podjechać, bo właśnie wsiadam do samochodu.
- Nie trzeba.
- Okej. To do zobaczenia.
- Aha, Grzegorz...
- Tak?
- Dowiedz się, czy Anka i jej ekipa techników będą na miejscu. Nie
chciałbym tam jakichś amatorów.
- Załatwione.
- Widzimy się za kwadrans.
- Cześć.
Czarnecki odłożył smartfon na brzeg umywalki i sięgnął po szczoteczkę do
zębów. Umył je, a następnie kilkakrotnie oblał twarz zimną wodą. Chwilę
później zarzucił na siebie marynarkę i puchową kurtkę, na głowę nałożył
czapkę i wyszedł z mieszkania. W drodze do samochodu miał złe
przeczucie. Martwa zakonnica tuż przed świętami? Brzmiało fatalnie, z pewnością wyglądało jeszcze gorzej.
Gdy uruchamiał silnik, pomyślał o kimś jeszcze. Komisarz Igor Brudny
właśnie stał w korku na Saskiej Kępie i myślał zupełnie o czym innym.
* * *
Słońce leniwie wdrapywało się ponad korony ośnieżonych drzew. Jego
ciepłe promienie ogrzewały zmarznięte twarze policjantów krążących wokół
zamkniętej strefy przy hałdzie odpadów Zakładu Gospodarki Komunalnej w Zielonej Górze. Technicy kryminalistyczni w maskach i rękawiczkach
pracowali pomiędzy drzewami nad zabezpieczeniem próbek wokół zwłok
siostry Teresy.
Kierująca zespołem ekspert kryminalistyki Anna Borucka stała na
niewielkim wzniesieniu i wydawała kolejne polecenia podwładnym.
Dostrzegłszy kątem oka nadjeżdżającego passata, zsunęła z twarzy osłonę
i przeszła pod taśmą zabezpieczającą teren działań. W oczekiwaniu na
podinspektora Zimnego, który przejął sprawę, włączyła przewieszoną na
szyi lustrzankę i zaczęła przeglądać efekty swojej pracy. Gdy pojazd się
zatrzymał, pomachała do kierowcy i wróciła do oglądania fotografii.
Zanim się obejrzała, Zimny z Czarneckim byli już na wyciągnięcie ręki.
- Cześć, Anka - rzucił ten pierwszy.
- Czeeeść... - Anna Borucka akurat trafiła na jedno z lepszych zdjęć i dopiero po chwili podniosła wzrok. Nie chciała go lekceważyć i nie
zrobiła tego specjalnie, choć nie przepadała za Zimnym. Podinspektor był
dla niej facetem, który już w szkole policyjnej gdzieś zgubił jaja. Nie
mogła mu nic zarzucić, jeśli chodzi o sprawy zawodowe, ale po prostu nie
było między nimi chemii i nigdy nie umówiłaby się z tym człowiekiem
choćby na kawę. Tym bardziej z niemałym zaskoczeniem odebrała z jego rąk
prezent w postaci dużej latte. Jeszcze większą niespodzianką był dla
niej fakt, że podinspektor nie przybył sam.
- Romek? - Uśmiechnęła się na powitanie. - A nie miałeś wygrzewać się na
Zanzibarze?
- Dzień dobry - przywitał się inspektor. - Dajcie spokój z tym
Zanzibarem. Jak widzisz, jestem, choć niechętnie.
- Domyślam się.
Borucka ściągnęła kaptur i poprawiła włosy. Była filigranową szatynką o dużych ciemnych oczach i przepięknym uśmiechu. Choć już dobrych kilka
lat temu przekroczyła czterdziestkę, to wyglądała na dziesięć lat mniej,
a wysportowaną figurą - w chwili obecnej ukrytą pod białym bezkształtnym
kombinezonem - mogłaby zawstydzić niejedną dwudziestolatkę. Była
profesjonalistką w każdym calu, tak w pracy, jak i w życiu prywatnym,
choć podobno - bo ona wcale tak nie uważała - poza robotą trudno było z nią wytrzymać. Tak twierdził jej pierwszy, a potem drugi eksmąż, a także
szesnastoletnia, wyjątkowo pyskata córka o imieniu Jagoda.
- Ofiara została już zidentyfikowana? - Czarnecki przeszedł do
konkretów.
- Jeszcze nie, ale to z pewnością ta zaginiona zakonnica. Ciało jest
dość mocno pokiereszowane i częściowo zdefragmentowane, ale habit nie
kłamie.
- Uważasz, że to rzeczywiście sprawka tych wilków?
- Na to wygląda. Pełno tu śladów ich łap, choć większość kryje się pod
świeżo nawianym śniegiem. Sierści też nie brakuje. I to zaraz za
granicami stuczterdziestotysięcznego miasta. Aż trudno uwierzyć, co nie?
- Szczerze mówiąc, wolałbym, aby to była ich sprawka. Może nawet mógłbym
wrócić na ten swój "Zanzibar"... - Czarnecki wysilił się na uśmiech.
Zapaliła się czerwona lampka i Borucka rzuciła pytające spojrzenie, ale
uznała, że za wcześnie na poruszanie takich kwestii. Z powrotem nałożyła
kaptur i uniosła taśmę policyjną. Akurat w tym momencie po wzgórzu
zaczął się wspinać starszy sierżant Łukasz Warszawski. Robił duże,
pospieszne kroki, przez co w pewnym momencie o mało się nie poślizgnął i nie stracił równowagi.
- Dzień dobry - przywitał się nieco zdyszany. - Pan inspektor nie na
urlopie?
- Cześć, Łukasz. Nie, nie na urlopie i jeśli jeszcze raz ktoś mnie o to
zapyta, to chyba dostanę białej gorączki.
- To przepraszam, szefie. Nie wiedziałem... - odparł skruszony.
Czarnecki lubił Warszawskiego, bo był pracowity i nigdy nie narzekał na
swoje obowiązki. Gdy zbierał grupę dochodzeniowo-śledczą, sierżant
zawsze był jego pierwszym wyborem do pracy w terenie, czyli de facto
człowiekiem od czarnej roboty.
- To Łukasz odebrał zgłoszenie - wyjaśnił Zimny, przerywając niezręczną
ciszę. - Był pierwszym z naszych przy zwłokach.
Inspektor pokiwał głową na znak, że przyjął informację do wiadomości.
- Jeśli szef pozwoli... - zaczął ponownie.
- Na razie rządzi tu Grzegorz. Dla jasności, oficjalnie wciąż jestem na
urlopie. Ale przepraszam, mów, proszę...
