Komisarz Brudny. Bagno. Tom 5 - Przemysław Piotrowski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Wisiała na żyran­dolu.

Jej twarz nie przy­po­mi­nała tej, którą znał przed laty. Blada, spuch­nięta, mar­twa jak cała reszta. Wytrzesz­czone oczy wpa­try­wały się w niego obo­jęt­nie, z lekko roz­chy­lo­nych ust wyla­ty­wały muchy, które zapewne zdą­żyły już zło­żyć w jej wnę­trzu jaja. Z nich wkrótce wylę­gną się czer­wie i zaczną uczto­wać. Czy powi­nien na to pozwo­lić?

Patrzył na nią wyprany z emo­cji. Nie miał ich w sobie. Po pro­stu stał i patrzył, jak muchy wcho­dzą do jej ust, by po chwili z nich wyjść, jak jej dłu­gie blond włosy i fałdy się­ga­ją­cej do kolan sukienki deli­kat­nie falują na wie­trze, który wśli­zgi­wał się przez uchy­lone drzwi bal­ko­nowe. Na zewnątrz ćwier­kały ptaki i doka­zy­wały dzieci, sądząc po okrzy­kach, grały w piłkę nożną.

"Podaj, podaj! Mały, tu jestem! Hej! Nie sam, nie sam! Tutaj! Kuźwa! Musia­łeś znowu sam?!"

Ona się nie poru­szała. Nie wyda­wała żad­nych dźwię­ków. Po pro­stu wisiała, a na dwo­rze życie toczyło się dalej. Czy ktoś po niej zapła­cze? Wąt­pił w to. Ojciec nie żył od pra­wie dwu­dzie­stu lat, matka zmarła z gory­czy po tym, co wyda­rzyło się mie­siąc wcze­śniej. Przy­naj­mniej tak powta­rzała, bo dok­tor twier­dził, że z powodu wylewu krwi do mózgu. Ale to ona mogła mieć rację. Teraz też już nie żyła. Wisiała na żyran­dolu.

Spu­ścił wzrok na kartkę. Leżała na pod­ło­dze obok prze­wró­co­nego tabo­retu, spla­miona moczem, któ­rego spora kałuża zebrała się pod zwło­kami. Przy­kuc­nął i chwy­cił ją czub­kami pal­ców. Uniósł i prze­czy­tał. To było jej pismo. Znał je dosko­nale, bo kie­dyś pisali do sie­bie wiele listów, może nawet setki. Wszyst­kie jed­nak gdzieś prze­pa­dły. W odmę­tach prze­szło­ści. Spa­liła je? Ta myśl spra­wiła, że poczuł ucisk w żołądku. Zda­wała mu się irra­cjo­nalna.

Czy to była jego wina? Czy mógł temu zapo­biec? Czy gdyby wtedy postą­pił ina­czej, oni by żyli?

Odło­żył kartkę na miej­sce. Pod­niósł się i zamknął powieki. Z kąci­ków oczu ode­rwały się nie­chciane łzy. Wytarł je poiry­to­wany wła­sną sła­bo­ścią. Tacy jak on nie mogli oka­zy­wać sła­bo­ści. W tym fachu sła­bość ozna­czała śmierć.

- Albo jesteś wil­kiem, albo owcą - powie­dział mu kie­dyś jego nauczy­ciel. - Kim więc jesteś? Zde­cy­duj się.

- Wil­kiem.

- Jesteś tego pewny?

- Jestem pewny.

- Więc zrób, co trzeba.

Zro­bił i stał się wil­kiem. Wil­kiem pośród owiec. Chciał tego i był z sie­bie dumny. Wilk brzmiał dum­nie, ale wilk musiał żyć wśród wil­ków. W sfo­rze nie było miej­sca dla owiec. To była cena, którą zapła­cił świa­do­mie.

Teraz, sto­jąc w pokoju naprze­ciwko niej, wiszą­cej na żyran­dolu, cuch­ną­cej moczem, obrzęk­nię­tej i zim­nej, utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że wtedy popeł­nił błąd. A może ni­gdy nie był praw­dzi­wym wil­kiem? Może był tylko owcą w skó­rze wilka?

Przed oczami sta­nęły mu twa­rze wszyst­kich win­nych. Jako jeden z nie­licz­nych widział ich praw­dziwe obli­cza. Wredne, nik­czemne, podłe ryje, które na co dzień uśmie­chały się zdra­dziecko do kamer, aby w zaci­szu knuć i szcze­rzyć kły. Ludzie nie mieli poję­cia, co kryje się pod tymi wypa­cy­ko­wa­nymi maskami, za wznio­słymi hasłami, które tak namięt­nie gło­szą, aby tylko nasy­cić nie­po­ha­mo­wany głód wła­dzy.

Wła­dza.

Jedyny głód, któ­rego nie da się zaspo­koić. Wła­dza jest gor­sza niż naj­bar­dziej uza­leż­nia­jący nar­ko­tyk. Posma­ko­wa­nie z koryta zmie­nia ludzi, łamie krę­go­słupy jak zapałki, a moral­ność prze­staje ist­nieć.

Skrzy­wił się na tę myśl. O moral­no­ści zawsze naj­wię­cej mówili ci, któ­rzy nie mieli o niej zie­lo­nego poję­cia.

Poczuł w kie­szeni wibra­cję tele­fonu. Musiał ode­brać.

- Jesteś potrzebny - usły­szał.

- Za godzinę. Tam gdzie ostat­nio - odparł i się roz­łą­czył.

Spoj­rzał na zega­rek i scho­wał smart­fon do kie­szeni. Raz jesz­cze przyj­rzał się wiszą­cej na żyran­dolu kobie­cie. Jej sukienka znów zafa­lo­wała przy podmu­chu wia­tru, a z ust wyla­zła kolejna mucha, która prze­spa­ce­ro­wała się po policzku i znik­nęła w uchu. Drgnęła mu powieka, poczuł, jakby jakaś żywa istota wykluła mu się w żołądku i teraz dra­pała pazu­rami w poszu­ki­wa­niu wyj­ścia z pułapki. Znów zamknął powieki. Sta­nęły mu przed oczami obli­cza wszyst­kich win­nych. I dwa groby.

Zaci­snął pięść z taką siłą, że zatrzesz­czały wszyst­kie ścię­gna, a w trzy­ma­nej rekla­mówce zagrze­cho­tały zni­cze. Z dworu poniósł się sygnał poli­cyj­nych syren i odgłos śmie­ciarki opróż­nia­ją­cej kosze. Głosy pra­cow­ni­ków, krzyki gra­ją­cych w piłkę dzieci. Ćwier­ka­nie pta­ków. Stu­kot obca­sów jakiejś bez­i­mien­nej kobiety.

Istota w jego wnę­trzu coraz gwał­tow­niej zaczęła szar­pać jego trze­wia. Czuł jej ostre jak brzy­twa pazury. Wpi­jały się w ścianki jego żołądka. Wie­dział, że pra­gnie wydo­stać się na wol­ność. I jest pie­kiel­nie głodna.

Męż­czy­zna zaci­snął zęby i po raz ostatni spoj­rzał w mar­twe oczy kobiety. Wytarł łzę, która spły­nęła mu po policzku, a potem zało­żył kap­tur, odwró­cił się na pię­cie i wyszedł z miesz­ka­nia.

Scho­dząc po scho­dach, wie­dział, że tym razem nie zdoła opa­no­wać tego, co zalę­gło się w jego wnę­trzu. Musiał to nakar­mić, ina­czej to coś roze­rwie go na strzępy. Nie sądził, że będzie musiał sycić potwora aż sie­dem lat.

Sie­dem lat minęło nader szybko...

Teraz był już gotowy, aby uto­pić ten kraj w morzu krwi.

ROZDZIAŁ 1

Pora­nek był chłodny i wietrzny. Na tle zasnu­tego chmu­rami nieba nisko krą­żyły jaskółki, a na dachu i pło­cie prze­sia­dy­wały kruki i gaw­rony. Cza­sem kra­kały albo stro­szyły pióra, ale jemu to nie prze­szka­dzało. Uniósł sie­kierę i roz­łu­pał kolejny pniak. Trzask pęka­ją­cego drewna nie robił już na pta­kach żad­nego wra­że­nia. Przy­pa­try­wały mu się z nie­zdrową fascy­na­cją, gdy wycie­rał pot z czoła. Kątem oka dostrzegł parę wścib­skich oczu, które kryły się za ogro­dze­niem. Wie­dział, że dzie­ciaki sąsia­dów czę­sto go pod­glą­dają przez dziurę w pło­cie, ale rzadko wcho­dził z nimi w inte­rak­cję. To spra­wiało, że ich zain­te­re­so­wa­nie tylko rosło. Cza­sem przy­pro­wa­dzali kole­gów i kole­żanki. Wtedy sły­szał, jak szepcą.

"Zabił wil­ko­łaka, mówię ci. I tego wam­pira. Patrz, jakie ma bli­zny. O kur­czę! Pew­nie po walce z tym wil­ko­ła­kiem. Nooo. Chyba jed­nak nie. Nie miałby szans. Bzdura, mówię ci. Na bank!"

Z jed­nej strony bawiły go te roz­mowy, z dru­giej momen­tami czuł się jak małpa w zoo. W kon­tak­tach z dziećmi było jesz­cze trud­niej, nagle zapo­mi­nał języka w gębie i bur­czał coś nie­zro­zu­miale, jakby w oba­wie, że może chlap­nąć coś nie­wła­ści­wego. Z bie­giem lat jed­nak przy­wykł, zwłasz­cza że nawet rodzice malu­chów patrzyli na niego, jakby pod dzie­wiątką nie miesz­kał czło­wiek, tylko jakiś obcy, który jedy­nie przy­brał ludzką postać niczym kosmici z Face­tów w czerni. Gdy cza­sem prze­krę­cał głowę w kie­runku, z któ­rego docho­dziły szepty, nie­mal natych­miast zapa­dała cisza jak makiem zasiał, a mło­dzi się wyco­fy­wali. Dziew­czynki czę­sto pisz­czały i ucie­kały, ale uda­wał, że tego nie sły­szy ani nie zauważa.

Igor Brudny chwy­cił kolejny kawa­łek drzewa i posta­wił go na gru­bym pniaku. Zamach­nął się i roz­łu­pał go, a następ­nie porą­bał na szczapy. Omiótł wzro­kiem stertę drewna i wycią­gnął z tyl­nej kie­szeni dżin­sów paczkę papie­ro­sów. Wycią­gnął jed­nego i wło­żył do ust. Przy­pa­lił. Wbił ostrze sie­kiery w pniak. Przez chwilę stał, obser­wu­jąc fru­wa­jące jaskółki, po czym wziął się pod boki i wygiął plecy w łuk. Coś chrup­nęło, prze­sko­czyło, zabo­lało. Ktoś mu kie­dyś powie­dział, że jak boli, to zna­czy, że żyje. Nie pamię­tał już kto, ale podzie­lał ten pogląd. Ból był jego nie­od­łącz­nym kom­pa­nem, od kiedy pamię­tał. I potra­fił go sza­no­wać.

Zer­k­nął w stronę otworu, przez który pod­glą­dały go dzie­ciaki sąsia­dów. Tuje po dru­giej stro­nie lekko się zatrzę­sły, a podmuch zim­nego wia­tru poniósł nie­zro­zu­miałe szepty. Się­gnął po prze­wie­szoną przez uchwyt kosiarki koszulkę i wło­żył ją. Znów coś chrup­nęło w sta­wach. Zga­sił nie­do­pa­łek i wrzu­cił do sło­ika. Gdy chciał dopić napo­czętą butelkę piwa, za ple­cami usły­szał puka­nie. Odwró­cił się. W oknie stała jego part­nerka. W jed­nej ręce trzy­mała lap­top, a drugą gwał­tow­nie gesty­ku­lo­wała.

- Co jest? - mruk­nął do sie­bie, marsz­cząc brwi.

Julia Zawadzka przez chwilę moco­wała się z uchwy­tem w oknie. W końcu zawiasy ustą­piły.

- Zostaw to drewno i chodź tu - rzu­ciła pospiesz­nie.

- Wypa­da­łoby to jesz­cze poukła­dać pod wiatą. Zbiera się na deszcz i...

- Olej to!

- Ale...

- Chodź coś zoba­czyć. To jest naprawdę... - Skrzy­wiła się, zer­ka­jąc w ekran lap­topa. - To wydaje się praw­dziwe, choć trudno w to uwie­rzyć.

- Co znowu?

- Przyjdź tu, to się dowiesz. Ruchy, Igor!

Brudny uniósł brwi i z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową. Pomy­ślał, że każda kobieta prę­dzej czy póź­niej pró­buje usta­wiać faceta. Mruk­nął pod nosem, doda­jąc w myślach, że nie z nim takie numery. Mimo to skie­ro­wał się w stronę drzwi bal­ko­no­wych. Gdy szarp­nął za klamkę, z dachu zerwało się do lotu kilka oku­pu­ją­cych go gaw­ro­nów.

- Ścią­gnij buciory - rzu­ciła Julka. Miała na sobie dżinsy i luźny pod­ko­szu­lek z gra­fiką jed­nej z płyt Guns'n'Roses: słynną czaszką w kape­lu­szu, skrzy­żo­wa­nymi pisto­le­tami i różami. W jed­nej dłoni trzy­mała lap­top, a w dru­giej nad­gry­zione jabłko.

Brudny ścią­gnął buty i wysta­wił je na bal­kon. Nieco ospale zbli­żył się do wyraź­nie nie­cier­pli­wią­cej się part­nerki. Lekko pochy­lona stała nad bla­tem oddzie­la­ją­cym aneks kuchenny od salonu i wpa­try­wała się w ekran kom­pu­tera.

- To naprawdę nie może pocze­kać? - zagad­nął, gdy pod­szedł na tyle bli­sko, aby móc spoj­rzeć na moni­tor.

- Nie­ko­niecz­nie, jeśli ktoś kręci snuffa z naj­waż­niej­szym kle­chą w pań­stwie.

- Jaja sobie robisz? - Brudny prych­nął, jakby to miał być jakiś żart.

Prze­krę­ciła lap­top w stronę part­nera, aby uła­twić mu zada­nie. Ugry­zła jabłko i wymow­nie unio­sła brwi. Pierw­szym, co przy­cią­gnęło jego wzrok, były świece. Pomiesz­cze­nie upstrzono mnó­stwem pło­ną­cych świec. Na samym środku, w pół­mroku dało się dostrzec ludzką postać. Męż­czy­zna był nagi, a na jego gęstej bro­dzie i opa­słym brzu­chu skrzyły się kro­ple potu, ewen­tu­al­nie olejku lub innej sub­stan­cji, która została nało­żona na skórę. Trudno było to jed­no­znacz­nie stwier­dzić, bo jakość nagra­nia pozo­sta­wiała wiele do życze­nia, ale jego ciało nie­wąt­pli­wie opla­tały grube sznury zawią­zane na czymś przy­wo­dzą­cym na myśl śre­dnio­wieczny prę­gierz. Jeden sznur był zaci­śnięty na gar­dle, drugi na wyso­ko­ści klatki pier­sio­wej, kolejne na brzu­chu, udach, łyd­kach i kost­kach. Męż­czy­zna poru­szał się nie­zgrab­nie, jakby chciał uwol­nić się z wię­zów. Brud­nemu sko­ja­rzył się z oble­śną kary­ka­turą ludzika Miche­lin.

- Co to niby ma być? - Cof­nął się kilka cen­ty­me­trów wyraź­nie znie­sma­czony.

- Nie wiem, ale naj­wy­raź­niej to nie żart. Przyj­rzyj się jego twa­rzy.

Zawadzka wska­zała na okienko znaj­du­jące się w pra­wym gór­nym rogu. Zbli­że­nie na twarz męż­czy­zny też nie było w naj­wyż­szej roz­dziel­czo­ści, ale bez pro­blemu można było roz­po­znać jego rysy. Miał przy­mknięte powieki, a z nosa i spuch­nię­tych ust sączyła się krew, która sunęła po dłu­giej, gęstej bro­dzie i ska­py­wała na nalaną klatkę pier­siową i brzuch.

- Będzie z tego nie­zły skan­dal - bąk­nął Brudny. - Dzi­wię się, że jesz­cze nikt tego nie ścią­gnął z sieci. Gdzie to zna­la­złaś? - zapy­tał i chciał odejść, ale Julka chwy­ciła go za koszulkę.

- To nie fejk, Igor - rzu­ciła. - To zna­czy chyba nie...

- Jak to nie? - Komi­sarz prych­nął. - Chyba mi nie powiesz, że to praw­dziwe nagra­nie?

- Pocze­kaj... - Zaczęła stu­kać w kla­wi­sze. Obrazy na ekra­nie zmie­niały się bły­ska­wicz­nie. Chwilę póź­niej poja­wiło się nie­wiel­kie okienko popu­lar­nego radia. Włą­czyła "play". - Posłu­chaj tego - pole­ciła.

- Co to?

- Po pro­stu słu­chaj.

Pod­krę­ciła gło­śność na mak­si­mum. Z gło­śni­ków poniósł się zna­jomy tembr redak­tora Łuka­sza Chmiel­nika. Na co dzień pro­wa­dził on popu­larną audy­cję publi­cy­styczną, pod­czas któ­rej słu­cha­cze mieli oka­zję wypo­wie­dzieć się na tematy zwią­zane z bie­żącą poli­tyką. Brudny cza­sem jej słu­chał, bo lubił pro­wa­dzą­cego, który w jego mnie­ma­niu był wyjąt­kowo bystry i w mistrzow­ski spo­sób wbi­jał szpile poszcze­gól­nym poli­ty­kom, zacho­wu­jąc wro­dzony styl i klasę. Audy­cja musiała być odtwa­rzana, bo zwy­kle leciała na żywo z samego rana, a obec­nie docho­dziło połu­dnie. Komi­sarz rzu­cił part­nerce nie­ja­sne spoj­rze­nie i sku­pił się na roz­mo­wie.

- ...wy słu­chacz. Jak ci na imię, przy­ja­cielu? - zagad­nął Chmiel­nik.

- Jestem Sędzią - odparł wyraź­nie znie­kształ­cony głos.

- Nie pytam, czym się zaj­mu­jesz, tylko jak masz na imię? No bo chyba nie Dredd, mam rację? - Pro­wa­dzący zare­cho­tał.

- Nie nazy­wam się Dredd. Pro­szę, zwra­caj się do mnie Sędzio.

- Hmm... No dobra, niech będzie. W takim razie jest z nami Sędzia Dre... Prze­pra­szam, jest z nami Sędzia, który z jakie­goś powodu używa modu­la­tora głosu. Masz coś na sumie­niu, przy­ja­cielu? A może jesteś zna­nym poli­ty­kie­rem, który chce doko­pać kole­dze z sej­mo­wej ławy, ale boi się...

- Nie kpij ze mnie, redak­torku - prze­rwał głos.

- Uuu... Widzę, że nasz Sędzia jest prze­czu­lony na swoim punk­cie. W takim razie słu­chamy, przy­ja­cielu. Czym chciał­byś się z nami podzie­lić w ten piękny, nie­dzielny pora­nek?

- Jestem Sędzią i wyda­łem wyrok na Tobia­sza Kry­szaka.

- O pro­szę. Przy­po­mi­nam, że jeste­śmy na żywo i zaczy­nam się bać, że zaraz usły­szymy słynne trzy słowa do... - W gło­sie Chmiel­nika dało się wyczuć nie­do­wie­rza­nie z domieszką nie­skry­wa­nej drwiny.

- Nie kpij, powta­rzam - syk­nął głos.

- Pro­szę o wyba­cze­nie, ale jeśli można, to nale­gam, aby Sędzia prze­szedł do sedna. Czas pły­nie nie­ubła­ga­nie i...

- Sąd nad Tobia­szem Kry­sza­kiem wła­śnie ruszył i potrwa dwa­dzie­ścia cztery godziny. Szcze­góły na stro­nie www.sado­sta­teczny.onion.pl. Nie pró­buj­cie mnie namie­rzyć, bo to nie­moż­liwe. Do zoba­cze­nia.

Julka wci­snęła "stop", a następ­nie z powro­tem powięk­szyła obraz z przy­wią­za­nym do słupa męż­czy­zną. Brudny powiódł wzro­kiem na adres inter­ne­towy. Skrzy­wił się, odczy­tu­jąc go. Był pra­wie taki sam z tą róż­nicą, że po roz­sze­rze­niu "onion" znaj­do­wała się cyfra sześć.

- Za każ­dym razem, gdy pró­bują ją blo­ko­wać, odra­dza się pod podob­nym adre­sem - zaczęła. - Onion jeden, onion dwa, onion trzy i tak dalej. Teraz mamy onion sześć. Nie mam poję­cia, jak ten facet to robi, ale musi korzy­stać z jakie­goś nowa­tor­skiego pro­gramu szy­fru­ją­cego, który dodat­kowo auto­ma­tycz­nie muli­ti­pli­kuje adresy stron inter­ne­to­wych. Te roz­sze­rze­nia suge­rują jakiś zwią­zek z dark­ne­tem, ale osta­tecz­nie można je odczy­ty­wać w otwar­tej sieci. Korzy­sta­jąc z TOR-a, jesz­cze można by pró­bo­wać jakoś to zroz...

- Możesz zacząć mówić po ludzku?

- Nie wiem, ten facet to robi, ale naj­wy­raź­niej jest na tyle dobry, aby oszu­kać rzą­do­wych spe­ców, a ten film to nie fejk, tylko rela­cja na żywo z Tobia­szem Kry­sza­kiem w roli głów­nej. W tym rogu masz dodat­kowo liczbę sub­skry­ben­tów, która dwa­dzie­ścia minut po ogło­sze­niu para­fial­nym u Chmiel­nika - Zawadzka wzięła ostat­nie słowa w cudzy­słów - osią­gnęła już ponad czter­dzie­ści trzy tysiące i rośnie wykład­ni­czo. O, już czter­dzie­ści cztery.

Brudny popa­trzył na swoją part­nerkę, jakby przed chwilą oznaj­miła, że zamie­rza oddać odznakę i zająć się poka­zy­wa­niem gołego tyłka na Insta­gra­mie. Skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

- Chcesz powie­dzieć, że ktoś porwał Tobia­sza Kry­szaka, uwię­ził go i teraz pusz­cza to na żywo? - Komi­sarz wło­żył do ust kilka sło­nych palusz­ków.

- Wiem, jak to brzmi, ale... - Julka przy­gry­zła dolną wargę i z powro­tem sku­piła wzrok na ekra­nie moni­tora. - To mi nie wygląda na deep fake...

- Na co?

- W dzi­siej­szych cza­sach można stwo­rzyć nie­mal wszystko. W inter­ne­cie lata masa fil­mi­ków z naj­słyn­niej­szymi ludźmi świata: akto­rami, poli­ty­kami, róż­nej maści cele­bry­tami, któ­rzy, dajmy na to, są wma­new­ro­wy­wani w filmy porno czy jakieś skan­da­liczne wybryki. Dzięki zaawan­so­wa­nym pro­gra­mom można wkleić ich twa­rze w miej­sce innych osób i są to fał­szywki nie­mal nie­wy­kry­walne dla ludz­kiego oka. Ale to... hmm... - Julka unio­sła brwi i z sykiem wypu­ściła powie­trze. - To na deep fake mi nie wygląda - dodała.

Przez chwilę wpa­try­wali się w ekran lap­topa. Brudny poczuł nagłą potrzebę napi­cia się whi­sky. Miał swoje powody. Ludzie para­jący się wbi­ja­niem do głów naj­sła­biej wykształ­co­nych oby­wa­teli tych wszyst­kich bzdur o anioł­kach i Duchu Świę­tym w naj­lep­szym wypadku budzili w nim nie­smak, ale osoba księ­dza Tobia­sza roz­nie­cała żywy ogień. Z tru­dem zapa­no­wał nad wzbie­ra­ją­cymi emo­cjami. Julka wie­działa o nim dużo, ale nie wszystko. I lepiej, żeby tak pozo­stało.

- Cokol­wiek to jest, gówno mnie to obcho­dzi - mruk­nął i skie­ro­wał się do barku. Wycią­gnął butelkę jame­sona i dwie szklanki.

- O tej porze? - Posłała mu podejrz­liwe spoj­rze­nie.

- Tobie też nalać?

- Nalej.

Brudny napeł­nił obie szklanki do połowy i posta­wił je na ławie. Sam usiadł na sofie i wycią­gnął paczkę papie­ro­sów. Zapa­lił jed­nego i upił łyk whi­sky. Włą­czył tele­wi­zor i z uda­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem sku­pił się na wystą­pie­niu mini­stra spra­wie­dli­wo­ści i pro­ku­ra­tora gene­ral­nego Cze­sława Bro­ziaka, który wygła­szał kolejną absur­dalną teo­rię na temat zmian w sys­te­mie sądow­nic­twa. Jak na złość jesz­cze ten musiał pod­nieść mu ciśnie­nie. Komi­sarz za wszelką cenę pró­bo­wał ukryć tar­ga­jące nim emo­cje, ale mil­cze­nie Julki było nazbyt wymowne. Dostrze­gła, że ta sytu­acja wypro­wa­dziła go z rów­no­wagi bar­dziej, niż powinna. Poczuł, że wzbiera w nim złość na sie­bie samego. Kątem oka dostrzegł, jak part­nerka wyrzuca ogry­zek i idzie w jego stronę. Usia­dła obok i wzięła szklankę. Zamo­czyła usta, po czym bez słowa wycią­gnęła papie­rosa. Przez kilka następ­nych minut oglą­dali żało­sną próbę wytłu­ma­cze­nia oby­wa­te­lom kolej­nych zmian, które w zamy­śle miały ogra­ni­czyć wszech­wła­dzę sędziów, a tak naprawdę były biczem na tych nie­po­kor­nych, czy­taj nie­za­wi­słych, śmie­ją­cych wyda­wać wyroki inne niż te zamó­wione przez wła­dzę. Poziom hipo­kry­zji i bez­czel­no­ści tego czło­wieka zakra­wał na sza­leń­stwo, mimo to powta­rzał te swoje bred­nie, jakby z góry zakła­dał, że zwraca się do ludzi bez mózgu.

- Nie lubisz tego gnojka, co? - zagad­nęła, gdy zga­sił peta w popiel­niczce.

- Bro­ziaka? - Prych­nął. - A kto nor­malny może go lubić?

Zga­siła swo­jego papie­rosa i poszła po lap­top. Posta­wiła go na ławie. Obraz z kamery nie zmie­nił się ani tro­chę. Zacho­wu­jąc pod­gląd w rogu ekranu, wpro­wa­dziła kilka adre­sów, które uznała za godne uwagi. W mediach zaczęły poja­wiać się pierw­szy bijące po oczach tytuły. Mimo­cho­dem zer­k­nęła w ekran tele­wi­zora, gdzie do wygła­sza­ją­cego prze­mowę mini­stra spra­wie­dli­wo­ści pod­szedł jeden z jego ochro­nia­rzy. Wielki jak tur facet w ciem­nym gar­ni­tu­rze nachy­lił się i zaczął szep­tać pryn­cy­pa­łowi do ucha. Chwilę póź­niej Bro­ziak odchrząk­nął, prze­pro­sił i popra­wiw­szy kra­wat i poły mary­narki, opu­ścił pomiesz­cze­nie, wywo­łu­jąc wśród dzien­ni­ka­rzy kon­ster­na­cję.

- Chyba naprawdę jest coś na rze­czy. - Brudny wes­tchnął i zer­k­nął na ekran lap­topa. Wie­lebny Tobiasz wciąż stał owi­nięty sznu­rami, przy­wo­dząc na myśl wiel­kiego tłu­stego robala. Komi­sarz pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. - Idę wziąć prysz­nic. Pod­grze­jesz te pie­rogi? - zapy­tał, pod­no­sząc się z kanapy.

Julka obrzu­ciła go peł­nym powąt­pie­wa­nia spoj­rze­niem. Był mistrzem w ukry­wa­niu uczuć, ale nawet jemu zda­rzały się momenty, gdy tra­cił czuj­ność. Dosko­nale znała też jego sto­su­nek do wła­dzy, zwłasz­cza ekipy obec­nie rzą­dzą­cej, w związku z czym rzu­ca­nie w eter tek­stów o prysz­nicu czy pie­ro­gach w momen­cie, gdy pierw­szy kle­cha Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej stoi skrę­po­wany nago w jakiejś sute­re­nie, a jeden z jego naj­wier­niej­szych przy­du­pa­sów w pośpie­chu opusz­cza kon­fe­ren­cję pra­sową, paso­wało do Igora jak pięść do nosa.

- O co ci cho­dzi, Igor? - Uznała, że czas prze­stać uda­wać.

- Pół dnia rąba­łem drewno i chcę wziąć prysz­nic - odparł, już na sto­jąco dopi­ja­jąc whi­sky.

- I mam uwie­rzyć, że przej­dziesz koło tej sytu­acji ot tak, jakby nic się nie stało?

- A co się stało? - Odsta­wił pustą szklankę na ławę.

- Ja pierd...

- No co, Julka? Co takiego się stało i jaki ja mogę mieć na to wpływ?

- No, kurwa, sam Tobiasz Kry­szak, pier­do­lony Ojciec Zwierzchny tego narodu, został porwany! Ktoś go uwię­ził, roze­brał i mu wpier­do­lił, a potem zadzwo­nił do radia i powie­dział, że będzie go "sądził"...

- No to w takim razie mam nadzieję, że wyda spra­wie­dliwy wyrok. Mam wrzu­cić te pie­rogi do mikro­fa­lówki czy...

- Pod­smażę ci.

- Dzięki.

Chwilę póź­niej Brudny znik­nął za rogiem. Usły­szała krzą­ta­nie w łazience, a potem szum wody z prysz­nica. Zła­pała się na tym, że cza­sem w ogóle go nie poznaje. Ow­szem, Igor był nie­prze­wi­dy­walny i potra­fił podej­mo­wać trudne do zro­zu­mie­nia decy­zje, nie­kiedy zamy­kał się w sobie i ota­czał murem, a gdy wstał lewą nogą, to bywał marudny i zrzę­dliwy. Kiedy jed­nak przy­cho­dziło do kon­kre­tów, zawsze zaj­mo­wał jakieś sta­no­wi­sko.

Dopiła whi­sky i już chciała wró­cić do kle­pa­nia w kla­wi­sze, gdy na ekra­nie poja­wił się ktoś jesz­cze. Powięk­szyła obraz. Wtedy przez jej ciało prze­mknął nie­przy­jemny dreszcz.

Męż­czy­zna usta­wił się na wprost oka kamery. W lewej dłoni trzy­mał myśliw­ski nóż i wcale nie przy­po­mi­nał sędziego. W środku kadru stał śre­dnio­wieczny kat.

ROZDZIAŁ 2

- Co to jest, do jasnej cho­lery? Dla­czego nie może­cie tego usu­nąć? I jakim, kurwa, cudem zna­lazł się w posia­da­niu takich infor­ma­cji?

Mini­ster spra­wie­dli­wo­ści wyglą­dał, jakby zaraz miała eks­plo­do­wać mu głowa. Co chwila popra­wiał zsu­wa­jące się na nos oku­lary, policzki miał czer­wone jak dwa dorodne tuli­pany, a gdy wyrzu­cał z sie­bie kolejne zda­nia, roz­py­lał wokół mgiełkę śliny. Obok niego z nogi na nogę prze­stę­po­wało czte­rech par­tyj­nych kole­gów i dru­gie tyle agen­tów po dwóch ze Służby Ochrony Pań­stwa i Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego. Jeden z nich co rusz kle­pał w kla­wia­turę pod­łą­czo­nego do ser­wera lap­topa, ale tylko od czasu do czasu ner­wowo kiwał głową. W końcu roz­ło­żył ręce.

- Jest dobry. Cho­ler­nie dobry - oznaj­mił, ale dostrze­gł­szy ner­wową reak­cję swo­jego szefa, wró­cił do kle­pa­nia w kla­wia­turę. - Łączy się przez tysiące ser­we­rów roz­sia­nych po całym świe­cie. Musiał wpro­wa­dzić jakie­goś nie­zna­nego tro­jana. Nie da się go namie­rzyć na tym sprzę­cie. Nie tak na biegu.

- Jak to się, kurwa, nie da? - wark­nął Bro­ziak. - Czego się, kurwa, nie da? I kiedy ktoś, do kurwy jasnej, potwier­dzi, czy ksiądz Tobiasz jest bez­pieczny?

Grzmot­nął pię­ścią w dębową ławę z taką siłą, że omal nie poła­mał sobie kości śród­rę­cza. Syk­nął z bólu, a potem wyrzu­cił z sie­bie kolejną wią­zankę prze­kleństw. Spio­ru­no­wał wzro­kiem pod­wład­nych, jakby to była ich wina, a następ­nie - wciąż trzy­ma­jąc się za obo­lałą dłoń - z powro­tem wbił spoj­rze­nie w jeden z moni­to­rów.

- Czy pre­zy­dent i pre­mier już wie­dzą? - zapy­tał nieco spo­koj­niej.

- Pan pre­zy­dent jest w dro­dze - odparł sze­roki w bar­kach męż­czy­zna z bli­zną na skroni.

- Smo­lik? Gniaz­dow­ski? Frej­man?

- Po mini­stra obrony został wysłany samo­lot, ale to tro­chę potrwa. Mar­sza­łek jest w dro­dze. Szef Agen­cji Wywiadu prze­bywa w Nowym Jorku, ale infor­ma­cja została mu dostar­czona.

- Ku... midor? - Bro­ziak skrzy­wił się, wypo­wia­da­jąc to słowo.

- Jest bez­pieczny.

- Nie pytam, czy jest bez­pieczny, tylko czy wie, co tu się odpier­dala?

- Infor­ma­cja została prze­ka­zana, ale...

- Chry­ste Prze­naj­święt­szy...

Bro­ziak zapo­wie­trzył się, gdy zoba­czył serię prze­wi­ja­ją­cych się po ekra­nie foto­gra­fii. Wytarł pot z czoła i gło­śno prze­łknął ślinę. Nogi się pod nim ugięły. Poczuł się słabo, a z klatki pier­sio­wej roz­lała się po całym ciele fala gorąca. Przez kolejne pięć minut wszy­scy poza panicz­nie wal­czą­cym z kla­wia­turą agen­tem wpa­try­wali się w ekran dru­giego moni­tora. Męż­czy­zna w prze­bra­niu śre­dnio­wiecz­nego kata wyja­wiał kolejne grze­chy Ojca Zwierzch­nego. Zacho­wa­nia pedo­fil­skie, prze­kręty finan­sowe, spo­wo­do­wa­nie śmierci pod­czas jazdy pod wpły­wem alko­holu - wszystko to w tele­gra­ficz­nym skró­cie poparte zdję­ciami, doku­men­tami, pod­pi­sami i nagra­niami roz­mów z wyso­kimi rangą poli­ty­kami par­tii rzą­dzą­cej. Gdy Bro­ziak usły­szał swój wła­sny głos, w gwał­tow­nym ataku paniki pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, kiedy i czy w ogóle pro­wa­dził z księ­dzem Tobia­szem podobną roz­mowę, ale choć w takim sta­nie nie potra­fił jed­no­znacz­nie oce­nić war­to­ści mery­to­rycz­nej przed­sta­wia­nych dowo­dów, to strzępy powra­ca­ją­cej pamięci spra­wiły, że poczuł mdło­ści.

- Zrób coś, kurwa mać... - wyję­czał nie­mal bła­gal­nie, ale spo­cony agent nie odpo­wie­dział. - Wezwij­cie ludzi, wezwij­cie...

Zamilkł, a przed oczami poja­wiły się mroczki. Jeden z agen­tów go pod­trzy­mał, ale Bro­ziak ode­pchnął pomocną dłoń. Oparł się o dębowy blat i raz jesz­cze spoj­rzał w ekran lap­topa. Gdy na wyświe­tla­czu poja­wiły się foto­gra­fie z wie­leb­nym Tobia­szem ści­ska­ją­cym dło­nie jakimś czar­no­skó­rym męż­czy­znom w uni­for­mach przy­po­mi­na­ją­cych mun­dury, a wcze­śniej przy­go­to­wany napis bar­dzo dokład­nie wyja­śnił, kim są owi ludzie, Bro­ziak poczuł, że jego jelita skrę­ciły się w supeł. Tego było już za wiele. Chwy­cił się za brzuch i zaci­snął powieki, pró­bu­jąc powtrzy­mać nagły atak bólu, który na szczę­ście szybko minął. Nie dane mu jed­nak było ode­tchnąć, bo chwilę póź­niej męż­czy­zna w katow­skim kap­tu­rze wysu­nął ostatni akt oskar­że­nia. Gdy Bro­ziak z powro­tem otwo­rzył oczy i ujrzał nagra­nie wideo z księ­dzem Tobia­szem, który gwałci kil­ku­na­sto­let­niego chło­paka, char­cząc przy tym jak zwierz i wyzy­wa­jąc dzie­ciaka od pod­łych grzesz­ni­ków, jego orga­nizm odmó­wił posłu­szeń­stwa i mini­ster stra­cił przy­tom­ność.

ROZDZIAŁ 3

Igor z Julką sie­dzieli na sofie i wpa­try­wali się w ekran lap­topa jak zacza­ro­wani. Liczba widzów zdą­żyła uro­snąć do ponad stu dwu­dzie­stu tysięcy i kolej­nych przy­by­wało w zastra­sza­ją­cym tem­pie. Popiół z trzy­ma­nych w pal­cach papie­ro­sów zdą­żył spaść na ławę. Mil­czeli. Gdy Brudny w końcu zdo­łał wyrwać się z letargu i otwo­rzył usta, aby coś powie­dzieć, w dol­nym pra­wym rogu trans­mi­sji poja­wił się czat. Pierw­sze komen­ta­rze posy­pały się bły­ska­wicz­nie.

koper: Zajeb pedo­fila!

Miszka09 do koper: Niech naj­pierw urżnie mu jaja. Niech ban­dyta zdy­cha w męczar­niach.

Mama­Ja­sia: Pedo­fili trzeba kastro­wać. Sędzio - zrób, co należy. Osądź tego czło­wieka spra­wie­dli­wie.

kikesz: jest jest jest w końcu, sędzio zro­bi­łeś mi dzień!!!

koper do kikesz: Już zama­wiam popcorn

malinka121: Zbo­cze­niec!!!!!!!!!

Ojciec000: Trzy słowa do wie­leb­nego: CHUJ CI W DUPĘ

kikesz do Ojciec000: miejmy nadzieje ale wola­bym zardze­wiala rure

jdfhw73nr: Wyszło szy­dło z worka. Wszy­scy wie­dzieli, ale te gnoje z Wiej­skiej od lat kryją pedo­fi­lów i na wszystko im pozwa­lają. Ban­dyta zasłu­żył na długą i bole­sną śmierć!

Ojciec000 do kikesz: I nasy­pać pokru­szone szkło, a potem zalać wrzą­cym ole­jem

sym­pa­tico: Urżnąć kutasa i wsa­dzić do ryja aby się udła­wił. Niech zdy­cha skur­wiel jebany!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Z letargu wyrwał ich głu­chy trzask. Julka aż pod­sko­czyła i oboje instynk­tow­nie obró­cili się w kie­runku, z któ­rego doszedł dźwięk. Na szy­bie drzwi wycho­dzą­cych na taras znaj­do­wała się roz­ma­zana plama. Komi­sarz rzu­ciła part­ne­rowi zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie i pod­bie­gła spraw­dzić, co się stało. Przyj­rzała się śla­dowi na szy­bie, a następ­nie spu­ściła wzrok. Na posadzce leżał kruk, który panicz­nie trze­po­tał skrzy­dłami. Jedno z nich musiał mieć zła­mane, bo nie był już w sta­nie wzbić się z powie­trze.

- To tylko ptak - ode­tchnęła. - Ja pier­dolę... - Przy­tknęła dłoń do czoła. - Co tu się wypra­wia, Igor?

Brudny zga­sił dopa­la­ją­cego się papie­rosa i rzu­cił jej wymowne spoj­rze­nie. Pod­niósł się z sofy i pod­szedł do drzwi bal­ko­no­wych, a następ­nie musnął ramię part­nerki i naci­snął klamkę. Spoj­rzał na ran­nego ptaka. Miał prze­raź­li­wie czarne oczy, któ­rymi łypał na komi­sa­rza, nie­udol­nie pró­bu­jąc zerwać się do lotu. Brudny przez chwilę przy­glą­dał się tej ago­nii, po czym zła­pał ptaka i jed­nym szyb­kim ruchem ukrę­cił mu łeb. Gdy kruk prze­stał się sza­mo­tać, wyrzu­cił tru­chło do wia­dra z popio­łem. Spoj­rzał na wyraź­nie pode­ner­wo­waną Julkę.

- Nie było sensu, żeby się męczył - mruk­nął, wycią­gnął z paczki kolej­nego papie­rosa i zapa­lił. Przez moment prze­szło mu przez myśl, że Julka może ocze­kuje z jego strony jakie­goś gestu wspar­cia, ale rzu­cił jej tylko prze­lotne spoj­rze­nie, zacią­gnął się i omiótł wzro­kiem niebo. Zwy­kle nie miał pro­ble­mów, aby zebrać myśli, ale to, co przed chwilą zoba­czył na ekra­nie lap­topa, zupeł­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi. Zła­pał się na tym, że tar­gają nim skraj­nie ambi­wa­lentne uczu­cia, a chwilę póź­niej nad­cią­gnęło tor­nado fata­li­stycz­nych myśli. Uznał, że jakie­kol­wiek próby wyobra­ża­nia sobie efek­tów tego nagra­nia i tak speł­zną na niczym. Prych­nął, po czym wrzu­cił nie­do­pa­łek do tego samego wia­dra z popio­łem i skie­ro­wał się z powro­tem do domu. Julka sie­działa na sofie z kolej­nym papie­ro­sem w dłoni. Wpa­try­wała się w ekran lap­topa.

- I co o tym sądzisz? - szep­nęła, gdy usiadł obok. - Prze­cież to... prze­cież... - pró­bo­wała wyar­ty­ku­ło­wać swoje myśli, ale nie umiała zna­leźć odpo­wied­nich słów. Naj­wy­raź­niej pro­wa­dzący trans­mi­sję męż­czy­zna zakoń­czył ten etap przed­sta­wie­nia, bo znik­nął z kadru, a na ekra­nie znów znaj­do­wał się jedy­nie przy­wią­zany do słupa Kry­szak. Czat aż goto­wał się od osza­la­łych z nie­na­wi­ści komen­ta­rzy, z któ­rych naj­czę­ściej poja­wiały się suge­stie, aby pozba­wić ofiarę przy­ro­dze­nia.

- To nie nasza sprawa - rzekł Brudny po dłuż­szej chwili zasta­no­wie­nia. - Zresztą wciąż nie wiemy, czy to nie jakaś pod­pu­cha.

- Chyba nie wie­rzysz w to, co mówisz. Sły­sza­łeś te nagra­nia? Widzia­łeś ten film?

Brudny uniósł brwi i z sykiem wypu­ścił powie­trze. Chwy­cił pilota i zaczął spraw­dzać pro­gramy infor­ma­cyjne. Na każ­dym, z wyjąt­kiem tele­wi­zji rzą­do­wej, pre­zen­te­rzy mówili tylko o jed­nym. Głosy wszyst­kich brzmiały nie­na­tu­ral­nie, jakby ci ludzie nie do końca wie­rzyli w to, co muszą komu­ni­ko­wać widzom swo­ich sta­cji. Na rucho­mym pasku u dołu ekranu prze­wi­jał się ofi­cjalny komu­ni­kat, że ksiądz Tobiasz Kry­szak jest nie­uchwytny i według wstęp­nych usta­leń praw­do­po­dob­nie rze­czy­wi­ście został porwany.

- To robota dla służb - powie­dział po dłuż­szej chwili. - Ale kim­kol­wiek jest ten facet, to od początku musiał zda­wać sobie sprawę, że taką akcją roz­pęta w kraju nie­wy­obra­żalne pie­kło.

- To do mnie nie dociera, Igor... - Julka zaśmiała się ner­wowo. - Wyobra­żasz sobie, co zacznie się teraz dziać?

- To zależy, czy gość zna się na robo­cie.

- Co masz na myśli?

- Jak go namie­rzą, to zaraz będzie po spra­wie. Wymy­ślą, że to jakiś super­fejk czy jak to się tam nazywa.

- Deep fake - popra­wiła go.

- No okej, deep fake. I nie wiem. Nawet nie chce mi się o tym myśleć.

Brudny się­gnął po butelkę jame­sona i nalał do obu szkla­nek kolejną por­cję whi­sky. Wziął swoją i zer­k­nął z powro­tem na ekran lap­topa. Julka klik­nęła w pierw­szy z lin­ków, które kilka sekund wcze­śniej zostały wyge­ne­ro­wane na bocz­nym panelu strony www.sado­sta­teczny.onion.pl. Tra­fiła na akta doty­czące śmier­tel­nego potrą­ce­nia jakie­goś nasto­latka. Pamię­tała tamtą sytu­ację jak przez mgłę. Chło­pak chyba miał na imię Michał, a Kry­szak podobno kie­ro­wał pod wpły­wem alko­holu, ale niczego mu nie udo­wod­niono, bo sprzy­ja­jąca mu pro­ku­ra­tura umo­rzyła śledz­two, wska­zu­jąc, że to wina chło­paka, który wysko­czył na pasy na czer­wo­nym świe­tle. Następ­nie klik­nęła w link z jaki­miś wie­lo­mi­lio­no­wymi prze­le­wami, ale rów­nież tylko omio­tła je wzro­kiem, po czym bez pro­blemu zapi­sała pliki na twar­dym dysku. Chwilę póź­niej zro­biła to samo z jed­nym z nagrań dźwię­ko­wych.

- To wszystko można pobrać - skon­sta­to­wała, z nie­do­wie­rza­niem krę­cąc głową. - Jak­kol­wiek to się skoń­czy, Kry­szak łatwo się z tego nie wywi­nie.

- Cóż... - Brudny wes­tchnął. - Nie przez takie rze­czy upa­dały rządy. Służby będą miały co robić - dodał i upił łyk.

- Taśmy, które oba­liły poprzedni rząd, to przy tym kapi­szon.

- Uhm.

Czat grzał się do czer­wo­no­ści, a kolejne komen­ta­rze zda­wały się coraz bar­dziej bez­kom­pro­mi­sowe. Liczba obser­wa­to­rów osią­gnęła już pra­wie czte­ry­sta tysięcy i cią­gle rosła, a stream wisiał, jakby Sędzia nic sobie nie robił ze sta­rań rzą­do­wych spe­ców, któ­rzy bez wąt­pie­nia uwi­jali się jak w ukro­pie, aby zdjąć go z ogól­no­do­stęp­nej czę­ści inter­netu. Wtedy na ekra­nie znów poja­wił się męż­czy­zna w katow­skim prze­bra­niu. Pod­szedł do księ­dza Tobia­sza i nie bacząc na jego pro­te­sty, na siłę wci­snął mu w gar­dło kawał szmaty, aby po chwili znik­nąć z kadru. Brudny rzu­cił part­nerce wymowne spoj­rze­nie, ale gdy Sędzia znów poja­wił się w oku kamery, z powro­tem sku­pił uwagę na stre­amie. Otwo­rzył sze­rzej oczy, gdy dostrzegł, że męż­czy­zna w jed­nej ręce trzyma myśliw­ski nóż, a w dru­giej roz­grzane żelazko.

- Naród pod­jął decy­zję - obwie­ścił Sędzia znie­kształ­co­nym gło­sem, a następ­nie pod­szedł do ofiary i przy­ło­żył nóż w oko­lice jej kro­cza. Ksiądz Tobiasz szarp­nął się, ale sznury jedy­nie głę­biej wpiły się w jego ciało. Zawył, gdy męż­czy­zna zaczął rżnąć. Nie trwało to długo. Rów­nie szybko został zata­mo­wany obfity krwo­tok. Po wszyst­kim oprawca sta­nął dokład­nie naprze­ciwko kamery i przez chwilę wpa­try­wał się wprost w obiek­tyw. W poszar­pa­nych otwo­rach katow­skiego kap­tura można było dostrzec jego źre­nice, w któ­rych tań­czyły odbite pło­mie­nie setek świec roz­sta­wio­nych po całym pomiesz­cze­niu. Wykrzy­wił usta w szy­der­czym uśmie­chu i trzy­mał widzów w napię­ciu jesz­cze przez trzy, może cztery ude­rze­nia serca. - Taka była wola narodu, ale każdy zasłu­guje na drugą szansę - oznaj­mił w końcu spo­koj­nym i opa­no­wa­nym tonem. - Ksiądz Tobiasz otrzyma szansę na poprawę i pozwolę mu żyć, jeśli mini­ster spra­wie­dli­wo­ści i pro­ku­ra­tor gene­ralny Cze­sław Bro­ziak przy­zna się na wizji do wszyst­kich swo­ich grze­chów, a następ­nie na kola­nach prze­prosi naród, zrzek­nie się man­datu posel­skiego i poprosi o uczciwy pro­ces i wymie­rze­nie suro­wej kary. Trans­mi­sja z tego aktu ma zostać wyemi­to­wana na żywo we wszyst­kich kana­łach infor­ma­cyj­nych jutro w połu­dnie, a w kadrze ma być uchwy­cona cała postać.

Gdy męż­czy­zna w katow­skim kap­tu­rze zni­kał z kadru, liczba widzów osią­gnęła milion dwie­ście czter­dzie­ści sześć tysięcy. Igor Brudny i Julia Zawadzka sie­dzieli jak otę­piali. Nie mieli bla­dego poję­cia, że już wkrótce znajdą się w samym środku tego pie­kła.

ROZDZIAŁ 4

Pre­mier Mariusz Nosal­ski wytarł twarz papie­ro­wym ręcz­ni­kiem i po raz ostatni przej­rzał się w lustrze. Był wyso­kim, szczu­płym męż­czy­zną o pocią­głej twa­rzy z wyraź­nie zary­so­wa­nymi zako­lami i ele­gancko zacze­sa­nymi na bok siwie­ją­cymi wło­sami. Przez chwilę tępo patrzył w swoje odbi­cie. Nie potra­fił zebrać myśli. Przy­tła­czały go. Miał wra­że­nie, że znaj­duje się w głę­bo­kim dole, bez szans na wygrze­ba­nie się na powierzch­nię. Nie­chciane obrazy przy­wo­dziły na myśl grób, który zaraz zosta­nie zasy­pany.

Czy wła­śnie tak miał wyglą­dać koniec jego kariery? Kolejne wizje upadku bom­bar­do­wały go niczym deszcz mete­ory­tów. Znów zwy­mio­to­wał, choć z ust wylała mu się jedy­nie żółć. Odkrę­cił wodę, zamknął oczy i wsparł się o umy­walkę. To wszystko zda­wało mu się nie­re­alne, kom­plet­nie irra­cjo­nalne. W umy­śle wciąż poja­wiała się myśl, że może jesz­cze nie wybu­dził się z tego kosz­maru, że śpi twar­dym snem na swoim wygod­nym mate­racu za dwa­dzie­ścia pięć tysięcy, w łóżku z drewna orze­cho­wego za dru­gie tyle, obok niego cicho pochra­puje żona, a zaraz zadzwoni budzik albo trąci go pyskiem pies, cokol­wiek, byle wyrwać się z tej maka­bry.

Otwo­rzył powieki. Lewa część twa­rzy zatań­czyła w serii ner­wo­wych tików. Skrzy­wił się, a chwilę póź­niej roz­ma­so­wał poli­czek. Powta­rza­jące się w krót­ko­trwa­łych odstę­pach skur­cze mię­śni pod lewym okiem nie były moż­liwe do opa­no­wa­nia, przez co wyglą­dał, jakby wiecz­nie do kogoś mru­gał. Od lat utrud­niały mu życie i zwy­kle wra­cały w naj­bar­dziej stre­su­ją­cych sytu­acjach. Tym bar­dziej oba­wiał się zebra­nia sztabu kry­zy­so­wego, które roz­pocz­nie się - zer­k­nął na złotą omegę - dokład­nie za trzy minuty. Jak miał sta­nąć w oko z pod­le­głymi sobie mini­strami, z któ­rych połowa naj­chęt­niej wysa­dzi­łaby go z sio­dła, z sze­fami agen­cji służb trak­tu­ją­cych go co naj­wy­żej jak zło konieczne, zwłasz­cza zaś pre­ze­sem par­tii, któ­remu zawdzię­czał sta­no­wi­sko i który od dobrych kilku mie­sięcy patrzył na niego coraz mniej łaska­wym okiem?

A może wej­dzie do gabi­netu i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie poda się do dymi­sji? Może to jest jakieś wyj­ście? Niech oni babrają się w tym bagnie. On po pro­stu podzię­kuje, a potem odej­dzie od stołu, spa­kuje swoje graty i wyje­dzie z tego popie­przo­nego kraju. Przez ostat­nie lata pro­spe­rity zdo­łał się obło­wić, a pie­nią­dze spryt­nie poukry­wał na taj­nych kon­tach w Pana­mie i na Kaj­ma­nach, gdzie nikt nie pytał, skąd pocho­dzą i kim jest czło­wiek poda­jący się za nie­ja­kiego Fabia Mateo Bor­de­ri­niego. Ta opcja stała się nagle nie­zwy­kle kusząca. Ale czy ktoś, kto przez lata był pre­mie­rem rządu dużego euro­pej­skiego kraju, może tak po pro­stu znik­nąć? Ner­wowo zaci­snął zęby. Wie­dział, że to tak nie działa i jeśli popełni naj­mniej­szy błąd, jego wro­go­wie natych­miast to wyko­rzy­stają. A tych miał wielu nie tylko wśród człon­ków par­tii opo­zy­cyj­nych, ale także - i część z nich nawet spe­cjal­nie się z tym nie kryła - w swo­jej dru­ży­nie.

Zama­rzył, aby znik­nąć, ale odgłosy z kory­ta­rza spra­wiły, że wizja roz­pły­nęła się jak fata­mor­gana. Musiał się z tym zmie­rzyć i choć nie zdo­łał opra­co­wać kon­kret­nego planu, to jed­nak mógł liczyć na kilku swo­ich ludzi, któ­rzy w razie koniecz­no­ści staną po jego stro­nie. Zresztą to nie on miał naj­więk­szy pro­blem, tylko ten kuta­fon Bro­ziak. Od lat naj­bar­dziej wła­ził w dupę Kry­sza­kowi. Cho­dził na te jego pseu­dom­sze, tań­czył, klę­kał, a kie­dyś nawet regu­lar­nie cało­wał jego pier­ścień. Na myśl, jak mini­ster spra­wie­dli­wo­ści i pro­ku­ra­tor gene­ralny klęka przed kamerą i spo­wiada się naro­dowi ze wszyst­kich swo­ich prze­krę­tów, po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas, który mógł przy­po­mi­nać uśmiech.

- Chuj z nim - mruk­nął do sie­bie, popra­wił kra­wat i opu­ścił łazienkę.

W Biu­rze Bez­pie­czeń­stwa Naro­do­wego przy Karo­wej 10 nie­cier­pli­wie ocze­ki­wali go już wszy­scy naj­waż­niejsi ludzie w pań­stwie. Przy­naj­mniej tu posta­wił na swoim i nie musiał jechać do sie­dziby par­tii. Do pokoju wszedł pew­nym kro­kiem, omia­ta­jąc sie­dzą­cych przy stole mini­strów i sze­fów poszcze­gól­nych służb. Wszy­scy sie­dzieli grzecz­nie na swo­ich krze­słach, co nieco dodało mu odwagi. Do tej pory podobne spo­tka­nia zawsze odby­wały się w zupeł­nie innej atmos­fe­rze. Roz­ma­wiano, dys­ku­to­wano, żar­to­wano z opo­zy­cji, zasad­ni­czo pano­wał gwar, który cichł dopiero w momen­cie, gdy prze­cho­dzono do oma­wia­nia kon­kret­nej sprawy. Teraz pano­wała abso­lutna cisza, a w powie­trzu wyczu­wało się wyraźne napię­cie. Pre­zy­dent jak zwy­kle uda­wał, że szuka paję­czyn na ścia­nie, a jedno spoj­rze­nie na pre­zesa par­tii zda­wało się mówić wię­cej niż tysiąc słów.

Bole­sław Kumi­dor wyglą­dał, jakby nagle posta­rzał się o dzie­sięć lat. W swo­jej o roz­miar za dużej, wie­lo­krot­nie spra­nej mary­narce, krzywo zawią­za­nym kra­wa­cie i roz­czo­chra­nych siwych wło­sach pre­zen­to­wał się jak obraz nędzy i roz­pa­czy i gdyby nie fakt, że wciąż był naj­waż­niej­szą osobą w pań­stwie i twardą ręką trzy­mał za mordę całą par­tię, to można by go pomy­lić z jakimś klo­szar­dem. Pozo­stali dygni­ta­rze nie wyglą­dali dużo lepiej. Na ich twa­rzach malo­wał się lęk przed tym, co może wyda­rzyć się w naj­bliż­szej przy­szło­ści, a że wszy­scy albo pra­wie wszy­scy byli w coś umo­czeni, to świa­do­mość, że męż­czy­zna w katow­skim kap­tu­rze ma dostęp do naj­bar­dziej taj­nych teczek, musiała być dla nich abso­lut­nie prze­ra­ża­jąca. Jego samego oble­wał zimny pot, gdy myślał o tym, co samo­zwań­czy Sędzia może wycią­gnąć na jego temat. To dla­tego jesz­cze kilka minut temu rzy­gał jak kot. Po raz pierw­szy od lat naprawdę się bał, bo nagle dotarło do niego, że czasy bez­kar­no­ści zaraz mogą się skoń­czyć. Co gor­sza, być może wła­śnie się skoń­czyły. Odchrząk­nął.

- Pozwól­cie, że tym razem odpu­ścimy sobie kon­we­nanse i od razu przej­dziemy do meri­tum - powie­dział, pró­bu­jąc zacho­wać urzęd­ni­czy ton. Nie cze­kał na reak­cję, tylko splótł palce i kon­ty­nu­ował: - Nasze pań­stwo stało się celem ataku i musimy zro­bić wszystko, co w naszej mocy, aby powstrzy­mać kry­zys. Kry­zys, który...

- Kry­zys? - wszedł mu w słowo mini­ster spraw wewnętrz­nych i admi­ni­stra­cji oraz koor­dy­na­tor służb spe­cjal­nych Olgierd Kału­żyń­ski. Był męż­czy­zną przed sześć­dzie­siątką i zawsze miał naj­wię­cej do powie­dze­nia, co gor­sza nale­żał do jego naj­bar­dziej zacie­kłych wro­gów. - Kry­zys to był, gdy Unia nie dała nam obie­ca­nej kasy, bo zamiast doga­dy­wać się z Niem­cami i Fran­cu­zami, wola­łeś iść z nimi na noże. Kry­zys to jest od czasu, gdy pozwo­li­łeś, aby opo­zy­cja przy­kle­iła nam łatę pole­xitu, a noto­wa­nia spa­dły o bli­sko pięt­na­ście pro­cent. To, co teraz tu mamy, to jest pier­do­lona wojna.

Po sali prze­mknął szmer i pod­nio­sły się głosy popar­cia dla Kału­żyń­skiego. Naj­gło­śniej przy­ta­ki­wali mu jego zastępca w ran­dze sekre­ta­rza stanu Boży­dar Cza­bań­ski i sie­dzący naj­da­lej, uzna­wany za prawą rękę Bro­ziaka, wiecz­nie cuch­nący potem Bog­dan Sulima, na co dzień prze­wod­ni­czący komi­sji do spraw dzi­kiej repry­wa­ty­za­cji war­szaw­skich nie­ru­cho­mo­ści. Pre­mier ze wszyst­kimi miał na pieńku i dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że będą chcieli wyko­rzy­stać sytu­ację, aby mu zaszko­dzić. Pomy­ślał, że na razie mogą sobie jęczeć, bo to nie on, tylko Bro­ziak dostał od Sędziego ulti­ma­tum. Uznał, że jesz­cze nie czas na wyto­cze­nie naj­cięż­szych dział.

- Więc trzeba do tego podejść jak do wojny - odparł kar­cą­cym tonem. Pomy­ślał, że w zaist­nia­łej sytu­acji zabrzmiało to cał­kiem nie­źle. - I to ty, Olgierd, jako koor­dy­na­tor służb spe­cjal­nych, będziesz za to odpo­wia­dał - dodał suge­styw­nie.

Olgierd Kału­żyń­ski uniósł brodę, jakby chciał poka­zać, że te słowa nie zro­biły na nim żad­nego wra­że­nia. Dosko­nale wie­dział, że skoro do tej pory jego ludziom nie udało się namie­rzyć Sędziego, to facet musi być cho­ler­nie dobry, ba, musi być feno­me­nalny w swoim fachu. Roz­go­ry­czony były agent wywiadu? Genialny haker, któ­rego w mło­do­ści prze­le­ciał jakiś kle­ryk, być może sam Kry­szak? Rosyj­ski szpieg? A może najem­nik? Opcji było mnó­stwo, a kolejne wyra­stały jak grzyby po desz­czu. Naj­waż­niej­sze pyta­nie brzmiało: "Komu zale­żało naj­bar­dziej na wpro­wa­dze­niu w Pol­sce cha­osu?". Wbrew pozo­rom wcale nie Rosji i każdy z tu obec­nych dosko­nale o tym wie­dział. Obecna wła­dza była nie­wy­godna zwłasz­cza dla kra­jów Zachodu, ale trudno mu było sobie wyobra­zić, aby któ­ry­kol­wiek z tam­tej­szych wywia­dów mógł posu­nąć się do cze­goś takiego. Chiń­czycy? Po co? W tej czę­ści świata liczyły się dla nich tylko sto­sunki gospo­dar­cze. Wciąż miał mętlik w gło­wie, a jego ludzie - poza tym, że wciąż od nich sły­szał, że pra­cują na naj­wyż­szych obro­tach - nie byli mu w sta­nie przed­sta­wić ani jed­nej solid­nej hipo­tezy, która od początku do końca trzy­ma­łaby się kupy. To jed­nak nie oni mieli być w przy­szło­ści roz­li­czeni. Pre­mier miał rację - odpo­wie­dzial­ność rze­czy­wi­ście spo­czy­wała na jego bar­kach i jeśli sobie nie pora­dzi, trudno mu będzie zwa­lić winę na kogoś innego.

- Na począ­tek suge­ruję wpro­wa­dze­nie stanu wyjąt­ko­wego i godziny poli­cyj­nej - zasu­ge­ro­wał Kału­żyń­ski. - Moi pod­władni, zwłasz­cza komen­danci w naj­więk­szych mia­stach, nie mogą się czuć, jakby mieli zwią­zane ręce. Spec­służby będą nato­miast dzia­łać po swo­jemu.

- Za wcze­śnie - odparł pre­mier. - Wpro­wa­dze­nie stanu wyjąt­ko­wego, szcze­gól­nie godziny poli­cyj­nej, mogłoby roz­wście­czyć oby­wa­teli.

- I tak są wście­kli - bro­nił się Kału­żyń­ski. - Sza­cu­jemy, że już teraz w samej War­sza­wie na ulice wyle­gło kil­ka­dzie­siąt tysięcy ludzi.

- Więc tym bar­dziej nie możemy dole­wać oliwy do ognia. Chce­cie, aby jutro wyszło dwie­ście albo trzy­sta?

Pre­mier rozej­rzał się po zebra­nych i dostrzegł, że tym razem to jego inter­pre­ta­cja zyskała apro­batę więk­szo­ści. Nawet sam Kumi­dor poki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. On naj­bar­dziej bał się wła­śnie tłumu i tylko dla­tego w ostat­nich latach kil­ku­krot­nie wyco­fy­wał się ze swo­ich kon­tro­wer­syj­nych decy­zji. Gdy na uli­cach robiło się naprawdę gorąco, cho­wał się za poli­cyj­nymi bary­ka­dami i wycze­ki­wał, aż nastroje wśród oby­wa­teli nieco się uspo­koją. Dopiero póź­niej powo­lutku, acz sys­te­ma­tycz­nie wra­cał do tematu.

- Pre­mier ma rację. To wyklu­czone - ode­zwał się, natych­miast uci­sza­jąc powstały gwar. Zer­k­nął na sie­dzą­cego po dru­giej stro­nie stołu Kału­żyń­skiego. - Jako czło­wiek odde­le­go­wany do koor­dy­no­wa­nia służb spe­cjal­nych z pew­no­ścią dosko­nale zda­jesz sobie sprawę, że nawet FSB uczy na swo­ich szko­le­niach, że gdy na ulice wyj­dzie ćwierć miliona oby­wa­teli, to ist­nieje zbyt duże ryzyko przej­ścia chro­nią­cych nas służb, przede wszyst­kim funk­cjo­na­riu­szy poli­cji, na stronę pro­te­stu­ją­cej tłusz­czy. Nie możemy do tego dopu­ścić, bo to by ozna­czało koniec tego rządu i nie­by­wały chaos w pań­stwie, być może siłowe prze­ję­cie wła­dzy przez opo­zy­cję. Na tym eta­pie to zde­cy­do­wa­nie za duże ryzyko.

Wspar­cie ze strony pre­zesa każdy odbie­rał nie­mal jak bło­go­sła­wień­stwo. Pre­mier Nosal­ski też poczuł się pew­niej. Odchrząk­nął.

- Musimy zatem poka­zać oby­wa­te­lom, że pań­stwo pol­skie jest silne i odporne na tego rodzaju kry­zysy - pero­ro­wał dalej Nosal­ski. - Że nie jest z papieru, a my potra­fimy odpo­wied­nio reago­wać i radzić sobie z tego typu pro­ble­mem bez wyta­cza­nia naj­cięż­szych dział. Taki musi być prze­kaz. Silni, zde­ter­mi­no­wani i sku­teczni.

Zebrani poki­wali gło­wami, a jeden z naj­bar­dziej śli­skich i wła­żą­cych w dupę wice­mi­ni­strów nawet zaczął kla­skać, ale widząc, że prze­sa­dził, szybko się zmi­ty­go­wał. Tak czy siak brzmiało to co naj­mniej dobrze, ale Nosal­ski wie­dział, że bra­kuje kropki nad i.

- A skoro o sku­tecz­no­ści mowa... - Pre­mier posta­rał się, aby jego ton nie był zbyt zło­śliwy, ale wbi­jana szpila zabo­lała wystar­cza­jąco mocno. - Jak radzą sobie twoi ludzie, Olgierd? Kiedy namie­rzy­cie i zła­pie­cie tego sukin­syna?

- Zaj­mują się tym nasi naj­lepsi agenci, ale podobno facet jest naprawdę dobry.

- Facet? Jeden facet? - Tym razem w tonie Nosal­skiego pobrzmie­wała nuta drwiny.

- Nikt nie powie­dział, że działa sam. Zresztą zaczy­namy w to wąt­pić. Poza tym prze­pusz­cza to przez tysiące ser­we­rów, głów­nie rosyj­skich, ale też pół­noc­no­ko­re­ań­skich, paki­stań­skich czy chiń­skich. Musi uży­wać spe­cjal­nego opro­gra­mo­wa­nia. To... to geniusz...

Nosal­ski pozwo­lił wybrzmieć ostat­nim sło­wom Kału­żyń­skiego. W ustach szefa służb spe­cjal­nych zabrzmiały fatal­nie, niczym wymówka nasto­latka pró­bu­ją­cego wytłu­ma­czyć się rodzi­com z kolej­nej pały w dzien­niku. Z satys­fak­cją przy­jął, że zebrani też to dostrze­gli. W tej kwe­stii publicz­nie nic wię­cej doda­wać nie musiał, bo nic nie wybrzmia­łoby lepiej niż ta zawsty­dza­jąca cisza. Teraz musiał usta­wić dru­giego mądralę. Nieco teatral­nie wychy­lił głowę, aby poszu­kać wzro­kiem mniej­szego niż zwy­kle mini­stra spra­wie­dli­wo­ści i pro­ku­ra­tora gene­ral­nego. Bro­ziak sie­dział skryty za postaw­nym Sulimą i wyglą­dał, jakby naprawdę wie­rzył, że zało­żył czapkę nie­widkę. Nosal­ski uznał, że nada­rzyła się dosko­nała oka­zja, aby upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu.

- Zakła­da­jąc czarny sce­na­riusz, bo, nie­stety, i taki musimy zakła­dać, że pod­władni Olgierda nie pora­dzą sobie z namie­rze­niem tego sza­leńca, jesz­cze dziś musimy usta­lić, jaka będzie nasza reak­cja na wysto­so­wane ulti­ma­tum - rzekł, zmu­sza­jąc zebra­nych do sku­pie­nia uwagi na naj­bar­dziej zain­te­re­so­wa­nym. Mini­ster spra­wie­dli­wo­ści był jed­nym z nie­wielu, wobec któ­rych wciąż uży­wał zwro­tów grzecz­no­ścio­wych. Albo po pro­stu tytu­ło­wał go zgod­nie ze sta­no­wi­skiem, jakie ten zaj­mo­wał na sku­tek gów­nia­nej umowy koali­cyj­nej. - Zdaję sobie sprawę, że pań­stwo pol­skie nie powinno nego­cjo­wać z ter­ro­ry­stami, ale... - Zro­bił krótką pauzę dla pod­kre­śle­nia powagi sytu­acji. - Myślę, że naj­le­piej będzie, jeśli mini­ster Bro­ziak sam wypo­wie się w tej kwe­stii...

To było eks­tre­mal­nie okrutne z jego strony, ale po praw­dzie Nosal­ski zawsze marzył, aby raz na zawsze utem­pe­ro­wać tego wiecz­nie napu­szo­nego chujka. Ow­szem, byli w jed­nej koali­cji, ale tylko dla­tego, że wyma­gała tego aryt­me­tyka sej­mowa. Poza tym nie­na­wi­dzili się jak pies z kotem i choć w tym momen­cie pre­mier ryzy­ko­wał bez­po­śred­nią kon­fron­ta­cję, a może nawet gromy ze strony zner­wi­co­wa­nego Kumi­dora, nie mógł odmó­wić sobie tej przy­jem­no­ści, wszak taka oka­zja wię­cej mogła się już nie powtó­rzyć.

- Cze­sła­wie... - pod­jął suge­styw­nie pre­zes, spra­wia­jąc, że z Bro­ziaka zupeł­nie zeszło powie­trze. Twarz pro­ku­ra­tora gene­ral­nego zaczęła gwał­tow­nie przy­bie­rać wszyst­kie odcie­nie czer­wieni. W końcu nie wytrzy­mał.

- Nie będę klę­kał przed całą Pol­ską! - wyrzu­cił z sie­bie, jakby ten zle­pek słów co naj­mniej parzył mu prze­łyk. Wszy­scy zebrani wbili spoj­rze­nia w Bro­ziaka, który wyglą­dał, jakby wła­śnie został przy­ła­pany na pod­ja­da­niu gilów. Widząc ich reak­cję, zape­rzył się jesz­cze bar­dziej. - Co się tak gapi­cie, do kurwy nędzy? - wark­nął. - Nie ma opcji, żebym się na to zgo­dził, i chcę, żeby to było dla was, kurwa, jasne jak słońce, bo wię­cej nie mam zamiaru się powta­rzać.

- Przed Kry­sza­kiem klę­kasz regu­lar­nie - syk­nął Nosal­ski.

- Spier­da­laj!

Atmos­fera zgęst­niała. Wszy­scy zebrani wie­dzieli, że obaj pano­wie za sobą nie prze­pa­dają, ale choć w kulu­arach padały różne słowa, ni­gdy wcze­śniej nie zagrali tak ostro. Przez dłuż­szą chwilę nikt nie miał odwagi się wyła­mać, aby prze­rwać tę nie­zręczną ciszę, i pre­mier zasta­na­wiał się, czy tylko on z tru­dem się powstrzy­muje, aby nie wybuch­nąć śmie­chem. Bez względu na roz­wój sytu­acji nad­szedł koniec Bro­ziaka. To było pewne jak amen w pacie­rzu.

- Uwa­żam, że dla dobra Pol­ski powin­ni­śmy jed­nak prze­dys­ku­to­wać każdy moż­liwy sce­na­riusz - pod­jął, uznaw­szy że warto jesz­cze tro­chę pogril­lo­wać znie­na­wi­dzo­nego prze­ciw­nika. Z zado­wo­le­niem przy­jął fakt, że nikt od razu nie zapro­te­sto­wał, a kilku mini­strów nawet wymow­nie poki­wało gło­wami. Kumi­dor zadu­mał się, marsz­cząc krza­cza­ste brwi.

- Pol­ski rząd nie nego­cjuje z ter­ro­ry­stami - znie­nacka wypa­lił pre­zy­dent, pod­kre­śla­jąc swoje słowa ude­rze­niem pię­ścią w stół.

Pre­mier uniósł brwi. Kątem oka dostrzegł, że pre­zes prze­wró­cił oczami. Maciej Misiak od początku obję­cia urzędu nie miał powa­ża­nia w zasa­dzie u nikogo, choć chyba sam się okła­my­wał, że jest ina­czej. "Misiek" lubił od czasu do czasu zazna­czyć swoją obec­ność, robiąc groźną minę albo pod­no­sząc głos, ale przy­po­mi­nał wtedy co naj­wy­żej puszą­cego się pawia albo kła­pią­cego zębami ratlerka. Nosal­ski do tej pory się zasta­na­wiał, co strze­liło pre­zesowi do głowy, że wybrał na to sta­no­wi­sko takiego nie­do­rajdę, ale naj­wy­raź­niej to był strzał w dzie­siątkę, bo ludzie na niego zagło­so­wali, co dla pre­miera wciąż pozo­sta­wało jedną z naj­bar­dziej nie­zgłę­bio­nych tajem­nic wszech­świata.

Kumi­dor wes­tchnął, naj­wy­raź­niej uznaw­szy, że musi zająć sta­no­wi­sko. Popra­wił się na krze­śle i cmok­nął kilka razy, jak to miał w zwy­czaju, gdy chciał wyar­ty­ku­ło­wać ważną dla sie­bie kwe­stię. Oparł łok­cie o blat stołu i obrzu­cił zebra­nych zde­gu­sto­wa­nym spoj­rze­niem.

- Ojciec Zwierzchny od lat jest dla nas nie­oce­nio­nym wspar­ciem poli­tycz­nym - zaczął nie­mrawo, jakby cała ta sytu­acja nie zro­biła na nim więk­szego wra­że­nia. - Jest wspar­ciem poli­tycz­nym, któ­rego w żad­nym wypadku nie możemy i nie powin­ni­śmy lek­ce­wa­żyć. I tu pre­zes Rady Mini­strów ma cał­ko­witą rację. Gdyby doszło, doszłoby do naj­gor­szego, jego wierni, wierni, któ­rym rów­nież bar­dzo bli­sko do naszej opcji poli­tycz­nej, mogliby nam tego nie wyba­czyć. Nie od dziś wia­domo, że popar­cie Ojca Zwierzch­nego daje nam od dzie­się­ciu do dwu­na­stu pro­cent w son­da­żach, w son­da­żach, które...

Tyrady Kumi­dora spraw­dzały się na wie­cach, pośród roz­ko­cha­nych w pre­ze­sie poże­ra­czy ryżu i ziem­nia­ków, ale w tej sytu­acji więk­szość z tu obec­nych dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że to strata czasu. Nikt nie śmiał jed­nak zapro­te­sto­wać i wszy­scy uda­wali zain­te­re­so­wa­nych, od czasu do czasu marsz­cząc brwi lub przy­ta­ku­jąc. Kumi­dora trzeba było wysłu­chać, i już. W podob­nych sytu­acjach Nosal­ski zwy­kle wyłą­czał się i liczył swoje poupy­chane na taj­nych kon­tach miliony, ewen­tu­al­nie opra­co­wy­wał wła­sne wystą­pie­nia, pró­bu­jąc wymy­ślić dla oby­wa­teli kolejny nie­ist­nie­jący pro­blem, który następ­nie nale­żało roz­wią­zać, ści­śle rzecz ujmu­jąc, zmie­nić prawo tak, żeby naj­pierw je popsuć, a następ­nie napra­wić w spo­sób gwa­ran­tu­jący, że już bar­dziej popsuć się go nie da. Oczy­wi­ście póź­niej obo­wiąz­kowo nale­żało to prze­dys­ku­to­wać z Kumi­do­rem, ale pre­zes wbrew pozo­rom potra­fił wsłu­chać się w głosy innych i cza­sem przy­my­kał oko na zała­twie­nie przy oka­zji jakiejś pry­waty, gdy pomysł wpi­sy­wał się w jego sze­roko rozu­mianą stra­te­gię oca­le­nia Pol­ski przed tym, co sobie uroił. W każ­dym razie tak skro­jona reforma dawała pew­ność, że pie­nią­dze od tych bar­dziej ogar­nię­tych zostaną zdarte w maje­sta­cie tegoż prawa, ochłapy dla tłusz­czy tra­fią do odpo­wied­niego elek­to­ratu, a co naj­waż­niej­sze wła­sne miliony będą bez­pieczne, nato­miast te w dro­dze tra­fią na odpo­wied­nie konta bez obaw, że ktoś kie­dyś rzą­dzą­cym wystawi za to rachu­nek. I tu pre­mier musiał uczci­wie przy­znać, że Kumi­dor - choć pew­nie miałby pro­blemy, żeby zapła­cić w skle­pie kartą albo przez tele­fon zamó­wić pizzę - stra­te­giem był wybit­nym. Tak for­so­wana przez niego reforma sądow­nic­twa była w tym wypadku abso­lut­nie klu­czowa, bo - gdyby osta­tecz­nie się powio­dła - zapew­ni­łaby par­tii cią­głość wła­dzy, w naj­gor­szym wypadku bez­kar­ność jej człon­kom, bo próby odkrę­ce­nia cze­goś tak zagma­twa­nego i doku­ment­nie spie­przo­nego z góry były ska­zane na porażkę. Wszy­scy obecni w kan­ce­la­rii pre­miera dosko­nale o tym wie­dzieli, dla­tego trwali przy pre­ze­sie, który szedł jak taran i nawet za cenę wojny z Europą i idą­cych za tym spad­ków w son­da­żach uparł się, aby wykoń­czyć Sąd Naj­wyż­szy. Nawet Unia dała sobie spo­kój, uzna­jąc, że dys­ku­sja z Kumi­do­rem jest po pro­stu bez sensu, i usa­dziw­szy Pol­skę w oślej ławce, w nadziei cze­kała, że po kolej­nych wybo­rach wła­dzę przejmą ludzie, z któ­rymi będzie można się doga­dać. Naiw­ność unij­nych gospo­da­rzy nie prze­wi­dy­wała jed­nak stra­te­gicz­nego geniu­szu pre­zesa, który wła­śnie na takie podej­ście liczył. Pre­mier musiał przy­znać, że to był maj­stersz­tyk, bo po zaora­niu Sądu Naj­wyż­szego z oczy­wi­stych wzglę­dów par­tia prze­grać już nie mogła. Kumi­dor roze­grał to per­fek­cyj­nie. Swoją pozorną nie­po­rad­no­ścią i prza­śno­ścią uśpił gar­dzącą nim opo­zy­cję, nie­zli­czo­nymi afe­rami roz­my­dlił te naj­więk­sze, a głupi naród po pro­stu kupił, roz­da­jąc mu jego wła­sne pie­nią­dze. Oszu­kał wszyst­kich, prze­wi­dział wszystko i był o krok od speł­nie­nia swo­jego naj­więk­szego marze­nia. Żeby jed­nak zapi­sać się w histo­rii jako zbawca narodu, trzeba było naj­pierw doko­nać cze­goś naprawdę wiel­kiego. Iro­nią losu było, że to wła­śnie ten łach­ma­niarz tytu­łu­jący się Sędzią swoim poran­nym wystą­pie­niem dał mu ku temu praw­dziwą szansę.

- ...wytrą­cimy naj­moc­niej­szy argu­ment opo­zy­cji. Jeśli ktoś ma inne zda­nie, to teraz może je wyra­zić.

Słowa Kumi­dora zawi­sły nad kon­fe­ren­cyj­nym sto­łem jak dym z cygara, powo­du­jąc, że w kan­ce­la­rii zapa­no­wała nie­umie­jęt­nie skry­wana kon­ster­na­cja. Nosal­ski zmru­żył oczy, ana­li­zu­jąc sens wypo­wie­dzi pre­zesa. Prze­ma­wiał pra­wie kwa­drans, głów­nie pra­wiąc o dobru Pol­ski i tych wszyst­kich patrio­tycz­nych dyr­dy­ma­łach, ale tym razem dotknął kwe­stii, która, gdyby się nad nią zasta­no­wić, mogła mieć głęb­szy sens. Z jed­nej strony pomysł nara­żał par­tię na śmiesz­ność, z dru­giej rze­czy­wi­ście dawał (choć nikłą) nadzieję na wyj­ście z tej pato­wej sytu­acji, a przy oka­zji pozwa­lał mu raz na zawsze roz­pra­wić się z tym nadę­tym kuta­fo­nem Bro­zia­kiem. Nie od dziś było wia­domo, że Kumi­dor ma tę nie­po­wta­rzalną umie­jęt­ność wsłu­cha­nia się w potrzeby i ocze­ki­wa­nia ludu. Przez lata wpa­dał na zda­wa­łoby się skraj­nie głu­pie, wręcz absur­dalne pomy­sły, które inne par­tie roz­ło­ży­łyby na łopatki w ciągu kilku tygo­dni. On jed­nak trwał na sta­no­wi­sku nie­wzru­szony i nawet jeśli cza­sem musiał zro­bił krok w tył, to tylko po to, aby chwilę póź­niej zro­bić dwa do przodu. Potra­fił prze­pchnąć abso­lut­nie wszystko.

Nosal­ski obser­wo­wał, jak po krót­ko­trwa­łej chwili zadumy kolejni mini­stro­wie zaczęli kie­ro­wać spoj­rze­nia na mini­stra spra­wie­dli­wo­ści i zara­zem pro­ku­ra­tora gene­ral­nego. Bro­ziak zda­wał się kur­czyć jesz­cze szyb­ciej, jakby z każ­dym kolej­nych odde­chem zapa­dał się w sobie. Pre­mier spoj­rzał na mini­stra z poli­to­wa­niem. Prze­szło mu przez myśl, że jeśli Kumi­dor wybrnie z tej sytu­acji, to on chyba się uko­rzy i na kola­nach powę­druje do Liche­nia.

- Nie zro­bię tego... - zapro­te­sto­wał Bro­ziak, ale jego ton nie był już tak bez­kom­pro­mi­sowy jak wcze­śniej, po praw­dzie jęczał jak baba.

- Głę­boko wie­rzę, że nie będziesz musiał - odparł Kumi­dor i sku­pił uwagę na Kału­żyń­skim. - Przed nami długa noc. Zarzą­dzam prze­rwę, ale bez mojej zgody nikt nie ma prawa opu­ścić tego budynku do czasu ulti­ma­tum. Z tobą, Olgierd, chcę nato­miast poroz­ma­wiać na osob­no­ści.

Ostat­nie słowa mocno pre­miera zasko­czyły. Pre­zes znów go pomi­nął i wcale nie popra­wił mu nastroju fakt, że tak samo potrak­to­wał też pre­zy­denta i pozo­sta­łych mini­strów resor­tów siło­wych. Poczuł, że jego oko znów zadrgało. Po dłuż­szym momen­cie waha­nia ostatni wstał od stołu. Z milio­nem fata­li­stycz­nych myśli opu­ścił salę i ruszył pro­sto do toa­lety.

Gdy Nosal­ski wymio­to­wał żół­cią do umy­walki, a Kumi­dor z Kału­żyń­skim knuli swoje wła­sne plany, jedna ze sto­ją­cych pod budyn­kiem Biura Bez­pie­czeń­stwa Naro­do­wego dzien­ni­ka­rek wła­śnie koń­czyła pracę. Ow­szem, mogła tu ster­czeć i przez całą noc wpa­try­wać się w szpa­ler umun­du­ro­wa­nych poli­cjan­tów, zmar­z­nąć, zgłod­nieć i uda­wać, że robi sen­sa­cyjny mate­riał, ale po pierw­sze nie spała od trze­ciej trzy­dzie­ści rano i po pro­stu była tym dniem zmę­czona, a po dru­gie miała już cał­kiem spore doświad­cze­nie i wie­działa, że przez naj­bliż­sze godziny nic wię­cej tu nie ustali. Biła się z myślami jesz­cze około kwa­dransa, w końcu uznała, że naj­le­piej zrobi, gdy poje­dzie do domu tro­chę się zdrzem­nąć i jesz­cze przed świ­tem posor­tuje i przy­go­tuje wszyst­kie dotych­czas zebrane mate­riały, aby być stu­pro­cen­towo przy­go­to­waną na jutrzej­szy medialny arma­ge­don. Gdy otwie­rała drzwi swo­jej ubło­co­nej alfy romeo, przez głowę prze­mknęła jej pewna myśl. Odrzu­ciła ją, uzna­jąc za absur­dalną, ale w dro­dze do domu ta sza­lona idea zaczęła nabie­rać coraz bar­dziej real­nych kształ­tów. Kła­dąc się do łóżka, była już prze­ko­nana, że to jest wła­śnie ten moment, aby redak­tor Patry­cja Klim­czak wzięła sprawy w swoje ręce.

ROZDZIAŁ 5

Igor Brudny sie­dział na łóżku i czy­ścił broń. Lubił tę czyn­ność, toteż ni­gdy nie musiał się do niej zmu­szać. Pół godziny sam na sam ze swoim wier­nym dru­hem i paczką fajek zawsze brzmiały co naj­mniej sym­pa­tycz­nie. Po raz ostatni prze­tarł ście­reczką lufę i uniósł wal­thera do świa­tła, bo przez żalu­zje w sypialni prze­bi­jały się pro­mie­nie listo­pa­do­wego słońca. Po stali prze­mknął refleks. Broń była czy­sta.

Wci­snął zała­do­wany maga­zy­nek, po czym scho­wał pisto­let do szu­flady. Spoj­rzał na zega­rek. Docho­dziła dzie­siąta i jeśli w ciągu ostat­nich trzy­dzie­stu minut nic się nie zmie­niło, to do posta­wio­nego ulti­ma­tum pozo­stało nieco ponad dwie godziny. Miał ambi­wa­lentne uczu­cia co do zaist­nia­łej sytu­acji. Ileż to razy prze­kli­nał w myśli rzą­dzą­cych tym kra­jem. Za to, co z nim robią, jak gar­dzą ludźmi, jak kła­mią w żywe oczy i kradną na potęgę. Mógłby wymie­niać jesz­cze długo, ale naj­bar­dziej nie­na­wi­dził ich za to, że bez cie­nia zaże­no­wa­nia kryli pedo­fi­lów. Tego nie mógł pojąć ani zaak­cep­to­wać. Tylko co z tego, gdy co trzeci Polak miał to w dupie i uda­wał, że pro­blem gwał­ce­nia dzieci przez księży nie ist­nieje. Ludzka obo­jęt­ność w tej kwe­stii go prze­ra­żała.

Zamknął szu­fladę i głę­boko ode­tchnął. Te obrazy wciąż były żywe.

- Lubię takich hun­cwo­tów. Pozwól matko, że z nim poroz­ma­wiam. Jestem pewny, że sobie z nim pora­dzę.

- Nie - zapro­te­sto­wała. - Ten się nie nadaje.

- Ależ skąd ten pomysł?

- Ojciec wyba­czy, ale w tym wypadku nie mogę się zgo­dzić. Nowak to dia­beł w ludz­kiej skó­rze. Nie­po­korny i... - Wes­tchnęła nieco zbyt teatral­nie. - Mamy tu jed­nak wielu innych, bar­dziej... sko­rych do współ­pracy chłop­ców.

- Och... jaka szkoda - jęk­nął ksiądz, nie kry­jąc roz­cza­ro­wa­nia. - Czy naprawdę nic nie da się zro­bić? Ten Krzyś, czy tak się nazywa...? - Spio­ru­no­wała go wzro­kiem. - Ten mło­dzie­niec ma w sobie coś, co mnie... no... matka prze­ło­żona wie, co mam na myśli...

On stał przy uchy­lo­nych drzwiach i z prze­ra­że­niem słu­chał roz­mowy zarzą­dza­ją­cej sie­ro­ciń­cem Gwi­dony i "wizy­tu­ją­cego" ich pla­cówkę księ­dza. Kilka godzin wcze­śniej natknął się na niego w toa­le­cie, gdzie pró­bo­wali się na niego zasa­dzić Kwi­czoł ze swoją bandą. Już zdą­żyli go unie­ru­cho­mić i wymie­rzyć parę cio­sów, ale odgryzł się i jed­nemu z opraw­ców zła­mał palec. Wtedy do ubi­ka­cji wszedł ksiądz, który prze­go­nił towa­rzy­stwo. Jemu samemu zata­ra­so­wał drogę.

- Za co chcieli ci doko­pać? - zapy­tał, siląc się na mło­dzie­żowy slang. On pod­niósł wzrok. Koja­rzył więk­szość twa­rzy pano­szą­cych się tu pedo­fi­lów i dosko­nale wie­dział, że ten należy do wzbu­dza­ją­cych naj­więk­szy postrach. Wysoki, tęgi, z ogrom­nym brzu­chem i gala­re­to­wa­tym pod­gar­dlem musiał ważyć dobre sto dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów, a może i sto trzy­dzie­ści. Nie odpowie­dział, tylko przed­ra­mie­niem wytarł krew z roz­bi­tego nosa. - Jeśli chcesz, to posta­ram się, aby ponie­śli surową karę. Chcesz, aby te łobuzy ponio­sły surową karę? - Oczy księ­dza bły­snęły.

- Nie! - rzu­cił hardo.

- Nie? - Kapłan uniósł brwi zasko­czony.

- Nie potrze­buję pomocy. Ani od cie­bie, ani od nikogo! - wark­nął i zerwał się, aby go wymi­nąć, ale męż­czy­zna w sutan­nie zablo­ko­wał drzwi cia­łem.

- To nie­grzecz­nie zwra­cać się w ten spo­sób do osoby doro­słej - rzekł, wymow­nie potrzą­sa­jąc pal­cem. - Zwłasz­cza jeśli ta osoba jest kapła­nem i ofia­ruje pomoc...

Cof­nął się, wykrzy­wia­jąc usta w groź­nym gry­ma­sie. Kilka kro­pel krwi spa­dło na posadzkę, więc znów przy­tknął rękaw do roz­bi­tego nosa. Bał się, ale robił wszystko, aby nie dać tego po sobie poznać. Wciąż był tylko mło­dym chło­pa­kiem. Ow­szem, zadzior­nym i twar­dym, ale przez ostat­nie lata nauczył się oce­niać poten­cjalne zagro­że­nie. Wie­dział, że tym razem mógłby sobie nie pora­dzić, zwłasz­cza że męż­czy­zna w sutan­nie ważył przy­naj­mniej dwa razy wię­cej niż on. Nijak nie mógł kon­ku­ro­wać z takim olbrzy­mem.

- Dzię­kuję, ale nie potrze­buję pomocy - odparł mniej kon­fron­ta­cyj­nym tonem.

Męż­czy­zna w sutan­nie cmok­nął i z sykiem wypu­ścił powie­trze. Przez dłuż­szą chwilę przy­glą­dał mu się z nie­zdrową fascy­na­cją. W pew­nym momen­cie zmarsz­czył kar­to­flany nos i wło­żył dłoń pod sutannę. On zro­bił krok w tył, ale wtedy kapłan wycią­gnął paczkę chu­s­te­czek i naj­pierw się wysmar­kał, a potem wrę­czył mu resztę.

- Wytrzyj nos, chłop­cze - powie­dział. - I zasta­nów się nad moją pro­po­zy­cją. Mimo wszystko wie­rzę, że jesz­cze się zoba­czymy - dodał i prze­su­nął się, robiąc mu przej­ście.

Nie spo­tkali się wię­cej twa­rzą w twarz, bo aby nie kusić losu Gwi­dona wysłała go w ramach kary za bójkę do piw­nic, gdzie o chle­bie i wodzie, z Biblią pod pachą miał poku­to­wać przez trzy kolejne dni. Krowa, Dziad i Kami­lek nie mieli jed­nak tyle szczę­ścia, zwłasz­cza ostatni z nich, który po nocy z księ­dzem przez tydzień krwa­wił, w związku z czym młod­sze sio­stry każ­dego ranka musiały wymie­niać mu pościel. Nie­na­wi­dzili go za to i przy każ­dej oka­zji szu­kali szansy, aby mu o tym przy­po­mnieć, ale nauczył się z tym żyć. Naj­gor­szy wpier­dol zawsze był lep­szy nic noc z tymi zbo­czeń­cami. Ni­gdy się nie dowie­dział, czy Gwi­dona wyja­wiła temu księ­dzu - jak zresztą innym, któ­rzy mieli na niego zakusy - prawdę o tym, co zro­bił, gdy został wysłany na "ini­cja­cję". Wąt­pił w to, bo stara jędza z pew­no­ścią chciała utrzy­mać tam­ten incy­dent w tajem­nicy. Temat został zamie­ciony pod dywan. Zda­rza się, wypadki cho­dzą po ludziach. Prawda o tym, że ośmio­letni chło­piec zepchnął pró­bu­ją­cego go mole­sto­wać księ­dza ze scho­dów, ni­gdy nie wypły­nęła, a ofi­cjalną wer­sję o nie­szczę­śli­wym wypadku wszy­scy, łącz­nie z poli­cją, przy­jęli ze zro­zu­mie­niem.

Przez kolejne lata robił wszystko, aby prze­trwać. Tam­tego księ­dza widział jesz­cze kil­ku­krot­nie, ale zawsze trzy­mał się na dystans, uni­kał go, wolał ukryć się i nie przyjść na obiad, niż po raz kolejny ryzy­ko­wać bez­po­średni kon­takt. Gwi­dona w tej kwe­stii była wyro­zu­miała, bo choć swoje sady­styczne zapędy wzglę­dem jego osoby reali­zo­wała na setki innych spo­so­bów, też wolała, aby nie rzu­cał się w oczy i nie kusił odwie­dza­ją­cych pla­cówkę księży. Dziś klasz­tor sióstr hie­ro­ni­mek już nie ist­niał. Ruiny po poża­rze zostały wybu­rzone, a kupa gruzu uprząt­nięta. Mia­sto wysta­wiło teren na sprze­daż, ale do tej pory nie zna­lazł się chętny do zakupu działki noszą­cej piętno nie­wy­obra­żal­nego cier­pie­nia tylu mło­dych dusz. Mogłoby się wyda­wać, że temat jest zamknięty, ale Brudny widział to ina­czej. No bo jak przejść do porządku dzien­nego nad tym, że wielu spraw­ców tych cier­pień wciąż cho­dziło bez­kar­nie po świe­cie, bo chro­niący ich biskupi oraz cho­dzący na ich smy­czy poli­tycy robili wszystko, aby podłe czyny wie­leb­nych ni­gdy nie ujrzały świa­tła dzien­nego? Szlag go tra­fiał, gdy sły­szał w mediach, że Epi­sko­pat nie zga­dza się na ujaw­nie­nie przy­pad­ków pedo­fi­lii wśród księży. Nie, bo nie. Nie i koniec.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki