Komisarz Brudny. Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub. Tom 1-3 - Przemysław Piotrowski


Reflow text when sidebars are open.
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą,
błogosławionaś Ty między niewiastami,
i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus.
Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi
teraz i w godzinę śmierci naszej.
Siostra Gwidona żarliwie się modliła. Mimo szacownego wieku sześćdziesięciu siedmiu lat wciąż pełniła służbę w Placówce Opiekuńczo-Wychowawczej Hieronimek Zielonogórskich, zakonu służebnic pańskich, które na swego patrona wybrały Hieronima Emilianiego, włoskiego świętego, opiekuna sierot i porzuconych dzieci. Poświęciła temu całe swoje życie i do śmierci nie miała zamiaru rezygnować z misji, jaką wyznaczył jej Bóg. Dziś, jako matka generalna, drżała jednak przed jego gniewem jak nigdy wcześniej.
W niewielkiej kaplicy było duszno, ale siostra Gwidona nie przestawała żarliwie się modlić. W złączonych dłoniach ściskała różaniec, a w palcach z trwogą przekładała kolejne paciorki. W niewielkich witrażach drgało światło niespokojnych płomieni świec. Było w nich coś złowieszczego, poruszały się niczym pokraczne istoty z nieznanego wymiaru, które pragną znaleźć bramę do naszego świata. Siostra Gwidona była doświadczoną służebnicą Jezusa Chrystusa i wiedziała, że świat jest grzeszny. I pełen demonów, których nie można unicestwić. Istot okrutnych, bezbożnych, wodzących ludzi na pokuszenie, aby odebrać im dusze i zabrać je do piekła.
Ludzie nie byli świadomi, nie rozumieli zagrożenia. Tylko oni, słudzy Kościoła, podejmowali tę nierówną walkę. Księża, biskupi, siostry zakonne od setek lat byli poddawani najcięższym próbom, aby stawić czoło kroczącemu złu. I choć jak wierni, których chronili, też czasem ulegali pokusom, wiedziała, że Bóg osądzi ich sprawiedliwie. Ich grzechy nie mogły być traktowane równoważnie. Zbyt wiele poświęcali, aby pomagać biednym, samotnym i niedołężnym, aby rozgrzeszać nikczemników i nędzników, aby bronić świat przed królestwem ciemności. Tylko Bóg miał prawo ich osądzić. Wyłącznie Bóg.
Jak Bóg ją osądzi? To pytanie zadawała sobie ostatnimi laty coraz częściej. Znała swoje grzechy i wiedziała, że zasługuje na pokutę, którą miała nadzieję gorliwie wypełnić przed przekroczeniem bram raju. Siostra Gwidona lękała się czego innego. Najbardziej bała się, że Bóg nakaże jej zapłacić za grzechy nie po śmierci, ale za życia.
Dziś Bóg dał jej pierwsze ostrzeżenie. Była tego pewna, więc żarliwie prosiła Go, by zrozumiał ją i jej wybaczył.
Gdy usłyszała zgrzyt zamka i świst wiatru za uchylonymi drzwiami, wiedziała, że Bóg jednak wystawił ją na próbę. Z całych sił ścisnęła różaniec w oczekiwaniu na przybycie demona, którego sama stworzyła.
- Szczęść Boże, siostro Gwidono.
Matka generalna zrozumiała, że przeszłość właśnie się o nią upomniała.
- Szczęść Boże, Krzysztofie.
- Nie miałem tego w planach, ale chyba czas uciąć sobie dłuższą pogawędkę.
- Jeśli taka jest wola Boga.
- Boga w to nie mieszaj, siostro Gwidono. Ty ostatnia masz do tego prawo.
Elżbieta Pałka była kobietą, która nie potrzebowała mężczyzny, aby iść przez życie. Przed laty jeden z nich bardzo zawiódł jej zaufanie. Chciała mu zrobić niespodziankę i wcześniej wróciła z Filadelfii, gdzie jako pierwsza psycholog kryminalna z Polski ukończyła słynną w świecie profilerów uczelnię Saint Joseph's University. Jakież było zaskoczenie Elżbiety, gdy weszła do mieszkania, w którym jej narzeczony, kandydat do oddziału antyterrorystycznego gdańskiej policji, pieprzył jak zwierzę dwie kobiety o aparycji rumuńskich tirówek. Cała trójka była tak sobą zajęta, że nikt jej nie zauważył. A ona po prostu wyszła i już nigdy nie wróciła.
O dziwo nie przejęła się tym tak bardzo, jak przejęłaby się pewnie większość kobiet w podobnej sytuacji. Szybko zrozumiała, że nigdy go nie kochała, a związała się z nim tylko dlatego, żeby lepiej wyglądać na rodzinnych spotkaniach i nie wysłuchiwać kolejnych kazań konserwatywnych rodziców, którzy po pierwsze nie akceptowali wybranej przez nią drogi życiowej, a po drugie coraz częściej naciskali, aby w końcu pomyślała o założeniu rodziny.
To zdarzenie uzmysłowiło jej jeszcze jedną prawdę, przed którą jako nastolatka dość mocno się broniła. Elżbieta Pałka była lesbijką. Zrozumiała to, gdy przeanalizowała swoje życie seksualne, które nigdy nie było udane, a orgazm jawił się jako pojęcie raczej abstrakcyjne. Z jednym wyjątkiem. Gdy w czwartej klasie liceum upiła się w domu najbliższej przyjaciółki i w pewnym momencie wylądowały razem w łóżku. Wtedy, po raz pierwszy i przez długie lata jedyny, doznała prawdziwego, głębokiego i nieudawanego uniesienia.
Elżbieta Pałka porzuciła myśli o mężczyznach i skupiła się na pracy. Przez jakiś czas zaspokajała swoje pożądanie przy okazji okazjonalnych randek z innymi kobietami, w końcu zaś jedna z nich skradła jej serce. Justyna była wziętą malarką i należała do artystycznej bohemy Trójmiasta, ale w przeciwieństwie do większości znajomych z branży potrafiła dochować wierności, mimo że przez pierwsze trzy lata żadna nie stawiała takich wymagań. Pasowały do siebie idealnie i nigdy nie robiły sobie wyrzutów, a częste służbowe wyjazdy obu kobiet tylko wzmagały ich wzajemne pożądanie. Dzięki temu Elżbieta w czasie służby mogła skupić się na wykonywanej pracy i poświęcić się jej bez reszty. Tak jak teraz. Gdy wchodziła w wynaturzony umysł i element po elemencie składała rozrzucone okruchy w jedną całość, aby zrozumieć, co motywuje zabójcę do działania.
Dochodziła jednak piąta nad ranem, a ona wciąż nie umiała znaleźć wspólnego mianownika. Nie spała, nawet się nie wykąpała. Siedziała z łokciami opartymi o blat biurka, przy punktowym świetle niewielkiej lampki i próbowała wejść w głowę Trochana, ale za każdym razem się wycofywała. Jakby morderca również nie spał i gdzieś tam, w swoim ponurym przybytku, najpierw pozwalał jej uchylić drzwi do swojego umysłu, a następnie wyrzucał ją z hukiem na zbity pysk. Czuła, że morderca z niej drwi. Niemal słyszała jego obleśny rechot.
W tym wypadku wszystko było na opak. Prowadziła już wiele nietypowych spraw, rozgryzała najbardziej wynaturzone umysły. Ale z czymś takim nie spotkała się nigdy, nawet w grubaśnych tomiskach, które musiała poznać prawie na pamięć, aby zdać egzamin na dyplomowanego profilera.
Odgarnęła za ucho czerwony kosmyk. Chwyciła kubek, ale spostrzegła, że sięga po niego już trzeci raz. I trzeci raz z rozczarowaniem stwierdza, że na dnie widzi tylko fusy. Zauważyła, że coraz trudniej jej się skoncentrować. Zmęczenie nieuchronnie zaczynało dawać o sobie znać. Po raz ostatni spróbowała się skupić. Jeszcze raz przejrzała notatki, przeanalizowała wszystko, co do tej pory ustaliła.
- Kurwa mać - zaklęła. - Kurwa jego mać. Skup się, Elka. Ten facet cię nie pokona. Nie ma takiej opcji. Rozgryziesz go i jeszcze będą pisać o tobie w podręcznikach - dodawała sobie otuchy.
Zerknęła na zegarek. Dochodziła szósta. Za oknem wynajętej kwatery w centrum miasta powoli narastał poranny harmider. Słyszała klaksony samochodów, charakterystyczny dźwięk śmieciarki, stukot obcasów bezimiennej kobiety zmierzającej w jakimś jej tylko znanym kierunku.
Podniosła się z krzesła i poszła do kuchni. Nalała wody do czajnika, postawiła go na ogień i ściągnęła gwizdek. Przez moment tępo gapiła się w wymyślne wzorki na niewielkich płytkach nad kuchenką. Wtedy zdała sobie sprawę, że dziś już więcej nie wymyśli i musi się przespać. Wyłączyła palnik i poszła do łazienki. Rozebrała się i z niesmakiem stwierdziła, że cuchnie. W lustrze ujrzała zmęczoną kobietę o coraz bardziej korpulentnej figurze i podkrążonych oczach.
Pieprzona Bridget Jones, pomyślała. Niedługo będzie musiała kupić sobie te wielkie gacie, aby przy każdej okazji nie musieć wciągać brzucha.
Odkręciła wodę i wzięła gorący prysznic. Łazienka musiała mieć kiepski albo przytkany odpływ powietrza, bo w jednej chwili zrobiło się biało. Gdy skończyła, wytarła się i przeciągnęła dłonią po zaparowanym lustrze.
Wtedy coś mignęło jej za plecami. Wzdrygnęła się. To był krótki, niewyraźny ruch. Obróciła się i z ulgą stwierdziła, że to tylko ręcznik, który zsunął się z poręczy.
- Zaraz zaczniesz widzieć w lustrze psycholi w skórzanej masce... - mruknęła do siebie.
Raz jeszcze spojrzała na swoje odbicie. Wtedy poczuła silny dreszcz podniecenia. Uderzyło to ją, jak wściekłe tsunami, i w jednej chwili zburzyło mur, który sama sobie postawiła. Olśniło ją. Nagle wszystkie puzzle ułożyły się w piękny, choć niezwykły obraz jedynego w swoim rodzaju seryjnego mordercy.
Chwilę później profiler Elżbieta Pałka ubierała się i nakładała makijaż, bo miała w planach wsiąść w samochód i pojechać potwierdzić swoją teorię.
Weszła!
Była tego prawie pewna.
Fetor rozkładającego się ciała był odrażający. Inspektor Czarnecki przyłożył do nosa chusteczkę i nachylił się, aby jeszcze dokładniej przyjrzeć się napuchniętym zwłokom.
- A gdzie głowa? - zapytał podinspektora Zimnego.
- Jeszcze nie znaleźliśmy, ale nurkowie pracują bez ustanku.
Czarnecki przez moment oglądał ciało denata. Zwłoki wciąż leżały w mule, a z otwartej szyi i jamy brzusznej co rusz wychodziło jakieś drobne rzeczne robactwo. W końcu z trudem wyciągnął nogi z błota i odszedł kilka metrów w głąb lądu, aby zaczerpnąć odrobinę powietrza. Choć pracował w tym zawodzie tyle lat, nigdy nie przywyknął do tego smrodu. Na samą myśl, że jedzie na oględziny zwłok, zaczynał boleć go żołądek.
Gdy wziął kilka głębszych wdechów, omiótł wzrokiem najbliższą okolicę. Poranek nad Odrą był rześki, a słońce nieśmiało wyglądało zza drzew po przeciwległej stronie rzeki. Dookoła uwijało się kilkudziesięciu ludzi: techników, nurków, policjantów z psami tropiącymi, na wale pojawił się też prokurator, który właśnie przymierzał zielone wodery. Krzysztof, jak zwykle spóźniony, najpierw musiał wypić kawę i przeczytać gazetę.
W oczekiwaniu na prokuratora inspektor namierzył patomorfologa, który chwilowo zniknął mu z pola widzenia. Miał obfitą, siwą brodę, nazywał się Robert Krzywicki i był najwybitniejszym fachowcem medycyny sądowej, jakiego Czarnecki poznał w życiu.
- Jak długo zwłoki znajdowały się pod wodą? - zagadnął.
- Minimum siedemdziesiąt dwie godziny. Rybki już się nimi zajęły, ale to bez dwóch zdań jeden z naszych. Ma otwartą klatkę piersiową i jamę brzuszną, a do tego jest pozbawiony serca i wątroby. Dodam, że nawet całkiem fachowo.
- Dasz radę określić czas zgonu?
- Leżał w mule i już zrobił się dość śliski, ale powiedziałbym, że od pięciu do siedmiu dni. Będę bardziej precyzyjny po sekcji.
- Kiedy mogę się spodziewać raportu?
- Jak przyślecie mi tego ancymona.
Czarnecki przytaknął i zwrócił się w stronę grzęznącego w rozmokłym gruncie prokuratora. W zielonych woderach na szelkach i szarej marynarce wyglądał komicznie, choć nikomu na miejscu do śmiechu nie było.
- Kawa wypita?
- Daj spokój z tą ironią, Romek. Miałem ciężką noc.
- Dobra, nawet nie pytam.
- To jeden z naszych?
- Tak, wszystko wskazuje, że to zwłoki tego budowlańca z Sulechowa, niejakiego Zdzisława Borucha.
- Czyli nasz morderca nie jest aż taki sprytny.
- Albo chciał, żebyśmy go znaleźli.
- A co z drugim?
- Psy złapały trop, więc pewnie jest gdzieś niedaleko. Może nurt porwał go kawałek dalej.
- To prawda, że sprawca oderżnął mu kutasa?
- Niestety, tak.
- Jasna cholera. Takie gówno w naszym mieście. Aż nie chce się wierzyć... - Prokurator zasępił się na chwilę. - Ktoś już rozmawiał z miejscowymi?
- Grzegorz rozdysponował ludzi. Chodzą od domu do domu.
- Dobra, pokaż mi tego trupa.
- Tam leży. Ja już się naoglądałem. Nic przyjemnego.
Czarnecki odprowadził prokuratora wzrokiem, po czym ruszył wąską ścieżką w wysokich trawach w stronę grupy nurków, których kolejna zmiana szykowała się do pracy. Chciał ich zagadać, pochwalić, ale zdecydował, że nie będzie zabierał im cennego czasu, i skierował się do grupy techników na czworakach szukających w ziemi śladów, które mógł pozostawić sprawca. Teren był ogrodzony. Inspektor podszedł do nadzorującej swoich ludzi Anny Boruckiej.
- Macie coś?
- I to całkiem sporo. Facet nie należy do pedantów, jeśli tak to można ująć. Nawet nie próbował ukryć swoich śladów.
- A konkretniej?
- Odcisk buta, stare resztki z rowków na podeszwie, bieżnik opony, nawet niedopałek papierosa. No i trochę włókien, których większość jest taka sama. Na pewno będę miała co robić. Jeszcze dziś sporządzę wstępny raport.
- Co podpowiada ci doświadczenie?
- Pytasz, czy to ten Trochan?
- No...
- Moim zdaniem to do niego w ogóle nie pasuje. Zresztą to by było za proste.
- Mówiłaś, że nawet nie próbował ukryć swoich śladów. Może mu na tym nie zależy. Może od początku chce, żebyśmy wiedzieli, kim jest.
- W porządku, nawet rozmiar buta się zgadza. Ale choćby te ślady po podeszwie. Popatrz... - Borucka wskazała wyraźny odcisk w gliniastym fragmencie podłoża. - To jakieś gumiaki albo robocze buciory, a do tego stare i schodzone, nawet faktura podeszwy jest nierówna i starta. Myślisz, że Trochan nosiłby takie buciska? Niby skąd miałby je wytrzasnąć? Taki człowiek jak on w potrzebie kupuje nowe.
- Może lubi wędkować?
- Może...
Borucka ściągnęła gumowe rękawiczki i przetarła czoło wierzchem dłoni.
- Jesteś na nie? - zagadnął inspektor.
- Nie wiem, Romek. To już chyba twoja działka. Ale jeśli pytasz mnie o zdanie, to ci odpowiadam. Moim zdaniem to nie ten doktorek.
- Dzięki, Aniu. Świetna robota.
- Robię swoje.
- Jak zawsze.
Inspektor rzucił Boruckiej szelmowski uśmiech i odwrócił się w stronę rzeki. Prokurator właśnie walczył, aby wydostać się z grzęzawiska, co w wysokich i ciężkich woderach nie należało do rzeczy prostych. Gdy w pewnym momencie noga utknęła mu na dobre, a on musiał podeprzeć się, aby nie runąć twarzą w błoto, dało się słyszeć zdławione "kurwa mać".
W końcu prokurator Lis podołał wyzwaniu i choć nie wyszedł z tej próby bez szwanku, dotarł na twardszy grunt.
- Dlaczego zawsze te sukinsyny muszą porzucać zwłoki w takich miejscach? - wysyczał przez zęby. - Masz jakieś chusteczki, Romek?
- A dlaczego prokurator zawsze przyjeżdża w takie miejsca w garniturze i bez chusteczek?
- Nie wkurwiaj mnie, Romek. Masz je czy nie?
- Trzymaj.
Inspektor wręczył mu paczkę jednorazówek, a Lis od razu wyciągnął wszystkie i zaczął czyścić upaćkane błotem i trawą dłonie. Gdy skończył, upchnął chusteczki z powrotem do folii i zabrał się do odpinania szelek od woderów.
- Przynajmniej będzie o czym mówić na konferencji - skomentował, gdy uwolnił się od zielonych gumowców.
- Wciąż nie mamy motywu.
- Dokopiemy się. A sprawdziłeś tego Brudnego?
- Podobno dobry glina. Może trochę ekscentryczny, ale świetny fachowiec.
- A przeszłość? Jeśli to rzeczywiście brat tego Trochana, to może jest coś, o czym wciąż nie wiemy. Sam widzisz, że to trochę dziwne, bo temu doktorkowi to chyba niczego w życiu nie brakowało.
- Pogrzebałem osobiście, bo facet mnie zaintrygował. Tak, ten Brudny to ciekawy przypadek. Po raz pierwszy pojawia się w systemie dopiero po ukończeniu osiemnastego roku życia, a dokładnie w warszawskiej szkole policyjnej. Wcześniej pustka. Nawet aktu urodzenia. Tak jakby komuś zależało, aby jego przeszłość zachować w tajemnicy. Wrócę do tematu, jak uporam się z tym... - Czarnecki kiwnął w stronę rzeki.
- Ja bym go nie lekceważył.
- Nie lekceważę.
Rozległy się głosy. Na lewo, w dole rzeki. Szczekanie i nawoływania. Wśród ekipy poszukiwawczej nastąpiło wyraźne poruszenie. Czarnecki powiódł wzrokiem w tę stronę. Kilku funkcjonariuszy truchtało w kierunku zarośniętego fragmentu jednej z rzecznych ostróg, gdzie skupiło się już trzech innych z psami. Inspektor zmrużył oczy, gdy słońce nagle wzbiło się ponad koronę jednego z dębów i cisnęło promieniami niemal dokładnie w tamten punkt.
- Mamy drugiego! - rozniosło się po rzece.
Czarnecki spojrzał z politowaniem na prokuratora.
- Wkładaj wodery, Krzysztof. Czas najwyższy przywitać się z panem Kowalskim.
- Chuj nie robota - warknął prokurator i poszukał wzrokiem zielonych gumowców. - A mogłem zostać komornikiem...
- Mnie byś nie poznał...
- Daj spokój.
Kilka chwil później obaj mężczyźni przedzierali się przez podmokłe chaszcze, a ptaki śpiewały, jak zawsze gdy nad Odrą wschodziło ciepłe słońce. Kawałek dalej bezgłowe zwłoki Zenona Kowalskiego pożerało robactwo.
Inspektor Czarnecki zrobił sobie czwartą tego dnia kawę. Wkrótce po obejrzeniu drugiego nieboszczyka pojechał do domu. Wykąpał się, zjadł jajecznicę i wrócił na komendę. Przesunął konferencję prasową na szesnastą, aby wcześniej móc porozmawiać ze swoim zespołem. Spotkanie odbywało się w niepełnej obsadzie, ponieważ po odnalezieniu zwłok ludzie mieli co robić. Najdłużej Czarnecki rozmawiał z psychologiem policyjnym Elżbietą Pałką oraz młodszym aspirantem Jakubem Wichą odpowiedzialnym za zrobienie wywiadu z mieszkańcami Wielobłotów (i kilku przyległych wiosek), w których okolicy zostały znalezione ciała obu ofiar.
- Czego się dowiedziałeś, Jakub?
- Czterech ludzi cały czas jest w terenie, w tym Łukasz. Do tej pory udało nam się przesłuchać około czterdziestu mieszkańców Wielobłotów i Łazu. A został jeszcze Zabór, Droszków, Przytok i Milsko, w którym jest przeprawa promowa. A to i tak nie wszystko...
- Dobrze, Jakub, ale ja się pytam, czy czegoś się już dowiedziałeś...
- Przepraszam, szefie. Już mówię. Na razie słabo, klasyczne "nic nie widziałem, nic nie słyszałem". Ale osobiście pomęczyłem jednego pijaczka, bo mówił coś o kłusownikach, którzy nocami rzucają sieci w tym zakolu, gdzie znaleziono ciała. A tam podobno zawsze ryba jest. Może oni coś widzieli...
- Jakieś nazwiska?
- Nie, ale kłusowników namierzymy szybko.
- Coś jeszcze?
- Pomiędzy Łazem a Wielobłotami jakiś dzieciak widział około trzeciej nad ranem ciemne kombi, ale po pierwsze był pijany, a po drugie najprawdopodobniej pod wpływem marihuany.
- Znaleźliście coś?
- Miał przy sobie całkiem sporo. Raczej za mało na sprzedaż, ale widać, że chłopak dużo pali. Trochę go postraszyliśmy, dlatego się wygadał. Ale nie dałbym sobie głowy uciąć, że nie ściemnia.
- Jest pełnoletni?
- Dwadzieścia dwa lata.
- Zatrzymaj go za posiadanie i przyślij do mnie jak najszybciej.
- Przekażę Łukaszowi.
- Coś jeszcze?
- Na razie wszystko.
- Ela? - Czarnecki odwrócił się do profilerki.
Kobieta o rudych, prostych włosach z grzywką poprawiła okulary i sięgnęła po przezroczystą teczkę z papierami. Założyła nogę na nogę i otworzyła dokumentację.
- Od razu powiem, że to dość nietypowa sytuacja, bo czysto teoretycznie mamy już podejrzanego i wiemy, kim jest, a w takich sprawach moja obecność jest w zasadzie zbędna. Ale po głębokiej analizie osobowości pana Trochana oraz opierając się na sposobie, w jaki ofiary zostały zamordowane, jednoznacznie stwierdzam, że profil sprawcy kompletnie nie pasuje do podejrzanego.
W biurze Czarneckiego zaległa cisza, wszyscy czekali na rozwinięcie i uzasadnienie. Pałka kontynuowała:
- Skąd takie wnioski? Po pierwsze profil mordercy. To biały mężczyzna między trzydziestym a czterdziestym piątym rokiem życia, wychowany w aspołecznej, patologicznej rodzinie, z ojcem alkoholikiem, który z dużą dozą prawdopodobieństwa go bił i gwałcił. Słabe wykształcenie, niska samoocena, do tego orientacja seksualna raczej homo. Bez stałej pracy.
- Całkowite przeciwieństwo doktora Trochana.
- Właśnie.
- Dlaczego ofiary były pozbawione głów i czemu wyciął im narządy?
- Sprawca mógł zabrać głowy jako trofea, a narządy wyciął prawdopodobnie jeszcze przed śmiercią. Torturował ofiary, pastwił się nad nimi, żywił się ich strachem. Mutylacja ciała charakteryzuje najbardziej sadystyczne jednostki. Najbliżej mu do tak zwanego maniaka mocy i władzy, który odczuwa przyjemność tylko wtedy, gdy ma absolutną kontrolę nad zdominowaną przez siebie ofiarą. Klasyczne przykłady to słynny klaun John Wayne Gacy czy nie mniej znany kanibal z Milwaukee, Jeffrey Dahmer, którzy zresztą też zabijali mężczyzn. Ogólnie mordercy tego typu to wyjątkowe sukinsyny.
- Dlaczego wystawił narządy wewnętrzne na widok publiczny w centrum miasta?
- Ma bardzo niską samoocenę i pragnie być doceniony. Pragnie uwagi. Dlatego będzie się z nami bawił i oficjalnie zaprasza na widowisko. Mimo że poprzez sposób porzucenia zwłok i pozostawienie masy śladów próbuje przedstawić się jako typ "niezorganizowany", uważam, że wszystko bardzo dokładnie zaplanował. Przecież układając trofea przy tych figurkach, praktycznie podał nam na tacy tożsamość ofiar.
- A same ofiary? Dlaczego właśnie ci mężczyźni?
- Nie wykluczam przypadku, ale sądzę, że wybrał ich z jakiegoś konkretnego powodu. Obaj byli w podobnym wieku, pochodzili raczej z nizin społecznych i nadużywali alkoholu. Mieli też wyraźną nadwagę i nosili brody. Sądzę, że przypominali sprawcy ojca, którego pośmiertnie karze. I chce pokazać światu, kim był, zanim umarł. Z dużym prawdopodobieństwem morderca wyszedł z cienia ojca tyrana, ewentualnie matki, i wybił się na samodzielność dopiero po jego czy też jej śmierci. Warto sprawdzić nekrologi z ostatniego roku.
- To ciekawy trop. Podkreśl to, Janusz. - Czarnecki skierował czubek swojego długopisu w kierunku protokolanta.
- Jaką więc rolę odgrywa w tym wszystkim doktor Trochan?
- Tego nie wiem. Nie spotkałam się jeszcze z takim przypadkiem w całej swojej karierze, nawet w podręcznikach. To novum, ale jeśli miałabym opierać się na doświadczeniu i wiedzy z zakresu psychologii i psychiatrii, to powiedziałabym, że wybrał człowieka w podobnym wieku, może nawet tym samym, ale swoje całkowite przeciwieństwo. Aby go ukarać. Za to, że miał piękne dzieciństwo, że odniósł sukces, że ma cudowną rodzinę. Pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć, brzmi, jak, do jasnej cholery, zmusił go do współpracy.
Wszyscy zebrani, łącznie z Czarneckim, pokiwali głowami w pełnym zrozumieniu i lekkiej zadumie.
- Chyba że... - Pałka uniosła palec, a inspektor obrzucił ją ciekawskim spojrzeniem. - Chyba że choroba Trochana się rozwinęła...
- Ela...?
- Brzytwa Ockhama. Pomyślałam, że może warto sprawdzić najbardziej oczywiste rozwiązania. A skoro mamy go na kamerach...?
- Ela... jaka choroba?
- Założyłam więc, zupełnie hipotetycznie, że wbrew profilowi, który stworzyłam, mordercą rzeczywiście jest doktor Trochan. Całą noc zastanawiałam się, co skłoniłoby człowieka jego pokroju do takich czynów. Zrozumiałam, że jest tylko jedna możliwość. Trochan musi być chory.
- Sprawdzaliśmy historię jego chorób. Nie ma tam słowa o jakiejkolwiek chorobie psychicznej.
- Czytałam te akta, ale musiałam się upewnić. Dziś rano pojechałam do jego matki i zagrałam va bank. Powiedziałam jej, że wiemy już wszystko o jego schorzeniu i lepiej, żeby niczego więcej przed nami nie ukrywała.
Na twarzach zebranych można było dostrzec, jak początkowa ciekawość przechodzi w zdumienie, a na końcu w podziw.
- Przestraszyła się i przyznała, że syn miał w młodości problemy z psychiką, a nawet podejrzenie schizofrenii, ale ojciec, wysoko postawiony partyjniak, postarał się, aby nigdy nie ujrzały światła dziennego. Sam był lekarzem i miał ambicje, aby syn poszedł w jego ślady.
- Jakie miał objawy?
- Podobno Trochan widywał jakiś cień czy postać bez twarzy, która go prześladowała. I to nie tylko w snach. Bał się jej tak bardzo, że nie chciał spać, chodzić samemu do piwnicy, a nawet przeglądać się w lustrze. Moczył się do piętnastego roku życia. Pojawiło się nawet podejrzenie schizofrenii paranoidalnej, ale w pewnym momencie, około osiemnastego roku życia, objawy ustąpiły. Wtedy ojciec słono zapłacił, aby historia choroby wyparowała.
Elżbieta Pałka stuknęła długopisem w dokumentację i odłożyła ją na blat stołu. Pierwszy brawo zaczął bić prokurator Lis, a chwilę później dołączyli do niego pozostali.
- Ela... jesteś pieprzoną boginią psychoanalizy - syknął przez zęby i jeszcze energiczniej zaczął klaskać.
- Dobrze już, bez takich tekstów, proszę. - Czarnecki postanowił zapanować nad wzbierającą euforią, a gdy emocje nieco opadły, kontynuował: - Ela... jestem pod wielkim wrażeniem, ale takie akcje powinnaś najpierw skonsultować ze mną. To było duże ryzyko, bo gdybyś jednak nie miała racji, matka Trochana mogłaby nas później zamęczyć oskarżeniami. Ale, do diabła, wybaczam ci. Majstersztyk. Mistrzowska robota.
- To był impuls, Romek. Przepraszam, to już się nie powtórzy.
- Jasne, skupmy się już na pracy. Te rewelacje tłumaczą jeszcze kilka innych rzeczy - rzekł nieco zasępiony Czarnecki. - Po pierwsze podwójny profil mordercy. Typ "zorganizowany", czyli wypisz wymaluj Trochan, który mógł przygotować dokładny plan czy fachowo wyciąć narządy wewnętrzne, z typem "niezorganizowanym", sprofilowanym przez Elę, niechlujnym, pozostawiającym masę śladów sadystą. Dobrze kombinuję, Elu?
- Właśnie tak.
- Pozostaje kwestia, dlaczego Trochan, przyjmując naturalną postać doktora, po prostu nie wrócił do domu.
- Gdy w pewnym momencie silne alter ego przejmuje władzę nad umysłem chorego, bywa, że w pewien sposób ubezwłasnowolnia poprzednie. Można powiedzieć, że gdy pojawiają się przebłyski starego Trochana, druga osobowość zaciąga hamulec ręczny, zakłada chomąto i nie pozwala jej normalnie funkcjonować. Tak jakby umysł należał do doktora Trochana, a ciało do jego alter ego. Chciałby coś zrobić, ale nie może, nie panuje nad odruchami. Znane są przypadki ludzi o osobowości mnogiej, którzy zdawali sobie sprawę ze swojej choroby i czując, że nadchodzi zmiana, zamykali się w celach albo przykuwali do ściany.
- Czyli walczymy z profesjonalnym wariatem? - zagadnął Lis.
- Osobiście tak bym tego nie ujęła, ale... owszem... coś w tym stylu.
- Romek, mówiłeś o kilku rzeczach. Co jeszcze miałeś na myśli? - zapytał coraz bardziej podekscytowany prokurator.
- Brudnego.
- Brudnego?
- Jeszcze nie wszyscy wiedzą, więc warto was ostrzec. Sprawdziłem komisarza Igora Brudnego i owszem w Warszawie ma renomę twardego i skutecznego gliniarza, ale problem pojawił się, gdy chciałem odnaleźć informacje z jego dzieciństwa. Okazało się, że przed osiemnastym rokiem życia, czyli krótko przed wstąpieniem do szkoły policyjnej, Brudny nie istnieje. Nie ma na jego temat żadnej wzmianki. Nawet cholernego aktu urodzenia.
- I...
- Skoro Brudny jest bratem bliźniakiem Trochana, to ojciec mógł zrobić to samo. Jeśli zapłacił za zniknięcie historii choroby jednego syna, to mógł zadbać o to, aby zniknęły papiery drugiego. Pytanie brzmi: dlaczego i co spowodowało, że Brudny nie wychowywał się z bratem.
- Choroba?
- Niewykluczone. Przecież to bliźniacy. Na tyle się na tym nie znam, ale czy jednojajowi nie mają takiej samej puli genów? Ela? - Czarnecki nieznacznie obrócił się na krześle w kierunku profilerki.
- Jak najbardziej. Istnieje też spore prawdopodobieństwo, że mogą przejawiać objawy tej samej choroby psychicznej.
- Brudny miał opinię dobrego, aczkolwiek dość ekscentrycznego gliny...
- Ja pierdolę... - jęknął prokurator.
- To jeszcze niczego nie przesądza, ale skoro choroba nagle powróciła u Trochana, to niewykluczone, że ujawni się u Brudnego - dodała Pałka.
- Tu już posuwamy się za daleko. To czyste gdybanie. Ale okej, ja zajmę się Brudnym, a ty, Grzegorz... - czubek długopisu tym razem powędrował w stronę podinspektora Zimnego - ...namierz tego lekarza, który zajmował się Trochanem. Może zachował coś dla...
- Już o tym pomyślałam - wtrąciła się Pałka. - Niestety, facet nie żyje od pięciu lat, a jego praktyka przestała istnieć.
- A matka Trochana? Uważasz, że coś może mieć?
- Zapytałam, ale odparła, że nie wnikała w działania męża i nigdy nie widziała na oczy dokumentów syna. Była dość roztrzęsiona, ale według mnie mówiła szczerze. Wątpię, aby coś ukrywała.
- Mam zorganizować nakaz? - włączył się Lis.
- Na razie nie. Nie działajmy w pośpiechu - odparł Czarnecki. - Musimy być bardzo ostrożni. Nie chcę, aby media skazały Trochana przed końcem śledztwa. I tak już przeginają z tymi Wampirami i Rzeźnikami. W każdym razie w tej chwili ani słowa o tej chorobie, bo w mieście rozpęta się piekło. Najpierw musimy to dokładnie sprawdzić.
- Co z Brudnym?
- Tak jak powiedziałem, zostawcie go mnie. Dziś jestem z nim umówiony, bo mieliśmy poinformować media o jego istnieniu, ale teraz, cholera, sam nie wiem, czy to dobry pomysł.
- Pamiętaj, że dostaliśmy już kilkanaście zgłoszeń, że ktoś podobny do podejrzanego był widziany w mieście i okolicach - dorzucił Zimny.
- Tak, wiem, ale większość to lipa. Pamiętacie gwałciciela z jesieni dwa tysiące dziesiątego? Jakiś pseudodziennikarz wykreował Wampira i telefony też się urywały, a okazało się, że to wszystko jedna wielka bujda. Nie chcę powtórki z rozrywki. W każdym razie mam na Brudnego oko i wiem, gdzie się kręci. Dziewięćdziesiąt procent tych telefonów zostało wykonanych z miejsc, w których na pewno się nie pojawił.
- To cwany gość. Pewnie zdaje sobie sprawę, że doczepiliśmy mu ogon.
- W to nie wątpię. Ale nie róbmy sobie wrogów, jeśli nie musimy. Na razie brak dowodów, że ma wobec nas niecne zamiary. W każdym razie dziś spróbuję go wybadać. Ma tu być za godzinę.
Gdy prowadzący śledztwo Romuald Czarnecki wymawiał te słowa, komisarz Igor Brudny brał właśnie gorącą kąpiel i zastanawiał się nad realizacją szczegółowego planu działania. Ale najpierw miał zamiar inspektora wybadać. I sprawdzić, czy on też już wie.
Igor Brudny wszedł do biura Czarneckiego pewnym krokiem. Inspektor przywitał się w swoim stylu, mocnym uściskiem dłoni i wymownym spojrzeniem. Zaprosił gościa do stołu, przy którym stał talerzyk z ciasteczkami na wagę.
- Życzy pan sobie kawy, komisarzu Brudny?
- Poproszę. Czarna, mocna, bez cukru.
Inspektor nastawił czajnik elektryczny i wsypał do szklanek zmielone ziarna.
- Nie ma mi pan za złe, że kazałem pana śledzić?
- Nie. Spodziewałem się tego. Postąpiłbym tak samo na pana miejscu.
- To dobrze. Nie wszyscy ze zrozumieniem podchodzą do pewnych działań, które w gruncie rzeczy są oczywiste.
- Cóż... jakoś siebie znosimy...
Woda w czajniku zaczęła bulgotać. Czarnecki zalał obie szklanki, zamieszał i jedną wręczył Brudnemu.
- To jak, panie komisarzu? Odkrywamy karty?
- To zależy, czy ma pan jakieś asy w rękawie.
- Każdy dobry gracz ma asa w rękawie.
- Raczej dobry szarlatan.
Czarnecki uśmiechnął się półgębkiem i upił łyk kawy.
- Jeden zero dla pana, komisarzu.
- Nie przyszedłem tu grać. Chcę wiedzieć, czy nasza umowa jest dalej aktualna i mogę liczyć na pana pomoc.
- Nasza umowa jest aktualna, o ile usłyszę, o czym pan rozmawiał z żoną doktora Trochana.
- Niczego konkretnego odnośnie do sprawy się nie dowiedziałem. Ale jeśli chce pan znać szczegóły, to najpierw dostałem parę całusów, potem kilka ciosów na głowę, następnie kawę i trochę opowieści o niczym. W skrócie, według pani Trochan mąż też nic nie wiedział na temat istnienia brata bliźniaka, prócz tego nie miał wrogów ani problemów finansowych. I oczywiście nie wierzy w jego winę.
- To wszystko?
- Zapomniałbym, pani Trochan wręczyła mi trzy albumy z dzieciństwa męża. Wie pan...
- Tak...
- Mogę zapalić?
- Przykro mi, ale nie. Dziś to nie wczoraj.
Brudny stracił kontakt wzrokowy z inspektorem i odwrócił się w kierunku samotnej paprotki, która stała na parapecie i litościwie błagała o odrobinę wody. Obok stała kryształowa popielniczka.
- Mam nadzieję, że nie ma mi pan tego za złe - dorzucił Czarnecki.
Zadziałało. Inspektor dał się podejść na stary trik. Poczuł się panem sytuacji, przez co stracił czujność. Umiejętność sterowania ludźmi Brudny opanował do perfekcji. Lata gehenny przetrwał tylko dzięki temu.
- Nie, absolutnie, inspektorze. A czy ja mogę liczyć na pomoc z pana strony?
- To zależy, ale proszę pytać.
- Słyszałem, że znaleziono ciała. Chciałbym je zobaczyć.
- Możemy pojechać do prosektorium tuż po konferencji prasowej.
- Kim są ofiary?
- Dwóch mężczyzn w wieku pięćdziesięciu dziewięciu i sześćdziesięciu jeden lat. Kierowca z Krosna Odrzańskiego i budowlaniec z Sulechowa. Obaj zostali po śmierci zdekapitowani.
- Jakie jest pana zdanie na ten temat? Wierzy pan w winę Trochana?
- Nie lubię wyciągać pochopnych wniosków, ale uważam, że to nie robota pana brata. Nie pasuje do profilu mordercy, ale wnioskuję, że pan to wie. Wszystkie znaki wskazują, że został do tego w jakiś sposób przymuszony. Pytanie brzmi jak.
- Też zadaję sobie to pytanie. Uważam, że ktoś inny pociąga za sznurki.
- Też tak uważam, ale na razie mamy związane ręce. Dowody wskazują na doktora Trochana. I choć podczas konferencji postaram się trochę zmienić przekaz medialny, to nie gwarantuję, że tak się stanie.
- Nie oczekuję tego. Nie wierzę w winę Trochana tylko z racji doświadczenia w tej branży. Tak dla jasności.
- Rozumiem. Źle to zabrzmiało. Nie chcę, żeby pan myślał, że podważam pana profesjonalizm.
- Nie ma sprawy. Ostatnie pytanie, inspektorze. Widzi mnie pan w kręgu podejrzanych?
Brudny bacznie obserwował reakcję Czarneckiego, który zachował jednak zimną krew. Inspektor złączył palce u dłoni, głęboko odetchnął i spojrzał w oczy komisarza.
- Jeszcze nie, ale wiem też, że nie jest pan ze mną do końca szczery.
- Tak jak pan ze mną.
- Mówię panu tyle, ile uważam za słuszne. Taka była umowa. Pan za to znika na pół nocy z pokoju hotelowego i myśli, że jak zostawi samochód na parkingu, to ja się o tym nie dowiem.
Brudny poczuł, jakby dostał w wątrobę. Nie docenił starego. Pytanie brzmiało, jak Czarnecki zdołał go namierzyć. I czy miał go na oku od początku do końca.
- Jeden jeden, inspektorze.
- Co pan robił w tym domu dziecka?
Szlag by to, Brudny zaklął w myślach. Taksówkarz musiał być podstawiony. Inna możliwość nie wchodziła w rachubę, bo na pewno nikt go nie śledził. Czarnecki rzeczywiście był fachowcem. W tej chwili jakakolwiek próba mataczenia mijała się z celem, bo ktoś z jego ludzi już pewnie przeprowadził wywiad. Albo właśnie to robi.
- Twierdził pan, że mam niezbywalne prawo do poznania swojej przeszłości. I rodziny. Skorzystałem z niego.
- Był pan wychowankiem tej placówki, prawda?
- Tak.
- Co pan ukrywa, komisarzu Brudny? Dlaczego wszystkie pana papiery z tamtego okresu zniknęły? Jaki to ma związek z naszą sprawą?
- Czy to przesłuchanie?
- Nie, na razie szczera rozmowa. Ale nie znoszę, gdy ktoś ze mną pogrywa. A pan, komisarzu Brudny, bezceremonialnie leci ze mną w chuja.
Słowo "chuj" pasowało do Czarneckiego jak pięść do oka, tym bardziej zabrzmiało w jego ustach niezwykle sugestywnie. Zwłaszcza że ton inspektora nie zmienił się nawet odrobinę, jakby całkowicie panował nad swoimi emocjami.
Brudny przegrał tę partię i musiał się z tym pogodzić. Zrozumiał, że nie ma sensu go oszukiwać, bo i tak wyciśnie siostrę Gwidonę jak cytrynę.
Nabrał powietrza i pokiwał głową na znak, że przyjął do wiadomości swoją porażkę. Wtedy Czarnecki wstał i bez słowa sięgnął po popielniczkę, po czym postawił ją komisarzowi przed nosem. Wrócił na miejsce naprzeciwko swojego rozmówcy, usiadł wygodnie i rzucił mu zaczepne spojrzenie.
Brudny wyciągnął papierosa i zaczął obracać go w palcach. Głęboko spojrzał w oczy inspektora. Trwało to chwilę, po której z powrotem włożył go do paczki.
- Jest pan w tym naprawdę dobry, inspektorze - rzekł z nieskrywanym podziwem. - Niestety dla pana na mnie to nie działa.
- Wie pan, że mogę pana zatrzymać, komisarzu.
- Proszę bardzo. Media będą miały pożywkę.
Czarnecki nabrał powietrza w płuca i skarcił się w myślach. Niepotrzebnie wyskoczył z tą groźbą. Czuł, że Brudny ma ze sprawą jakiś pośredni związek, ale na pewno nie był mordercą ani z nim nie współpracował. I byłoby ogromnym błędem, gdyby zdecydował się go zatrzymać. Pomijając już reakcję tych przeklętych mediów.
- Dostrzegłem w panu sojusznika, komisarzu Brudny...
- Nie pomylił się pan. Jestem pana sojusznikiem. I w taki sam sposób traktuję pana, inspektorze.
- Sojusznicy sobie ufają.
- Zaufanie wymaga czasu.
Czarnecki poczuł się jak głupek. To były jego słowa.
- Co ja mam z panem zrobić, komisarzu? - zagadnął zrezygnowanym tonem.
- Proszę dać mi ten czas.
- Nie mamy czasu. Ten człowiek nie przestanie zabijać i wkrótce zrobi to znowu. I jeśli pana przeszłość, jakakolwiek by ona była, może mieć jakiś związek z tą sprawą, to nie powinien jej pan przede mną ukrywać.
- Myślę, że czas się pożegnać, inspektorze...
- Nie chce pan obejrzeć zwłok? - Brudny już trzymał dłonie na stole i miał zamiar się podnieść, ale zastygł. Czarnecki zmierzył go dość surowym, choć na pewno nie agresywnym spojrzeniem. - Nie mam zamiaru pana karać. Może do końca sobie nie ufamy, ale nie jesteśmy też wrogami.
- Jest pan naprawdę rozsądnym człowiekiem, inspektorze.
- Po prostu w pana wierzę.
Brudny pokiwał głową na znak, że docenia starania inspektora.
- Naprawdę jest pan w tym dobry, ale chyba pana rozczaruję.
- Myślę, że nie. A znam się na ludziach i na tej robocie.
- Wkrótce się przekonamy. Co z konferencją?
- Postanowiłem jeszcze zachować pana istnienie w tajemnicy.
- Skąd ta zmiana?
- Nie muszę panu wszystkiego mówić, prawda? - Czarnecki zmienił ton na bardziej niezobowiązujący. - Możemy umówić się w prosektorium o siedemnastej. Pasuje panu, komisarzu?
- Pasuje. Do zobaczenia, inspektorze.
Mężczyźni podali sobie dłonie. Uścisk był silny i niósł ze sobą coś więcej. Po raz pierwszy w życiu Brudny poczuł się w pracy nieswojo. Gdy opuszczał pomieszczenie, pomyślał, że ten starszy facet w okularach jest w tym naprawdę cholernie dobry.
Oliwia Malinowska skończyła siedemnaście lat dopiero niecały miesiąc temu, ale nie pierwszy raz obudziła się w nie swoim łóżku, przecież od dobrych kilku lat musiała liczyć głównie na siebie. Jej matka nie należała ani do przesadnie pracowitych, ani opiekuńczych, a jej głównym zajęciem było kurwienie się po okolicznych wioskach. Mimo to Oliwia nie miała do niej żalu, bo mogła swobodnie korzystać ze swojego wolnego czasu, nie przejmując się ograniczeniami, które zwykle narzucano większości jej rówieśniczek.
W rodzinie Oliwii nigdy się nie przelewało. Póki żył ojciec, jeszcze jakoś dawała radę. Pracował jako koniuszy, a później śmieciarz, codziennie wypijał litr taniej wódki, po której rękę miał ciężką jak młot do wbijania nitów kolejowych, ale każdego dziesiątego przynosił do domu wypłatę, dzięki czemu trzymał wszystko w ryzach. Do czasu oczywiście, bo życie, nawet liche, nie zna próżni. I tak żywot Malinowskich po raz pierwszy zmienił się, gdy z domu odszedł brat Oliwii, Bogumił. Był od niej starszy o sześć lat i gdy tylko skończył osiemnaście i wyrobił sobie dowód osobisty, zabrał wszystkie swoje rzeczy i zniknął. To sprawiło, że ojciec zaczął pić jeszcze więcej i rutynowo tłuc matkę trzonkiem od siekiery. Obwiniał ją o to, że Bogumił uciekł, choć Oliwia doskonale zdawała sobie sprawę, że nie miał racji. Ale Stach wiedział swoje i swoje robił. Żywot Malinowskich zmienił się po raz drugi, gdy rok później Bóg zesłał na nich trzecie błogosławieństwo. Ojciec ograniczył spożycie, ale jak sam regularnie powtarzał: "suma nałogów musi pozostać stała", w związku z czym, zwłaszcza pod koniec ciąży żony, bardzo cierpiał, gdy połowica odrzucała jego kulawe zaloty, i swoją chuć zaspokoił w końcu w pokoju Oliwii. Przez następne miesiące robił to regularnie, a gdy matka wydała na świat martwą Jagódkę, znienawidził ją i całkowicie skupił się na córce. Oliwia od zawsze kochała ojca bardzo mocno i nową sytuację przyjęła ze zrozumieniem, jeśli trzynastoletnia dziewczynka może zrozumieć fakt, że ojciec co wieczór ją gwałci. Nie oponowała jednak, bo się bała, a poza tym tłumaczyła sobie, że przecież Stach był delikatny, a do tego przynosił jej lody i czasem zostawiał jakieś drobne, a po roku pozwolił nawet palić papierosy i pić wódkę. Oliwia weszła tym samym w kolejny etap życia, które dla rodziny Malinowskich już wkrótce miało zmienić się jeszcze bardziej.
Zmieniło się, gdy pewnej nocy Stach poszedł na ryby. Oliwia lubiła, jak ojciec wychodził nad rzekę, bo zwykle nie wracał przez wiele godzin, a czasem dni, dzięki czemu mogła robić, co chciała, i nie martwić się perspektywą spełniania obowiązku, który ciążył jej coraz bardziej. Zresztą łowienie ryb było chyba jedynym zajęciem, które sprawiało, że ojcu wracał humor, a pod wąsem mogła dostrzec szczery uśmiech.
- Jest! Kurwa, jest! Duża skubana! Patrz, Oliwka, patrz, jak wyciąga żyłkę - zwykł krzyczeć podniecony, gdy kolejny szczupak, sum bądź ulubiony boleń chwycił przynętę. Lubiła wtedy oglądać ojca, zwłaszcza gdy była mała i wciąż jeszcze bezinteresownie darzyła go miłością i podziwem. Jak na ugiętych nogach, z tanim papierosem w ustach, dzierżył wygiętą w łuk wędkę i walczył z rybą, która zwykle później lądowała na rodzinnym stole. W tych starych, cuchnących woderach, dziurawej kamizelce z tysiącem kieszonek i czapeczce z wąskim rondem prezentował się dla niej jak bohater. Wtedy gdy była mała i jeszcze miała brata.
Ale Stach pewnej piątkowej nocy poszedł na ryby i już nie wrócił. Matka z początku niespecjalnie się przejęła, ponieważ przyzwyczaił ją, że do chałupy wracał wtedy, kiedy uznał to za stosowne, zwykle gdy zgłodniał. Rzadko zdarzało się, aby nie pojawił się w domu dłużej niż trzy dni z rzędu, dlatego w poniedziałek Halina zadzwoniła do Gienka, który był jego najbliższym przyjacielem od ryb i kielicha. Gienek odebrał dopiero wieczorem, krótko po powrocie z pracy, i ze zdziwieniem przyjął do wiadomości, że Stach nie wrócił do domu. Twierdził, że zasadzili się na suma, rozpalili ognisko i pili wódkę, a że akurat był dzień wypłaty i tej nie brakowało, to urwał mu się film. Gdy się przebudził, zobaczył, że Stacha nie ma, jego wędki też, pomyślał więc, że stary kompan po prostu wrócił do domu. Próbował zadzwonić na komórkę, ale nie było sygnału. Doszedł do wniosku, że może po pijaku narobił jakichś głupot i Stach się na niego wkurwił. Spakował więc swój sprzęt i poszedł. Dopiero gdy policja zapukała do jego drzwi z informacją, że jest ostatnią osobą, która widziała Stacha przy życiu, zrozumiał powagę sytuacji. Stach utopił się, a jego ciało nurkowie wyłowili w okolicach Radomicka. Przyczynę śmierci potwierdziła sekcja zwłok. Śledztwo było więc krótkie i choć Gienka z początku podejrzewano, że mu w tym pomógł, z powodu braku dowodów został oczyszczony z zarzutów. A gdy dwa tygodnie później, kilka kilometrów za Połęckiem, znaleziono wędkę Stacha tkwiącą w jednym z powalonych konarów, stało się jasne, że ręki do śmierci przyjaciela nie przyłożył. Stach zginął, robiąc to, co kochał najbardziej. Walczył z rybą, choć tym razem tę walkę przegrał. Dowód tego heroicznego pojedynku - przynajmniej z perspektywy Stacha, Gienka i niewielkiej społeczności Krosna Odrzańskiego - wciąż pływał z hakiem w trzewiach. Ponad dwumetrowy, ważący sześćdziesiąt siedem kilogramów sum nie został oskarżony o morderstwo pierwszego stopnia, zamiast tego jacyś młodzi ludzie z koła wędkarskiego zabrali go i ślad po nim zaginął. Podobno, choć to tylko legenda, zwrócono mu wolność i wciąż pływa w Odrze.
Ta myśl sprawiła, że Oliwia się ocknęła. Widok rozdziawionej paszczy "suma mordercy" zwykle sprawiał, że budziła się zlana potem, nawet jeśli z biegiem czasu zdała sobie sprawę, że ryba oddała jej przysługę. Przez chwilę leżała, próbując skupić myśli, ale miała wrażenie, że jej głowa zaraz eksploduje. Pomyślała, że znów dopadł ją kac morderca, i zdecydowała, że trochę oswoi się z tą myślą, zanim otworzy oczy i ból głowy jeszcze się nasili. Tylko ta woń. Wyjątkowo paskudna. Nie pierwszy raz budziła się w melinie, ale jeszcze nigdzie nie cuchnęło aż tak obrzydliwie.
Oliwia poczuła, że zaraz zwymiotuje. Z trudem uniosła powieki, ale ze zdumieniem spostrzegła, że niewiele widzi. Smród stęchlizny uderzył ze zdwojoną siłą i niewysoka blondynka gwałtownie opróżniła swój żołądek z zalegającego alkoholu i resztek tego, co zjadła poprzedniego wieczoru. Wytarła usta dłonią, a nadgarstek w stary materac, na którym siedziała. Był wilgotny i zimny.
Pomyślała, że wstanie i pójdzie do łazienki. Chciało jej się siku. Gdy się podniosła, usłyszała metaliczny dźwięk, który nie wzbudził w niej przyjemnych skojarzeń. Zlękła się i z duszą na ramieniu dotknęła okolic lewej kostki, a gdy pod palcami wyczuła skórzaną obejmę, zgroza wdarła się do jej umysłu niczym rozszalałe tsunami.
- Halo? - pisnęła. - Jest tu kto?
Sama nie wiedziała, czy chciała poznać odpowiedź. Nasłuchała się opowieści o tym, jak dziewczyny w jej wieku były porywane przez gangi stręczycieli i przepadały bez wieści. Rozmawiała o tym nawet podczas ostatniej imprezy z Agatą, koleżanką ze szkolnej ławki, która opowiadała...
No właśnie. Ostatnia impreza. U Antka na chacie. Byli w czwórkę z Jackiem i Agatą właśnie. Sporo wypiła, Antek poczęstował ją jakimiś nowymi dopalaczami, podobno mocnymi. Może wykręcili jej jakiś numer? Ale przecież wyszła z jego domu. Jak przez mgłę pamiętała, że pokłóciła się o Kostkę, swojego byłego, o którego Antek był tak zazdrosny. On wypominał jej, zresztą zupełnie bezpodstawnie, że pewnie wciąż się z nim bzyka, a ona oponowała. Krzyczeli na siebie, potem chciał się do niej dobrać, ale źle się poczuła. Wyszła się przewietrzyć. I tyle. Chyba...
- Antek? - Poczuła się trochę pewniej. Chłopaki prawie na pewno robiły sobie jaja. - Antek, do jasnej cholery! To nie jest śmieszne!
Cisza. Tylko echo, które po chwili wsiąkło w zimne ściany.
Oliwia podniosła się i zrobiła dwa kroki. Ponury szczęk łańcucha wypełnił mroczną piwnicę.
- Antek, Jacek, Agata! Tu jest cholernie zimno! - krzyknęła. - Skończcie z tymi bzdurami, bo jeszcze się rozchoruję.
Bez odzewu. Oliwia poczuła nawracający atak paniki. Chłopaki robiły różne numery, ale ten byłby wyjątkowo paskudny. Co jeśli to nie oni?
- Kurwa, Antek, proszę cię. To naprawdę nie jest śmieszne. Zapal przynajmniej to cholerne światło, bo nic nie widzę.
Cisza, mrok jak najczarniejsza noc. Oliwia zawsze widziała gorzej w ciemności. Prezent od babci i matki, które miały odpowiednio minus pięć i minus trzy dioptrie. Ona tylko minus dwie, ale nie nosiła okularów, aby nie wyglądać jak kujon. Z taką wadą mogła żyć. Do tej pory.
Oliwia wyciągnęła ręce przed siebie i zrobiła kolejne dwa kroki. Łańcuch szurał po podłodze, szczękając złowieszczo. Nagle naprężył się i poczuła szarpnięcie. To niemożliwe, pomyślała. To tylko zły sen albo kolejny pokręcony odlot po dopalaczu, wmawiała sobie.
Wtedy palce jej dłoni oplotły zimny pręt. Najpierw jeden, potem drugi, powędrowały do trzeciego i czwartego.
Oliwia zrozumiała. Ktoś zamknął ją w celi i przykuł do ściany jak psa. Zanim się zorientowała, wpadła w panikę i zaczęła krzyczeć. Na próżno. Nikt jej nie słyszał. Albo prawie nikt.
Kilka metrów dalej, w najciemniejszym rogu piwnicy, siedział mężczyzna, który w ciszy bacznie ją obserwował. I toczył walkę. Sam ze sobą.
Gdy dziewczyna w końcu padła bez sił na kolana i zaczęła cicho płakać, podjął decyzję. Już wiedział, jak ją ukarze.
Brudny stał na światłach jednego ze skrzyżowań ulicy Wrocławskiej, która prowadziła w stronę zielonogórskiej nekropolii. Z lekkim niesmakiem obserwował niebo, które znów przykryły kłębiaste chmury nawiane z zachodu, i słuchał, jak w radiu ciepły kobiecy głos ostrzegał przed kolejną ulewą. Pomyślał, że październik tego roku jest wyjątkowo paskudny.
Od dobrych dwóch minut wlókł się za starym clio, którym kierowała jakaś kobieta o puszystych, siwych włosach. Poruszała się czterdzieści na godzinę, nic sobie nie robiąc z faktu, że za nią stworzył się już sporej długości korek. W końcu dotarł jednak na szczyt wzniesienia, na którym znajdowała się stacja benzynowa. Zajechał pod dystrybutor, zatankował i wstąpił do sklepu po sok z czarnej porzeczki. Zawsze pił go podczas sekcji zwłok. Przed jego pierwszą ktoś mu powiedział, że pomaga przezwyciężyć fetor i nieprzyjemny posmak w ustach, a on po prostu skorzystał z rady. Czy zadziałało? Nie był pewny, bo nie miał punktu odniesienia, ale Brudny lubił rytuały, a ten mu się spodobał.
Na przednią szybę spadły pierwsze krople. Brudny spojrzał w niebo, upił łyk soku i z powrotem włączył się do ruchu. Po prawej stronie minął stadion żużlowy, na którym według radiowych doniesień już tej niedzieli miano rozegrać finałowy mecz o mistrzostwo Polski pomiędzy Falubazem Zielona Góra a jego odwiecznym wrogiem Stalą Gorzów. Nie lubił tego sportu, tym bardziej nie rozumiał masowej histerii lokalnych społeczności. Potrafił jednak docenić fakt, że pojedynek, który traktowano tu jako najważniejszy finał w historii obu miast, choć trochę przykrył medialnie sprawę Trochana. Tuż za stadionem, na wzgórzach znajdował się cmentarz miejski, a po prawej stronie, w jego nowej części, budynki biurowe i pracownicze, w tym prosektorium.
Komisarz dotarł na duży, prawie pusty parking. W tym czasie już lało, dlatego włączył wycieraczki, które z coraz większym trudem walczyły z żywiołem. Kątem oka dostrzegł przy drzewach furgonetkę z wymalowanym emblematem jednej z ogólnopolskich telewizji. Nieco dalej kilka samochodów, w większości rzęchy, w których dostrzegł siedzące postaci. Pomyślał, że takimi złomami mogą jeździć tylko młodzi policjanci albo dziennikarze. Jeden z nich wyszedł z pojazdu i skierował w jego stronę jedną z tych dużych, nieporęcznych kamer, które już dawno wyszły z użycia. Zignorował go i ruszył wzdłuż parkingu, aż dotarł do zamkniętej bramy. Założył, że musi być monitorowana, dlatego poczekał kilka sekund, aż się otworzy, po czym podjechał pod budynek prosektorium. Pod niewielkim daszkiem przy wejściu czekał na niego inspektor Czarnecki.
- Cenię sobie punktualność, komisarzu - przywitał go i wyciągnął do niego rękę.
Brudny uścisnął dłoń inspektora i znacząco kiwnął głową. Obaj weszli do budynku i od razu skierowali się do biura lekarza sądowego Roberta Krzywickiego. Doktor siedział przy biurku wpatrzony w jakieś papiery. Był postawnym mężczyzną w kwiecie wieku, a obfita siwa broda dodawała mu powagi i estymy. Gdy zorientował się, że ma gości, ściągnął okulary i wstał, aby się przywitać.
- Cześć, Romek. Czekałem specjalnie na ciebie, bo...
Gdy jego spojrzenie spoczęło na twarzy Brudnego, zaniemówił. Wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu, następnie odruchowo cofnął się, a Czarnecki pomyślał, że w końcu udało mu się zaskoczyć starego wygę.
- Poznaj komisarza stołecznej policji Igora Brudnego - przedstawił gościa.
- Jasny gwint! Romek...
Brudny wyciągnął dłoń w kierunku patomorfologa. Ten uścisnął ją nieufnie.
- Toś mnie, Romek, teraz zaskoczył... - zwrócił się do inspektora, nie spuszczając wzroku z komisarza i potrząsając jego ręką, jakby zupełnie zapomniał, że wciąż ją trzyma.
- Uprzedzałem cię...
- A myślałem, że już nic mnie w życiu nie zadziwi... - Krzywicki poluzował uścisk, gdy zorientował się, że jego zachowanie zaczyna wyglądać mało profesjonalnie.
- Też tak myślałem - skomentował Brudny z wyczuwalną ironią w głosie.
- Dla jasności. Komisarz Brudny z pewnością jest bratem bliźniakiem podejrzanego. Wcześniej o sobie nie wiedzieli. Wychowywali się osobno - wyjaśnił Czarnecki.
Doktor poczuł się trochę zażenowany. Z powrotem założył okulary i podszedł do szafki, w której trzymał roboczy fartuch. Z łatwością można było zauważyć, że jest podenerwowany.
- Przepraszam pana, komisarzu - zwrócił się do Brudnego, gdy wkładał niebieski kitel. - Mam nadzieję, że pana nie uraziłem swoim zachowaniem. Rzadko w tym miejscu spotykam obcych, którzy są w stanie mówić, a widok mężczyzny, który, jak sobie wyobrażałem przez ostatnie godziny, zamordował tych biedaków...
- Nic się nie stało, doktorze - przerwał mu Brudny, a Krzywicki poczuł się, jakby zupełnie pogrążył swój wizerunek najlepszego patomorfologa w tej części kraju. - Możemy przejść do oględzin zwłok?
- Oczywiście. Tędy, proszę. - Doktor zamaszystym gestem zaprosił gości do sali sekcyjnej. - Aha... - dodał po chwili. - Uczulam, że zwłoki są w dość zaawansowanym stanie rozkładu...
Chwilę później trójka mężczyzn wkroczyła do niewielkiej sali sekcyjnej. Gdy tylko doktor otworzył grube stalowe drzwi, z wnętrza buchnął odrażający fetor.
- Nigdy się do tego nie przyzwyczaję... - burknął pod nosem Czarnecki i od razu sięgnął do kieszeni marynarki po chusteczkę.
Brudny nie skomentował, zamiast tego zbliżył się do bezgłowych zwłok. W milczeniu omiótł je wzrokiem. Były ogromne i ledwie mieściły się na stole sekcyjnym. Ofiara musiała za życia albo chorować, albo prowadzić wyjątkowo niezdrowy tryb życia, bo Brudny ocenił wagę denata na jakieś sto sześćdziesiąt kilogramów. Pożałował, że nie mógł zobaczyć ich w miejscu porzucenia, a następnie podczas sekcji. W tej chwili, po przebadaniu i pozyskaniu próbek przez techników kryminalistyki, zwłoki były już wymyte z mułu, śluzu i innych substancji, które miały kontakt z ciałem.
- Oto pierwszy z naszych ancymonów, pan Zenek - oznajmił Krzywicki i rozpoczął swój monolog. Brudny nie słuchał, znał się na tej robocie i nikt nie musiał mu niczego tłumaczyć. Obszedł ciało dookoła. Było pozbawione głowy, a klatkę piersiową i jamę brzuszną otwarto od samej góry aż po okolice przyrodzenia, po którym pozostała tylko zielono-brązowa dziura. Skóra w przedniej części ciała była blada, a w okolicach pleców i dolnej części ud w oczy rzucały się wyraźne plamy opadowe. Na nogach i biodrach rany po ugryzieniach, dowód, że po śmierci do ciała dobrały się zwierzęta. Raz jeszcze obszedł zwłoki, pochylając się przy nadgarstkach i kostkach, które nosiły ślady głębokich otarć i wokół których skóra była wyraźnie poczerniała.
- Udało się ustalić ostateczną przyczynę zgonu? - zapytał, nie odwracając wzroku od prawej dłoni denata.
- Tak. I nie mam tu dobrych wieści. Spójrzcie na krawędzie ran. - Krzywicki wskazał palcem tkanki przy głównym cięciu na klatce piersiowej. - Po pierwsze nie są idealnie równe, a po drugie widać wyraźne krwawe podbiegnięcia.
- Sugerujesz, że patroszył ich na żywca? - do rozmowy włączył się Czarnecki, który od dłuższego czasu trzymał przy nosie chusteczkę.
- I pewnie doskonale się przy tym bawił. Otworzył ich jakimś ostrzem, ale na pewno nie skalpelem. Może nawet zwykłym, dobrze naostrzonym nożem. Rany nie są idealnie równe, miejscami nawet szarpane, co wyraźnie widać w głębszych warstwach tkanki. O, na przykład tu. - Krzywicki wskazał palcem na fragmenty tkanki tłuszczowej. - Ofiara z pewnością reagowała na ból i nawet jeśli była porządnie unieruchomiona, co potwierdzają otarcia na nadgarstkach, udach i kostkach, to w czasie rozcinania klatki piersiowej próbowała walczyć.
- Jak oprawca dostał się do płuc i serca? - Brudny pochylił głowę, niemal wsadzając ją do wnętrza klatki piersiowej ofiary. Z odległości zaledwie kilku centymetrów zbadał kolejne tkanki.
- No właśnie... to nie moja robota... - Krzywicki wymownie spojrzał na trupa i bezradnie rozłożył ręce. - Powiedziałbym, że facet działał według procedur sekcyjnych. Po otwarciu klatki piersiowej i jamy brzusznej pozbył się mostka i żeber. Po cięciach widać, że prawie na pewno takim sekatorem jak ten. - Wskazał na jedno ze swoich narzędzi. - Sprawca robił to, gdy ofiara jeszcze żyła, więc trudno mi sobie wyobrazić jej cierpienie. Konieczne jest szybkie zapoznanie się z wynikami toksykologicznymi. Wiecie... jeśli naprawdę chciał, aby ofiary szybko nie umarły, choćby na zawał czy doznając szoku bólowego, to pewnie je czymś naszprycował, aby choć odrobinę uśmierzyć cierpienie.
- Skąd wiesz, że ten facet do samego końca był świadomy?
- Prawie wszystkie cięcia są nierówne. Albo ofiara walczyła i próbowała się wyrwać, albo sprawca miał parkinsona. - Krzywicki uśmiechnął się wymownie. - Tak na serio, to wszędzie widać bardzo wyraźne krwawe podbiegnięcia, co potwierdza, że serce biło do samego końca. Nawet gdy oprawca sięgał po jelita czy nerkę.
- Jak długo to mogło trwać?
- Nawet do kilku minut. I, tak jak mówiłem, przez ten cały czas ofiara mogła być przytomna i świadoma tego, co się z nią dzieje. Ale na przykład ostatnio miałem pacjentkę - Krzywicki pokazał palcami cudzysłów - która po pijaku sama nacięła sobie brzuch i przez dziurę wyciągnęła pięć metrów jelita. Tak żebyście nie myśleli, że to coś niewykonalnego...
- A głowa? - Brudny niemal wsadził nos w otwartą szyję denata.
- Sprawca odciął ją po śmierci. Wyraźnie widać, że krawędzie ran są równe, gładkie i bez krwawych podbiegnięć.
- Jakim narzędziem się posłużył?
- Dużym i z szerokim ostrzem. Na moje oko tasak albo maczeta.
Brudny wyprostował się i bez słowa wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza paczkę papierosów. Poczęstował Krzywickiego, który od razu mocno się zaciągnął.
- Jak widzicie, panowie, sprawca to naprawdę chory sukinsyn. Chcecie zobaczyć drugiego?
- Ja już widziałem, ale...
- Oczywiście. - Brudny nie pozostawił wyboru.
Mężczyźni udali się w oparach dymu papierosowego do drugiego pomieszczenia. W środku krzątała się młoda, niewysoka blondynka o dużych niebieskich oczach. Miała na sobie biały, częściowo ubrudzony płynami ustrojowymi kitel, a jej nieprzeciętna uroda wyraźnie kontrastowała z ponurą scenerią sali sekcyjnej.
- To moja asystentka Iza Nowakowska - przedstawił ją Krzywicki, a Brudny nieznacznie skinął głową na powitanie.
- Właśnie wychodziłam, Robert - rzekła nieco speszona. - Skończyłam ogarniać zwłoki i papiery też są już na swoim miejscu.
- Jak zwykle niezastąpiona. Co ja bym bez ciebie zrobił, Iza?
- Cóż... nawet wolę o tym nie myśleć... - Nowakowska wymownie pokręciła głową i puściła do niego oko.
- Dobrze już, dobrze. Bądź jutro z pół godziny wcześniej, proszę. Pewnie znów będziemy mieć tu niezły kocioł.
- Okej. W takim razie uciekam. Do widzenia panom.
Asystentka pożegnała się z gracją i znikła w przedsionku. Brudny odprowadził ją wzrokiem, który chwilę później skierował na kolejne bezgłowe zwłoki. Również były otwarte oraz oczyszczone z mułu i śluzu. Różniły się natomiast gabarytami, bo w przeciwieństwie do "pana Zenka", Zdzichu - jak przedstawił denata Krzywicki - należał do zdecydowanie niższej kategorii wagowej.
- Coś pod paznokciami? - spytał Brudny, oglądając trupa.
- Nic specjalnego. Raczej nie liczyłbym na DNA sprawcy, bo nie odnalazłem żadnych fragmentów skóry czy innej tkanki.
- Treść żołądkowa?
- Obaj mieli prawie taką samą. Wygląda na to, że zanim sprawca zabrał się do roboty, wcześniej nakarmił ich ziemniakami i wieprzowiną. Ale tuż przed morderstwem wykazał się wyjątkowo wysublimowanym gustem kulinarnym... - W oczach Krzywickiego rozbłysły ogniki.
- Nie będę zgadywał - burknął Brudny, który z odległości kilku centymetrów studiował gnijącą ranę w kroczu.
- Jest pan na dobrym tropie, że tak powiem...
- Czyli jednak mam zgadywać? - Ton Brudnego nie pozostawiał złudzeń, że nie bawi się równie dobrze jak gospodarz tego przybytku.
Krzywicki nerwowo poprawił na nosie okulary. W obecności komisarza czuł się nie tylko skrępowany, ale i - co zdarzało się bardzo rzadko - co najmniej nieswojo we własnym prosektorium. W jego ocenie Brudny idealnie pasował do wizerunku psychopatycznego zabójcy. Właśnie tak go sobie wyobrażał. Ponurego, surowego, bez krzty emocji. Skrzywił się z niesmakiem na widok tego, jak absorbują go oględziny zwłok.
- Kazał im zjeść własne penisy - wykrztusił po chwili wahania.
Po tych słowach w salce zapadła cisza. Czarnecki znał już ten fakt, bo trzy godziny wcześniej uczestniczył w sekcji razem z prokuratorem i kilkoma innymi osobami zaangażowanymi w śledztwo. Specjalnie nie informował o tym Brudnego, bo chciał sprawdzić, jak zareaguje na tę informację. Komisarz nawet nie podniósł wzroku.
Czarnecki przyglądał się Brudnemu z zaciekawieniem, ale nie dostrzegł niczego, co mogłoby go zaniepokoić. Komisarz był po prostu surowo ciosanym typem, a do tego profesjonalistą w swoim fachu, który widział już wiele i takie obrazki nie robiły na nim najmniejszego wrażenia.
- Co pan o tym myśli, inspektorze? - Brudny w końcu podniósł wzrok znad trupa.
- Osobiście nie spotkałem się jeszcze z takim bestialstwem, choć od kolegów ze "zorganizowanej" wiem, że to coraz częstsza praktyka.
- No to chyba mamy motyw...
- Może pan jaśniej, komisarzu...
- Mafia bądź różnego rodzaju grupy związane z przestępczością zorganizowaną stosują tak surową karę tylko wobec ludzi, którzy wyjątkowo zaleźli im za skórę. I właśnie... Do tej pory nie spytałem. Sprawca dokonał gwałtu na ofiarach? - Brudny rzucił krótkie spojrzenie w kierunku lekarza.
- Tak. I to bardzo brutalnego, zwłaszcza że do penetracji doszło za życia obu ofiar. Nie zgwałcił ich jednak w klasycznym znaczeniu tego słowa. Zrobił to zardzewiałą rurą albo czymś w tym rodzaju. Obrażenia są bardzo rozległe i widać, że sprawca robił to pod wpływem silnych emocji.
- Jak dla mnie sprawa jest jasna... - Brudny obszedł trupa i zbliżył się do inspektora.
- Sugeruje pan, że mordercą kierowała zemsta?
- Moim zdaniem to ma sens.
- Zakładając, że mordercą nie jest doktor Trochan, oczywiście...
- Owszem.
- Średnio pasuje to do profilu nakreślonego przez moją ekspert...
- Tak jak i cała reszta.
Inspektor zasępił się, przyłożył pięść do podbródka i na chwilę odpłynął myślami gdzieś daleko. Brudny wymienił się jeszcze z Krzywickim kilkoma spostrzeżeniami dotyczącymi miejsca porzucenia ciał, ich ułożenia i kilku innych kwestii, których szanujący się detektyw nie mógłby pominąć, po czym zgasił papierosa w kryształowej popielniczce i napił się soku z czarnej porzeczki. Czarnecki wciąż intensywnie próbował połączyć fakty.
- Kto, kto, kto byłby...? - powtarzał pod nosem.
- Kto byłby w stanie odciąć ofierze kutasa i wcisnąć go w jej gardło? - Brudny zapalił kolejnego papierosa.
To nie może być tak proste, pomyślał Czarnecki. Spojrzał na skąpanego w kłębach białego dymu Brudnego i chwycił za telefon.
- Grzegorz?
- Tak?
- Sprawdź kartotekę tych ofiar. Wyślij ludzi do ich rodzin i znajomych, znajomych znajomych i znajomych ich znajomych. Chcę wiedzieć o tych facetach absolutnie wszystko.
Wieczór był chłodny. Niebo znów zasnuły ołowiane chmury, z których nieustająco siąpił kapuśniaczek wciskający się w każdy niezasłonięty zakamarek ciała. Gdy zapadł zmrok, z zachodu zerwał się dodatkowo silny wiatr, który tylko potęgował wrażenie zimna.
Brudny zaparkował swojego patrola przy Filharmonii Zielonogórskiej i Pierogarni po Byku. Po godzinie w towarzystwie dwóch bezgłowych i wypatroszonych trupów większość ludzi zapewne straciłaby apetyt. On jednak przyzwyczaił się do podobnych widoków już dawno temu, a ponieważ ruskie były jednym z jego ulubionych dań, nie mógł sobie odmówić tej przyjemności. Łaknienie poczuł już w prosektorium, ale prawdziwy głód zaczął mu doskwierać dopiero teraz, dlatego od razu poszedł coś zjeść. Zamówił porcję "po byku", pół na pół ruskich oraz z mięsem, i popił zimnym jasnym piwem. Dał kelnerce dwanaście złotych napiwku i opuścił lokal.
Na dworze zrobiło się już całkiem ciemno. Wyciągnął papierosa i zapalił. Przez chwilę bezmyślnie przyglądał się budynkowi stojącej naprzeciwko filharmonii, po czym postawił kołnierz płaszcza i ruszył w kierunku kurii diecezjalnej, która znajdowała się przy kościele Przenajświętszej Marii Boskiej Częstochowskiej, jednego z najstarszych i najczęściej odwiedzanych zabytków miasta. Nie umawiał się na spotkanie, bo się go spodziewali. Siostra Gwidona, nawet jeśli ją trochę postraszył, i tak pewnie zadzwoniła do przełożonych.
Brudny przemknął przez park przy filharmonii i ominąwszy kilka zaparkowanych samochodów, skręcił za rogiem szarego budynku należącego do kurii. Z nutką melancholii zauważył, że na posterunku obok wciąż stoi stary, dobry Kapsel, jedyny sklep monopolowy w mieście, w którym można było dostać piwne białe kruki. Bo jeśli czegoś nie mieli w Kapslu, to znaczyło, że nie miał tego nikt w Polsce.
Stanął przy domofonie i wybrał odpowiedni numer. Po krótkim sygnale z głośnika dobiegł młody, choć stanowczy głos.
- Kto tam?
- Zbłąkana dusza - zakpił Brudny.
- Proszę nie pajacować. Poza tym kuria zamknięta. Proszę przyjść jutro.
- Nalegam, aby otworzył pan drzwi.
- Już powiedziałem, kuria zamknięta do jutra do godziny dziewiątej. Do widzenia.
Coś w głośniku zaskrzeczało i nastała cisza. Głos na pewno nie należał do biskupa, raczej do ministranta albo jakiegoś świeżo upieczonego urzędnika odpowiedzialnego za budynek kurii. Brudny nie czuł się zaskoczony. Od zawsze uważał, że Kościół to instytucja z największą liczbą hipokrytów na metr kwadratowy. Człowiek po drugiej stronie mikrofonu tylko utwierdził go w tym przekonaniu.
Brudny nacisnął przycisk raz jeszcze i tym razem przytrzymał go dłużej.
- Słucham? - Ton był jeszcze bardziej pretensjonalny.
- Proszę otworzyć. Mam pilną sprawę do biskupa Pilcha.
- Kuria jest zamknięta do jutra do...
- Spójrz w ekran, chłopcze, i otwórz te cholerne drzwi. - Brudny stracił cierpliwość i przystawił do oka kamery policyjną odznakę. Odczekał chwilę.
- Pan z policji? - Ton po drugiej stronie zmienił się diametralnie, a Brudny od razu pomyślał, że rozmówca ma coś na sumieniu. Biorąc pod uwagę zapach, jaki wyczuł zaraz po wejściu na plac przy kurii, sprawa była oczywista. - A w jakiej sprawie, jeśli mogę spytać?
- Nie może pan. Proszę otworzyć drzwi i poinformować biskupa Pilcha o moim przybyciu.
- Pana godność, panie władzo...?
- Otwieraj, gówniarzu, bo zamknę cię za posiadanie. Nawet stąd czuję zapach maryśki, którą właśnie paliłeś w oknie.
W tej samej sekundzie rozległo się charakterystyczne bzyczenie i Brudny otworzył drzwi. Wszedł do środka i poszedł na piętro, gdzie miał swój apartament biskup Pilch. Gdy był już w połowie schodów, usłyszał szczęk zamka na parterze. Po chwili z jednego z pomieszczeń wybiegł chudy chłopaczek w okularach i w za dużej bluzie z kapturem. Miał może ze dwadzieścia lat.
- Proszę nie iść do księdza biskupa! - zawołał błagalnie. - Ja pójdę z panem, tylko proszę nic mu nie mówić. Błagam. Chciałem tylko spróbować i...
Młodzieńcowi głos się załamał. Brudny przystanął i zmierzył go spojrzeniem pełnym zawodu.
- Spuść w kiblu to, co ci zostało, i następnym razem otwórz każdemu, kto tu przyjdzie i będzie szukał pomocy. Bez względu na godzinę. Zrozumiano?
- Tak, oczywiście, proszę pana. Ale czy to oznacza, że...?
- Tak, to oznacza, że nie wspomnę o tym biskupowi, nie aresztuję cię i nie wsadzę do celi z grypsującymi recydywistami, choć mógłbym to zrobić i zrobię, jeśli następnym razem będziesz taki pyskaty.
- Naprawdę? - W oczach chłopaka pojawił się błysk nadziei.
- Nie będę powtarzał. I lepiej zejdź mi z oczu, zanim zmienię zdanie.
- Zrobię, co pan każe. Dziękuję panu. Do widzenia panu.
Chłopak ukłonił się kilkakrotnie, obrócił na pięcie i zniknął w pokoju. Brudny odprowadził go wzrokiem i wznowił wspinaczkę po stromych schodach. Ucieszył się, że sytuacja ułożyła się w ten sposób i młody nie zdołał uprzedzić Pilcha o jego wizycie. Mógł wziąć biskupa z zaskoczenia.
Stanął przed drzwiami, na których wisiał sporych rozmiarów krzyż oraz tabliczka "J.E. Ks. Bp Amadeusz Pilch". Przystawił ucho do drzwi. W tle słychać było grający telewizor, z którego dobiegał znajomy hymn Ligi Mistrzów. Gdy go słyszał, zwykle przełączał kanał, bo nigdy nie należał do fanów piłki nożnej. Musiał jednak przyznać, że choć ten kawałek zwiastował dwie godziny zmarnowanego czasu, to miał w sobie coś wytwornego i nawet wpadał w ucho.
Zapukał raptownie.
- Czaruś? Wejdź.
Brudny pomyślał, że być może źle ocenił siostrę Gwidonę. Biskup Pilch nie wyglądał na człowieka, który spodziewa się gościa tego kalibru. Albo do niego nie zadzwoniła, bo rzeczywiście przestraszyła się konsekwencji, albo nie nadawała z Pilchem na tych samych falach. Obie możliwości zadowalały Brudnego w takim samym stopniu.
Brudny nacisnął klamkę i wszedł do środka. Biskup Pilch siedział wygodnie przed telewizorem w piżamie w kolorowe palemki. W jednej ręce trzymał paczkę paprykowych czipsów, a w drugiej piwo.
- Przyszła już ta pizza? Mam nadzieję, że dali tę dodatkową colę... - Biskup upił łyk, nie odwracając oczu od telewizora, na którym kamera przesuwała się po twarzach kolejnych piłkarzy. Kilku z nich Brudny nawet kojarzył, ale nie pamiętał nazwisk.
- To nie pizza, panie Pilch - odparł.
Mężczyzna aż podskoczył. Grymas zdziwienia na jego twarzy mógł konkurować jedynie z miną Andrzeja Gołoty po pierwszym nokdaunie przegranego starcia o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Lennoxem Lewisem.
- Kim pan jest? Co pan tu robi? - pytał zaskoczony.
- Nazywam się Igor Brudny i jestem komisarzem stołecznej policji. Będę miał do pana kilka pytań.
- O tej porze? Tak niezapowiedziany? Czy... czy... pan wie, kim jestem?
Pilch próbował się jakoś maskować. Wyglądał doprawdy żałośnie w tej zapinanej na guziki piżamie w kolorowe palemki, spod której wystawał piwny brzuszek i kilka czarnych kłaków w okolicy szyi. Spora łysina i okulary o grubych szkłach również nie dodawały mu powagi. Na pewno nie spodziewał się gości.
- Wiem, kim pan jest, i nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Radzę też panu jakoś sensownie się ubrać, zanim zaczniemy rozmowę.
- To jest skandal! Proszę natychmiast opuścić mój pokój i budynek kurii. A ja jutro zadbam, aby pan odpowiedział za to bezprawne wtargnięcie i...
- Nie zadba pan o nic i będzie siedział cicho. Zrobi pan też nam obu mocnej kawy i przez najbliższą godzinę albo dwie odpowie zgodnie z prawdą na każde pytanie, które panu zadam. No, chyba że rzeczywiście chce pan poznać prawdziwe znaczenie słowa "skandal".
Biskup Pilch zamilkł i z odrazą zmierzył pewnego siebie rozmówcę. Nerwowo przełknął ślinę i zmrużył oczy. Gardził intruzem, ale jednocześnie się go bał. Brudnemu wystarczyło jedno spojrzenie, aby zrozumieć, że ten pięćdziesięcioparoletni facet o aparycji miłego sąsiada psychopaty z naprzeciwka ma na sumieniu całkiem sporo.
- Czego pan chce, panie komisarzu? - spytał gospodarz.
- Powiem panu, jak pan się przebierze. Ma pan jakieś dżinsy i koszulkę?
- Księża to też ludzie.
- Powiedzmy, że coś o tym wiem.
Pilch odstawił na wpół opróżnioną butelkę z piwem i raz jeszcze przyjrzał się komisarzowi. Ostatnia odpowiedź zmroziła go, tylko głupiec nie zdołałby wyczytać groźby między wierszami. Ten glina coś wiedział. Tylko co i co chciał z tą wiedzą uczynić?
Biskup poszukał na stole pilota i wyłączył telewizor w momencie, gdy sędzia gwizdkiem rozpoczął mecz.
- Proszę dać mi chwilę - rzekł. - Zaraz do pana przyjdę, komisarzu Brudny.
Romuald Czarnecki siedział na kanapie i oglądał kanał informacyjny. Właśnie wypił przygotowaną przez żonę herbatę i nalał sobie odrobinę koniaku, który pomagał mu zasnąć. Przez lata nie potrafił wypracować modelu pozwalającego na stuprocentowe oddzielenie życia prywatnego od pracy, zwłaszcza przy tak trudnych i angażujących śledztwach, w związku z tym, nawet gdy był zmęczony, potrzebował czegoś, co pomagało mu zapomnieć o trudach dnia minionego.
Sprawa Trochana, niestety, stała się już główną pożywką dla wszystkich ogólnopolskich mediów. Dzisiejsza konferencja prasowa z pewnością nie została odebrana przez media najlepiej, bo dziennikarze nie usłyszeli niczego konkretnego prócz kilku oczywistych faktów i ogólnikowych stwierdzeń, które finalnie sprowadzały się do klasycznego "z uwagi na dobro prowadzonego śledztwa nie mogę udzielić więcej informacji". Mimo to o sprawie trąbiono przy każdej okazji, do programów informacyjnych zapraszano pseudoekspertów od psychoanalizy, byłych gliniarzy, a nawet jasnowidzów. Stało się to, czego inspektor chciał uniknąć za wszelką cenę. Z poważnej sprawy zrobiono cyrk, a co najgorsze, w większości przekazów Trochan został napiętnowany i w zasadzie skazany. "Doktor Śmierć", "Filip Rozpruwacz", "Wampir z Zielonej Góry" - te i podobne nagłówki tylko wzmagały ogólnopolską psychozę, mało tego, zaczęły dochodzić sygnały z Warszawy, sugerujące, że Trochan tam się właśnie ukrywa. Kwestią czasu było, aż jakiś nadgorliwy młody dziennikarz w końcu dokopie się do Brudnego, który przecież nie był, nawet biorąc pod uwagę specyfikę stolicy, postacią zupełnie anonimową.
Te i wiele innych spraw spędzały Czarneckiemu sen z powiek. Gdy na chwilę przysnął, zaraz budził go najdrobniejszy hałas, a pierwszą myślą było "kim jest morderca?", drugą "dlaczego to robi?", trzecią "czy uda mi się go złapać, zanim znów zabije?". I tak w kółko.
Czarnecki nalał sobie drugi kieliszek koniaku, który zwykle pozwalał mu zasnąć na trochę dłużej. Postanowił też, że zanim go opróżni, wcześniej weźmie gorącą kąpiel, aby zmyć z siebie kożuch z tych wszystkich brudów, które przykleiły się do niego w ciągu długiego dnia pracy. Po wyjściu z łazienki dał żonie buziaka i jak to miał w zwyczaju podczas tak trudnych śledztw przyniósł sobie koc do salonu, aby w razie pilnego telefonu jej nie budzić.
Przebrał się w piżamę i ułożył wygodnie. Wypił resztkę koniaku, wyłączył telewizor i zamknął oczy. Poczuł, jak ogarnia go błogie uczucie rozluźnienia. Organizm wyraźnie dopominał się o podładowanie baterii, dlatego nasunął koc pod szyję i starał się więcej nie myśleć. Zerknął jeszcze na elektroniczny zegarek pod telewizorem. Dochodziła dwudziesta druga. Zdjął okulary i odłożył je na stół. Potem zasnął.
Kiedy rozbudzony sygnałem wibrującej komórki otworzył oczy, na budziku widniała dwudziesta trzecia dwanaście. Odebrał.
- Cześć, Anka - wymamrotał.
- Cześć, Romek. Słyszę, że cię obudziłam, ale lepiej usiądź.
- Masz wyniki DNA...?
- Mam.
Czarnecki usiadł i wymacał na stole okulary.
- Już. I niech to będą dobre wieści.
- Krótko. Odciski palców i DNA Trochana zostały potwierdzone na podstawie przynajmniej kilku pozostawionych śladów. Prawie na pewno to on.
- Prawie?
- Tak, prawie. Znaleźliśmy też DNA, które dzięki kilku drobnym mutacjom minimalnie różni się od DNA Trochana.
- Co to ma niby znaczyć, że minimalnie się różni?
- Tak jak słyszałeś. Minimalnie. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Nie owijając w bawełnę, dowody wskazują, że Brudny też tam był.
- Jesteś pewna, że to nie pomyłka? - Czarnecki był nieco rozdrażniony, chodził wzdłuż swojego gabinetu z kubkiem parującej kawy w dłoni.
- Zleciłam badanie raz jeszcze, ale takie błędy się nie zdarzają.
- Opowiedz mi dokładnie, jak to jest z tymi bliźniakami. Z tego, co wiem, mają identyczne DNA. Mam rację?
- Po części. Bliźniaki jednojajowe rzeczywiście pod względem genetycznym są prawie identyczne. Prawie, bo tak sądzono do dwa tysiące piątego, gdy dostrzeżono pewne nieścisłości. W dwa tysiące ósmym ostatecznie potwierdzono, że informacja genetyczna bliźniąt może zawierać pewne różnice.
- Na czym to polega?
- Jest kilka teorii na ten temat, ale najczęściej mówi się o momencie tuż po podziale zarodka. Zmiany w genomie mogą zachodzić już w łonie matki, na przykład w trakcie walki o tlen i substancje odżywcze, ale zwykle rozwijają się później, a ich przyczyną są głównie czynniki środowiskowe. Chodzi tu przede wszystkim o takie rzeczy jak: przebyte choroby, dieta, spożycie alkoholu, papierosy, styl życia. W zasadzie lista jest nieograniczona. W kilku segmentach DNA Trochana i Brudnego znaleźliśmy takie właśnie drobne różnice.
- Co to twoim zdaniem oznacza?
- Nie wiem, Romek. Ta sprawa robi się z dnia na dzień jeszcze bardziej zagmatwana. Wokół tych figurek DNA Trochana było niemal wszędzie, a jeśli chodzi o Brudnego, to dowodem było kilka włosów.
- Czyli musieli mieć wcześniej kontakt?
- Na to wychodzi.
- A próbki znad rzeki?
- Jutro... - Borucka zerknęła na zegarek - ...a w zasadzie dziś do południa powinnam mieć wyniki. Gdy mamy już wzór, idzie znacznie szybciej.
Czarneckiego ta odpowiedź wyraźnie nie zadowoliła. Chodził od okna do szafki jak nakręcony, jakby ten rytuał miał pomóc w rozwiązaniu sprawy. Borucka obserwowała go kątem oka, bo choć współpracowali od lat, jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie.
W końcu się zatrzymał.
- A ta cała schizofrenia? Wiem, że to choroba genetyczna...
- Tak, właśnie miałam to powiedzieć. W obu sekwencjach odnaleźliśmy geny świadczące o obciążeniu tą chorobą, ale i tu dostrzegliśmy pewne różnice. O ile obaj mają wyraźną nadaktywność genu NOS1AP, który jest najpopularniejszy u schizofreników, prawdopodobieństwo wystąpienia silniejszej postaci choroby u Trochana jest, jak by to ująć, wyższe. Nie wchodząc w szczegóły, ze stu ośmiu odkrytych genów odpowiadających za podłoże pod schizofrenię, u Trochana wykryliśmy cztery mutacje obciążające go znacznie poważniej niż Brudnego.
Inspektor odstawił kubek na stół i usiadł na krześle. Schował głowę w dłoniach i trwał tak przez dłuższą chwilę. W pewnym momencie podniósł wzrok na siedzącą obok Borucką.
- Obaj są chorzy?
- I w tym problem. Mogą, ale nie muszą. To jak z rakiem. Niektórzy są obciążeni genetycznie i dożywają stu lat, a inni umierają młodo, choć nigdy w rodzinie nie mieli nikogo z nowotworem.
- Przynajmniej teoria Elki ma jakieś podstawy - mruknął pod nosem nieco zrezygnowanym tonem. - Tylko co z tym Brudnym? Nie potrafię rozgryźć tego faceta. Teoretycznie powinienem go teraz aresztować, ale co mi to da? Brudny, jeśli rzeczywiście jest w to zamieszany, nie przyzna się. Jest zbyt inteligentny...
- Ja wykonałam swoją robotę, Romek. - Borucka podniosła się z krzesła i poklepała inspektora po ramieniu. - I jeśli nie masz nic przeciwko, to chętnie pójdę się przespać, bo nie zmrużyłam oka od dobrych trzydziestu godzin.
- Pewnie, Anka, dobra robota.
- Robię swoje.
- Żeby tak każdy robił swoje, to na świecie byłoby jak w raju. - Czarnecki spojrzał na współpracownicę, która właśnie zarzuciła na siebie płaszcz i sięgała po czarną torebkę. - Spotkanie zespołu o ósmej. Chcę, abyś to wszystko powtórzyła całej grupie.
- Nie spóźnię się. Cześć.
- Cześć.
Gdy drzwi gabinetu inspektora zamknęły się, Czarnecki poczuł, jak ogarnia go uczucie bezsilności. Przez trzydzieści lat prowadził setki spraw, ale po raz pierwszy w życiu miał wrażenie, że śledztwo zaczyna go przerastać.
Chwilę później poszedł w róg gabinetu, gdzie stały dwa skórzane fotele. Połączył je ze sobą i położył się. Szybko zasnął.
Usłyszała kroki.
Przeraziły ją bardziej niż cokolwiek do tej pory, bo zdała sobie sprawę, że gdy krzyczała i błagała o pomoc, ktoś cały czas krył się w ciemności. I napawał się jej lękiem.
Oliwia zastygła. Kroki ustały i znów zapadła grobowa cisza. Wstrzymała oddech i przyłożyła dłoń do ust, ale zrozumiała, że to nic nie da. Słyszała, jak bije jej serce. Jego nie mogła uciszyć. I była pewna, że postać czająca się w nieprzeniknionej ciemności też je słyszy.
Coś chrupnęło. Paskudny dźwięk skojarzył się jej z rozgniataniem chitynowego pancerza karalucha bądź innego owada. Ktoś za kratami znów ruszył w jej kierunku. Jeden krok, drugi, trzeci, czwarty. Coś trzeszczało pod podeszwami, jakby podłoga była wyścielona dywanem z wysuszonego robactwa.
Postać znów się zatrzymała, a Oliwia dostrzegła w mroku ledwo zauważalny zarys. Cień o nienaturalnie dużej, bezkształtnej głowie. I to dyszenie. Okropne. Odrażające. Nieludzkie.
Gdy usłyszała szczęk kluczy, a następnie zgrzyt przesuwanego rygla, nie wytrzymała.
- Błagam pana - pisnęła, jej głos łamał się prawie z każdym wypowiadanym słowem. - Proszę nie robić mi krzywdy. Ja nic nie powiem. Błagam, proszę mnie wypuścić. Nic nie powiem. Przysięgam.
Zawiasy złowieszczo zaskrzypiały i drzwi od prowizorycznej celi uchyliły się odrobinę. Oliwia znała ten dźwięk. Taki sam wydawała stara brama krośnieńskiego cmentarza. Ta myśl pogłębiła narastającą zgrozę.
- Błagam pana, zrobię wszystko. Błagam, proszę mnie zostawić - mamrotała pod nosem.
Dyszenie zamieniło się w sapanie. Wyczuła w nim żądzę. Zwierzęcą, niezaspokojoną chuć. Odruchowo zacisnęła uda. Wtedy cień pochylił się i - nie była tego całkowicie pewna - chyba postawił coś na podłodze. Następnie obrócił się i z powrotem zaryglował wejście. Chwilę później, stąpając ciężko, oddalił się.
Oliwia odetchnęła z ulgą, ale spokój nie trwał długo. Szybko zorientowała się, że cień daleko nie odszedł. Znów skrył się w mroku. I ją obserwował.
Teraz o tym wiedziała i to ją totalnie przerażało.
Filip Trochan tkwił w mroku i zastanawiał się, czy przeżyje. Oparty o zimną ścianę walczył z przenikliwym chłodem i dojmującym lękiem. Oddychał ciężko, czuł na szyi zaciśnięty sznur, ściągający zarzucony na głowę worek po ziemniakach. Nie mógł się go pozbyć, bo cień mu zabronił. I kazał milczeć. Pod groźbą srogiej kary.
Trochan mu wierzył i wolał nie ryzykować. Już pierwszej nocy przekonał się, do czego cień jest zdolny. Słyszał, jak oprawiał swoje ofiary. Robił to powoli, w milczeniu, napawając się ich strachem i delektując cierpieniem.
Teraz doktor obawiał się, że podobny los czeka tę młodą dziewczynę. Tamtym mężczyznom też wcześniej dał miskę z jedzeniem i kubek wody.
Pomyślał, że jest pieprzonym tchórzem. Całe życie przed nim uciekał, nigdy nawet nie spróbował stawić mu czoła. Dziś też nie potrafił. Po prostu nie był w stanie. Strach przed cieniem paraliżował go niczym zastrzyk z kurary.
Trochan zacisnął pięści. Zebrał się w sobie i otworzył powieki. Gdy tylko spojrzał przez dwie wyszarpane w worku dziury, od razu pożałował tej pochopnej decyzji. W czeluści mroku dostrzegł niewyraźny kontur jego sylwetki. Cień siedział przygarbiony w tym samym miejscu co zawsze. W milczeniu. I czekał.
Anna Borucka właśnie kończyła mówić, gdy zadzwoniła jej komórka. Przeprosiła pozostałych członków zespołu, choć wcale nie musiała. Na ten telefon z laboratorium czekali wszyscy bez wyjątku.
- Borucka, słucham. Tak. Tak. Co jeszcze? Ze stuprocentową pewnością? Tak. Tak. Dziękuję, Adam. Odezwę się. Do usłyszenia.
Borucka schowała aparat do kieszeni i omiotła wzrokiem zebranych, w końcu zatrzymała wzrok na inspektorze Czarneckim.
- No, do cholery jasnej, mów, Anka. Jak te wyniki znad rzeki?
- Jest potwierdzenie śladów DNA Trochana i Brudnego.
- W takiej samej konfiguracji?
- Owszem, włos Brudnego też mamy, ale dziś dorzucam do puli niedopałek po papierosie i okruch po pizzy z jego śliną, pełną ślicznego i świeżutkiego DNA.
W pomieszczeniu zapadła niemal grobowa cisza. Wszyscy wpatrywali się to w ekspert od kryminalistyki, to w inspektora, który najwyraźniej miał spory problem z przyswojeniem przekazywanych informacji.
- Mało tego - dorzuciła Borucka. - Na fragmencie szkła po rozbitej butelce coca-coli mamy piękny odcisk kciuka naszej stołecznej gwiazdy.
- Mamy odcisk palca Brudnego? - Ton inspektora orbitował gdzieś na granicy niedowierzania i posądzenia Boruckiej o podrzucenie lub spreparowanie dowodów.
- Jest bardzo podobny do Trochana, w sumie to bliźniacy, ale różnice są ewidentne. Bez najmniejszych wątpliwości to paluch Brudnego.
Ta informacja spadła na Czarneckiego jak grom z jasnego nieba. Do samego końca łudził się, że Brudny to może i szorstki w obyciu, ale jednak uczciwy i porządny glina. Fakt, że nad rzeką znaleziono jego DNA i odciski palców, sprawiał, że po raz drugi wyraźnie podkopał swój autorytet przed członkami zespołu, więc musiał w końcu zareagować. I choć te wszystkie niechlujnie pozostawione dowody miały się nijak do profilu skrupulatnego i ponadprzeciętnie inteligentnego komisarza stołecznej policji, to w tej sytuacji inspektor miał tylko jedno wyjście. Musiał Brudnego aresztować.
- Widzicie w tym jakiś sens? - spytał po chwili zastanowienia, omiótł wzrokiem wszystkich bez wyjątku, aby w końcu zatrzymać się na podinspektorze Grzegorzu Zimnym.
- To ty miałeś z nim najwięcej do czynienia, Romek. - Zimny rozłożył ręce, ale po chwili dodał: - Oczywiście nie chcę, żebyś to źle odebrał, ale wziąłeś Brudnego na siebie, więc chyba żaden z nas nie odpowie ci na to pytanie lepiej niż ty sam.
- Powinieneś go aresztować jak najszybciej - dorzucił prokurator Lis. - Facet może zacierać ślady i utrudniać śledztwo. Poza tym jest nieprzewidywalny i po prostu niebezpieczny. Nakaz aresztowania mogę podpisać w tej chwili.
Inspektor wysłuchiwał swoich współpracowników ze stoickim spokojem. Zależało mu, aby poznać ich zdanie, a oni doskonale zdawali sobie sprawę, że przy Czarneckim mogą, a w zasadzie muszą, być całkowicie szczerzy. Udawanie czy podlizywanie się w zespole nigdy nie miały prawa bytu.
- Też uważam, że powinien zostać zatrzymany, choć rozumiem twoje wątpliwości - dodała Elżbieta Pałka. - Badania DNA jasno wykazały, że obaj są genetycznie dość mocno obciążeni schizofrenią, choć... - profilerka zakręciła dłonią w powietrzu i spojrzała w sufit, jakby szukała gdzieś wyżej poparcia swojej tezy - ...współpraca dwóch chorych schizofreników, do tego braci bliźniaków, którzy wychowywali się oddzielnie, byłaby niemal na pewno pierwszym takim przypadkiem w historii kryminalistyki. Ale skoro Trochan wykazuje tak diametralnie różne zachowania, to czysto teoretycznie Brudny też jest do tego zdolny. Jeśli ma choć w połowie tak wyraźne rozdwojenie osobowości, to wśród nas może uchodzić za świetnego policjanta, aby po wyjściu na ulicę zmienić się nie do poznania.
W pomieszczeniu znów nastała cisza. Lis, Zimny i dwóch policjantów sugestywnie pokiwali głowami. Czarnecki dostrzegł, że jest w zdecydowanej mniejszości, i zasępił się trochę.
- Przyjmuję wasze słowa z pokorą - rzekł po chwili. - Znacie mnie i wiecie, że bardzo cenię sobie szczerość członków własnego zespołu, nawet jeśli bywa bolesna dla mojego i tak już nadszarpniętego ego. Ale zawsze podchodzę do sprawy całościowo, a mnie nie dają spokoju dwie kwestie, które nijak mają się do tej całej sytuacji. Po pierwsze, wciąż nie mamy jasnego motywu, zwłaszcza biorąc pod uwagę zakładane w chwili obecnej pomocnictwo w zbrodniach Brudnego, a po drugie, on sam ma mocne alibi.
- Romek, w ciężkich przypadkach schizofrenii paranoidalnej trudno mówić o czymś takim jak motyw zbrodni - skontrowała Pałka. - Wystarczą wyimaginowane głosy, aby człowiek zaczął zabijać.
- Tu jeszcze mógłbym się zgodzić, ale pozostaje alibi. Wczoraj patomorfolog potwierdził, że do zgonów najprawdopodobniej doszło w noc ze środy na czwartek ubiegłego tygodnia, czyli w dzień zniknięcia Trochana. W tym czasie Brudny prowadził śledztwo w Warszawie i według wszelkich znaków na niebie i na ziemi nie ruszał się z miasta. Rozmawiałem z jego przełożonym i poświadczył, że w ubiegłym tygodniu widywał się z nim codziennie. Logowania jego telefonu z tamtego okresu również to potwierdzają.
- Nikt nie twierdzi, że Brudny zabijał... - Słowa profilerki zawisły nad stołem jak miecz Damoklesa, który zaraz miał spaść na głowę samego szefa.
- Mógł pomóc bratu w pozbyciu się ciał zaraz po przyjeździe do miasta. To znaczy nie on, tylko ten drugi, który w nim siedzi... - Zimny poczuł, że się trochę zagalopował.
- Ale w jakim celu? Co mogłoby go popchnąć do takiej decyzji? - dopytywał Czarnecki.
- Impuls -nie odpuszczała Pałka. - Silny impuls, a takim z pewnością mogła być informacja, że ma brata bliźniaka, mógł otworzyć w umyśle jakieś nieznane dotąd obszary i obudzić uśpioną drugą osobowość.
- To czysta teoria.
- I przyznam, że mocno naciągana, ale chyba na razie jedyna, jaka może wytłumaczyć to, co nam serwuje morderca. Sama nie słyszałam do tej pory o podobnym przypadku. Współpraca dwóch schizofreników na takim poziomie wydaje się bardzo mało prawdopodobna, ale nie takie rzeczy świat widział.
- Właśnie, Elu, na takim poziomie współpraca wydaje się niemożliwa. Zwłaszcza że miałem i mam na Brudnego cały czas oko. Nie wchodzi w grę, żeby spotykał się w tym czasie z Trochanem ani kimkolwiek innym bez mojej wiedzy.
- Swoje mógł zrobić wcześniej, zanim pojawił się na komisariacie po raz pierwszy - włączył się do rozmowy Zimny. - Ja byłbym za tym, aby go zatrzymać i zabezpieczyć wszystkie jego rzeczy osobiste, z tą jego terenówką włącznie. Co prawda nie znaleziono śladów po takich oponach, ale przecież w jego patrolu zmieściłby się koń z kopytami.
- Nie przewoziłby ciał na pace. Nie wierzę w to. Jest zbyt inteligentny.
- A ja chętnie bym zajrzała do środka, aby się o tym przekonać - włączyła się Borucka. - Jeśli jest w to zamieszany, a do tego taki niechlujny jak nad rzeką, to w samochodzie muszą być jakieś ślady. Nie wiem, to może być wszystko, od DNA ofiar po grudki gliny znad rzeki, martwego owada czy choćby pozostałość po jakimś charakterystycznym zapachu.
Czarnecki splótł palce i zamyślił się. Przez kilkadziesiąt sekund analizował słowa swoich podopiecznych, którzy - miał przekonanie graniczące z pewnością - czekali, aż w końcu wyda rozkaz aresztowania Brudnego.
- Przychylam się do waszych propozycji - rzekł w końcu. - Zatrzymam Brudnego, ale nie postawimy mu zarzutów, póki... - Czarnecki wymownie spojrzał na Lisa - ...póki nie będę stuprocentowo pewny, że ma z tym wszystkim coś wspólnego. Bo żeby była jasność. Nie jestem co do tego przekonany tak jak wy. Rozmawiałem z nim twarzą w twarz kilka razy i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że ten człowiek potrafi tak doskonale kłamać. Prędzej uwierzyłbym, że ktoś podrzucił nad rzekę te dowody, niż przyjął do wiadomości, że Brudny je tam pozostawił z powodu swojego niechlujstwa. To nie ten typ człowieka, nawet jeśli rzeczywiście ma drugie, mroczniejsze oblicze. Zbyt wiele puzzli mi w tej układance nie pasuje, a nie mam zamiaru ich wciskać na siłę. To po prostu do mnie nie przemawia, ale muszę przyznać, że w sytuacji, w jakiej mnie postawiliście, nie mam wyjścia, bo teoria Eli też ma prawo się bronić. Dlatego osobiście dokonam zatrzymania Igora Brudnego, a potem go przesłucham. I cała akcja zostanie oznaczona jako ściśle tajna, bo ostatnim, czego chcę, jest medialna jatka. Czy macie jeszcze jakieś pytania? Jeśli nie, to wracajcie do pracy. Ty, Grzegorz, pojedziesz ze mną.
Chwilę później członkowie opuścili gabinet inspektora i rzucili się w wir pracy. Nie mieli pojęcia, że już za kilkanaście godzin przybędzie im jej jeszcze więcej. A media i tak rozpętają piekło, jakiego to miasto i kraj nigdy nie widziały.
Igor Brudny miał tej nocy paskudne koszmary. Najpierw przyśniła mu się siostra Gwidona, później ksiądz Filip, w końcu ci wszyscy łysi i szczerbaci ulubieńcy matki przełożonej, których spuszczała ze smyczy, gdy inni wychowankowie nie spełniali jej oczekiwań. Tak jak on.
- Krzysztofie - syczała niczym wąż. - Jesteś wyjątkowo tępy. Ostatnia pokuta niczego cię nie nauczyła? Głupi dzieciak. To teraz zobaczysz. Nauczysz się, że tylko cierpienie uszlachetnia grzeszną duszę. Już ja się o to postaram.
Próbowała go złamać wiele razy, ale nigdy nie osiągnęła celu. Od dziewiątego roku życia i tamtego feralnego zdarzenia unikała go i choć wielokrotnie osobiście straszyła surową karą, nigdy go nie tknęła. Wyręczali ją Pierun, Łycha, Francuz i paru innych starszych wychowanków, którzy potrafili tłuc go do nieprzytomności kilka razy w tygodniu. Przypalanie papierosami, rażenie prądem czy kręcenie wora były jego codziennością, regularnie zasypiał przywiązany do łóżka bez możliwości skorzystania z toalety. Nauczeni przeszłością nie odważyli się zrobić tylko jednego. Kiedyś podsłuchał, jak siostra Gwidona szeptała z siostrą Bernadettą na jego temat i zdradziła jej, że wyczuwa w nim obecność demona, że "ten bachor nosi w sobie diabła".
Może i nosił. Od zawsze czuł, że nie jest sam, że w jego umyśle mieszka ktoś jeszcze. Ten ktoś nie miał twarzy i zawsze przychodził we śnie. Niczym mroczne odbicie jego samego, ponury cień z innego wymiaru, który szukał bramy do świata śmiertelników.
On go wykorzystał. Aby przetrwać, nauczył się z nim żyć. Krótko później mało kto miał odwagę zostawać z nim sam na sam.
Tyle lat miał to wszystko za sobą. Pięć dni temu przeszłość się o niego upomniała.
Od Gwidony nie dowiedział się wiele. Stara, złośliwa i podła baba już nie miała takiego wigoru jak kiedyś. Dziś była tylko zgnuśniałą i przestraszoną starowiną, która nie panowała nad drżeniem dłoni i trzymaniem moczu. Ale nawet gdy dzieliła i rządziła w tym przeklętym sierocińcu, należała tylko do pionków, które przestawiali inni, dużo poważniejsi gracze. Dlatego Brudny wybrał się do kurii diecezjalnej, gdzie młody biskup w piżamie w palemki spędził z nim pół nocy na przeszukiwaniu archiwum. Niestety, bezskutecznie. Pozostała mu ostatnia szansa. Dom księży emerytów. To tam czekał na śmierć ksiądz Albert, były biskup i jedyny człowiek, który mógł znać miejsce przechowywania jego aktu urodzenia. I nie tylko...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
- Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone1.
Ksiądz nie przerywał.
Na jego młodej i nieskalanej trudami życia twarzy wystąpiły krople potu, skronie nabrzmiały pulsującymi żyłami, a głos, mimo że ledwo słyszalny, niósł się po izbie ponurym echem niczym zaklinania egzorcysty.
Za oknem trzaskały błyskawice, a drzewa uginały się pod naporem wichury. Deszcz tłukł o szyby niemiłosiernie, a na ścianach starego, rozpadającego się domu na końcu wsi w blasku świec pełzały pokraczne cienie.
Ksiądz po raz kolejny wykonał nad głową umierającej znak krzyża.
Kobieta leżała pod starymi kocami i ściskała w dłoniach nieco już zardzewiały krzyż z cierpiącym Chrystusem Panem. Jej stare, naznaczone ponurym losem dłonie drżały żałośnie, a ona szeptała pod nosem niezrozumiale dla wyjątkowo skromnego audytorium. Nie była pewna, czy Pan przyjmie ją do swojego królestwa, tak naprawdę szczerze wątpiła, aby wybaczył jej grzechy i wpuścił ją do raju. Dawno temu odwróciła się od Niego. Teraz bardzo tego żałowała.
Spojrzała na przygarbioną postać stojącą w rogu izby. Mężczyzna patrzył na nią chłodno. Jego brązowe, głęboko osadzone oczy migotały złowrogo w blasku świec, a gdy ksiądz po raz kolejny powiedział "amen", wydłubał spomiędzy trzonowców resztkę kapusty i splunął na podłogę.
Poczuła, jakby ktoś wbił jej nóż prosto w serce. Zamknęła powieki i z bólu zacisnęła szczęki z taką siłą, że wbiła sobie resztki spróchniałej zębowiny w dziąsła. Metaliczny smak krwi wypełnił jej usta. Kaszlnęła, opluwając brodę i pościel, a ministrant o blond włosach wytarł jej usta białą chustką.
Umierała. Poprzedniego wieczoru, gdy w końcu zabrakło wódki, ostatecznie zdała sobie z tego sprawę i poczuła lęk. Niezwykle intensywny. Potrafiła odróżnić go od strachu, który znała doskonale. Strach towarzyszył jej przez blisko sześćdziesiąt lat marnego i podłego życia. Naznaczonego biedą, smutkiem, kolejnymi depresjami i bólem duszy przychodzącym po każdej z nich. Strach był jednak uczuciem namacalnym, można było z nim walczyć, ukryć się przed nim, czasem nawet go oszukać. Ale świadomość, że już wkrótce zamieni się w cuchnące ścierwo, a jacyś obcy jej ludzie włożą je do taniej trumny i zakopią, sprawiała, że zdecydowała się poprosić o widzenie z ojcem Wilczkiem. Zrobiło jej się strasznie wstyd, gdy wezwany ministrant poinformował ją, że kapłan umarł trzy lata temu, a nowym proboszczem został ksiądz Adam Klich. Poprosiła więc o ostatnie namaszczenie ojca Adama, który do tej pory wykazywał się niezwykłym zaangażowaniem w wykonywaniu swojego powołania. Patrzyła mu w oczy, gdy wypowiadał kolejne sentencje, i dziękowała, że przyszedł do niej w chwili ostatniej próby.
- Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem.
Kobieta uderzyła się w piersi.
- Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Przeto błagam Najświętszą Maryję, zawsze Dziewicę, wszystkich Aniołów i Świętych, i was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana, Boga naszego.
Spojrzała w róg izby, ale nie dostrzegła w przygarbionej postaci tego, czego tak bardzo pragnęła. Ona milczała. I nie biła się w piersi.
- Niech się zmiłuje nad nami Bóg wszechmogący i odpuściwszy nam grzechy, doprowadzi nas do życia wiecznego...
Ksiądz kontynuował. Kobieta wtórowała tak, jak potrafiła. Było jej wstyd, że nie znała podstawowych modlitw. Kiedyś, dawno temu, pamiętała. Dziś, w godzinę własnej śmierci, nie umiała wyrecytować w całości choć jednej.
- Prosimy Cię, abyś złagodził jej cierpienia.
- Wysłuchaj nas, Panie.
- Prosimy Cię, abyś ją uwolnił od grzechów i pokus.
- Wysłuchaj nas, Panie...
Kobieta poczuła, jak do chorych oczu napływają łzy. Przez lata wyzbyła się wstydu, ale dziś to uczucie nie pozwalało jej choćby na chwilę zapomnieć o tym, jak żyła i co robiła. Pokusa, grzech, pokuta. Tak wyglądało całe jej plugawe życie.
Ukradkiem spojrzała na brodatego mężczyznę w rogu izby. Stał przygarbiony i obserwował księdza udzielającego ostatniego sakramentu umierającej kobiecie. Obojętny, niewzruszony, zimny. Nie pomagał. Nie uczestniczył w ceremonii. Czekał.
Ministrant o blond włosach podał młodemu kapłanowi naczynie z olejem świętym. Ojciec Klich namaścił czoło i zasklepione dłonie kobiety, a następnie, wypowiadając modlitwę za chorą w agonii, w imieniu Pana odpuścił grzechy. Gdy skończył, wytarł dłonie w watę, którą odłożył na biały obrus, tuż obok miseczki z wodą święconą.
Kobieta zakrztusiła się krwią, która tym razem dosięgła jej nadgarstka i gorliwie ściskanej figury Jezusa Chrystusa umierającego na krzyżu. Ksiądz delikatnie wytarł jej usta i dotknął dłoni. Uśmiechnął się przy tym do niej tak naturalnie, jak nikt od wielu długich lat. Poczuła ulgę.
- Już blisko. Jeszcze tylko "Ojcze Nasz".
Cierpiąca zacisnęła wargi, walcząc z przejmującym bólem. Rak, który od blisko trzech lat pożerał ją od środka, w ostatnich dniach rozpoczął sutą ucztę. Nie miała pieniędzy na morfinę, leki przeciwbólowe już nie działały, wódki zabrakło. Teraz, na łożu śmierci, cieszyła się z tego faktu. Choć raz chciała być trzeźwa i do Boga wejść z podniesioną głową.
Złożyła ręce i odmówiła z księdzem "Ojcze Nasz". Kilkakrotnie zakaszlała krwią, poczuła, że koniec jest już bardzo bliski. Błagalnie spojrzała na kapłana. Miał przystojną twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, prosty nos i duże niebieskie oczy. Nie była już w stanie wypowiedzieć słowa, zwłaszcza że na zewnątrz rozpętało się piekło, a odgłosy burzy zagłuszały nawet modlitwy księdza. Ojciec Klich uchwycił spojrzenie umierającej, jej tęczówki były szare jak u chorego na jaskrę, a białka przybrały kolor zgniłego jaja. Zrozumiał, co chciała mu powiedzieć, a ona mu za to milcząco podziękowała.
Patrzyła, jak sięga po bursę z Komunią Świętą. Z namaszczeniem wyciągnął opłatek i delikatnie wsunął go w uchylone usta umierającej.
Kobieta gestem poprosiła, aby nachylił się nad nią. Zrobił to, a ona wyszeptała, że przed śmiercią chce wyjawić ostatnią tajemnicę.
- Mów, córko. Pan Jezus cię słucha.
Pokiwała głową i wskazała na postać w rogu. Ksiądz Klich podszedł do niej i przekazał ostatnie życzenie umierającej, po czym opuścił izbę. Mężczyzna przeciągnął językiem po dziąsłach i splunął szpetnie na podłogę. Zrobił kilka kroków, a pod jego potężnymi stopami podłoga zaskrzypiała.
Nachylił się nad kobietą, a ona spojrzała mu w oczy. Pałały czystą, nieukrywaną nienawiścią. Przeraziła się, że nie pójdzie do nieba. Gdy w jego źrenicach odbiły się płomienie świeczek, pomyślała, że tak właśnie wygląda diabeł. I teraz, w godzinę jej śmierci, objawił się pod jego postacią.
Zanim umarła, powiedziała mu całą prawdę.
List św. Jakuba, Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum. [wróć]
Filip Trochan był mężczyzną przed czterdziestką, choć ludzie zwykle dawali mu kilka lat mniej. Nosił dobre garnitury i idealnie wyprasowane przez żonę koszule, oczywiście, gdy tylko opuścił swoją klinikę, w której był lubiany i szanowany nie tylko przez pacjentów, ale także pracowników, od pani sprzątającej po zatrudnionych lekarzy specjalistów. Często podróżował po Europie, jeździł na sympozja i pomimo wybitnych osiągnięć w podologii stawiał sobie coraz to nowe wyzwania i wciąż poprawiał własne umiejętności, w związku z czym ściana jego gabinetu wyglądała niczym mundur zasłużonego generała - z tą różnicą, że zamiast medali i odznaczeń zdobiły ją certyfikaty, dyplomy i atesty.
Lubił czasem usiąść w fotelu i wodzić wzrokiem po dowodach swoich niewątpliwych osiągnięć. Co prawda nie należał do osób z przesadnie wybujałym ego, tym bardziej nie wywyższał się w towarzystwie, mimo to czuł się człowiekiem sukcesu i przynajmniej przed samym sobą tego nie ukrywał. Miał cudowną rodzinę, wspierającą go żonę Annę oraz przepiękną pięcioletnią córeczkę o dźwięcznym imieniu Lena. Choć na co dzień tego nie okazywał, był dumny, że każdego dnia może wracać do domu z podniesioną głową, będąc pewnym, że niczego im nie zabraknie, nawet jeśli wymagało to od niego tylu wyrzeczeń.
Tego wieczoru też był zmęczony. Gdy odwiesił fartuch i sprawdził stan ostatnich pacjentów, postanowił, że przed wyjściem zajrzy jeszcze do skrzynki mailowej. Chwilę trwało, zanim przebił się przez rozrośnięty do gargantuicznych rozmiarów spam, którego w żaden sposób nie mógł się pozbyć, w końcu jednak wyłuskał interesujące go wiadomości. Dwa zaproszenia na sympozja do Sankt Petersburga i Dubaju, prywatna wiadomość od doktora Szymanowskiego z Centrum Medycznego ALDEMED dotycząca zmiany terminu spotkania oraz spersonalizowana, niecierpliwie wyczekiwana oferta z firmy Medicors, mająca na celu przedstawienie najnowocześniejszego sprzętu do chirurgii stopy, zwłaszcza zaś leczenia wrastających paznokci, co było wizytówką doktora nie tylko w kraju, ale i w Europie.
Przed opuszczeniem kliniki musiał odpisać przynajmniej doktorowi Szymanowskiemu. Był jednak tak zmęczony, że nie miał sił wchodzić z nadawcą w jakąkolwiek dyskusję, dlatego - dziękując w duchu, że od jakiegoś czasu są już na stopie prywatnej i nie musi udawać - wiadomość ograniczył do krótkiego "Tak, dzięki za informację, pozdrawiam, FT". Chwilę potem zamknął laptopa i rozsiadł się w skórzanym fotelu. Postanowił, że zasługuje chociaż na dziesięć minut całkowitego spokoju, zwłaszcza że sekretarka już dawno opuściła biuro, a nikt inny - prócz sprzątaczki i żony oczywiście - nie miał prawa wejść do jego gabinetu bez uprzedniego umówienia się na konkretną godzinę. Dziesięć minut zamieniło się w blisko godzinę i gdyby nie pani Grocholska, która w każdy poniedziałek, środę i piątek przychodziła posprzątać biura, Filip Trochan zapewne spałby przynajmniej kolejne dwie.
Obudził go dźwięk otwieranych drzwi. Doktor zerwał się na widok starszej kobiety w ogromnych okularach, która bezceremonialnie wpakowała się do gabinetu z pokaźnych rozmiarów wózkiem.
- Dobry wieczór, pani Basiu - przywitał się, przecierając oczy.
- Dobry wieczór, panie doktorze - powiedziała i wymownie podparła się pod boki.
- Znów mnie pani przyłapała. - Trochan wstał i chwycił wiszącą na wieszaku marynarkę.
- To już trzeci raz w tym miesiącu, a mamy dopiero dziesiąty października, panie doktorze. Jak tak dalej pójdzie, to pana licho weźmie i taki będzie koniec.
- Ej tam, od razu licho. Pani zawsze taka czarnowidzka?
- Żadna tam czarnowidzka, tylko kobieta twardo stąpająca po ziemi. Jak mój świętej pamięci Gieniu tak się zaharowywał w tej pieruńskiej kopalni, to też niby mówił, że go licho nie weźmie. I co? Wzięło go szybciej, niż myślał i...
- Dobrze już, dobrze, pani Basiu. Obiecuję, że się poprawię.
- Od trzech lat doktor mi to gada. - Grocholska wymownie machnęła ręką. - A ja pana i tak przydybię. I tak w koło Macieju.
Trochan poprawił poluzowany krawat i już miał wyjść, gdy postawna kobieta w okularach przypominających oczy owada zatarasowała mu drogę.
- Ooo, tak, was młodych to zawsze trzeba pilnować na każdym kroku - rzekła, gdy naprostowała węzeł przy kołnierzyku. - Krawat to nie męski zwis, jak próbują go nazywać w tej pieruńskiej telewizji. I trzeba umieć go nosić.
- Co ja bym bez pani zrobił, pani Basiu? - Trochan uśmiechnął się i opuścił gabinet.
Ruszył do windy, która o tej porze zwykle była rzadko używana. Wcisnął guzik, w opuszczonym korytarzu rozległo się głośne "ping", a z szybu dał się słyszeć stłumiony szept nowoczesnego mechanizmu. Chwilę później srebrne drzwi rozsunęły się i doktor wszedł do środka. Spojrzał odruchowo na zegarek Tag Heuer - prezent od żony na dziesięciolecie ślubu - za, bagatela, szesnaście tysięcy złotych i pomyślał, że jest szczęśliwym człowiekiem. Nawet jeśli zapieprza od rana do wieczora, to lubi to, co robi, i na nic mu nie brakuje. Nacisnął przycisk z symbolem "-1", oznaczającym garaż, gdzie czekał na niego nowiutki srebrny SUV - Hyundai Santa Fe, którym pojedzie do rezydencji w podzielonogórskim Jędrzychowie. O tej porze ukochana żona pewnie układała do snu Lenkę, ponieważ dochodziła dziewiąta, która dla młodej była graniczną godziną. Po niej, nawet jeśli próbowała walczyć ze snem, szczypiąc się po rękach, zawsze przegrywała z kretesem.
Pomyślał, że miło by było spędzić romantyczny wieczór. Ostatnio rzadko bywał w domu, z żoną kochał się rzadziej niż kiedyś i choć ona, psycholog prowadząca własny gabinet, nigdy nie zdecydowała się poruszyć tego tematu, wyczuwał, że coś między nimi szwankuje. To była ta jedna, ledwo dostrzegalna rysa. Niby wszystko wyglądało w jak najlepszym porządku, ale gdzieś tam pod płaszczem miłości, wzajemnego szacunku i wieloletniego przyzwyczajenia krył się problem, do którego oboje nie chcieli się przyznać. Lekceważył go, tłumacząc się przed samym sobą przepracowaniem i brakiem czasu, ale z każdym kolejnym miesiącem dręczył go coraz bardziej. Czuł, że ktoś lub coś zasiało ziarenko, które w ich wzorowy i uporządkowany związek wprowadziło nutkę niepokoju, co gorsza, wykiełkowało i wypuściło pędy.
Dziś zabawię się w ogrodnika i wytnę niepożądane pędy, pomyślał, maszerując w kierunku samochodu. Zajadę po drodze po sushi, w Świecie Win (dawno tam nie byłem i mam nadzieję, że mają otwarte do dziesiątej) kupię drogie chilijskie wino (ona uwielbia chilijskie wina). Spędzimy romantyczny wieczór, a potem będziemy się dziko i namiętnie kochać przy rozpalonym kominku, wsłuchując się w trzask płonących polan. Gdy już ochłoniemy, znów napijemy się wina, a potem to powtórzymy. Jeszcze mocniej i intensywniej.
Te myśli wprowadziły go w jeszcze lepszy nastrój. Miał plan na dzisiejszy wieczór, dlatego przyspieszył kroku. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął kluczyki i wcisnął przycisk. Reflektory błysnęły, rozjaśniając na chwilę półmrok niewielkiego podziemnego garażu i oświetlając pobliską ścianę.
Trochan przystanął.
To był ułamek sekundy, ale dałby sobie uciąć palec, że ktoś stał w zacienionym rogu. W miejscu, gdzie nikt nigdy nie stanąłby ot tak. Poczuł się nieswojo, tym bardziej że zarys postaci był mu znajomy. Nie należał do cykorów, od lat trenował karate i choć nauczony pokory, zwykle schodził z drogi ewentualnym agresorom, na pewno nikomu tanio by skóry nie sprzedał.
Przez moment zawahał się, ale raz jeszcze wcisnął przycisk otwierający zamek w aucie. Światła znów zamigotały pomarańczowym blaskiem, ale tym razem postać już się nie pojawiła. Pomyślał, że to pewnie efekt zmęczenia, ale gwałtowny i bardzo nieprzyjemny dreszcz przypomniał mu, że nie może się dalej okłamywać. Znał tę postać. Prześladowała go od dzieciństwa, od najmłodszych lat. W snach, w ciemnych zakamarkach, nawet w lustrach, których nie lubił do dziś. Rosła, tężała i rozwijała się razem z nim, zawsze pojawiała się jednak jako cień, istota bez twarzy. Z czasem jej oblicze nabrało kształtów, ale do samego końca pozostało zamazane, przez co było jeszcze bardziej przerażające. Zwłaszcza gdy otwierało swoje przepastne czarne usta i wydawało ten ohydny, niemy krzyk, niczym bezimienny bohater słynnego obrazu Edvarda Muncha. Gdy inne dzieci bały się duchów i potworów, on zawsze bał się tego szkaradnego cienia.
Ostatni raz widział go wiele lat temu, chyba na jednej ze studenckich imprez. Kolega zaproponował mu skręta z "białą wdową", wówczas podobno najlepszą na rynku marihuaną. To był pierwszy i ostatni raz, gdy zaaplikował sobie jakikolwiek narkotyk.
Dlaczego zobaczył go ponownie właśnie teraz? Nerwowo wcisnął przycisk po raz trzeci. I po raz trzeci światła rozjaśniły półmrok pomarańczowym blaskiem. Nikt nie stał w rogu, nikt się na niego nie czaił. Cień zniknął.
- Jesteś przemęczony, doktorze Trochan - mruknął pod nosem i ruszył w kierunku auta.
Gdy chwycił za klamkę, usłyszał z głębi parkingu jakiś dźwięk. Jakby niewielki stalowy element potoczył się po betonie i zatrzymał gdzieś w oddali. W niemal absolutnej ciszy metaliczny odgłos poniósł się upiornym echem.
Trochan puścił klamkę i poszedł na tył samochodu. Otworzył bagażnik i wyciągnął saperkę. Pomyślał, że właściwie mógłby po prostu wsiąść za kierownicę, włączyć silnik i pojechać po sushi i wino, a z samochodu zadzwonić na policję i zgłosić, że ktoś podejrzany kręci się po podziemnym parkingu kliniki. Pierwszy lepszy patrol zajechałby sprawdzić, co się dzieje, i ewentualnie zgarnąłby tego bezdomnego, złodzieja czy kimkolwiek był ten osobnik. Mimo to z saperką w ręku ruszył przed siebie. W głębi duszy doskonale wiedział, że to nie był ani bezdomny, ani złodziej. Przez krótki moment poczuł się silny i twardy, ale gdy metaliczny odgłos rozległ się w najciemniejszym zakamarku parkingu, zrozumiał, że był w błędzie. Na skroniach wystąpiły mu krople potu, a serce zamieniło się w młot pneumatyczny. Suchość w ustach, drżenie rąk, gardło ściśnięte jak w imadle.
Ostatni atak paniki miał dobrych kilkanaście lat temu, ale nie zapomniał tego obezwładniającego uczucia. Paraliżowało go w ułamku sekundy. Tak właśnie reagował, gdy wyczuwał jego obecność.
Cień wrócił.
- Kto tam? Proszę odpowiedzieć, bo mam się czym bronić...
Ton głosu zaskoczył nawet jego samego. Piszczał jak pięcioletnia dziewczynka, która właśnie straciła z oczu mamę w lunaparku. Jeśli chciał kogoś przestraszyć, to jego starania z pewnością odniosły odwrotny skutek.
Uznał, że wystarczy. Nie będzie dalej pajacować. Wycofał się i ruszył w kierunku pojazdu. Otworzył drzwi i usiadł za kierownicą, a saperkę położył na siedzeniu pasażera. Rozejrzał się po parkingu po raz ostatni, po czym włączył silnik. Reflektory rozbłysły silnym, jasnym światłem, ale choć podświadomie to sobie wyobraził, nie uchwyciły w swoim blasku zarysu żadnej złowrogiej postaci. Zamiast tego wnętrze pojazdu wypełniły rytmy jakiegoś nowego hitu w języku hiszpańskim, który wpadł mu w ucho kilka dni temu. Muzyka sprawiła, że poczuł się bezpieczniej. Przesunął gałkę zmiany biegów na "drive" i powoli ruszył do przodu. Gdy brama garażu uniosła się, a on opuszczał podziemny parking, pomyślał, że chyba przesadził. Przecież cień był tylko ucieleśnieniem jego obaw i lęków z dzieciństwa. Przynajmniej tak kiedyś tłumaczył to psychiatra.
Wtedy na kręgosłupie poczuł lodowate palce strachu. Odruchowo zamknął oczy i pomodlił się, aby w lusterku wstecznym znów nie ujrzeć tego, co mignęło mu przed chwilą w odbitym świetle ulicznych latarni.
Za plecami usłyszał dyszenie i poczuł ciepły oddech na karku.
Cień siedział tuż za nim.
Chwilę później doktor runął w otchłań ciemności.
Na zewnątrz wciąż panował mrok. Krople deszczu dudniły o parapet starej kamienicy na warszawskiej Saskiej Kępie, a sypialnię o skąpym wystroju wypełniały jęki szczytującej pary kochanków. Kobieta o długich blond włosach wpijała paznokcie w klatkę piersiową partnera i gwałtownie, z każdą sekundą coraz szybciej i bardziej zachłannie, ujeżdżała go. W kulminacyjnym momencie zaklęła siarczyście i wygięła ciało w łuk niczym gimnastyczka. Mężczyzna uniósł biodra, jakby w ostatniej chwili chciał wejść w kochankę jeszcze głębiej, po czym obojgiem targnęła fala ekstatycznych spazmów. Chwilę później kobieta opadła na partnera, jakby straciła wszystkie siły.
Leżeli tak przez kilkadziesiąt kolejnych sekund, dysząc ciężko. Wnętrze wypełniał zapach dymu papierosowego, kadzideł i seksu.
- Kocham cię, Igor - szepnęła mężczyźnie do ucha i pocałowała go w szyję. Raz, drugi, trzeci, czekała, aż w końcu usłyszy z jego ust to samo, ale kochanek milczał.
Jak zawsze.
Oksana Szczypenko pochodziła z Ukrainy i blisko rok temu zakochała się w Igorze bez opamiętania. Poznali się przypadkiem, gdy prowadził śledztwo dotyczące zabójstwa szefa jednego z magazynów dużej firmy odzieżowej pod Warszawą. Przesłuchiwał ją jako jednego z kilkudziesięciu potencjalnych świadków i choć nie miała zielonego pojęcia o sprawie, zatrzymała wręczoną wizytówkę. Po kilkunastu dniach walki z samą sobą zadzwoniła. Wtedy wszystko się zaczęło.
Z początku ją zlekceważył, ale miała swoje sposoby, aby zmienił zdanie. W końcu uległ i spotkali się w gruzińskiej restauracyjce na Starym Mieście. Przyszła ubrana w podkreślającą jej kształty czerwoną sukienkę i od razu zrobiła na nim wrażenie. Szczupłe nogi do samego nieba wieńczyły zgrabne pośladki, a szerokie biodra kontrastowały z talią tak wąską, że postawny mężczyzna był w stanie objąć ją dłońmi. Jej bezsprzecznym atrybutem były też ogromne jasnoniebieskie oczy oraz zdrowe, lśniące włosy koloru letniego słońca. Znała swoją wartość i wykorzystała ją w pełni, aby usidlić faceta, który w tylko sobie znany sposób skradł jej serce.
Oksana uniosła delikatnie głowę i odgarnęła dłonią posklejane w strąki włosy. Jej mężczyzna miał zamknięte powieki, oddychał coraz spokojniej. Powiodła wzrokiem po jego idealnie wyprofilowanej twarzy, twardych, męskich rysach, bliźnie przecinającej łuk brwiowy i pokrytych kilkudniowym zarostem policzkach. Nie mogąc się oprzeć, pocałowała go w usta, po czym zsunęła się z niego i położyła obok.
Przez chwilę obserwowała, jak jego klatka piersiowa miarowo unosi się i opada. Położyła smukłą dłoń w okolicach mostka. Jej palce powoli przesuwały się, zakreślając niewielkie koła, kluczyły pomiędzy zroszonymi potem włosami, w końcu zatrzymały się kilka centymetrów powyżej prawego sutka. W tym miejscu skóra była pozbawiona owłosienia, a przy tym najdelikatniejsza, przypominała jej najdoskonalszy jedwab. Przez kilka sekund zataczała na niej palcami drobne okręgi, następnie przysunęła twarz i pocałowała to miejsce. Nie dostrzegając żadnej reakcji ze strony mężczyzny, położyła głowę i objęła go.
Westchnęła zawiedziona. Nie miała pojęcia, jak przebić się przez ten emocjonalny mur, jakim Igor odgrodził się od reszty świata. Jeszcze nigdy nie spotkała tak zamkniętego w sobie człowieka. Nie naciskała go, wiedziała, jaki jest, i przyzwyczaiła się do tego, że nie okazuje albo po prostu nie potrafi okazywać uczuć. Na początku znajomości nawet jej się to podobało. Igor był taki surowy, męski, trochę szorstki w obyciu, a do tego pieprzył się jak sam bóg. Z czasem jednak odnalazła w sobie potrzebę większej akceptacji, pragnienie głębszego związku, motywowanego nie tylko dzikim i namiętnym seksem. Czuła, że nie była Igorowi obojętna, ale nigdy też nie usłyszała od niego czegoś więcej niż "jesteś cudowna i szaleję za tobą", zwykle tuż przed albo w czasie, gdy się kochali. Słowo "kocham" zdawało się nie istnieć w jego słowniku, jakby było co najmniej zakazane, a jego użycie podlegało karze.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk komórki Igora. Tej firmowej, która dzwoniła, kiedy chciała. I nieraz zepsuła im upojną noc.
Igor po omacku wyciągnął rękę w kierunku nocnej szafki. Nie mogąc namierzyć bzyczącego telefonu, otworzył oczy i delikatnie wysunął się spod ciała kochanki.
- Musisz? - zapytała.
Nic nie odpowiedział, tylko spuścił nogi na podłogę i chwycił urządzenie. Dzwoniła jego była partnerka Julia Zawadzka, z którą przestał pracować, gdy po jednej z akcji stres odreagowali w łóżku. Od tamtej pory wolał działać sam, choć oboje pozostali w przyjacielskich relacjach.
- Cześć, Igor.
- Cześć, Julka.
- Jesteś w Warszawie?
- Tak, ale wiesz, która...
- Tak, wiem, która jest godzina, więc...
- Dlaczego nie dzwonisz na prywatny?
- Bo mógłbyś nie odebrać.
- Pod ten numer dzwonią zwykle po to, aby mi zepsuć humor. Też masz taki zamiar?
- Sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale raczej ci go nie poprawię. Musimy się natychmiast zobaczyć.
- To nie może poczekać do rana?
- Owszem, ale wtedy zapewne będziesz już gwiazdą wszystkich mediów, a komendant nakaże ci natychmiastowe stawienie się w jego biurze, aby osobiście urwać ci jaja.
- Ty się dobrze czujesz, Julka?
- Nie wkurwiaj mnie, Igor. Nie dzwoniłabym do ciebie, gdyby to nie było ważne. Przyjedź do mnie jak najszybciej. Albo ja mogę dojechać do ciebie.
- Nie, do mnie nie. Niedługo będę, ale możesz mi choć z grubsza powiedzieć, o co chodzi?
- Już za chwilę możesz być podejrzany o morderstwo. Wystarczy?
- Żartujesz sobie?
- A brzmię, kurwa, jakbym żartowała? Pospiesz się, Igor.
Połączenie zostało przerwane. Komisarz siedział na skraju łóżka i próbował jakoś przyswoić słowa byłej partnerki.
- Musisz uciekać... - mruknęła Oksana. W jej tonie wybrzmiał nieskrywany żal.
- Na to wygląda - rzucił w przestrzeń, po czym obrócił się i spojrzał jej w oczy. - Jak chcesz zostać, to klucze wiszą w skrzynce przy drzwiach. Ale nie czekaj. Nie wiem, kiedy wrócę.
- Przyzwyczaiłam się.
Igor włożył spodnie i wyjął z szafy koszulę. Najpierw jedną, potem drugą, trzecią, czwartą cisnął w kąt. Zaklął pod nosem, wszystkie wyglądały jak wyjęte psu z gardła.
- Ja panu wyprasuję, panie komisarzu. - Oksana rzuciła mu zalotne spojrzenie i zamachała łydkami jak lolitka z kucykami i wielkim lizakiem w ustach.
- Nie teraz, Oka. Poza tym czasem mogłabyś zaprotestować...
- Czyż nie jesteś moim panem i władcą?
Igor miał mętlik w głowie, a podobne zagrywki ze strony Oksany zdecydowanie nie pomagały w koncentracji. Uwielbiał ją za to jednowymiarowe postrzeganie życia, ale teraz najchętniej wyrzuciłby ją za drzwi. Miała dwadzieścia osiem lat i choć przeżyła już wiele, wciąż, była niewinna i naiwna, zwłaszcza gdy zaciągała z tym swoim wschodnim akcentem.
- Wezmę koszulkę.
- Czyli nie idziesz na inne dziewczyny? - zapytała zaczepnie i usiadła na skraju łóżka.
- Oka, proszę cię. Idź już spać.
Komisarz przełożył przez głowę wysłużoną koszulkę reeboka, na nią narzucił równie szaroburą rozpinaną bluzę. Sięgnął do szuflady w szafce nocnej, wypiął walthera z kabury i wcisnął za pasek spodni. Często tak nosił broń, lubił czuć ją przy ciele.
- Mam się martwić? - spytała Oksana, jakby wyczuwając, że tym razem nie chodzi o zwykły telefon z komendy.
- Nie musisz.
- Na pewno?
- Czy kiedykolwiek cię okłamałem?
Oksana uśmiechnęła się anemicznie, bo rzeczywiście nigdy tego nie zrobił. Ale jeżeli zwykle milczy się na większość tematów, to i skłamać trudno.
- Nigdy - szepnęła i osunęła się z powrotem na pościel.
Chwilę później Igor maszerował przez ponure podwórze, nie zważając na siekący deszcz. Miał złe przeczucie, a intuicja zawodziła go rzadko. Gdy w końcu dotarł do samochodu i uruchomił starego nissana patrola, pomyślał, że wdepnął w niezłe bagno.
Komisarz Igor Brudny był mężczyzną w kwiecie wieku. Nie przykładał wagi do tego, co nosi, dlatego zwykle wyglądał tak samo. Golił się raz na tydzień, a jak miał dużo pracy w terenie, to czasem raz na dwa. Większość współpracowników widziała w nim gbura, ale nie rozdzierał szat z tego powodu, w zasadzie nawet mu to odpowiadało. Przynajmniej nie musiał udawać i każdemu z osobna mówić rano "dzień dobry", gdyż wychodził z założenia, że nie ma sensu chwalić dnia przed zachodem słońca. Dobre dni przytrafiały mu się rzadko, ale potrafił je docenić, zwykle wieczorami w towarzystwie ulubionych jamesona i Brudnego Harry'ego, od jakiegoś czasu jamesona, Brudnego Harry'ego i pewnej niezwykle uroczej Ukrainki, która dawała mu to, czego jameson i Brudny Harry nie byli w stanie.
Komisarz Brudny był też człowiekiem o dość zagmatwanej przeszłości. Nikomu o tym nie mówił, ale tak naprawdę nie nazywał się Brudny. Nazwisko to przyjął tuż po wkroczeniu w dorosłość, gdy postanowił zniknąć z miejsca, gdzie się wychował, i raz na zawsze zerwać ze światem, który los mu wybrał. Jedynym transferem z życia numer jeden do życia numer dwa był właśnie Brudny. Brudny Harry. To na cześć tego ascetycznego gliniarza, którego grał nie mniej surowy w życiu prywatnym Clint Eastwood (a przynajmniej Igor tak go sobie wyobrażał), przyjął w Urzędzie Stanu Cywilnego nowe nazwisko. Pomijając grymas wyjątkowo nieprzyjemnej biurwy, która słysząc wybór petenta, nie omieszkała poprzewracać oczami i dodatkowo go skomentować, Igor nigdy więcej nie miał problemów w związku z nowym nazwiskiem. Zwłaszcza że w stolicy, do której się przeprowadził, popracował nad wizerunkiem, aby już od pierwszego kontaktu sprawiać wrażenie ponurego skurwysyna.
Przeszłość Igora kryła wiele smutnych historii, ale nigdy nikomu o nich nie opowiadał. W ogóle mówił niewiele i gdyby nie praca, która w dużej mierze polegała na zadawaniu pytań, pewnie nie mówiłby wcale. Według Igora od słów wszystko się zaczynało i na nich wszystko kończyło. Nie tylko w pracy, ale także poza nią. A poza pracą czuł się jak słoń w składzie porcelany. Dlatego przez blisko dwadzieścia lat był sam, a jego kontakt z kobietami ograniczał się do przygodnych spotkań, zwykle rzadkich, bo z konieczności opłacanych z lichej policyjnej pensji. Miało to swoje plusy, bo nie musiał mówić, minusem była arytmetyka, której nie dało się oszukać, i bywało, że Igor pod koniec miesiąca musiał ograniczać się do chleba, sera i jamesona. Dopiero przed rokiem coś w tym temacie drgnęło, a nieoczekiwane pojawienie się w uporządkowanym schemacie gadatliwej kobiety (z mocnym wschodnim akcentem) wprowadziło w życie Igora nieco więcej słów, których połączenie nie kończyło się znakiem zapytania. Godził się jednak na to, bo był gburem, ale nie ignorantem i rozumiał, że może otrzymać coś tylko wtedy, gdy z czegoś innego zrezygnuje. Decydując się na jakiś ruch, należało się liczyć z konsekwencjami. Akcja rodziła reakcję. To był bardzo prosty mechanizm (lub jak kto woli, prawda życiowa), lecz poznał w życiu wielu ludzi, którzy jednak tego nie rozumieli. Takich zazwyczaj łapał albo do nich strzelał.
Lubił proste środki i czytelne metody. Przejrzyste rozwiązania i jasne odpowiedzi. Czerń i biel. Dlatego tym bardziej nie mógł pojąć, co miał znaczyć ten enigmatyczny i popierdolony telefon od Julki w sobotę o drugiej trzydzieści nad ranem.
Dotarł na Giełdową krótko po trzeciej. Zatrzymał się tam, gdzie zawsze, czyli na zarośniętej dzikimi krzakami wysepce, która z racji przesadnie wysokiego krawężnika dla zdecydowanej większości samochodów osobowych była nie do sforsowania. Wyłączył silnik i raz jeszcze spróbował ogarnąć, o co mogło chodzić byłej partnerce z patrolu. Nic nie przychodziło mu do głowy, a nie lubił być zaskakiwany. Nawet przez Julkę.
Wysiadł z samochodu i zeskoczył na chodnik. Wciąż lało jak z cebra, a w oddali dźwięczały klaksony uwijających się jak w ukropie taksówek. Skierował się w stronę portierni, przez którą wchodziło się na zamknięte osiedle, jedno z wielu, które w ostatnim czasie wyrastały w stolicy jak grzyby po deszczu. Okolica nie należała do tanich i Igor zawsze zastanawiał się, jak Julka daje radę się tu utrzymać.
Strażnik go znał, więc przywitał się tylko i przepuścił. Igor wyszedł na wewnętrzne, przestronne podwórze i ruszył do jednego z kilkuletnich wieżowców. Na ósmym piętrze mieszkała Julia Zawadzka, była partnerka z patrolu, dla której kiedyś zebrał kulkę i z którą potem wylądował w łóżku. To wtedy jedyny raz złamał swoje zasady. I zaczął mówić...
Wszedł do klatki i zadzwonił domofonem. W odpowiedzi usłyszał tylko sygnał rozmagnesowującego się zamka. Po pierwsze spodziewała się go, a po drugie każde z urządzeń miało wbudowaną kamerę. Przy windzie natknął się na podpitą parkę, która lubieżnie całowała się pod ścianą. On, w spodniach w kant i wygniecionej koszuli za tysiaka, ona z tych, których usta wyglądają, jakby pokąsały je pszczoły. Byli na siebie mocno napaleni, bo nawet go nie zauważyli. Dopiero gdy drzwi się otworzyły, a dziewczyna zorientowała się, że nie są sami, wyrwało jej się krótkie "o kurwa". Odsunęła kochanka i odruchowo spuściła nieco podciągniętą już spódnicę, ale zaraz potem oboje zachichotali. Igor nie czekał, wcisnął guzik z ósemką i winda ruszyła w górę.
Nie musiał pukać, do Julki wchodził jak do siebie. Od lat była jedyną bliską mu osobą, która wiedziała więcej niż to, co znajdowało się w jego aktach. Przywitała go na bosaka, w koszulce na ramiączkach i szortach. W jednej dłoni trzymała obgryziony kawałek jabłka, a w drugiej do połowy wypalonego cienkiego LM-a.
- Długo ci zeszło - rzuciła i odgarnęła nadgarstkiem niesforny kosmyk rudych włosów.
- Nie byłem sam.
- Wciąż jesteś z tą Ukraineczką?
- No...
- Dobra, nie mów. Siadaj, zrobię ci mocną kawę.
Gdy Julka proponowała komuś mocną kawę, zwykle sytuacja była poważna. Ale nie poganiał jej, znał ją i wiedział, że jest profesjonalistką. Na pewno przygotowała się do tego spotkania należycie.
- Wyjeżdżałeś z Warszawy? - spytała, lejąc wrzątek. Stała przy blacie, obrócona tyłem, z papierosem w ustach.
- Nie.
Igor obserwował, jak przestępuje z nogi na nogę. Miała umięśnione uda i jędrne pośladki, ale do figury modelki sporo jej brakowało. Małe piersi i dość krótkie włosy też nie dodawały jej kobiecości, mimo to mężczyźni uganiali się za nią jak za suką w rui. Uwielbiali ją, bo gadała jak facet, piła jak facet i pieprzyła się jak facet. Tak naprawdę Julka była facetem, tylko podczas aktu tworzenia Matce Naturze coś się pochrzaniło i zamiast kompletnego "zestawu", dała jej tylko jaja. A te miała jak arbuzy i nikt w całej komendzie nie podawał w wątpliwość tego niezaprzeczalnego faktu, z komendantem włącznie.
Dziś jednak zachowywała się dziwnie. Igor potrafił ją wyczuć, bo znali się jak łyse konie. I rozumieli bez słów.
Zgasiła papierosa i z kubkiem kawy zbliżyła się do przyjaciela. Przysiadła obok i sięgnęła po kolejną fajkę. To już był bardzo zły sygnał. Otworzyła laptop.
- O tym, co ci teraz powiem i pokażę, na razie wiemy tylko ja i Leśny. To on ma dziś dyżur.
- Ten Leśny?
- Tak, ten, dlatego zadzwonił do mnie, a nie do ciebie.
Ryszard Leśny był aroganckim typem, a takich Brudny bardzo nie lubił. Dwa lata temu złamał mu palec wskazujący, którym ponoć Julce dogadzał, przynajmniej tak się chwalił w szatni kolegom. Ona nie robiła z tego afery, bo seks traktowała instrumentalnie, ale Igorowi to się nie spodobało. Leśny tego nie zgłosił, bo na kolegów się nie kabluje, odpuścił, bo z Brudnym lepiej było nie zadzierać, a poza tym gnojek był zwykłą pizdą. Od tamtej pory unikali się, czyli wszystko pozostawało w normie, bo Igor w zasadzie unikał większości kolegów z pracy.
- O co chodzi z tym morderstwem?
- Sama chciałabym wiedzieć.
Zaciągnęła się, drugą ręką operowała zintegrowaną z laptopem myszką. Po chwili na ekranie pojawiło się zdjęcie. Brudny widział tysiące podobnych, więc od razu zorientował się, że to fragment nagrania z kamery miejskiej.
Na zdjęciu można było dostrzec mężczyznę klęczącego przy ścianie jakiejś kamienicy. Miał na sobie ciemną kurtkę, a na głowie kaptur.
- Kto to? - spytał.
- Miałam nadzieję, że ty mi to powiesz.
Zawadzka wyświetliła kolejne fotki. Na każdej z nich był uchwycony ten sam mężczyzna w różnych pozycjach. Wyglądało, jakby nad czymś pracował, jego oblicze wciąż skrywał sporych rozmiarów kaptur. W końcu na jednym ze zdjęć dało się dostrzec fragment jego twarzy, na kolejnym stała się już w pełni widoczna, choć wciąż dość mocno zamazana. Julia nie przestawała klikać. Jeszcze jedno. I następne. Igor poczuł na plecach nieprzyjemny dreszcz. Wyostrzenie, zbliżenie. Kurwa!
- Co to ma znaczyć, do jasnej cholery? - rzucił wyraźnie zaskoczony.
- No właśnie, miałam nadzieję, że ty mi to powiesz.
- Skąd jest ten materiał?
- Z kamer miejskiego monitoringu w Zielonej Górze.
- Julka, to nie jest śmieszne...
Posłała mu spojrzenie, po którym powinien paść trupem.
- Dobra, o co tu chodzi? Kim jest ten facet na zdjęciu i dlaczego jego gęba wygląda jak moja?
- Ten facet to według lokalnej policji niejaki Filip Trochan, lekarz i założyciel prywatnej kliniki w Zielonej Górze. Żonaty, pięcioletnia córka, ogólnie człowiek lubiany i szanowany. Gdyby nie to, że jest podejrzany o morderstwo.
- Filip Trochan...?
Brudny się zasępił. Zdjęcie zostało zrobione w nocy, dodatkowo nie należało do najdokładniejszych, ale policyjni technicy zrobili swoje i doprowadzili je do stanu, że można było dostrzec uderzające podobieństwo. To mógł być zwykły zbieg okoliczności, ostatecznie każdy ma gdzieś swojego sobowtóra, ale Brudny dawno temu przestał wierzyć w zbiegi okoliczności.
- Dla jasności. Facet ze zdjęcia nie tylko zabił ofiarę, ale też wyciął jej większość organów i obwiesił nimi te... - Julia przez moment szukała w pamięci konkretnej nazwy - ...bachusiki. To takie figurki poro...
- Wiem, czym są bachusiki - uciął Brudny.
- No właśnie, Igor. Ty pochodzisz chyba z tamtych okolic, co nie?
Komisarz poczuł złość. Nie na nią, ale na siebie. To właśnie Julce zdradził kiedyś, że jest sierotą, że nigdy nie poznał swoich rodziców i wychował się w domu dziecka pod Zieloną Górą. Właśnie dlatego nikogo nie powinna obchodzić przeszłość innych. Zignorował ostatnie pytanie.
- No dobra. Jest facet, który kogoś zabił. Okej, podobny do mnie, nawet mieszka w okolicach, skąd pochodzę. I co z tego, Julka? Co z tego?
- Nie powiedziałam, ile ma lat...
Brudny przygryzł dolną wargę i pokiwał głową na znak, że wie, do czego dąży.
- Niech zgadnę. Trzydzieści osiem.
- Bingo. A urodziny obchodzi dzień po twoich.
Ten argument był naprawdę mocny. Brudny przez moment patrzył w nieokreślonym kierunku. Zawadzka dała mu chwilę, aby to sobie poukładał. Nie potrzebował dużo czasu.
- To może być zwykły zbieg okoliczności. A już na pewno żaden dowód. Zresztą dzień urodzin się nie zgadza, mam rację?
- Gdybym cię nie znała, to może bym ci uwierzyła. Nie wierzysz w przypadki tak samo jak ja. Zresztą popatrz na to.
Zawadzka wpisała w wyszukiwarkę dane Trochana. W ułamku sekundy wyskoczyło kilkadziesiąt artykułów o doktorze i jego klinice oraz cała masa zdjęć, głównie z sympozjów i konferencji branżowych. Tym razem ich jakość nie pozostawiała złudzeń. Podobieństwo nie tylko było uderzające, Brudny i Trochan wyglądali jak dwie krople wody.
Igor szpetnie zaklął pod nosem. Gdy uznał, że ujrzał już wystarczająco dużo, odchylił się i wziął głęboki oddech.
- Czyli co, chcesz mi wmówić, że mam bliźniaka-rozpruwacza? - zapytał z wyraźnym poirytowaniem w głosie.
- Niczego nie chcę ci wmawiać, ale nawet jeśli to tylko przypadek, to przygotuj się, że od rana ta facjata będzie fruwać po każdym kanale, w każdych wiadomościach i będzie prezentowana w każdej możliwej odsłonie. Rozdzwonią się telefony, ludzie zaczną widzieć w tobie poszukiwanego mordercę, a stary od razu wyśle cię na przymusowy urlopik. W końcu...
- Czekaj, czekaj, co ty chcesz przez to powiedzieć? Przecież mają już podejrzanego i...
- Mają podejrzanego, ale nie mają człowieka. Facet zniknął w środę wieczorem i od tamtej pory, pomijając te nagrania z miejskiego monitoringu, nikt go nie widział.
- Jest już oficjalnie poszukiwany?
- Od czwartku figurował jako zaginiony pierwszej kategorii. Zaginięcie zgłosiła jego żona jakoś po godzinie jedenastej. Teraz, a dokładnie od jakichś trzech godzin i szesnastu minut, jest poszukiwany, ale jako podejrzany o morderstwo. Te materiały wpłynęły na komendę tuż po północy. Od jutra Trochan stanie się wrogiem publicznym numer jeden. A więc, w pewnym sensie, ty też...
- Kurwa mać!
- Sorry, Igor. Nie chciałam zostać posłańcem złych wieści.
Brudny wstał i wyciągnął z kurtki paczkę papierosów. Była lekko przemoczona i pomięta. Wydłubał ostatnią fajkę i wyrzucił opakowanie do kosza. Zapalił i przez moment wpatrywał się w nieokreślony punkt za oknem. Po szybie wciąż spływały strużki wody, a w oddali migotały światła nocy. Wypił dwa duże łyki kawy.
- Jasna cholera. Ten facet naprawdę wygląda jak ja... - mruknął i z powrotem przysiadł na sofie.
Rzucił przyjaciółce wymowne spojrzenie i ponownie skupił się na zdjęciach doktora Trochana. Klikał kolejne, na których doktor odbierał kwiaty od jakiejś gustownie ubranej kobiety, przemawiał do zgromadzonych w Londynie, pozował z jakimś certyfikatem w towarzystwie starszego mężczyzny o arabskich rysach. Trochan miał ten sam profil, te same rysy, identyczne oczy, nos, uszy, różniła ich jedynie fryzura, bo w przeciwieństwie do Brudnego doktor po prostu ją miał. Zwykle z przedziałkiem, włosy nienagannie ułożone na bok z lekko sterczącą grzywką. Igor pomyślał, że nawet by mu pasowała, ale zaraz skarcił się, że odbiega myślami od tematu.
- Mówiłaś, że gość ma trzydzieści osiem lat i jest z dziesiątego czerwca. Załóżmy zatem, czysto hipotetycznie, że rzeczywiście jest moim bratem bliźniakiem. Dlaczego więc ma wpisane w papierach dziesiąty, a ja dziewiąty czerwca?
- A skąd mam wiedzieć? Może jakaś głupia urzędniczka machnęła się i tyle. Takie rzeczy się zdarzają.
- No tak, takie rzeczy się zdarzają...
Brudny przeciągnął dłońmi po głowie. Nie musiał obawiać się, że zepsuje sobie fryzurę, bo włosy nosił przycięte bardzo krótko.
- Nie uciekniesz od tego, Igor...
- Wiem.
- Stary jest w porządku, ale w tym wypadku będzie miał związane ręce. Wątpię, aby cię krył.
- No co ty, Julka. Nie ma co się łudzić, to zbyt gruba sprawa. Beryl poinformuje komendę w Zielonej Górze, gdy tylko się dowie. No, przy odrobinie szczęścia, może najpierw pogada ze mną.
- Będą chcieli cię przesłuchać.
- To na pewno.
- W takim razie co chcesz zrobić?
- W tej chwili nic. Muszę to sobie poukładać. Prześlij mi te materiały na prywatną skrzynkę, okej?
- Jasne. Jak chcesz, to możesz tu zostać...
- Dzięki, ale nie. Wracam do siebie.
- Jak wolisz.
Brudny klepnął się w uda i podniósł z sofy. Zawadzka pozostała na miejscu z kubkiem w jednej i papierosem w drugiej dłoni.
- Dzwoń jakby co...
- Pewnie, dzięki, Julka.
- Drobiazg, wiesz, że zawsze...
- Tak, wiem. Jeszcze raz dzięki. Na razie, Julka.
- Cześć.
Komisarz opuścił mieszkanie. Miał mętlik w głowie. Zawsze robił wszystko, aby zapomnieć o przeszłości. Nigdy jej nie drążył, wolał pozostawić ją w spokoju. Jednak gdy wyszedł z budynku, a zacinający deszcz zaczął siec go po nieogolonej twarzy, zdał sobie sprawę, że przeszłość właśnie się o niego upomniała.
- A więc czym dysponujemy w tej chwili? - spytał Romuald Czarnecki.
Romuald Czarnecki w policji pracował blisko trzydzieści lat. Służył w stopniu inspektora w wydziale dochodzeniowo-śledczym Komendy Wojewódzkiej w Gorzowie i z racji absolutnie wyjątkowych zdolności intelektualnych zajmował się najtrudniejszymi i najbardziej skomplikowanymi sprawami. Miał na koncie wiele sukcesów i kilkudziesięciu bandytów wsadzonych za kratki, w tym paru wyjątkowych zwyrodnialców. Był też człowiekiem o spokojnym usposobieniu, opanowanym, zrównoważonym, niecierpiącym arogancji i chamstwa. Nie pasował do klasycznego wzorca samotnego, zgorzkniałego gliny, który wieczorami upija się do lustra, a dzień później biega na kacu po mieście z pistoletem i łapie gangsterów. Bardziej przypominał relikt przeszłości, człowieka o sznycie dystyngowanego wiktoriańskiego komisarza z powieści Agathy Christie, który rozwiązuje zagadki dzięki bystremu umysłowi i umiejętnemu łączeniu zebranych dowodów i poszlak w jeden logiczny związek przyczynowo-skutkowy. Można go było lubić albo nie, ale z pewnością trudno byłoby znaleźć w komendzie policjanta, który by go nie szanował.
- Na razie mamy niewiele - rzekł Grzegorz Zimny, podinspektor z Wydziału Kryminalnego. - Do tej pory tylko kilka narządów wewnętrznych niezidentyfikowanej ofiary oraz filmy z kamer miejskiego monitoringu, na których widać podejrzanego. Tak naprawdę nawet nie wiemy, czy możemy tu mówić o zabójstwie.
- Da się namierzyć jego trasę?
- W centrum miasta bez problemu, później trudno powiedzieć. Już wysłałem ludzi, aby pozbierali materiały z kamer sklepowych. Ale to z pewnością trochę potrwa.
- To kluczowy temat. Jeśli będzie trzeba, weź więcej ludzi. Musimy odtworzyć trasę, jaką się poruszał. Anka? - Wzrok Czarneckiego skierował się na ekspertkę kryminalistyki Annę Borucką.
Anna Borucka była filigranową szatynką o włosach do ramion i ładnym uśmiechu. Z racji wykonywanego zawodu zwykle występowała w fartuchu i lateksowych rękawiczkach, ale dziś miała na sobie dżinsy i sportową bluzę.
- Moi ludzie wciąż pracują, lecz potrzebujemy czasu. Z samych bachusików zdjęliśmy około siedemdziesięciu różnych odcisków palców. Jeden należy do osoby notowanej, niejakiego Arkadiusza Stefanowicza. Odsiedział krótki wyrok za przemyt, ale od około dziesięciu lat jest czysty.
- Facet mieszka w Słubicach. Już wysłałem do niego dwóch ludzi - wtrącił się Zimny i na znak przeprosin uniósł dłoń.
- Mamy też kilka innych drobnych rzeczy, ale laboratorium potrzebuje czasu - dodała nieco poirytowana zaistniałą sytuacją.
- Wiadomo coś więcej o podejrzanym? - Kolejne pytanie zostało skierowane do Zimnego.
- Nic, czego nie ustaliliśmy wcześniej. Facet zapadł się pod ziemię. Nie kontaktował się z rodziną ani przyjaciółmi. Jego telefon milczy, ostatni raz zalogowany na terenie swojej kliniki. Potem cisza.
- A samochód?
- Nie mamy go. Ostatnią osobą, która miała z nim kontakt, jest sprzątaczka w jego firmie, niejaka Barbara Grocholska. Rozmawiała z nim krótko przed dwudziestą pierwszą. Według jej relacji Trochan zachowywał się normalnie, w planach miał powrót do domu, jego samochód miał czekać na niego w podziemnym garażu. Zamienili kilka zdań... - Zimny wskazał na teczkę z zeznaniami - ...i pożegnali się. Zanim wyszedł z gabinetu, poprawiła mu krawat, i to był ich ostatni kontakt.
- Drogówka ma już dane pojazdu?
- Oczywiście.
- Czy ktoś rozmawiał z żoną podejrzanego?
- Od czasu gdy media opublikowały to nagranie, jeszcze nie. Podobno jest w szoku. Nie chce rozmawiać z policją. Odrzuciła nawet pomoc psychologa, choć sama para się tym zawodem.
- To zrozumiałe. Wini nas za tę sytuację. Trzy dni temu zgłosiła zaginięcie męża i liczyła na pomoc, a my w odpowiedzi mamy zamiar oskarżyć Trochana o brutalne morderstwo. Dajmy jej jeszcze dwadzieścia cztery godziny. Potem pojadę porozmawiać z nią osobiście.
Czarnecki omiótł spojrzeniem twarze swoich współpracowników. W gabinecie, oprócz ekspert kryminalistyki Anny Boruckiej i podinspektora Grzegorza Zimnego, znajdowali się jeszcze: prokurator Krzysztof Lis, psycholog policyjny Elżbieta Pałka, protokolant Janusz Kosiński oraz dwóch niższych stopniem policjantów - starszy sierżant Łukasz Warszawski oraz młodszy aspirant Jakub Wicha. Wzrok prowadzącego padł na prokuratora.
- Jakie macie najbliższe plany, Krzysztof?
Krzysztof Lis był wysokim mężczyzną o krótko przystrzyżonych blond włosach z przedziałkiem nad lewą skronią. Miał czterdzieści trzy lata, zwykle ubierał się w garnitury i prezentował nie gorzej niż nadziany nowojorski makler. Nie był jednak zbyt lubiany, zwłaszcza Borucka unikała z nim kontaktu, choć uczciwie musiała przyznać, że jest bardzo dobrym i skutecznym prokuratorem. Drażniły ją natomiast jego władczość i despotyzm, którymi kierował się przy prowadzeniu kolejnych spraw. Tym bardziej cieszyła się, że akurat przy tej oficerem prowadzącym będzie Czarnecki, który jako jedyny potrafił powściągnąć Lisa i sprowadzić go do parteru, nawet pomimo faktu, że w zasadzie prokurator był jego przełożonym.
- Na razie nie będę nikomu stawiał zarzutów. Teoretycznie mógłbym, ale ta sprawa mi wyjątkowo śmierdzi.
- Dlaczego? Przecież mamy nagranie, jak facet robi bachusikowi szalik z jelita ofiary...
- Wiem, Romek, że podjudzasz. Po pierwsze na razie nie mamy ofiary, a po drugie nie wydaje wam się trochę dziwne zachowanie faceta z nagrania? Niby przez cały czas krył twarz w kapturze, aby nagle, zaraz po skończonej robocie, podnieść głowę i spojrzeć w kamerę? Dla mnie to bez sensu i cuchnie na kilometr.
Zebrani pokiwali głowami na znak, że zgadzają się z prokuratorem. Wszyscy z niejednego pieca chleb jedli i doskonale wiedzieli, że czasem najbardziej oczywiste sprawy mają drugie, trzecie dno, a czasem i czwarte. Nie tak dawno w podobnym gronie zajmowali się sprawą zaginięcia mężczyzny w jednej z podzielonogórskich wsi. Przejęli ją w momencie, gdy zaczęto podejrzewać, że za zniknięciem faceta może stać jego żona. Ślady i zeznania świadków nie pozostawiły złudzeń, że mąż od lat pił i strasznie ją katował. Kobieta miała więc motyw, ale brakowało ciała. Należała jednak do prostych i mało bystrych, a do tego chyba dręczyło ją sumienie, w związku z czym długo nie lawirowała i szybko przyznała się do winy. Zdradziła miejsce ukrycia zwłok, które szczelnie zamurowała pod podłogą, a podczas wizji lokalnej pokazała, jak zamordowała męża, wbijając mu nóż kuchenny w klatkę piersiową. Sprawa wydawała się oczywista, ale Czarneckiemu nie zgadzał się pewien drobny szczegół. Kobieta upierała się, że dźgnęła męża kilkadziesiąt razy i rzeczywiście tak było. Podczas przesłuchania dziwiła się tylko, że z ran wypływało tak mało krwi, bo więcej "to z kuraków tryskało niż tego zimnego sukinsyna". Czarnecki zawsze ufał swojej intuicji i jak się okazało, znów miał nosa. Zlecił patomorfologowi wykonanie bardzo dokładnej sekcji, która wykazała, że ofiara umarła nie od ciosów nożem, ale od zachłyśnięcia się własnymi wymiocinami. Okazało się, że żona, nieświadoma tego, że mąż już nie żyje od dobrych kilku godzin, zdecydowała się go zakłuć, myśląc, że w stanie tak silnego upojenia alkoholowego, nie będzie w stanie się bronić. I rzeczywiście, nie bronił się. Dźgała tak długo, bo według niej wciąż było za mało krwi, która od kilku godzin nie krążyła już w żyłach, gdyż spłynęła w partie ciała, na których mąż leżał, w tym wypadku pleców. Kobiecina miała szczęście, bo zamiast długiej odsiadki została skazana na pięć lat w zawieszeniu.
Sprawa "Filipa Rozpruwacza" na pierwszy rzut oka też wyglądała na oczywistą. Tak podejrzanego okrzyknęły media już kilka godzin po odnalezieniu wyciętych narządów. Czarnecki nie lubił tych wszystkich porównań, ale przez lata pracy przyzwyczaił się i zwykł je tolerować. W tym wypadku musiał jednak przyznać, że analogia ze słynnym "Kubą Rozpruwaczem" była wyraźna, bądź co bądź najsłynniejszy morderca świata też wycinał ofiarom poszczególne narządy, choć w przeciwieństwie do zabójcy z Zielonej Góry, zachowywał je dla siebie, a na widok publiczny wystawiał okaleczone ciała. Pojawiały się też inne porównania. "Wampir z Zielonej", "Bachusikowy Rzeźnik" czy "Krwawy Doktor". Kwestią czasu było, która z wersji przyjmie się w złaknionym krwawych wiadomości społeczeństwie, ponieważ temat od pierwszego dnia stał się najgorętszym lokalnym newsem, z każdą kolejną godziną pączkującym następnymi doniesieniami, głównie domysłami domorosłych dziennikarzy, którzy w CV uwielbiali dopisywać sobie "śledczy".
- To rzeczywiście nie pasuje do profilu podejrzanego, który wygląda na zorganizowanego i skrupulatnego człowieka - skomentował Czarnecki. - Ale wróćmy do potencjalnej ofiary. Jak badania DNA?
- Komplet wyników powinien być znany za jakieś... - Anna zerknęła na zegarek - ...czterdzieści godzin.
- Do tego czasu musimy przeszukać wszystkie archiwa dotyczące osób zaginionych z ostatnich trzech miesięcy w promieniu stu kilometrów. Potem możemy rozszerzyć poszukiwania na kolejne województwa. Skontaktujcie się też z niemieckimi kolegami z Guben i Frankfurtu.
Dwóch niższych stopniem policjantów coś zapisało w notatnikach. To na nich spoczywało wykonywanie szeregu czynności o charakterze operacyjnym, od rozpuszczenia wici wśród swoich źródeł informacji po przesłuchania dziesiątek albo i setek świadków bądź ludzi mogących mieć choćby cokolwiek wspólnego ze sprawą.
- Przejdźmy do profilu przestępcy i tych bachusików. Ela, czy twoim zdaniem wybór akurat tych dwóch może mieć kluczowe znaczenie?
Elżbieta Pałka miała renomę wybitnej profesjonalistki, która jako jedna z kilku osób w Polsce z czystym sumieniem mogła mówić o sobie jako o profilerce z prawdziwego zdarzenia, a jej stanowisko specjalisty do spraw identyfikacji psychologicznej należało do najbardziej elitarnych wśród psychologów policyjnych. Na wyraźne polecenie Czarneckiego została ściągnięta z Gdańska w trybie natychmiastowym, bo w przypadku tak niejednoznacznych zabójstw jej obecność była na wagę złota.
- Potencjalny zabójca... - Czarnecki uniósł rękę i chciał coś powiedzieć, ale Pałka od razu skontrowała: - Tak, wiem, ale od razu chcę zaznaczyć, że będę operować takim terminem także w przypadku ofiary, bo póki nie znajdziemy ciała, nie możemy stwierdzić, czy mamy do czynienia z zabójcą, czy też ofiarą. Nie chcę jednak mieszać i bawić się tu w terminologiczne gierki.
Grupa przyjęła jej tłumaczenie z pełną wyrozumiałością, zwłaszcza że nikt z zebranych nie wątpił, że mają do czynienia z wyrafinowanym mordem.
- Zatem potencjalny zabójca wybrał dwie figurki tak zwanych bachusików. To Brukus i MZKus. Oba znajdują się w ścisłym centrum miasta. Pierwszy obok kamienicy przy ulicy Stefana Żeromskiego przedstawia bożka z młotkiem w dłoni, układającego kostkę brukową, drugi przy ratuszu - że posłużę się potocznym terminem - ujeżdża autobus. Nie są zbytnio od siebie oddalone, ale myślę, że zabójca wybrał je z konkretnego powodu. Na pewno wśród zaginionych możemy szukać kierowców i słabo wykwalifikowanych pracowników związanych z branżą budowlaną. Oczywiście to bardzo pobieżny wniosek, ale taki, który mogę sformułować już teraz. Co do reszty, to wybaczcie, ale nie zdążyłam zapoznać się z całym materiałem, bo przyjechałam do miasta dopiero dziś w nocy. Na żywo nie widziałam nawet tych figurek. Myślę, że więcej będę mogła powiedzieć wieczorem.
- To już coś. Szukamy zaginionych kierowców i budowlańców oraz ludzi z tych branż w otoczeniu podejrzanego. Coś o profilu potencjalnego zabójcy?
- Na razie nic konkretnego. Muszę porozmawiać z kilkoma osobami z towarzystwa podejrzanego: żoną, rodzicami, współpracownikami, przyjaciółmi. Fakt, że organy były wycięte przez profesjonalistę, mógłby wskazywać na winę Trochana, ale to byłby zbyt pochopny wniosek. I zbyt banalny. Zresztą z tego, co zdążyłam wyczytać na jego temat, to takie działania kompletnie nie pasują do jego pobieżnie sporządzonego profilu. Mogę się mylić, ale moim zdaniem to nie ten facet i nawet jeśli powykładał te narządy przy tych figurkach, to prędzej ktoś go do tego zmusił. Ale, powtarzam, to tylko wersja na mój własny użytek, sporządzona z bardzo skąpych informacji.
- Co zatem sugerujesz?
- Na razie nic. Proszę dać mi czas do jutrzejszej narady. Na pewno zdołam powiedzieć więcej.
- Kwestia wybrania konkretnych narządów i rozłożenia ich przy figurkach?
- MZKus był owinięty jelitami, cienkim i grubym, obok leżały nerka, śledziona i żołądek. Brukus "dostał" język, przełyk, wątrobę i serce. Na razie nie widzę sensownego wytłumaczenia akurat takiego umiejscowienia tych narządów.
Czarnecki pokiwał głową w pełnym zrozumieniu. Znów spojrzał na Borucką, ale nie zdążył zadać kolejnego pytania, gdy rozległo się pukanie. Chwilę później drzwi otwarły się, a do gabinetu wszedł drugi zastępca Komendanta Miejskiego Policji w Zielonej Górze, nadkomisarz Marcin Czaputowicz. Był niewysokim, przysadzistym mężczyzną w okularach i sprawiał wrażenie człowieka o raczej niezbyt wysokim ilorazie inteligencji.
- Prosiłem, aby nie przeszkadzać w czasie spotkań grupy dochodzeniowo-śledczej - rzekł ze stoickim spokojem Czarnecki. - Takie wtargnięcia nie tylko...
- Przepraszam inspektorze, ale mam informację, która na pewno inspektora zainteresuje.
- Związaną ze sprawą?
- Oczywiście.
- W takim razie proszę mówić.
- Ktoś chciałby się z inspektorem spotkać.
- Możecie mówić jaśniej, nadkomisarzu?
- Ta osoba stoi na korytarzu. Może lepiej by było, gdyby sama...
- Dobrze, proszę ją wprowadzić.
Nadkomisarz Czaputowicz obrócił się na pięcie i opuścił pomieszczenie. Nie zamknął za sobą drzwi, w których kilka sekund później pojawił się postawny mężczyzna w wymiętym płaszczu.
- Dzień dobry państwu - przywitał się, ale w odpowiedzi ujrzał, jak połowie z obecnych oczy wyszły z orbit, a drugiej szczęki opadły do podłogi. - Komisarz Igor Brudny. Miło państwa poznać.
Brudny nie należał do ludzi, którzy robią różne rzeczy na pokaz, ale wyraz twarzy członków grupy operacyjnej był bezcenny. Przez kilka najbliższych sekund, które zdawały się trwać całe wieki, wszyscy wpatrywali się w niego jak w ducha. Dopiero prowadzący wyciągnął do niego rękę i przedstawił się jako inspektor Romuald Czarnecki.
- Nam również miło pana poznać, komisarzu Brudny - przywitał się. - Mam nadzieję, że jest pan tak samo skuteczny w działaniu, jak w robieniu show.
Czarnecki starał się zachować stoicki spokój, choć w środku szalała burza sprzecznych emocji. Był wściekły, że nikt go wcześniej nie poinformował o tak drobnym szczególe jak fakt, że główny podejrzany ma brata bliźniaka, który dodatkowo jest komisarzem stołecznej policji. Z drugiej strony w postaci Brudnego miał szansę znaleźć silnego sojusznika. Jeśli oczywiście komisarz będzie chciał współpracować.
- Na dziś to koniec. Pomimo tego niespodziewanego najścia nie zmieniamy planów - powiedział bardziej stanowczym tonem. - Wszyscy wiedzą, co mają robić. Panie i panowie, bierzcie się do roboty.
Członkowie zespołu pozabierali swoje rzeczy i opuścili gabinet przydzielony Czarneckiemu. Inspektor zluzował także zastępcę komendanta.
- Proszę usiąść - zaproponował Brudnemu, gdy w końcu zostali sami.
- Nie chciałem przeszkadzać wam w robocie.
- Cóż... powiedzmy, że ją pan dodatkowo skomplikował.
- Cóż... powiedzmy, że ta sprawa skomplikowała mi życie.
Brudny usiadł naprzeciwko Czarneckiego. Zmierzyli się spojrzeniami niczym bokserzy tuż przed pierwszym gongiem.
- No dobrze, komisarzu Brudny. Albo obieca mi pan szczerą rozmowę, albo może pan odejść i nie wracać do momentu, aż po pana poślę swoich ludzi.
- Dlaczego pan sugeruje, że mogę być nieszczery?
- Pan żartuje, komisarzu?
- Nie, panie inspektorze.
- Przynajmniej jest pan konkretny, a tę cechę sobie cenię. Nie sugeruję, że ma pan zamiar kłamać, ale w związku z zaistniałą sytuacją wolę się upewnić, czy za godzinę albo dwie nie spotka mnie kolejna niespodzianka. Chyba pan dostrzega, w jakiej sytuacji postawił mnie pan przed moimi ludźmi...?
- Nie mam zamiaru kłamać.
- To dobrze.
- Ale z niespodziankami niczego nie gwarantuję...
- Coś konkretnego ma pan na myśli?
- Mogę zapalić?
- Zwykle nie pozwalam palić moim ludziom we własnym gabinecie, ale ta sytuacja jest wyjątkowa. Nie mam tylko popielniczki, ale... - Czarnecki sięgnął po kubek z resztką kawy i podsunął go rozmówcy - ...prokurator Lis zawsze zapomina zabrać swoje śmieci. Przyzwyczaiłem się do tego.
- Dziękuję. - Brudny przypalił papierosa. - Proszę pytać, choć może się pan rozczarować.
- Zobaczymy.
- Jestem do pana dyspozycji.
Czarnecki rzucił Brudnemu wyzywające spojrzenie. Trochę surowe, nieco ojcowskie, sygnalizujące, kto tu rządzi. Igor znał wszystkie sztuczki doświadczonych gliniarzy, ale inspektor zrobił na nim spore wrażenie. Z pewnością przesłuchał tysiące osób i znał się na robocie.
- Nie odpowiedział pan na poprzednie pytanie. Dlaczego mi pan nie gwarantuje, że nie spotkają mnie kolejne niespodzianki?
- Myślę, że pan wie, inspektorze.
- Wolę to usłyszeć od pana, komisarzu. Poza tym prosiłbym odpowiadać na pytania. Konkretnie.
- Dobrze zatem. Wyartykułuję to tak jasno, jak potrafię. - Brudny zaciągnął się papierosem. - Facet na filmie wygląda identycznie jak ja i jest to dla mnie równie wielkie zaskoczenie jak dla pana i wszystkich pana ludzi. Nigdy wcześniej go nie widziałem i nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. A teraz ten doktorek wlazł ze swoimi brudnymi buciorami w moje życie i sprawił, że właśnie z panem rozmawiam, choć mógłbym dalej posuwać moją piękną dziewczynę i pić zimne piwo w moim tanim mieszkaniu na Saskiej Kępie. W tej chwili nie wiem nic więcej, ale mam zamiar się dowiedzieć. I nie wyjadę stąd, póki nie zrozumiem, o co tu, kurwa jego mać, chodzi.
Czarnecki wysłuchał rozmówcy, ale pomimo pewnej dozy ekspresji, która pojawiła się w jego wypowiedzi, zachował stoicki spokój. Nie drgnął mu nawet jeden mięsień na nieco już pokreślonej zmarszczkami twarzy, wciąż nie odrywał spojrzenia od oczu Brudnego.
- Rozumiem, to sporo wyjaśnia - odparł po dłuższej chwili. - Ale oczywiście zdaje pan sobie sprawę, że nie mogę pana włączyć do mojego zespołu...
- Co nie znaczy, że nie może mnie pan informować.
- To zależy od pana, komisarzu.
- Nie będę wchodził panu w drogę, inspektorze, ale ten facet najpewniej jest moim bratem bliźniakiem. Rozumie pan, że będę krążył obok tej sprawy...
- Jeśli zachowa pan dystans, to może się dogadamy.
- Proszę dać mi jedynie podstawowy dostęp. Chciałbym zobaczyć te bachusiki, porozmawiać z rodziną...
- Wolałbym, aby pan się nie kręcił po mieście. Wie pan, co się stanie, gdy media się o panu dowiedzą?
- I tak się dowiedzą. To tylko kwestia czasu.
- Akurat tu ma pan rację, komisarzu. Postaram się, aby ta informacja wyszła od nas, żeby była kontrolowana. Ale jeśli chce pan, aby nasza współpraca nie wysypała się na pierwszym wirażu, to sugeruję na bieżąco mnie informować. I w żadnym wypadku nie może pan rozmawiać z mediami.
- Media to nie moja bajka, może pan spać spokojnie. Jak z tym dostępem, inspektorze?
Czarnecki wziął głęboki oddech, złączył palce obu dłoni i trwał tak przez chwilę.
- Wiem, że i tak pana nie powstrzymam, a zamknąć na dłużej niż czterdzieści osiem godzin nie mogę. Ma pan zbyt silną motywację, a do tego niezbywalne prawo do tego, aby odkryć prawdę o swojej rodzinie. Dlatego przychylę się do pana prośby i dam panu podstawowy dostęp, ale proszę nie nękać moich ludzi za moimi plecami i informować mnie, jeśli znajdzie pan cokolwiek, co mogłoby się przydać w śledztwie. Co drugi dzień może pan przyjść po spotkaniu mojego zespołu, aby dowiedzieć się więcej. Na ten temat rozmawia pan tylko ze mną. Oczywiście może pan liczyć tylko na tyle, ile uznam, że jestem w stanie panu zdradzić. Zaufanie wymaga czasu. Zgadza się pan na te warunki?
- Jest pan rozsądnym człowiekiem, inspektorze. Zgadzam się.
Obaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Brudny pomyślał, że trafił na odpowiedniego człowieka na odpowiednim miejscu. Lubił takich ludzi i bardzo cenił, nawet jeśli w większości kwestii prywatnych różnili się diametralnie. Brudny cenił profesjonalistów i z tego, co mógł wywnioskować po tej krótkiej rozmowie, Czarnecki również. Ta kooperacja wcale nie musiała być taka zła.
- Jeśli mamy współpracować, jako starszy stopniem i wiekiem sugeruję, abyśmy zrezygnowali z komisarzowania i inspektorowania. Nazywam się Romuald Czarnecki.
- A ja Igor Brudny. Komisarz Igor Brudny.
Ta odpowiedź najwyraźniej po raz pierwszy zbiła z tropu dotąd pewnego siebie inspektora. Dla Brudnego ta propozycja wykraczała poza ustalone ramy, burzyła postawiony mur i sprawiała, że czuł się osaczany już na starcie. Czarnecki tego nie wiedział, ale odmowę przyjął ze zrozumieniem.
- Dobrze komisarzu Brudny. Zanim pan wyjdzie...
- Tak?
- Nie będzie miał pan nic przeciwko, aby technicy pobrali od pana odciski palców i próbki DNA?
- Teraz?
- Tak. Teraz.
- Dobrze. Tylko proszę dać znać, jak przyjdą wyniki.
- Może pan spać spokojnie... komisarzu Brudny.
To była typowa psia pogoda. Temperatura oscylowała w granicach sześciu, siedmiu stopni, a niebo pokryła gruba warstwa stalowych chmur, które raz za razem otwierały swoje trzewia i spuszczały miliony zalegających litrów wody wprost na głowy przeklinających przechodniów.
Brudny stał w korku. Sznur samochodów ciągnął się od ulicy Wrocławskiej przy Galerii Focus Mall w kierunku skrzyżowania ze Strzelecką. W lokalnym radiu niejaki Jacek Biały zachęcał do wybrania się na mecz koszykówki, a wycieraczki wściekle zbierały wodę z przedniej szyby, choć nie miały najmniejszych szans w starciu z szalejącym żywiołem. Minęło jeszcze dobrych kilkanaście minut, zanim nissan patrol skręcił na parking starego hotelu Pod Dębem mieszczącego się na południowym krańcu Zielonej Góry. Komisarz pamiętał go jeszcze z życia numer jeden, gdy zamieszkał w nim po opuszczeniu pewnej placówki opiekuńczo-wychowawczej, o której zawsze chciał zapomnieć, ale nigdy nie potrafił. Ku jego zdziwieniu hotel wciąż istniał i miał się całkiem dobrze, działała też znajdująca się tuż obok strzelnica należąca do Gwardii, klubu sportowego o wielkich tradycjach. Brudny nie był sentymentalnym typem, ale poczuł lekki dreszcz, gdy wysiadł z samochodu i stanął obok starego budynku, w którym podjął decyzję o rozpoczęciu życia numer dwa. Od tamtego czasu, roku milenijnego, w którym większość ludzi planowała wielkie zmiany i rzadko kiedy dotrzymywała danych sobie obietnic, on postanowił opuścić to miasto i nigdy do niego nie wracać. Prychnął na myśl, że znów stoi w tym samym miejscu co przed laty. Człowiek mógł sobie obiecywać, ale życie i tak zawsze pisało dla niego własne scenariusze.
W wejściu minął parę Niemców w podeszłym wieku, ale zignorował ich. Nigdy nie udawał. Gardził nieszczerymi powitaniami, pozorowanymi dyskusjami i nie miał zamiaru tego zmieniać nawet w stosunku do cudzoziemców, którzy po powrocie do swojego kraju mogliby skomentować polską gościnność w niewybrednym stylu.
Poprosił o tani pokój z widokiem na parking. Miał na głowie czapkę i duże ciemne okulary, mimo to obserwował recepcjonistkę z uwagą. Na tabliczce przy bujnej piersi widniało imię Andżelika i jego zdaniem idealnie pasowało do tej młodej kobiety ze sztucznymi rzęsami i przedłużanymi włosami. Sprawiała wrażenie wyjątkowo zblazowanej, wątpił też, aby programy informacyjne należały do kanonu jej ulubionych. Andżelika rzeczywiście nie była nim specjalnie zainteresowana, zerknęła tylko na dowód osobisty i po przyjęciu opłaty za pierwsze trzy dni pobytu podsunęła blankiet rejestracyjny. Brudny wypełnił go i ruszył do pokoju dwieście siedemnaście.
Nie spodziewał się luksusów i takowych nie zastał, ale właśnie dlatego płacił za noc niecałą stówę z podatkiem. Pokój był mały, ale czysty. Podwójne łóżko (klasycznych jedynek nie mieli), szafa na ubrania, szafka z płaskim telewizorem, a na nocnej kwiatek i butelka z wodą. Brudny postawił walizkę przy ścianie, rozebrał się i wziął gorącą kąpiel. Następnie zamówił mocną kawę i przetrawił w umyśle ostatnie godziny swojego życia. Zdał sobie sprawę, że nie był przygotowany na taki rozwój sytuacji. Cóż za ironia losu, że jako dziecko zawsze marzył o tym, aby mieć rodzinę, a dziś drżał na samą myśl o tym, że będzie musiał stanąć twarzą w twarz ze szwagierką i bratanicą. O samym bracie nie wspominając, bo choć przerobił już kilkadziesiąt hipotetycznych scenariuszy takiego spotkania, to wciąż nie wiedział, czy powinien go uściskać, czy dać mu w mordę.
Z zamyślenia wybił go dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Cześć, Oka - przywitał się.
- Cześć, jak leci, skarbie?
- W porządku.
- Nie zamknęli cię? - Kobieta po drugiej stronie zachichotała.
- Jeszcze nie, ale mało brakowało.
- O Chryste Panie, poważnie?
- Daj spokój, mała. Żartuję.
- Głupi jesteś.
- To ty zaczęłaś...
- Skarbie, nigdy bym nie chciała, abyś trafił za kratki. Wiesz przecież...
- Wiem, Oka. Poczekaj chwilę.
Brudny odchylił firankę. Tak jak podejrzewał, srebrna astra z dwoma tajniakami wciąż stała pod dębami na miejscu parkingowym usytuowanym przy wjeździe na teren hotelu. Czarnecki doczepił mu ogon, ale w jego sytuacji on zrobiłby to samo, dlatego nie miał do inspektora pretensji.
- Co się dzieje? - spytała Szczypenko nieco zlęknionym tonem.
- Nic, mała. Wszystko okej.
- Oglądałam wiadomości w głównych kanałach. Wszędzie pokazują twarz tego faceta i mówią, że może być bardzo niebezpieczny. Boję się, że...
- Oka, daj spokój. Jestem dorosły. Na razie wszystko wygląda nieźle, w dodatku chyba trafiłem na rozsądnego prowadzącego. Facet ma łeb na karku i myślę, że się z nim dogadam.
- To chyba dobrze.
- Tak, to dobrze. Oka, muszę kończyć.
- Rozumiem. Uważaj na siebie, Igor.
- Ty też, Oka. Pa.
- Braku...
Szczypenko nie zdążyła dokończyć, bo Brudny się rozłączył. Gdy jeszcze przez następnych kilkanaście sekund tępo gapiła się w ekran smartfona, on już sprawdzał broń i rozmyślał nad tym, czy od razu zgubić śledzących go policjantów, czy trochę poudawać i pozwolić się odrobinę poganiać. Wybrał to drugie. Nie było sensu wkurzać Czarneckiego już na starcie, zresztą na razie nie miał zamiaru robić rzeczy, które chciałby ukryć przed wścibskim okiem inspektora i jego ludzi.
Brudny ubrał się i dopił kawę. Zerknął na parking. Srebrna astra wciąż stała na posterunku. Wyciągnął telefon i wybrał numer Zawadzkiej.
- Cześć, Julka.
- Cześć, Igor.
- Sprawdziłaś tego Czarneckiego?
- O tyle o ile. Daj mi jeszcze kilka godzin, ale chyba wygląda na porządnego glinę.
- Też mi się tak wydało.
- Facet prowadził grube sprawy. Dwie jego roboty naprawdę robią wrażenie. Chcesz poznać szczegóły?
- Tak, ale później. Coś na temat Trochana?
- W sumie nic takiego. Wiesz, normalny, pracowity, rodzinny gość. Bez kartoteki, tylko kilka mandatów. Żadnych kochanek czy problemów finansowych, regularnie płaci podatki. Wygląda na wzorowego obywatela.
- A akt urodzenia?
- I tu robi się ciekawie, bo miejsce urodzenia to - uwaga - Moskwa.
- Ooo...
- Też się zdziwiłam i przejrzałam akta jego rodziców. Ojciec to niejaki Olgierd Trochan, emerytowany wojskowy lekarz i zatwardziały komunista, który w tamtym czasie pracował właśnie w Moskwie. Próbowałam skontaktować się z tamtym szpitalem, ale natrafiłam na mur milczenia. Nie dokopałam się na razie do niczego konkretnego, zwłaszcza na temat matki, Joanny z domu Bródka. I nie mam żadnych dowodów, że w tamtym czasie przebywała w ZSRR. Ale daj mi więcej czasu, to pogrzebię. Czuję, że czeka nas sporo niespodzianek.
- Dzięki, Julka. Jesteś wielka.
- Nie ma sprawy. A u ciebie wszystko gra?
- Tak. Jadę zobaczyć te figurki.
- Powodzenia. I uważaj na siebie, Igor.
- Dzięki. Ty też. Na razie.
- Pa.
Brudny po raz ostatni spojrzał przez okno. Nie działo się nic podejrzanego, a astra wciąż stała w tym samym miejscu. Wolał jednak trzymać rękę na pulsie. Nie wierzył w zbiegi okoliczności i cała ta sprawa cuchnęła na kilometr. Był przekonany, że tu nic nie jest takie, jak się wydaje. Bez wątpienia ktoś pociągał za sznurki. Pytanie brzmiało, kto i jaka w tym wszystkim była jego rola.
Przeładował broń i wcisnął ją za pasek. Chwilę później, z gazetą nad głową, truchtał w kierunku swojego wozu.
Uruchomił silnik, wycieraczki zebrały wodę z przedniej szyby. Z głośników popłynął słynny kawałek grupy Queen Bohemian Rapsody. Lubił Freddy'ego Mercury'ego. Facet miał głos i charyzmę, której dziś brakowało większości pseudoartystów promowanych na siłę przez bogate wytwórnie.
I'm just a poor boy, nobody loves me
He's just a poor boy from a poor family
Spare him his life from this monstrosity
Easy come, easy go, will you let me go?
Freddy śpiewał. Deszcz nie odpuszczał. Brudny powoli wykręcił i przesunął wajchę prawego kierunkowskazu. Kątem oka dostrzegł, że srebrna astra włączyła reflektory. Niespiesznie ruszył w dół ulicy Strzeleckiej.
So you think you can stone me and spit in my eye?
So you think you can love me and leave me to die?
Ostatni akord utworu jak zwykle został przez prezentera sprofanowany, ale Brudny był do tego przyzwyczajony. Gardził takimi amatorami, ale nie wściekał się, bo z założenia nie denerwował się na rzeczy, na które nie miał wpływu. Nauczył się tego przez osiemnaście lat życia numer jeden. Gdy człowiek nie mógł o czymś decydować, lepiej dla niego, aby przyjął werdykty losu z otwartą przyłbicą. I dalej robił swoje.
Gdy dojechał na parking sądu okręgowego, ulewa zelżała i zastąpiła ją nieprzyjemna mżawka. Wszystkie miejsca były zajęte, więc opuścił parking i poszukał wolnego w okolicy nieistniejącego już starego kina Wenus. Paskudny postkomunistyczny gmach zastąpił nowoczesny, pomalowany na czerwono obiekt, w którym dziś znajdowało się planetarium, jak doczytał na frontowej ścianie, pełna jego nazwa brzmiała Centrum Nauki Keplera Planetarium Wenus. Zastanawiał się, ile jeszcze podobnych niespodzianek spotka go po drodze. Na kilka już się natknął, choćby na wielką galerię Focus Mall, która stanęła w miejscu niegdysiejszego symbolu miasta, słynnej fabryki tkanin Polska Wełna. To właśnie tam utknął w korku ciągnącym się aż pod hotel, gdzie się zatrzymał.
Brudny wysiadł z samochodu i zapalił papierosa. Wciąż siąpiło i było dość wietrznie, ale z każdą minutą pogoda trochę się poprawiała. Kontrolnie rozejrzał się po okolicy i przepuścił srebrną astrę, która przejechała mu tuż przed nosem i stanęła kilkadziesiąt metrów dalej. Kupił bilet parkingowy, włożył go za szybę i skierował się w stronę ratusza. Mijał kolejne kamienice, a pamięć mimowolnie odtwarzała znane mu obrazy. Z zadowoleniem przyjął, że jego ulubiona pizzeria Koloseum wciąż stoi na miejscu i najwyraźniej ma się całkiem dobrze. Pomyślał, że zje w drodze powrotnej i sprawdzi, czy dalej dają tyle pysznego sera co kiedyś.
Przeszedł przez plac Pocztowy, następnie ruszył ulicą Pod Filarami w stronę ratusza. Po drodze minął zaledwie kilkunastu przechodniów, którzy zaciskając kołnierze kurtek i płaszczów, szybkim krokiem podążali w sobie tylko znanych kierunkach. Ta okolica nie zmieniła się tak bardzo. Gdzieś pojawił się nowy kebab, gdzie indziej księgarnia zmieniła się w aptekę, klimat pozostał jednak ten sam.
Droga nie była długa i po kilku minutach dotarł do centralnego punktu. Strzelista wieża ratusza nie zmieniła się ani trochę, podobnie jak okalające ją kamienice, które może stały się tylko trochę bardziej kolorowe. Już z daleka dostrzegł biały namiot oklejony policyjnymi taśmami. Obok krążyło dwóch mundurowych. Gdy podszedł bliżej, dostrzegł, że to młodzi posterunkowi. Nie wyglądali na zbyt lotnych, ale Brudny wolał od razu z nimi porozmawiać, aby nie wprowadzać niepotrzebnego zamętu. Zgasił niedopałek w pobliskim koszu na śmieci i zbliżył się do policjantów.
- Dzień dobry. Komisarz Igor Brudny. Chciałbym zajrzeć do środka namiotu - oznajmił tonem, jakby co najmniej był włączony w sprawę i kierował postępowaniem. Zanim niższy z nich, o pucołowatej twarzy i niemodnym wąsiku, zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Brudny wyciągnął odznakę i przystawił mu niemal pod sam nos.
- Dzień dobry, komisarzu - odparli jak jeden mąż, ale nic więcej nie dodali. Wpatrywali się w niego jak piętnastolatkowie, którzy właśnie po raz pierwszy w życiu zobaczyli na żywo kobiece cycki.
Brudny podziękował w myśli Czarneckiemu, który z pewnością uprzedził ich o jego przybyciu. Bez wątpienia się go spodziewali, w przeciwnym razie pewnie by spanikowali i próbowali go aresztować.
- Mogę zadzwonić do inspektora... - rzucił zniecierpliwionym tonem.
- Nie, nie trzeba - odezwał się "wąsik". - Inspektor Czarnecki mówił, że komisarz może się pojawić. Tylko...
- Tylko co?
- Komisarz rzeczywiście jest bardzo podobny do tego doktorka...
- Macie z tym jakiś problem, posterunkowy?
- Nie, przepraszam, nie o to mi chodziło, komisarzu.
- Skupcie się na pracy, posterunkowy.
- Tak jest, komisarzu.
Brudny pomyślał, że policja z każdym kolejnym rokiem schodzi na psy. Obaj mundurowi wyglądali, jakby dopiero co opuścili zakład dla niedorozwiniętych umysłowo i na pewno nie wzbudzali respektu wśród obywateli. Wątpił, aby byli w stanie złapać kulawego złodzieja damskich torebek, a co dopiero prawdziwego bandytę.
- Nie wspominajcie o tym spotkaniu po służbie, czy to jasne?
- Tak jest, komisarzu.
Nie wyglądali też na takich, co potrafią trzymać język za zębami, i był niemal pewny, że wypaplają wszystko przy pierwszej okazji. Ale w sumie to już był problem Czarneckiego, dlatego obrócił się na pięcie i skierował w stronę namiotu.
Uniósł krzyżujące się w wejściu taśmy policyjne i pchnął plastikową płachtę. Namiot miał około dziewięciu metrów kwadratowych, ale taka powierzchnia w zupełności wystarczyła, aby zabezpieczyć bachusika i jego najbliższą okolicę. Brudny przetarł dłonią zroszony zarost. Nie spodziewał się zdobyć wielu informacji, wszystko i tak zostało już dawno zabrane przez techników policyjnych, od odcisków palców po najdrobniejsze włókna czy grudki błota, jakie mogły wypaść spomiędzy rowków na podeszwie buta podejrzanego. Tak naprawdę Brudny zjawił się tu tylko po to, aby spróbować wczuć się w umysł człowieka, który wpędził go w to całe bagno. Gdy przyglądał się figurce, przyszła mu do głowy absurdalna myśl. Wyobraził sobie, że rzeźnik powrócił na miejsce kultu. A gdy tylko zamknął oczy, poczuł, jak wszystkie wnętrzności wywracają mu się na drugą stronę. I zobaczył to wykrzywione oblicze, niewyraźne, ale pełne wściekłości i zgrozy. To oblicze, przez które budził się przed laty zlany potem, a starsi koledzy drwili z niego i tłukli go tak mocno, że cierpła skóra i trzeszczały kości.
- Niech to szlag - zaklął pod nosem, trzymając się za brzuch.
Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego. Postać ze snów opuściła go krótko po wyjściu z sierocińca i do tej pory nie wracała. Prześladujące go widziadło uznał za sumę wszystkich strachów, imaginację młodzieńczego umysłu, który bronił się przed surowymi siostrami i starszymi kolegami. Dlaczego wróciło właśnie teraz?
- Wszystko w porządku, komisarzu?
Brudny nie dostrzegł, jak chwilę wcześniej plastikowa płachta uniosła się i do środka wszedł jeden z posterunkowych.
- Tak - odparł przez zaciśnięte zęby, na szczęście ból odpuszczał.
- Czegoś pan potrzebuje, komisarzu?
- Nie.
- Na pewno?
- Na pewno.
Brudny gwałtownie podniósł się i zmierzył posterunkowego srogim spojrzeniem. Policjant w barkach był jak trzcina cukrowa i komisarz zastanawiał się, jak to możliwe, aby zdał podstawowy egzamin sprawnościowy. Miał nie więcej niż dwadzieścia kilka lat i przez moment szukał właściwych słów.
- Gdyby pan chciał, komisarzu, to możemy uprzedzić kolegów z Żeromskiego, żeby nie musiał pan...
- Dobry pomysł. Zrób to, przyjacielu.
- Oczywiście, komisarzu.
Posterunkowy połączył się przez krótkofalówkę z partnerami pilnującymi drugiego namiotu i w kilku słowach poinformował, że wkrótce pojawi się mężczyzna w czarnym płaszczu i czapce, który przedstawi się jako komisarz Brudny. I żeby nie robili mu żadnych problemów.
- Dobra robota. Dzięki, panowie.
- Służba, komisarzu - odparł pucołowaty, a drugi dorzucił coś o "przyjemności", ale tego Brudny już nie dosłyszał, bo znajdował się dobre kilka kroków dalej.
Do kolejnego bachusika dotarł po dwóch minutach. Posterunkowi rzeczywiście byli przygotowani na jego wizytę, pierwsi przywitali się i nie wpatrywali się tak w jego gębę jak "wąsik" i "trzcina". Brudny wszedł do namiotu, ale spędził w środku jeszcze mniej czasu. Obejrzał figurkę, omiótł wzrokiem okolicę i wyszedł na zewnątrz. Tym razem nic niespodziewanego się nie wydarzyło. Zamienił jeszcze zdanie z posterunkowymi, poklepał jednego z nich po ramieniu i pożegnał się. Wracając, zaszedł jeszcze do centrum turystycznego w ratuszu, w którym poprosił o coś na temat historii bachusików. Czapkę zsunął aż na brwi.
- Przykro mi, ale mapki szlaku bachusików skończyły się dziś przed południem - rzekł młody chłopak w okularach z jaskrawą oprawką i fryzurą bardziej pasującą do lat siedemdziesiątych.
- Na pewno ma pan coś pod ladą...
- Przysięgam, nic a nic. Wie pan, to morderstwo wstrząsnęło miastem i ludzie rzucili się na bachusiki jak dzicy, a nie mieliśmy mapek zbyt wiele. Szkoda, że akurat z tego powodu, ale cóż...
Brudny wyciągnął blachę i podsunął chłopakowi pod nos.
- A teraz coś się znajdzie?
- Pan z policji?
- A wygląda na odznakę fryzjera?
- No nie... Ale mógłbym zobaczyć legitymację służbową?
Brudny rzadko pozwalał sobie na podobne dygresje, ale czasami po prostu nie mógł się opanować. Ludzie bardzo różnie reagowali na policyjną odznakę, a najdziwniej ci, którzy mieli coś do ukrycia. Ten młodzian go jednak zaskoczył. Nie wyglądał na tak rezolutnego, jaki był w rzeczywistości. Komisarz wyciągnął legitymację i położył ją na ladzie. Chłopak omiótł ją wzrokiem.
- Sprawdzę w magazynie - rzekł i ruszył na tyły.
- Jak wykręcisz dziewięć, dziewięć, siedem, to nie zapomnij zapytać o inspektora Czarneckiego.
Młody zatrzymał się w pół kroku. Przez moment stał, jakby zapuścił korzenie, następnie odwrócił się i wbił wzrok w komisarza.
- To prawdziwa legitymacja, chłopcze. Wiem, że jestem podobny do podejrzanego z kamer monitoringu, ale to nie ja. I byłbym wdzięczny, gdybyś nie rozpowiadał o tym na lewo i prawo, bo możesz zostać oskarżony o utrudnianie śledztwa. Chcesz wiedzieć, co grozi za utrudnianie śledztwa?
- Przyniosę mapkę...
Po chwili chłopak zniknął za drzwiami drugiego pomieszczenia. Brudny rozejrzał się po wnętrzu. Salka była dość przestronna, a pośrodku wspierały ją solidne kolumny. Na ścianach wisiały stare mapy, obrazy i zdjęcia Zielonej Góry. Z rogu dochodził dźwięk palców namiętnie stukających w klawiaturę. Zanim Brudny zdążył wychylić się zza filaru, za ladą pojawił się chłopak z włosami a la John Lennon.
- Proszę bardzo. Moja prywatna - rzekł i wręczył Brudnemu trochę już sfatygowaną mapę bachusików.
- Doceniam to, przyjacielu. Ile płacę?
- Udostępniamy je za darmo.
Brudny rozłożył mapę na ladzie. Omiótł wzrokiem z jednej i drugiej strony.
- Znasz się na tym?
- Na czym?
- Na tych bachusikach, historii miasta i tak dalej...?
- Chyba tak.
- Odpowiedziałbyś mi na kilka pytań, gdybym tego potrzebował?
- To zależy?
- Od czego? - Brudny przeniósł wzrok na twarz chłopaka.
- Czy pan pyta jako policjant, czy jako osoba prywatna?
Brudny uniósł brew, ale nie spuścił wzroku z chłopaka. Dał mu szansę, którą ku jego zdumieniu młodzian natychmiast wykorzystał.
- Z tego, co zdążyłem zauważyć, jest pan komisarzem stołecznej policji, a nie lokalnej. I jeśli pyta pan służbowo, w co szczerze wątpię, to będę musiał odpowiedzieć, ale jeśli nie, to nie, i będę mógł zażądać odpowiedniej gratyfikacji za udzielenie tak szczegółowych informacji, prawda?
Brudny uśmiechnął się pod nosem. Sto razy bardziej wolał takich ludzi niż przygłupów, z jakimi miał styczność przy pierwszym namiocie.
- Podobasz mi się, młody. Wezmę twoją wizytówkę... - Brudny sięgnął po niewielki prostokącik na ladzie - ...i jeśli będę miał jakieś pytania, to się odezwę. Tu masz moją, tak w razie gdybyś poczuł niepohamowaną potrzebę podzielenia się jakąś interesującą informacją.
- Naprawdę jest pan bardzo podobny do doktora Trochana.
- Ale nikomu o tym nie mów...
- Osobiście nie wierzę w jego winę. Nawet go kiedyś poznałem, gdy robił zabieg mojej mamie. I od razu wiedziałem, że to nie pan. Jemu lepiej z oczu patrzy.
Brudny niemal parsknął śmiechem i pokręcił głową z niedowierzaniem. Rzadko kto potrafił mu tak poprawić humor.
- Marnujesz się tu, chłopie. Przy okazji, jak się nazywasz?
- Bartek. Bartek Zdun. I lubię swoją pracę.
- Komisarz Igor Brudny. I będę o tobie pamiętał.
Obaj mężczyźni podali sobie dłonie, po czym Brudny raz jeszcze podziękował za mapę i opuścił lokal. Wychodząc, pomyślał, że ten młody chłopak umilił mu dzień. I pozwolił zapomnieć o niespodziewanej wizycie nieproszonej postaci z przeszłości.
Gdy wyszedł z podziemi ratusza, słońce właśnie nieśmiało zaczęło wychylać się zza popielatych chmur, aby po chwili skąpać rynek w złotym blasku. Brudny poprawił ciemne okulary, włożył mapę bachusików za pazuchę i ruszył do samochodu. Po drodze nie omieszkał zahaczyć o swoją pizzerię, gdzie wybrał ulubioną pizzę - o dziwo menu przez wszystkie te lata zmieniło się nieznacznie - o niewybrednej nazwie "Śmierć na arenie" i spałaszował ją z ogromnym apetytem. Usiadł przy oknie, aby śledzący go tajniacy dobrze go widzieli. Gdy zjadł, zostawił spory napiwek i w sklepie obok kupił paczkę gum miętowych.
Gdy wsiadał do samochodu, zerknął w lusterko wsteczne, aby się upewnić, czy Czarnecki nie przyczepił mu nowego, bardziej dyskretnego ogona. Po drugiej stronie ulicy dostrzegł tylko postawnego mężczyznę w garniturze, który właśnie wchodził do pizzerii. Miał ciemne okulary i kapelusz z rondem.
Brudny uruchomił silnik, raz jeszcze rozejrzał się po okolicy i nie dostrzegając żadnego zagrożenia, zwolnił pedał hamulca. Kolejnym punktem na jego mapie był Jędrzychów. Tę partię chciał rozegrać po mistrzowsku, ale oczywiście nic z tego nie wyszło.
Na dworze padał deszcz, a w salonie jednej z willi w podzielonogórskim Jędrzychowie siedziała kobieta o długich blond włosach i tępo gapiła się przed siebie. Czuła się, jakby orbitowała na skraju czarnej dziury, a wszystko, co znała i kochała, było bezpowrotnie zasysane do jej mrocznego wnętrza.
Anna Trochan należała do kobiet dumnych i twardo stąpających po ziemi. Po studiach we Wrocławiu, na których poznała Filipa, oboje wrócili w rodzinne strony. To była ich wspólna decyzja, bo od zawsze wszystkie decyzje podejmowali razem. Ceniła to w narzeczonym, z którym rok później złożyli sobie śluby miłości i wierności. Kochali się na zabój, ale przez następne trzy lata odwlekali decyzję o poczęciu potomka. Uzgodnili, że najpierw muszą skupić się na karierze, a gdy już osiągną pułap pozwalający im na spokojne i dostatnie życie, pomyślą o spłodzeniu dziecka.
W wieku trzydziestu lat Anna zaszła jednak przypadkiem w ciążę. Z początku miała mieszane uczucia, przecież dopiero co wystartowała z prywatną praktyką. Nie przestała jednak pracować i prawie do dziewiątego miesiąca przyjmowała pacjentów, a po urodzeniu Lenki szybko odstawiła ją od piersi i wróciła do gabinetu. Z przyjemnością i nutką zazdrości przyglądała się w tym czasie, jak jej mąż buduje i rozwija swoją klinikę, która po dziewięciu latach działalności stała się jedną z wizytówek miasta, a z szeroko pojętymi problemami stopy zwracali się do doktora Trochana znani i lubiani w Polsce i za granicą. Choć Anna była bardzo ambitna, w pewnym momencie pojęła, że ten mikrowyścig szczurów nic dobrego nie przyniesie, zwłaszcza że oboje wyraźnie zaniedbali czas, który powinni poświęcić córeczce. Odpuściła więc i choć wciąż z powodzeniem prowadziła swoją praktykę, skupiła się na urządzeniu i pielęgnowaniu rodzinnego gniazda. I na sobie.
Do tej pory szło jej całkiem dobrze. Nauczyła się świetnie gospodarować czasem, w związku z czym nawet w mocno napiętym grafiku mogła znaleźć chwilę na kawę z koleżanką, pójście do fryzjera i na manikiur. Choć zawsze uważała się za urodziwą i wychodziła z założenia, że niczego jej nie brakuje, rozumiała, że w życiu każdej kobiety nadchodzi czas, w którym musi bardziej o siebie zadbać. Filip rzeczywiście ostatnio rzadziej zwracał na nią uwagę, później wracał do domu i coraz częściej wyjeżdżał na zagraniczne sympozja. Wątpiła, aby miał kochankę, nie odważyłaby się też przeglądać jego telefonu bądź skrzynki pocztowej. Postawiła więc sobie za punkt honoru, że znów rozbudzi w nim pożądanie, a gdy spędzą upojną noc, porozmawia z nim szczerze o tym, aby trochę odpuścił i więcej czasu poświęcił rodzinie.
Miała plan, który chciała zrealizować w środowy wieczór. Wcześniej niż zwykle ułożyła do snu Lenkę, następnie przygotowała kolację z owoców morza i otworzyła drogie wino. Włożyła seksowną i - w jej przeświadczeniu - mocno perwersyjną bieliznę i czekała na niego w pełnej gotowości. Chciała go zaskoczyć już w progu, sprawić, aby jego libido eksplodowało, a potem żeby dziko i namiętnie kochali się całą noc. Nie miała pojęcia, że Filip też miał taki plan...
Czekała do dziesiątej. Do tej pory zdążyła wypić pół butelki. W końcu zadzwoniła, ale telefon Filipa był poza zasięgiem. Pół godziny później spróbowała raz jeszcze, potem za kolejnych piętnaście minut, dziesięć, pięć. Wściekła się, bo pomyślała, że robi z siebie wariatkę, a on pewnie pieprzy właśnie jakąś tanią ździrę. Uspokoiła się dopiero o północy, ale obawy o zdradę zmieniły się w lęk przed czymś jeszcze gorszym. Bo choć Filip potrafił się spóźnić, to zawsze wracał do domu przed dwunastą, chyba że wcześniej Annę uprzedził, że będzie inaczej.
Nie spała całą noc, a nad ranem, gdy Filip wciąż nie odbierał, zgłosiła sprawę na policję. Przez trzy dni drżała o jego życie i zdrowie, miała do siebie pretensję, że w irracjonalnym gniewie coś sobie uroiła, przywoływała nawet Boga. Próbowała nawiązać kontakt z mężem, wykonała kilkaset telefonów, zostawiła drugie tyle wiadomości. Filip zapadł się jednak pod ziemię, a mundurowi byli bezradni.
Minęły kolejne trzy dni, a ona siedziała w półmroku, bezsilnie obserwując, jak dziennikarskie hieny rozrywają jej męża, rodzinę i życie. Jej piękne, ułożone i stabilne życie, które legło w gruzach, a ona, cholerna doktor psychologii, nie miała pojęcia, jak sobie z tym poradzić.
Gdy sięgnęła po następnego papierosa, po raz kolejny zadzwonił telefon. Zablokowała już ze dwadzieścia numerów, głównie natrętnych dziennikarzy, ale nie wyłączyła aparatu. Chciała być w stałym kontakcie ze światem, przecież w każdej chwili mogły pojawić się jakieś nowe informacje na temat jej męża. Przypaliła papierosa, nie odrywając wzroku od wyświetlacza smartfona. Ten zamilkł, ale za chwilę znów zadrżał. Ten sam numer. Odebrała.
- Słucham?
- Pani Trochan?
- Jeśli jesteś dziennikarzem albo inną hieną, to sugeruję, żebyś wypierd...
- Komisarz Igor Brudny ze stołecznej policji.
- Tym bardziej!
Rozłączyła się, ale zanim zdążyła odłożyć smartfon, ten zabrzęczał jej w dłoni.
- Nie dzwonię oficjalnie. Mam dla pani ważną informację - oznajmił głos po drugiej stronie. Tym razem Trochan nie odważyła się przerwać połączenia.
- Czy coś wiadomo? Czy mój mąż...? - spytała niepewnie, ale urwała w połowie, Brudny usłyszał jej przyspieszony oddech. - Pan ze stołecznej policji?
- Chciałbym się z panią spotkać. To bardzo ważne.
- Ma pan jakieś nowe informacje? Co z moim mężem? - Komisarz wyczuł, że rozmówczyni jest roztrzęsiona.
- Mogę być u pani za pięć minut. Jest pani w domu?
- Tak.
- W takim razie do zobaczenia za chwilę.
Brudny rozłączył się i pstryknął niedopałkiem w kałużę. Wsiadł za kierownicę, włączył silnik i skasował nawigację. Nie była mu już potrzebna, bo zdążył sprawdzić adres, ale zawrócił z prostej przyczyny - zabrakło mu papierosów. A gdy już wszedł do osiedlowego sklepiku, pomyślał, że kupi też jakąś czekoladę dla małej. Bądź co bądź był jej wujkiem. I chyba już nie mógł nic z tym zrobić.
W tym samym czasie doktor psychologii zastanawiała się, czy aby na pewno dobrze zrobiła. Zorientowała się, że nie był to zwykły telefon z policji, dopiero gdy odłożyła komórkę na stół. Podeszła do okna i delikatnie uchyliła zasłonę. Zmrużyła oczy, bo przez ostatnie dni prawie w ogóle nie wyglądała na dwór. Żyła w półmroku jak wampirzyca, którą chciały z niej zrobić dziennikarskie sępy. Obserwowała przez moment drogę dojazdową, która prowadziła do jej rezydencji na skraju lasu. Stała tak w zawieszeniu przez dłuższy moment, cofnęła się dopiero wtedy, gdy popiół z papierosa spadł jej na przedramię. Strząsnęła resztki ze swetra i poszła do łazienki. Spojrzała w lustro.
Anna Trochan z przykrością odnotowała, że naprawdę wygląda jak wampirzyca. Przetarła dłońmi dolne powieki i sięgnęła do kosmetyczki. Kilkoma wprawnymi ruchami poprawiła zaniedbany makijaż, następnie spięła w kitkę zmierzwione włosy. Gdy kończyła, usłyszała zbliżający się samochód. Silnik chodził na niskich obrotach i brzmiał jak podrasowany traktor. Podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer.
Mężczyzna nosił czapkę i duże ciemne okulary. Miał zdrowy, kilkudniowy zarost i kołnierz płaszcza postawiony na sztorc.
Wtedy coś ją tknęło. To było tak gwałtowne, że aż odskoczyła od drzwi i potrąciła nogą opartą o ścianę parasolkę, która upadając, wydała głuchy odgłos. Chwilę później rozległo się pukanie.
Trochan oddychała szybko i płytko. Zwykle była w stanie się opanować, jako że ludzkie emocje były obiektem jej codziennych badań. Tym razem kompletnie zgłupiała.
- Pani Trochan?
Anna raz jeszcze spojrzała przez wizjer, który niemal w całości przysłoniła policyjna odznaka.
- Pani Trochan, czy wszystko w porządku?
- Tak, już otwieram - odparła, po czym przekręciła zamek.
Brudny wszedł do środka. W przedpokoju panował półmrok, a w powietrzu unosił się znajomy zapach dymu papierosowego i wczorajszej pizzy. Trochan gestem zaprosiła go do salonu, ale wciąż trzymała się za jego plecami.
- Mam nadzieję, że ma pan dobre wieści, panie komisarzu...
- Brudny, komisarz Igor Brudny.
Brudny odwrócił się i ściągnął okulary, a potem czapkę. Trochan podniosła wzrok i w jednej chwili jej oczy zrobiły się wielkie jak piłeczki pingpongowe.
- Chryste Panie... - wymamrotała i pobladła, jakby cała krew odpłynęła jej z twarzy. - Filip...?
- Nie, nie. Nie jestem Filipem. Wyglądam jak on, ale...
Nie zdążył dokończyć, gdy doktor Trochan rzuciła mu się na szyję i zaczęła całować jak długo niewidzianego kochanka. Wtedy chwycił ją za ramiona i odepchnął. Nie tak to sobie zaplanował, ale liczył się z tym, że będzie musiał improwizować.
- Filip, no coś ty?
- Nie jestem pani mężem, pani Trochan! - Potrząsnął nią lekko acz zdecydowanie.
- Filip, co oni ci zrobili? - Kobieta znów próbowała zbliżyć się do Brudnego, ale jej na to nie pozwolił.
- Jeszcze raz powtarzam, pani Trochan. Nie jestem pani mężem. Nazywam się Igor Brudny i jestem komisarzem stołecznej policji.
Trochan spojrzała na niego przytomniej. Omiotła go wzrokiem, chwilę dłużej zatrzymała się na bliźnie, która przecinała w połowie jego lewą brew. Uspokoiła się nieco, choć jej źrenice wciąż szalały. W pewnym momencie oczy zaszły jej łzami.
- O co tu chodzi? Kim pan jest, do jasnej cholery?
- Powtórzę raz jeszcze. Nazywam się Igor Brudny i pracuję w policji. Prawdopodobnie jestem też dotąd nieznanym bratem bliźniakiem pani męża.
- Czy to jest, kurwa, jakiś kiepski żart? Czy ja jestem, kurwa, w jakiejś zasranej ukrytej kamerze? - Trochan zupełnie się rozkleiła.
- Pani Trochan, proszę się uspokoić. Jestem tu po...
Brudny nie zdążył dokończyć, gdy na jego głowę spadł grad ciosów. Kobieta biła na oślep i łajała przez łzy, była rozjuszona i kompletnie rozbita emocjonalnie. Komisarz w końcu chwycił ją za przedramiona i przycisnął do siebie. Pomyślał, że córka nie może zobaczyć matki w takim stanie.
- Co to ma być, do jasnej cholery?
- Pomogę pani.
- To jest jakiś horror, to...
- Proszę usiąść, naleję pani wody.
Brudny usadowił gospodynię na kanapie i rozejrzał się po kuchni, która szczęśliwie była połączona z salonem. Instynktownie otworzył pierwszą z górnych szafek i chwycił kubek, który napełnił wodą z kranu. Podał go roztrzęsionej kobiecie.
- Gdzie pani córka?
- U matki. - Trochan machnęła dłonią. - Nie chciałam, aby oglądała mnie w takim stanie. Podobno dzieci wyczuwają emocje dorosłych...
- Nie mam dzieci, ale przyniosłem tę czekoladę. Dla córki.
Brudny wyciągnął zza pazuchy tabliczkę mlecznej z orzechami i wręczył ją wycierającej oczy Trochan.
- Dziękuję, ale i tak nie mogłaby zjeść. Jest uczulona na orzechy. - Trochan przyjęła upominek, a Brudny poczuł się jak głupek. Uważał się za zimnego sukinsyna, ale ta sytuacja przerosła nawet jego.
- Pan naprawdę jest bratem Filipa? - spytała i zmęczonymi oczami powiodła po twarzy komisarza.
- Jeszcze tego nie wiem na pewno, ale chyba tak. Sama pani widzi. Wyglądamy identycznie, a takie podobieństwa w przyrodzie raczej się nie zdarzają.
- Mój Boże... Filip nigdy nie mówił, że ma brata bliźniaka.
- Wątpię, żeby o mnie wiedział.
- Jak to?
- Ja dowiedziałem się o nim z kamer miejskiego monitoringu.
Trochan sięgnęła po papierosa, a Brudny go jej przypalił. Zaciągnęła się i wypuściła dym.
- Znów zaczęłam - bąknęła pod nosem. - Ale ta sytuacja mnie dobija. A teraz jeszcze to. To znaczy pan.
- Ta sytuacja mnie też skomplikowała życie.
- Skomplikowała... - żachnęła się Trochan.
- Przepraszam, nie to miałem na myśli.
- Proszę nie przepraszać. Nie po to pan tu przyszedł. Czego pan chce?
- Informacji.
- Przez te lata chyba sporo się nazbierało. - Trochan wstała i lekko chwiejnym krokiem skierowała się do kuchni. - Zaparzę kawę. Może być z ekspresu?
Brudny przytaknął, przynajmniej od godziny chodziło za nim podwójne espresso. Lubił i pił dużo kawy, od kiedy pamięta. Zawsze czarna, mocna, bez grama cukru.
- Proszę mi wybaczyć moje zachowanie - rzekła Trochan, czekając, aż kawa zacznie się nalewać. - Pewnie pan wie, że jestem psychologiem, ale chyba kiepskim, skoro nie potrafię zapanować nad samą sobą.
- To normalne, pani Trochan. Nie ma powodu czynić sobie wyrzutów.
- Człowiek żyje, planuje, stara się dbać o dom, rodzinę, pracę, a tu nagle "bam" i wszystko szlag trafia. A na koniec ze wszystkim zostaje sam.
To nie była pierwsza rozmowa tego typu, jaką Brudny przeprowadził podczas swojej kariery. Tak naprawdę dobry glina musiał być też dobrym psychologiem, bo świadkowie zbrodni rzadko kiedy byli przypadkowymi ludźmi z ulicy. Zwykle należeli do rodziny bądź przyjaciół zabójcy lub ofiary, najczęściej ich obojga. Nigdy jednak nie przesłuchiwał jeszcze doktor psychologii, w dodatku swojej bratowej.
Brudny pozwolił wygadać się Trochan, poczekał też, aż wręczy mu kawę i wygodnie usiądzie w fotelu. Gdy uznał, że nadszedł dobry moment, wyciągnął notatnik i przeszedł do ofensywy.
- Mówiła pani, że doktor Trochan nigdy nie wspominał o bracie bliźniaku. Czy w ogóle opowiadał o przeszłości?
- Raczej rzadko. Nie lubił o tym rozmawiać, bo Filip jest dość zamknięty w sobie. Uważam, że to z powodu domu, w jakim się wychował. Jego ojciec Olgierd był takim surowo ciosanym typem, rozumie pan... Od kiedy pamiętam, Filip starał się mu zaimponować i zdobyć jego szacunek, ale nigdy się nie doczekał. Ojciec zmarł na zawał jeszcze przed naszym ślubem, tuż po tym, jak mąż zainwestował w klinikę. Myślę, że Olgierd nigdy nie obdarzył go prawdziwą miłością, a przynajmniej nie potrafił jej okazać, przez co Filip też ma z tym problem.
- Ufaliście sobie?
- Tak, bezgranicznie.
- Wątpi więc pani, aby mógł ukrywać przed panią taką informację?
- O bracie bliźniaku? W życiu. Filip był introwertykiem, ale nie kłamcą.
- A jego rodzice? Dobrze ich pani znała?
- Ojca słabo, tak jak mówiłam, był raczej nieprzyjemnym człowiekiem. Do tego nie lubił mnie i chyba nigdy nie zaakceptował. Z matką złapałam jakiś kontakt, choć nie należymy do psiapsiółek, rozumie pan...
- Ale czasem się spotykacie...
- Same nigdy. Kiedyś mi powiedziała, że trudno by jej było naturalnie rozmawiać z synową, która każde jej zdanie rozkładałaby później na części pierwsze i analizowała w zaciszu swojego gabinetu. Odczytałam to jako sygnał, że nie chce utrzymywać bliższych stosunków, i chyba się nie pomyliłam. Powiedzmy, że nasze relacje są neutralne, a spotykamy się zwykle w rodzinnym gronie podczas świąt czy z innych okazji.
- Ma pani jakieś albumy ze zdjęciami z dzieciństwa męża?
- Tak, mogę je panu pokazać. Był naprawdę słodkim szkrabem.
- Nie chciałbym zabierać pani zbyt wiele czasu i byłbym wdzięczny, gdyby mi je pani pożyczyła na dzień lub dwa.
- Dobrze. I tak tylko się tu kurzą. Zresztą chyba ma pan do tego prawo...
Brudny usłyszał to dziś już po raz drugi. I sam nie był pewny, co o tym myśleć.
- Pani mąż urodził się w Zielonej Górze? - zapytał, choć kiepsko czuł się, pogrywając z kimś, kto teoretycznie mógł należeć do rodziny, której nigdy nie miał.
- Skoro jesteście bliźniakami, to chyba powinien pan wiedzieć, czyż nie? - Trochan nie dała się podejść.
- No właśnie to wszystko nie jest teraz takie oczywiste. Może pani odpowiedzieć?
- Mogę. To żadna tajemnica. - Wymownie machnęła ręką. - Filip przyszedł na świat w Moskwie. Mówiłam panu, że jego ojciec był nieprzyjemnym typem, ale nie wiem, czy wspominałam, że należał do partii. Nie wnikałam w szczegóły, bo na tym polu w ogóle się nie dogadywaliśmy. Zawsze miałam i mam do dziś kompletnie odmienne poglądy na te sprawy. - Trochan zgasiła papierosa i na moment zawiesiła się, jakby szukała czegoś głęboko w pamięci. - Wie pan... Temat urodzin i moskiewskiego życia tak naprawdę nigdy nie pojawiał się we wspominkach rodzinnych. W albumach Filipa nie ma też żadnego zdjęcia z Rosji. Trochę to chyba dziwne, prawda?
- Niekoniecznie, przecież...
- A pan ma jakieś zdjęcia z tamtych czasów?
- Chyba panią rozczaruję. Wychowałem się w sierocińcu.
- Oj, przepraszam. Nie chciałam...
- Proszę nie żartować. Jesteśmy dorośli. Podobno moja matka nie była gotowa mnie wychować, cokolwiek by to miało znaczyć...
- To naprawdę przykre i... bardzo dziwne. Akurat matce Filipa niczego w życiu nie brakowało. Chociaż po tym wszystkim, co pan opowiada, po tym, co się teraz dzieje, już nie jestem pewna czegokolwiek tyczącego się mojego męża, a zwłaszcza jego rodziny.
- Myśli pani, że mógłby zrobić coś złego innemu człowiekowi?
- Ma pan na myśli "zabić"? - Anna uniosła wzrok i spojrzała Brudnemu głęboko w oczy. - Nie, Filip nie byłby w stanie nikogo zamordować. A już na pewno nie wypatroszyć i porozrzucać jego flaki po centrum miasta. Dla mnie to w ogóle jakiś absurd. - Trochan upiła kolejny łyk kawy. - A pan, panie komisarzu? Co pan o tym myśli?
- Też nie wierzę w jego winę, jeśli o to pani pyta.
- Dobrze mieć kogoś po swojej stronie.
Rozmowa zaczęła zmierzać w kierunku, który Brudnemu przestał się podobać. Wątpił, aby rozmówczyni robiła to specjalnie i korzystała z wyuczonych umiejętności, w każdym razie nie skomentował jej ostatniej wypowiedzi, zamiast tego upił łyk kawy i wrócił do zadawania pytań.
- Czy pani mąż mógł mieć jakichś wrogów?
- Nie przypominam sobie. Nigdy nie wchodził innym w drogę, zwykle unikał jakichkolwiek starć.
- A może jakieś długi? Niespłacone kredyty?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Filip trzymał rękę na domowym budżecie, ale nie zauważyłam jakichś drastycznych ruchów finansowych na naszym koncie. W ostatnim czasie naprawdę niczego nam nie brakowało. Przynajmniej pod względem finansowym.
- A konta firmowe?
- Do nich dostępu nie miałam. Ale naprawdę wątpię. Filip nie należał do ryzykantów czy jakichś spekulantów. Każdą złotówkę oglądał dwa razy, zanim ją wydał, a na sukces pracował naprawdę ciężko.
Brudny dopił kawę i zamaszystym ruchem podkreślił coś w swoim notatniku. Następnie zamknął go i schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Bardzo pani dziękuję, pani Trochan.
- Nie ma za co. W sumie miło było poznać szwagra...
- Czy mógłbym dostać te albumy? - Brudny wrócił do bardziej stanowczego tonu.
- Oczywiście... panie komisarzu.
Po jakiejś minucie Trochan wróciła do salonu z trzema pokaźnych rozmiarów albumami. Brudny stał już w przedpokoju. Wręczyła mu je i uśmiechnęła się.
- Zwrócę je najpóźniej pojutrze, jeśli to nie problem - rzekł, również siląc się na uśmiech, choć zwykle wychodziło mu to mało naturalnie.
- Może je pan zatrzymać tak długo, jak pan chce. Wierzę, że są w dobrych rękach.
- Dziękuję i do zobaczenia, pani Trochan.
- Do widzenia, komisarzu.
Trochan wyciągnęła smukłą dłoń. Brudny uścisnął ją delikatnie, po czym założył ciemne okulary i odwrócił się w kierunku samochodu. Zrobił kilka kroków, ale nie usłyszał, żeby drzwi się za nim zamknęły. Trochan stała i obserwowała go.
- Komisarzu Brudny! - zawołała, gdy był w połowie drogi do swojego patrola. Brudny się odwrócił. - Dziękuję. Pana wizyta dała mi nadzieję...
Komisarz przytaknął, ale nic nie odpowiedział. Postawił kołnierz płaszcza i ruszył w kierunku pojazdu. Myślami był już zupełnie gdzie indziej.
Inspektor Romuald Czarnecki pocałował żonę na do widzenia i wyszedł z mieszkania. Wsiadł do swojego pięcioletniego renault megane, włączył silnik i przepuściwszy sąsiada, pomału wyjechał z parkingu.
W radiu znów mówili o doktorze Trochanie, w relacji mediów w zasadzie już skazanym i ukamienowanym. To bardzo irytowało inspektora, ale dawno nauczył się z tym żyć. I choć w podobnych sytuacjach tęsknił za czasami słusznie minionymi, w których to policja i prokuratura decydowały, co można, a czego nie można powiedzieć i napisać, to rozumiał, że kijem rzeki nie zawróci.
Dochodziła osiemnasta, miasto powoli pogrążało się w półmroku. Niebo znów pokryła gruba warstwa chmur, przez co przybrało ołowiany kolor. Nie lubił go, kojarzył mu się z czymś nieprzyzwoitym i nikczemnym. Jak ludzka natura, która w krytycznych momentach zwykle ujawniała swoją mroczną stronę. Przekonał się o tym nie raz i nie dwa. Trzydzieści lat w policji wystarczyło, aby przestać się oszukiwać. Człowiek był drapieżcą i to nie zmieniło się od tysiącleci.
Na miejsce dotarł, gdy zrobiło się już całkiem ciemno. Wziął pod pachę aktówkę i szybkim krokiem wszedł po schodach prowadzących do gmachu komendy miejskiej. Machnął portierowi i poszedł na drugie piętro do przydzielonego mu na czas śledztwa gabinetu. Do spotkania z Piotrem Wanią, dziennikarzem "Gazety Lubuskiej", miał jeszcze kwadrans. Umówił się z nim zaraz po porannej naradzie swojego zespołu, bo choć potem zwołał na następny dzień konferencję prasową, to wolał wywiedzieć się, co w trawie piszczy.
Zrobił sobie kawę i dokonał szybkiej analizy dnia. Czuł, że śledztwo nie będzie łatwe, i przekonał się o tym już w południe, kiedy zadzwonił do niego lekarz sądowy i potwierdził przypuszczenie, że pozostawione przez podejrzanego narządy należą do dwóch osób, a nie do jednej. A dokładnie dwóch mężczyzn między pięćdziesiątym piątym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia, którzy raczej przesadnie nie dbali o zdrowie. Najwyraźniej było to widać po zniszczonej wątrobie, której oględziny wykazały, że jej posiadacz nie wylewał za kołnierz, pozostałe narządy wewnętrzne również nosiły ślady nader "aktywnego" stylu życia. Komplet tych faktów pozwalał podejrzewać, że jeden z tropów może być trafiony. Czarnecki miał nadzieję, że jeszcze dziś to przypuszczenie zostanie potwierdzone.
Poza tym inspektor stał w miejscu, nie licząc dodatkowego problemu w postaci pewnego komisarza, który od przyjazdu nie zasypiał gruszek w popiele i choć na razie trzymał się umowy, sprawiał wrażenie faceta, którego niełatwo będzie utrzymać na krótkiej smyczy. Czarnecki zastanawiał się, jak Brudny poprowadził rozmowę z Anną Trochan. Jakkolwiek nie było mu to na rękę, nie mógł mu zabronić wizyty u bratowej, nawet jeśli nigdy wcześniej nie mieli okazji się spotkać.
Rozmyślania przerwał mu sygnał telefonu. Czekał na niego. Dzwonił podinspektor Grzegorz Zimny.
- Cześć, Grzegorz. Powiedz, że masz dobre wieści.
- Nie mnie to oceniać, ale dzwonili z "zaginionych".
- Mów.
- To był dobry trop. W ciągu ostatnich dwóch tygodni zaginęło dwóch mężczyzn. Zgadnij, czym się zajmowali i w jakim byli wieku?
- Dawaj, dawaj. To nie zgaduj-zgadula.
- Pierwszy to niejaki Zenon Kowalski, lat pięćdziesiąt dziewięć, kierowca autobusowy z Krosna Odrzańskiego. Drugim jest emerytowany już budowlaniec z Sulechowa, Zdzisław Boruch, lat sześćdziesiąt jeden.
- No to chyba mamy potencjalne ofiary.
- Już wysłałem ludzi, żeby jeszcze dziś popytali rodzinę i znajomych. Szykować ekipę poszukiwawczą?
- Tak, nie ma na co czekać. Musimy jak najszybciej odnaleźć ciała. Jeszcze dziś do północy chcę mieć dwie silne grupy z psami tropiącymi. Najpierw niech przeczeszą okolice miejscowości, w których tamci mieszkali, potem brzegi rzeki pomiędzy Krosnem i Sulechowem. Morderca musiał zostawić jakieś ślady. Do rana ma być też gotowa ekipa nurków.
- Dobra, załatwione.
- Aha, jeszcze jedno. Wyślij techników po próbki DNA tych facetów. Wtedy będziemy mogli określić z całkowitą pewnością, że narządy należą do nich. W razie gdyby opornie szło nam szukanie trupów.
- Jasne, przekażę. Jest jeszcze jedna sprawa, Romek...
- Słucham.
- Wczoraj zaginęła siedemnastolatka z Krosna Odrzańskiego. Bierzemy to czy na razie zostawiamy?
- Cholera.
Czarnecki zamilkł. Pobieżna analiza nie wskazywała, że zaginięcie młodej dziewczyny może mieć cokolwiek wspólnego ze sprawą Trochana. Biorąc pod uwagę najnowsze informacje, modus operandi sprawcy nijak miał się do porwania młodej dziewczyny.
- Grzegorz...
- Jestem.
- Oddaj to na razie Mariolce z "zaginionych". Ale niech potraktuje temat priorytetowo. Nigdy nie wiadomo. Poza tym cała ta sprawa zaczyna mi śmierdzieć. Te puzzle jakoś do siebie nie pasują.
- Też mam takie wrażenie. Mariolce przekażę.
- Aha, i jak dowie się czegoś konkretnego, niech kontaktuje się bezpośrednio ze mną.
- Okej.
- Informuj mnie na bieżąco, a jak ktoś będzie marudził, to kieruj ich do mnie. Jeszcze dziś psy mają zacząć szukać.
- Pewnie, szefie.
- Dzięki, Grzegorz.
Czarnecki się rozłączył. Te informacje posunęły sprawę do przodu. Miał narządy wewnętrzne, na dziewięćdziesiąt procent miał też nazwiska ofiar, którym je wycięto. W przypadku podejrzanego brak było natomiast motywu, bo dlaczego wzięty doktor miałby zabijać jakichś małomiasteczkowych, podrzędnych pijaczków? Kroić ich i grać z policją w jakieś gierki, skoro od razu pokazał swoją twarz? To, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie miało sensu. Do tego wciąż brakowało ciał, choć czysto teoretycznie mógłby się bez nich obejść. Z wynikami DNA zabezpieczonych narządów można było stwierdzić z całkowitą pewnością, że ich posiadacze zostali pozbawieni życia. I do tego ta zaginiona dziewczyna. Mogła po prostu uciec z domu, zaćpać się w jakiejś norze albo utopić w rzece, ale Czarnecki miał złe przeczucie.
Kolejny telefon.
- Tak. Proszę go wpuścić.
Czarnecki odłożył komórkę i poprawił krawat. Zaczął myśleć o tym, co zrobi, gdy pożegna dziennikarza.