- Jakieś pięćset metrów stąd znajduje się obozowisko bezdomnych. -
Warszawski skinął głową na północ. - Pomyślałem, żeby zabrać ich na
komendę, ale tam koczuje ze czterdzieści osób. Do tego wśród nich są
chyba jacyś ciapaci albo Cyganie.
Czarnecki obrzucił swojego człowieka piorunującym spojrzeniem. Wszyscy
na komendzie wiedzieli, że inspektor nie toleruje chamstwa i arogancji,
zwłaszcza wyniosłego i niekulturalnego traktowania bliźnich.
- A skoro głównymi podejrzanymi są wilki, to... - Sierżant nieudolnie
próbował wybrnąć z sytuacji.
- Przyślij kilka furgonetek i zabierz wszystkich na komendę - polecił
Czarnecki. - Niech ktoś załatwi tłumacza, jeśli zajdzie potrzeba.
- Tak jest, szefie.
- Potraktujcie sprawę priorytetowo. Jeszcze dziś chciałbym mieć na stole
zeznania każdego z osobna.
- Załatwione, szefie.
Warszawski skinął na znak, że zrozumiał, i wyciągnąwszy krótkofalówkę,
zaczął ostrożnie schodzić ze wzniesienia.
- Łukasz... - zawołał za nim Czarnecki, a policjant o mało się nie
poślizgnął, w ostatniej chwili chwycił się pnia wiekowej sosny. -
Podejrzanymi nie są wilki...
Warszawski poczuł się jak kretyn. Po "ciapatych" próbował ratować skórę,
a tylko pogorszył sytuację.
- Ja... - zaczął.
- W związku z czym prawdopodobnie jeszcze dziś będę chciał zebrać nową
ekipę. Widzę cię w niej, dlatego zapraszam do mojego biura na piętnastą.
- Oczywiście, szefie.
Zimny i Czarnecki odprowadzili sierżanta wzrokiem.
- Toś mu dogadał. Chłop ze wstydu prawie zapadł się pod ziemię -
skomentował Zimny.
- Nie przesadzaj, Grzegorz. Ale nauczka czasem się należy...
- Ci bezdomni... Myślisz, że mogą mieć z tym wszystkim coś wspólnego?
- Niczego nie wykluczam. Zobaczymy, co powiedzą, wtedy podejmiemy
decyzję i ewentualnie wezwiemy specjalistę stomatologa.
- To nawet mogłoby mieć jakiś sens. Tegoroczna zima jest sroga jak
rzadko kiedy. Pewnie są głodni i zdesperowani...
Borucka przysłuchiwała się rozmowie, ale uznała, że na razie nie ma
sensu wyciągać pochopnych wniosków. Opierała się na empirycznych
dowodach, które można zobaczyć, powąchać, których da się dotknąć.
Domyślała się, co im może chodzić po głowach, ale na razie wolała nie
włączać się do dyskusji. Zresztą odniosła wrażenie, że wiedzą coś
więcej, skoro wysuwają tak upiorne koncepcje.
- Panowie... - Borucka upiła łyk kawy i ponownie uniosła policyjną taśmę.
- Mam wam wysłać zaproszenia na piśmie?
- Chętnie bym na nie poczekał. Zwłaszcza że nie widzę na miejscu
prokuratora...
- Arletka pewnie nie zdążyła się jeszcze umalować - zadrwił Zimny.
- Sprawę przydzielono Winnickiej?
- Podobno.
Arleta Winnicka była atrakcyjną czterdziestoletnią prokurator o opinii
pitbulla w spódnicy. W środowisku niezbyt lubiana, ale za to zabójczo
skuteczna. I wyjątkowo bezwzględna. Pracy podporządkowała całe swoje
życie, na czym cierpiała jej sfera prywatna, choć sama twierdziła, że
życie singielki jej odpowiada i nie zamieniłaby go nigdy na nudne
wieczory w towarzystwie jakiegoś troglodyty. W młodości potrafiła
wsadzać za kratki za najmniejsze przewinienia, ale gdy z czasem zaczęła
zajmować się grubszymi sprawami, jej nieustępliwość i upór pozwalały
wierzyć, że oskarżony dostanie to, na co zasłużył.
Czarnecki rzucił okiem na biegnącą poniżej wzniesienia leśną drogę, w nadziei że może właśnie pojawi się znany w mieście czarny grand cherokee
Winnickiej. Nie dostrzegł niczego, co mogłoby sugerować, że wkrótce
dotrze na miejsce.
- Nie będziemy czekać na panią Arletę - oznajmił Czarnecki i na wszelki
wypadek wyjął z kieszeni chusteczkę.
- Na pocieszenie powiem, że trup nie śmierdzi - rzekła Borucka. - I starajcie się chodzić po wydeptanych przez moich ludzi ścieżkach. Tu
wciąż jest masa materiału do zebrania.
Czarnecki westchnął. Nie znosił tej części obowiązków i choć cieszył się
opinią twardego i skutecznego gliniarza, oględziny zwłok zawsze
przyprawiały go o mdłości. Mimo to posłusznie ruszył za Borucką. Starał
się kroczyć po śladach, tak jak go o to prosiła. Jej ludzie krzątali się
na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych. Brodząc po kolana w śniegu,
stawiali wielkie kroki, przez co w swoich białych strojach ochronnych
przypominali bociany poszukujące jakiegoś smacznego kąska. Inni,
pochyleni bądź na kolanach, badali każdy centymetr terenu. Nad nimi,
wysoko na ośnieżonych gałęziach, siedziały ptaki, które czekały, żeby
wrócić do ucztowania. Od czasu do czasu jakiś kruk decydował się
sfrunąć, aby spróbować szczęścia i wyrwać kawałek padliny, ale
natychmiast był odganiany i jak niepyszny wracał do pobratymców.
Inspektor uważnie obserwował okolicę, próbując wczuć się w atmosferę
miejsca. Wiedział, że to nie były wilki. Nawet jeśli do spółki z ptactwem ostatecznie dokończyły dzieła, to na pewno nie odpowiadały za
śmierć tej niewinnej kobiety. Bo co zakonnica robiłaby w takim miejscu?
W lesie, z dala od miasta, w pobliżu śmietniska? Ktoś musiał ją tu
przyciągnąć. Albo zwabić.
A może pomagała bezdomnym? Może...
Z zamyślenia wyrwał Czarneckiego niespodziewany huk, który rozległ się w oddali. Jedna z ciężarówek na szczycie wysokiej hałdy śmieci pozbyła się
zawartości, a echo wysypującego się gruzu przemknęło lasem i przestraszyło siedzące na gałęziach ptaki, które zerwały się do lotu.
Nagły zryw sprawił, że wzruszony biały puch opadł z gałęzi wprost na
głowę inspektora i jego towarzyszy. Krakanie zagłuszyło odgłosy
trzaskających migawek aparatów, pod jego nogą chrupnęła jedna z tysięcy
gałązek.
Wtedy bajkowy krajobraz został przełamany pierwszą plamą czerwieni.
Czarnecki ominął ją, ale kolejne zaczęły pojawiać się na śniegu jak
grzyby po deszczu. Jedne niewielkie, zaledwie prześwitujące pod świeżą
warstwą białego puchu, inne duże, świeże, z fragmentami porwanego
materiału i ludzkiej tkanki. W końcu oczom całej trójki ukazały się
ludzkie szczątki.
- Jasna cholera - zaklął pod nosem Zimny.
Zmrożone zwłoki wciąż częściowo pokrywał biały puch. Nie cuchnęły, mimo
to Czarnecki odruchowo przyłożył chusteczkę do nosa. Kobieta leżała na
plecach, a spod rozdartego habitu wylewały się resztki rozwleczonych i poszarpanych wnętrzności. Głowa - pozbawiona oczu, warg, nosa i większości skóry na twarzy - była nienaturalnie wykręcona i zdawała się
niemal oddzielona od korpusu. Brak lewej ręki na wysokości łokcia z łatwością pozwalał połączyć puzzle w jedną całość. Wszystko tonęło w morzu czerwieni skrajnie kontrastującej z wszechobecnym śniegiem.
- Ktoś zadzwonił po patomorfologa? - zapytała Borucka, przerywając
ciszę.
- Tak. Zaraz powinien się zjawić - odparł Zimny.
- To dobrze, to dobrze... - Borucka znów wbiła spojrzenie w ekran
lustrzanki, tylko od czasu do czasu zerkała na zwłoki.
- A ktoś zaglądał pod habit? - spytał Czarnecki, wykrzywiając usta w paskudnym grymasie.
- Materiał przymarzł do ciała, ale przyjrzałam się w miarę możliwości. Z szerzej zakrojonymi pracami na ciele ofiary wolę poczekać - odparła
Borucka. - Zanim zrobię swoje, wolałabym, aby Robert zobaczył i zbadał
zwłoki w nietkniętym stanie.
- Jakieś ślady gwałtu?
- To jednak nie te wilki?
- Chyba nie myślisz poważnie, że to ich robota...
- Cóż... w takim razie to chyba pytanie nie do mnie. - Borucka obrzuciła
spojrzeniem okolicę krocza ofiary i uniosła brew. - Nie chcę wychodzić
przed szereg, ale na pierwszy rzut oka raczej nie. Tamte okolice w porównaniu z resztą ciała są chyba w najlepszym stanie.
- Jakieś niespodzianki?
- Na razie chyba nie. No może prócz tego, że nie możemy znaleźć tej
zagubionej ręki.
- Mnie coś świta, jeśli o to chodzi. - Zimny podrapał się po czerwonym
od mrozu nosie.
- Czy ja o czymś nie wiem? - Borucka podniosła wzrok na podinspektora.
- Grzegorz chciał powiedzieć, że być może dysponujemy ręką ofiary -
włączył się do rozmowy Czarnecki. - Wczoraj rano ktoś zgłosił się na
komendę z workiem na śmieci, w którym znajdowało się obgryzione do kości
przedramię.
- No to chyba mogę skreślić ten punkt z naszych poszukiwań...
- Niczego nie skreślaj, proszę. I powiedz ludziom, żeby przeorali teren
w promieniu kilometra. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to niech odgrzebują
świeżo nawiany śnieg i szukają. Choć bardzo bym tego chciał, to czuję,
że wilki będą naszym najmniejszym zmartwieniem.
- Chcesz oficjalnie przejąć sprawę? - zapytała Borucka.
- Jeszcze nie. Poczekam na opinię Roberta i...
- O wilku mowa - rzucił Zimny.
- To on? - zapytała zdumiona Borucka.
- Też bym go nie poznał.
Czarnecki obrócił się i dostrzegł, jak doktor Robert Krzywicki szybkim
tempem pokonuje dzielący ich dystans. Dwukrotnie omal się nie
poślizgnął, mimo to nie zwolnił ani na chwilę.
- Cześć wszystkim. Słyszałem, że macie tu dla mnie prawdziwe dzieło
sztuki - rzucił zdyszany.
- Ty nigdy nie spoważniejesz...
- Tak to jest, jak większość czasu spędzasz w towarzystwie truposzy. -
Krzywicki uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni lateksowe rękawiczki. -
Co myślisz, Anka? - zagaił, eksponując podbródek.
- Lepiej.
- Tylko tyle?
- A nie wystarczy? Wiesz, że nie jesteś w moim typie. - Puściła do niego
oko.
- Nie znasz się. Dojrzali mężczyźni są teraz na topie - skontrował
szelmowskim tonem. - A teraz pokażcie mi tę dziecinkę.
- Chryste, Robert...
- Wiem, czego szukać, więc możecie jechać na kawę. Jak coś znajdę, to
dam wam znać.
Czarnecki z Zimnym spojrzeli po sobie z niedowierzaniem. Krzywicki
dziwaczał coraz bardziej i specjalnie tego nie ukrywał. Chwilę później
powolnym krokiem ruszyli w dół zbocza. Gdy dotarli do samochodu, zza
zakrętu wyłonił się czarny grand cherokee. Inspektor przez chwilę
zastanawiał się, czy nie poczekać, aż pani prokurator dotrze na miejsce,
ale uznał, że nie jest to konieczne. I tak będzie miał z nią sporo
kłopotów.
ROZDZIAŁ 5
- Jedna czarna, jedna biała.
Igor Brudny złożył zamówienie i rozsiadł się wygodniej na krześle. Młoda
i stosunkowo atrakcyjna kelnerka z wytatuowanymi przedramionami i kolczykiem w dolnej wardze uśmiechnęła się i pospiesznie zniknęła za
ladą. Komisarz spojrzał na zegarek. Dochodziła trzynasta. Wtedy ktoś
zapukał w okno. Julia Zawadzka pomachała mu i szybkim krokiem skierowała
się do drzwi wejściowych. Po chwili była już przy stoliku.
- Zamówiłeś białą? - spytała, ściągając szalik i kurtkę.
- Przed chwilą.
- Ale dzisiaj zimno, co? Termometry wskazują minus dwanaście.
- Dobrze, że przynajmniej przestało sypać.
- Akurat tobie to rybka. Gorzej ze mną. Wiesz, że Dziadzia mi dziś nie
odpalił?
- To wada diesli. A ten twój to ile już ma? Ze dwadzieścia lat będzie...
- Osiemnaście, Igor. Osiemnaście. - Zawadzka rzuciła mu spojrzenie pełne
udawanego wyrzutu. - Ale chyba czas na zmianę.
- Jak nie ma wyjścia. Już dawno powinnaś pozbyć się tego grata.
- Nie mówię o samochodzie, Igor.
Brudny zmarszczył brwi.
- O facecie mówię. Przygrucham sobie jakiegoś mechanika, to postawi
Dziadzię na nogi.
- To ty w końcu masz teraz kogoś?
- No w sumie to nie...
- Julka, nie wnikam. To nie moja sprawa.
- A ty nie masz jakiegoś przystojnego kolegi, który zna się na starych
beemkach?
- Wiesz, że nie mam zbyt wielu kolegów... - Brudny wyraźnie zaakcentował
ostatnie słowo. - Zresztą jak cię znam, to niepotrzebna ci pomoc.
- Aż ty! - Zawadzka kopnęła go pod stołem w piszczel. - Takie masz o mnie zdanie?
- Aua, Julka! - syknął Brudny. - Pojebało cię?
- Należało ci się.
- Za co?
- Za jajco.
Komisarz Igor Brudny i podkomisarz Julia Zawadzka byli przyjaciółmi od
wielu lat. Oboje nie do końca potrafili wkomponować się w otaczającą ich
rzeczywistość i przypominali dwójkę outsiderów, którzy buntują się
przeciw wszystkiemu i wszystkim. On, gburowaty i raczej przez kolegów
nielubiany, ona ostra jak brzytwa baba z jajami, za którą kumple z komendy uganiali się z wywalonym jęzorem, nawet jeśli nie należała do
okładkowych piękności z "CKM-u". Przed laty, po jednej z wyjątkowo
niebezpiecznych akcji, raz wskoczyli ze sobą do łóżka, ale to był
pierwszy i ostatni taki numer. I nawet jeśli ona miała nadzieję na coś
więcej, Brudny nie był w stanie jej tego ofiarować. Chyba nigdy do końca
się z tym nie pogodziła, ale zaakceptowała decyzję byłego partnera ze
służby, dzięki czemu mogli normalnie funkcjonować jako niezawodni
przyjaciele. Ostatnio stali się sobie jeszcze bliżsi. Jak rodzina.
Do stolika podeszła kelnerka z dwiema filiżankami kawy. Postawiła je na
stole i zalotnie zatrzepotawszy rzęsami, odeszła przyjąć zamówienie z innego stolika.
- Chyba masz branie... - skomentowała Zawadzka.
- No na pewno. Z moją facjatą?
- Wiesz... niegrzeczne dziewczynki lubią niegrzecznych chłopców. A ona nie
wygląda mi na laskę przytulaskę.
- Pozory mylą. Zresztą o czym my w ogóle gadamy?
- No dobra. Jak pierwszy dzień po powrocie? - Julka upiła łyk kawy.
- No jak? - Brudny prychnął. - Sama widziałaś. Śmiesznie.
- Żeby nie było. Wtedy u ciebie to żartowałam z tym szpalerem i nie
miałam pojęcia, że odwalą taki numer.
Szpaler był pomysłem młodych wilków z komendy, którzy chcieli uhonorować
starszego kolegę i koleżankę. Dopaść Rzeźnika z Nietkowa w takich
okolicznościach to było naprawdę coś i choć Brudny robił wszystko, aby
omijać temat szerokim łukiem, kolejne historie z udziałem jego i Zawadzkiej pączkowały bez ustanku. Komendant Ryszard Beryl ostatecznie
klepnął pomysł, bo sam był zadowolony z tego, że jego człowiek ukatrupił
jednego z największych i najbrutalniejszych seryjnych morderców w historii polskiej kryminalistyki, dzięki czemu on sam mógł brylować na
salonach i chwalić się jego dokonaniami. Wszyscy obecni w budynku
policjanci czekali więc na moment, gdy Brudny i Zawadzka wchodzili do
komisariatu, i w umówionym czasie utworzyli policyjny szpaler. Brudny
zdegustowany ich gówniarskim zachowaniem machnął ręką i chciał go
ominąć, ale Zawadzka chwyciła go za przegub i zmusiła do przejścia
wzdłuż szeregów. Powiedzieć, że czuł się jak skończony debil, to nic nie
powiedzieć, ale ostatecznie przyjął od wszystkich gratulacje, w swoim
stylu, na chłodno i z gburowatą miną. Tego dnia jego gruboskórność
nikogo jednak nie raziła. Razem z Zawadzką byli gwiazdami.
- A Beryl? Widziałaś, jak się zachowywał?
- Miałam wrażenie, że nie wytrzyma ciśnienia, uklęknie i w końcu zrobi
ci loda.
Brudny roześmiał się, przez co rozlał trochę kawy. Odstawił filiżankę i wytarł dłoń.
- No, odniosłem podobne wrażenie. Ale cóż, zebrał pochwały. Teraz przez
następne pół roku będzie się prężył na każdym spotkaniu na górze. W sumie mam to w dupie. Wkurwia mnie co innego.
- Co takiego?
- Mam wrażenie, że wszyscy się za mną oglądają. Nawet ta kelnerka.
Popatrz...
Zawadzka dyskretnie zerknęła przez ramię. Młoda dziewczyna stała za
barem i rozmawiała z dwiema koleżankami z pracy, co rusz energicznie
gestykulując i wskazując na stolik, przy którym siedzieli.
- Cóż, Igor... - Julka cmoknęła i westchnęła. - Teraz jesteś celebrytą.
Może zgłoś się do sto dwudziestej siódmej edycji Big Brothera? Albo do
Tańca z gwiazdami? - Ledwo powstrzymała się od śmiechu.
- Bardzo, kurwa, śmieszne. Naprawdę chcesz mnie dobić?
- Pociesz się, że Brudnego Harry'ego też w mieście wszyscy znali, a on
wciąż skutecznie łapał złoczyńców. - Posłała komisarzowi hultajski
uśmiech.
- Widzę, że dziś u ciebie cięty humorek.
- Ale co poradzisz, Igor? Musisz to zaakceptować. Stałeś się
najpopularniejszym gliniarzem w kraju i wszyscy cię znają. Infiltracja i różne tajne operacje nie wchodzą w rachubę, ale rozpoznawalność też ma
swoje dobre strony. Łatwiej ci będzie dotrzeć do ludzi, wielu chętnie
pójdzie ci na rękę, a z przesłuchiwanymi szybciej skrócisz dystans.
Zresztą popatrz na tego całego Rutkowskiego. Jego też wszyscy znają, a nie może opędzić się od kolejnych zleceń. Mało tego, zarabia na tym
krocie.
- Ech, Julka. Wiesz, że to nie w moim stylu.
- Będziesz musiał się przestawić. Po prostu.
- No nie wiem...
- Ale czego nie wiesz, Igor?
- Dobra, nieważne. Wzięłaś już jakąś sprawę?
- Na razie nie. Muszę uporządkować zaległości. Tak naprawdę nie mam
pojęcia, w co ręce włożyć. Część spraw przejął ktoś inny, reszta leży
odłogiem. Ogólny burdel w papierach.
- No, ja też...
Brudny zawiesił głos, gdy poczuł w kieszeni wibrowanie smartfona.
Wyciągnął go i spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił inspektor Romuald
Czarnecki. Odebrał.
- Dzień dobry, inspektorze.
- Dzień dobry, komisarzu.
Jeśli Brudny nie miał w swoim otoczeniu kolegów, to Czarnecki - pomimo
sporej różnicy wieku i zupełnie odmiennego rysu charakterologicznego -
stał się dla niego kimś więcej. Bez jego pomocy nie miałby szans dopaść
mordercy; bez zaufania, którym inspektor go obdarzył, być może na długie
lata trafiłby za kratki, w końcu bez jego wsparcia w kluczowym momencie
mógł stracić wszystko. Inspektor - komisarz. Wtedy tak się tytułowali i choć po szczęśliwym zakończeniu sprawy ostatecznie przeszli na ty, do
tej pory zawsze oficjalnie się witali i żegnali.
- Miło cię słyszeć, Romek.
- Ciebie również. Jak powrót do stołecznej?
- Miałem dziś pierwszy dzień i już po paru sekundach w komisariacie
chciałem wywiesić białą flagę.
- Aż tak źle?
- Dobra, przesadzam. Koledzy zrobili jakiś głupi szpaler, jakby mnie nie
znali... Ale co ci będę gadał. Lepiej powiedz, co u ciebie.
- No właśnie dzwonię, bo pomyślałem, że powinieneś dowiedzieć się tego
ode mnie, a nie z wiadomości...
Brudny poczuł, jak rośnie mu ciśnienie, a tętno przyspiesza.
- Mów.
- Mam tu kolejnego trupa. To zakonnica.
W jednej chwili przed oczyma Brudnego przeleciało całe jego życie.
Hieronimki, siostra Gwidona, ból, strach, samotność. Habit zawsze
działał na niego jak płachta na byka.
- Tylko mi nie mów, że to hieronimka.
- Nie, nie. Sprawa raczej nie ma związku z tą historią, ale wolałem cię
poinformować.
- Dzięki.
- Nie ma za co. Dodam, że w wiadomościach oficjalnie poinformują, że
zaatakowała ją sfora wilków, choć ja mam inne zdanie.
- Wilków?
- Rzeczywiście, pojawiło się w okolicy kilkanaście sztuk. Przyszły z południa kraju i trochę pomęczyły lokalnych hodowców, ale nikt nie
myślał, że mogą zaatakować człowieka.
- A teraz?
- Zwłoki zostały częściowo pożarte, i to jest fakt. Ale nie dlatego
zerwałem się z urlopu...
- Nie wiem, czy chcę to słyszeć, Romek.
- Mimo wszystko nalegam.
Brudny podniósł wzrok znad słuchawki i spojrzał spode łba na siedzącą
naprzeciwko Zawadzką. Znała to spojrzenie. Dla większości tych "złych"
było zwiastunem nadchodzących grzmotów. Jego samego nakręcało do
działania jak nic innego.
- Jesteś, Igor?
- Jestem. Mów.
- Podejrzewam, że mamy w mieście kanibala.
- Mam to traktować jako fakt?
- Jeszcze muszę potwierdzić te podejrzenia, ale wszystko na to wskazuje.
- Ty się nie mylisz, Romek, prawda?
- Powiedzmy, że korzystam z doświadczenia i policyjnego nosa.
- Coś o tym wiem.
- Do tego ta zakonnica...
- Też nie wierzę w zbiegi okoliczności...
Nastała cisza.
- Dobra, Igor. Konkretnie. Prawdopodobnie jeszcze dziś, najpóźniej
jutro, zawnioskuję o sformowanie nowej grupy dochodzeniowo-śledczej i chętnie widziałbym cię w tym gronie. Jesteś zainteresowany?
- Muszę się zastanowić.
- O Beryla się nie martw. Ja to załatwię. Masz czas na decyzję do jutra
do południa.
- Jeszcze jedno... - Brudny już wcześniej dostrzegł błysk w oku
Zawadzkiej. - Jeśli się zgodzę, to przyjeżdżam z Julią.
- Julię zawszę powitam z należytym szacunkiem.
- Przyślij mi raport z dotychczasowych ustaleń. Prześpię się z tym i dam
ci znać.
- Już masz go w skrzynce.
- Zatem do jutra, inspektorze.
- Do usłyszenia, komisarzu.
Brudny się rozłączył. Nie potrzebował czasu. Już podjął decyzję. Choć
przez ostatnie kilkadziesiąt dni sam siebie oszukiwał, czuł, że tamta
sprawa wciąż nie została zakończona. Śledztwo tak, ale nie sprawa. Nie
potrafił tego wytłumaczyć. Po prostu to czuł. Nie, był tego absolutnie
pewien.
ROZDZIAŁ 6
W poczekalni unosiła się nieprzyjemna woń, która aż gryzła w gardło.
Mieszanka przetrawionego alkoholu, dymu, stęchlizny i moczu dokuczała
wszystkim pracownikom komendy, którzy zostali oddelegowani do pracy przy
trzydziestu ośmiu potencjalnych świadkach morderstwa siostry Teresy,
dostarczonych wprost z zaimprowizowanego koczowiska przy wysypisku.
Pośród tej chmary nieszczęśników znajdowały się dwie rodziny romskie (z sześciorgiem nieletnich, dzieci te wraz z matkami od razu zostały
przejęte przez przedstawiciela opieki społecznej) i trzech afgańskich
imigrantów (którzy przypuszczalnie nie skończyli osiemnastego roku
życia), wobec czego trwały usilne próby znalezienia tłumacza
przysięgłego języka arabskiego. O pomoc poproszono Omara -
zielonogórskiego sierżanta, półkrwi Irakijczyka, ale ten uświadomił
kolegom, że w Afganistanie posługują się przede wszystkim pasztuńskim
lub dari i choć znał podstawy tego pierwszego i próbował dogadać się z imigrantami, okazało się, że w ogóle ich nie rozumie, gdyż posługują się
jakimś lokalnym dialektem, których w klanowym społeczeństwie Afganistanu
są setki.
Inspektor Czarnecki obrzucił spojrzeniem zebranych. Brudni, przybici,
wychudzeni, przestraszeni. W dziurawych łachmanach i z kubkami gorącej
kawy w trzęsących się dłoniach wyglądali koszmarnie. Czy któryś z nich
coś widział? A może wśród nich znajdował się morderca? Czy któryś z tych
biednych ludzi byłby w stanie posunąć się do zabicia siostry Teresy, aby
zaspokoić nieznośny głód? Ta hipoteza była prawdopodobna, ale Czarnecki
- choć jej oczywiście nie wykluczał - szczerze w nią powątpiewał.
Zwłaszcza teraz, kilka minut po telefonie od doktora Krzywickiego, który
rzucał na sprawę zupełnie nowe światło.
Przemykając przez poczekalnię, skinął pilnującym świadków policjantom.
Następnie ruszył korytarzem na piętro, wprost do biura komendanta
Wacława Niemca. Zapukał i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka.
- Dzień dobry, Wacławie.
- Witam cię, Romek. Nie spodziewałem się ciebie w pracy przez następny
miesiąc. Miałeś być na Zanzibarze czy się mylę?
Komendant wstał z krzesła i mężczyźni podali sobie ręce. Wacław Niemiec
był niewysokim pięćdziesięcioletnim mężczyzną o pucołowatej twarzy i problemami z łysieniem plackowatym, w związku z czym od blisko
dziesięciu lat każdego ranka golił głowę maszynką. Swego czasu był
dobrym policjantem i przeszedł wszystkie szczeble kariery, aby cztery
lata temu objąć stanowisko komendanta zielonogórskiej policji. Choć nie
był człowiekiem bez wad, jego podwładni szanowali go, bo nie należał do
karierowiczów i starał się dbać o swoich ludzi.
Niemiec ręką wskazał miejsce w rogu pomieszczenia. Dwa fotele i niewielki stolik, obok pokaźnych rozmiarów fikus. To tam przyjmował
ludzi, których cenił i szanował.
- Skupmy się na temacie.
- Jak chcesz. Kawy?
- Poproszę.
Niemiec nauczył się nie dyskutować z inspektorem. Pomimo że był jego
przełożonym, traktował go jak równego sobie. Cenił go nie tylko za
pracowitość i skuteczność, ale także za niespotykaną w tym zawodzie
kulturę i wyjątkowy wiktoriański styl, którym inspektor potrafił kupić
niemal każdego. Komendant podniósł słuchawkę i zamówił u sekretarki dwie
czarne kawy.
- Rozumiem, że sprowadza cię tu ta zakonnica... - zaczął, gdy wygodnie
rozsiedli się w fotelach.
- Cóż... zgadłeś. Choć kiedy decydowałem się na przyjazd, jeszcze nie
wiedziałem o jej śmierci.
- No, koszmarna sprawa, owszem, ale z tego, co zdążyłem się dowiedzieć,
to tu chyba nie potrzeba Herculesa Poirota, aby wyjaśnić przyczynę zgonu
i wskazać winnego.
- Mam na ten temat zupełnie inne zdanie.
- No dobra, Romek. O czym nie wiem?
- Na razie to tylko przeczucie, ale moim zdaniem to nie robota wilków.
Sądzę, że ta kobieta została zamordowana.
- Skąd taka hipoteza?
- Pewnie wiesz, że wczoraj jeden z mieszkańców przyniósł na komendę
ludzką rękę.
- No tak, ktoś przytargał jakieś kości. Materiał chyba został oddany do
zbadania.
- Owszem. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że
Robert odkrył na kościach ślady ludzkich zębów.
Komendant zmarszczył brwi i mruknął pod nosem. Rozległo się pukanie i do
środka weszła sekretarka. W szpilkach zdawała się sięgać głową framugi,
a gdy się pochyliła, aby postawić na stoliku filiżanki z kawą, rozpyliła
wokół siebie silny kwiatowy zapach nietanich perfum.
- No... to rzeczywiście zmienia postać rzeczy - skomentował Niemiec, gdy
zamknęły się drzwi za kobietą. - Ludzkie zęby... Jasna cholera. Naprawdę
nie brzmi to dobrze. Ba! To brzmi kurewsko źle.
- To nie wszystko. - Czarnecki upił łyk kawy i poprawił okulary. -
Dziesięć minut temu zadzwonił do mnie Krzywicki. Ciało na miejscu
zbrodni było pozbawione ręki, której nasi ludzie do tej pory nie
znaleźli.
- Czekaj, czekaj, Romek, bo nie nadążam. A ta, o której rozmawialiśmy?
- No właśnie. Ofiara w lesie była pozbawiona prawej ręki, a ta
odnaleziona to ręka lewa.
- Czyli... - Komendant złożył dłonie niczym do modlitwy i przyłożył do
ust. - Chcesz powiedzieć, że...
- Mamy już nie jedną, a potencjalnie dwie ofiary. Obie to kobiety i obie
prawdopodobnie zginęły w podobnym czasie.
- Kurwa mać. - Komendant nerwowo pokręcił głową. - Kurwa jego mać! -
krzyknął i wstał z fotela. - Czy ludzi w tym mieście już kompletnie
pojebało?
Czarnecki doskonale wiedział, że komendant ma dość wybuchowy charakter i nie przebiera w słowach, ale tym razem zaskoczył nawet jego. Postanowił
nie czekać na kolejne wiązanki.
- W związku z zaistniałą sytuacją chcę zawnioskować o skrócenie urlopu i sformowanie nowej grupy dochodzeniowo-śledczej. Podinspektor Zimny,
który oficjalnie przejął sprawę śmierci tej zakonnicy, nie oponuje, abym
objął dowództwo.
- Masz moje pełne poparcie, Romek. I wolną rękę - oznajmił Niemiec, po
czym znów usiadł.
- Zaproponowałem też miejsce w grupie Igorowi Brudnemu i Julii
Zawadzkiej. Chcę, abyś skontaktował się z ich przełożonym ze stolicy i poinformował go, że ich potrzebuję.
Komendant rzucił Czarneckiemu surowe spojrzenie. Wyglądał, jakby zaraz
znów miał wybuchnąć. Odetchnął głębiej i upił łyk kawy, aby się
uspokoić.
- Mogę tylko zapytać po co?
- Są mi potrzebni.
- Nie chcę tu kolejnej medialnej jatki, Romek. Brudny to teraz pieprzony
celebryta. I gdy te hieny dowiedzą się, że został włączony do śledztwa,
to nie dadzą nam spokoju.
- Komisarz Brudny jest nieodzowny.
Komendant nerwowo postukał palcami po blacie i westchnął ciężko.
Zmarszczył bujne brwi i wypuścił powietrze.
- No dobra, skoro tak twierdzisz. Tylko jeśli odwalisz jeszcze raz taki
numer jak z tym Nietkowem, to możesz być pewny, że na naganie się nie
skończy. Trzymaj się procedur, dobra?
- Będę potrzebował na wyłączność przynajmniej dwudziestu ludzi do pracy
w terenie.
- Załatwione.
- W takim razie wracam do pracy.
- Dzięki, Romek. Naprawdę doceniam, że zdecydowałeś się wrócić.
- Ech... - Czarnecki żachnął się i wstał od stołu. - Jak to się skończy,
dasz mi solidną premię. Wtedy może naprawdę wezmę żonę i polecimy na ten
Zanzibar.
Chwilę później inspektor opuścił gabinet komendanta i poszedł do swojego
biura. Tam, w obecności podinspektora Zimnego i niedawno przybyłego
doktora Krzywickiego, czekała już Anna Borucka. I nie miała dla niego
dobrych wieści.
* * *
Gdy inspektor Czarnecki wszedł do swojego gabinetu, Borucka właśnie
litowała się nad usychającą na parapecie paprotką.
- Podlałam, bo już nie mogłam patrzeć, jak woła o wodę - wytłumaczyła,
kręcąc głową z dezaprobatą.
- Dziękuję. Paprotka na pewno ci tego nie zapomni - odparł inspektor
tonem, w którym trudno było szukać jakichkolwiek emocji.
- I jak? - spytał Zimny, zmieniając temat.
- Wracam do pracy i formuję grupę. Ale to zaraz. Najpierw zrobię kawę,
bo ta pożal się Boże u komendanta w ogóle kawy nie przypomina. Czy ktoś
chce?
Kawa u komendanta dla większości pracowników jawiła się jako jedyna
"pijalna" na terenie komendy, gdyż to właśnie w sekretariacie stał
jedyny porządny automat. Czarnecki w tej kwestii był jednak
tradycjonalistą i akceptował tylko tę, którą sam sobie zrobił. Czarna,
mocna, z gruntem, bez dodatków, w ściśle wymierzonych proporcjach.
Z racji tego, że wszyscy wyrazili chęć, inspektor przygotował cztery
szklanki w koszyczkach i chwilę później zalał kawę wrzątkiem. Postawił
je na stole i usiadł.
- Potraktujmy to jako nieoficjalne spotkanie grupy. Jutro dołączy do nas
prokurator Arleta Winnicka, starszy sierżant Łukasz Warszawski oraz
aspirant Jakub Wicha i - mam nadzieję - komisarz Igor Brudny z podkomisarz Julią Zawadzką ze stołecznej.
- Brudny? - odezwali się niemal jednocześnie Borucka i Krzywicki.
- To jeden z najlepszych policjantów, jakich poznałem w życiu. A żyję i widziałem już sporo. Jeśli ktoś ma jakieś obiekcje, to słucham.
- Po prostu jestem trochę zaskoczona - wytłumaczyła się Borucka. -
Pomijam kwestię medialności, ale... ach... - Wzruszyła ramionami. - Nie mam
żadnych obiekcji. Po prostu się tego nie spodziewałam.
- A ja chętnie z nim popracuję - dodał Krzywicki. - Facet jest moim
idolem. Poważnie. - Doktor puścił oko i głupio się uśmiechnął.
- Grzegorz?
- Też uważam, że to świetny glina. Poza tym kwestia habitu nie daje mi
spokoju. Dziwny zbieg okoliczności, prawda?
Cała czwórka zebranych zgodnie pokiwała głowami. Ten argument trafiał do
każdego. Śmierć zakonnicy nieco miesiąc po ostatnich wydarzeniach, w których to właśnie słudzy Kościoła grali pierwsze skrzypce, oraz fakt,
że ponura przeszłość Brudnego tak silnie związana była z tym
środowiskiem, mogły sugerować, że istnieje jakaś zależność. Jaka? To
należało wyjaśnić i choć oczywiście mógł to być zwykły przypadek,
zebrani w pokoju jakoś w takie przypadki nie wierzyli. Należało to
sprawdzić, a komisarz wydawał się w tej sytuacji najodpowiedniejszym
człowiekiem.
- Nie skorzystamy z usług profilera? - zagadnął Zimny.
- Myślę, że pomoc Eli jest nieodzowna, ale do tej pory nie udało mi się
z nią skontaktować. Zostawiłem jej wiadomość z zaproszeniem.
- Fajnie - rzucił Krzywicki. - Stara ekipa w komplecie. No... prawie...
Czarnecki zmierzył patomorfologa ostrym spojrzeniem.
- Wolałbym, aby duch Krzysztofa Lisa nie był obecny podczas naszych
spotkań - oznajmił bezkompromisowym tonem. - Ten człowiek siedzi w areszcie i czeka na proces. W związku z tym nie chcę, aby ktokolwiek o nim wspominał, jeśli to nie będzie miało związku ze sprawą.
Wszyscy zebrani pokiwali głowami na znak, że przyjmują polecenie
przełożonego do wiadomości.
- Jeśli wszystko jasne, to myślę, że możemy zaczynać. Ustalmy, co już
wiemy. Grzegorz?
Podinspektor otworzył skoroszyt.
- Zwłoki znalezione w lesie w pobliżu Zakładu Usług Komunalnych należą
do Aliny Żywuckiej, lat sześćdziesiąt jeden, zakonnicy pełniącej posługę
w Parafii Podwyższenia Krzyża Świętego na osiedlu Juliusza Słowackiego w Zielonej Górze, bliżej znanej jako siostra Teresa. Według wstępnych
oględzin ofiara zmarła około trzech dni temu, czyli krótko przed
zgłoszeniem jej zaginięcia. Nie znamy jeszcze dokładnej przyczyny
śmierci, ale ciało jest właśnie transportowane do prosektorium.
Zimny obrzucił spojrzeniem Borucką i Krzywickiego.
- Potwierdzam - przyznała ta pierwsza. - Moi ludzie zebrali już materiał
dowodowy i skończyli prowadzić działania na zwłokach.
- Myślę, że do północy powinny odtajać, choć sekcję planuję dopiero
jutro rano - dorzucił patomorfolog. - Już teraz jednak mogę ocenić - i to przypuszczenie graniczące z pewnością - że śmierć nastąpiła wskutek
uduszenia spowodowanego dostaniem się znacznych ilości krwi do płuc
ofiary.
- Świadkowie? - Czarnecki zmrużył oczy.
- Wszystkie trzydzieści osiem osób z koczowiska przy hałdzie. Ale to
potrwa.
- Do jutra do południa chcę mieć na biurku ich zeznania.
- To może był trudne, bo nie wiem, czy do tej pory uda nam się znaleźć
tłumacza. Mówię tu zwłaszcza o tych Afgańczykach.
- Zajmij się tym osobiście, Grzegorz. Jacyś inni?
- Łukasz już wysłał ludzi w teren, ale dopóki nie dostaniemy wsparcia,
to działania operacyjne mogą się przeciągać.
- Rozmawiałem z komendantem. Obiecał dwudziestu policjantów na
wyłączność. Jeśli sierżant Warszawski jeszcze o tym nie wie, to trzeba
go natychmiast poinformować. A swoją drogą... - Czarnecki spojrzał po
swoich ludziach. - Dlaczego nie ma go z nami?
- Jest w terenie. Nie poinformowałem go o zebraniu. Wybacz, Romek.
- Nic się nie stało. - Inspektor machnął ręką. - W sumie to nieoficjalne
spotkanie. Kiedy laboratorium upora się z materiałem dowodowym? - Uwaga
Czarneckiego skupiła się na kryminalistyczce.
- Trochę to zajmie, bo mamy go całkiem sporo. Poza tym tak jak prosiłeś,
znacznie powiększyliśmy obszar poszukiwań. I muszę przyznać, że znów
miałeś nosa...
Borucka na chwilę zawiesiła głos, jakby chciała rozbudzić jeszcze
większe zainteresowanie wśród słuchaczy. Czarnecki nie skomentował,
dając jej do zrozumienia, że czeka, aż rozwinie myśl.
- Niestety większość śladów została zatarta przez padający śnieg, ale
natrafiliśmy na coś wyjątkowo ciekawego na tej leśnej drodze. Przy
okazji, to jestem trochę wkurzona, że ten teren nie został od początku
porządnie zabezpieczony, bo to właśnie w pobliżu miejsca, gdzie
parkowaliśmy samochody, Alek znalazł w zamarzniętym błocie odciski
ludzkich stóp.
- Masz na myśli butów? - dopytał Zimny.
- Stóp, Grzegorz. Stóp - odparła nieco poirytowana Borucka. - Sześć
śladów ludzkich stóp, rozmiar czterdzieści sześć. Mocno zaniedbanych, a w zasadzie zajechanych jak gumofilce gnojarza.
- Warto sprawdzić, kto nosi taki rozmiar wśród naszych gości z obozowiska - skomentował Czarnecki.
- Koniecznie, zwłaszcza że świetnie się zachowały. Alek zrobił odlew
stopy, ale dodatkowo zamówił specjalistyczny sprzęt, aby wykroić cały
fragment gruntu. Jeszcze dziś pojedzie z nim do laboratorium w Gorzowie
na szczegółowe badania.
- Ten Alek?
- Tak. Po sześciomiesięcznych warsztatach w Seattle wrócił do nas dwa
tygodnie temu.
- Dobrze mieć chłopaka z powrotem.
- Też tak uważam.
Aleksander Dobrowolski był dwudziestodziewięcioletnim traseologiem,
którego pomimo młodego wieku uważano za jednego z najlepszych ekspertów
w kraju. Jego kariera nieustannie nabierała tempa. Mały Alek kiedyś miał
inne plany, gdyż od zawsze marzył, aby być jak Indiana Jones, w związku
z czym, gdy podrósł, zdecydował się podjąć studia archeologiczne. Lubił
działać w terenie i szukać śladów wymarłych cywilizacji. I pewnie nie
zawróciłby z obranej drogi, gdyby pewnej wrześniowej nocy jego
narzeczona w drodze do domu nie została napadnięta i brutalnie zgwałcona
w polu kukurydzy przy jednej z podgorzowskich wsi. Policja, chociaż
miała wiele tropów i DNA sprawcy, niespecjalnie przykładała się do
śledztwa, a przynajmniej on tak uważał. Aleksander był jednak upartym
młodzieńcem, nie załamał się, mało tego, wziął sprawy w swoje ręce i mając pewne doświadczenie, przebadał kilkadziesiąt kilometrów
kwadratowych okolicznych pól i lasów. W końcu trafił. Ślady bieżnika i kilka całkiem dobrze zachowanych odcisków butów znajdowały się zaledwie
półtora kilometra od miejsca napaści na Agnieszkę. Kolejny tydzień
spędził na sprawdzaniu w komputerze faktury podeszew, jakie udało mu się
zabezpieczyć, i porównywaniu bieżników opon okolicznych samochodów. Był
nieugięty i w końcu namierzył właściciela sneakersów Hugo Bossa i całosezonowych opon Goodyeara od nowiutkiego audi Q7, należącego do
pewnego rozpieszczonego synalka jednego z lokalnych, wysoko sytuowanych
biznesmenów. Gdy po usilnych próbach Aleksander przekonał komisarza
prowadzącego sprawę, a ten prokuratora i sąd, aby pobrać od podejrzanego
porównawczy materiał genetyczny, po blisko ośmiu miesiącach sprawca
został ujęty. Krótko później Aleksander zrezygnował z archeologii i skupił się na studiowaniu kryminologii i kryminalistyki. Po ich
ukończeniu pracy długo szukać nie musiał.
- A pozostałe ślady? - dopytał Czarnecki.
- To znaczy?
- Mam na myśli odciski tych stóp. Czy jest możliwe odtworzenie trasy,
jaką poruszała się osoba, która je zostawiła?
- Moi ludzie próbują to zrobić, ale obfite opady znacznie utrudniają
poszukiwania. Przy prawie półmetrowej warstwie śniegu to jak szukanie
igły w stogu siana.
- A psy?
- Podobno są bezużyteczne - włączył się do rozmowy Zimny. - Rozmawiałem
z Warszawskim i twierdzi, że głupieją przy tylu śladach zapachowych
pozostawionych przez wilki. W wolnej chwili poszukałem w internecie i przeczytałem, że jeśli nie są specjalnie szkolone do polowań czy walki,
instynktownie unikają jakiegokolwiek kontaktu z tymi zwierzętami.
- Kto odpowiada za psy tropiące?
- Podkomisarz Bogdan Barański.
- Będę chciał z nim porozmawiać. Coś jeszcze?
- Pierwsze wyniki z laboratorium powinnam mieć jutro rano i wtedy będę
wiedzieć więcej - oznajmiła Borucka.
- Ja zapraszam do prosektorium - dodał Krzywicki. - Ciało już powinno
tam być, więc jak tylko coś przekąszę, to mogę rzucić okiem.
- Ja przekażę rozkazy Warszawskiemu i dopilnuję tych przesłuchań -
dorzucił Zimny.
- Dobrze. Ja wysonduję panią prokurator i... - Czarnecki skierował
spojrzenie na patomorfologa - ...o której planujesz zabrać się do sekcji?
- Tak jak mówiłem. Dopiero jutro, ale jeśli ciało dostarczono, to
chętnie poznam bliżej siostrę Teresę już dzisiaj.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki