Komisarz Brudny. Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub. Tom 1-3 - Przemysław Piotrowski

-
Proszę czekać

Roz­dział 7

Zdro­waś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą,

bło­go­sła­wio­naś Ty mię­dzy nie­wia­stami,

i bło­go­sła­wiony owoc żywota Two­jego, Jezus.

Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesz­nymi

teraz i w godzinę śmierci naszej.

Sio­stra Gwi­dona żar­li­wie się modliła. Mimo sza­cow­nego wieku sześć­dzie­się­ciu sied­miu lat wciąż peł­niła służbę w Pla­cówce Opie­kuń­czo-Wycho­waw­czej Hie­ro­ni­mek Zie­lo­no­gór­skich, zakonu słu­żeb­nic pań­skich, które na swego patrona wybrały Hie­ro­nima Emi­lia­niego, wło­skiego świę­tego, opie­kuna sie­rot i porzu­co­nych dzieci. Poświę­ciła temu całe swoje życie i do śmierci nie miała zamiaru rezy­gno­wać z misji, jaką wyzna­czył jej Bóg. Dziś, jako matka gene­ralna, drżała jed­nak przed jego gnie­wem jak ni­gdy wcze­śniej.

W nie­wiel­kiej kaplicy było duszno, ale sio­stra Gwi­dona nie prze­sta­wała żar­li­wie się modlić. W złą­czo­nych dło­niach ści­skała róża­niec, a w pal­cach z trwogą prze­kła­dała kolejne paciorki. W nie­wiel­kich witra­żach drgało świa­tło nie­spo­koj­nych pło­mieni świec. Było w nich coś zło­wiesz­czego, poru­szały się niczym pokraczne istoty z nie­zna­nego wymiaru, które pra­gną zna­leźć bramę do naszego świata. Sio­stra Gwi­dona była doświad­czoną słu­żeb­nicą Jezusa Chry­stusa i wie­działa, że świat jest grzeszny. I pełen demo­nów, któ­rych nie można uni­ce­stwić. Istot okrut­nych, bez­boż­nych, wodzą­cych ludzi na poku­sze­nie, aby ode­brać im dusze i zabrać je do pie­kła.

Ludzie nie byli świa­domi, nie rozu­mieli zagro­że­nia. Tylko oni, słu­dzy Kościoła, podej­mo­wali tę nie­równą walkę. Księża, biskupi, sio­stry zakonne od setek lat byli pod­da­wani naj­cięż­szym pró­bom, aby sta­wić czoło kro­czą­cemu złu. I choć jak wierni, któ­rych chro­nili, też cza­sem ule­gali poku­som, wie­działa, że Bóg osą­dzi ich spra­wie­dli­wie. Ich grze­chy nie mogły być trak­to­wane rów­no­waż­nie. Zbyt wiele poświę­cali, aby poma­gać bied­nym, samot­nym i nie­do­łęż­nym, aby roz­grze­szać nik­czem­ni­ków i nędz­ni­ków, aby bro­nić świat przed kró­le­stwem ciem­no­ści. Tylko Bóg miał prawo ich osą­dzić. Wyłącz­nie Bóg.

Jak Bóg ją osą­dzi? To pyta­nie zada­wała sobie ostat­nimi laty coraz czę­ściej. Znała swoje grze­chy i wie­działa, że zasłu­guje na pokutę, którą miała nadzieję gor­li­wie wypeł­nić przed prze­kro­cze­niem bram raju. Sio­stra Gwi­dona lękała się czego innego. Naj­bar­dziej bała się, że Bóg nakaże jej zapła­cić za grze­chy nie po śmierci, ale za życia.

Dziś Bóg dał jej pierw­sze ostrze­że­nie. Była tego pewna, więc żar­li­wie pro­siła Go, by zro­zu­miał ją i jej wyba­czył.

Gdy usły­szała zgrzyt zamka i świst wia­tru za uchy­lo­nymi drzwiami, wie­działa, że Bóg jed­nak wysta­wił ją na próbę. Z całych sił ści­snęła róża­niec w ocze­ki­wa­niu na przy­by­cie demona, któ­rego sama stwo­rzyła.

- Szczęść Boże, sio­stro Gwi­dono.

Matka gene­ralna zro­zu­miała, że prze­szłość wła­śnie się o nią upo­mniała.

- Szczęść Boże, Krzysz­to­fie.

- Nie mia­łem tego w pla­nach, ale chyba czas uciąć sobie dłuż­szą poga­wędkę.

- Jeśli taka jest wola Boga.

- Boga w to nie mie­szaj, sio­stro Gwi­dono. Ty ostat­nia masz do tego prawo.

Roz­dział 8

Elż­bieta Pałka była kobietą, która nie potrze­bo­wała męż­czy­zny, aby iść przez życie. Przed laty jeden z nich bar­dzo zawiódł jej zaufa­nie. Chciała mu zro­bić nie­spo­dziankę i wcze­śniej wró­ciła z Fila­del­fii, gdzie jako pierw­sza psy­cho­log kry­mi­nalna z Pol­ski ukoń­czyła słynną w świe­cie pro­fi­le­rów uczel­nię Saint Joseph's Uni­ver­sity. Jakież było zasko­cze­nie Elż­biety, gdy weszła do miesz­ka­nia, w któ­rym jej narze­czony, kan­dy­dat do oddziału anty­ter­ro­ry­stycz­nego gdań­skiej poli­cji, pie­przył jak zwie­rzę dwie kobiety o apa­ry­cji rumuń­skich tiró­wek. Cała trójka była tak sobą zajęta, że nikt jej nie zauwa­żył. A ona po pro­stu wyszła i już ni­gdy nie wró­ciła.

O dziwo nie prze­jęła się tym tak bar­dzo, jak prze­jęłaby się pew­nie więk­szość kobiet w podob­nej sytu­acji. Szybko zro­zu­miała, że ni­gdy go nie kochała, a zwią­zała się z nim tylko dla­tego, żeby lepiej wyglą­dać na rodzin­nych spo­tka­niach i nie wysłu­chi­wać kolej­nych kazań kon­ser­wa­tyw­nych rodzi­ców, któ­rzy po pierw­sze nie akcep­to­wali wybra­nej przez nią drogi życio­wej, a po dru­gie coraz czę­ściej naci­skali, aby w końcu pomy­ślała o zało­że­niu rodziny.

To zda­rze­nie uzmy­sło­wiło jej jesz­cze jedną prawdę, przed którą jako nasto­latka dość mocno się bro­niła. Elż­bieta Pałka była les­bijką. Zro­zu­miała to, gdy prze­ana­li­zo­wała swoje życie sek­su­alne, które ni­gdy nie było udane, a orgazm jawił się jako poję­cie raczej abs­trak­cyjne. Z jed­nym wyjąt­kiem. Gdy w czwar­tej kla­sie liceum upiła się w domu naj­bliż­szej przy­ja­ciółki i w pew­nym momen­cie wylą­do­wały razem w łóżku. Wtedy, po raz pierw­szy i przez dłu­gie lata jedyny, doznała praw­dzi­wego, głę­bo­kiego i nie­uda­wa­nego unie­sie­nia.

Elż­bieta Pałka porzu­ciła myśli o męż­czy­znach i sku­piła się na pracy. Przez jakiś czas zaspo­ka­jała swoje pożą­da­nie przy oka­zji oka­zjo­nal­nych ran­dek z innymi kobie­tami, w końcu zaś jedna z nich skra­dła jej serce. Justyna była wziętą malarką i nale­żała do arty­stycz­nej bohemy Trój­mia­sta, ale w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści zna­jo­mych z branży potra­fiła docho­wać wier­no­ści, mimo że przez pierw­sze trzy lata żadna nie sta­wiała takich wyma­gań. Paso­wały do sie­bie ide­al­nie i ni­gdy nie robiły sobie wyrzu­tów, a czę­ste służ­bowe wyjazdy obu kobiet tylko wzma­gały ich wza­jemne pożą­da­nie. Dzięki temu Elż­bieta w cza­sie służby mogła sku­pić się na wyko­ny­wa­nej pracy i poświę­cić się jej bez reszty. Tak jak teraz. Gdy wcho­dziła w wyna­tu­rzony umysł i ele­ment po ele­men­cie skła­dała roz­rzu­cone okru­chy w jedną całość, aby zro­zu­mieć, co moty­wuje zabójcę do dzia­ła­nia.

Docho­dziła jed­nak piąta nad ranem, a ona wciąż nie umiała zna­leźć wspól­nego mia­now­nika. Nie spała, nawet się nie wyką­pała. Sie­działa z łok­ciami opar­tymi o blat biurka, przy punk­to­wym świe­tle nie­wiel­kiej lampki i pró­bo­wała wejść w głowę Tro­chana, ale za każ­dym razem się wyco­fy­wała. Jakby mor­derca rów­nież nie spał i gdzieś tam, w swoim ponu­rym przy­bytku, naj­pierw pozwa­lał jej uchy­lić drzwi do swo­jego umy­słu, a następ­nie wyrzu­cał ją z hukiem na zbity pysk. Czuła, że mor­derca z niej drwi. Nie­mal sły­szała jego oble­śny rechot.

W tym wypadku wszystko było na opak. Pro­wa­dziła już wiele nie­ty­po­wych spraw, roz­gry­zała naj­bar­dziej wyna­tu­rzone umy­sły. Ale z czymś takim nie spo­tkała się ni­gdy, nawet w gru­ba­śnych tomi­skach, które musiała poznać pra­wie na pamięć, aby zdać egza­min na dyplo­mo­wa­nego pro­fi­lera.

Odgar­nęła za ucho czer­wony kosmyk. Chwy­ciła kubek, ale spo­strze­gła, że sięga po niego już trzeci raz. I trzeci raz z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dza, że na dnie widzi tylko fusy. Zauwa­żyła, że coraz trud­niej jej się skon­cen­tro­wać. Zmę­cze­nie nie­uchron­nie zaczy­nało dawać o sobie znać. Po raz ostatni spró­bo­wała się sku­pić. Jesz­cze raz przej­rzała notatki, prze­ana­li­zo­wała wszystko, co do tej pory usta­liła.

- Kurwa mać - zaklęła. - Kurwa jego mać. Skup się, Elka. Ten facet cię nie pokona. Nie ma takiej opcji. Roz­gry­ziesz go i jesz­cze będą pisać o tobie w pod­ręcz­ni­kach - doda­wała sobie otu­chy.

Zer­k­nęła na zega­rek. Docho­dziła szó­sta. Za oknem wyna­ję­tej kwa­tery w cen­trum mia­sta powoli nara­stał poranny har­mi­der. Sły­szała klak­sony samo­cho­dów, cha­rak­te­ry­styczny dźwięk śmie­ciarki, stu­kot obca­sów bez­i­mien­nej kobiety zmie­rza­ją­cej w jakimś jej tylko zna­nym kie­runku.

Pod­nio­sła się z krze­sła i poszła do kuchni. Nalała wody do czaj­nika, posta­wiła go na ogień i ścią­gnęła gwiz­dek. Przez moment tępo gapiła się w wymyślne wzorki na nie­wiel­kich płyt­kach nad kuchenką. Wtedy zdała sobie sprawę, że dziś już wię­cej nie wymy­śli i musi się prze­spać. Wyłą­czyła pal­nik i poszła do łazienki. Roze­brała się i z nie­sma­kiem stwier­dziła, że cuch­nie. W lustrze ujrzała zmę­czoną kobietę o coraz bar­dziej kor­pu­lent­nej figu­rze i pod­krą­żo­nych oczach.

Pie­przona Brid­get Jones, pomy­ślała. Nie­długo będzie musiała kupić sobie te wiel­kie gacie, aby przy każ­dej oka­zji nie musieć wcią­gać brzu­cha.

Odkrę­ciła wodę i wzięła gorący prysz­nic. Łazienka musiała mieć kiep­ski albo przy­tkany odpływ powie­trza, bo w jed­nej chwili zro­biło się biało. Gdy skoń­czyła, wytarła się i prze­cią­gnęła dło­nią po zapa­ro­wa­nym lustrze.

Wtedy coś mignęło jej za ple­cami. Wzdry­gnęła się. To był krótki, nie­wy­raźny ruch. Obró­ciła się i z ulgą stwier­dziła, że to tylko ręcz­nik, który zsu­nął się z porę­czy.

- Zaraz zaczniesz widzieć w lustrze psy­choli w skó­rza­nej masce... - mruk­nęła do sie­bie.

Raz jesz­cze spoj­rzała na swoje odbi­cie. Wtedy poczuła silny dreszcz pod­nie­ce­nia. Ude­rzyło to ją, jak wście­kłe tsu­nami, i w jed­nej chwili zbu­rzyło mur, który sama sobie posta­wiła. Olśniło ją. Nagle wszyst­kie puz­zle uło­żyły się w piękny, choć nie­zwy­kły obraz jedy­nego w swoim rodzaju seryj­nego mor­dercy.

Chwilę póź­niej pro­fi­ler Elż­bieta Pałka ubie­rała się i nakła­dała maki­jaż, bo miała w pla­nach wsiąść w samo­chód i poje­chać potwier­dzić swoją teo­rię.

Weszła!

Była tego pra­wie pewna.

Roz­dział 9

Fetor roz­kła­da­ją­cego się ciała był odra­ża­jący. Inspek­tor Czar­necki przy­ło­żył do nosa chu­s­teczkę i nachy­lił się, aby jesz­cze dokład­niej przyj­rzeć się napuch­nię­tym zwło­kom.

- A gdzie głowa? - zapy­tał pod­in­spek­tora Zim­nego.

- Jesz­cze nie zna­leź­li­śmy, ale nur­ko­wie pra­cują bez ustanku.

Czar­necki przez moment oglą­dał ciało denata. Zwłoki wciąż leżały w mule, a z otwar­tej szyi i jamy brzusz­nej co rusz wycho­dziło jakieś drobne rzeczne robac­two. W końcu z tru­dem wycią­gnął nogi z błota i odszedł kilka metrów w głąb lądu, aby zaczerp­nąć odro­binę powie­trza. Choć pra­co­wał w tym zawo­dzie tyle lat, ni­gdy nie przy­wyk­nął do tego smrodu. Na samą myśl, że jedzie na oglę­dziny zwłok, zaczy­nał boleć go żołą­dek.

Gdy wziął kilka głęb­szych wde­chów, omiótł wzro­kiem naj­bliż­szą oko­licę. Pora­nek nad Odrą był rześki, a słońce nie­śmiało wyglą­dało zza drzew po prze­ciw­le­głej stro­nie rzeki. Dookoła uwi­jało się kil­ku­dzie­się­ciu ludzi: tech­ni­ków, nur­ków, poli­cjan­tów z psami tro­pią­cymi, na wale poja­wił się też pro­ku­ra­tor, który wła­śnie przy­mie­rzał zie­lone wodery. Krzysz­tof, jak zwy­kle spóź­niony, naj­pierw musiał wypić kawę i prze­czy­tać gazetę.

W ocze­ki­wa­niu na pro­ku­ra­tora inspek­tor namie­rzył pato­mor­fo­loga, który chwi­lowo znik­nął mu z pola widze­nia. Miał obfitą, siwą brodę, nazy­wał się Robert Krzy­wicki i był naj­wy­bit­niej­szym fachow­cem medy­cyny sądo­wej, jakiego Czar­necki poznał w życiu.

- Jak długo zwłoki znaj­do­wały się pod wodą? - zagad­nął.

- Mini­mum sie­dem­dzie­siąt dwie godziny. Rybki już się nimi zajęły, ale to bez dwóch zdań jeden z naszych. Ma otwartą klatkę pier­siową i jamę brzuszną, a do tego jest pozba­wiony serca i wątroby. Dodam, że nawet cał­kiem fachowo.

- Dasz radę okre­ślić czas zgonu?

- Leżał w mule i już zro­bił się dość śli­ski, ale powie­dział­bym, że od pię­ciu do sied­miu dni. Będę bar­dziej pre­cy­zyjny po sek­cji.

- Kiedy mogę się spo­dzie­wać raportu?

- Jak przy­śle­cie mi tego ancy­mona.

Czar­necki przy­tak­nął i zwró­cił się w stronę grzę­zną­cego w roz­mo­kłym grun­cie pro­ku­ra­tora. W zie­lo­nych wode­rach na szel­kach i sza­rej mary­narce wyglą­dał komicz­nie, choć nikomu na miej­scu do śmie­chu nie było.

- Kawa wypita?

- Daj spo­kój z tą iro­nią, Romek. Mia­łem ciężką noc.

- Dobra, nawet nie pytam.

- To jeden z naszych?

- Tak, wszystko wska­zuje, że to zwłoki tego budow­lańca z Sule­chowa, nie­ja­kiego Zdzi­sława Boru­cha.

- Czyli nasz mor­derca nie jest aż taki sprytny.

- Albo chciał, żeby­śmy go zna­leźli.

- A co z dru­gim?

- Psy zła­pały trop, więc pew­nie jest gdzieś nie­da­leko. Może nurt porwał go kawa­łek dalej.

- To prawda, że sprawca ode­rżnął mu kutasa?

- Nie­stety, tak.

- Jasna cho­lera. Takie gówno w naszym mie­ście. Aż nie chce się wie­rzyć... - Pro­ku­ra­tor zasę­pił się na chwilę. - Ktoś już roz­ma­wiał z miej­sco­wymi?

- Grze­gorz roz­dy­spo­no­wał ludzi. Cho­dzą od domu do domu.

- Dobra, pokaż mi tego trupa.

- Tam leży. Ja już się naoglą­da­łem. Nic przy­jem­nego.

Czar­necki odpro­wa­dził pro­ku­ra­tora wzro­kiem, po czym ruszył wąską ścieżką w wyso­kich tra­wach w stronę grupy nur­ków, któ­rych kolejna zmiana szy­ko­wała się do pracy. Chciał ich zaga­dać, pochwa­lić, ale zde­cy­do­wał, że nie będzie zabie­rał im cen­nego czasu, i skie­ro­wał się do grupy tech­ni­ków na czwo­ra­kach szu­ka­ją­cych w ziemi śla­dów, które mógł pozo­sta­wić sprawca. Teren był ogro­dzony. Inspek­tor pod­szedł do nad­zo­ru­ją­cej swo­ich ludzi Anny Boruc­kiej.

- Macie coś?

- I to cał­kiem sporo. Facet nie należy do pedan­tów, jeśli tak to można ująć. Nawet nie pró­bo­wał ukryć swo­ich śla­dów.

- A kon­kret­niej?

- Odcisk buta, stare resztki z row­ków na pode­szwie, bież­nik opony, nawet nie­do­pa­łek papie­rosa. No i tro­chę włó­kien, któ­rych więk­szość jest taka sama. Na pewno będę miała co robić. Jesz­cze dziś spo­rzą­dzę wstępny raport.

- Co pod­po­wiada ci doświad­cze­nie?

- Pytasz, czy to ten Tro­chan?

- No...

- Moim zda­niem to do niego w ogóle nie pasuje. Zresztą to by było za pro­ste.

- Mówi­łaś, że nawet nie pró­bo­wał ukryć swo­ich śla­dów. Może mu na tym nie zależy. Może od początku chce, żeby­śmy wie­dzieli, kim jest.

- W porządku, nawet roz­miar buta się zga­dza. Ale choćby te ślady po pode­szwie. Popatrz... - Borucka wska­zała wyraźny odcisk w gli­nia­stym frag­men­cie pod­łoża. - To jakieś gumiaki albo robo­cze buciory, a do tego stare i scho­dzone, nawet fak­tura pode­szwy jest nie­równa i starta. Myślisz, że Tro­chan nosiłby takie buci­ska? Niby skąd miałby je wytrza­snąć? Taki czło­wiek jak on w potrze­bie kupuje nowe.

- Może lubi węd­ko­wać?

- Może...

Borucka ścią­gnęła gumowe ręka­wiczki i prze­tarła czoło wierz­chem dłoni.

- Jesteś na nie? - zagad­nął inspek­tor.

- Nie wiem, Romek. To już chyba twoja działka. Ale jeśli pytasz mnie o zda­nie, to ci odpo­wia­dam. Moim zda­niem to nie ten dok­to­rek.

- Dzięki, Aniu. Świetna robota.

- Robię swoje.

- Jak zawsze.

Inspek­tor rzu­cił Boruc­kiej szel­mow­ski uśmiech i odwró­cił się w stronę rzeki. Pro­ku­ra­tor wła­śnie wal­czył, aby wydo­stać się z grzę­za­wi­ska, co w wyso­kich i cięż­kich wode­rach nie nale­żało do rze­czy pro­stych. Gdy w pew­nym momen­cie noga utknęła mu na dobre, a on musiał pode­przeć się, aby nie runąć twa­rzą w błoto, dało się sły­szeć zdła­wione "kurwa mać".

W końcu pro­ku­ra­tor Lis podo­łał wyzwa­niu i choć nie wyszedł z tej próby bez szwanku, dotarł na tward­szy grunt.

- Dla­czego zawsze te sukin­syny muszą porzu­cać zwłoki w takich miej­scach? - wysy­czał przez zęby. - Masz jakieś chu­s­teczki, Romek?

- A dla­czego pro­ku­ra­tor zawsze przy­jeż­dża w takie miej­sca w gar­ni­tu­rze i bez chu­s­te­czek?

- Nie wkur­wiaj mnie, Romek. Masz je czy nie?

- Trzy­maj.

Inspek­tor wrę­czył mu paczkę jed­no­ra­zó­wek, a Lis od razu wycią­gnął wszyst­kie i zaczął czy­ścić upać­kane bło­tem i trawą dło­nie. Gdy skoń­czył, upchnął chu­s­teczki z powro­tem do folii i zabrał się do odpi­na­nia sze­lek od wode­rów.

- Przy­naj­mniej będzie o czym mówić na kon­fe­ren­cji - sko­men­to­wał, gdy uwol­nił się od zie­lo­nych gumow­ców.

- Wciąż nie mamy motywu.

- Doko­piemy się. A spraw­dzi­łeś tego Brud­nego?

- Podobno dobry glina. Może tro­chę eks­cen­tryczny, ale świetny facho­wiec.

- A prze­szłość? Jeśli to rze­czy­wi­ście brat tego Tro­chana, to może jest coś, o czym wciąż nie wiemy. Sam widzisz, że to tro­chę dziwne, bo temu dok­tor­kowi to chyba niczego w życiu nie bra­ko­wało.

- Pogrze­ba­łem oso­bi­ście, bo facet mnie zain­try­go­wał. Tak, ten Brudny to cie­kawy przy­pa­dek. Po raz pierw­szy poja­wia się w sys­te­mie dopiero po ukoń­cze­niu osiem­na­stego roku życia, a dokład­nie w war­szaw­skiej szkole poli­cyj­nej. Wcze­śniej pustka. Nawet aktu uro­dze­nia. Tak jakby komuś zale­żało, aby jego prze­szłość zacho­wać w tajem­nicy. Wrócę do tematu, jak upo­ram się z tym... - Czar­necki kiw­nął w stronę rzeki.

- Ja bym go nie lek­ce­wa­żył.

- Nie lek­ce­ważę.

Roz­le­gły się głosy. Na lewo, w dole rzeki. Szcze­ka­nie i nawo­ły­wa­nia. Wśród ekipy poszu­ki­waw­czej nastą­piło wyraźne poru­sze­nie. Czar­necki powiódł wzro­kiem w tę stronę. Kilku funk­cjo­na­riu­szy truch­tało w kie­runku zaro­śnię­tego frag­mentu jed­nej z rzecz­nych ostróg, gdzie sku­piło się już trzech innych z psami. Inspek­tor zmru­żył oczy, gdy słońce nagle wzbiło się ponad koronę jed­nego z dębów i cisnęło pro­mie­niami nie­mal dokład­nie w tam­ten punkt.

- Mamy dru­giego! - roz­nio­sło się po rzece.

Czar­necki spoj­rzał z poli­to­wa­niem na pro­ku­ra­tora.

- Wkła­daj wodery, Krzysz­tof. Czas naj­wyż­szy przy­wi­tać się z panem Kowal­skim.

- Chuj nie robota - wark­nął pro­ku­ra­tor i poszu­kał wzro­kiem zie­lo­nych gumow­ców. - A mogłem zostać komor­ni­kiem...

- Mnie byś nie poznał...

- Daj spo­kój.

Kilka chwil póź­niej obaj męż­czyźni prze­dzie­rali się przez pod­mo­kłe chasz­cze, a ptaki śpie­wały, jak zawsze gdy nad Odrą wscho­dziło cie­płe słońce. Kawa­łek dalej bez­głowe zwłoki Zenona Kowal­skiego poże­rało robac­two.

* * *

Inspek­tor Czar­necki zro­bił sobie czwartą tego dnia kawę. Wkrótce po obej­rze­niu dru­giego nie­bosz­czyka poje­chał do domu. Wyką­pał się, zjadł jajecz­nicę i wró­cił na komendę. Prze­su­nął kon­fe­ren­cję pra­sową na szes­na­stą, aby wcze­śniej móc poroz­ma­wiać ze swoim zespo­łem. Spo­tka­nie odby­wało się w nie­peł­nej obsa­dzie, ponie­waż po odna­le­zie­niu zwłok ludzie mieli co robić. Naj­dłu­żej Czar­necki roz­ma­wiał z psy­cho­lo­giem poli­cyj­nym Elż­bietą Pałką oraz młod­szym aspi­ran­tem Jaku­bem Wichą odpo­wie­dzial­nym za zro­bie­nie wywiadu z miesz­kań­cami Wie­lo­bło­tów (i kilku przy­le­głych wio­sek), w któ­rych oko­licy zostały zna­le­zione ciała obu ofiar.

- Czego się dowie­dzia­łeś, Jakub?

- Czte­rech ludzi cały czas jest w tere­nie, w tym Łukasz. Do tej pory udało nam się prze­słu­chać około czter­dzie­stu miesz­kań­ców Wie­lo­bło­tów i Łazu. A został jesz­cze Zabór, Drosz­ków, Przy­tok i Mil­sko, w któ­rym jest prze­prawa pro­mowa. A to i tak nie wszystko...

- Dobrze, Jakub, ale ja się pytam, czy cze­goś się już dowie­dzia­łeś...

- Prze­pra­szam, sze­fie. Już mówię. Na razie słabo, kla­syczne "nic nie widzia­łem, nic nie sły­sza­łem". Ale oso­bi­ście pomę­czy­łem jed­nego pijaczka, bo mówił coś o kłu­sow­ni­kach, któ­rzy nocami rzu­cają sieci w tym zakolu, gdzie zna­le­ziono ciała. A tam podobno zawsze ryba jest. Może oni coś widzieli...

- Jakieś nazwi­ska?

- Nie, ale kłu­sow­ni­ków namie­rzymy szybko.

- Coś jesz­cze?

- Pomię­dzy Łazem a Wie­lo­bło­tami jakiś dzie­ciak widział około trze­ciej nad ranem ciemne kombi, ale po pierw­sze był pijany, a po dru­gie naj­praw­do­po­dob­niej pod wpły­wem mari­hu­any.

- Zna­leź­li­ście coś?

- Miał przy sobie cał­kiem sporo. Raczej za mało na sprze­daż, ale widać, że chło­pak dużo pali. Tro­chę go postra­szy­li­śmy, dla­tego się wyga­dał. Ale nie dał­bym sobie głowy uciąć, że nie ściem­nia.

- Jest peł­no­letni?

- Dwa­dzie­ścia dwa lata.

- Zatrzy­maj go za posia­da­nie i przy­ślij do mnie jak naj­szyb­ciej.

- Prze­każę Łuka­szowi.

- Coś jesz­cze?

- Na razie wszystko.

- Ela? - Czar­necki odwró­cił się do pro­fi­lerki.

Kobieta o rudych, pro­stych wło­sach z grzywką popra­wiła oku­lary i się­gnęła po prze­zro­czy­stą teczkę z papie­rami. Zało­żyła nogę na nogę i otwo­rzyła doku­men­ta­cję.

- Od razu powiem, że to dość nie­ty­powa sytu­acja, bo czy­sto teo­re­tycz­nie mamy już podej­rza­nego i wiemy, kim jest, a w takich spra­wach moja obec­ność jest w zasa­dzie zbędna. Ale po głę­bo­kiej ana­li­zie oso­bo­wo­ści pana Tro­chana oraz opie­ra­jąc się na spo­so­bie, w jaki ofiary zostały zamor­do­wane, jed­no­znacz­nie stwier­dzam, że pro­fil sprawcy kom­plet­nie nie pasuje do podej­rza­nego.

W biu­rze Czar­nec­kiego zale­gła cisza, wszy­scy cze­kali na roz­wi­nię­cie i uza­sad­nie­nie. Pałka kon­ty­nu­owała:

- Skąd takie wnio­ski? Po pierw­sze pro­fil mor­dercy. To biały męż­czy­zna mię­dzy trzy­dzie­stym a czter­dzie­stym pią­tym rokiem życia, wycho­wany w aspo­łecz­nej, pato­lo­gicz­nej rodzi­nie, z ojcem alko­ho­li­kiem, który z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa go bił i gwał­cił. Słabe wykształ­ce­nie, niska samo­ocena, do tego orien­ta­cja sek­su­alna raczej homo. Bez sta­łej pracy.

- Cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo dok­tora Tro­chana.

- Wła­śnie.

- Dla­czego ofiary były pozba­wione głów i czemu wyciął im narządy?

- Sprawca mógł zabrać głowy jako tro­fea, a narządy wyciął praw­do­po­dob­nie jesz­cze przed śmier­cią. Tor­tu­ro­wał ofiary, pastwił się nad nimi, żywił się ich stra­chem. Muty­la­cja ciała cha­rak­te­ry­zuje naj­bar­dziej sady­styczne jed­nostki. Naj­bli­żej mu do tak zwa­nego maniaka mocy i wła­dzy, który odczuwa przy­jem­ność tylko wtedy, gdy ma abso­lutną kon­trolę nad zdo­mi­no­waną przez sie­bie ofiarą. Kla­syczne przy­kłady to słynny klaun John Wayne Gacy czy nie mniej znany kani­bal z Mil­wau­kee, Jef­frey Dah­mer, któ­rzy zresztą też zabi­jali męż­czyzn. Ogól­nie mor­dercy tego typu to wyjąt­kowe sukin­syny.

- Dla­czego wysta­wił narządy wewnętrzne na widok publiczny w cen­trum mia­sta?

- Ma bar­dzo niską samo­ocenę i pra­gnie być doce­niony. Pra­gnie uwagi. Dla­tego będzie się z nami bawił i ofi­cjal­nie zapra­sza na wido­wi­sko. Mimo że poprzez spo­sób porzu­ce­nia zwłok i pozo­sta­wie­nie masy śla­dów pró­buje przed­sta­wić się jako typ "nie­zor­ga­ni­zo­wany", uwa­żam, że wszystko bar­dzo dokład­nie zapla­no­wał. Prze­cież ukła­da­jąc tro­fea przy tych figur­kach, prak­tycz­nie podał nam na tacy toż­sa­mość ofiar.

- A same ofiary? Dla­czego wła­śnie ci męż­czyźni?

- Nie wyklu­czam przy­padku, ale sądzę, że wybrał ich z jakie­goś kon­kret­nego powodu. Obaj byli w podob­nym wieku, pocho­dzili raczej z nizin spo­łecz­nych i nad­uży­wali alko­holu. Mieli też wyraźną nad­wagę i nosili brody. Sądzę, że przy­po­mi­nali sprawcy ojca, któ­rego pośmiert­nie karze. I chce poka­zać światu, kim był, zanim umarł. Z dużym praw­do­po­do­bień­stwem mor­derca wyszedł z cie­nia ojca tyrana, ewen­tu­al­nie matki, i wybił się na samo­dziel­ność dopiero po jego czy też jej śmierci. Warto spraw­dzić nekro­logi z ostat­niego roku.

- To cie­kawy trop. Pod­kreśl to, Janusz. - Czar­necki skie­ro­wał czu­bek swo­jego dłu­go­pisu w kie­runku pro­to­ko­lanta.

- Jaką więc rolę odgrywa w tym wszyst­kim dok­tor Tro­chan?

- Tego nie wiem. Nie spo­tka­łam się jesz­cze z takim przy­pad­kiem w całej swo­jej karie­rze, nawet w pod­ręcz­ni­kach. To novum, ale jeśli mia­ła­bym opie­rać się na doświad­cze­niu i wie­dzy z zakresu psy­cho­lo­gii i psy­chia­trii, to powie­dzia­ła­bym, że wybrał czło­wieka w podob­nym wieku, może nawet tym samym, ale swoje cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo. Aby go uka­rać. Za to, że miał piękne dzie­ciń­stwo, że odniósł suk­ces, że ma cudowną rodzinę. Pyta­nie, na które nie potra­fię odpo­wie­dzieć, brzmi, jak, do jasnej cho­lery, zmu­sił go do współ­pracy.

Wszy­scy zebrani, łącz­nie z Czar­nec­kim, poki­wali gło­wami w peł­nym zro­zu­mie­niu i lek­kiej zadu­mie.

- Chyba że... - Pałka unio­sła palec, a inspek­tor obrzu­cił ją cie­kaw­skim spoj­rze­niem. - Chyba że cho­roba Tro­chana się roz­wi­nęła...

- Ela...?

- Brzy­twa Ockhama. Pomy­śla­łam, że może warto spraw­dzić naj­bar­dziej oczy­wi­ste roz­wią­za­nia. A skoro mamy go na kame­rach...?

- Ela... jaka cho­roba?

- Zało­ży­łam więc, zupeł­nie hipo­te­tycz­nie, że wbrew pro­fi­lowi, który stwo­rzy­łam, mor­dercą rze­czy­wi­ście jest dok­tor Tro­chan. Całą noc zasta­na­wia­łam się, co skło­ni­łoby czło­wieka jego pokroju do takich czy­nów. Zro­zu­mia­łam, że jest tylko jedna moż­li­wość. Tro­chan musi być chory.

- Spraw­dza­li­śmy histo­rię jego cho­rób. Nie ma tam słowa o jakiej­kol­wiek cho­ro­bie psy­chicz­nej.

- Czy­ta­łam te akta, ale musia­łam się upew­nić. Dziś rano poje­cha­łam do jego matki i zagra­łam va bank. Powie­dzia­łam jej, że wiemy już wszystko o jego scho­rze­niu i lepiej, żeby niczego wię­cej przed nami nie ukry­wała.

Na twa­rzach zebra­nych można było dostrzec, jak począt­kowa cie­ka­wość prze­cho­dzi w zdu­mie­nie, a na końcu w podziw.

- Prze­stra­szyła się i przy­znała, że syn miał w mło­do­ści pro­blemy z psy­chiką, a nawet podej­rze­nie schi­zo­fre­nii, ale ojciec, wysoko posta­wiony par­tyj­niak, posta­rał się, aby ni­gdy nie ujrzały świa­tła dzien­nego. Sam był leka­rzem i miał ambi­cje, aby syn poszedł w jego ślady.

- Jakie miał objawy?

- Podobno Tro­chan widy­wał jakiś cień czy postać bez twa­rzy, która go prze­śla­do­wała. I to nie tylko w snach. Bał się jej tak bar­dzo, że nie chciał spać, cho­dzić samemu do piw­nicy, a nawet prze­glą­dać się w lustrze. Moczył się do pięt­na­stego roku życia. Poja­wiło się nawet podej­rze­nie schi­zo­fre­nii para­no­idal­nej, ale w pew­nym momen­cie, około osiem­na­stego roku życia, objawy ustą­piły. Wtedy ojciec słono zapła­cił, aby histo­ria cho­roby wypa­ro­wała.

Elż­bieta Pałka stuk­nęła dłu­go­pi­sem w doku­men­ta­cję i odło­żyła ją na blat stołu. Pierw­szy brawo zaczął bić pro­ku­ra­tor Lis, a chwilę póź­niej dołą­czyli do niego pozo­stali.

- Ela... jesteś pie­przoną bogi­nią psy­cho­ana­lizy - syk­nął przez zęby i jesz­cze ener­gicz­niej zaczął kla­skać.

- Dobrze już, bez takich tek­stów, pro­szę. - Czar­necki posta­no­wił zapa­no­wać nad wzbie­ra­jącą eufo­rią, a gdy emo­cje nieco opa­dły, kon­ty­nu­ował: - Ela... jestem pod wiel­kim wra­że­niem, ale takie akcje powin­naś naj­pierw skon­sul­to­wać ze mną. To było duże ryzyko, bo gdy­byś jed­nak nie miała racji, matka Tro­chana mogłaby nas póź­niej zamę­czyć oskar­że­niami. Ale, do dia­bła, wyba­czam ci. Maj­stersz­tyk. Mistrzow­ska robota.

- To był impuls, Romek. Prze­pra­szam, to już się nie powtó­rzy.

- Jasne, skupmy się już na pracy. Te rewe­la­cje tłu­ma­czą jesz­cze kilka innych rze­czy - rzekł nieco zasę­piony Czar­necki. - Po pierw­sze podwójny pro­fil mor­dercy. Typ "zor­ga­ni­zo­wany", czyli wypisz wyma­luj Tro­chan, który mógł przy­go­to­wać dokładny plan czy fachowo wyciąć narządy wewnętrzne, z typem "niezor­ga­ni­zo­wanym", spro­filowanym przez Elę, nie­chluj­nym, pozo­sta­wia­ją­cym masę śla­dów sady­stą. Dobrze kom­bi­nuję, Elu?

- Wła­śnie tak.

- Pozo­staje kwe­stia, dla­czego Tro­chan, przyj­mu­jąc natu­ralną postać dok­tora, po pro­stu nie wró­cił do domu.

- Gdy w pew­nym momen­cie silne alter ego przej­muje wła­dzę nad umy­słem cho­rego, bywa, że w pewien spo­sób ubez­wła­sno­wol­nia poprzed­nie. Można powie­dzieć, że gdy poja­wiają się prze­bły­ski sta­rego Tro­chana, druga oso­bo­wość zaciąga hamu­lec ręczny, zakłada cho­mąto i nie pozwala jej nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Tak jakby umysł nale­żał do dok­tora Tro­chana, a ciało do jego alter ego. Chciałby coś zro­bić, ale nie może, nie panuje nad odru­chami. Znane są przy­padki ludzi o oso­bo­wo­ści mno­giej, któ­rzy zda­wali sobie sprawę ze swo­jej cho­roby i czu­jąc, że nad­cho­dzi zmiana, zamy­kali się w celach albo przy­ku­wali do ściany.

- Czyli wal­czymy z pro­fe­sjo­nal­nym waria­tem? - zagad­nął Lis.

- Oso­bi­ście tak bym tego nie ujęła, ale... ow­szem... coś w tym stylu.

- Romek, mówi­łeś o kilku rze­czach. Co jesz­cze mia­łeś na myśli? - zapy­tał coraz bar­dziej pod­eks­cy­to­wany pro­ku­ra­tor.

- Brud­nego.

- Brud­nego?

- Jesz­cze nie wszy­scy wie­dzą, więc warto was ostrzec. Spraw­dzi­łem komi­sa­rza Igora Brud­nego i ow­szem w War­sza­wie ma renomę twar­dego i sku­tecz­nego gli­nia­rza, ale pro­blem poja­wił się, gdy chcia­łem odna­leźć infor­ma­cje z jego dzie­ciń­stwa. Oka­zało się, że przed osiem­na­stym rokiem życia, czyli krótko przed wstą­pie­niem do szkoły poli­cyj­nej, Brudny nie ist­nieje. Nie ma na jego temat żad­nej wzmianki. Nawet cho­ler­nego aktu uro­dze­nia.

- I...

- Skoro Brudny jest bra­tem bliź­nia­kiem Tro­chana, to ojciec mógł zro­bić to samo. Jeśli zapła­cił za znik­nię­cie histo­rii cho­roby jed­nego syna, to mógł zadbać o to, aby znik­nęły papiery dru­giego. Pyta­nie brzmi: dla­czego i co spo­wo­do­wało, że Brudny nie wycho­wy­wał się z bra­tem.

- Cho­roba?

- Nie­wy­klu­czone. Prze­cież to bliź­niacy. Na tyle się na tym nie znam, ale czy jed­no­ja­jowi nie mają takiej samej puli genów? Ela? - Czar­necki nie­znacz­nie obró­cił się na krze­śle w kie­runku pro­fi­lerki.

- Jak naj­bar­dziej. Ist­nieje też spore praw­do­po­do­bień­stwo, że mogą prze­ja­wiać objawy tej samej cho­roby psy­chicz­nej.

- Brudny miał opi­nię dobrego, acz­kol­wiek dość eks­cen­trycz­nego gliny...

- Ja pier­dolę... - jęk­nął pro­ku­ra­tor.

- To jesz­cze niczego nie prze­są­dza, ale skoro cho­roba nagle powró­ciła u Tro­chana, to nie­wy­klu­czone, że ujawni się u Brud­nego - dodała Pałka.

- Tu już posu­wamy się za daleko. To czy­ste gdy­ba­nie. Ale okej, ja zajmę się Brud­nym, a ty, Grze­gorz... - czu­bek dłu­go­pisu tym razem powę­dro­wał w stronę pod­in­spek­tora Zim­nego - ...namierz tego leka­rza, który zaj­mo­wał się Tro­cha­nem. Może zacho­wał coś dla...

- Już o tym pomy­śla­łam - wtrą­ciła się Pałka. - Nie­stety, facet nie żyje od pię­ciu lat, a jego prak­tyka prze­stała ist­nieć.

- A matka Tro­chana? Uwa­żasz, że coś może mieć?

- Zapy­ta­łam, ale odparła, że nie wni­kała w dzia­ła­nia męża i ni­gdy nie widziała na oczy doku­men­tów syna. Była dość roz­trzę­siona, ale według mnie mówiła szcze­rze. Wąt­pię, aby coś ukry­wała.

- Mam zor­ga­ni­zo­wać nakaz? - włą­czył się Lis.

- Na razie nie. Nie dzia­łajmy w pośpie­chu - odparł Czar­necki. - Musimy być bar­dzo ostrożni. Nie chcę, aby media ska­zały Tro­chana przed koń­cem śledz­twa. I tak już prze­gi­nają z tymi Wam­pi­rami i Rzeź­ni­kami. W każ­dym razie w tej chwili ani słowa o tej cho­ro­bie, bo w mie­ście roz­pęta się pie­kło. Naj­pierw musimy to dokład­nie spraw­dzić.

- Co z Brud­nym?

- Tak jak powie­dzia­łem, zostaw­cie go mnie. Dziś jestem z nim umó­wiony, bo mie­li­śmy poin­for­mo­wać media o jego ist­nie­niu, ale teraz, cho­lera, sam nie wiem, czy to dobry pomysł.

- Pamię­taj, że dosta­li­śmy już kil­ka­na­ście zgło­szeń, że ktoś podobny do podej­rza­nego był widziany w mie­ście i oko­li­cach - dorzu­cił Zimny.

- Tak, wiem, ale więk­szość to lipa. Pamię­ta­cie gwał­ci­ciela z jesieni dwa tysiące dzie­sią­tego? Jakiś pseu­do­dzien­ni­karz wykre­ował Wam­pira i tele­fony też się ury­wały, a oka­zało się, że to wszystko jedna wielka bujda. Nie chcę powtórki z roz­rywki. W każ­dym razie mam na Brud­nego oko i wiem, gdzie się kręci. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent tych tele­fo­nów zostało wyko­na­nych z miejsc, w któ­rych na pewno się nie poja­wił.

- To cwany gość. Pew­nie zdaje sobie sprawę, że docze­pi­li­śmy mu ogon.

- W to nie wąt­pię. Ale nie róbmy sobie wro­gów, jeśli nie musimy. Na razie brak dowo­dów, że ma wobec nas nie­cne zamiary. W każ­dym razie dziś spró­buję go wyba­dać. Ma tu być za godzinę.

Gdy pro­wa­dzący śledz­two Romu­ald Czar­necki wyma­wiał te słowa, komi­sarz Igor Brudny brał wła­śnie gorącą kąpiel i zasta­na­wiał się nad reali­za­cją szcze­gó­ło­wego planu dzia­ła­nia. Ale naj­pierw miał zamiar inspek­tora wyba­dać. I spraw­dzić, czy on też już wie.

Roz­dział 10

Igor Brudny wszedł do biura Czar­nec­kiego pew­nym kro­kiem. Inspek­tor przy­wi­tał się w swoim stylu, moc­nym uści­skiem dłoni i wymow­nym spoj­rze­niem. Zapro­sił gościa do stołu, przy któ­rym stał tale­rzyk z cia­stecz­kami na wagę.

- Życzy pan sobie kawy, komi­sa­rzu Brudny?

- Popro­szę. Czarna, mocna, bez cukru.

Inspek­tor nasta­wił czaj­nik elek­tryczny i wsy­pał do szkla­nek zmie­lone ziarna.

- Nie ma mi pan za złe, że kaza­łem pana śle­dzić?

- Nie. Spo­dzie­wa­łem się tego. Postą­pił­bym tak samo na pana miej­scu.

- To dobrze. Nie wszy­scy ze zro­zu­mie­niem pod­cho­dzą do pew­nych dzia­łań, które w grun­cie rze­czy są oczy­wi­ste.

- Cóż... jakoś sie­bie zno­simy...

Woda w czaj­niku zaczęła bul­go­tać. Czar­necki zalał obie szklanki, zamie­szał i jedną wrę­czył Brud­nemu.

- To jak, panie komi­sa­rzu? Odkry­wamy karty?

- To zależy, czy ma pan jakieś asy w ręka­wie.

- Każdy dobry gracz ma asa w ręka­wie.

- Raczej dobry szar­la­tan.

Czar­necki uśmiech­nął się pół­gęb­kiem i upił łyk kawy.

- Jeden zero dla pana, komi­sa­rzu.

- Nie przy­sze­dłem tu grać. Chcę wie­dzieć, czy nasza umowa jest dalej aktu­alna i mogę liczyć na pana pomoc.

- Nasza umowa jest aktu­alna, o ile usły­szę, o czym pan roz­ma­wiał z żoną dok­tora Tro­chana.

- Niczego kon­kret­nego odno­śnie do sprawy się nie dowie­dzia­łem. Ale jeśli chce pan znać szcze­góły, to naj­pierw dosta­łem parę cału­sów, potem kilka cio­sów na głowę, następ­nie kawę i tro­chę opo­wie­ści o niczym. W skró­cie, według pani Tro­chan mąż też nic nie wie­dział na temat ist­nie­nia brata bliź­niaka, prócz tego nie miał wro­gów ani pro­ble­mów finan­so­wych. I oczy­wi­ście nie wie­rzy w jego winę.

- To wszystko?

- Zapo­mniał­bym, pani Tro­chan wrę­czyła mi trzy albumy z dzie­ciń­stwa męża. Wie pan...

- Tak...

- Mogę zapa­lić?

- Przy­kro mi, ale nie. Dziś to nie wczo­raj.

Brudny stra­cił kon­takt wzro­kowy z inspek­to­rem i odwró­cił się w kie­runku samot­nej paprotki, która stała na para­pe­cie i lito­ści­wie bła­gała o odro­binę wody. Obok stała krysz­ta­łowa popiel­niczka.

- Mam nadzieję, że nie ma mi pan tego za złe - dorzu­cił Czar­necki.

Zadzia­łało. Inspek­tor dał się podejść na stary trik. Poczuł się panem sytu­acji, przez co stra­cił czuj­ność. Umie­jęt­ność ste­ro­wa­nia ludźmi Brudny opa­no­wał do per­fek­cji. Lata gehenny prze­trwał tylko dzięki temu.

- Nie, abso­lut­nie, inspek­to­rze. A czy ja mogę liczyć na pomoc z pana strony?

- To zależy, ale pro­szę pytać.

- Sły­sza­łem, że zna­le­ziono ciała. Chciał­bym je zoba­czyć.

- Możemy poje­chać do pro­sek­to­rium tuż po kon­fe­ren­cji pra­so­wej.

- Kim są ofiary?

- Dwóch męż­czyzn w wieku pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu i sześć­dzie­się­ciu jeden lat. Kie­rowca z Kro­sna Odrzań­skiego i budow­la­niec z Sule­chowa. Obaj zostali po śmierci zde­ka­pi­to­wani.

- Jakie jest pana zda­nie na ten temat? Wie­rzy pan w winę Tro­chana?

- Nie lubię wycią­gać pochop­nych wnio­sków, ale uwa­żam, że to nie robota pana brata. Nie pasuje do pro­filu mor­dercy, ale wnio­skuję, że pan to wie. Wszyst­kie znaki wska­zują, że został do tego w jakiś spo­sób przy­mu­szony. Pyta­nie brzmi jak.

- Też zadaję sobie to pyta­nie. Uwa­żam, że ktoś inny pociąga za sznurki.

- Też tak uwa­żam, ale na razie mamy zwią­zane ręce. Dowody wska­zują na dok­tora Tro­chana. I choć pod­czas kon­fe­ren­cji posta­ram się tro­chę zmie­nić prze­kaz medialny, to nie gwa­ran­tuję, że tak się sta­nie.

- Nie ocze­kuję tego. Nie wie­rzę w winę Tro­chana tylko z racji doświad­cze­nia w tej branży. Tak dla jasno­ści.

- Rozu­miem. Źle to zabrzmiało. Nie chcę, żeby pan myślał, że pod­wa­żam pana pro­fe­sjo­na­lizm.

- Nie ma sprawy. Ostat­nie pyta­nie, inspek­to­rze. Widzi mnie pan w kręgu podej­rza­nych?

Brudny bacz­nie obser­wo­wał reak­cję Czar­nec­kiego, który zacho­wał jed­nak zimną krew. Inspek­tor złą­czył palce u dłoni, głę­boko ode­tchnął i spoj­rzał w oczy komi­sa­rza.

- Jesz­cze nie, ale wiem też, że nie jest pan ze mną do końca szczery.

- Tak jak pan ze mną.

- Mówię panu tyle, ile uwa­żam za słuszne. Taka była umowa. Pan za to znika na pół nocy z pokoju hote­lo­wego i myśli, że jak zostawi samo­chód na par­kingu, to ja się o tym nie dowiem.

Brudny poczuł, jakby dostał w wątrobę. Nie doce­nił sta­rego. Pyta­nie brzmiało, jak Czar­necki zdo­łał go namie­rzyć. I czy miał go na oku od początku do końca.

- Jeden jeden, inspek­to­rze.

- Co pan robił w tym domu dziecka?

Szlag by to, Brudny zaklął w myślach. Tak­sów­karz musiał być pod­sta­wiony. Inna moż­li­wość nie wcho­dziła w rachubę, bo na pewno nikt go nie śle­dził. Czar­necki rze­czy­wi­ście był fachow­cem. W tej chwili jaka­kol­wiek próba mata­cze­nia mijała się z celem, bo ktoś z jego ludzi już pew­nie prze­pro­wa­dził wywiad. Albo wła­śnie to robi.

- Twier­dził pan, że mam nie­zby­walne prawo do pozna­nia swo­jej prze­szło­ści. I rodziny. Sko­rzy­sta­łem z niego.

- Był pan wycho­wan­kiem tej pla­cówki, prawda?

- Tak.

- Co pan ukrywa, komi­sa­rzu Brudny? Dla­czego wszyst­kie pana papiery z tam­tego okresu znik­nęły? Jaki to ma zwią­zek z naszą sprawą?

- Czy to prze­słu­cha­nie?

- Nie, na razie szczera roz­mowa. Ale nie zno­szę, gdy ktoś ze mną pogrywa. A pan, komi­sa­rzu Brudny, bez­ce­re­mo­nial­nie leci ze mną w chuja.

Słowo "chuj" paso­wało do Czar­nec­kiego jak pięść do oka, tym bar­dziej zabrzmiało w jego ustach nie­zwy­kle suge­styw­nie. Zwłasz­cza że ton inspek­tora nie zmie­nił się nawet odro­binę, jakby cał­ko­wi­cie pano­wał nad swo­imi emo­cjami.

Brudny prze­grał tę par­tię i musiał się z tym pogo­dzić. Zro­zu­miał, że nie ma sensu go oszu­ki­wać, bo i tak wyci­śnie sio­strę Gwi­donę jak cytrynę.

Nabrał powie­trza i poki­wał głową na znak, że przy­jął do wia­do­mo­ści swoją porażkę. Wtedy Czar­necki wstał i bez słowa się­gnął po popiel­niczkę, po czym posta­wił ją komi­sa­rzowi przed nosem. Wró­cił na miej­sce naprze­ciwko swo­jego roz­mówcy, usiadł wygod­nie i rzu­cił mu zaczepne spoj­rze­nie.

Brudny wycią­gnął papie­rosa i zaczął obra­cać go w pal­cach. Głę­boko spoj­rzał w oczy inspek­tora. Trwało to chwilę, po któ­rej z powro­tem wło­żył go do paczki.

- Jest pan w tym naprawdę dobry, inspek­to­rze - rzekł z nie­skry­wa­nym podzi­wem. - Nie­stety dla pana na mnie to nie działa.

- Wie pan, że mogę pana zatrzy­mać, komi­sa­rzu.

- Pro­szę bar­dzo. Media będą miały pożywkę.

Czar­necki nabrał powie­trza w płuca i skar­cił się w myślach. Nie­po­trzeb­nie wysko­czył z tą groźbą. Czuł, że Brudny ma ze sprawą jakiś pośredni zwią­zek, ale na pewno nie był mor­dercą ani z nim nie współ­pra­co­wał. I byłoby ogrom­nym błę­dem, gdyby zde­cy­do­wał się go zatrzy­mać. Pomi­ja­jąc już reak­cję tych prze­klę­tych mediów.

- Dostrze­głem w panu sojusz­nika, komi­sa­rzu Brudny...

- Nie pomy­lił się pan. Jestem pana sojusz­ni­kiem. I w taki sam spo­sób trak­tuję pana, inspek­to­rze.

- Sojusz­nicy sobie ufają.

- Zaufa­nie wymaga czasu.

Czar­necki poczuł się jak głu­pek. To były jego słowa.

- Co ja mam z panem zro­bić, komi­sa­rzu? - zagad­nął zre­zy­gno­wa­nym tonem.

- Pro­szę dać mi ten czas.

- Nie mamy czasu. Ten czło­wiek nie prze­sta­nie zabi­jać i wkrótce zrobi to znowu. I jeśli pana prze­szłość, jaka­kol­wiek by ona była, może mieć jakiś zwią­zek z tą sprawą, to nie powi­nien jej pan przede mną ukry­wać.

- Myślę, że czas się poże­gnać, inspek­to­rze...

- Nie chce pan obej­rzeć zwłok? - Brudny już trzy­mał dło­nie na stole i miał zamiar się pod­nieść, ale zastygł. Czar­necki zmie­rzył go dość suro­wym, choć na pewno nie agre­syw­nym spoj­rze­niem. - Nie mam zamiaru pana karać. Może do końca sobie nie ufamy, ale nie jeste­śmy też wro­gami.

- Jest pan naprawdę roz­sąd­nym czło­wie­kiem, inspek­to­rze.

- Po pro­stu w pana wie­rzę.

Brudny poki­wał głową na znak, że doce­nia sta­ra­nia inspek­tora.

- Naprawdę jest pan w tym dobry, ale chyba pana roz­cza­ruję.

- Myślę, że nie. A znam się na ludziach i na tej robo­cie.

- Wkrótce się prze­ko­namy. Co z kon­fe­ren­cją?

- Posta­no­wi­łem jesz­cze zacho­wać pana ist­nie­nie w tajem­nicy.

- Skąd ta zmiana?

- Nie muszę panu wszyst­kiego mówić, prawda? - Czar­necki zmie­nił ton na bar­dziej nie­zo­bo­wią­zu­jący. - Możemy umó­wić się w pro­sek­to­rium o sie­dem­na­stej. Pasuje panu, komi­sa­rzu?

- Pasuje. Do zoba­cze­nia, inspek­to­rze.

Męż­czyźni podali sobie dło­nie. Uścisk był silny i niósł ze sobą coś wię­cej. Po raz pierw­szy w życiu Brudny poczuł się w pracy nie­swojo. Gdy opusz­czał pomiesz­cze­nie, pomy­ślał, że ten star­szy facet w oku­la­rach jest w tym naprawdę cho­ler­nie dobry.

Roz­dział 11

Oli­wia Mali­now­ska skoń­czyła sie­dem­na­ście lat dopiero nie­cały mie­siąc temu, ale nie pierw­szy raz obu­dziła się w nie swoim łóżku, prze­cież od dobrych kilku lat musiała liczyć głów­nie na sie­bie. Jej matka nie nale­żała ani do prze­sad­nie pra­co­wi­tych, ani opie­kuń­czych, a jej głów­nym zaję­ciem było kur­wie­nie się po oko­licz­nych wio­skach. Mimo to Oli­wia nie miała do niej żalu, bo mogła swo­bod­nie korzy­stać ze swo­jego wol­nego czasu, nie przej­mu­jąc się ogra­ni­cze­niami, które zwy­kle narzu­cano więk­szo­ści jej rówie­śni­czek.

W rodzi­nie Oli­wii ni­gdy się nie prze­le­wało. Póki żył ojciec, jesz­cze jakoś dawała radę. Pra­co­wał jako koniu­szy, a póź­niej śmie­ciarz, codzien­nie wypi­jał litr taniej wódki, po któ­rej rękę miał ciężką jak młot do wbi­ja­nia nitów kole­jo­wych, ale każ­dego dzie­sią­tego przy­no­sił do domu wypłatę, dzięki czemu trzy­mał wszystko w ryzach. Do czasu oczy­wi­ście, bo życie, nawet liche, nie zna próżni. I tak żywot Mali­now­skich po raz pierw­szy zmie­nił się, gdy z domu odszedł brat Oli­wii, Bogu­mił. Był od niej star­szy o sześć lat i gdy tylko skoń­czył osiem­na­ście i wyro­bił sobie dowód oso­bi­sty, zabrał wszyst­kie swoje rze­czy i znik­nął. To spra­wiło, że ojciec zaczął pić jesz­cze wię­cej i ruty­nowo tłuc matkę trzon­kiem od sie­kiery. Obwi­niał ją o to, że Bogu­mił uciekł, choć Oli­wia dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że nie miał racji. Ale Stach wie­dział swoje i swoje robił. Żywot Mali­now­skich zmie­nił się po raz drugi, gdy rok póź­niej Bóg zesłał na nich trze­cie bło­go­sła­wień­stwo. Ojciec ogra­ni­czył spo­ży­cie, ale jak sam regu­lar­nie powta­rzał: "suma nało­gów musi pozo­stać stała", w związku z czym, zwłasz­cza pod koniec ciąży żony, bar­dzo cier­piał, gdy poło­wica odrzu­cała jego kulawe zaloty, i swoją chuć zaspo­koił w końcu w pokoju Oli­wii. Przez następne mie­siące robił to regu­lar­nie, a gdy matka wydała na świat mar­twą Jagódkę, znie­na­wi­dził ją i cał­ko­wi­cie sku­pił się na córce. Oli­wia od zawsze kochała ojca bar­dzo mocno i nową sytu­ację przy­jęła ze zro­zu­mie­niem, jeśli trzy­na­sto­let­nia dziew­czynka może zro­zu­mieć fakt, że ojciec co wie­czór ją gwałci. Nie opo­no­wała jed­nak, bo się bała, a poza tym tłu­ma­czyła sobie, że prze­cież Stach był deli­katny, a do tego przy­no­sił jej lody i cza­sem zosta­wiał jakieś drobne, a po roku pozwo­lił nawet palić papie­rosy i pić wódkę. Oli­wia weszła tym samym w kolejny etap życia, które dla rodziny Mali­now­skich już wkrótce miało zmie­nić się jesz­cze bar­dziej.

Zmie­niło się, gdy pew­nej nocy Stach poszedł na ryby. Oli­wia lubiła, jak ojciec wycho­dził nad rzekę, bo zwy­kle nie wra­cał przez wiele godzin, a cza­sem dni, dzięki czemu mogła robić, co chciała, i nie mar­twić się per­spek­tywą speł­nia­nia obo­wiązku, który cią­żył jej coraz bar­dziej. Zresztą łowie­nie ryb było chyba jedy­nym zaję­ciem, które spra­wiało, że ojcu wra­cał humor, a pod wąsem mogła dostrzec szczery uśmiech.

- Jest! Kurwa, jest! Duża sku­bana! Patrz, Oliwka, patrz, jak wyciąga żyłkę - zwykł krzy­czeć pod­nie­cony, gdy kolejny szczu­pak, sum bądź ulu­biony boleń chwy­cił przy­nętę. Lubiła wtedy oglą­dać ojca, zwłasz­cza gdy była mała i wciąż jesz­cze bez­in­te­re­sow­nie darzyła go miło­ścią i podzi­wem. Jak na ugię­tych nogach, z tanim papie­ro­sem w ustach, dzier­żył wygiętą w łuk wędkę i wal­czył z rybą, która zwy­kle póź­niej lądo­wała na rodzin­nym stole. W tych sta­rych, cuch­ną­cych wode­rach, dziu­ra­wej kami­zelce z tysią­cem kie­szo­nek i cza­peczce z wąskim ron­dem pre­zen­to­wał się dla niej jak boha­ter. Wtedy gdy była mała i jesz­cze miała brata.

Ale Stach pew­nej piąt­ko­wej nocy poszedł na ryby i już nie wró­cił. Matka z początku nie­spe­cjal­nie się prze­jęła, ponie­waż przy­zwy­czaił ją, że do cha­łupy wra­cał wtedy, kiedy uznał to za sto­sowne, zwy­kle gdy zgłod­niał. Rzadko zda­rzało się, aby nie poja­wił się w domu dłu­żej niż trzy dni z rzędu, dla­tego w ponie­dzia­łek Halina zadzwo­niła do Gienka, który był jego naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem od ryb i kie­li­cha. Gie­nek ode­brał dopiero wie­czo­rem, krótko po powro­cie z pracy, i ze zdzi­wie­niem przy­jął do wia­do­mo­ści, że Stach nie wró­cił do domu. Twier­dził, że zasa­dzili się na suma, roz­pa­lili ogni­sko i pili wódkę, a że aku­rat był dzień wypłaty i tej nie bra­ko­wało, to urwał mu się film. Gdy się prze­bu­dził, zoba­czył, że Sta­cha nie ma, jego wędki też, pomy­ślał więc, że stary kom­pan po pro­stu wró­cił do domu. Pró­bo­wał zadzwo­nić na komórkę, ale nie było sygnału. Doszedł do wnio­sku, że może po pijaku naro­bił jakichś głu­pot i Stach się na niego wkur­wił. Spa­ko­wał więc swój sprzęt i poszedł. Dopiero gdy poli­cja zapu­kała do jego drzwi z infor­ma­cją, że jest ostat­nią osobą, która widziała Sta­cha przy życiu, zro­zu­miał powagę sytu­acji. Stach uto­pił się, a jego ciało nur­ko­wie wyło­wili w oko­li­cach Rado­micka. Przy­czynę śmierci potwier­dziła sek­cja zwłok. Śledz­two było więc krót­kie i choć Gienka z początku podej­rze­wano, że mu w tym pomógł, z powodu braku dowo­dów został oczysz­czony z zarzu­tów. A gdy dwa tygo­dnie póź­niej, kilka kilo­me­trów za Połęc­kiem, zna­le­ziono wędkę Sta­cha tkwiącą w jed­nym z powa­lo­nych kona­rów, stało się jasne, że ręki do śmierci przy­ja­ciela nie przy­ło­żył. Stach zgi­nął, robiąc to, co kochał naj­bar­dziej. Wal­czył z rybą, choć tym razem tę walkę prze­grał. Dowód tego hero­icz­nego poje­dynku - przy­naj­mniej z per­spek­tywy Sta­cha, Gienka i nie­wiel­kiej spo­łecz­no­ści Kro­sna Odrzań­skiego - wciąż pły­wał z hakiem w trze­wiach. Ponad dwu­me­trowy, ważący sześć­dzie­siąt sie­dem kilo­gra­mów sum nie został oskar­żony o mor­der­stwo pierw­szego stop­nia, zamiast tego jacyś mło­dzi ludzie z koła węd­kar­skiego zabrali go i ślad po nim zagi­nął. Podobno, choć to tylko legenda, zwró­cono mu wol­ność i wciąż pływa w Odrze.

Ta myśl spra­wiła, że Oli­wia się ock­nęła. Widok roz­dzia­wio­nej pasz­czy "suma mor­dercy" zwy­kle spra­wiał, że budziła się zlana potem, nawet jeśli z bie­giem czasu zdała sobie sprawę, że ryba oddała jej przy­sługę. Przez chwilę leżała, pró­bu­jąc sku­pić myśli, ale miała wra­że­nie, że jej głowa zaraz eks­plo­duje. Pomy­ślała, że znów dopadł ją kac mor­derca, i zde­cy­do­wała, że tro­chę oswoi się z tą myślą, zanim otwo­rzy oczy i ból głowy jesz­cze się nasili. Tylko ta woń. Wyjąt­kowo paskudna. Nie pierw­szy raz budziła się w meli­nie, ale jesz­cze ni­gdzie nie cuch­nęło aż tak obrzy­dli­wie.

Oli­wia poczuła, że zaraz zwy­mio­tuje. Z tru­dem unio­sła powieki, ale ze zdu­mie­niem spo­strze­gła, że nie­wiele widzi. Smród stę­chli­zny ude­rzył ze zdwo­joną siłą i nie­wy­soka blon­dynka gwał­tow­nie opróż­niła swój żołą­dek z zale­ga­ją­cego alko­holu i resz­tek tego, co zja­dła poprzed­niego wie­czoru. Wytarła usta dło­nią, a nad­gar­stek w stary mate­rac, na któ­rym sie­działa. Był wil­gotny i zimny.

Pomy­ślała, że wsta­nie i pój­dzie do łazienki. Chciało jej się siku. Gdy się pod­nio­sła, usły­szała meta­liczny dźwięk, który nie wzbu­dził w niej przy­jem­nych sko­ja­rzeń. Zlę­kła się i z duszą na ramie­niu dotknęła oko­lic lewej kostki, a gdy pod pal­cami wyczuła skó­rzaną obejmę, zgroza wdarła się do jej umy­słu niczym roz­sza­lałe tsu­nami.

- Halo? - pisnęła. - Jest tu kto?

Sama nie wie­działa, czy chciała poznać odpo­wiedź. Nasłu­chała się opo­wie­ści o tym, jak dziew­czyny w jej wieku były pory­wane przez gangi strę­czy­cieli i prze­pa­dały bez wie­ści. Roz­ma­wiała o tym nawet pod­czas ostat­niej imprezy z Agatą, kole­żanką ze szkol­nej ławki, która opo­wia­dała...

No wła­śnie. Ostat­nia impreza. U Antka na cha­cie. Byli w czwórkę z Jac­kiem i Agatą wła­śnie. Sporo wypiła, Antek poczę­sto­wał ją jaki­miś nowymi dopa­la­czami, podobno moc­nymi. Może wykrę­cili jej jakiś numer? Ale prze­cież wyszła z jego domu. Jak przez mgłę pamię­tała, że pokłó­ciła się o Kostkę, swo­jego byłego, o któ­rego Antek był tak zazdro­sny. On wypo­mi­nał jej, zresztą zupeł­nie bez­pod­staw­nie, że pew­nie wciąż się z nim bzyka, a ona opo­no­wała. Krzy­czeli na sie­bie, potem chciał się do niej dobrać, ale źle się poczuła. Wyszła się prze­wie­trzyć. I tyle. Chyba...

- Antek? - Poczuła się tro­chę pew­niej. Chło­paki pra­wie na pewno robiły sobie jaja. - Antek, do jasnej cho­lery! To nie jest śmieszne!

Cisza. Tylko echo, które po chwili wsią­kło w zimne ściany.

Oli­wia pod­nio­sła się i zro­biła dwa kroki. Ponury szczęk łań­cu­cha wypeł­nił mroczną piw­nicę.

- Antek, Jacek, Agata! Tu jest cho­ler­nie zimno! - krzyk­nęła. - Skończ­cie z tymi bzdu­rami, bo jesz­cze się roz­cho­ruję.

Bez odzewu. Oli­wia poczuła nawra­ca­jący atak paniki. Chło­paki robiły różne numery, ale ten byłby wyjąt­kowo paskudny. Co jeśli to nie oni?

- Kurwa, Antek, pro­szę cię. To naprawdę nie jest śmieszne. Zapal przy­naj­mniej to cho­lerne świa­tło, bo nic nie widzę.

Cisza, mrok jak naj­czar­niej­sza noc. Oli­wia zawsze widziała gorzej w ciem­no­ści. Pre­zent od babci i matki, które miały odpo­wied­nio minus pięć i minus trzy diop­trie. Ona tylko minus dwie, ale nie nosiła oku­la­rów, aby nie wyglą­dać jak kujon. Z taką wadą mogła żyć. Do tej pory.

Oli­wia wycią­gnęła ręce przed sie­bie i zro­biła kolejne dwa kroki. Łań­cuch szu­rał po pod­ło­dze, szczę­ka­jąc zło­wiesz­czo. Nagle naprę­żył się i poczuła szarp­nię­cie. To nie­moż­liwe, pomy­ślała. To tylko zły sen albo kolejny pokrę­cony odlot po dopa­la­czu, wma­wiała sobie.

Wtedy palce jej dłoni oplo­tły zimny pręt. Naj­pierw jeden, potem drugi, powę­dro­wały do trze­ciego i czwar­tego.

Oli­wia zro­zu­miała. Ktoś zamknął ją w celi i przy­kuł do ściany jak psa. Zanim się zorien­to­wała, wpa­dła w panikę i zaczęła krzy­czeć. Na próżno. Nikt jej nie sły­szał. Albo pra­wie nikt.

Kilka metrów dalej, w naj­ciem­niej­szym rogu piw­nicy, sie­dział męż­czy­zna, który w ciszy bacz­nie ją obser­wo­wał. I toczył walkę. Sam ze sobą.

Gdy dziew­czyna w końcu padła bez sił na kolana i zaczęła cicho pła­kać, pod­jął decy­zję. Już wie­dział, jak ją uka­rze.

Roz­dział 12

Brudny stał na świa­tłach jed­nego ze skrzy­żo­wań ulicy Wro­cław­skiej, która pro­wa­dziła w stronę zie­lo­no­gór­skiej nekro­po­lii. Z lek­kim nie­sma­kiem obser­wo­wał niebo, które znów przy­kryły kłę­bia­ste chmury nawiane z zachodu, i słu­chał, jak w radiu cie­pły kobiecy głos ostrze­gał przed kolejną ulewą. Pomy­ślał, że paź­dzier­nik tego roku jest wyjąt­kowo paskudny.

Od dobrych dwóch minut wlókł się za sta­rym clio, któ­rym kie­ro­wała jakaś kobieta o puszy­stych, siwych wło­sach. Poru­szała się czter­dzie­ści na godzinę, nic sobie nie robiąc z faktu, że za nią stwo­rzył się już spo­rej dłu­go­ści korek. W końcu dotarł jed­nak na szczyt wznie­sie­nia, na któ­rym znaj­do­wała się sta­cja ben­zy­nowa. Zaje­chał pod dys­try­bu­tor, zatan­ko­wał i wstą­pił do sklepu po sok z czar­nej porzeczki. Zawsze pił go pod­czas sek­cji zwłok. Przed jego pierw­szą ktoś mu powie­dział, że pomaga prze­zwy­cię­żyć fetor i nie­przy­jemny posmak w ustach, a on po pro­stu sko­rzy­stał z rady. Czy zadzia­łało? Nie był pewny, bo nie miał punktu odnie­sie­nia, ale Brudny lubił rytu­ały, a ten mu się spodo­bał.

Na przed­nią szybę spa­dły pierw­sze kro­ple. Brudny spoj­rzał w niebo, upił łyk soku i z powro­tem włą­czył się do ruchu. Po pra­wej stro­nie minął sta­dion żuż­lowy, na któ­rym według radio­wych donie­sień już tej nie­dzieli miano roze­grać fina­łowy mecz o mistrzo­stwo Pol­ski pomię­dzy Falu­ba­zem Zie­lona Góra a jego odwiecz­nym wro­giem Stalą Gorzów. Nie lubił tego sportu, tym bar­dziej nie rozu­miał maso­wej histe­rii lokal­nych spo­łecz­no­ści. Potra­fił jed­nak doce­nić fakt, że poje­dy­nek, który trak­to­wano tu jako naj­waż­niej­szy finał w histo­rii obu miast, choć tro­chę przy­krył medial­nie sprawę Tro­chana. Tuż za sta­dionem, na wzgó­rzach znaj­do­wał się cmen­tarz miej­ski, a po pra­wej stro­nie, w jego nowej czę­ści, budynki biu­rowe i pra­cow­ni­cze, w tym pro­sek­to­rium.

Komi­sarz dotarł na duży, pra­wie pusty par­king. W tym cza­sie już lało, dla­tego włą­czył wycie­raczki, które z coraz więk­szym tru­dem wal­czyły z żywio­łem. Kątem oka dostrzegł przy drze­wach fur­go­netkę z wyma­lo­wa­nym emble­ma­tem jed­nej z ogól­no­pol­skich tele­wi­zji. Nieco dalej kilka samo­cho­dów, w więk­szo­ści rzę­chy, w któ­rych dostrzegł sie­dzące postaci. Pomy­ślał, że takimi zło­mami mogą jeź­dzić tylko mło­dzi poli­cjanci albo dzien­ni­ka­rze. Jeden z nich wyszedł z pojazdu i skie­ro­wał w jego stronę jedną z tych dużych, nie­po­ręcz­nych kamer, które już dawno wyszły z uży­cia. Zigno­ro­wał go i ruszył wzdłuż par­kingu, aż dotarł do zamknię­tej bramy. Zało­żył, że musi być moni­to­ro­wana, dla­tego pocze­kał kilka sekund, aż się otwo­rzy, po czym pod­je­chał pod budy­nek pro­sek­to­rium. Pod nie­wiel­kim dasz­kiem przy wej­ściu cze­kał na niego inspek­tor Czar­necki.

- Cenię sobie punk­tu­al­ność, komi­sa­rzu - przy­wi­tał go i wycią­gnął do niego rękę.

Brudny uści­snął dłoń inspek­tora i zna­cząco kiw­nął głową. Obaj weszli do budynku i od razu skie­ro­wali się do biura leka­rza sądo­wego Roberta Krzy­wic­kiego. Dok­tor sie­dział przy biurku wpa­trzony w jakieś papiery. Był postaw­nym męż­czy­zną w kwie­cie wieku, a obfita siwa broda doda­wała mu powagi i estymy. Gdy zorien­to­wał się, że ma gości, ścią­gnął oku­lary i wstał, aby się przy­wi­tać.

- Cześć, Romek. Cze­ka­łem spe­cjal­nie na cie­bie, bo...

Gdy jego spoj­rze­nie spo­częło na twa­rzy Brud­nego, zanie­mó­wił. Wytrzesz­czył oczy w nie­do­wie­rza­niu, następ­nie odru­chowo cof­nął się, a Czar­necki pomy­ślał, że w końcu udało mu się zasko­czyć sta­rego wygę.

- Poznaj komi­sa­rza sto­łecz­nej poli­cji Igora Brud­nego - przed­sta­wił gościa.

- Jasny gwint! Romek...

Brudny wycią­gnął dłoń w kie­runku pato­mor­fo­loga. Ten uści­snął ją nie­uf­nie.

- Toś mnie, Romek, teraz zasko­czył... - zwró­cił się do inspek­tora, nie spusz­cza­jąc wzroku z komi­sa­rza i potrzą­sa­jąc jego ręką, jakby zupeł­nie zapo­mniał, że wciąż ją trzyma.

- Uprze­dza­łem cię...

- A myśla­łem, że już nic mnie w życiu nie zadziwi... - Krzy­wicki polu­zo­wał uścisk, gdy zorien­to­wał się, że jego zacho­wa­nie zaczyna wyglą­dać mało pro­fe­sjo­nal­nie.

- Też tak myśla­łem - sko­men­to­wał Brudny z wyczu­walną iro­nią w gło­sie.

- Dla jasno­ści. Komi­sarz Brudny z pew­no­ścią jest bra­tem bliź­nia­kiem podej­rza­nego. Wcze­śniej o sobie nie wie­dzieli. Wycho­wy­wali się osobno - wyja­śnił Czar­necki.

Dok­tor poczuł się tro­chę zaże­no­wany. Z powro­tem zało­żył oku­lary i pod­szedł do szafki, w któ­rej trzy­mał robo­czy far­tuch. Z łatwo­ścią można było zauwa­żyć, że jest pode­ner­wo­wany.

- Prze­pra­szam pana, komi­sa­rzu - zwró­cił się do Brud­nego, gdy wkła­dał nie­bie­ski kitel. - Mam nadzieję, że pana nie ura­zi­łem swoim zacho­wa­niem. Rzadko w tym miej­scu spo­ty­kam obcych, któ­rzy są w sta­nie mówić, a widok męż­czy­zny, który, jak sobie wyobra­ża­łem przez ostat­nie godziny, zamor­do­wał tych bie­da­ków...

- Nic się nie stało, dok­to­rze - prze­rwał mu Brudny, a Krzy­wicki poczuł się, jakby zupeł­nie pogrą­żył swój wize­ru­nek naj­lep­szego pato­mor­fo­loga w tej czę­ści kraju. - Możemy przejść do oglę­dzin zwłok?

- Oczy­wi­ście. Tędy, pro­szę. - Dok­tor zama­szy­stym gestem zapro­sił gości do sali sek­cyj­nej. - Aha... - dodał po chwili. - Uczu­lam, że zwłoki są w dość zaawan­so­wa­nym sta­nie roz­kładu...

Chwilę póź­niej trójka męż­czyzn wkro­czyła do nie­wiel­kiej sali sek­cyj­nej. Gdy tylko dok­tor otwo­rzył grube sta­lowe drzwi, z wnę­trza buch­nął odra­ża­jący fetor.

- Ni­gdy się do tego nie przy­zwy­czaję... - burk­nął pod nosem Czar­necki i od razu się­gnął do kie­szeni mary­narki po chu­s­teczkę.

Brudny nie sko­men­to­wał, zamiast tego zbli­żył się do bez­gło­wych zwłok. W mil­cze­niu omiótł je wzro­kiem. Były ogromne i led­wie mie­ściły się na stole sek­cyj­nym. Ofiara musiała za życia albo cho­ro­wać, albo pro­wa­dzić wyjąt­kowo nie­zdrowy tryb życia, bo Brudny oce­nił wagę denata na jakieś sto sześć­dzie­siąt kilo­gra­mów. Poża­ło­wał, że nie mógł zoba­czyć ich w miej­scu porzu­ce­nia, a następ­nie pod­czas sek­cji. W tej chwili, po prze­ba­da­niu i pozy­ska­niu pró­bek przez tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki, zwłoki były już wymyte z mułu, śluzu i innych sub­stan­cji, które miały kon­takt z cia­łem.

- Oto pierw­szy z naszych ancy­mo­nów, pan Zenek - oznaj­mił Krzy­wicki i roz­po­czął swój mono­log. Brudny nie słu­chał, znał się na tej robo­cie i nikt nie musiał mu niczego tłu­ma­czyć. Obszedł ciało dookoła. Było pozba­wione głowy, a klatkę pier­siową i jamę brzuszną otwarto od samej góry aż po oko­lice przy­ro­dze­nia, po któ­rym pozo­stała tylko zie­lono-brą­zowa dziura. Skóra w przed­niej czę­ści ciała była blada, a w oko­li­cach ple­ców i dol­nej czę­ści ud w oczy rzu­cały się wyraźne plamy opa­dowe. Na nogach i bio­drach rany po ugry­zie­niach, dowód, że po śmierci do ciała dobrały się zwie­rzęta. Raz jesz­cze obszedł zwłoki, pochy­la­jąc się przy nad­garst­kach i kost­kach, które nosiły ślady głę­bo­kich otarć i wokół któ­rych skóra była wyraź­nie poczer­niała.

- Udało się usta­lić osta­teczną przy­czynę zgonu? - zapy­tał, nie odwra­ca­jąc wzroku od pra­wej dłoni denata.

- Tak. I nie mam tu dobrych wie­ści. Spójrz­cie na kra­wę­dzie ran. - Krzy­wicki wska­zał pal­cem tkanki przy głów­nym cię­ciu na klatce pier­sio­wej. - Po pierw­sze nie są ide­al­nie równe, a po dru­gie widać wyraźne krwawe pod­bie­gnię­cia.

- Suge­ru­jesz, że patro­szył ich na żywca? - do roz­mowy włą­czył się Czar­necki, który od dłuż­szego czasu trzy­mał przy nosie chu­s­teczkę.

- I pew­nie dosko­nale się przy tym bawił. Otwo­rzył ich jakimś ostrzem, ale na pewno nie skal­pe­lem. Może nawet zwy­kłym, dobrze naostrzo­nym nożem. Rany nie są ide­al­nie równe, miej­scami nawet szar­pane, co wyraź­nie widać w głęb­szych war­stwach tkanki. O, na przy­kład tu. - Krzy­wicki wska­zał pal­cem na frag­menty tkanki tłusz­czo­wej. - Ofiara z pew­no­ścią reago­wała na ból i nawet jeśli była porząd­nie unie­ru­cho­miona, co potwier­dzają otar­cia na nad­garst­kach, udach i kost­kach, to w cza­sie roz­ci­na­nia klatki pier­sio­wej pró­bo­wała wal­czyć.

- Jak oprawca dostał się do płuc i serca? - Brudny pochy­lił głowę, nie­mal wsa­dza­jąc ją do wnę­trza klatki pier­sio­wej ofiary. Z odle­gło­ści zale­d­wie kilku cen­ty­me­trów zba­dał kolejne tkanki.

- No wła­śnie... to nie moja robota... - Krzy­wicki wymow­nie spoj­rzał na trupa i bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. - Powie­dział­bym, że facet dzia­łał według pro­ce­dur sek­cyj­nych. Po otwar­ciu klatki pier­sio­wej i jamy brzusz­nej pozbył się mostka i żeber. Po cię­ciach widać, że pra­wie na pewno takim seka­to­rem jak ten. - Wska­zał na jedno ze swo­ich narzę­dzi. - Sprawca robił to, gdy ofiara jesz­cze żyła, więc trudno mi sobie wyobra­zić jej cier­pie­nie. Konieczne jest szyb­kie zapo­zna­nie się z wyni­kami tok­sy­ko­lo­gicz­nymi. Wie­cie... jeśli naprawdę chciał, aby ofiary szybko nie umarły, choćby na zawał czy dozna­jąc szoku bólo­wego, to pew­nie je czymś naszpry­co­wał, aby choć odro­binę uśmie­rzyć cier­pie­nie.

- Skąd wiesz, że ten facet do samego końca był świa­domy?

- Pra­wie wszyst­kie cię­cia są nie­równe. Albo ofiara wal­czyła i pró­bo­wała się wyrwać, albo sprawca miał par­kin­sona. - Krzy­wicki uśmiech­nął się wymow­nie. - Tak na serio, to wszę­dzie widać bar­dzo wyraźne krwawe pod­bie­gnię­cia, co potwier­dza, że serce biło do samego końca. Nawet gdy oprawca się­gał po jelita czy nerkę.

- Jak długo to mogło trwać?

- Nawet do kilku minut. I, tak jak mówi­łem, przez ten cały czas ofiara mogła być przy­tomna i świa­doma tego, co się z nią dzieje. Ale na przy­kład ostat­nio mia­łem pacjentkę - Krzy­wicki poka­zał pal­cami cudzy­słów - która po pijaku sama nacięła sobie brzuch i przez dziurę wycią­gnęła pięć metrów jelita. Tak żeby­ście nie myśleli, że to coś nie­wy­ko­nal­nego...

- A głowa? - Brudny nie­mal wsa­dził nos w otwartą szyję denata.

- Sprawca odciął ją po śmierci. Wyraź­nie widać, że kra­wę­dzie ran są równe, gład­kie i bez krwa­wych pod­bie­gnięć.

- Jakim narzę­dziem się posłu­żył?

- Dużym i z sze­ro­kim ostrzem. Na moje oko tasak albo maczeta.

Brudny wypro­sto­wał się i bez słowa wycią­gnął z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza paczkę papie­ro­sów. Poczę­sto­wał Krzy­wic­kiego, który od razu mocno się zacią­gnął.

- Jak widzi­cie, pano­wie, sprawca to naprawdę chory sukin­syn. Chce­cie zoba­czyć dru­giego?

- Ja już widzia­łem, ale...

- Oczy­wi­ście. - Brudny nie pozo­sta­wił wyboru.

Męż­czyźni udali się w opa­rach dymu papie­ro­so­wego do dru­giego pomiesz­cze­nia. W środku krzą­tała się młoda, nie­wy­soka blon­dynka o dużych nie­bie­skich oczach. Miała na sobie biały, czę­ściowo ubru­dzony pły­nami ustro­jo­wymi kitel, a jej nie­prze­ciętna uroda wyraź­nie kon­tra­sto­wała z ponurą sce­ne­rią sali sek­cyj­nej.

- To moja asy­stentka Iza Nowa­kow­ska - przed­sta­wił ją Krzy­wicki, a Brudny nie­znacz­nie ski­nął głową na powi­ta­nie.

- Wła­śnie wycho­dzi­łam, Robert - rze­kła nieco spe­szona. - Skoń­czy­łam ogar­niać zwłoki i papiery też są już na swoim miej­scu.

- Jak zwy­kle nie­za­stą­piona. Co ja bym bez cie­bie zro­bił, Iza?

- Cóż... nawet wolę o tym nie myśleć... - Nowa­kow­ska wymow­nie pokrę­ciła głową i puściła do niego oko.

- Dobrze już, dobrze. Bądź jutro z pół godziny wcze­śniej, pro­szę. Pew­nie znów będziemy mieć tu nie­zły kocioł.

- Okej. W takim razie ucie­kam. Do widze­nia panom.

Asy­stentka poże­gnała się z gra­cją i zni­kła w przed­sionku. Brudny odpro­wa­dził ją wzro­kiem, który chwilę póź­niej skie­ro­wał na kolejne bez­głowe zwłoki. Rów­nież były otwarte oraz oczysz­czone z mułu i śluzu. Róż­niły się nato­miast gaba­ry­tami, bo w prze­ci­wień­stwie do "pana Zenka", Zdzi­chu - jak przed­sta­wił denata Krzy­wicki - nale­żał do zde­cy­do­wa­nie niż­szej kate­go­rii wago­wej.

- Coś pod paznok­ciami? - spy­tał Brudny, oglą­da­jąc trupa.

- Nic spe­cjal­nego. Raczej nie liczył­bym na DNA sprawcy, bo nie odna­la­złem żad­nych frag­men­tów skóry czy innej tkanki.

- Treść żołąd­kowa?

- Obaj mieli pra­wie taką samą. Wygląda na to, że zanim sprawca zabrał się do roboty, wcze­śniej nakar­mił ich ziem­nia­kami i wie­przo­winą. Ale tuż przed mor­der­stwem wyka­zał się wyjąt­kowo wysu­bli­mo­wa­nym gustem kuli­nar­nym... - W oczach Krzy­wic­kiego roz­bły­sły ogniki.

- Nie będę zga­dy­wał - burk­nął Brudny, który z odle­gło­ści kilku cen­ty­me­trów stu­dio­wał gni­jącą ranę w kro­czu.

- Jest pan na dobrym tro­pie, że tak powiem...

- Czyli jed­nak mam zga­dy­wać? - Ton Brud­nego nie pozo­sta­wiał złu­dzeń, że nie bawi się rów­nie dobrze jak gospo­darz tego przy­bytku.

Krzy­wicki ner­wowo popra­wił na nosie oku­lary. W obec­no­ści komi­sa­rza czuł się nie tylko skrę­po­wany, ale i - co zda­rzało się bar­dzo rzadko - co naj­mniej nie­swojo we wła­snym pro­sek­to­rium. W jego oce­nie Brudny ide­al­nie paso­wał do wize­runku psy­cho­pa­tycz­nego zabójcy. Wła­śnie tak go sobie wyobra­żał. Ponu­rego, suro­wego, bez krzty emo­cji. Skrzy­wił się z nie­sma­kiem na widok tego, jak absor­bują go oglę­dziny zwłok.

- Kazał im zjeść wła­sne penisy - wykrztu­sił po chwili waha­nia.

Po tych sło­wach w salce zapa­dła cisza. Czar­necki znał już ten fakt, bo trzy godziny wcze­śniej uczest­ni­czył w sek­cji razem z pro­ku­ra­to­rem i kil­koma innymi oso­bami zaan­ga­żo­wa­nymi w śledz­two. Spe­cjal­nie nie infor­mo­wał o tym Brud­nego, bo chciał spraw­dzić, jak zare­aguje na tę infor­ma­cję. Komi­sarz nawet nie pod­niósł wzroku.

Czar­necki przy­glą­dał się Brud­nemu z zacie­ka­wie­niem, ale nie dostrzegł niczego, co mogłoby go zanie­po­koić. Komi­sarz był po pro­stu surowo cio­sa­nym typem, a do tego pro­fe­sjo­na­li­stą w swoim fachu, który widział już wiele i takie obrazki nie robiły na nim naj­mniej­szego wra­że­nia.

- Co pan o tym myśli, inspek­to­rze? - Brudny w końcu pod­niósł wzrok znad trupa.

- Oso­bi­ście nie spo­tka­łem się jesz­cze z takim bestial­stwem, choć od kole­gów ze "zor­ga­ni­zo­wa­nej" wiem, że to coraz częst­sza prak­tyka.

- No to chyba mamy motyw...

- Może pan jaśniej, komi­sa­rzu...

- Mafia bądź róż­nego rodzaju grupy zwią­zane z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną sto­sują tak surową karę tylko wobec ludzi, któ­rzy wyjąt­kowo zaleźli im za skórę. I wła­śnie... Do tej pory nie spy­ta­łem. Sprawca doko­nał gwałtu na ofia­rach? - Brudny rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie w kie­runku leka­rza.

- Tak. I to bar­dzo bru­tal­nego, zwłasz­cza że do pene­tra­cji doszło za życia obu ofiar. Nie zgwał­cił ich jed­nak w kla­sycz­nym zna­cze­niu tego słowa. Zro­bił to zardze­wiałą rurą albo czymś w tym rodzaju. Obra­że­nia są bar­dzo roz­le­głe i widać, że sprawca robił to pod wpły­wem sil­nych emo­cji.

- Jak dla mnie sprawa jest jasna... - Brudny obszedł trupa i zbli­żył się do inspek­tora.

- Suge­ruje pan, że mor­dercą kie­ro­wała zemsta?

- Moim zda­niem to ma sens.

- Zakła­da­jąc, że mor­dercą nie jest dok­tor Tro­chan, oczy­wi­ście...

- Ow­szem.

- Śred­nio pasuje to do pro­filu nakre­ślo­nego przez moją eks­pert...

- Tak jak i cała reszta.

Inspek­tor zasę­pił się, przy­ło­żył pięść do pod­bródka i na chwilę odpły­nął myślami gdzieś daleko. Brudny wymie­nił się jesz­cze z Krzy­wic­kim kil­koma spo­strze­że­niami doty­czą­cymi miej­sca porzu­ce­nia ciał, ich uło­że­nia i kilku innych kwe­stii, któ­rych sza­nu­jący się detek­tyw nie mógłby pomi­nąć, po czym zga­sił papie­rosa w krysz­ta­ło­wej popiel­niczce i napił się soku z czar­nej porzeczki. Czar­necki wciąż inten­syw­nie pró­bo­wał połą­czyć fakty.

- Kto, kto, kto byłby...? - powta­rzał pod nosem.

- Kto byłby w sta­nie odciąć ofie­rze kutasa i wci­snąć go w jej gar­dło? - Brudny zapa­lił kolej­nego papie­rosa.

To nie może być tak pro­ste, pomy­ślał Czar­necki. Spoj­rzał na ską­pa­nego w kłę­bach bia­łego dymu Brud­nego i chwy­cił za tele­fon.

- Grze­gorz?

- Tak?

- Sprawdź kar­to­tekę tych ofiar. Wyślij ludzi do ich rodzin i zna­jo­mych, zna­jo­mych zna­jo­mych i zna­jo­mych ich zna­jo­mych. Chcę wie­dzieć o tych face­tach abso­lut­nie wszystko.

Roz­dział 13

Wie­czór był chłodny. Niebo znów zasnuły oło­wiane chmury, z któ­rych nie­usta­jąco sią­pił kapu­śnia­czek wci­ska­jący się w każdy nie­za­sło­nięty zaka­ma­rek ciała. Gdy zapadł zmrok, z zachodu zerwał się dodat­kowo silny wiatr, który tylko potę­go­wał wra­że­nie zimna.

Brudny zapar­ko­wał swo­jego patrola przy Fil­har­mo­nii Zie­lo­no­gór­skiej i Pie­ro­garni po Byku. Po godzi­nie w towa­rzy­stwie dwóch bez­gło­wych i wypa­tro­szo­nych tru­pów więk­szość ludzi zapewne stra­ci­łaby ape­tyt. On jed­nak przy­zwy­czaił się do podob­nych wido­ków już dawno temu, a ponie­waż ruskie były jed­nym z jego ulu­bio­nych dań, nie mógł sobie odmó­wić tej przy­jem­no­ści. Łak­nie­nie poczuł już w pro­sek­to­rium, ale praw­dziwy głód zaczął mu doskwie­rać dopiero teraz, dla­tego od razu poszedł coś zjeść. Zamó­wił por­cję "po byku", pół na pół ruskich oraz z mię­sem, i popił zim­nym jasnym piwem. Dał kel­nerce dwa­na­ście zło­tych napiwku i opu­ścił lokal.

Na dwo­rze zro­biło się już cał­kiem ciemno. Wycią­gnął papie­rosa i zapa­lił. Przez chwilę bez­myśl­nie przy­glą­dał się budyn­kowi sto­ją­cej naprze­ciwko fil­har­mo­nii, po czym posta­wił koł­nierz płasz­cza i ruszył w kie­runku kurii die­ce­zjal­nej, która znaj­do­wała się przy kościele Prze­naj­święt­szej Marii Boskiej Czę­sto­chow­skiej, jed­nego z naj­star­szych i naj­czę­ściej odwie­dza­nych zabyt­ków mia­sta. Nie uma­wiał się na spo­tka­nie, bo się go spo­dzie­wali. Sio­stra Gwi­dona, nawet jeśli ją tro­chę postra­szył, i tak pew­nie zadzwo­niła do prze­ło­żo­nych.

Brudny prze­mknął przez park przy fil­har­mo­nii i omi­nąw­szy kilka zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów, skrę­cił za rogiem sza­rego budynku nale­żą­cego do kurii. Z nutką melan­cho­lii zauwa­żył, że na poste­runku obok wciąż stoi stary, dobry Kap­sel, jedyny sklep mono­po­lowy w mie­ście, w któ­rym można było dostać piwne białe kruki. Bo jeśli cze­goś nie mieli w Kap­slu, to zna­czyło, że nie miał tego nikt w Pol­sce.

Sta­nął przy domo­fo­nie i wybrał odpo­wiedni numer. Po krót­kim sygnale z gło­śnika dobiegł młody, choć sta­now­czy głos.

- Kto tam?

- Zbłą­kana dusza - zakpił Brudny.

- Pro­szę nie paja­co­wać. Poza tym kuria zamknięta. Pro­szę przyjść jutro.

- Nale­gam, aby otwo­rzył pan drzwi.

- Już powie­dzia­łem, kuria zamknięta do jutra do godziny dzie­wią­tej. Do widze­nia.

Coś w gło­śniku zaskrze­czało i nastała cisza. Głos na pewno nie nale­żał do biskupa, raczej do mini­stranta albo jakie­goś świeżo upie­czo­nego urzęd­nika odpo­wie­dzial­nego za budy­nek kurii. Brudny nie czuł się zasko­czony. Od zawsze uwa­żał, że Kościół to insty­tu­cja z naj­więk­szą liczbą hipo­kry­tów na metr kwa­dra­towy. Czło­wiek po dru­giej stro­nie mikro­fonu tylko utwier­dził go w tym prze­ko­na­niu.

Brudny naci­snął przy­cisk raz jesz­cze i tym razem przy­trzy­mał go dłu­żej.

- Słu­cham? - Ton był jesz­cze bar­dziej pre­ten­sjo­nalny.

- Pro­szę otwo­rzyć. Mam pilną sprawę do biskupa Pil­cha.

- Kuria jest zamknięta do jutra do...

- Spójrz w ekran, chłop­cze, i otwórz te cho­lerne drzwi. - Brudny stra­cił cier­pli­wość i przy­sta­wił do oka kamery poli­cyjną odznakę. Odcze­kał chwilę.

- Pan z poli­cji? - Ton po dru­giej stro­nie zmie­nił się dia­me­tral­nie, a Brudny od razu pomy­ślał, że roz­mówca ma coś na sumie­niu. Bio­rąc pod uwagę zapach, jaki wyczuł zaraz po wej­ściu na plac przy kurii, sprawa była oczy­wi­sta. - A w jakiej spra­wie, jeśli mogę spy­tać?

- Nie może pan. Pro­szę otwo­rzyć drzwi i poin­for­mo­wać biskupa Pil­cha o moim przy­by­ciu.

- Pana god­ność, panie wła­dzo...?

- Otwie­raj, gów­nia­rzu, bo zamknę cię za posia­da­nie. Nawet stąd czuję zapach maryśki, którą wła­śnie pali­łeś w oknie.

W tej samej sekun­dzie roz­le­gło się cha­rak­te­ry­styczne bzy­cze­nie i Brudny otwo­rzył drzwi. Wszedł do środka i poszedł na pię­tro, gdzie miał swój apar­ta­ment biskup Pilch. Gdy był już w poło­wie scho­dów, usły­szał szczęk zamka na par­te­rze. Po chwili z jed­nego z pomiesz­czeń wybiegł chudy chło­pa­czek w oku­la­rach i w za dużej blu­zie z kap­tu­rem. Miał może ze dwa­dzie­ścia lat.

- Pro­szę nie iść do księ­dza biskupa! - zawo­łał bła­gal­nie. - Ja pójdę z panem, tylko pro­szę nic mu nie mówić. Bła­gam. Chcia­łem tylko spró­bo­wać i...

Mło­dzień­cowi głos się zała­mał. Brudny przy­sta­nął i zmie­rzył go spoj­rze­niem peł­nym zawodu.

- Spuść w kiblu to, co ci zostało, i następ­nym razem otwórz każ­demu, kto tu przyj­dzie i będzie szu­kał pomocy. Bez względu na godzinę. Zro­zu­miano?

- Tak, oczy­wi­ście, pro­szę pana. Ale czy to ozna­cza, że...?

- Tak, to ozna­cza, że nie wspo­mnę o tym bisku­powi, nie aresz­tuję cię i nie wsa­dzę do celi z gryp­su­ją­cymi recy­dy­wi­stami, choć mógł­bym to zro­bić i zro­bię, jeśli następ­nym razem będziesz taki pyskaty.

- Naprawdę? - W oczach chło­paka poja­wił się błysk nadziei.

- Nie będę powta­rzał. I lepiej zejdź mi z oczu, zanim zmie­nię zda­nie.

- Zro­bię, co pan każe. Dzię­kuję panu. Do widze­nia panu.

Chło­pak ukło­nił się kil­ka­krot­nie, obró­cił na pię­cie i znik­nął w pokoju. Brudny odpro­wa­dził go wzro­kiem i wzno­wił wspi­naczkę po stro­mych scho­dach. Ucie­szył się, że sytu­acja uło­żyła się w ten spo­sób i młody nie zdo­łał uprze­dzić Pil­cha o jego wizy­cie. Mógł wziąć biskupa z zasko­cze­nia.

Sta­nął przed drzwiami, na któ­rych wisiał spo­rych roz­mia­rów krzyż oraz tabliczka "J.E. Ks. Bp Ama­de­usz Pilch". Przy­sta­wił ucho do drzwi. W tle sły­chać było gra­jący tele­wi­zor, z któ­rego dobie­gał zna­jomy hymn Ligi Mistrzów. Gdy go sły­szał, zwy­kle prze­łą­czał kanał, bo ni­gdy nie nale­żał do fanów piłki noż­nej. Musiał jed­nak przy­znać, że choć ten kawa­łek zwia­sto­wał dwie godziny zmar­no­wa­nego czasu, to miał w sobie coś wytwor­nego i nawet wpa­dał w ucho.

Zapu­kał rap­tow­nie.

- Cza­ruś? Wejdź.

Brudny pomy­ślał, że być może źle oce­nił sio­strę Gwi­donę. Biskup Pilch nie wyglą­dał na czło­wieka, który spo­dziewa się gościa tego kali­bru. Albo do niego nie zadzwo­niła, bo rze­czy­wi­ście prze­stra­szyła się kon­se­kwen­cji, albo nie nada­wała z Pil­chem na tych samych falach. Obie moż­li­wo­ści zado­wa­lały Brud­nego w takim samym stop­niu.

Brudny naci­snął klamkę i wszedł do środka. Biskup Pilch sie­dział wygod­nie przed tele­wi­zo­rem w piża­mie w kolo­rowe palemki. W jed­nej ręce trzy­mał paczkę papry­ko­wych czip­sów, a w dru­giej piwo.

- Przy­szła już ta pizza? Mam nadzieję, że dali tę dodat­kową colę... - Biskup upił łyk, nie odwra­ca­jąc oczu od tele­wi­zora, na któ­rym kamera prze­su­wała się po twa­rzach kolej­nych pił­ka­rzy. Kilku z nich Brudny nawet koja­rzył, ale nie pamię­tał nazwisk.

- To nie pizza, panie Pilch - odparł.

Męż­czy­zna aż pod­sko­czył. Gry­mas zdzi­wie­nia na jego twa­rzy mógł kon­ku­ro­wać jedy­nie z miną Andrzeja Gołoty po pierw­szym nok­dau­nie prze­gra­nego star­cia o mistrzo­stwo świata wagi cięż­kiej z Len­no­xem Lewi­sem.

- Kim pan jest? Co pan tu robi? - pytał zasko­czony.

- Nazy­wam się Igor Brudny i jestem komi­sa­rzem sto­łecz­nej poli­cji. Będę miał do pana kilka pytań.

- O tej porze? Tak nie­za­po­wie­dziany? Czy... czy... pan wie, kim jestem?

Pilch pró­bo­wał się jakoś masko­wać. Wyglą­dał doprawdy żało­śnie w tej zapi­na­nej na guziki piża­mie w kolo­rowe palemki, spod któ­rej wysta­wał piwny brzu­szek i kilka czar­nych kła­ków w oko­licy szyi. Spora łysina i oku­lary o gru­bych szkłach rów­nież nie doda­wały mu powagi. Na pewno nie spo­dzie­wał się gości.

- Wiem, kim pan jest, i nie robi to na mnie żad­nego wra­że­nia. Radzę też panu jakoś sen­sow­nie się ubrać, zanim zaczniemy roz­mowę.

- To jest skan­dal! Pro­szę natych­miast opu­ścić mój pokój i budy­nek kurii. A ja jutro zadbam, aby pan odpo­wie­dział za to bez­prawne wtar­gnię­cie i...

- Nie zadba pan o nic i będzie sie­dział cicho. Zrobi pan też nam obu moc­nej kawy i przez naj­bliż­szą godzinę albo dwie odpo­wie zgod­nie z prawdą na każde pyta­nie, które panu zadam. No, chyba że rze­czy­wi­ście chce pan poznać praw­dziwe zna­cze­nie słowa "skan­dal".

Biskup Pilch zamilkł i z odrazą zmie­rzył pew­nego sie­bie roz­mówcę. Ner­wowo prze­łknął ślinę i zmru­żył oczy. Gar­dził intru­zem, ale jed­no­cze­śnie się go bał. Brud­nemu wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, aby zro­zu­mieć, że ten pięć­dzie­się­cio­pa­ro­letni facet o apa­ry­cji miłego sąsiada psy­cho­paty z naprze­ciwka ma na sumie­niu cał­kiem sporo.

- Czego pan chce, panie komi­sa­rzu? - spy­tał gospo­darz.

- Powiem panu, jak pan się prze­bie­rze. Ma pan jakieś dżinsy i koszulkę?

- Księża to też ludzie.

- Powiedzmy, że coś o tym wiem.

Pilch odsta­wił na wpół opróż­nioną butelkę z piwem i raz jesz­cze przyj­rzał się komi­sa­rzowi. Ostat­nia odpo­wiedź zmro­ziła go, tylko głu­piec nie zdo­łałby wyczy­tać groźby mię­dzy wier­szami. Ten glina coś wie­dział. Tylko co i co chciał z tą wie­dzą uczy­nić?

Biskup poszu­kał na stole pilota i wyłą­czył tele­wi­zor w momen­cie, gdy sędzia gwizd­kiem roz­po­czął mecz.

- Pro­szę dać mi chwilę - rzekł. - Zaraz do pana przyjdę, komi­sa­rzu Brudny.

Roz­dział 14

Romu­ald Czar­necki sie­dział na kana­pie i oglą­dał kanał infor­ma­cyjny. Wła­śnie wypił przy­go­to­waną przez żonę her­batę i nalał sobie odro­binę koniaku, który poma­gał mu zasnąć. Przez lata nie potra­fił wypra­co­wać modelu pozwa­la­ją­cego na stu­pro­cen­towe oddzie­le­nie życia pry­wat­nego od pracy, zwłasz­cza przy tak trud­nych i anga­żu­ją­cych śledz­twach, w związku z tym, nawet gdy był zmę­czony, potrze­bo­wał cze­goś, co poma­gało mu zapo­mnieć o tru­dach dnia minio­nego.

Sprawa Tro­chana, nie­stety, stała się już główną pożywką dla wszyst­kich ogól­no­pol­skich mediów. Dzi­siej­sza kon­fe­ren­cja pra­sowa z pew­no­ścią nie została ode­brana przez media naj­le­piej, bo dzien­ni­ka­rze nie usły­szeli niczego kon­kret­nego prócz kilku oczy­wi­stych fak­tów i ogól­ni­ko­wych stwier­dzeń, które final­nie spro­wa­dzały się do kla­sycz­nego "z uwagi na dobro pro­wa­dzo­nego śledz­twa nie mogę udzie­lić wię­cej infor­ma­cji". Mimo to o spra­wie trą­biono przy każ­dej oka­zji, do pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych zapra­szano pseu­do­ek­sper­tów od psy­cho­ana­lizy, byłych gli­nia­rzy, a nawet jasno­wi­dzów. Stało się to, czego inspek­tor chciał unik­nąć za wszelką cenę. Z poważ­nej sprawy zro­biono cyrk, a co naj­gor­sze, w więk­szo­ści prze­ka­zów Tro­chan został napięt­no­wany i w zasa­dzie ska­zany. "Dok­tor Śmierć", "Filip Roz­pru­wacz", "Wam­pir z Zie­lo­nej Góry" - te i podobne nagłówki tylko wzma­gały ogól­no­pol­ską psy­chozę, mało tego, zaczęły docho­dzić sygnały z War­szawy, suge­ru­jące, że Tro­chan tam się wła­śnie ukrywa. Kwe­stią czasu było, aż jakiś nad­gor­liwy młody dzien­ni­karz w końcu doko­pie się do Brud­nego, który prze­cież nie był, nawet bio­rąc pod uwagę spe­cy­fikę sto­licy, posta­cią zupeł­nie ano­ni­mową.

Te i wiele innych spraw spę­dzały Czar­nec­kiemu sen z powiek. Gdy na chwilę przy­snął, zaraz budził go naj­drob­niej­szy hałas, a pierw­szą myślą było "kim jest mor­derca?", drugą "dla­czego to robi?", trze­cią "czy uda mi się go zła­pać, zanim znów zabije?". I tak w kółko.

Czar­necki nalał sobie drugi kie­li­szek koniaku, który zwy­kle pozwa­lał mu zasnąć na tro­chę dłu­żej. Posta­no­wił też, że zanim go opróżni, wcze­śniej weź­mie gorącą kąpiel, aby zmyć z sie­bie kożuch z tych wszyst­kich bru­dów, które przy­kle­iły się do niego w ciągu dłu­giego dnia pracy. Po wyj­ściu z łazienki dał żonie buziaka i jak to miał w zwy­czaju pod­czas tak trud­nych śledztw przy­niósł sobie koc do salonu, aby w razie pil­nego tele­fonu jej nie budzić.

Prze­brał się w piżamę i uło­żył wygod­nie. Wypił resztkę koniaku, wyłą­czył tele­wi­zor i zamknął oczy. Poczuł, jak ogar­nia go bło­gie uczu­cie roz­luź­nie­nia. Orga­nizm wyraź­nie dopo­mi­nał się o pod­ła­do­wa­nie bate­rii, dla­tego nasu­nął koc pod szyję i sta­rał się wię­cej nie myśleć. Zer­k­nął jesz­cze na elek­tro­niczny zega­rek pod tele­wi­zorem. Docho­dziła dwu­dzie­sta druga. Zdjął oku­lary i odło­żył je na stół. Potem zasnął.

Kiedy roz­bu­dzony sygna­łem wibru­ją­cej komórki otwo­rzył oczy, na budziku wid­niała dwu­dzie­sta trze­cia dwa­na­ście. Ode­brał.

- Cześć, Anka - wymam­ro­tał.

- Cześć, Romek. Sły­szę, że cię obu­dzi­łam, ale lepiej usiądź.

- Masz wyniki DNA...?

- Mam.

Czar­necki usiadł i wyma­cał na stole oku­lary.

- Już. I niech to będą dobre wie­ści.

- Krótko. Odci­ski pal­ców i DNA Tro­chana zostały potwier­dzone na pod­sta­wie przy­naj­mniej kilku pozo­sta­wio­nych śla­dów. Pra­wie na pewno to on.

- Pra­wie?

- Tak, pra­wie. Zna­leź­li­śmy też DNA, które dzięki kilku drob­nym muta­cjom mini­mal­nie różni się od DNA Tro­chana.

- Co to ma niby zna­czyć, że mini­mal­nie się różni?

- Tak jak sły­sza­łeś. Mini­mal­nie. Ale dia­beł tkwi w szcze­gó­łach. Nie owi­ja­jąc w bawełnę, dowody wska­zują, że Brudny też tam był.

* * *

- Jesteś pewna, że to nie pomyłka? - Czar­necki był nieco roz­draż­niony, cho­dził wzdłuż swo­jego gabi­netu z kub­kiem paru­ją­cej kawy w dłoni.

- Zle­ci­łam bada­nie raz jesz­cze, ale takie błędy się nie zda­rzają.

- Opo­wiedz mi dokład­nie, jak to jest z tymi bliź­nia­kami. Z tego, co wiem, mają iden­tyczne DNA. Mam rację?

- Po czę­ści. Bliź­niaki jed­no­ja­jowe rze­czy­wi­ście pod wzglę­dem gene­tycz­nym są pra­wie iden­tyczne. Pra­wie, bo tak sądzono do dwa tysiące pią­tego, gdy dostrze­żono pewne nie­ści­sło­ści. W dwa tysiące ósmym osta­tecz­nie potwier­dzono, że infor­ma­cja gene­tyczna bliź­niąt może zawie­rać pewne róż­nice.

- Na czym to polega?

- Jest kilka teo­rii na ten temat, ale naj­czę­ściej mówi się o momen­cie tuż po podziale zarodka. Zmiany w geno­mie mogą zacho­dzić już w łonie matki, na przy­kład w trak­cie walki o tlen i sub­stan­cje odżyw­cze, ale zwy­kle roz­wi­jają się póź­niej, a ich przy­czyną są głów­nie czyn­niki śro­do­wi­skowe. Cho­dzi tu przede wszyst­kim o takie rze­czy jak: prze­byte cho­roby, dieta, spo­ży­cie alko­holu, papie­rosy, styl życia. W zasa­dzie lista jest nie­ogra­ni­czona. W kilku seg­men­tach DNA Tro­chana i Brud­nego zna­leź­li­śmy takie wła­śnie drobne róż­nice.

- Co to twoim zda­niem ozna­cza?

- Nie wiem, Romek. Ta sprawa robi się z dnia na dzień jesz­cze bar­dziej zagma­twana. Wokół tych figu­rek DNA Tro­chana było nie­mal wszę­dzie, a jeśli cho­dzi o Brud­nego, to dowo­dem było kilka wło­sów.

- Czyli musieli mieć wcze­śniej kon­takt?

- Na to wycho­dzi.

- A próbki znad rzeki?

- Jutro... - Borucka zer­k­nęła na zega­rek - ...a w zasa­dzie dziś do połu­dnia powin­nam mieć wyniki. Gdy mamy już wzór, idzie znacz­nie szyb­ciej.

Czar­nec­kiego ta odpo­wiedź wyraź­nie nie zado­wo­liła. Cho­dził od okna do szafki jak nakrę­cony, jakby ten rytuał miał pomóc w roz­wią­za­niu sprawy. Borucka obser­wo­wała go kątem oka, bo choć współ­pra­co­wali od lat, jesz­cze ni­gdy nie widziała go w takim sta­nie.

W końcu się zatrzy­mał.

- A ta cała schi­zo­fre­nia? Wiem, że to cho­roba gene­tyczna...

- Tak, wła­śnie mia­łam to powie­dzieć. W obu sekwen­cjach odna­leź­li­śmy geny świad­czące o obcią­że­niu tą cho­robą, ale i tu dostrze­gli­śmy pewne róż­nice. O ile obaj mają wyraźną nadak­tyw­ność genu NOS1AP, który jest naj­po­pu­lar­niej­szy u schi­zo­fre­ni­ków, praw­do­po­do­bień­stwo wystą­pie­nia sil­niej­szej postaci cho­roby u Tro­chana jest, jak by to ująć, wyż­sze. Nie wcho­dząc w szcze­góły, ze stu ośmiu odkry­tych genów odpo­wia­da­ją­cych za pod­łoże pod schi­zo­fre­nię, u Tro­chana wykry­li­śmy cztery muta­cje obcią­ża­jące go znacz­nie poważ­niej niż Brud­nego.

Inspek­tor odsta­wił kubek na stół i usiadł na krze­śle. Scho­wał głowę w dło­niach i trwał tak przez dłuż­szą chwilę. W pew­nym momen­cie pod­niósł wzrok na sie­dzącą obok Borucką.

- Obaj są cho­rzy?

- I w tym pro­blem. Mogą, ale nie muszą. To jak z rakiem. Nie­któ­rzy są obcią­żeni gene­tycz­nie i doży­wają stu lat, a inni umie­rają młodo, choć ni­gdy w rodzi­nie nie mieli nikogo z nowo­two­rem.

- Przy­naj­mniej teo­ria Elki ma jakieś pod­stawy - mruk­nął pod nosem nieco zre­zy­gno­wa­nym tonem. - Tylko co z tym Brud­nym? Nie potra­fię roz­gryźć tego faceta. Teo­re­tycz­nie powi­nie­nem go teraz aresz­to­wać, ale co mi to da? Brudny, jeśli rze­czy­wi­ście jest w to zamie­szany, nie przy­zna się. Jest zbyt inte­li­gentny...

- Ja wyko­na­łam swoją robotę, Romek. - Borucka pod­nio­sła się z krze­sła i pokle­pała inspek­tora po ramie­niu. - I jeśli nie masz nic prze­ciwko, to chęt­nie pójdę się prze­spać, bo nie zmru­ży­łam oka od dobrych trzy­dzie­stu godzin.

- Pew­nie, Anka, dobra robota.

- Robię swoje.

- Żeby tak każdy robił swoje, to na świe­cie byłoby jak w raju. - Czar­necki spoj­rzał na współ­pra­cow­nicę, która wła­śnie zarzu­ciła na sie­bie płaszcz i się­gała po czarną torebkę. - Spo­tka­nie zespołu o ósmej. Chcę, abyś to wszystko powtó­rzyła całej gru­pie.

- Nie spóź­nię się. Cześć.

- Cześć.

Gdy drzwi gabi­netu inspek­tora zamknęły się, Czar­necki poczuł, jak ogar­nia go uczu­cie bez­sil­no­ści. Przez trzy­dzie­ści lat pro­wa­dził setki spraw, ale po raz pierw­szy w życiu miał wra­że­nie, że śledz­two zaczyna go prze­ra­stać.

Chwilę póź­niej poszedł w róg gabi­netu, gdzie stały dwa skó­rzane fotele. Połą­czył je ze sobą i poło­żył się. Szybko zasnął.

Roz­dział 15

Usły­szała kroki.

Prze­ra­ziły ją bar­dziej niż cokol­wiek do tej pory, bo zdała sobie sprawę, że gdy krzy­czała i bła­gała o pomoc, ktoś cały czas krył się w ciem­no­ści. I napa­wał się jej lękiem.

Oli­wia zasty­gła. Kroki ustały i znów zapa­dła gro­bowa cisza. Wstrzy­mała oddech i przy­ło­żyła dłoń do ust, ale zro­zu­miała, że to nic nie da. Sły­szała, jak bije jej serce. Jego nie mogła uci­szyć. I była pewna, że postać cza­jąca się w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści też je sły­szy.

Coś chrup­nęło. Paskudny dźwięk sko­ja­rzył się jej z roz­gnia­ta­niem chi­ty­no­wego pan­ce­rza kara­lu­cha bądź innego owada. Ktoś za kra­tami znów ruszył w jej kie­runku. Jeden krok, drugi, trzeci, czwarty. Coś trzesz­czało pod pode­szwami, jakby pod­łoga była wyście­lona dywa­nem z wysu­szo­nego robac­twa.

Postać znów się zatrzy­mała, a Oli­wia dostrze­gła w mroku ledwo zauwa­żalny zarys. Cień o nie­na­tu­ral­nie dużej, bez­kształt­nej gło­wie. I to dysze­nie. Okropne. Odra­ża­jące. Nie­ludz­kie.

Gdy usły­szała szczęk klu­czy, a następ­nie zgrzyt prze­su­wa­nego rygla, nie wytrzy­mała.

- Bła­gam pana - pisnęła, jej głos łamał się pra­wie z każ­dym wypo­wia­da­nym sło­wem. - Pro­szę nie robić mi krzywdy. Ja nic nie powiem. Bła­gam, pro­szę mnie wypu­ścić. Nic nie powiem. Przy­się­gam.

Zawiasy zło­wiesz­czo zaskrzy­piały i drzwi od pro­wi­zo­rycz­nej celi uchy­liły się odro­binę. Oli­wia znała ten dźwięk. Taki sam wyda­wała stara brama kro­śnień­skiego cmen­ta­rza. Ta myśl pogłę­biła nara­sta­jącą zgrozę.

- Bła­gam pana, zro­bię wszystko. Bła­gam, pro­szę mnie zosta­wić - mam­ro­tała pod nosem.

Dysze­nie zamie­niło się w sapa­nie. Wyczuła w nim żądzę. Zwie­rzęcą, nie­za­spo­ko­joną chuć. Odru­chowo zaci­snęła uda. Wtedy cień pochy­lił się i - nie była tego cał­ko­wi­cie pewna - chyba posta­wił coś na pod­ło­dze. Następ­nie obró­cił się i z powro­tem zary­glo­wał wej­ście. Chwilę póź­niej, stą­pa­jąc ciężko, odda­lił się.

Oli­wia ode­tchnęła z ulgą, ale spo­kój nie trwał długo. Szybko zorien­to­wała się, że cień daleko nie odszedł. Znów skrył się w mroku. I ją obser­wo­wał.

Teraz o tym wie­działa i to ją total­nie prze­ra­żało.

* * *

Filip Tro­chan tkwił w mroku i zasta­na­wiał się, czy prze­żyje. Oparty o zimną ścianę wal­czył z prze­ni­kli­wym chło­dem i doj­mu­ją­cym lękiem. Oddy­chał ciężko, czuł na szyi zaci­śnięty sznur, ścią­ga­jący zarzu­cony na głowę worek po ziem­nia­kach. Nie mógł się go pozbyć, bo cień mu zabro­nił. I kazał mil­czeć. Pod groźbą sro­giej kary.

Tro­chan mu wie­rzył i wolał nie ryzy­ko­wać. Już pierw­szej nocy prze­ko­nał się, do czego cień jest zdolny. Sły­szał, jak opra­wiał swoje ofiary. Robił to powoli, w mil­cze­niu, napa­wa­jąc się ich stra­chem i delek­tu­jąc cier­pie­niem.

Teraz dok­tor oba­wiał się, że podobny los czeka tę młodą dziew­czynę. Tam­tym męż­czy­znom też wcze­śniej dał miskę z jedze­niem i kubek wody.

Pomy­ślał, że jest pie­przo­nym tchó­rzem. Całe życie przed nim ucie­kał, ni­gdy nawet nie spró­bo­wał sta­wić mu czoła. Dziś też nie potra­fił. Po pro­stu nie był w sta­nie. Strach przed cie­niem para­li­żo­wał go niczym zastrzyk z kurary.

Tro­chan zaci­snął pię­ści. Zebrał się w sobie i otwo­rzył powieki. Gdy tylko spoj­rzał przez dwie wyszar­pane w worku dziury, od razu poża­ło­wał tej pochop­nej decy­zji. W cze­lu­ści mroku dostrzegł nie­wy­raźny kon­tur jego syl­wetki. Cień sie­dział przy­gar­biony w tym samym miej­scu co zawsze. W mil­cze­niu. I cze­kał.

Roz­dział 16

Anna Borucka wła­śnie koń­czyła mówić, gdy zadzwo­niła jej komórka. Prze­pro­siła pozo­sta­łych człon­ków zespołu, choć wcale nie musiała. Na ten tele­fon z labo­ra­to­rium cze­kali wszy­scy bez wyjątku.

- Borucka, słu­cham. Tak. Tak. Co jesz­cze? Ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią? Tak. Tak. Dzię­kuję, Adam. Ode­zwę się. Do usły­sze­nia.

Borucka scho­wała apa­rat do kie­szeni i omio­tła wzro­kiem zebra­nych, w końcu zatrzy­mała wzrok na inspek­to­rze Czar­nec­kim.

- No, do cho­lery jasnej, mów, Anka. Jak te wyniki znad rzeki?

- Jest potwier­dze­nie śla­dów DNA Tro­chana i Brud­nego.

- W takiej samej kon­fi­gu­ra­cji?

- Ow­szem, włos Brud­nego też mamy, ale dziś dorzu­cam do puli nie­do­pa­łek po papie­ro­sie i okruch po pizzy z jego śliną, pełną ślicz­nego i świe­żut­kiego DNA.

W pomiesz­cze­niu zapa­dła nie­mal gro­bowa cisza. Wszy­scy wpa­try­wali się to w eks­pert od kry­mi­na­li­styki, to w inspek­tora, który naj­wy­raź­niej miał spory pro­blem z przy­swo­je­niem prze­ka­zy­wa­nych infor­ma­cji.

- Mało tego - dorzu­ciła Borucka. - Na frag­men­cie szkła po roz­bi­tej butelce coca-coli mamy piękny odcisk kciuka naszej sto­łecz­nej gwiazdy.

- Mamy odcisk palca Brud­nego? - Ton inspek­tora orbi­to­wał gdzieś na gra­nicy nie­do­wie­rza­nia i posą­dze­nia Boruc­kiej o pod­rzu­ce­nie lub spre­pa­ro­wa­nie dowo­dów.

- Jest bar­dzo podobny do Tro­chana, w sumie to bliź­niacy, ale róż­nice są ewi­dentne. Bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści to paluch Brud­nego.

Ta infor­ma­cja spa­dła na Czar­nec­kiego jak grom z jasnego nieba. Do samego końca łudził się, że Brudny to może i szorstki w oby­ciu, ale jed­nak uczciwy i porządny glina. Fakt, że nad rzeką zna­le­ziono jego DNA i odci­ski pal­ców, spra­wiał, że po raz drugi wyraź­nie pod­ko­pał swój auto­ry­tet przed człon­kami zespołu, więc musiał w końcu zare­ago­wać. I choć te wszyst­kie nie­chluj­nie pozo­sta­wione dowody miały się nijak do pro­filu skru­pu­lat­nego i ponad­prze­cięt­nie inte­li­gent­nego komi­sa­rza sto­łecz­nej poli­cji, to w tej sytu­acji inspek­tor miał tylko jedno wyj­ście. Musiał Brud­nego aresz­to­wać.

- Widzi­cie w tym jakiś sens? - spy­tał po chwili zasta­no­wie­nia, omiótł wzro­kiem wszyst­kich bez wyjątku, aby w końcu zatrzy­mać się na pod­in­spek­to­rze Grze­go­rzu Zim­nym.

- To ty mia­łeś z nim naj­wię­cej do czy­nie­nia, Romek. - Zimny roz­ło­żył ręce, ale po chwili dodał: - Oczy­wi­ście nie chcę, żebyś to źle ode­brał, ale wzią­łeś Brud­nego na sie­bie, więc chyba żaden z nas nie odpo­wie ci na to pyta­nie lepiej niż ty sam.

- Powi­nie­neś go aresz­to­wać jak naj­szyb­ciej - dorzu­cił pro­ku­ra­tor Lis. - Facet może zacie­rać ślady i utrud­niać śledz­two. Poza tym jest nie­prze­wi­dy­walny i po pro­stu nie­bez­pieczny. Nakaz aresz­to­wa­nia mogę pod­pi­sać w tej chwili.

Inspek­tor wysłu­chi­wał swo­ich współ­pra­cow­ni­ków ze sto­ic­kim spo­ko­jem. Zale­żało mu, aby poznać ich zda­nie, a oni dosko­nale zda­wali sobie sprawę, że przy Czar­nec­kim mogą, a w zasa­dzie muszą, być cał­ko­wi­cie szcze­rzy. Uda­wa­nie czy pod­li­zy­wa­nie się w zespole ni­gdy nie miały prawa bytu.

- Też uwa­żam, że powi­nien zostać zatrzy­many, choć rozu­miem twoje wąt­pli­wo­ści - dodała Elż­bieta Pałka. - Bada­nia DNA jasno wyka­zały, że obaj są gene­tycz­nie dość mocno obcią­żeni schi­zo­fre­nią, choć... - pro­fi­lerka zakrę­ciła dło­nią w powie­trzu i spoj­rzała w sufit, jakby szu­kała gdzieś wyżej popar­cia swo­jej tezy - ...współ­praca dwóch cho­rych schi­zo­fre­ni­ków, do tego braci bliź­nia­ków, któ­rzy wycho­wy­wali się oddziel­nie, byłaby nie­mal na pewno pierw­szym takim przy­pad­kiem w histo­rii kry­mi­na­li­styki. Ale skoro Tro­chan wyka­zuje tak dia­me­tral­nie różne zacho­wa­nia, to czy­sto teo­re­tycz­nie Brudny też jest do tego zdolny. Jeśli ma choć w poło­wie tak wyraźne roz­dwo­je­nie oso­bo­wo­ści, to wśród nas może ucho­dzić za świet­nego poli­cjanta, aby po wyj­ściu na ulicę zmie­nić się nie do pozna­nia.

W pomiesz­cze­niu znów nastała cisza. Lis, Zimny i dwóch poli­cjan­tów suge­styw­nie poki­wali gło­wami. Czar­necki dostrzegł, że jest w zde­cy­do­wa­nej mniej­szo­ści, i zasę­pił się tro­chę.

- Przyj­muję wasze słowa z pokorą - rzekł po chwili. - Zna­cie mnie i wie­cie, że bar­dzo cenię sobie szcze­rość człon­ków wła­snego zespołu, nawet jeśli bywa bole­sna dla mojego i tak już nad­szarp­nię­tego ego. Ale zawsze pod­cho­dzę do sprawy cało­ściowo, a mnie nie dają spo­koju dwie kwe­stie, które nijak mają się do tej całej sytu­acji. Po pierw­sze, wciąż nie mamy jasnego motywu, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę zakła­dane w chwili obec­nej pomoc­nic­two w zbrod­niach Brud­nego, a po dru­gie, on sam ma mocne alibi.

- Romek, w cięż­kich przy­pad­kach schi­zo­fre­nii para­no­idal­nej trudno mówić o czymś takim jak motyw zbrodni - skon­tro­wała Pałka. - Wystar­czą wyima­gi­no­wane głosy, aby czło­wiek zaczął zabi­jać.

- Tu jesz­cze mógł­bym się zgo­dzić, ale pozo­staje alibi. Wczo­raj pato­mor­fo­log potwier­dził, że do zgo­nów naj­praw­do­po­dob­niej doszło w noc ze środy na czwar­tek ubie­głego tygo­dnia, czyli w dzień znik­nię­cia Tro­chana. W tym cza­sie Brudny pro­wa­dził śledz­two w War­sza­wie i według wszel­kich zna­ków na nie­bie i na ziemi nie ruszał się z mia­sta. Roz­ma­wia­łem z jego prze­ło­żo­nym i poświad­czył, że w ubie­głym tygo­dniu widy­wał się z nim codzien­nie. Logo­wa­nia jego tele­fonu z tam­tego okresu rów­nież to potwier­dzają.

- Nikt nie twier­dzi, że Brudny zabi­jał... - Słowa pro­fi­lerki zawi­sły nad sto­łem jak miecz Damo­klesa, który zaraz miał spaść na głowę samego szefa.

- Mógł pomóc bratu w pozby­ciu się ciał zaraz po przy­jeź­dzie do mia­sta. To zna­czy nie on, tylko ten drugi, który w nim sie­dzi... - Zimny poczuł, że się tro­chę zaga­lo­po­wał.

- Ale w jakim celu? Co mogłoby go popchnąć do takiej decy­zji? - dopy­ty­wał Czar­necki.

- Impuls -nie odpusz­czała Pałka. - Silny impuls, a takim z pew­no­ścią mogła być infor­ma­cja, że ma brata bliź­niaka, mógł otwo­rzyć w umy­śle jakieś nie­znane dotąd obszary i obu­dzić uśpioną drugą oso­bo­wość.

- To czy­sta teo­ria.

- I przy­znam, że mocno nacią­gana, ale chyba na razie jedyna, jaka może wytłu­ma­czyć to, co nam ser­wuje mor­derca. Sama nie sły­sza­łam do tej pory o podob­nym przy­padku. Współ­praca dwóch schi­zo­fre­ni­ków na takim pozio­mie wydaje się bar­dzo mało praw­do­po­dobna, ale nie takie rze­czy świat widział.

- Wła­śnie, Elu, na takim pozio­mie współ­praca wydaje się nie­moż­liwa. Zwłasz­cza że mia­łem i mam na Brud­nego cały czas oko. Nie wcho­dzi w grę, żeby spo­ty­kał się w tym cza­sie z Tro­cha­nem ani kim­kol­wiek innym bez mojej wie­dzy.

- Swoje mógł zro­bić wcze­śniej, zanim poja­wił się na komi­sa­ria­cie po raz pierw­szy - włą­czył się do roz­mowy Zimny. - Ja był­bym za tym, aby go zatrzy­mać i zabez­pie­czyć wszyst­kie jego rze­czy oso­bi­ste, z tą jego tere­nówką włącz­nie. Co prawda nie zna­le­ziono śla­dów po takich opo­nach, ale prze­cież w jego patrolu zmie­ściłby się koń z kopy­tami.

- Nie prze­wo­ziłby ciał na pace. Nie wie­rzę w to. Jest zbyt inte­li­gentny.

- A ja chęt­nie bym zaj­rzała do środka, aby się o tym prze­ko­nać - włą­czyła się Borucka. - Jeśli jest w to zamie­szany, a do tego taki nie­chlujny jak nad rzeką, to w samo­cho­dzie muszą być jakieś ślady. Nie wiem, to może być wszystko, od DNA ofiar po grudki gliny znad rzeki, mar­twego owada czy choćby pozo­sta­łość po jakimś cha­rak­te­ry­stycz­nym zapa­chu.

Czar­necki splótł palce i zamy­ślił się. Przez kil­ka­dzie­siąt sekund ana­li­zo­wał słowa swo­ich pod­opiecz­nych, któ­rzy - miał prze­ko­na­nie gra­ni­czące z pew­no­ścią - cze­kali, aż w końcu wyda roz­kaz aresz­to­wa­nia Brud­nego.

- Przy­chy­lam się do waszych pro­po­zy­cji - rzekł w końcu. - Zatrzy­mam Brud­nego, ale nie posta­wimy mu zarzu­tów, póki... - Czar­necki wymow­nie spoj­rzał na Lisa - ...póki nie będę stu­pro­cen­towo pewny, że ma z tym wszyst­kim coś wspól­nego. Bo żeby była jasność. Nie jestem co do tego prze­ko­nany tak jak wy. Roz­ma­wia­łem z nim twa­rzą w twarz kilka razy i nie jestem w sta­nie sobie wyobra­zić, że ten czło­wiek potrafi tak dosko­nale kła­mać. Prę­dzej uwie­rzył­bym, że ktoś pod­rzu­cił nad rzekę te dowody, niż przy­jął do wia­do­mo­ści, że Brudny je tam pozo­sta­wił z powodu swo­jego nie­chluj­stwa. To nie ten typ czło­wieka, nawet jeśli rze­czy­wi­ście ma dru­gie, mrocz­niej­sze obli­cze. Zbyt wiele puz­zli mi w tej ukła­dance nie pasuje, a nie mam zamiaru ich wci­skać na siłę. To po pro­stu do mnie nie prze­ma­wia, ale muszę przy­znać, że w sytu­acji, w jakiej mnie posta­wi­li­ście, nie mam wyj­ścia, bo teo­ria Eli też ma prawo się bro­nić. Dla­tego oso­bi­ście doko­nam zatrzy­ma­nia Igora Brud­nego, a potem go prze­słu­cham. I cała akcja zosta­nie ozna­czona jako ści­śle tajna, bo ostat­nim, czego chcę, jest medialna jatka. Czy macie jesz­cze jakieś pyta­nia? Jeśli nie, to wra­caj­cie do pracy. Ty, Grze­gorz, poje­dziesz ze mną.

Chwilę póź­niej człon­ko­wie opu­ścili gabi­net inspek­tora i rzu­cili się w wir pracy. Nie mieli poję­cia, że już za kil­ka­na­ście godzin przy­bę­dzie im jej jesz­cze wię­cej. A media i tak roz­pę­tają pie­kło, jakiego to mia­sto i kraj ni­gdy nie widziały.

Roz­dział 17

Igor Brudny miał tej nocy paskudne kosz­mary. Naj­pierw przy­śniła mu się sio­stra Gwi­dona, póź­niej ksiądz Filip, w końcu ci wszy­scy łysi i szczer­baci ulu­bieńcy matki prze­ło­żo­nej, któ­rych spusz­czała ze smy­czy, gdy inni wycho­wan­ko­wie nie speł­niali jej ocze­ki­wań. Tak jak on.

- Krzysz­to­fie - syczała niczym wąż. - Jesteś wyjąt­kowo tępy. Ostat­nia pokuta niczego cię nie nauczyła? Głupi dzie­ciak. To teraz zoba­czysz. Nauczysz się, że tylko cier­pie­nie uszla­chet­nia grzeszną duszę. Już ja się o to posta­ram.

Pró­bo­wała go zła­mać wiele razy, ale ni­gdy nie osią­gnęła celu. Od dzie­wią­tego roku życia i tam­tego feral­nego zda­rze­nia uni­kała go i choć wie­lo­krot­nie oso­bi­ście stra­szyła surową karą, ni­gdy go nie tknęła. Wyrę­czali ją Pie­run, Łycha, Fran­cuz i paru innych star­szych wycho­wan­ków, któ­rzy potra­fili tłuc go do nie­przy­tom­no­ści kilka razy w tygo­dniu. Przy­pa­la­nie papie­ro­sami, raże­nie prą­dem czy krę­ce­nie wora były jego codzien­no­ścią, regu­lar­nie zasy­piał przy­wią­zany do łóżka bez moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­nia z toa­lety. Nauczeni prze­szło­ścią nie odwa­żyli się zro­bić tylko jed­nego. Kie­dyś pod­słu­chał, jak sio­stra Gwi­dona szep­tała z sio­strą Ber­na­dettą na jego temat i zdra­dziła jej, że wyczuwa w nim obec­ność demona, że "ten bachor nosi w sobie dia­bła".

Może i nosił. Od zawsze czuł, że nie jest sam, że w jego umy­śle mieszka ktoś jesz­cze. Ten ktoś nie miał twa­rzy i zawsze przy­cho­dził we śnie. Niczym mroczne odbi­cie jego samego, ponury cień z innego wymiaru, który szu­kał bramy do świata śmier­tel­ni­ków.

On go wyko­rzy­stał. Aby prze­trwać, nauczył się z nim żyć. Krótko póź­niej mało kto miał odwagę zosta­wać z nim sam na sam.

Tyle lat miał to wszystko za sobą. Pięć dni temu prze­szłość się o niego upo­mniała.

Od Gwi­dony nie dowie­dział się wiele. Stara, zło­śliwa i podła baba już nie miała takiego wigoru jak kie­dyś. Dziś była tylko zgnu­śniałą i prze­stra­szoną sta­ro­winą, która nie pano­wała nad drże­niem dłoni i trzy­ma­niem moczu. Ale nawet gdy dzie­liła i rzą­dziła w tym prze­klę­tym sie­ro­cińcu, nale­żała tylko do pion­ków, które prze­sta­wiali inni, dużo poważ­niejsi gra­cze. Dla­tego Brudny wybrał się do kurii die­ce­zjal­nej, gdzie młody biskup w piża­mie w palemki spę­dził z nim pół nocy na prze­szu­ki­wa­niu archi­wum. Nie­stety, bez­sku­tecz­nie. Pozo­stała mu ostat­nia szansa. Dom księży eme­ry­tów. To tam cze­kał na śmierć ksiądz Albert, były biskup i jedyny czło­wiek, który mógł znać miej­sce prze­cho­wy­wa­nia jego aktu uro­dze­nia. I nie tylko...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pro­log

- Cho­ruje ktoś wśród was? Niech spro­wa­dzi kapła­nów Kościoła, by się modlili nad nim i nama­ścili go ole­jem w imię Pana. A modli­twa pełna wiary będzie dla cho­rego ratun­kiem i Pan go podźwi­gnie, a jeśliby popeł­nił grze­chy, będą mu odpusz­czone1.

Ksiądz nie prze­ry­wał.

Na jego mło­dej i nie­ska­la­nej tru­dami życia twa­rzy wystą­piły kro­ple potu, skro­nie nabrzmiały pul­su­ją­cymi żyłami, a głos, mimo że ledwo sły­szalny, niósł się po izbie ponu­rym echem niczym zakli­na­nia egzor­cy­sty.

Za oknem trza­skały bły­ska­wice, a drzewa ugi­nały się pod napo­rem wichury. Deszcz tłukł o szyby nie­mi­ło­sier­nie, a na ścia­nach sta­rego, roz­pa­da­ją­cego się domu na końcu wsi w bla­sku świec peł­zały pokraczne cie­nie.

Ksiądz po raz kolejny wyko­nał nad głową umie­ra­ją­cej znak krzyża.

Kobieta leżała pod sta­rymi kocami i ści­skała w dło­niach nieco już zardze­wiały krzyż z cier­pią­cym Chry­stu­sem Panem. Jej stare, nazna­czone ponu­rym losem dło­nie drżały żało­śnie, a ona szep­tała pod nosem nie­zro­zu­miale dla wyjąt­kowo skrom­nego audy­to­rium. Nie była pewna, czy Pan przyj­mie ją do swo­jego kró­le­stwa, tak naprawdę szcze­rze wąt­piła, aby wyba­czył jej grze­chy i wpu­ścił ją do raju. Dawno temu odwró­ciła się od Niego. Teraz bar­dzo tego żało­wała.

Spoj­rzała na przy­gar­bioną postać sto­jącą w rogu izby. Męż­czy­zna patrzył na nią chłodno. Jego brą­zowe, głę­boko osa­dzone oczy migo­tały zło­wrogo w bla­sku świec, a gdy ksiądz po raz kolejny powie­dział "amen", wydłu­bał spo­mię­dzy trzo­now­ców resztkę kapu­sty i splu­nął na pod­łogę.

Poczuła, jakby ktoś wbił jej nóż pro­sto w serce. Zamknęła powieki i z bólu zaci­snęła szczęki z taką siłą, że wbiła sobie resztki spróch­nia­łej zębo­winy w dzią­sła. Meta­liczny smak krwi wypeł­nił jej usta. Kaszl­nęła, oplu­wa­jąc brodę i pościel, a mini­strant o blond wło­sach wytarł jej usta białą chustką.

Umie­rała. Poprzed­niego wie­czoru, gdy w końcu zabra­kło wódki, osta­tecz­nie zdała sobie z tego sprawę i poczuła lęk. Nie­zwy­kle inten­sywny. Potra­fiła odróż­nić go od stra­chu, który znała dosko­nale. Strach towa­rzy­szył jej przez bli­sko sześć­dzie­siąt lat mar­nego i pod­łego życia. Nazna­czo­nego biedą, smut­kiem, kolej­nymi depre­sjami i bólem duszy przy­cho­dzą­cym po każ­dej z nich. Strach był jed­nak uczu­ciem nama­cal­nym, można było z nim wal­czyć, ukryć się przed nim, cza­sem nawet go oszu­kać. Ale świa­do­mość, że już wkrótce zamieni się w cuch­nące ścierwo, a jacyś obcy jej ludzie włożą je do taniej trumny i zako­pią, spra­wiała, że zde­cy­do­wała się popro­sić o widze­nie z ojcem Wilcz­kiem. Zro­biło jej się strasz­nie wstyd, gdy wezwany mini­strant poin­for­mo­wał ją, że kapłan umarł trzy lata temu, a nowym pro­bosz­czem został ksiądz Adam Klich. Popro­siła więc o ostat­nie namasz­cze­nie ojca Adama, który do tej pory wyka­zy­wał się nie­zwy­kłym zaan­ga­żo­wa­niem w wyko­ny­wa­niu swo­jego powo­ła­nia. Patrzyła mu w oczy, gdy wypo­wia­dał kolejne sen­ten­cje, i dzię­ko­wała, że przy­szedł do niej w chwili ostat­niej próby.

- Spo­wia­dam się Bogu wszech­mo­gą­cemu i wam, bra­cia i sio­stry, że bar­dzo zgrze­szy­łem myślą, mową, uczyn­kiem i zanie­dba­niem.

Kobieta ude­rzyła się w piersi.

- Moja wina, moja wina, moja bar­dzo wielka wina. Przeto bła­gam Naj­święt­szą Maryję, zawsze Dzie­wicę, wszyst­kich Anio­łów i Świę­tych, i was, bra­cia i sio­stry, o modli­twę za mnie do Pana, Boga naszego.

Spoj­rzała w róg izby, ale nie dostrze­gła w przy­gar­bio­nej postaci tego, czego tak bar­dzo pra­gnęła. Ona mil­czała. I nie biła się w piersi.

- Niech się zmi­łuje nad nami Bóg wszech­mo­gący i odpu­ściw­szy nam grze­chy, dopro­wa­dzi nas do życia wiecz­nego...

Ksiądz kon­ty­nu­ował. Kobieta wtó­ro­wała tak, jak potra­fiła. Było jej wstyd, że nie znała pod­sta­wo­wych modlitw. Kie­dyś, dawno temu, pamię­tała. Dziś, w godzinę wła­snej śmierci, nie umiała wyre­cy­to­wać w cało­ści choć jed­nej.

- Pro­simy Cię, abyś zła­go­dził jej cier­pie­nia.

- Wysłu­chaj nas, Panie.

- Pro­simy Cię, abyś ją uwol­nił od grze­chów i pokus.

- Wysłu­chaj nas, Panie...

Kobieta poczuła, jak do cho­rych oczu napły­wają łzy. Przez lata wyzbyła się wstydu, ale dziś to uczu­cie nie pozwa­lało jej choćby na chwilę zapo­mnieć o tym, jak żyła i co robiła. Pokusa, grzech, pokuta. Tak wyglą­dało całe jej plu­gawe życie.

Ukrad­kiem spoj­rzała na bro­da­tego męż­czy­znę w rogu izby. Stał przy­gar­biony i obser­wo­wał księ­dza udzie­la­ją­cego ostat­niego sakra­mentu umie­ra­ją­cej kobie­cie. Obo­jętny, nie­wzru­szony, zimny. Nie poma­gał. Nie uczest­ni­czył w cere­mo­nii. Cze­kał.

Mini­strant o blond wło­sach podał mło­demu kapła­nowi naczy­nie z ole­jem świę­tym. Ojciec Klich nama­ścił czoło i zaskle­pione dło­nie kobiety, a następ­nie, wypo­wia­da­jąc modli­twę za chorą w ago­nii, w imie­niu Pana odpu­ścił grze­chy. Gdy skoń­czył, wytarł dło­nie w watę, którą odło­żył na biały obrus, tuż obok miseczki z wodą świę­coną.

Kobieta zakrztu­siła się krwią, która tym razem dosię­gła jej nad­garstka i gor­li­wie ści­ska­nej figury Jezusa Chry­stusa umie­ra­ją­cego na krzyżu. Ksiądz deli­kat­nie wytarł jej usta i dotknął dłoni. Uśmiech­nął się przy tym do niej tak natu­ral­nie, jak nikt od wielu dłu­gich lat. Poczuła ulgę.

- Już bli­sko. Jesz­cze tylko "Ojcze Nasz".

Cier­piąca zaci­snęła wargi, wal­cząc z przej­mu­ją­cym bólem. Rak, który od bli­sko trzech lat poże­rał ją od środka, w ostat­nich dniach roz­po­czął sutą ucztę. Nie miała pie­nię­dzy na mor­finę, leki prze­ciw­bó­lowe już nie dzia­łały, wódki zabra­kło. Teraz, na łożu śmierci, cie­szyła się z tego faktu. Choć raz chciała być trzeźwa i do Boga wejść z pod­nie­sioną głową.

Zło­żyła ręce i odmó­wiła z księ­dzem "Ojcze Nasz". Kil­ka­krot­nie zakasz­lała krwią, poczuła, że koniec jest już bar­dzo bli­ski. Bła­gal­nie spoj­rzała na kapłana. Miał przy­stojną twarz z mocno zary­so­wa­nymi kośćmi policz­ko­wymi, pro­sty nos i duże nie­bie­skie oczy. Nie była już w sta­nie wypo­wie­dzieć słowa, zwłasz­cza że na zewnątrz roz­pę­tało się pie­kło, a odgłosy burzy zagłu­szały nawet modli­twy księ­dza. Ojciec Klich uchwy­cił spoj­rze­nie umie­ra­ją­cej, jej tęczówki były szare jak u cho­rego na jaskrę, a białka przy­brały kolor zgni­łego jaja. Zro­zu­miał, co chciała mu powie­dzieć, a ona mu za to mil­cząco podzię­ko­wała.

Patrzyła, jak sięga po bursę z Komu­nią Świętą. Z namasz­cze­niem wycią­gnął opła­tek i deli­kat­nie wsu­nął go w uchy­lone usta umie­ra­ją­cej.

Kobieta gestem popro­siła, aby nachy­lił się nad nią. Zro­bił to, a ona wyszep­tała, że przed śmier­cią chce wyja­wić ostat­nią tajem­nicę.

- Mów, córko. Pan Jezus cię słu­cha.

Poki­wała głową i wska­zała na postać w rogu. Ksiądz Klich pod­szedł do niej i prze­ka­zał ostat­nie życze­nie umie­ra­ją­cej, po czym opu­ścił izbę. Męż­czy­zna prze­cią­gnął języ­kiem po dzią­słach i splu­nął szpet­nie na pod­łogę. Zro­bił kilka kro­ków, a pod jego potęż­nymi sto­pami pod­łoga zaskrzy­piała.

Nachy­lił się nad kobietą, a ona spoj­rzała mu w oczy. Pałały czy­stą, nie­ukry­waną nie­na­wi­ścią. Prze­ra­ziła się, że nie pój­dzie do nieba. Gdy w jego źre­ni­cach odbiły się pło­mie­nie świe­czek, pomy­ślała, że tak wła­śnie wygląda dia­beł. I teraz, w godzinę jej śmierci, obja­wił się pod jego posta­cią.

Zanim umarła, powie­działa mu całą prawdę.

List św. Jakuba, Biblia Tysiąc­le­cia, Wydaw­nic­two Pal­lot­ti­num. [wróć]

Roz­dział 1

Filip Tro­chan był męż­czy­zną przed czter­dziestką, choć ludzie zwy­kle dawali mu kilka lat mniej. Nosił dobre gar­ni­tury i ide­al­nie wypra­so­wane przez żonę koszule, oczy­wi­ście, gdy tylko opu­ścił swoją kli­nikę, w któ­rej był lubiany i sza­no­wany nie tylko przez pacjen­tów, ale także pra­cow­ni­ków, od pani sprzą­ta­ją­cej po zatrud­nio­nych leka­rzy spe­cja­li­stów. Czę­sto podró­żo­wał po Euro­pie, jeź­dził na sym­po­zja i pomimo wybit­nych osią­gnięć w podo­lo­gii sta­wiał sobie coraz to nowe wyzwa­nia i wciąż popra­wiał wła­sne umie­jęt­no­ści, w związku z czym ściana jego gabi­netu wyglą­dała niczym mun­dur zasłu­żo­nego gene­rała - z tą róż­nicą, że zamiast medali i odzna­czeń zdo­biły ją cer­ty­fi­katy, dyplomy i ate­sty.

Lubił cza­sem usiąść w fotelu i wodzić wzro­kiem po dowo­dach swo­ich nie­wąt­pli­wych osią­gnięć. Co prawda nie nale­żał do osób z prze­sad­nie wybu­ja­łym ego, tym bar­dziej nie wywyż­szał się w towa­rzy­stwie, mimo to czuł się czło­wie­kiem suk­cesu i przy­naj­mniej przed samym sobą tego nie ukry­wał. Miał cudowną rodzinę, wspie­ra­jącą go żonę Annę oraz prze­piękną pię­cio­let­nią córeczkę o dźwięcz­nym imie­niu Lena. Choć na co dzień tego nie oka­zy­wał, był dumny, że każ­dego dnia może wra­cać do domu z pod­nie­sioną głową, będąc pew­nym, że niczego im nie zabrak­nie, nawet jeśli wyma­gało to od niego tylu wyrze­czeń.

Tego wie­czoru też był zmę­czony. Gdy odwie­sił far­tuch i spraw­dził stan ostat­nich pacjen­tów, posta­no­wił, że przed wyj­ściem zaj­rzy jesz­cze do skrzynki mailo­wej. Chwilę trwało, zanim prze­bił się przez roz­ro­śnięty do gar­gan­tu­icz­nych roz­mia­rów spam, któ­rego w żaden spo­sób nie mógł się pozbyć, w końcu jed­nak wyłu­skał inte­re­su­jące go wia­do­mo­ści. Dwa zapro­sze­nia na sym­po­zja do Sankt Peters­burga i Dubaju, pry­watna wia­do­mość od dok­tora Szy­ma­now­skiego z Cen­trum Medycz­nego ALDE­MED doty­cząca zmiany ter­minu spo­tka­nia oraz sper­so­na­li­zo­wana, nie­cier­pli­wie wycze­ki­wana oferta z firmy Medi­cors, mająca na celu przed­sta­wie­nie naj­no­wo­cze­śniej­szego sprzętu do chi­rur­gii stopy, zwłasz­cza zaś lecze­nia wra­sta­ją­cych paznokci, co było wizy­tówką dok­tora nie tylko w kraju, ale i w Euro­pie.

Przed opusz­cze­niem kli­niki musiał odpi­sać przy­naj­mniej dok­to­rowi Szy­ma­now­skiemu. Był jed­nak tak zmę­czony, że nie miał sił wcho­dzić z nadawcą w jaką­kol­wiek dys­ku­sję, dla­tego - dzię­ku­jąc w duchu, że od jakie­goś czasu są już na sto­pie pry­wat­nej i nie musi uda­wać - wia­do­mość ogra­ni­czył do krót­kiego "Tak, dzięki za infor­ma­cję, pozdra­wiam, FT". Chwilę potem zamknął lap­topa i roz­siadł się w skó­rza­nym fotelu. Posta­no­wił, że zasłu­guje cho­ciaż na dzie­sięć minut cał­ko­wi­tego spo­koju, zwłasz­cza że sekre­tarka już dawno opu­ściła biuro, a nikt inny - prócz sprzą­taczki i żony oczy­wi­ście - nie miał prawa wejść do jego gabi­netu bez uprzed­niego umó­wie­nia się na kon­kretną godzinę. Dzie­sięć minut zamie­niło się w bli­sko godzinę i gdyby nie pani Gro­chol­ska, która w każdy ponie­dzia­łek, środę i pią­tek przy­cho­dziła posprzą­tać biura, Filip Tro­chan zapewne spałby przy­naj­mniej kolejne dwie.

Obu­dził go dźwięk otwie­ra­nych drzwi. Dok­tor zerwał się na widok star­szej kobiety w ogrom­nych oku­la­rach, która bez­ce­re­mo­nial­nie wpa­ko­wała się do gabi­netu z pokaź­nych roz­mia­rów wóz­kiem.

- Dobry wie­czór, pani Basiu - przy­wi­tał się, prze­cie­ra­jąc oczy.

- Dobry wie­czór, panie dok­to­rze - powie­działa i wymow­nie pod­parła się pod boki.

- Znów mnie pani przy­ła­pała. - Tro­chan wstał i chwy­cił wiszącą na wie­szaku mary­narkę.

- To już trzeci raz w tym mie­siącu, a mamy dopiero dzie­siąty paź­dzier­nika, panie dok­to­rze. Jak tak dalej pój­dzie, to pana licho weź­mie i taki będzie koniec.

- Ej tam, od razu licho. Pani zawsze taka czar­no­widzka?

- Żadna tam czar­no­widzka, tylko kobieta twardo stą­pa­jąca po ziemi. Jak mój świę­tej pamięci Gie­niu tak się zaha­ro­wy­wał w tej pie­ruń­skiej kopalni, to też niby mówił, że go licho nie weź­mie. I co? Wzięło go szyb­ciej, niż myślał i...

- Dobrze już, dobrze, pani Basiu. Obie­cuję, że się popra­wię.

- Od trzech lat dok­tor mi to gada. - Gro­chol­ska wymow­nie mach­nęła ręką. - A ja pana i tak przy­dy­bię. I tak w koło Macieju.

Tro­chan popra­wił polu­zo­wany kra­wat i już miał wyjść, gdy postawna kobieta w oku­la­rach przy­po­mi­na­ją­cych oczy owada zata­ra­so­wała mu drogę.

- Ooo, tak, was mło­dych to zawsze trzeba pil­no­wać na każ­dym kroku - rze­kła, gdy napro­sto­wała węzeł przy koł­nie­rzyku. - Kra­wat to nie męski zwis, jak pró­bują go nazy­wać w tej pie­ruń­skiej tele­wi­zji. I trzeba umieć go nosić.

- Co ja bym bez pani zro­bił, pani Basiu? - Tro­chan uśmiech­nął się i opu­ścił gabi­net.

Ruszył do windy, która o tej porze zwy­kle była rzadko uży­wana. Wci­snął guzik, w opusz­czo­nym kory­ta­rzu roz­le­gło się gło­śne "ping", a z szybu dał się sły­szeć stłu­miony szept nowo­cze­snego mecha­ni­zmu. Chwilę póź­niej srebrne drzwi roz­su­nęły się i dok­tor wszedł do środka. Spoj­rzał odru­chowo na zega­rek Tag Heuer - pre­zent od żony na dzie­się­cio­le­cie ślubu - za, baga­tela, szes­na­ście tysięcy zło­tych i pomy­ślał, że jest szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Nawet jeśli zapie­prza od rana do wie­czora, to lubi to, co robi, i na nic mu nie bra­kuje. Naci­snął przy­cisk z sym­bo­lem "-1", ozna­cza­ją­cym garaż, gdzie cze­kał na niego nowiutki srebrny SUV - Hyun­dai Santa Fe, któ­rym poje­dzie do rezy­den­cji w podzie­lo­no­gór­skim Jędrzy­cho­wie. O tej porze uko­chana żona pew­nie ukła­dała do snu Lenkę, ponie­waż docho­dziła dzie­wiąta, która dla mło­dej była gra­niczną godziną. Po niej, nawet jeśli pró­bo­wała wal­czyć ze snem, szczy­piąc się po rękach, zawsze prze­gry­wała z kre­te­sem.

Pomy­ślał, że miło by było spę­dzić roman­tyczny wie­czór. Ostat­nio rzadko bywał w domu, z żoną kochał się rza­dziej niż kie­dyś i choć ona, psy­cho­log pro­wa­dząca wła­sny gabi­net, ni­gdy nie zde­cy­do­wała się poru­szyć tego tematu, wyczu­wał, że coś mię­dzy nimi szwan­kuje. To była ta jedna, ledwo dostrze­galna rysa. Niby wszystko wyglą­dało w jak naj­lep­szym porządku, ale gdzieś tam pod płasz­czem miło­ści, wza­jem­nego sza­cunku i wie­lo­let­niego przy­zwy­cza­je­nia krył się pro­blem, do któ­rego oboje nie chcieli się przy­znać. Lek­ce­wa­żył go, tłu­ma­cząc się przed samym sobą prze­pra­co­wa­niem i bra­kiem czasu, ale z każ­dym kolej­nym mie­sią­cem drę­czył go coraz bar­dziej. Czuł, że ktoś lub coś zasiało zia­renko, które w ich wzo­rowy i upo­rząd­ko­wany zwią­zek wpro­wa­dziło nutkę nie­po­koju, co gor­sza, wykieł­ko­wało i wypu­ściło pędy.

Dziś zaba­wię się w ogrod­nika i wytnę nie­po­żą­dane pędy, pomy­ślał, masze­ru­jąc w kie­runku samo­chodu. Zajadę po dro­dze po sushi, w Świe­cie Win (dawno tam nie byłem i mam nadzieję, że mają otwarte do dzie­sią­tej) kupię dro­gie chi­lij­skie wino (ona uwiel­bia chi­lij­skie wina). Spę­dzimy roman­tyczny wie­czór, a potem będziemy się dziko i namięt­nie kochać przy roz­pa­lo­nym kominku, wsłu­chu­jąc się w trzask pło­ną­cych polan. Gdy już ochło­niemy, znów napi­jemy się wina, a potem to powtó­rzymy. Jesz­cze moc­niej i inten­syw­niej.

Te myśli wpro­wa­dziły go w jesz­cze lep­szy nastrój. Miał plan na dzi­siej­szy wie­czór, dla­tego przy­spie­szył kroku. Z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki wycią­gnął klu­czyki i wci­snął przy­cisk. Reflek­tory bły­snęły, roz­ja­śnia­jąc na chwilę pół­mrok nie­wiel­kiego pod­ziem­nego garażu i oświe­tla­jąc pobli­ską ścianę.

Tro­chan przy­sta­nął.

To był uła­mek sekundy, ale dałby sobie uciąć palec, że ktoś stał w zacie­nio­nym rogu. W miej­scu, gdzie nikt ni­gdy nie sta­nąłby ot tak. Poczuł się nie­swojo, tym bar­dziej że zarys postaci był mu zna­jomy. Nie nale­żał do cyko­rów, od lat tre­no­wał karate i choć nauczony pokory, zwy­kle scho­dził z drogi ewen­tu­al­nym agre­so­rom, na pewno nikomu tanio by skóry nie sprze­dał.

Przez moment zawa­hał się, ale raz jesz­cze wci­snął przy­cisk otwie­ra­jący zamek w aucie. Świa­tła znów zami­go­tały poma­rań­czo­wym bla­skiem, ale tym razem postać już się nie poja­wiła. Pomy­ślał, że to pew­nie efekt zmę­cze­nia, ale gwał­towny i bar­dzo nie­przy­jemny dreszcz przy­po­mniał mu, że nie może się dalej okła­my­wać. Znał tę postać. Prze­śla­do­wała go od dzie­ciń­stwa, od naj­młod­szych lat. W snach, w ciem­nych zaka­mar­kach, nawet w lustrach, któ­rych nie lubił do dziś. Rosła, tężała i roz­wi­jała się razem z nim, zawsze poja­wiała się jed­nak jako cień, istota bez twa­rzy. Z cza­sem jej obli­cze nabrało kształ­tów, ale do samego końca pozo­stało zama­zane, przez co było jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jące. Zwłasz­cza gdy otwie­rało swoje prze­pastne czarne usta i wyda­wało ten ohydny, niemy krzyk, niczym bez­i­mienny boha­ter słyn­nego obrazu Edvarda Mun­cha. Gdy inne dzieci bały się duchów i potwo­rów, on zawsze bał się tego szka­rad­nego cie­nia.

Ostatni raz widział go wiele lat temu, chyba na jed­nej ze stu­denc­kich imprez. Kolega zapro­po­no­wał mu skręta z "białą wdową", wów­czas podobno naj­lep­szą na rynku mari­hu­aną. To był pierw­szy i ostatni raz, gdy zaapli­ko­wał sobie jaki­kol­wiek nar­ko­tyk.

Dla­czego zoba­czył go ponow­nie wła­śnie teraz? Ner­wowo wci­snął przy­cisk po raz trzeci. I po raz trzeci świa­tła roz­ja­śniły pół­mrok poma­rań­czo­wym bla­skiem. Nikt nie stał w rogu, nikt się na niego nie czaił. Cień znik­nął.

- Jesteś prze­mę­czony, dok­to­rze Tro­chan - mruk­nął pod nosem i ruszył w kie­runku auta.

Gdy chwy­cił za klamkę, usły­szał z głębi par­kingu jakiś dźwięk. Jakby nie­wielki sta­lowy ele­ment poto­czył się po beto­nie i zatrzy­mał gdzieś w oddali. W nie­mal abso­lut­nej ciszy meta­liczny odgłos poniósł się upior­nym echem.

Tro­chan puścił klamkę i poszedł na tył samo­chodu. Otwo­rzył bagaż­nik i wycią­gnął saperkę. Pomy­ślał, że wła­ści­wie mógłby po pro­stu wsiąść za kie­row­nicę, włą­czyć sil­nik i poje­chać po sushi i wino, a z samo­chodu zadzwo­nić na poli­cję i zgło­sić, że ktoś podej­rzany kręci się po pod­ziem­nym par­kingu kli­niki. Pierw­szy lep­szy patrol zaje­chałby spraw­dzić, co się dzieje, i ewen­tu­al­nie zgar­nąłby tego bez­dom­nego, zło­dzieja czy kim­kol­wiek był ten osob­nik. Mimo to z saperką w ręku ruszył przed sie­bie. W głębi duszy dosko­nale wie­dział, że to nie był ani bez­domny, ani zło­dziej. Przez krótki moment poczuł się silny i twardy, ale gdy meta­liczny odgłos roz­legł się w naj­ciem­niej­szym zaka­marku par­kingu, zro­zu­miał, że był w błę­dzie. Na skro­niach wystą­piły mu kro­ple potu, a serce zamie­niło się w młot pneu­ma­tyczny. Suchość w ustach, drże­nie rąk, gar­dło ści­śnięte jak w ima­dle.

Ostatni atak paniki miał dobrych kil­ka­na­ście lat temu, ale nie zapo­mniał tego obez­wład­nia­ją­cego uczu­cia. Para­li­żo­wało go w ułamku sekundy. Tak wła­śnie reago­wał, gdy wyczu­wał jego obec­ność.

Cień wró­cił.

- Kto tam? Pro­szę odpo­wie­dzieć, bo mam się czym bro­nić...

Ton głosu zasko­czył nawet jego samego. Pisz­czał jak pię­cio­let­nia dziew­czynka, która wła­śnie stra­ciła z oczu mamę w luna­parku. Jeśli chciał kogoś prze­stra­szyć, to jego sta­ra­nia z pew­no­ścią odnio­sły odwrotny sku­tek.

Uznał, że wystar­czy. Nie będzie dalej paja­co­wać. Wyco­fał się i ruszył w kie­runku pojazdu. Otwo­rzył drzwi i usiadł za kie­row­nicą, a saperkę poło­żył na sie­dze­niu pasa­żera. Rozej­rzał się po par­kingu po raz ostatni, po czym włą­czył sil­nik. Reflek­tory roz­bły­sły sil­nym, jasnym świa­tłem, ale choć pod­świa­do­mie to sobie wyobra­ził, nie uchwy­ciły w swoim bla­sku zarysu żad­nej zło­wro­giej postaci. Zamiast tego wnę­trze pojazdu wypeł­niły rytmy jakie­goś nowego hitu w języku hisz­pań­skim, który wpadł mu w ucho kilka dni temu. Muzyka spra­wiła, że poczuł się bez­piecz­niej. Prze­su­nął gałkę zmiany bie­gów na "drive" i powoli ruszył do przodu. Gdy brama garażu unio­sła się, a on opusz­czał pod­ziemny par­king, pomy­ślał, że chyba prze­sa­dził. Prze­cież cień był tylko ucie­le­śnie­niem jego obaw i lęków z dzie­ciń­stwa. Przy­naj­mniej tak kie­dyś tłu­ma­czył to psy­chia­tra.

Wtedy na krę­go­słu­pie poczuł lodo­wate palce stra­chu. Odru­chowo zamknął oczy i pomo­dlił się, aby w lusterku wstecz­nym znów nie ujrzeć tego, co mignęło mu przed chwilą w odbi­tym świe­tle ulicz­nych latarni.

Za ple­cami usły­szał dysze­nie i poczuł cie­pły oddech na karku.

Cień sie­dział tuż za nim.

Chwilę póź­niej dok­tor runął w otchłań ciem­no­ści.

Roz­dział 2

Na zewnątrz wciąż pano­wał mrok. Kro­ple desz­czu dud­niły o para­pet sta­rej kamie­nicy na war­szaw­skiej Saskiej Kępie, a sypial­nię o ską­pym wystroju wypeł­niały jęki szczy­tu­ją­cej pary kochan­ków. Kobieta o dłu­gich blond wło­sach wpi­jała paznok­cie w klatkę pier­siową part­nera i gwał­tow­nie, z każdą sekundą coraz szyb­ciej i bar­dziej zachłan­nie, ujeż­dżała go. W kul­mi­na­cyj­nym momen­cie zaklęła siar­czy­ście i wygięła ciało w łuk niczym gim­na­styczka. Męż­czy­zna uniósł bio­dra, jakby w ostat­niej chwili chciał wejść w kochankę jesz­cze głę­biej, po czym oboj­giem tar­gnęła fala eks­ta­tycz­nych spa­zmów. Chwilę póź­niej kobieta opa­dła na part­nera, jakby stra­ciła wszyst­kie siły.

Leżeli tak przez kil­ka­dzie­siąt kolej­nych sekund, dysząc ciężko. Wnę­trze wypeł­niał zapach dymu papie­ro­so­wego, kadzi­deł i seksu.

- Kocham cię, Igor - szep­nęła męż­czyź­nie do ucha i poca­ło­wała go w szyję. Raz, drugi, trzeci, cze­kała, aż w końcu usły­szy z jego ust to samo, ale kocha­nek mil­czał.

Jak zawsze.

Oksana Szczy­penko pocho­dziła z Ukra­iny i bli­sko rok temu zako­chała się w Igo­rze bez opa­mię­ta­nia. Poznali się przy­pad­kiem, gdy pro­wa­dził śledz­two doty­czące zabój­stwa szefa jed­nego z maga­zy­nów dużej firmy odzie­żo­wej pod War­szawą. Prze­słu­chi­wał ją jako jed­nego z kil­ku­dzie­się­ciu poten­cjal­nych świad­ków i choć nie miała zie­lo­nego poję­cia o spra­wie, zatrzy­mała wrę­czoną wizy­tówkę. Po kil­ku­na­stu dniach walki z samą sobą zadzwo­niła. Wtedy wszystko się zaczęło.

Z początku ją zlek­ce­wa­żył, ale miała swoje spo­soby, aby zmie­nił zda­nie. W końcu uległ i spo­tkali się w gru­ziń­skiej restau­ra­cyjce na Sta­rym Mie­ście. Przy­szła ubrana w pod­kre­śla­jącą jej kształty czer­woną sukienkę i od razu zro­biła na nim wra­że­nie. Szczu­płe nogi do samego nieba wień­czyły zgrabne pośladki, a sze­ro­kie bio­dra kon­tra­sto­wały z talią tak wąską, że postawny męż­czy­zna był w sta­nie objąć ją dłońmi. Jej bez­sprzecz­nym atry­bu­tem były też ogromne jasno­nie­bie­skie oczy oraz zdrowe, lśniące włosy koloru let­niego słońca. Znała swoją war­tość i wyko­rzy­stała ją w pełni, aby usi­dlić faceta, który w tylko sobie znany spo­sób skradł jej serce.

Oksana unio­sła deli­kat­nie głowę i odgar­nęła dło­nią poskle­jane w strąki włosy. Jej męż­czy­zna miał zamknięte powieki, oddy­chał coraz spo­koj­niej. Powio­dła wzro­kiem po jego ide­al­nie wypro­fi­lo­wa­nej twa­rzy, twar­dych, męskich rysach, bliź­nie prze­ci­na­ją­cej łuk brwiowy i pokry­tych kil­ku­dnio­wym zaro­stem policz­kach. Nie mogąc się oprzeć, poca­ło­wała go w usta, po czym zsu­nęła się z niego i poło­żyła obok.

Przez chwilę obser­wo­wała, jak jego klatka pier­siowa mia­rowo unosi się i opada. Poło­żyła smu­kłą dłoń w oko­li­cach mostka. Jej palce powoli prze­su­wały się, zakre­śla­jąc nie­wiel­kie koła, klu­czyły pomię­dzy zro­szo­nymi potem wło­sami, w końcu zatrzy­mały się kilka cen­ty­me­trów powy­żej pra­wego sutka. W tym miej­scu skóra była pozba­wiona owło­sie­nia, a przy tym naj­de­li­kat­niej­sza, przy­po­mi­nała jej naj­do­sko­nal­szy jedwab. Przez kilka sekund zata­czała na niej pal­cami drobne okręgi, następ­nie przy­su­nęła twarz i poca­ło­wała to miej­sce. Nie dostrze­ga­jąc żad­nej reak­cji ze strony męż­czy­zny, poło­żyła głowę i objęła go.

Wes­tchnęła zawie­dziona. Nie miała poję­cia, jak prze­bić się przez ten emo­cjo­nalny mur, jakim Igor odgro­dził się od reszty świata. Jesz­cze ni­gdy nie spo­tkała tak zamknię­tego w sobie czło­wieka. Nie naci­skała go, wie­działa, jaki jest, i przy­zwy­cza­iła się do tego, że nie oka­zuje albo po pro­stu nie potrafi oka­zy­wać uczuć. Na początku zna­jo­mo­ści nawet jej się to podo­bało. Igor był taki surowy, męski, tro­chę szorstki w oby­ciu, a do tego pie­przył się jak sam bóg. Z cza­sem jed­nak odna­la­zła w sobie potrzebę więk­szej akcep­ta­cji, pra­gnie­nie głęb­szego związku, moty­wo­wa­nego nie tylko dzi­kim i namięt­nym sek­sem. Czuła, że nie była Igo­rowi obo­jętna, ale ni­gdy też nie usły­szała od niego cze­goś wię­cej niż "jesteś cudowna i sza­leję za tobą", zwy­kle tuż przed albo w cza­sie, gdy się kochali. Słowo "kocham" zda­wało się nie ist­nieć w jego słow­niku, jakby było co naj­mniej zaka­zane, a jego uży­cie pod­le­gało karze.

Z zamy­śle­nia wyrwał ją dźwięk komórki Igora. Tej fir­mo­wej, która dzwo­niła, kiedy chciała. I nie­raz zepsuła im upojną noc.

Igor po omacku wycią­gnął rękę w kie­runku noc­nej szafki. Nie mogąc namie­rzyć bzy­czą­cego tele­fonu, otwo­rzył oczy i deli­kat­nie wysu­nął się spod ciała kochanki.

- Musisz? - zapy­tała.

Nic nie odpo­wie­dział, tylko spu­ścił nogi na pod­łogę i chwy­cił urzą­dze­nie. Dzwo­niła jego była part­nerka Julia Zawadzka, z którą prze­stał pra­co­wać, gdy po jed­nej z akcji stres odre­ago­wali w łóżku. Od tam­tej pory wolał dzia­łać sam, choć oboje pozo­stali w przy­ja­ciel­skich rela­cjach.

- Cześć, Igor.

- Cześć, Julka.

- Jesteś w War­sza­wie?

- Tak, ale wiesz, która...

- Tak, wiem, która jest godzina, więc...

- Dla­czego nie dzwo­nisz na pry­watny?

- Bo mógł­byś nie ode­brać.

- Pod ten numer dzwo­nią zwy­kle po to, aby mi zepsuć humor. Też masz taki zamiar?

- Sprawa jest tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wana, ale raczej ci go nie popra­wię. Musimy się natych­miast zoba­czyć.

- To nie może pocze­kać do rana?

- Ow­szem, ale wtedy zapewne będziesz już gwiazdą wszyst­kich mediów, a komen­dant nakaże ci natych­mia­stowe sta­wie­nie się w jego biu­rze, aby oso­bi­ście urwać ci jaja.

- Ty się dobrze czu­jesz, Julka?

- Nie wkur­wiaj mnie, Igor. Nie dzwo­ni­ła­bym do cie­bie, gdyby to nie było ważne. Przy­jedź do mnie jak naj­szyb­ciej. Albo ja mogę doje­chać do cie­bie.

- Nie, do mnie nie. Nie­długo będę, ale możesz mi choć z grub­sza powie­dzieć, o co cho­dzi?

- Już za chwilę możesz być podej­rzany o mor­der­stwo. Wystar­czy?

- Żar­tu­jesz sobie?

- A brzmię, kurwa, jak­bym żar­to­wała? Pospiesz się, Igor.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane. Komi­sarz sie­dział na skraju łóżka i pró­bo­wał jakoś przy­swoić słowa byłej part­nerki.

- Musisz ucie­kać... - mruk­nęła Oksana. W jej tonie wybrzmiał nie­skry­wany żal.

- Na to wygląda - rzu­cił w prze­strzeń, po czym obró­cił się i spoj­rzał jej w oczy. - Jak chcesz zostać, to klu­cze wiszą w skrzynce przy drzwiach. Ale nie cze­kaj. Nie wiem, kiedy wrócę.

- Przy­zwy­cza­iłam się.

Igor wło­żył spodnie i wyjął z szafy koszulę. Naj­pierw jedną, potem drugą, trze­cią, czwartą cisnął w kąt. Zaklął pod nosem, wszyst­kie wyglą­dały jak wyjęte psu z gar­dła.

- Ja panu wypra­suję, panie komi­sa­rzu. - Oksana rzu­ciła mu zalotne spoj­rze­nie i zama­chała łyd­kami jak lolitka z kucy­kami i wiel­kim liza­kiem w ustach.

- Nie teraz, Oka. Poza tym cza­sem mogła­byś zapro­te­sto­wać...

- Czyż nie jesteś moim panem i władcą?

Igor miał mętlik w gło­wie, a podobne zagrywki ze strony Oksany zde­cy­do­wa­nie nie poma­gały w kon­cen­tra­cji. Uwiel­biał ją za to jed­no­wy­mia­rowe postrze­ga­nie życia, ale teraz naj­chęt­niej wyrzu­ciłby ją za drzwi. Miała dwa­dzie­ścia osiem lat i choć prze­żyła już wiele, wciąż, była nie­winna i naiwna, zwłasz­cza gdy zacią­gała z tym swoim wschod­nim akcen­tem.

- Wezmę koszulkę.

- Czyli nie idziesz na inne dziew­czyny? - zapy­tała zaczep­nie i usia­dła na skraju łóżka.

- Oka, pro­szę cię. Idź już spać.

Komi­sarz prze­ło­żył przez głowę wysłu­żoną koszulkę reeboka, na nią narzu­cił rów­nie sza­ro­burą roz­pi­naną bluzę. Się­gnął do szu­flady w szafce noc­nej, wypiął wal­thera z kabury i wci­snął za pasek spodni. Czę­sto tak nosił broń, lubił czuć ją przy ciele.

- Mam się mar­twić? - spy­tała Oksana, jakby wyczu­wa­jąc, że tym razem nie cho­dzi o zwy­kły tele­fon z komendy.

- Nie musisz.

- Na pewno?

- Czy kie­dy­kol­wiek cię okła­ma­łem?

Oksana uśmiech­nęła się ane­micz­nie, bo rze­czy­wi­ście ni­gdy tego nie zro­bił. Ale jeżeli zwy­kle mil­czy się na więk­szość tema­tów, to i skła­mać trudno.

- Ni­gdy - szep­nęła i osu­nęła się z powro­tem na pościel.

Chwilę póź­niej Igor masze­ro­wał przez ponure podwó­rze, nie zwa­ża­jąc na sie­kący deszcz. Miał złe prze­czu­cie, a intu­icja zawo­dziła go rzadko. Gdy w końcu dotarł do samo­chodu i uru­cho­mił sta­rego nis­sana patrola, pomy­ślał, że wdep­nął w nie­złe bagno.

* * *

Komi­sarz Igor Brudny był męż­czy­zną w kwie­cie wieku. Nie przy­kła­dał wagi do tego, co nosi, dla­tego zwy­kle wyglą­dał tak samo. Golił się raz na tydzień, a jak miał dużo pracy w tere­nie, to cza­sem raz na dwa. Więk­szość współ­pra­cow­ni­ków widziała w nim gbura, ale nie roz­dzie­rał szat z tego powodu, w zasa­dzie nawet mu to odpo­wia­dało. Przy­naj­mniej nie musiał uda­wać i każ­demu z osobna mówić rano "dzień dobry", gdyż wycho­dził z zało­że­nia, że nie ma sensu chwa­lić dnia przed zacho­dem słońca. Dobre dni przy­tra­fiały mu się rzadko, ale potra­fił je doce­nić, zwy­kle wie­czo­rami w towa­rzy­stwie ulu­bio­nych jame­sona i Brud­nego Harry'ego, od jakie­goś czasu jame­sona, Brud­nego Harry'ego i pew­nej niezwy­kle uro­czej Ukra­inki, która dawała mu to, czego jame­son i Brudny Harry nie byli w sta­nie.

Komi­sarz Brudny był też czło­wie­kiem o dość zagma­twa­nej prze­szło­ści. Nikomu o tym nie mówił, ale tak naprawdę nie nazy­wał się Brudny. Nazwi­sko to przy­jął tuż po wkro­cze­niu w doro­słość, gdy posta­no­wił znik­nąć z miej­sca, gdzie się wycho­wał, i raz na zawsze zerwać ze świa­tem, który los mu wybrał. Jedy­nym trans­fe­rem z życia numer jeden do życia numer dwa był wła­śnie Brudny. Brudny Harry. To na cześć tego asce­tycz­nego gli­nia­rza, któ­rego grał nie mniej surowy w życiu pry­wat­nym Clint Eastwood (a przy­naj­mniej Igor tak go sobie wyobra­żał), przy­jął w Urzę­dzie Stanu Cywil­nego nowe nazwi­sko. Pomi­ja­jąc gry­mas wyjąt­kowo nie­przy­jem­nej biurwy, która sły­sząc wybór petenta, nie omiesz­kała poprzew­ra­cać oczami i dodat­kowo go sko­men­to­wać, Igor ni­gdy wię­cej nie miał pro­ble­mów w związku z nowym nazwi­skiem. Zwłasz­cza że w sto­licy, do któ­rej się prze­pro­wa­dził, popra­co­wał nad wize­run­kiem, aby już od pierw­szego kon­taktu spra­wiać wra­że­nie ponu­rego skur­wy­syna.

Prze­szłość Igora kryła wiele smut­nych histo­rii, ale ni­gdy nikomu o nich nie opo­wia­dał. W ogóle mówił nie­wiele i gdyby nie praca, która w dużej mie­rze pole­gała na zada­wa­niu pytań, pew­nie nie mówiłby wcale. Według Igora od słów wszystko się zaczy­nało i na nich wszystko koń­czyło. Nie tylko w pracy, ale także poza nią. A poza pracą czuł się jak słoń w skła­dzie por­ce­lany. Dla­tego przez bli­sko dwa­dzie­ścia lat był sam, a jego kon­takt z kobie­tami ogra­ni­czał się do przy­god­nych spo­tkań, zwy­kle rzad­kich, bo z koniecz­no­ści opła­ca­nych z lichej poli­cyj­nej pen­sji. Miało to swoje plusy, bo nie musiał mówić, minu­sem była aryt­me­tyka, któ­rej nie dało się oszu­kać, i bywało, że Igor pod koniec mie­siąca musiał ogra­ni­czać się do chleba, sera i jame­sona. Dopiero przed rokiem coś w tym tema­cie drgnęło, a nie­ocze­ki­wane poja­wie­nie się w upo­rząd­ko­wa­nym sche­ma­cie gada­tli­wej kobiety (z moc­nym wschod­nim akcen­tem) wpro­wa­dziło w życie Igora nieco wię­cej słów, któ­rych połą­cze­nie nie koń­czyło się zna­kiem zapy­ta­nia. Godził się jed­nak na to, bo był gbu­rem, ale nie igno­ran­tem i rozu­miał, że może otrzy­mać coś tylko wtedy, gdy z cze­goś innego zre­zy­gnuje. Decy­du­jąc się na jakiś ruch, nale­żało się liczyć z kon­se­kwen­cjami. Akcja rodziła reak­cję. To był bar­dzo pro­sty mecha­nizm (lub jak kto woli, prawda życiowa), lecz poznał w życiu wielu ludzi, któ­rzy jed­nak tego nie rozu­mieli. Takich zazwy­czaj łapał albo do nich strze­lał.

Lubił pro­ste środki i czy­telne metody. Przej­rzy­ste roz­wią­za­nia i jasne odpo­wie­dzi. Czerń i biel. Dla­tego tym bar­dziej nie mógł pojąć, co miał zna­czyć ten enig­ma­tyczny i popier­do­lony tele­fon od Julki w sobotę o dru­giej trzy­dzie­ści nad ranem.

Dotarł na Gieł­dową krótko po trze­ciej. Zatrzy­mał się tam, gdzie zawsze, czyli na zaro­śnię­tej dzi­kimi krza­kami wysepce, która z racji prze­sad­nie wyso­kiego kra­węż­nika dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści samo­cho­dów oso­bo­wych była nie do sfor­so­wa­nia. Wyłą­czył sil­nik i raz jesz­cze spró­bo­wał ogar­nąć, o co mogło cho­dzić byłej part­nerce z patrolu. Nic nie przy­cho­dziło mu do głowy, a nie lubił być zaska­ki­wany. Nawet przez Julkę.

Wysiadł z samo­chodu i zesko­czył na chod­nik. Wciąż lało jak z cebra, a w oddali dźwię­czały klak­sony uwi­ja­ją­cych się jak w ukro­pie tak­só­wek. Skie­ro­wał się w stronę por­tierni, przez którą wcho­dziło się na zamknięte osie­dle, jedno z wielu, które w ostat­nim cza­sie wyra­stały w sto­licy jak grzyby po desz­czu. Oko­lica nie nale­żała do tanich i Igor zawsze zasta­na­wiał się, jak Julka daje radę się tu utrzy­mać.

Straż­nik go znał, więc przy­wi­tał się tylko i prze­pu­ścił. Igor wyszedł na wewnętrzne, prze­stronne podwó­rze i ruszył do jed­nego z kil­ku­let­nich wie­żow­ców. Na ósmym pię­trze miesz­kała Julia Zawadzka, była part­nerka z patrolu, dla któ­rej kie­dyś zebrał kulkę i z którą potem wylą­do­wał w łóżku. To wtedy jedyny raz zła­mał swoje zasady. I zaczął mówić...

Wszedł do klatki i zadzwo­nił domo­fo­nem. W odpo­wie­dzi usły­szał tylko sygnał roz­ma­gne­so­wu­ją­cego się zamka. Po pierw­sze spo­dzie­wała się go, a po dru­gie każde z urzą­dzeń miało wbu­do­waną kamerę. Przy win­dzie natknął się na pod­pitą parkę, która lubież­nie cało­wała się pod ścianą. On, w spodniach w kant i wygnie­cio­nej koszuli za tysiaka, ona z tych, któ­rych usta wyglą­dają, jakby poką­sały je psz­czoły. Byli na sie­bie mocno napa­leni, bo nawet go nie zauwa­żyli. Dopiero gdy drzwi się otwo­rzyły, a dziew­czyna zorien­to­wała się, że nie są sami, wyrwało jej się krót­kie "o kurwa". Odsu­nęła kochanka i odru­chowo spu­ściła nieco pod­cią­gniętą już spód­nicę, ale zaraz potem oboje zachi­cho­tali. Igor nie cze­kał, wci­snął guzik z ósemką i winda ruszyła w górę.

Nie musiał pukać, do Julki wcho­dził jak do sie­bie. Od lat była jedyną bli­ską mu osobą, która wie­działa wię­cej niż to, co znaj­do­wało się w jego aktach. Przy­wi­tała go na bosaka, w koszulce na ramiącz­kach i szor­tach. W jed­nej dłoni trzy­mała obgry­ziony kawa­łek jabłka, a w dru­giej do połowy wypa­lo­nego cien­kiego LM-a.

- Długo ci zeszło - rzu­ciła i odgar­nęła nad­garst­kiem nie­sforny kosmyk rudych wło­sów.

- Nie byłem sam.

- Wciąż jesteś z tą Ukra­ineczką?

- No...

- Dobra, nie mów. Sia­daj, zro­bię ci mocną kawę.

Gdy Julka pro­po­no­wała komuś mocną kawę, zwy­kle sytu­acja była poważna. Ale nie poga­niał jej, znał ją i wie­dział, że jest pro­fe­sjo­na­listką. Na pewno przy­go­to­wała się do tego spo­tka­nia nale­ży­cie.

- Wyjeż­dża­łeś z War­szawy? - spy­tała, lejąc wrzą­tek. Stała przy bla­cie, obró­cona tyłem, z papie­ro­sem w ustach.

- Nie.

Igor obser­wo­wał, jak prze­stę­puje z nogi na nogę. Miała umię­śnione uda i jędrne pośladki, ale do figury modelki sporo jej bra­ko­wało. Małe piersi i dość krót­kie włosy też nie doda­wały jej kobie­co­ści, mimo to męż­czyźni uga­niali się za nią jak za suką w rui. Uwiel­biali ją, bo gadała jak facet, piła jak facet i pie­przyła się jak facet. Tak naprawdę Julka była face­tem, tylko pod­czas aktu two­rze­nia Matce Natu­rze coś się pochrza­niło i zamiast kom­plet­nego "zestawu", dała jej tylko jaja. A te miała jak arbuzy i nikt w całej komen­dzie nie poda­wał w wąt­pli­wość tego nie­za­prze­czal­nego faktu, z komen­dan­tem włącz­nie.

Dziś jed­nak zacho­wy­wała się dziw­nie. Igor potra­fił ją wyczuć, bo znali się jak łyse konie. I rozu­mieli bez słów.

Zga­siła papie­rosa i z kub­kiem kawy zbli­żyła się do przy­ja­ciela. Przy­sia­dła obok i się­gnęła po kolejną fajkę. To już był bar­dzo zły sygnał. Otwo­rzyła lap­top.

- O tym, co ci teraz powiem i pokażę, na razie wiemy tylko ja i Leśny. To on ma dziś dyżur.

- Ten Leśny?

- Tak, ten, dla­tego zadzwo­nił do mnie, a nie do cie­bie.

Ryszard Leśny był aro­ganc­kim typem, a takich Brudny bar­dzo nie lubił. Dwa lata temu zła­mał mu palec wska­zu­jący, któ­rym ponoć Julce doga­dzał, przy­naj­mniej tak się chwa­lił w szatni kole­gom. Ona nie robiła z tego afery, bo seks trak­to­wała instru­men­tal­nie, ale Igo­rowi to się nie spodo­bało. Leśny tego nie zgło­sił, bo na kole­gów się nie kabluje, odpu­ścił, bo z Brud­nym lepiej było nie zadzie­rać, a poza tym gno­jek był zwy­kłą pizdą. Od tam­tej pory uni­kali się, czyli wszystko pozo­sta­wało w nor­mie, bo Igor w zasa­dzie uni­kał więk­szo­ści kole­gów z pracy.

- O co cho­dzi z tym mor­der­stwem?

- Sama chcia­ła­bym wie­dzieć.

Zacią­gnęła się, drugą ręką ope­ro­wała zin­te­gro­waną z lap­to­pem myszką. Po chwili na ekra­nie poja­wiło się zdję­cie. Brudny widział tysiące podob­nych, więc od razu zorien­to­wał się, że to frag­ment nagra­nia z kamery miej­skiej.

Na zdję­ciu można było dostrzec męż­czy­znę klę­czą­cego przy ścia­nie jakiejś kamie­nicy. Miał na sobie ciemną kurtkę, a na gło­wie kap­tur.

- Kto to? - spy­tał.

- Mia­łam nadzieję, że ty mi to powiesz.

Zawadzka wyświe­tliła kolejne fotki. Na każ­dej z nich był uchwy­cony ten sam męż­czy­zna w róż­nych pozy­cjach. Wyglą­dało, jakby nad czymś pra­co­wał, jego obli­cze wciąż skry­wał spo­rych roz­mia­rów kap­tur. W końcu na jed­nym ze zdjęć dało się dostrzec frag­ment jego twa­rzy, na kolej­nym stała się już w pełni widoczna, choć wciąż dość mocno zama­zana. Julia nie prze­sta­wała kli­kać. Jesz­cze jedno. I następne. Igor poczuł na ple­cach nie­przy­jemny dreszcz. Wyostrze­nie, zbli­że­nie. Kurwa!

- Co to ma zna­czyć, do jasnej cho­lery? - rzu­cił wyraź­nie zasko­czony.

- No wła­śnie, mia­łam nadzieję, że ty mi to powiesz.

- Skąd jest ten mate­riał?

- Z kamer miej­skiego moni­to­ringu w Zie­lo­nej Górze.

- Julka, to nie jest śmieszne...

Posłała mu spoj­rze­nie, po któ­rym powi­nien paść tru­pem.

- Dobra, o co tu cho­dzi? Kim jest ten facet na zdję­ciu i dla­czego jego gęba wygląda jak moja?

- Ten facet to według lokal­nej poli­cji nie­jaki Filip Tro­chan, lekarz i zało­ży­ciel pry­wat­nej kli­niki w Zie­lo­nej Górze. Żonaty, pię­cio­let­nia córka, ogól­nie czło­wiek lubiany i sza­no­wany. Gdyby nie to, że jest podej­rzany o mor­der­stwo.

- Filip Tro­chan...?

Brudny się zasę­pił. Zdję­cie zostało zro­bione w nocy, dodat­kowo nie nale­żało do naj­do­kład­niej­szych, ale poli­cyjni tech­nicy zro­bili swoje i dopro­wa­dzili je do stanu, że można było dostrzec ude­rza­jące podo­bień­stwo. To mógł być zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści, osta­tecz­nie każdy ma gdzieś swo­jego sobo­wtóra, ale Brudny dawno temu prze­stał wie­rzyć w zbiegi oko­licz­no­ści.

- Dla jasno­ści. Facet ze zdję­cia nie tylko zabił ofiarę, ale też wyciął jej więk­szość orga­nów i obwie­sił nimi te... - Julia przez moment szu­kała w pamięci kon­kret­nej nazwy - ...bachu­siki. To takie figurki poro...

- Wiem, czym są bachu­siki - uciął Brudny.

- No wła­śnie, Igor. Ty pocho­dzisz chyba z tam­tych oko­lic, co nie?

Komi­sarz poczuł złość. Nie na nią, ale na sie­bie. To wła­śnie Julce zdra­dził kie­dyś, że jest sie­rotą, że ni­gdy nie poznał swo­ich rodzi­ców i wycho­wał się w domu dziecka pod Zie­loną Górą. Wła­śnie dla­tego nikogo nie powinna obcho­dzić prze­szłość innych. Zigno­ro­wał ostat­nie pyta­nie.

- No dobra. Jest facet, który kogoś zabił. Okej, podobny do mnie, nawet mieszka w oko­li­cach, skąd pocho­dzę. I co z tego, Julka? Co z tego?

- Nie powie­dzia­łam, ile ma lat...

Brudny przy­gryzł dolną wargę i poki­wał głową na znak, że wie, do czego dąży.

- Niech zgadnę. Trzy­dzie­ści osiem.

- Bingo. A uro­dziny obcho­dzi dzień po two­ich.

Ten argu­ment był naprawdę mocny. Brudny przez moment patrzył w nie­okre­ślo­nym kie­runku. Zawadzka dała mu chwilę, aby to sobie poukła­dał. Nie potrze­bo­wał dużo czasu.

- To może być zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści. A już na pewno żaden dowód. Zresztą dzień uro­dzin się nie zga­dza, mam rację?

- Gdy­bym cię nie znała, to może bym ci uwie­rzyła. Nie wie­rzysz w przy­padki tak samo jak ja. Zresztą popatrz na to.

Zawadzka wpi­sała w wyszu­ki­warkę dane Tro­chana. W ułamku sekundy wysko­czyło kil­ka­dzie­siąt arty­ku­łów o dok­to­rze i jego kli­nice oraz cała masa zdjęć, głów­nie z sym­po­zjów i kon­fe­ren­cji bran­żo­wych. Tym razem ich jakość nie pozo­sta­wiała złu­dzeń. Podo­bień­stwo nie tylko było ude­rza­jące, Brudny i Tro­chan wyglą­dali jak dwie kro­ple wody.

Igor szpet­nie zaklął pod nosem. Gdy uznał, że ujrzał już wystar­cza­jąco dużo, odchy­lił się i wziął głę­boki oddech.

- Czyli co, chcesz mi wmó­wić, że mam bliź­niaka-roz­pru­wa­cza? - zapy­tał z wyraź­nym poiry­to­wa­niem w gło­sie.

- Niczego nie chcę ci wma­wiać, ale nawet jeśli to tylko przy­pa­dek, to przy­go­tuj się, że od rana ta facjata będzie fru­wać po każ­dym kanale, w każ­dych wia­do­mo­ściach i będzie pre­zen­to­wana w każ­dej moż­li­wej odsło­nie. Roz­dzwo­nią się tele­fony, ludzie zaczną widzieć w tobie poszu­ki­wa­nego mor­dercę, a stary od razu wyśle cię na przy­mu­sowy urlo­pik. W końcu...

- Cze­kaj, cze­kaj, co ty chcesz przez to powie­dzieć? Prze­cież mają już podej­rza­nego i...

- Mają podej­rza­nego, ale nie mają czło­wieka. Facet znik­nął w środę wie­czo­rem i od tam­tej pory, pomi­ja­jąc te nagra­nia z miej­skiego moni­to­ringu, nikt go nie widział.

- Jest już ofi­cjal­nie poszu­ki­wany?

- Od czwartku figu­ro­wał jako zagi­niony pierw­szej kate­go­rii. Zagi­nię­cie zgło­siła jego żona jakoś po godzi­nie jede­na­stej. Teraz, a dokład­nie od jakichś trzech godzin i szes­na­stu minut, jest poszu­ki­wany, ale jako podej­rzany o mor­der­stwo. Te mate­riały wpły­nęły na komendę tuż po pół­nocy. Od jutra Tro­chan sta­nie się wro­giem publicz­nym numer jeden. A więc, w pew­nym sen­sie, ty też...

- Kurwa mać!

- Sorry, Igor. Nie chcia­łam zostać posłań­cem złych wie­ści.

Brudny wstał i wycią­gnął z kurtki paczkę papie­ro­sów. Była lekko prze­mo­czona i pomięta. Wydłu­bał ostat­nią fajkę i wyrzu­cił opa­ko­wa­nie do kosza. Zapa­lił i przez moment wpa­try­wał się w nie­okre­ślony punkt za oknem. Po szy­bie wciąż spły­wały strużki wody, a w oddali migo­tały świa­tła nocy. Wypił dwa duże łyki kawy.

- Jasna cho­lera. Ten facet naprawdę wygląda jak ja... - mruk­nął i z powro­tem przy­siadł na sofie.

Rzu­cił przy­ja­ciółce wymowne spoj­rze­nie i ponow­nie sku­pił się na zdję­ciach dok­tora Tro­chana. Kli­kał kolejne, na któ­rych dok­tor odbie­rał kwiaty od jakiejś gustow­nie ubra­nej kobiety, prze­ma­wiał do zgro­ma­dzo­nych w Lon­dy­nie, pozo­wał z jakimś cer­ty­fi­ka­tem w towa­rzy­stwie star­szego męż­czy­zny o arab­skich rysach. Tro­chan miał ten sam pro­fil, te same rysy, iden­tyczne oczy, nos, uszy, róż­niła ich jedy­nie fry­zura, bo w prze­ci­wień­stwie do Brud­nego dok­tor po pro­stu ją miał. Zwy­kle z prze­dział­kiem, włosy nie­na­gan­nie uło­żone na bok z lekko ster­czącą grzywką. Igor pomy­ślał, że nawet by mu paso­wała, ale zaraz skar­cił się, że odbiega myślami od tematu.

- Mówi­łaś, że gość ma trzy­dzie­ści osiem lat i jest z dzie­sią­tego czerwca. Załóżmy zatem, czy­sto hipo­te­tycz­nie, że rze­czy­wi­ście jest moim bra­tem bliź­nia­kiem. Dla­czego więc ma wpi­sane w papie­rach dzie­siąty, a ja dzie­wiąty czerwca?

- A skąd mam wie­dzieć? Może jakaś głu­pia urzęd­niczka mach­nęła się i tyle. Takie rze­czy się zda­rzają.

- No tak, takie rze­czy się zda­rzają...

Brudny prze­cią­gnął dłońmi po gło­wie. Nie musiał oba­wiać się, że zepsuje sobie fry­zurę, bo włosy nosił przy­cięte bar­dzo krótko.

- Nie uciek­niesz od tego, Igor...

- Wiem.

- Stary jest w porządku, ale w tym wypadku będzie miał zwią­zane ręce. Wąt­pię, aby cię krył.

- No co ty, Julka. Nie ma co się łudzić, to zbyt gruba sprawa. Beryl poin­for­muje komendę w Zie­lo­nej Górze, gdy tylko się dowie. No, przy odro­bi­nie szczę­ścia, może naj­pierw pogada ze mną.

- Będą chcieli cię prze­słu­chać.

- To na pewno.

- W takim razie co chcesz zro­bić?

- W tej chwili nic. Muszę to sobie poukła­dać. Prze­ślij mi te mate­riały na pry­watną skrzynkę, okej?

- Jasne. Jak chcesz, to możesz tu zostać...

- Dzięki, ale nie. Wra­cam do sie­bie.

- Jak wolisz.

Brudny klep­nął się w uda i pod­niósł z sofy. Zawadzka pozo­stała na miej­scu z kub­kiem w jed­nej i papie­ro­sem w dru­giej dłoni.

- Dzwoń jakby co...

- Pew­nie, dzięki, Julka.

- Dro­biazg, wiesz, że zawsze...

- Tak, wiem. Jesz­cze raz dzięki. Na razie, Julka.

- Cześć.

Komi­sarz opu­ścił miesz­ka­nie. Miał mętlik w gło­wie. Zawsze robił wszystko, aby zapo­mnieć o prze­szło­ści. Ni­gdy jej nie drą­żył, wolał pozo­sta­wić ją w spo­koju. Jed­nak gdy wyszedł z budynku, a zaci­na­jący deszcz zaczął siec go po nie­ogo­lo­nej twa­rzy, zdał sobie sprawę, że prze­szłość wła­śnie się o niego upo­mniała.

Roz­dział 3

- A więc czym dys­po­nu­jemy w tej chwili? - spy­tał Romu­ald Czar­necki.

Romu­ald Czar­necki w poli­cji pra­co­wał bli­sko trzy­dzie­ści lat. Słu­żył w stop­niu inspek­tora w wydziale docho­dze­niowo-śled­czym Komendy Woje­wódz­kiej w Gorzo­wie i z racji abso­lut­nie wyjąt­ko­wych zdol­no­ści inte­lek­tu­al­nych zaj­mo­wał się naj­trud­niej­szymi i naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nymi spra­wami. Miał na kon­cie wiele suk­ce­sów i kil­ku­dzie­się­ciu ban­dy­tów wsa­dzo­nych za kratki, w tym paru wyjąt­ko­wych zwy­rod­nial­ców. Był też czło­wie­kiem o spo­koj­nym uspo­so­bie­niu, opa­no­wa­nym, zrów­no­wa­żo­nym, nie­cier­pią­cym aro­gan­cji i cham­stwa. Nie paso­wał do kla­sycz­nego wzorca samot­nego, zgorzk­nia­łego gliny, który wie­czo­rami upija się do lustra, a dzień póź­niej biega na kacu po mie­ście z pisto­le­tem i łapie gang­ste­rów. Bar­dziej przy­po­mi­nał relikt prze­szło­ści, czło­wieka o szny­cie dys­tyn­go­wa­nego wik­to­riań­skiego komi­sa­rza z powie­ści Aga­thy Chri­stie, który roz­wią­zuje zagadki dzięki bystremu umy­słowi i umie­jęt­nemu łącze­niu zebra­nych dowo­dów i poszlak w jeden logiczny zwią­zek przy­czy­nowo-skut­kowy. Można go było lubić albo nie, ale z pew­no­ścią trudno byłoby zna­leźć w komen­dzie poli­cjanta, który by go nie sza­no­wał.

- Na razie mamy nie­wiele - rzekł Grze­gorz Zimny, pod­in­spek­tor z Wydziału Kry­mi­nal­nego. - Do tej pory tylko kilka narzą­dów wewnętrz­nych nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej ofiary oraz filmy z kamer miej­skiego moni­to­ringu, na któ­rych widać podej­rza­nego. Tak naprawdę nawet nie wiemy, czy możemy tu mówić o zabój­stwie.

- Da się namie­rzyć jego trasę?

- W cen­trum mia­sta bez pro­blemu, póź­niej trudno powie­dzieć. Już wysła­łem ludzi, aby pozbie­rali mate­riały z kamer skle­po­wych. Ale to z pew­no­ścią tro­chę potrwa.

- To klu­czowy temat. Jeśli będzie trzeba, weź wię­cej ludzi. Musimy odtwo­rzyć trasę, jaką się poru­szał. Anka? - Wzrok Czar­nec­kiego skie­ro­wał się na eks­pertkę kry­mi­na­li­styki Annę Borucką.

Anna Borucka była fili­gra­nową sza­tynką o wło­sach do ramion i ład­nym uśmie­chu. Z racji wyko­ny­wa­nego zawodu zwy­kle wystę­po­wała w far­tu­chu i latek­so­wych ręka­wicz­kach, ale dziś miała na sobie dżinsy i spor­tową bluzę.

- Moi ludzie wciąż pra­cują, lecz potrze­bu­jemy czasu. Z samych bachu­si­ków zdję­li­śmy około sie­dem­dzie­się­ciu róż­nych odci­sków pal­ców. Jeden należy do osoby noto­wa­nej, nie­ja­kiego Arka­diu­sza Ste­fa­no­wi­cza. Odsie­dział krótki wyrok za prze­myt, ale od około dzie­się­ciu lat jest czy­sty.

- Facet mieszka w Słu­bi­cach. Już wysła­łem do niego dwóch ludzi - wtrą­cił się Zimny i na znak prze­pro­sin uniósł dłoń.

- Mamy też kilka innych drob­nych rze­czy, ale labo­ra­to­rium potrze­buje czasu - dodała nieco poiry­to­wana zaist­niałą sytu­acją.

- Wia­domo coś wię­cej o podej­rza­nym? - Kolejne pyta­nie zostało skie­ro­wane do Zim­nego.

- Nic, czego nie usta­li­li­śmy wcze­śniej. Facet zapadł się pod zie­mię. Nie kon­tak­to­wał się z rodziną ani przy­ja­ciółmi. Jego tele­fon mil­czy, ostatni raz zalo­go­wany na tere­nie swo­jej kli­niki. Potem cisza.

- A samo­chód?

- Nie mamy go. Ostat­nią osobą, która miała z nim kon­takt, jest sprzą­taczka w jego fir­mie, nie­jaka Bar­bara Gro­chol­ska. Roz­ma­wiała z nim krótko przed dwu­dzie­stą pierw­szą. Według jej rela­cji Tro­chan zacho­wy­wał się nor­mal­nie, w pla­nach miał powrót do domu, jego samo­chód miał cze­kać na niego w pod­ziem­nym garażu. Zamie­nili kilka zdań... - Zimny wska­zał na teczkę z zezna­niami - ...i poże­gnali się. Zanim wyszedł z gabi­netu, popra­wiła mu kra­wat, i to był ich ostatni kon­takt.

- Dro­gówka ma już dane pojazdu?

- Oczy­wi­ście.

- Czy ktoś roz­ma­wiał z żoną podej­rza­nego?

- Od czasu gdy media opu­bli­ko­wały to nagra­nie, jesz­cze nie. Podobno jest w szoku. Nie chce roz­ma­wiać z poli­cją. Odrzu­ciła nawet pomoc psy­cho­loga, choć sama para się tym zawo­dem.

- To zro­zu­miałe. Wini nas za tę sytu­ację. Trzy dni temu zgło­siła zagi­nię­cie męża i liczyła na pomoc, a my w odpo­wie­dzi mamy zamiar oskar­żyć Tro­chana o bru­talne mor­der­stwo. Dajmy jej jesz­cze dwa­dzie­ścia cztery godziny. Potem pojadę poroz­ma­wiać z nią oso­bi­ście.

Czar­necki omiótł spoj­rze­niem twa­rze swo­ich współ­pra­cow­ni­ków. W gabi­ne­cie, oprócz eks­pert kry­mi­na­li­styki Anny Boruc­kiej i pod­in­spek­tora Grze­go­rza Zim­nego, znaj­do­wali się jesz­cze: pro­ku­ra­tor Krzysz­tof Lis, psy­cho­log poli­cyjny Elż­bieta Pałka, pro­to­ko­lant Janusz Kosiń­ski oraz dwóch niż­szych stop­niem poli­cjan­tów - star­szy sier­żant Łukasz War­szaw­ski oraz młod­szy aspi­rant Jakub Wicha. Wzrok pro­wa­dzą­cego padł na pro­ku­ra­tora.

- Jakie macie naj­bliż­sze plany, Krzysz­tof?

Krzysz­tof Lis był wyso­kim męż­czy­zną o krótko przy­strzy­żo­nych blond wło­sach z prze­dział­kiem nad lewą skro­nią. Miał czter­dzie­ści trzy lata, zwy­kle ubie­rał się w gar­ni­tury i pre­zen­to­wał nie gorzej niż nadziany nowo­jor­ski makler. Nie był jed­nak zbyt lubiany, zwłasz­cza Borucka uni­kała z nim kon­taktu, choć uczci­wie musiała przy­znać, że jest bar­dzo dobrym i sku­tecz­nym pro­ku­ra­to­rem. Draż­niły ją nato­miast jego wład­czość i despo­tyzm, któ­rymi kie­ro­wał się przy pro­wa­dze­niu kolej­nych spraw. Tym bar­dziej cie­szyła się, że aku­rat przy tej ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym będzie Czar­necki, który jako jedyny potra­fił powścią­gnąć Lisa i spro­wa­dzić go do par­teru, nawet pomimo faktu, że w zasa­dzie pro­ku­ra­tor był jego prze­ło­żo­nym.

- Na razie nie będę nikomu sta­wiał zarzu­tów. Teo­re­tycz­nie mógł­bym, ale ta sprawa mi wyjąt­kowo śmier­dzi.

- Dla­czego? Prze­cież mamy nagra­nie, jak facet robi bachu­si­kowi sza­lik z jelita ofiary...

- Wiem, Romek, że pod­ju­dzasz. Po pierw­sze na razie nie mamy ofiary, a po dru­gie nie wydaje wam się tro­chę dziwne zacho­wa­nie faceta z nagra­nia? Niby przez cały czas krył twarz w kap­tu­rze, aby nagle, zaraz po skoń­czo­nej robo­cie, pod­nieść głowę i spoj­rzeć w kamerę? Dla mnie to bez sensu i cuch­nie na kilo­metr.

Zebrani poki­wali gło­wami na znak, że zga­dzają się z pro­ku­ra­to­rem. Wszy­scy z nie­jed­nego pieca chleb jedli i dosko­nale wie­dzieli, że cza­sem naj­bar­dziej oczy­wi­ste sprawy mają dru­gie, trze­cie dno, a cza­sem i czwarte. Nie tak dawno w podob­nym gro­nie zaj­mo­wali się sprawą zagi­nię­cia męż­czy­zny w jed­nej z podzie­lo­no­gór­skich wsi. Prze­jęli ją w momen­cie, gdy zaczęto podej­rze­wać, że za znik­nię­ciem faceta może stać jego żona. Ślady i zezna­nia świad­ków nie pozo­sta­wiły złu­dzeń, że mąż od lat pił i strasz­nie ją kato­wał. Kobieta miała więc motyw, ale bra­ko­wało ciała. Nale­żała jed­nak do pro­stych i mało bystrych, a do tego chyba drę­czyło ją sumie­nie, w związku z czym długo nie lawi­ro­wała i szybko przy­znała się do winy. Zdra­dziła miej­sce ukry­cia zwłok, które szczel­nie zamu­ro­wała pod pod­łogą, a pod­czas wizji lokal­nej poka­zała, jak zamor­do­wała męża, wbi­ja­jąc mu nóż kuchenny w klatkę pier­siową. Sprawa wyda­wała się oczy­wi­sta, ale Czar­nec­kiemu nie zga­dzał się pewien drobny szcze­gół. Kobieta upie­rała się, że dźgnęła męża kil­ka­dzie­siąt razy i rze­czy­wi­ście tak było. Pod­czas prze­słu­cha­nia dzi­wiła się tylko, że z ran wypły­wało tak mało krwi, bo wię­cej "to z kura­ków try­skało niż tego zim­nego sukin­syna". Czar­necki zawsze ufał swo­jej intu­icji i jak się oka­zało, znów miał nosa. Zle­cił pato­mor­fo­lo­gowi wyko­na­nie bar­dzo dokład­nej sek­cji, która wyka­zała, że ofiara umarła nie od cio­sów nożem, ale od zachły­śnię­cia się wła­snymi wymio­ci­nami. Oka­zało się, że żona, nie­świa­doma tego, że mąż już nie żyje od dobrych kilku godzin, zde­cy­do­wała się go zakłuć, myśląc, że w sta­nie tak sil­nego upo­je­nia alko­ho­lo­wego, nie będzie w sta­nie się bro­nić. I rze­czy­wi­ście, nie bro­nił się. Dźgała tak długo, bo według niej wciąż było za mało krwi, która od kilku godzin nie krą­żyła już w żyłach, gdyż spły­nęła w par­tie ciała, na któ­rych mąż leżał, w tym wypadku ple­ców. Kobie­cina miała szczę­ście, bo zamiast dłu­giej odsiadki została ska­zana na pięć lat w zawie­sze­niu.

Sprawa "Filipa Roz­pru­wa­cza" na pierw­szy rzut oka też wyglą­dała na oczy­wi­stą. Tak podej­rza­nego okrzyk­nęły media już kilka godzin po odna­le­zie­niu wycię­tych narzą­dów. Czar­necki nie lubił tych wszyst­kich porów­nań, ale przez lata pracy przy­zwy­czaił się i zwykł je tole­ro­wać. W tym wypadku musiał jed­nak przy­znać, że ana­lo­gia ze słyn­nym "Kubą Roz­pru­wa­czem" była wyraźna, bądź co bądź naj­słyn­niej­szy mor­derca świata też wyci­nał ofia­rom poszcze­gólne narządy, choć w prze­ci­wień­stwie do zabójcy z Zie­lo­nej Góry, zacho­wy­wał je dla sie­bie, a na widok publiczny wysta­wiał oka­le­czone ciała. Poja­wiały się też inne porów­na­nia. "Wam­pir z Zie­lo­nej", "Bachu­si­kowy Rzeź­nik" czy "Krwawy Dok­tor". Kwe­stią czasu było, która z wer­sji przyj­mie się w złak­nio­nym krwa­wych wia­do­mo­ści spo­łe­czeń­stwie, ponie­waż temat od pierw­szego dnia stał się naj­go­ręt­szym lokal­nym new­sem, z każdą kolejną godziną pącz­ku­ją­cym następ­nymi donie­sie­niami, głów­nie domy­słami domo­ro­słych dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy w CV uwiel­biali dopi­sy­wać sobie "śled­czy".

- To rze­czy­wi­ście nie pasuje do pro­filu podej­rza­nego, który wygląda na zor­ga­ni­zo­wa­nego i skru­pu­lat­nego czło­wieka - sko­men­to­wał Czar­necki. - Ale wróćmy do poten­cjal­nej ofiary. Jak bada­nia DNA?

- Kom­plet wyni­ków powi­nien być znany za jakieś... - Anna zer­k­nęła na zega­rek - ...czter­dzie­ści godzin.

- Do tego czasu musimy prze­szu­kać wszyst­kie archiwa doty­czące osób zagi­nio­nych z ostat­nich trzech mie­sięcy w pro­mie­niu stu kilo­me­trów. Potem możemy roz­sze­rzyć poszu­ki­wa­nia na kolejne woje­wódz­twa. Skon­tak­tuj­cie się też z nie­miec­kimi kole­gami z Guben i Frank­furtu.

Dwóch niż­szych stop­niem poli­cjan­tów coś zapi­sało w notat­ni­kach. To na nich spo­czy­wało wyko­ny­wa­nie sze­regu czyn­no­ści o cha­rak­te­rze ope­ra­cyj­nym, od roz­pusz­cze­nia wici wśród swo­ich źró­deł infor­ma­cji po prze­słu­cha­nia dzie­sią­tek albo i setek świad­ków bądź ludzi mogą­cych mieć choćby cokol­wiek wspól­nego ze sprawą.

- Przejdźmy do pro­filu prze­stępcy i tych bachu­si­ków. Ela, czy twoim zda­niem wybór aku­rat tych dwóch może mieć klu­czowe zna­cze­nie?

Elż­bieta Pałka miała renomę wybit­nej pro­fe­sjo­na­listki, która jako jedna z kilku osób w Pol­sce z czy­stym sumie­niem mogła mówić o sobie jako o pro­fi­lerce z praw­dzi­wego zda­rze­nia, a jej sta­no­wi­sko spe­cja­li­sty do spraw iden­ty­fi­ka­cji psy­cho­lo­gicz­nej nale­żało do naj­bar­dziej eli­tar­nych wśród psy­cho­lo­gów poli­cyj­nych. Na wyraźne pole­ce­nie Czar­nec­kiego została ścią­gnięta z Gdań­ska w try­bie natych­mia­sto­wym, bo w przy­padku tak nie­jed­no­znacz­nych zabójstw jej obec­ność była na wagę złota.

- Poten­cjalny zabójca... - Czar­necki uniósł rękę i chciał coś powie­dzieć, ale Pałka od razu skon­tro­wała: - Tak, wiem, ale od razu chcę zazna­czyć, że będę ope­ro­wać takim ter­mi­nem także w przy­padku ofiary, bo póki nie znaj­dziemy ciała, nie możemy stwier­dzić, czy mamy do czy­nie­nia z zabójcą, czy też ofiarą. Nie chcę jed­nak mie­szać i bawić się tu w ter­mi­no­lo­giczne gierki.

Grupa przy­jęła jej tłu­ma­cze­nie z pełną wyro­zu­mia­ło­ścią, zwłasz­cza że nikt z zebra­nych nie wąt­pił, że mają do czy­nie­nia z wyra­fi­no­wa­nym mor­dem.

- Zatem poten­cjalny zabójca wybrał dwie figurki tak zwa­nych bachu­si­ków. To Bru­kus i MZKus. Oba znaj­dują się w ści­słym cen­trum mia­sta. Pierw­szy obok kamie­nicy przy ulicy Ste­fana Żerom­skiego przed­sta­wia bożka z młot­kiem w dłoni, ukła­da­ją­cego kostkę bru­kową, drugi przy ratu­szu - że posłużę się potocz­nym ter­mi­nem - ujeż­dża auto­bus. Nie są zbyt­nio od sie­bie odda­lone, ale myślę, że zabójca wybrał je z kon­kret­nego powodu. Na pewno wśród zagi­nio­nych możemy szu­kać kie­row­ców i słabo wykwa­li­fi­ko­wa­nych pra­cow­ni­ków zwią­za­nych z branżą budow­laną. Oczy­wi­ście to bar­dzo pobieżny wnio­sek, ale taki, który mogę sfor­mu­ło­wać już teraz. Co do reszty, to wybacz­cie, ale nie zdą­ży­łam zapo­znać się z całym mate­ria­łem, bo przy­je­cha­łam do mia­sta dopiero dziś w nocy. Na żywo nie widzia­łam nawet tych figu­rek. Myślę, że wię­cej będę mogła powie­dzieć wie­czo­rem.

- To już coś. Szu­kamy zagi­nio­nych kie­row­ców i budow­lań­ców oraz ludzi z tych branż w oto­cze­niu podej­rza­nego. Coś o pro­filu poten­cjal­nego zabójcy?

- Na razie nic kon­kret­nego. Muszę poroz­ma­wiać z kil­koma oso­bami z towa­rzy­stwa podej­rza­nego: żoną, rodzi­cami, współ­pra­cow­ni­kami, przy­ja­ciółmi. Fakt, że organy były wycięte przez pro­fe­sjo­na­li­stę, mógłby wska­zy­wać na winę Tro­chana, ale to byłby zbyt pochopny wnio­sek. I zbyt banalny. Zresztą z tego, co zdą­ży­łam wyczy­tać na jego temat, to takie dzia­ła­nia kom­plet­nie nie pasują do jego pobież­nie spo­rzą­dzo­nego pro­filu. Mogę się mylić, ale moim zda­niem to nie ten facet i nawet jeśli powy­kła­dał te narządy przy tych figur­kach, to prę­dzej ktoś go do tego zmu­sił. Ale, powta­rzam, to tylko wer­sja na mój wła­sny uży­tek, spo­rzą­dzona z bar­dzo ską­pych infor­ma­cji.

- Co zatem suge­ru­jesz?

- Na razie nic. Pro­szę dać mi czas do jutrzej­szej narady. Na pewno zdo­łam powie­dzieć wię­cej.

- Kwe­stia wybra­nia kon­kret­nych narzą­dów i roz­ło­że­nia ich przy figur­kach?

- MZKus był owi­nięty jeli­tami, cien­kim i gru­bym, obok leżały nerka, śle­dziona i żołą­dek. Bru­kus "dostał" język, prze­łyk, wątrobę i serce. Na razie nie widzę sen­sow­nego wytłu­ma­cze­nia aku­rat takiego umiej­sco­wie­nia tych narzą­dów.

Czar­necki poki­wał głową w peł­nym zro­zu­mie­niu. Znów spoj­rzał na Borucką, ale nie zdą­żył zadać kolej­nego pyta­nia, gdy roz­le­gło się puka­nie. Chwilę póź­niej drzwi otwarły się, a do gabi­netu wszedł drugi zastępca Komen­danta Miej­skiego Poli­cji w Zie­lo­nej Górze, nad­ko­mi­sarz Mar­cin Cza­pu­to­wicz. Był nie­wy­so­kim, przy­sa­dzi­stym męż­czy­zną w oku­la­rach i spra­wiał wra­że­nie czło­wieka o raczej nie­zbyt wyso­kim ilo­ra­zie inte­li­gen­cji.

- Pro­si­łem, aby nie prze­szka­dzać w cza­sie spo­tkań grupy docho­dze­niowo-śled­czej - rzekł ze sto­ic­kim spo­ko­jem Czar­necki. - Takie wtar­gnię­cia nie tylko...

- Prze­pra­szam inspek­to­rze, ale mam infor­ma­cję, która na pewno inspek­tora zain­te­re­suje.

- Zwią­zaną ze sprawą?

- Oczy­wi­ście.

- W takim razie pro­szę mówić.

- Ktoś chciałby się z inspek­to­rem spo­tkać.

- Może­cie mówić jaśniej, nad­ko­mi­sa­rzu?

- Ta osoba stoi na kory­ta­rzu. Może lepiej by było, gdyby sama...

- Dobrze, pro­szę ją wpro­wa­dzić.

Nad­ko­mi­sarz Cza­pu­to­wicz obró­cił się na pię­cie i opu­ścił pomiesz­cze­nie. Nie zamknął za sobą drzwi, w któ­rych kilka sekund póź­niej poja­wił się postawny męż­czy­zna w wymię­tym płasz­czu.

- Dzień dobry pań­stwu - przy­wi­tał się, ale w odpo­wie­dzi ujrzał, jak poło­wie z obec­nych oczy wyszły z orbit, a dru­giej szczęki opa­dły do pod­łogi. - Komi­sarz Igor Brudny. Miło pań­stwa poznać.

* * *

Brudny nie nale­żał do ludzi, któ­rzy robią różne rze­czy na pokaz, ale wyraz twa­rzy człon­ków grupy ope­ra­cyj­nej był bez­cenny. Przez kilka naj­bliż­szych sekund, które zda­wały się trwać całe wieki, wszy­scy wpa­try­wali się w niego jak w ducha. Dopiero pro­wa­dzący wycią­gnął do niego rękę i przed­sta­wił się jako inspek­tor Romu­ald Czar­necki.

- Nam rów­nież miło pana poznać, komi­sa­rzu Brudny - przy­wi­tał się. - Mam nadzieję, że jest pan tak samo sku­teczny w dzia­ła­niu, jak w robie­niu show.

Czar­necki sta­rał się zacho­wać sto­icki spo­kój, choć w środku sza­lała burza sprzecz­nych emo­cji. Był wście­kły, że nikt go wcze­śniej nie poin­for­mo­wał o tak drob­nym szcze­góle jak fakt, że główny podej­rzany ma brata bliź­niaka, który dodat­kowo jest komi­sa­rzem sto­łecz­nej poli­cji. Z dru­giej strony w postaci Brud­nego miał szansę zna­leźć sil­nego sojusz­nika. Jeśli oczy­wi­ście komi­sarz będzie chciał współ­pra­co­wać.

- Na dziś to koniec. Pomimo tego nie­spo­dzie­wa­nego naj­ścia nie zmie­niamy pla­nów - powie­dział bar­dziej sta­now­czym tonem. - Wszy­scy wie­dzą, co mają robić. Panie i pano­wie, bierz­cie się do roboty.

Człon­ko­wie zespołu poza­bie­rali swoje rze­czy i opu­ścili gabi­net przy­dzie­lony Czar­nec­kiemu. Inspek­tor zlu­zo­wał także zastępcę komen­danta.

- Pro­szę usiąść - zapro­po­no­wał Brud­nemu, gdy w końcu zostali sami.

- Nie chcia­łem prze­szka­dzać wam w robo­cie.

- Cóż... powiedzmy, że ją pan dodat­kowo skom­pli­ko­wał.

- Cóż... powiedzmy, że ta sprawa skom­pli­ko­wała mi życie.

Brudny usiadł naprze­ciwko Czar­nec­kiego. Zmie­rzyli się spoj­rze­niami niczym bok­se­rzy tuż przed pierw­szym gon­giem.

- No dobrze, komi­sa­rzu Brudny. Albo obieca mi pan szczerą roz­mowę, albo może pan odejść i nie wra­cać do momentu, aż po pana poślę swo­ich ludzi.

- Dla­czego pan suge­ruje, że mogę być nie­szczery?

- Pan żar­tuje, komi­sa­rzu?

- Nie, panie inspek­to­rze.

- Przy­naj­mniej jest pan kon­kretny, a tę cechę sobie cenię. Nie suge­ruję, że ma pan zamiar kła­mać, ale w związku z zaist­niałą sytu­acją wolę się upew­nić, czy za godzinę albo dwie nie spo­tka mnie kolejna nie­spo­dzianka. Chyba pan dostrzega, w jakiej sytu­acji posta­wił mnie pan przed moimi ludźmi...?

- Nie mam zamiaru kła­mać.

- To dobrze.

- Ale z nie­spo­dzian­kami niczego nie gwa­ran­tuję...

- Coś kon­kret­nego ma pan na myśli?

- Mogę zapa­lić?

- Zwy­kle nie pozwa­lam palić moim ludziom we wła­snym gabi­ne­cie, ale ta sytu­acja jest wyjąt­kowa. Nie mam tylko popiel­niczki, ale... - Czar­necki się­gnął po kubek z resztką kawy i pod­su­nął go roz­mówcy - ...pro­ku­ra­tor Lis zawsze zapo­mina zabrać swoje śmieci. Przy­zwy­cza­iłem się do tego.

- Dzię­kuję. - Brudny przy­pa­lił papie­rosa. - Pro­szę pytać, choć może się pan roz­cza­ro­wać.

- Zoba­czymy.

- Jestem do pana dys­po­zy­cji.

Czar­necki rzu­cił Brud­nemu wyzy­wa­jące spoj­rze­nie. Tro­chę surowe, nieco ojcow­skie, sygna­li­zu­jące, kto tu rzą­dzi. Igor znał wszyst­kie sztuczki doświad­czo­nych gli­nia­rzy, ale inspek­tor zro­bił na nim spore wra­że­nie. Z pew­no­ścią prze­słu­chał tysiące osób i znał się na robo­cie.

- Nie odpo­wie­dział pan na poprzed­nie pyta­nie. Dla­czego mi pan nie gwa­ran­tuje, że nie spo­tkają mnie kolejne nie­spo­dzianki?

- Myślę, że pan wie, inspek­to­rze.

- Wolę to usły­szeć od pana, komi­sa­rzu. Poza tym pro­sił­bym odpo­wia­dać na pyta­nia. Kon­kret­nie.

- Dobrze zatem. Wyar­ty­ku­łuję to tak jasno, jak potra­fię. - Brudny zacią­gnął się papie­ro­sem. - Facet na fil­mie wygląda iden­tycz­nie jak ja i jest to dla mnie rów­nie wiel­kie zasko­cze­nie jak dla pana i wszyst­kich pana ludzi. Ni­gdy wcze­śniej go nie widzia­łem i ni­gdy wcze­śniej o nim nie sły­sza­łem. A teraz ten dok­to­rek wlazł ze swo­imi brud­nymi bucio­rami w moje życie i spra­wił, że wła­śnie z panem roz­ma­wiam, choć mógł­bym dalej posu­wać moją piękną dziew­czynę i pić zimne piwo w moim tanim miesz­ka­niu na Saskiej Kępie. W tej chwili nie wiem nic wię­cej, ale mam zamiar się dowie­dzieć. I nie wyjadę stąd, póki nie zro­zu­miem, o co tu, kurwa jego mać, cho­dzi.

Czar­necki wysłu­chał roz­mówcy, ale pomimo pew­nej dozy eks­pre­sji, która poja­wiła się w jego wypo­wie­dzi, zacho­wał sto­icki spo­kój. Nie drgnął mu nawet jeden mię­sień na nieco już pokre­ślo­nej zmarszcz­kami twa­rzy, wciąż nie odry­wał spoj­rze­nia od oczu Brud­nego.

- Rozu­miem, to sporo wyja­śnia - odparł po dłuż­szej chwili. - Ale oczy­wi­ście zdaje pan sobie sprawę, że nie mogę pana włą­czyć do mojego zespołu...

- Co nie zna­czy, że nie może mnie pan infor­mo­wać.

- To zależy od pana, komi­sa­rzu.

- Nie będę wcho­dził panu w drogę, inspek­to­rze, ale ten facet naj­pew­niej jest moim bra­tem bliź­nia­kiem. Rozu­mie pan, że będę krą­żył obok tej sprawy...

- Jeśli zachowa pan dystans, to może się doga­damy.

- Pro­szę dać mi jedy­nie pod­sta­wowy dostęp. Chciał­bym zoba­czyć te bachu­siki, poroz­ma­wiać z rodziną...

- Wolał­bym, aby pan się nie krę­cił po mie­ście. Wie pan, co się sta­nie, gdy media się o panu dowie­dzą?

- I tak się dowie­dzą. To tylko kwe­stia czasu.

- Aku­rat tu ma pan rację, komi­sa­rzu. Posta­ram się, aby ta infor­ma­cja wyszła od nas, żeby była kon­tro­lo­wana. Ale jeśli chce pan, aby nasza współ­praca nie wysy­pała się na pierw­szym wirażu, to suge­ruję na bie­żąco mnie infor­mo­wać. I w żad­nym wypadku nie może pan roz­ma­wiać z mediami.

- Media to nie moja bajka, może pan spać spo­koj­nie. Jak z tym dostę­pem, inspek­to­rze?

Czar­necki wziął głę­boki oddech, złą­czył palce obu dłoni i trwał tak przez chwilę.

- Wiem, że i tak pana nie powstrzy­mam, a zamknąć na dłu­żej niż czter­dzie­ści osiem godzin nie mogę. Ma pan zbyt silną moty­wa­cję, a do tego nie­zby­walne prawo do tego, aby odkryć prawdę o swo­jej rodzi­nie. Dla­tego przy­chylę się do pana prośby i dam panu pod­sta­wowy dostęp, ale pro­szę nie nękać moich ludzi za moimi ple­cami i infor­mo­wać mnie, jeśli znaj­dzie pan cokol­wiek, co mogłoby się przy­dać w śledz­twie. Co drugi dzień może pan przyjść po spo­tka­niu mojego zespołu, aby dowie­dzieć się wię­cej. Na ten temat roz­ma­wia pan tylko ze mną. Oczy­wi­ście może pan liczyć tylko na tyle, ile uznam, że jestem w sta­nie panu zdra­dzić. Zaufa­nie wymaga czasu. Zga­dza się pan na te warunki?

- Jest pan roz­sąd­nym czło­wie­kiem, inspek­to­rze. Zga­dzam się.

Obaj męż­czyźni uści­snęli sobie dło­nie. Brudny pomy­ślał, że tra­fił na odpo­wied­niego czło­wieka na odpo­wied­nim miej­scu. Lubił takich ludzi i bar­dzo cenił, nawet jeśli w więk­szo­ści kwe­stii pry­wat­nych róż­nili się dia­me­tral­nie. Brudny cenił pro­fe­sjo­na­li­stów i z tego, co mógł wywnio­sko­wać po tej krót­kiej roz­mo­wie, Czar­necki rów­nież. Ta koope­ra­cja wcale nie musiała być taka zła.

- Jeśli mamy współ­pra­co­wać, jako star­szy stop­niem i wie­kiem suge­ruję, aby­śmy zre­zy­gno­wali z komi­sa­rzo­wa­nia i inspek­to­ro­wa­nia. Nazy­wam się Romu­ald Czar­necki.

- A ja Igor Brudny. Komi­sarz Igor Brudny.

Ta odpo­wiedź naj­wy­raź­niej po raz pierw­szy zbiła z tropu dotąd pew­nego sie­bie inspek­tora. Dla Brud­nego ta pro­po­zy­cja wykra­czała poza usta­lone ramy, burzyła posta­wiony mur i spra­wiała, że czuł się osa­czany już na star­cie. Czar­necki tego nie wie­dział, ale odmowę przy­jął ze zro­zu­mie­niem.

- Dobrze komi­sa­rzu Brudny. Zanim pan wyj­dzie...

- Tak?

- Nie będzie miał pan nic prze­ciwko, aby tech­nicy pobrali od pana odci­ski pal­ców i próbki DNA?

- Teraz?

- Tak. Teraz.

- Dobrze. Tylko pro­szę dać znać, jak przyjdą wyniki.

- Może pan spać spo­koj­nie... komi­sa­rzu Brudny.

Roz­dział 4

To była typowa psia pogoda. Tem­pe­ra­tura oscy­lo­wała w gra­ni­cach sze­ściu, sied­miu stopni, a niebo pokryła gruba war­stwa sta­lo­wych chmur, które raz za razem otwie­rały swoje trze­wia i spusz­czały miliony zale­ga­ją­cych litrów wody wprost na głowy prze­kli­na­ją­cych prze­chod­niów.

Brudny stał w korku. Sznur samo­cho­dów cią­gnął się od ulicy Wro­cław­skiej przy Gale­rii Focus Mall w kie­runku skrzy­żo­wa­nia ze Strze­lecką. W lokal­nym radiu nie­jaki Jacek Biały zachę­cał do wybra­nia się na mecz koszy­kówki, a wycie­raczki wście­kle zbie­rały wodę z przed­niej szyby, choć nie miały naj­mniej­szych szans w star­ciu z sza­le­ją­cym żywio­łem. Minęło jesz­cze dobrych kil­ka­na­ście minut, zanim nis­san patrol skrę­cił na par­king sta­rego hotelu Pod Dębem miesz­czą­cego się na połu­dnio­wym krańcu Zie­lo­nej Góry. Komi­sarz pamię­tał go jesz­cze z życia numer jeden, gdy zamiesz­kał w nim po opusz­cze­niu pew­nej pla­cówki opie­kuń­czo-wycho­waw­czej, o któ­rej zawsze chciał zapo­mnieć, ale ni­gdy nie potra­fił. Ku jego zdzi­wie­niu hotel wciąż ist­niał i miał się cał­kiem dobrze, dzia­łała też znaj­du­jąca się tuż obok strzel­nica nale­żąca do Gwar­dii, klubu spor­to­wego o wiel­kich tra­dy­cjach. Brudny nie był sen­ty­men­tal­nym typem, ale poczuł lekki dreszcz, gdy wysiadł z samo­chodu i sta­nął obok sta­rego budynku, w któ­rym pod­jął decy­zję o roz­po­czę­ciu życia numer dwa. Od tam­tego czasu, roku mile­nij­nego, w któ­rym więk­szość ludzi pla­no­wała wiel­kie zmiany i rzadko kiedy dotrzy­my­wała danych sobie obiet­nic, on posta­no­wił opu­ścić to mia­sto i ni­gdy do niego nie wra­cać. Prych­nął na myśl, że znów stoi w tym samym miej­scu co przed laty. Czło­wiek mógł sobie obie­cy­wać, ale życie i tak zawsze pisało dla niego wła­sne sce­na­riu­sze.

W wej­ściu minął parę Niem­ców w pode­szłym wieku, ale zigno­ro­wał ich. Ni­gdy nie uda­wał. Gar­dził nie­szcze­rymi powi­ta­niami, pozo­ro­wa­nymi dys­ku­sjami i nie miał zamiaru tego zmie­niać nawet w sto­sunku do cudzo­ziem­ców, któ­rzy po powro­cie do swo­jego kraju mogliby sko­men­to­wać pol­ską gościn­ność w nie­wy­bred­nym stylu.

Popro­sił o tani pokój z wido­kiem na par­king. Miał na gło­wie czapkę i duże ciemne oku­lary, mimo to obser­wo­wał recep­cjo­nistkę z uwagą. Na tabliczce przy buj­nej piersi wid­niało imię Andże­lika i jego zda­niem ide­al­nie paso­wało do tej mło­dej kobiety ze sztucz­nymi rzę­sami i prze­dłu­ża­nymi wło­sami. Spra­wiała wra­że­nie wyjąt­kowo zbla­zo­wa­nej, wąt­pił też, aby pro­gramy infor­ma­cyjne nale­żały do kanonu jej ulu­bio­nych. Andże­lika rze­czy­wi­ście nie była nim spe­cjal­nie zain­te­re­so­wana, zer­k­nęła tylko na dowód oso­bi­sty i po przy­ję­ciu opłaty za pierw­sze trzy dni pobytu pod­su­nęła blan­kiet reje­stra­cyjny. Brudny wypeł­nił go i ruszył do pokoju dwie­ście sie­dem­na­ście.

Nie spo­dzie­wał się luk­su­sów i tako­wych nie zastał, ale wła­śnie dla­tego pła­cił za noc nie­całą stówę z podat­kiem. Pokój był mały, ale czy­sty. Podwójne łóżko (kla­sycz­nych jedy­nek nie mieli), szafa na ubra­nia, szafka z pła­skim tele­wi­zo­rem, a na noc­nej kwia­tek i butelka z wodą. Brudny posta­wił walizkę przy ścia­nie, roze­brał się i wziął gorącą kąpiel. Następ­nie zamó­wił mocną kawę i prze­tra­wił w umy­śle ostat­nie godziny swo­jego życia. Zdał sobie sprawę, że nie był przy­go­to­wany na taki roz­wój sytu­acji. Cóż za iro­nia losu, że jako dziecko zawsze marzył o tym, aby mieć rodzinę, a dziś drżał na samą myśl o tym, że będzie musiał sta­nąć twa­rzą w twarz ze szwa­gierką i bra­ta­nicą. O samym bra­cie nie wspo­mi­na­jąc, bo choć prze­ro­bił już kil­ka­dzie­siąt hipo­te­tycz­nych sce­na­riu­szy takiego spo­tka­nia, to wciąż nie wie­dział, czy powi­nien go uści­skać, czy dać mu w mordę.

Z zamy­śle­nia wybił go dźwięk dzwo­nią­cego tele­fonu.

- Cześć, Oka - przy­wi­tał się.

- Cześć, jak leci, skar­bie?

- W porządku.

- Nie zamknęli cię? - Kobieta po dru­giej stro­nie zachi­cho­tała.

- Jesz­cze nie, ale mało bra­ko­wało.

- O Chry­ste Panie, poważ­nie?

- Daj spo­kój, mała. Żar­tuję.

- Głupi jesteś.

- To ty zaczę­łaś...

- Skar­bie, ni­gdy bym nie chciała, abyś tra­fił za kratki. Wiesz prze­cież...

- Wiem, Oka. Pocze­kaj chwilę.

Brudny odchy­lił firankę. Tak jak podej­rze­wał, srebrna astra z dwoma taj­nia­kami wciąż stała pod dębami na miej­scu par­kin­go­wym usy­tu­owa­nym przy wjeź­dzie na teren hotelu. Czar­necki docze­pił mu ogon, ale w jego sytu­acji on zro­biłby to samo, dla­tego nie miał do inspek­tora pre­ten­sji.

- Co się dzieje? - spy­tała Szczy­penko nieco zlęk­nio­nym tonem.

- Nic, mała. Wszystko okej.

- Oglą­da­łam wia­do­mo­ści w głów­nych kana­łach. Wszę­dzie poka­zują twarz tego faceta i mówią, że może być bar­dzo nie­bez­pieczny. Boję się, że...

- Oka, daj spo­kój. Jestem doro­sły. Na razie wszystko wygląda nie­źle, w dodatku chyba tra­fi­łem na roz­sąd­nego pro­wa­dzą­cego. Facet ma łeb na karku i myślę, że się z nim doga­dam.

- To chyba dobrze.

- Tak, to dobrze. Oka, muszę koń­czyć.

- Rozu­miem. Uwa­żaj na sie­bie, Igor.

- Ty też, Oka. Pa.

- Braku...

Szczy­penko nie zdą­żyła dokoń­czyć, bo Brudny się roz­łą­czył. Gdy jesz­cze przez następ­nych kil­ka­na­ście sekund tępo gapiła się w ekran smart­fona, on już spraw­dzał broń i roz­my­ślał nad tym, czy od razu zgu­bić śle­dzą­cych go poli­cjan­tów, czy tro­chę pouda­wać i pozwo­lić się odro­binę poga­niać. Wybrał to dru­gie. Nie było sensu wku­rzać Czar­nec­kiego już na star­cie, zresztą na razie nie miał zamiaru robić rze­czy, które chciałby ukryć przed wścib­skim okiem inspek­tora i jego ludzi.

Brudny ubrał się i dopił kawę. Zer­k­nął na par­king. Srebrna astra wciąż stała na poste­runku. Wycią­gnął tele­fon i wybrał numer Zawadz­kiej.

- Cześć, Julka.

- Cześć, Igor.

- Spraw­dzi­łaś tego Czar­nec­kiego?

- O tyle o ile. Daj mi jesz­cze kilka godzin, ale chyba wygląda na porząd­nego glinę.

- Też mi się tak wydało.

- Facet pro­wa­dził grube sprawy. Dwie jego roboty naprawdę robią wra­że­nie. Chcesz poznać szcze­góły?

- Tak, ale póź­niej. Coś na temat Tro­chana?

- W sumie nic takiego. Wiesz, nor­malny, pra­co­wity, rodzinny gość. Bez kar­to­teki, tylko kilka man­da­tów. Żad­nych kocha­nek czy pro­ble­mów finan­so­wych, regu­lar­nie płaci podatki. Wygląda na wzo­ro­wego oby­wa­tela.

- A akt uro­dze­nia?

- I tu robi się cie­ka­wie, bo miej­sce uro­dze­nia to - uwaga - Moskwa.

- Ooo...

- Też się zdzi­wi­łam i przej­rza­łam akta jego rodzi­ców. Ojciec to nie­jaki Olgierd Tro­chan, eme­ry­to­wany woj­skowy lekarz i zatwar­działy komu­ni­sta, który w tam­tym cza­sie pra­co­wał wła­śnie w Moskwie. Pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z tam­tym szpi­ta­lem, ale natra­fi­łam na mur mil­cze­nia. Nie doko­pa­łam się na razie do niczego kon­kret­nego, zwłasz­cza na temat matki, Joanny z domu Bródka. I nie mam żad­nych dowo­dów, że w tam­tym cza­sie prze­by­wała w ZSRR. Ale daj mi wię­cej czasu, to pogrze­bię. Czuję, że czeka nas sporo nie­spo­dzia­nek.

- Dzięki, Julka. Jesteś wielka.

- Nie ma sprawy. A u cie­bie wszystko gra?

- Tak. Jadę zoba­czyć te figurki.

- Powo­dze­nia. I uwa­żaj na sie­bie, Igor.

- Dzięki. Ty też. Na razie.

- Pa.

Brudny po raz ostatni spoj­rzał przez okno. Nie działo się nic podej­rza­nego, a astra wciąż stała w tym samym miej­scu. Wolał jed­nak trzy­mać rękę na pul­sie. Nie wie­rzył w zbiegi oko­licz­no­ści i cała ta sprawa cuch­nęła na kilo­metr. Był prze­ko­nany, że tu nic nie jest takie, jak się wydaje. Bez wąt­pie­nia ktoś pocią­gał za sznurki. Pyta­nie brzmiało, kto i jaka w tym wszyst­kim była jego rola.

Prze­ła­do­wał broń i wci­snął ją za pasek. Chwilę póź­niej, z gazetą nad głową, truch­tał w kie­runku swo­jego wozu.

Uru­cho­mił sil­nik, wycie­raczki zebrały wodę z przed­niej szyby. Z gło­śni­ków popły­nął słynny kawa­łek grupy Queen Bohe­mian Rap­sody. Lubił Freddy'ego Mer­cury'ego. Facet miał głos i cha­ry­zmę, któ­rej dziś bra­ko­wało więk­szo­ści pseu­do­ar­ty­stów pro­mo­wa­nych na siłę przez bogate wytwór­nie.

I'm just a poor boy, nobody loves me

He's just a poor boy from a poor family

Spare him his life from this mon­stro­sity

Easy come, easy go, will you let me go?

Freddy śpie­wał. Deszcz nie odpusz­czał. Brudny powoli wykrę­cił i prze­su­nął waj­chę pra­wego kie­run­kow­skazu. Kątem oka dostrzegł, że srebrna astra włą­czyła reflek­tory. Nie­spiesz­nie ruszył w dół ulicy Strze­lec­kiej.

So you think you can stone me and spit in my eye?

So you think you can love me and leave me to die?

Ostatni akord utworu jak zwy­kle został przez pre­zen­tera spro­fa­no­wany, ale Brudny był do tego przy­zwy­cza­jony. Gar­dził takimi ama­to­rami, ale nie wście­kał się, bo z zało­że­nia nie dener­wo­wał się na rze­czy, na które nie miał wpływu. Nauczył się tego przez osiem­na­ście lat życia numer jeden. Gdy czło­wiek nie mógł o czymś decy­do­wać, lepiej dla niego, aby przy­jął wer­dykty losu z otwartą przy­łbicą. I dalej robił swoje.

Gdy doje­chał na par­king sądu okrę­go­wego, ulewa zelżała i zastą­piła ją nie­przy­jemna mżawka. Wszyst­kie miej­sca były zajęte, więc opu­ścił par­king i poszu­kał wol­nego w oko­licy nie­ist­nie­ją­cego już sta­rego kina Wenus. Paskudny post­ko­mu­ni­styczny gmach zastą­pił nowo­cze­sny, poma­lo­wany na czer­wono obiekt, w któ­rym dziś znaj­do­wało się pla­ne­ta­rium, jak doczy­tał na fron­to­wej ścia­nie, pełna jego nazwa brzmiała Cen­trum Nauki Keplera Pla­ne­ta­rium Wenus. Zasta­na­wiał się, ile jesz­cze podob­nych nie­spo­dzia­nek spo­tka go po dro­dze. Na kilka już się natknął, choćby na wielką gale­rię Focus Mall, która sta­nęła w miej­scu nie­gdy­siej­szego sym­bolu mia­sta, słyn­nej fabryki tka­nin Pol­ska Wełna. To wła­śnie tam utknął w korku cią­gną­cym się aż pod hotel, gdzie się zatrzy­mał.

Brudny wysiadł z samo­chodu i zapa­lił papie­rosa. Wciąż sią­piło i było dość wietrz­nie, ale z każdą minutą pogoda tro­chę się popra­wiała. Kon­tro­l­nie rozej­rzał się po oko­licy i prze­pu­ścił srebrną astrę, która prze­je­chała mu tuż przed nosem i sta­nęła kil­ka­dzie­siąt metrów dalej. Kupił bilet par­kin­gowy, wło­żył go za szybę i skie­ro­wał się w stronę ratu­sza. Mijał kolejne kamie­nice, a pamięć mimo­wol­nie odtwa­rzała znane mu obrazy. Z zado­wo­le­niem przy­jął, że jego ulu­biona piz­ze­ria Kolo­seum wciąż stoi na miej­scu i naj­wy­raź­niej ma się cał­kiem dobrze. Pomy­ślał, że zje w dro­dze powrot­nej i spraw­dzi, czy dalej dają tyle pysz­nego sera co kie­dyś.

Prze­szedł przez plac Pocz­towy, następ­nie ruszył ulicą Pod Fila­rami w stronę ratu­sza. Po dro­dze minął zale­d­wie kil­ku­na­stu prze­chod­niów, któ­rzy zaci­ska­jąc koł­nie­rze kur­tek i płasz­czów, szyb­kim kro­kiem podą­żali w sobie tylko zna­nych kie­run­kach. Ta oko­lica nie zmie­niła się tak bar­dzo. Gdzieś poja­wił się nowy kebab, gdzie indziej księ­gar­nia zmie­niła się w aptekę, kli­mat pozo­stał jed­nak ten sam.

Droga nie była długa i po kilku minu­tach dotarł do cen­tral­nego punktu. Strze­li­sta wieża ratu­sza nie zmie­niła się ani tro­chę, podob­nie jak oka­la­jące ją kamie­nice, które może stały się tylko tro­chę bar­dziej kolo­rowe. Już z daleka dostrzegł biały namiot okle­jony poli­cyj­nymi taśmami. Obok krą­żyło dwóch mun­du­ro­wych. Gdy pod­szedł bli­żej, dostrzegł, że to mło­dzi poste­run­kowi. Nie wyglą­dali na zbyt lot­nych, ale Brudny wolał od razu z nimi poroz­ma­wiać, aby nie wpro­wa­dzać nie­po­trzeb­nego zamętu. Zga­sił nie­do­pa­łek w pobli­skim koszu na śmieci i zbli­żył się do poli­cjan­tów.

- Dzień dobry. Komi­sarz Igor Brudny. Chciał­bym zaj­rzeć do środka namiotu - oznaj­mił tonem, jakby co naj­mniej był włą­czony w sprawę i kie­ro­wał postę­po­wa­niem. Zanim niż­szy z nich, o puco­ło­wa­tej twa­rzy i nie­mod­nym wąsiku, zdą­żył cokol­wiek odpo­wie­dzieć, Brudny wycią­gnął odznakę i przy­sta­wił mu nie­mal pod sam nos.

- Dzień dobry, komi­sa­rzu - odparli jak jeden mąż, ale nic wię­cej nie dodali. Wpa­try­wali się w niego jak pięt­na­sto­lat­ko­wie, któ­rzy wła­śnie po raz pierw­szy w życiu zoba­czyli na żywo kobiece cycki.

Brudny podzię­ko­wał w myśli Czar­nec­kiemu, który z pew­no­ścią uprze­dził ich o jego przy­by­ciu. Bez wąt­pie­nia się go spo­dzie­wali, w prze­ciw­nym razie pew­nie by spa­ni­ko­wali i pró­bo­wali go aresz­to­wać.

- Mogę zadzwo­nić do inspek­tora... - rzu­cił znie­cier­pli­wio­nym tonem.

- Nie, nie trzeba - ode­zwał się "wąsik". - Inspek­tor Czar­necki mówił, że komi­sarz może się poja­wić. Tylko...

- Tylko co?

- Komi­sarz rze­czy­wi­ście jest bar­dzo podobny do tego dok­torka...

- Macie z tym jakiś pro­blem, poste­run­kowy?

- Nie, prze­pra­szam, nie o to mi cho­dziło, komi­sa­rzu.

- Skup­cie się na pracy, poste­run­kowy.

- Tak jest, komi­sa­rzu.

Brudny pomy­ślał, że poli­cja z każ­dym kolej­nym rokiem scho­dzi na psy. Obaj mun­du­rowi wyglą­dali, jakby dopiero co opu­ścili zakład dla nie­do­ro­zwi­nię­tych umy­słowo i na pewno nie wzbu­dzali respektu wśród oby­wa­teli. Wąt­pił, aby byli w sta­nie zła­pać kula­wego zło­dzieja dam­skich tore­bek, a co dopiero praw­dzi­wego ban­dytę.

- Nie wspo­mi­naj­cie o tym spo­tka­niu po służ­bie, czy to jasne?

- Tak jest, komi­sa­rzu.

Nie wyglą­dali też na takich, co potra­fią trzy­mać język za zębami, i był nie­mal pewny, że wypa­plają wszystko przy pierw­szej oka­zji. Ale w sumie to już był pro­blem Czar­nec­kiego, dla­tego obró­cił się na pię­cie i skie­ro­wał w stronę namiotu.

Uniósł krzy­żu­jące się w wej­ściu taśmy poli­cyjne i pchnął pla­sti­kową płachtę. Namiot miał około dzie­wię­ciu metrów kwa­dra­to­wych, ale taka powierzch­nia w zupeł­no­ści wystar­czyła, aby zabez­pie­czyć bachu­sika i jego naj­bliż­szą oko­licę. Brudny prze­tarł dło­nią zro­szony zarost. Nie spo­dzie­wał się zdo­być wielu infor­ma­cji, wszystko i tak zostało już dawno zabrane przez tech­ni­ków poli­cyj­nych, od odci­sków pal­ców po naj­drob­niej­sze włókna czy grudki błota, jakie mogły wypaść spo­mię­dzy row­ków na pode­szwie buta podej­rza­nego. Tak naprawdę Brudny zja­wił się tu tylko po to, aby spró­bo­wać wczuć się w umysł czło­wieka, który wpę­dził go w to całe bagno. Gdy przy­glą­dał się figurce, przy­szła mu do głowy absur­dalna myśl. Wyobra­ził sobie, że rzeź­nik powró­cił na miej­sce kultu. A gdy tylko zamknął oczy, poczuł, jak wszyst­kie wnętrz­no­ści wywra­cają mu się na drugą stronę. I zoba­czył to wykrzy­wione obli­cze, nie­wy­raźne, ale pełne wście­kło­ści i zgrozy. To obli­cze, przez które budził się przed laty zlany potem, a starsi kole­dzy drwili z niego i tłu­kli go tak mocno, że cier­pła skóra i trzesz­czały kości.

- Niech to szlag - zaklął pod nosem, trzy­ma­jąc się za brzuch.

Spo­dzie­wał się wszyst­kiego, ale nie tego. Postać ze snów opu­ściła go krótko po wyj­ściu z sie­ro­cińca i do tej pory nie wra­cała. Prze­śla­du­jące go widzia­dło uznał za sumę wszyst­kich stra­chów, ima­gi­na­cję mło­dzień­czego umy­słu, który bro­nił się przed suro­wymi sio­strami i star­szymi kole­gami. Dla­czego wró­ciło wła­śnie teraz?

- Wszystko w porządku, komi­sa­rzu?

Brudny nie dostrzegł, jak chwilę wcze­śniej pla­sti­kowa płachta unio­sła się i do środka wszedł jeden z poste­run­ko­wych.

- Tak - odparł przez zaci­śnięte zęby, na szczę­ście ból odpusz­czał.

- Cze­goś pan potrze­buje, komi­sa­rzu?

- Nie.

- Na pewno?

- Na pewno.

Brudny gwał­tow­nie pod­niósł się i zmie­rzył poste­run­ko­wego sro­gim spoj­rze­niem. Poli­cjant w bar­kach był jak trzcina cukrowa i komi­sarz zasta­na­wiał się, jak to moż­liwe, aby zdał pod­sta­wowy egza­min spraw­no­ściowy. Miał nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia kilka lat i przez moment szu­kał wła­ści­wych słów.

- Gdyby pan chciał, komi­sa­rzu, to możemy uprze­dzić kole­gów z Żerom­skiego, żeby nie musiał pan...

- Dobry pomysł. Zrób to, przy­ja­cielu.

- Oczy­wi­ście, komi­sa­rzu.

Poste­run­kowy połą­czył się przez krót­ko­fa­lówkę z part­ne­rami pil­nu­ją­cymi dru­giego namiotu i w kilku sło­wach poin­for­mo­wał, że wkrótce pojawi się męż­czy­zna w czar­nym płasz­czu i czapce, który przed­stawi się jako komi­sarz Brudny. I żeby nie robili mu żad­nych pro­ble­mów.

- Dobra robota. Dzięki, pano­wie.

- Służba, komi­sa­rzu - odparł puco­ło­waty, a drugi dorzu­cił coś o "przy­jem­no­ści", ale tego Brudny już nie dosły­szał, bo znaj­do­wał się dobre kilka kro­ków dalej.

Do kolej­nego bachu­sika dotarł po dwóch minu­tach. Poste­run­kowi rze­czy­wi­ście byli przy­go­to­wani na jego wizytę, pierwsi przy­wi­tali się i nie wpa­try­wali się tak w jego gębę jak "wąsik" i "trzcina". Brudny wszedł do namiotu, ale spę­dził w środku jesz­cze mniej czasu. Obej­rzał figurkę, omiótł wzro­kiem oko­licę i wyszedł na zewnątrz. Tym razem nic nie­spo­dzie­wa­nego się nie wyda­rzyło. Zamie­nił jesz­cze zda­nie z poste­run­ko­wymi, pokle­pał jed­nego z nich po ramie­niu i poże­gnał się. Wra­ca­jąc, zaszedł jesz­cze do cen­trum tury­stycz­nego w ratu­szu, w któ­rym popro­sił o coś na temat histo­rii bachu­si­ków. Czapkę zsu­nął aż na brwi.

- Przy­kro mi, ale mapki szlaku bachu­si­ków skoń­czyły się dziś przed połu­dniem - rzekł młody chło­pak w oku­la­rach z jaskrawą oprawką i fry­zurą bar­dziej pasu­jącą do lat sie­dem­dzie­sią­tych.

- Na pewno ma pan coś pod ladą...

- Przy­się­gam, nic a nic. Wie pan, to mor­der­stwo wstrzą­snęło mia­stem i ludzie rzu­cili się na bachu­siki jak dzicy, a nie mie­li­śmy mapek zbyt wiele. Szkoda, że aku­rat z tego powodu, ale cóż...

Brudny wycią­gnął bla­chę i pod­su­nął chło­pa­kowi pod nos.

- A teraz coś się znaj­dzie?

- Pan z poli­cji?

- A wygląda na odznakę fry­zjera?

- No nie... Ale mógł­bym zoba­czyć legi­ty­ma­cję służ­bową?

Brudny rzadko pozwa­lał sobie na podobne dygre­sje, ale cza­sami po pro­stu nie mógł się opa­no­wać. Ludzie bar­dzo róż­nie reago­wali na poli­cyjną odznakę, a naj­dziw­niej ci, któ­rzy mieli coś do ukry­cia. Ten mło­dzian go jed­nak zasko­czył. Nie wyglą­dał na tak rezo­lut­nego, jaki był w rze­czy­wi­sto­ści. Komi­sarz wycią­gnął legi­ty­ma­cję i poło­żył ją na ladzie. Chło­pak omiótł ją wzro­kiem.

- Spraw­dzę w maga­zy­nie - rzekł i ruszył na tyły.

- Jak wykrę­cisz dzie­więć, dzie­więć, sie­dem, to nie zapo­mnij zapy­tać o inspek­tora Czar­nec­kiego.

Młody zatrzy­mał się w pół kroku. Przez moment stał, jakby zapu­ścił korze­nie, następ­nie odwró­cił się i wbił wzrok w komi­sa­rza.

- To praw­dziwa legi­ty­ma­cja, chłop­cze. Wiem, że jestem podobny do podej­rza­nego z kamer moni­to­ringu, ale to nie ja. I był­bym wdzięczny, gdy­byś nie roz­po­wia­dał o tym na lewo i prawo, bo możesz zostać oskar­żony o utrud­nia­nie śledz­twa. Chcesz wie­dzieć, co grozi za utrud­nia­nie śledz­twa?

- Przy­niosę mapkę...

Po chwili chło­pak znik­nął za drzwiami dru­giego pomiesz­cze­nia. Brudny rozej­rzał się po wnę­trzu. Salka była dość prze­stronna, a pośrodku wspie­rały ją solidne kolumny. Na ścia­nach wisiały stare mapy, obrazy i zdję­cia Zie­lo­nej Góry. Z rogu docho­dził dźwięk pal­ców namięt­nie stu­ka­ją­cych w kla­wia­turę. Zanim Brudny zdą­żył wychy­lić się zza filaru, za ladą poja­wił się chło­pak z wło­sami a la John Len­non.

- Pro­szę bar­dzo. Moja pry­watna - rzekł i wrę­czył Brud­nemu tro­chę już sfa­ty­go­waną mapę bachu­si­ków.

- Doce­niam to, przy­ja­cielu. Ile płacę?

- Udo­stęp­niamy je za darmo.

Brudny roz­ło­żył mapę na ladzie. Omiótł wzro­kiem z jed­nej i dru­giej strony.

- Znasz się na tym?

- Na czym?

- Na tych bachu­si­kach, histo­rii mia­sta i tak dalej...?

- Chyba tak.

- Odpo­wie­dział­byś mi na kilka pytań, gdy­bym tego potrze­bo­wał?

- To zależy?

- Od czego? - Brudny prze­niósł wzrok na twarz chło­paka.

- Czy pan pyta jako poli­cjant, czy jako osoba pry­watna?

Brudny uniósł brew, ale nie spu­ścił wzroku z chło­paka. Dał mu szansę, którą ku jego zdu­mie­niu mło­dzian natych­miast wyko­rzy­stał.

- Z tego, co zdą­ży­łem zauwa­żyć, jest pan komi­sa­rzem sto­łecz­nej poli­cji, a nie lokal­nej. I jeśli pyta pan służ­bowo, w co szcze­rze wąt­pię, to będę musiał odpo­wie­dzieć, ale jeśli nie, to nie, i będę mógł zażą­dać odpo­wied­niej gra­ty­fi­ka­cji za udzie­le­nie tak szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji, prawda?

Brudny uśmiech­nął się pod nosem. Sto razy bar­dziej wolał takich ludzi niż przy­głu­pów, z jakimi miał stycz­ność przy pierw­szym namio­cie.

- Podo­basz mi się, młody. Wezmę twoją wizy­tówkę... - Brudny się­gnął po nie­wielki pro­sto­ką­cik na ladzie - ...i jeśli będę miał jakieś pyta­nia, to się ode­zwę. Tu masz moją, tak w razie gdy­byś poczuł nie­po­ha­mo­waną potrzebę podzie­le­nia się jakąś inte­re­su­jącą infor­ma­cją.

- Naprawdę jest pan bar­dzo podobny do dok­tora Tro­chana.

- Ale nikomu o tym nie mów...

- Oso­bi­ście nie wie­rzę w jego winę. Nawet go kie­dyś pozna­łem, gdy robił zabieg mojej mamie. I od razu wie­dzia­łem, że to nie pan. Jemu lepiej z oczu patrzy.

Brudny nie­mal par­sk­nął śmie­chem i pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Rzadko kto potra­fił mu tak popra­wić humor.

- Mar­nu­jesz się tu, chło­pie. Przy oka­zji, jak się nazy­wasz?

- Bar­tek. Bar­tek Zdun. I lubię swoją pracę.

- Komi­sarz Igor Brudny. I będę o tobie pamię­tał.

Obaj męż­czyźni podali sobie dło­nie, po czym Brudny raz jesz­cze podzię­ko­wał za mapę i opu­ścił lokal. Wycho­dząc, pomy­ślał, że ten młody chło­pak umi­lił mu dzień. I pozwo­lił zapo­mnieć o nie­spo­dzie­wa­nej wizy­cie nie­pro­szo­nej postaci z prze­szło­ści.

Gdy wyszedł z pod­ziemi ratu­sza, słońce wła­śnie nie­śmiało zaczęło wychy­lać się zza popie­la­tych chmur, aby po chwili ską­pać rynek w zło­tym bla­sku. Brudny popra­wił ciemne oku­lary, wło­żył mapę bachu­si­ków za pazu­chę i ruszył do samo­chodu. Po dro­dze nie omiesz­kał zaha­czyć o swoją piz­ze­rię, gdzie wybrał ulu­bioną pizzę - o dziwo menu przez wszyst­kie te lata zmie­niło się nie­znacz­nie - o nie­wy­bred­nej nazwie "Śmierć na are­nie" i spa­ła­szo­wał ją z ogrom­nym ape­ty­tem. Usiadł przy oknie, aby śle­dzący go taj­niacy dobrze go widzieli. Gdy zjadł, zosta­wił spory napi­wek i w skle­pie obok kupił paczkę gum mię­to­wych.

Gdy wsia­dał do samo­chodu, zer­k­nął w lusterko wsteczne, aby się upew­nić, czy Czar­necki nie przy­cze­pił mu nowego, bar­dziej dys­kret­nego ogona. Po dru­giej stro­nie ulicy dostrzegł tylko postaw­nego męż­czy­znę w gar­ni­tu­rze, który wła­śnie wcho­dził do piz­ze­rii. Miał ciemne oku­lary i kape­lusz z ron­dem.

Brudny uru­cho­mił sil­nik, raz jesz­cze rozej­rzał się po oko­licy i nie dostrze­ga­jąc żad­nego zagro­że­nia, zwol­nił pedał hamulca. Kolej­nym punk­tem na jego mapie był Jędrzy­chów. Tę par­tię chciał roze­grać po mistrzow­sku, ale oczy­wi­ście nic z tego nie wyszło.

Roz­dział 5

Na dwo­rze padał deszcz, a w salo­nie jed­nej z willi w podzie­lo­no­gór­skim Jędrzy­cho­wie sie­działa kobieta o dłu­gich blond wło­sach i tępo gapiła się przed sie­bie. Czuła się, jakby orbi­to­wała na skraju czar­nej dziury, a wszystko, co znała i kochała, było bez­pow­rot­nie zasy­sane do jej mrocz­nego wnę­trza.

Anna Tro­chan nale­żała do kobiet dum­nych i twardo stą­pa­ją­cych po ziemi. Po stu­diach we Wro­cła­wiu, na któ­rych poznała Filipa, oboje wró­cili w rodzinne strony. To była ich wspólna decy­zja, bo od zawsze wszyst­kie decy­zje podej­mo­wali razem. Ceniła to w narze­czo­nym, z któ­rym rok póź­niej zło­żyli sobie śluby miło­ści i wier­no­ści. Kochali się na zabój, ale przez następne trzy lata odwle­kali decy­zję o poczę­ciu potomka. Uzgod­nili, że naj­pierw muszą sku­pić się na karie­rze, a gdy już osią­gną pułap pozwa­la­jący im na spo­kojne i dostat­nie życie, pomy­ślą o spło­dze­niu dziecka.

W wieku trzy­dzie­stu lat Anna zaszła jed­nak przy­pad­kiem w ciążę. Z początku miała mie­szane uczu­cia, prze­cież dopiero co wystar­to­wała z pry­watną prak­tyką. Nie prze­stała jed­nak pra­co­wać i pra­wie do dzie­wią­tego mie­siąca przyj­mo­wała pacjen­tów, a po uro­dze­niu Lenki szybko odsta­wiła ją od piersi i wró­ciła do gabi­netu. Z przy­jem­no­ścią i nutką zazdro­ści przy­glą­dała się w tym cza­sie, jak jej mąż buduje i roz­wija swoją kli­nikę, która po dzie­wię­ciu latach dzia­łal­no­ści stała się jedną z wizy­tó­wek mia­sta, a z sze­roko poję­tymi pro­ble­mami stopy zwra­cali się do dok­tora Tro­chana znani i lubiani w Pol­sce i za gra­nicą. Choć Anna była bar­dzo ambitna, w pew­nym momen­cie pojęła, że ten mikro­wy­ścig szczu­rów nic dobrego nie przy­nie­sie, zwłasz­cza że oboje wyraź­nie zanie­dbali czas, który powinni poświę­cić córeczce. Odpu­ściła więc i choć wciąż z powo­dze­niem pro­wa­dziła swoją prak­tykę, sku­piła się na urzą­dze­niu i pie­lę­gno­wa­niu rodzin­nego gniazda. I na sobie.

Do tej pory szło jej cał­kiem dobrze. Nauczyła się świet­nie gospo­da­ro­wać cza­sem, w związku z czym nawet w mocno napię­tym gra­fiku mogła zna­leźć chwilę na kawę z kole­żanką, pój­ście do fry­zjera i na mani­kiur. Choć zawsze uwa­żała się za uro­dziwą i wycho­dziła z zało­że­nia, że niczego jej nie bra­kuje, rozu­miała, że w życiu każ­dej kobiety nad­cho­dzi czas, w któ­rym musi bar­dziej o sie­bie zadbać. Filip rze­czy­wi­ście ostat­nio rza­dziej zwra­cał na nią uwagę, póź­niej wra­cał do domu i coraz czę­ściej wyjeż­dżał na zagra­niczne sym­po­zja. Wąt­piła, aby miał kochankę, nie odwa­ży­łaby się też prze­glą­dać jego tele­fonu bądź skrzynki pocz­to­wej. Posta­wiła więc sobie za punkt honoru, że znów roz­bu­dzi w nim pożą­da­nie, a gdy spę­dzą upojną noc, poroz­ma­wia z nim szcze­rze o tym, aby tro­chę odpu­ścił i wię­cej czasu poświę­cił rodzi­nie.

Miała plan, który chciała zre­ali­zo­wać w śro­dowy wie­czór. Wcze­śniej niż zwy­kle uło­żyła do snu Lenkę, następ­nie przy­go­to­wała kola­cję z owo­ców morza i otwo­rzyła dro­gie wino. Wło­żyła sek­sowną i - w jej prze­świad­cze­niu - mocno per­wer­syjną bie­li­znę i cze­kała na niego w peł­nej goto­wo­ści. Chciała go zasko­czyć już w progu, spra­wić, aby jego libido eks­plo­do­wało, a potem żeby dziko i namięt­nie kochali się całą noc. Nie miała poję­cia, że Filip też miał taki plan...

Cze­kała do dzie­sią­tej. Do tej pory zdą­żyła wypić pół butelki. W końcu zadzwo­niła, ale tele­fon Filipa był poza zasię­giem. Pół godziny póź­niej spró­bo­wała raz jesz­cze, potem za kolej­nych pięt­na­ście minut, dzie­sięć, pięć. Wście­kła się, bo pomy­ślała, że robi z sie­bie wariatkę, a on pew­nie pie­przy wła­śnie jakąś tanią ździrę. Uspo­ko­iła się dopiero o pół­nocy, ale obawy o zdradę zmie­niły się w lęk przed czymś jesz­cze gor­szym. Bo choć Filip potra­fił się spóź­nić, to zawsze wra­cał do domu przed dwu­na­stą, chyba że wcze­śniej Annę uprze­dził, że będzie ina­czej.

Nie spała całą noc, a nad ranem, gdy Filip wciąż nie odbie­rał, zgło­siła sprawę na poli­cję. Przez trzy dni drżała o jego życie i zdro­wie, miała do sie­bie pre­ten­sję, że w irra­cjo­nal­nym gnie­wie coś sobie uro­iła, przy­wo­ły­wała nawet Boga. Pró­bo­wała nawią­zać kon­takt z mężem, wyko­nała kil­ka­set tele­fo­nów, zosta­wiła dru­gie tyle wia­do­mo­ści. Filip zapadł się jed­nak pod zie­mię, a mun­du­rowi byli bez­radni.

Minęły kolejne trzy dni, a ona sie­działa w pół­mroku, bez­sil­nie obser­wu­jąc, jak dzien­ni­kar­skie hieny roz­ry­wają jej męża, rodzinę i życie. Jej piękne, uło­żone i sta­bilne życie, które legło w gru­zach, a ona, cho­lerna dok­tor psy­cho­lo­gii, nie miała poję­cia, jak sobie z tym pora­dzić.

Gdy się­gnęła po następ­nego papie­rosa, po raz kolejny zadzwo­nił tele­fon. Zablo­ko­wała już ze dwa­dzie­ścia nume­rów, głów­nie natręt­nych dzien­ni­ka­rzy, ale nie wyłą­czyła apa­ratu. Chciała być w sta­łym kon­tak­cie ze świa­tem, prze­cież w każ­dej chwili mogły poja­wić się jakieś nowe infor­ma­cje na temat jej męża. Przy­pa­liła papie­rosa, nie odry­wa­jąc wzroku od wyświe­tla­cza smart­fona. Ten zamilkł, ale za chwilę znów zadrżał. Ten sam numer. Ode­brała.

- Słu­cham?

- Pani Tro­chan?

- Jeśli jesteś dzien­ni­ka­rzem albo inną hieną, to suge­ruję, żebyś wypierd...

- Komi­sarz Igor Brudny ze sto­łecz­nej poli­cji.

- Tym bar­dziej!

Roz­łą­czyła się, ale zanim zdą­żyła odło­żyć smart­fon, ten zabrzę­czał jej w dłoni.

- Nie dzwo­nię ofi­cjal­nie. Mam dla pani ważną infor­ma­cję - oznaj­mił głos po dru­giej stro­nie. Tym razem Tro­chan nie odwa­żyła się prze­rwać połą­cze­nia.

- Czy coś wia­domo? Czy mój mąż...? - spy­tała nie­pew­nie, ale urwała w poło­wie, Brudny usły­szał jej przy­spie­szony oddech. - Pan ze sto­łecz­nej poli­cji?

- Chciał­bym się z panią spo­tkać. To bar­dzo ważne.

- Ma pan jakieś nowe infor­ma­cje? Co z moim mężem? - Komi­sarz wyczuł, że roz­mów­czyni jest roz­trzę­siona.

- Mogę być u pani za pięć minut. Jest pani w domu?

- Tak.

- W takim razie do zoba­cze­nia za chwilę.

Brudny roz­łą­czył się i pstryk­nął nie­do­pał­kiem w kałużę. Wsiadł za kie­row­nicę, włą­czył sil­nik i ska­so­wał nawi­ga­cję. Nie była mu już potrzebna, bo zdą­żył spraw­dzić adres, ale zawró­cił z pro­stej przy­czyny - zabra­kło mu papie­ro­sów. A gdy już wszedł do osie­dlo­wego skle­piku, pomy­ślał, że kupi też jakąś cze­ko­ladę dla małej. Bądź co bądź był jej wuj­kiem. I chyba już nie mógł nic z tym zro­bić.

W tym samym cza­sie dok­tor psy­cho­lo­gii zasta­na­wiała się, czy aby na pewno dobrze zro­biła. Zorien­to­wała się, że nie był to zwy­kły tele­fon z poli­cji, dopiero gdy odło­żyła komórkę na stół. Pode­szła do okna i deli­kat­nie uchy­liła zasłonę. Zmru­żyła oczy, bo przez ostat­nie dni pra­wie w ogóle nie wyglą­dała na dwór. Żyła w pół­mroku jak wam­pi­rzyca, którą chciały z niej zro­bić dzien­ni­kar­skie sępy. Obser­wo­wała przez moment drogę dojaz­dową, która pro­wa­dziła do jej rezy­den­cji na skraju lasu. Stała tak w zawie­sze­niu przez dłuż­szy moment, cof­nęła się dopiero wtedy, gdy popiół z papie­rosa spadł jej na przed­ra­mię. Strzą­snęła resztki ze swe­tra i poszła do łazienki. Spoj­rzała w lustro.

Anna Tro­chan z przy­kro­ścią odno­to­wała, że naprawdę wygląda jak wam­pi­rzyca. Prze­tarła dłońmi dolne powieki i się­gnęła do kosme­tyczki. Kil­koma wpraw­nymi ruchami popra­wiła zanie­dbany maki­jaż, następ­nie spięła w kitkę zmierz­wione włosy. Gdy koń­czyła, usły­szała zbli­ża­jący się samo­chód. Sil­nik cho­dził na niskich obro­tach i brzmiał jak pod­ra­so­wany trak­tor. Pode­szła do drzwi i spoj­rzała przez wizjer.

Męż­czy­zna nosił czapkę i duże ciemne oku­lary. Miał zdrowy, kil­ku­dniowy zarost i koł­nierz płasz­cza posta­wiony na sztorc.

Wtedy coś ją tknęło. To było tak gwał­towne, że aż odsko­czyła od drzwi i potrą­ciła nogą opartą o ścianę para­solkę, która upa­da­jąc, wydała głu­chy odgłos. Chwilę póź­niej roz­le­gło się puka­nie.

Tro­chan oddy­chała szybko i płytko. Zwy­kle była w sta­nie się opa­no­wać, jako że ludz­kie emo­cje były obiek­tem jej codzien­nych badań. Tym razem kom­plet­nie zgłu­piała.

- Pani Tro­chan?

Anna raz jesz­cze spoj­rzała przez wizjer, który nie­mal w cało­ści przy­sło­niła poli­cyjna odznaka.

- Pani Tro­chan, czy wszystko w porządku?

- Tak, już otwie­ram - odparła, po czym prze­krę­ciła zamek.

Brudny wszedł do środka. W przed­po­koju pano­wał pół­mrok, a w powie­trzu uno­sił się zna­jomy zapach dymu papie­ro­so­wego i wczo­raj­szej pizzy. Tro­chan gestem zapro­siła go do salonu, ale wciąż trzy­mała się za jego ple­cami.

- Mam nadzieję, że ma pan dobre wie­ści, panie komi­sa­rzu...

- Brudny, komi­sarz Igor Brudny.

Brudny odwró­cił się i ścią­gnął oku­lary, a potem czapkę. Tro­chan pod­nio­sła wzrok i w jed­nej chwili jej oczy zro­biły się wiel­kie jak piłeczki ping­pon­gowe.

- Chry­ste Panie... - wymam­ro­tała i pobla­dła, jakby cała krew odpły­nęła jej z twa­rzy. - Filip...?

- Nie, nie. Nie jestem Fili­pem. Wyglą­dam jak on, ale...

Nie zdą­żył dokoń­czyć, gdy dok­tor Tro­chan rzu­ciła mu się na szyję i zaczęła cało­wać jak długo nie­wi­dzia­nego kochanka. Wtedy chwy­cił ją za ramiona i ode­pchnął. Nie tak to sobie zapla­no­wał, ale liczył się z tym, że będzie musiał impro­wi­zo­wać.

- Filip, no coś ty?

- Nie jestem pani mężem, pani Tro­chan! - Potrzą­snął nią lekko acz zde­cy­do­wa­nie.

- Filip, co oni ci zro­bili? - Kobieta znów pró­bo­wała zbli­żyć się do Brud­nego, ale jej na to nie pozwo­lił.

- Jesz­cze raz powta­rzam, pani Tro­chan. Nie jestem pani mężem. Nazy­wam się Igor Brudny i jestem komi­sa­rzem sto­łecz­nej poli­cji.

Tro­chan spoj­rzała na niego przy­tom­niej. Omio­tła go wzro­kiem, chwilę dłu­żej zatrzy­mała się na bliź­nie, która prze­ci­nała w poło­wie jego lewą brew. Uspo­ko­iła się nieco, choć jej źre­nice wciąż sza­lały. W pew­nym momen­cie oczy zaszły jej łzami.

- O co tu cho­dzi? Kim pan jest, do jasnej cho­lery?

- Powtó­rzę raz jesz­cze. Nazy­wam się Igor Brudny i pra­cuję w poli­cji. Praw­do­po­dob­nie jestem też dotąd nie­zna­nym bra­tem bliź­nia­kiem pani męża.

- Czy to jest, kurwa, jakiś kiep­ski żart? Czy ja jestem, kurwa, w jakiejś zasra­nej ukry­tej kame­rze? - Tro­chan zupeł­nie się roz­kle­iła.

- Pani Tro­chan, pro­szę się uspo­koić. Jestem tu po...

Brudny nie zdą­żył dokoń­czyć, gdy na jego głowę spadł grad cio­sów. Kobieta biła na oślep i łajała przez łzy, była roz­ju­szona i kom­plet­nie roz­bita emo­cjo­nal­nie. Komi­sarz w końcu chwy­cił ją za przed­ra­miona i przy­ci­snął do sie­bie. Pomy­ślał, że córka nie może zoba­czyć matki w takim sta­nie.

- Co to ma być, do jasnej cho­lery?

- Pomogę pani.

- To jest jakiś hor­ror, to...

- Pro­szę usiąść, naleję pani wody.

Brudny usa­do­wił gospo­dy­nię na kana­pie i rozej­rzał się po kuchni, która szczę­śli­wie była połą­czona z salo­nem. Instynk­tow­nie otwo­rzył pierw­szą z gór­nych sza­fek i chwy­cił kubek, który napeł­nił wodą z kranu. Podał go roz­trzę­sio­nej kobie­cie.

- Gdzie pani córka?

- U matki. - Tro­chan mach­nęła dło­nią. - Nie chcia­łam, aby oglą­dała mnie w takim sta­nie. Podobno dzieci wyczu­wają emo­cje doro­słych...

- Nie mam dzieci, ale przy­nio­słem tę cze­ko­ladę. Dla córki.

Brudny wycią­gnął zza pazu­chy tabliczkę mlecz­nej z orze­chami i wrę­czył ją wycie­ra­ją­cej oczy Tro­chan.

- Dzię­kuję, ale i tak nie mogłaby zjeść. Jest uczu­lona na orze­chy. - Tro­chan przy­jęła upo­mi­nek, a Brudny poczuł się jak głu­pek. Uwa­żał się za zim­nego sukin­syna, ale ta sytu­acja prze­ro­sła nawet jego.

- Pan naprawdę jest bra­tem Filipa? - spy­tała i zmę­czo­nymi oczami powio­dła po twa­rzy komi­sa­rza.

- Jesz­cze tego nie wiem na pewno, ale chyba tak. Sama pani widzi. Wyglą­damy iden­tycz­nie, a takie podo­bień­stwa w przy­ro­dzie raczej się nie zda­rzają.

- Mój Boże... Filip ni­gdy nie mówił, że ma brata bliź­niaka.

- Wąt­pię, żeby o mnie wie­dział.

- Jak to?

- Ja dowie­dzia­łem się o nim z kamer miej­skiego moni­to­ringu.

Tro­chan się­gnęła po papie­rosa, a Brudny go jej przy­pa­lił. Zacią­gnęła się i wypu­ściła dym.

- Znów zaczę­łam - bąk­nęła pod nosem. - Ale ta sytu­acja mnie dobija. A teraz jesz­cze to. To zna­czy pan.

- Ta sytu­acja mnie też skom­pli­ko­wała życie.

- Skom­pli­ko­wała... - żach­nęła się Tro­chan.

- Prze­pra­szam, nie to mia­łem na myśli.

- Pro­szę nie prze­pra­szać. Nie po to pan tu przy­szedł. Czego pan chce?

- Infor­ma­cji.

- Przez te lata chyba sporo się nazbie­rało. - Tro­chan wstała i lekko chwiej­nym kro­kiem skie­ro­wała się do kuchni. - Zapa­rzę kawę. Może być z eks­presu?

Brudny przy­tak­nął, przy­naj­mniej od godziny cho­dziło za nim podwójne espresso. Lubił i pił dużo kawy, od kiedy pamięta. Zawsze czarna, mocna, bez grama cukru.

- Pro­szę mi wyba­czyć moje zacho­wa­nie - rze­kła Tro­chan, cze­ka­jąc, aż kawa zacznie się nale­wać. - Pew­nie pan wie, że jestem psy­cho­lo­giem, ale chyba kiep­skim, skoro nie potra­fię zapa­no­wać nad samą sobą.

- To nor­malne, pani Tro­chan. Nie ma powodu czy­nić sobie wyrzu­tów.

- Czło­wiek żyje, pla­nuje, stara się dbać o dom, rodzinę, pracę, a tu nagle "bam" i wszystko szlag tra­fia. A na koniec ze wszyst­kim zostaje sam.

To nie była pierw­sza roz­mowa tego typu, jaką Brudny prze­pro­wa­dził pod­czas swo­jej kariery. Tak naprawdę dobry glina musiał być też dobrym psy­cho­lo­giem, bo świad­ko­wie zbrodni rzadko kiedy byli przy­pad­ko­wymi ludźmi z ulicy. Zwy­kle nale­żeli do rodziny bądź przy­ja­ciół zabójcy lub ofiary, naj­czę­ściej ich obojga. Ni­gdy jed­nak nie prze­słu­chi­wał jesz­cze dok­tor psy­cho­lo­gii, w dodatku swo­jej bra­to­wej.

Brudny pozwo­lił wyga­dać się Tro­chan, pocze­kał też, aż wrę­czy mu kawę i wygod­nie usią­dzie w fotelu. Gdy uznał, że nad­szedł dobry moment, wycią­gnął notat­nik i prze­szedł do ofen­sywy.

- Mówiła pani, że dok­tor Tro­chan ni­gdy nie wspo­mi­nał o bra­cie bliź­niaku. Czy w ogóle opo­wia­dał o prze­szło­ści?

- Raczej rzadko. Nie lubił o tym roz­ma­wiać, bo Filip jest dość zamknięty w sobie. Uwa­żam, że to z powodu domu, w jakim się wycho­wał. Jego ojciec Olgierd był takim surowo cio­sa­nym typem, rozu­mie pan... Od kiedy pamię­tam, Filip sta­rał się mu zaim­po­no­wać i zdo­być jego sza­cu­nek, ale ni­gdy się nie docze­kał. Ojciec zmarł na zawał jesz­cze przed naszym ślu­bem, tuż po tym, jak mąż zain­we­sto­wał w kli­nikę. Myślę, że Olgierd ni­gdy nie obda­rzył go praw­dziwą miło­ścią, a przy­naj­mniej nie potra­fił jej oka­zać, przez co Filip też ma z tym pro­blem.

- Ufa­li­ście sobie?

- Tak, bez­gra­nicz­nie.

- Wątpi więc pani, aby mógł ukry­wać przed panią taką infor­ma­cję?

- O bra­cie bliź­niaku? W życiu. Filip był intro­wer­ty­kiem, ale nie kłamcą.

- A jego rodzice? Dobrze ich pani znała?

- Ojca słabo, tak jak mówi­łam, był raczej nie­przy­jem­nym czło­wie­kiem. Do tego nie lubił mnie i chyba ni­gdy nie zaak­cep­to­wał. Z matką zła­pa­łam jakiś kon­takt, choć nie nale­żymy do psiap­sió­łek, rozu­mie pan...

- Ale cza­sem się spo­ty­ka­cie...

- Same ni­gdy. Kie­dyś mi powie­działa, że trudno by jej było natu­ral­nie roz­ma­wiać z synową, która każde jej zda­nie roz­kła­da­łaby póź­niej na czę­ści pierw­sze i ana­li­zo­wała w zaci­szu swo­jego gabi­netu. Odczy­ta­łam to jako sygnał, że nie chce utrzy­my­wać bliż­szych sto­sun­ków, i chyba się nie pomy­li­łam. Powiedzmy, że nasze rela­cje są neu­tralne, a spo­ty­kamy się zwy­kle w rodzin­nym gro­nie pod­czas świąt czy z innych oka­zji.

- Ma pani jakieś albumy ze zdję­ciami z dzie­ciń­stwa męża?

- Tak, mogę je panu poka­zać. Był naprawdę słod­kim szkra­bem.

- Nie chciał­bym zabie­rać pani zbyt wiele czasu i był­bym wdzięczny, gdyby mi je pani poży­czyła na dzień lub dwa.

- Dobrze. I tak tylko się tu kurzą. Zresztą chyba ma pan do tego prawo...

Brudny usły­szał to dziś już po raz drugi. I sam nie był pewny, co o tym myśleć.

- Pani mąż uro­dził się w Zie­lo­nej Górze? - zapy­tał, choć kiep­sko czuł się, pogry­wa­jąc z kimś, kto teo­re­tycz­nie mógł nale­żeć do rodziny, któ­rej ni­gdy nie miał.

- Skoro jeste­ście bliź­nia­kami, to chyba powi­nien pan wie­dzieć, czyż nie? - Tro­chan nie dała się podejść.

- No wła­śnie to wszystko nie jest teraz takie oczy­wi­ste. Może pani odpo­wie­dzieć?

- Mogę. To żadna tajem­nica. - Wymow­nie mach­nęła ręką. - Filip przy­szedł na świat w Moskwie. Mówi­łam panu, że jego ojciec był nie­przy­jem­nym typem, ale nie wiem, czy wspo­mi­na­łam, że nale­żał do par­tii. Nie wni­ka­łam w szcze­góły, bo na tym polu w ogóle się nie doga­dy­wa­li­śmy. Zawsze mia­łam i mam do dziś kom­plet­nie odmienne poglądy na te sprawy. - Tro­chan zga­siła papie­rosa i na moment zawie­siła się, jakby szu­kała cze­goś głę­boko w pamięci. - Wie pan... Temat uro­dzin i moskiew­skiego życia tak naprawdę ni­gdy nie poja­wiał się we wspo­min­kach rodzin­nych. W albu­mach Filipa nie ma też żad­nego zdję­cia z Rosji. Tro­chę to chyba dziwne, prawda?

- Nie­ko­niecz­nie, prze­cież...

- A pan ma jakieś zdję­cia z tam­tych cza­sów?

- Chyba panią roz­cza­ruję. Wycho­wa­łem się w sie­ro­cińcu.

- Oj, prze­pra­szam. Nie chcia­łam...

- Pro­szę nie żar­to­wać. Jeste­śmy doro­śli. Podobno moja matka nie była gotowa mnie wycho­wać, cokol­wiek by to miało zna­czyć...

- To naprawdę przy­kre i... bar­dzo dziwne. Aku­rat matce Filipa niczego w życiu nie bra­ko­wało. Cho­ciaż po tym wszyst­kim, co pan opo­wiada, po tym, co się teraz dzieje, już nie jestem pewna cze­go­kol­wiek tyczą­cego się mojego męża, a zwłasz­cza jego rodziny.

- Myśli pani, że mógłby zro­bić coś złego innemu czło­wie­kowi?

- Ma pan na myśli "zabić"? - Anna unio­sła wzrok i spoj­rzała Brud­nemu głę­boko w oczy. - Nie, Filip nie byłby w sta­nie nikogo zamor­do­wać. A już na pewno nie wypa­tro­szyć i poroz­rzu­cać jego flaki po cen­trum mia­sta. Dla mnie to w ogóle jakiś absurd. - Tro­chan upiła kolejny łyk kawy. - A pan, panie komi­sa­rzu? Co pan o tym myśli?

- Też nie wie­rzę w jego winę, jeśli o to pani pyta.

- Dobrze mieć kogoś po swo­jej stro­nie.

Roz­mowa zaczęła zmie­rzać w kie­runku, który Brud­nemu prze­stał się podo­bać. Wąt­pił, aby roz­mów­czyni robiła to spe­cjal­nie i korzy­stała z wyuczo­nych umie­jęt­no­ści, w każ­dym razie nie sko­men­to­wał jej ostat­niej wypo­wie­dzi, zamiast tego upił łyk kawy i wró­cił do zada­wa­nia pytań.

- Czy pani mąż mógł mieć jakichś wro­gów?

- Nie przy­po­mi­nam sobie. Ni­gdy nie wcho­dził innym w drogę, zwy­kle uni­kał jakich­kol­wiek starć.

- A może jakieś długi? Nie­spła­cone kre­dyty?

- Nic mi o tym nie wia­domo. Filip trzy­mał rękę na domo­wym budże­cie, ale nie zauwa­ży­łam jakichś dra­stycz­nych ruchów finan­so­wych na naszym kon­cie. W ostat­nim cza­sie naprawdę niczego nam nie bra­ko­wało. Przy­naj­mniej pod wzglę­dem finan­so­wym.

- A konta fir­mowe?

- Do nich dostępu nie mia­łam. Ale naprawdę wąt­pię. Filip nie nale­żał do ryzy­kan­tów czy jakichś spe­ku­lan­tów. Każdą zło­tówkę oglą­dał dwa razy, zanim ją wydał, a na suk­ces pra­co­wał naprawdę ciężko.

Brudny dopił kawę i zama­szy­stym ruchem pod­kre­ślił coś w swoim notat­niku. Następ­nie zamknął go i scho­wał do wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza.

- Bar­dzo pani dzię­kuję, pani Tro­chan.

- Nie ma za co. W sumie miło było poznać szwa­gra...

- Czy mógł­bym dostać te albumy? - Brudny wró­cił do bar­dziej sta­now­czego tonu.

- Oczy­wi­ście... panie komi­sa­rzu.

Po jakiejś minu­cie Tro­chan wró­ciła do salonu z trzema pokaź­nych roz­mia­rów albu­mami. Brudny stał już w przed­po­koju. Wrę­czyła mu je i uśmiech­nęła się.

- Zwrócę je naj­póź­niej poju­trze, jeśli to nie pro­blem - rzekł, rów­nież siląc się na uśmiech, choć zwy­kle wycho­dziło mu to mało natu­ral­nie.

- Może je pan zatrzy­mać tak długo, jak pan chce. Wie­rzę, że są w dobrych rękach.

- Dzię­kuję i do zoba­cze­nia, pani Tro­chan.

- Do widze­nia, komi­sa­rzu.

Tro­chan wycią­gnęła smu­kłą dłoń. Brudny uści­snął ją deli­kat­nie, po czym zało­żył ciemne oku­lary i odwró­cił się w kie­runku samo­chodu. Zro­bił kilka kro­ków, ale nie usły­szał, żeby drzwi się za nim zamknęły. Tro­chan stała i obser­wo­wała go.

- Komi­sa­rzu Brudny! - zawo­łała, gdy był w poło­wie drogi do swo­jego patrola. Brudny się odwró­cił. - Dzię­kuję. Pana wizyta dała mi nadzieję...

Komi­sarz przy­tak­nął, ale nic nie odpo­wie­dział. Posta­wił koł­nierz płasz­cza i ruszył w kie­runku pojazdu. Myślami był już zupeł­nie gdzie indziej.

Roz­dział 6

Inspek­tor Romu­ald Czar­necki poca­ło­wał żonę na do widze­nia i wyszedł z miesz­ka­nia. Wsiadł do swo­jego pię­cio­let­niego renault megane, włą­czył sil­nik i prze­pu­ściw­szy sąsiada, pomału wyje­chał z par­kingu.

W radiu znów mówili o dok­to­rze Tro­cha­nie, w rela­cji mediów w zasa­dzie już ska­za­nym i uka­mie­no­wa­nym. To bar­dzo iry­to­wało inspek­tora, ale dawno nauczył się z tym żyć. I choć w podob­nych sytu­acjach tęsk­nił za cza­sami słusz­nie minio­nymi, w któ­rych to poli­cja i pro­ku­ra­tura decy­do­wały, co można, a czego nie można powie­dzieć i napi­sać, to rozu­miał, że kijem rzeki nie zawróci.

Docho­dziła osiem­na­sta, mia­sto powoli pogrą­żało się w pół­mroku. Niebo znów pokryła gruba war­stwa chmur, przez co przy­brało oło­wiany kolor. Nie lubił go, koja­rzył mu się z czymś nie­przy­zwo­itym i nik­czem­nym. Jak ludzka natura, która w kry­tycz­nych momen­tach zwy­kle ujaw­niała swoją mroczną stronę. Prze­ko­nał się o tym nie raz i nie dwa. Trzy­dzie­ści lat w poli­cji wystar­czyło, aby prze­stać się oszu­ki­wać. Czło­wiek był dra­pieżcą i to nie zmie­niło się od tysiąc­leci.

Na miej­sce dotarł, gdy zro­biło się już cał­kiem ciemno. Wziął pod pachę aktówkę i szyb­kim kro­kiem wszedł po scho­dach pro­wa­dzą­cych do gma­chu komendy miej­skiej. Mach­nął por­tie­rowi i poszedł na dru­gie pię­tro do przy­dzie­lo­nego mu na czas śledz­twa gabi­netu. Do spo­tka­nia z Pio­trem Wanią, dzien­ni­ka­rzem "Gazety Lubu­skiej", miał jesz­cze kwa­drans. Umó­wił się z nim zaraz po poran­nej nara­dzie swo­jego zespołu, bo choć potem zwo­łał na następny dzień kon­fe­ren­cję pra­sową, to wolał wywie­dzieć się, co w tra­wie pisz­czy.

Zro­bił sobie kawę i doko­nał szyb­kiej ana­lizy dnia. Czuł, że śledz­two nie będzie łatwe, i prze­ko­nał się o tym już w połu­dnie, kiedy zadzwo­nił do niego lekarz sądowy i potwier­dził przy­pusz­cze­nie, że pozo­sta­wione przez podej­rza­nego narządy należą do dwóch osób, a nie do jed­nej. A dokład­nie dwóch męż­czyzn mię­dzy pięć­dzie­sią­tym pią­tym a sześć­dzie­sią­tym pią­tym rokiem życia, któ­rzy raczej prze­sad­nie nie dbali o zdro­wie. Naj­wy­raź­niej było to widać po znisz­czo­nej wątro­bie, któ­rej oglę­dziny wyka­zały, że jej posia­dacz nie wyle­wał za koł­nierz, pozo­stałe narządy wewnętrzne rów­nież nosiły ślady nader "aktyw­nego" stylu życia. Kom­plet tych fak­tów pozwa­lał podej­rze­wać, że jeden z tro­pów może być tra­fiony. Czar­necki miał nadzieję, że jesz­cze dziś to przy­pusz­cze­nie zosta­nie potwier­dzone.

Poza tym inspek­tor stał w miej­scu, nie licząc dodat­ko­wego pro­blemu w postaci pew­nego komi­sa­rza, który od przy­jazdu nie zasy­piał gru­szek w popiele i choć na razie trzy­mał się umowy, spra­wiał wra­że­nie faceta, któ­rego nie­ła­two będzie utrzy­mać na krót­kiej smy­czy. Czar­necki zasta­na­wiał się, jak Brudny popro­wa­dził roz­mowę z Anną Tro­chan. Jak­kol­wiek nie było mu to na rękę, nie mógł mu zabro­nić wizyty u bra­to­wej, nawet jeśli ni­gdy wcze­śniej nie mieli oka­zji się spo­tkać.

Roz­my­śla­nia prze­rwał mu sygnał tele­fonu. Cze­kał na niego. Dzwo­nił pod­in­spek­tor Grze­gorz Zimny.

- Cześć, Grze­gorz. Powiedz, że masz dobre wie­ści.

- Nie mnie to oce­niać, ale dzwo­nili z "zagi­nio­nych".

- Mów.

- To był dobry trop. W ciągu ostat­nich dwóch tygo­dni zagi­nęło dwóch męż­czyzn. Zgad­nij, czym się zaj­mo­wali i w jakim byli wieku?

- Dawaj, dawaj. To nie zga­duj-zga­dula.

- Pierw­szy to nie­jaki Zenon Kowal­ski, lat pięć­dzie­siąt dzie­więć, kie­rowca auto­bu­sowy z Kro­sna Odrzań­skiego. Dru­gim jest eme­ry­to­wany już budow­la­niec z Sule­chowa, Zdzi­sław Boruch, lat sześć­dzie­siąt jeden.

- No to chyba mamy poten­cjalne ofiary.

- Już wysła­łem ludzi, żeby jesz­cze dziś popy­tali rodzinę i zna­jo­mych. Szy­ko­wać ekipę poszu­ki­waw­czą?

- Tak, nie ma na co cze­kać. Musimy jak naj­szyb­ciej odna­leźć ciała. Jesz­cze dziś do pół­nocy chcę mieć dwie silne grupy z psami tro­pią­cymi. Naj­pierw niech prze­cze­szą oko­lice miej­sco­wo­ści, w któ­rych tamci miesz­kali, potem brzegi rzeki pomię­dzy Kro­snem i Sule­cho­wem. Mor­derca musiał zosta­wić jakieś ślady. Do rana ma być też gotowa ekipa nur­ków.

- Dobra, zała­twione.

- Aha, jesz­cze jedno. Wyślij tech­ni­ków po próbki DNA tych face­tów. Wtedy będziemy mogli okre­ślić z cał­ko­witą pew­no­ścią, że narządy należą do nich. W razie gdyby opor­nie szło nam szu­ka­nie tru­pów.

- Jasne, prze­każę. Jest jesz­cze jedna sprawa, Romek...

- Słu­cham.

- Wczo­raj zagi­nęła sie­dem­na­sto­latka z Kro­sna Odrzań­skiego. Bie­rzemy to czy na razie zosta­wiamy?

- Cho­lera.

Czar­necki zamilkł. Pobieżna ana­liza nie wska­zy­wała, że zagi­nię­cie mło­dej dziew­czyny może mieć cokol­wiek wspól­nego ze sprawą Tro­chana. Bio­rąc pod uwagę naj­now­sze infor­ma­cje, modus ope­randi sprawcy nijak miał się do porwa­nia mło­dej dziew­czyny.

- Grze­gorz...

- Jestem.

- Oddaj to na razie Mariolce z "zagi­nio­nych". Ale niech potrak­tuje temat prio­ry­te­towo. Ni­gdy nie wia­domo. Poza tym cała ta sprawa zaczyna mi śmier­dzieć. Te puz­zle jakoś do sie­bie nie pasują.

- Też mam takie wra­że­nie. Mariolce prze­każę.

- Aha, i jak dowie się cze­goś kon­kret­nego, niech kon­tak­tuje się bez­po­śred­nio ze mną.

- Okej.

- Infor­muj mnie na bie­żąco, a jak ktoś będzie maru­dził, to kie­ruj ich do mnie. Jesz­cze dziś psy mają zacząć szu­kać.

- Pew­nie, sze­fie.

- Dzięki, Grze­gorz.

Czar­necki się roz­łą­czył. Te infor­ma­cje posu­nęły sprawę do przodu. Miał narządy wewnętrzne, na dzie­więć­dzie­siąt pro­cent miał też nazwi­ska ofiar, któ­rym je wycięto. W przy­padku podej­rza­nego brak było nato­miast motywu, bo dla­czego wzięty dok­tor miałby zabi­jać jakichś mało­mia­stecz­ko­wych, pod­rzęd­nych pijacz­ków? Kroić ich i grać z poli­cją w jakieś gierki, skoro od razu poka­zał swoją twarz? To, przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka, nie miało sensu. Do tego wciąż bra­ko­wało ciał, choć czy­sto teo­re­tycz­nie mógłby się bez nich obejść. Z wyni­kami DNA zabez­pie­czo­nych narzą­dów można było stwier­dzić z cał­ko­witą pew­no­ścią, że ich posia­da­cze zostali pozba­wieni życia. I do tego ta zagi­niona dziew­czyna. Mogła po pro­stu uciec z domu, zaćpać się w jakiejś norze albo uto­pić w rzece, ale Czar­necki miał złe prze­czu­cie.

Kolejny tele­fon.

- Tak. Pro­szę go wpu­ścić.

Czar­necki odło­żył komórkę i popra­wił kra­wat. Zaczął myśleć o tym, co zrobi, gdy poże­gna dzien­ni­ka­rza.