1
Lars
Dwa dni przed Wigilią roku Pańskiego 2020 Lars Rute właśnie tankował
samochód na stacji benzynowej niedaleko Jönköpingu, gdy -?w chwili
przenikliwości -?zdał sobie sprawę, że jest wściekły, i to w zasadzie na
wszystko.
Wprawdzie w milczeniu, bo tłumił to w zgodzie ze swoim powściągliwym
sposobem bycia. Niemniej był wściekły.
Na swego najstarszego brata Ludviga, egocentrycznego i zajętego tylko
sobą palanta, przez którego Lars sterczy teraz na wietrze, mocując się z zaciętym wlewem do baku, i stara się nie myśleć o tym, że chce mu się
sikać.
Na swoją siedzącą w cieple samochodu żonę Ellen, ze świeżo pomalowanymi
paznokciami i słuchawkami do audiobooka, która go przekonała do tej
wyprawy w poprzek Szwecji. I to mimo że covid szerzy się w zastraszającym tempie, a władze wystosowały apel do wszystkich, by
zostali w domach, gdzie Boże Narodzenie spędzą ze swoimi kwiatkami
doniczkowymi, kotami i nikim więcej.
Na szalejącego od roku wirusa covid-19, bo ten zmusił go do zwinięcia
interesu i sprzedaży obu restauracji, które z powodzeniem prowadził
przez wiele lat.
Na Urząd Zdrowia Publicznego, tę bandę niekompetentnych marudnych
dziadów i bab, którzy podpierając się codziennie mnóstwem wykresów i liczb, wypowiadają dołujące frazesy transmitowane na żywo przez
osiemnaście stacji, ale wydają się zupełnie nie przejmować tym, że w realnym świecie -?w domach opieki, na przepełnionych SOR-ach i gdzieś
tam jeszcze -?ludzie padają jak muchy, a personel szpitalny wymiotuje
krwią i co minutę ktoś składa wypowiedzenie.
A jak korek od baku puścił w końcu, można było się wściekać, lejąc
cholernie drogą benzynę:
Na rząd, który nie potrafiłby zarządzać choćby spółdzielnią
mieszkaniową, bo nie umie podjąć żadnej decyzji i tylko puszcza bąki w postaci bezsensownych, nieprzestrzeganych przestróg z takim skutkiem, że
Szwecja należy do państw o największej śmiertelności na covid w przeliczeniu na sto tysięcy mieszkańców.
Na Asyryjczyków w Södertälje i okolicy, którzy urządzają wielkie imprezy
z tańcami, mając w dupie to, że przez nich wirus roznosi się po kraju
jak nasionka mniszka lekarskiego.
Na drużynę hokejową z Oskarshamn, którą sponsorował sporymi sumami ze
swoich restauracji, gdy faktycznie udawało jej się utrzymać w lidze
krajowej, ale teraz zaliczyła trzynaście przegranych meczów z rzędu.
Dzięki choć za to, że nie wolno było chodzić na mecze, bo przynajmniej
nie musiał siedzieć w loży honorowej i udawać, że się cieszy.
I wreszcie na maseczkę zakupioną przez Ellen, którą teraz założył i w której wszedł do sklepu, żeby się wysikać, zapłacić za benzynę i kupić
sobie kawę. Spojrzał na siebie w lustrze toalety i stwierdził, że
wygląda, jakby miał na twarzy parę dziecięcych majteczek. Błękitnych w czerwone poziomeczki albo jakieś inne jagody.
Jestem zmęczony, pomyślał Lars Rute i zapiął rozporek. Tak cholernie
piekielnie zmęczony tym całym spektaklem zwanym życiem.
-?Udało się? -?spytała Ellen, kiedy znów usiadł za kierownicą.
-?Może być -?odparł Lars. -?Ile kupiłaś tych maseczek?
-?Dwieście. Supertanio.
-?Wierzę -?powiedział.
-?Wczoraj było przesilenie.
-?Co? -?zdziwił się.
-?Najkrótszy dzień w roku. Teraz będzie już widniej.
-?To fajnie -?zauważył, sparzył sobie język kawą i uruchomił silnik.
Potem przez kilkadziesiąt kilometrów jazdy nie rozmawiali. Jednak
ciemność gęstniała wokół nich i ich starej zmęczonej skody, a była
dopiero trzecia czy wpół do czwartej po południu. Lars z jakiegoś powodu
przypomniał sobie inne Boże Narodzenie sprzed dziesięciu lat czy coś
koło tego, kiedy z kolorowymi drinkami w dłoniach siedzieli na leżakach
na rozpalonej słońcem plaży w Tajlandii. Ani jednego zmartwienia jak
okiem i myślą sięgnąć. To dopiero wspomnienie.
-?Jednak uważam, że ciekawie będzie się z nim spotkać -?przemówiła w końcu Ellen, gdy jak należało przypuszczać, w jej audiobooku nastąpiła
pauza.
Powiedziała to po raz czwarty czy piąty od wczoraj, to znaczy odkąd
sprawa się pojawiła, więc Lars się nie odezwał.
-?Mam na myśli, że to jednak twój brat, a nigdy go nie widziałam.
To prawda. Lars i Ellen poznali się w tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątym szóstym roku, a Ludvig w tym samym roku osiadł na
dobre na Riwierze i w ciągu dwudziestu czterech lat, które minęły od
tamtej pory, bracia nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Owszem, parę
kartek na Boże Narodzenie, jakieś pozdrowienia mailem, ale nic więcej.
Miało to swoje powody, jak prawie wszystko.
Kontakty z pozostałym rodzeństwem Larsa były nieco lepsze, ale też
niewiele. Ellen spotkała się z każdym z nich po dwa razy i były to
właściwie incydenty, nieplanowane jak ból zęba. Zatem raczej nie można
mówić o jakichś uczuciach rodzinnych.
Co również miało swoje powody. Być może te same.
-?Przykro tylko, że on jest chory.
Lars nie powstrzymał parsknięcia.
-?Jeszcze się przekonamy, jak z tym jest.
-?Co chcesz przez to powiedzieć?
-?Tylko to, co powiedziałem. Że się przekonamy.
-?Czyli myślisz, że coś się nie zgadza. Po co miałby mówić, że jest
chory, jeśli tak nie jest?
Lars westchnął i zaczął wyprzedzać tira. Ellen milczała, jak zawsze,
kiedy wyprzedzał. Jakby po cichu się modliła, żeby zdążyli, zanim się
zderzą czołowo z innym tirem. Zauważył, że czasami w krytycznych
sekundach zamykała też oczy, podobnie jak przy strasznych scenach w filmie w telewizji albo w kinie.
Chociaż w kinie nie byli od... próbował policzyć... co najmniej piętnastu
lat. Ostatnim filmem, który oglądali razem w prawdziwym kinie, był
szwedzki kryminał ze Svenem Wollterem, i mogło to być nawet w tamtym
tysiącleciu. No bo po co chodzić do kina, jeśli można obejrzeć film w domu? I w dodatku uniknąć obrzydliwego zapachu popcornu.
Wyprzedzanie udało się, a Ellen ponownie otworzyła usta.
-?Przecież będziemy tylko we czwórkę, czyli trzymamy się zaleceń z góry.
-?Ech, te zalecenia -?odpowiedział Lars.
-?Nawet dobrze wyszło, skoro Lisa z Malcolmem nie mogą przyjechać na
święta, prawda?
Lars zdał sobie sprawę, że oto ma jeszcze jeden powód, żeby się
wściekać. Wielka Brytania. Córka Lisa studiowała od dwóch lat na London
University i prawie od tego samego czasu chodziła z niejakim Malcolmem
Inningsem, w związku z czym młodzi mieli przyjechać na Boże Narodzenie
do Oskarshamn. Pandemia pokrzyżowała jednak szyki chętnym na eskapady
tego rodzaju; jeśli jakieś państwo radziło sobie z wirusem gorzej niż
Szwecja, była to Anglia. Jeszcze kilka dni temu można było snuć jakieś
nadzieje, ale wtedy w hrabstwie Kent albo gdzieś tam odkryli nową
mutację, no i prawie wszystkie kraje w Europie wstrzymały ruch
pasażerski z Wysp. Nawet Szwecja.
Na dodatek klaun wszech czasów, premier Boris Johnson, znany również
jako Gumowa Kaczka, wyraził zamiar wyrwania swego kraju z Unii
Europejskiej, co miało nastąpić za nieco ponad tydzień. Prowadziło to do
komplikacji równie nieprzewidywalnych jak odwrotna strona księżyca. Tak,
kurde -?pomyślał Lars Rute, ochlapując sobie kawą sweter, trzeba by się
wyprowadzić na Tongę.
-?Dlaczego nic nie mówisz? W końcu jedziemy do twojego brata, nie?
Lars musiał się zastanowić przez chwilę.
-?Co powiedziała ta kobieta, z którą rozmawiałaś, że jak ma na imię?
-?Catherine, wiesz o tym. Przecież czytałeś ten list.
-?Catherine, no właśnie. Jak myślisz, ile ona ma lat?
-?A jakie to ma znaczenie w tej sytuacji?
-?Nie wiem. W każdym razie Ludvig będzie zaraz miał sześćdziesiąt.
-?Chcesz powiedzieć, że miałaby być sporo od niego młodsza?
-?W każdym razie raczej nie starsza.
-?No i?
Była poirytowana. Wskazywały na to krótkie odpowiedzi jak "no i?".
Zastanowił się, czy załagodzić lekko obecny nastrój, czy zostawić, jak
jest, i zdecydował się na nieco cieplejsze podejście. Wystarczy dwójka
wrogów podczas nadchodzących świąt -?Ludvig i jego młoda towarzyszka
życia. Rzeczywiście tak stało w liście: Jestem jego towarzyszką życia.
Fakt, że najwyraźniej znała szwedzki, był sam w sobie pewną
osobliwością.
Ale, co już powiedziano, miał przed sobą zmagania z dwojgiem
przeciwników, więc dodatkowe tarcia z żoną wydały mu się... całkiem
zbędnym dodatkiem.
-?Naprawdę mówiła bez akcentu? -?spytał.
Ellen postanowiła przywrócić go do łask.
-?Może z maleńkim. A jeśli, to oczywiście francuskim... jednak nie
zorientowałam się, ile może mieć lat.
-?Cóż, okaże się -?powiedział. -?I masz rację, że to bez znaczenia.
Głodna jesteś? Zrobimy przystanek, żeby zjeść gdzieś kiełbaskę, czy
jedziemy aż do końca? Zostały chyba ze trzy godziny... w każdym razie
prawie.
-?Mogłeś sobie coś kupić, kiedy tankowałeś auto.
-?Nie jestem głodny -?odparł. -?Pytałem, czy może ty jesteś.
-?Ja nie -?stwierdziła Ellen. -?Przecież zjedliśmy kanapki. I zostały
jeszcze dwa jabłka, chcesz jedno?
Kawa z jabłkiem, pomyślał Lars Rute i podziękował uprzejmie.
-?No dobra -?powiedziała, włączając ponownie audiobooka. -?Tak czy
inaczej, ciekawie będzie poznać ich oboje. To będą pamiętne święta,
cokolwiek się zdarzy.
Może i powiedziała słowo prawdy, pomyślał Lars Rute.
Przez następnych kilkadziesiąt kilometrów jazdy w ciemności w kierunku
zachodnim rzeczywiście rozmyślał o swoim najstarszym bracie, nie sposób
było tego uniknąć. Dzieliło ich pięć lat, ale znaczenie miała nie tylko
różnica wieku. Chodziło o poczucie godności. Tak to postrzegał, odkąd
stał się na tyle dorosły, aby zrozumieć pewne ukryte mechanizmy. Na
przykład jak wiele albo jak mało miejsca człowiek ma prawo zajmować na
tym świecie.
Co zostało mu dane. Jak to mówią, jaki dostał przydział.
Tak było od samego początku. Ludvig był najstarszym synem i tym, którego
rodzice (to znaczy tata Leopold, którego przydział był znacznie większy
niż mamy Sylvi) traktowali jak perłę w koronie.
Dziedzic. Lars słyszał czasem, jak słowo to padało w gronie
przyjaciół. Bóg jeden wie, o co chodziło z tym dziedzictwem, ale nie
miało to znaczenia. Ludvig miał zostać kimś. Niejasne kim, ale jednak.
A jeśli Ludvig był następcą tronu, to brat Leif został w sukcesji
numerem dwa, bez najmniejszych wątpliwości. Tacie Leopoldowi nigdy nie
zależało na tym, żeby łagodzić albo zamaskować stan rzeczy, więc Lars
trafił na swoje ledwo widoczne miejsce w rodzinie, zanim jeszcze umiał
mówić. Po latach nie przypominał sobie, by zanim został nastolatkiem,
miał jakieś własne ubrania; wszystkie spodnie, koszule, kurtki i czapki
nosił najpierw Ludvig i/lub Leif, dopiero potem trafiały do niego.
Podobnie z bielizną i butami. Nie dlatego, żeby nie mogli sobie pozwolić
na kupno nowych, ale tak było praktyczniej.
Miał być dziewczynką. Po dwóch wspaniałych chłopcach, jakimi byli Ludvig
i Leif, oczekiwanie, że teraz urodzi się dziewczynka, było zupełnie
uprawnione. Co za sens mieć jeszcze jednego syna w rodzinie? W dodatku
wątłego, grymaśnego i sikającego w łóżko aż do piątego roku życia. W niczym nieprzypominającego swoich krzepkich i energicznych starszych
braci.
I w końcu przyszła na świat ta dziewczynka. Niecały tydzień po tym, jak
trzy lata skończył Lars, którego urodziny przepadły, bo matka już leżała
w szpitalu, aby powić upragnionego aniołka. Od tamtej pory urodziny jego
i siostry obchodzono zawsze wspólnie. Co też było praktyczne, a kto by
tam zwracał uwagę, że Louise zawsze dostawała więcej prezentów. Przecież
to dziewczynka i w dodatku najmłodsze dziecko. Inny punkt widzenia byłby
wyrazem małostkowości, a tego przecież w rodzinie Rute nie było.
A więc Louise. Przyszła na świat trzeciego lipca, w godzinie zorzy
porannej, w związku z czym na drugie imię dali jej Aurora. Roku tysiąc
dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego, co oznaczało, że cała czwórka
rodzeństwa urodziła się w ciągu jednej dekady. Ludvig w sześćdziesiątym
pierwszym roku, Leif w sześćdziesiątym trzecim, Lars w sześćdziesiątym
szóstym, a Louise w sześćdziesiątym dziewiątym. Niemałe osiągnięcie mamy
Sylvi i jego samego, jak to lubił podkreślać Leopold Rute podczas
różnych kolacyjek i podobnych spotkań.
W latach sześćdziesiątych robiliśmy dzieci. Staraliśmy się, kurde. Rute
się naprawdę nie lenił, ha ha ha.
Nazwisko Rute zostało wywiedzione od nazwy parafii na północy Gotlandii,
gdzie Leopold się urodził i wychował. Podczas pierwszej wojny światowej,
epidemii hiszpanki, w rodzinie kamieniarskiej i tak dalej, i temu
podobne. W okolicznościach hartujących tego, kto przeżyje.
Cholera jasna -?pomyślał Lars Rute, wyprzedzając jakiś ciągnik. Co na
dwa dni przed Bożym Narodzeniem robi na drodze ciągnik? Deszcz ze
śniegiem i na dodatek zero stopni; według nawigacji jazda z Oskarshamn
do Sillingbo powinna zabrać sześć godzin, ale przy tych warunkach
drogowych należało dodać jeszcze godzinę, żeby dojechali cało. Zresztą
wszystko jedno, gdy człowiekowi i tak nie zależy na tym, żeby dojechać.
Wrócił do rozmyślania o rodzinie. Miał wspomnienie, które było takim
defining moment, jak to mówią po angielsku. Czyli momentem
definiującym. Lars przez dwa semestry studiował angielski na uczelni w Örebro i była to jego jedyna trwała zdobycz w świecie studiów
policealnych, jednak zawalił dwa kolejne egzaminy i poszedł do pracy.
Uznał wszakże, że opanował język, co okazało się choćby wtedy, gdy wraz
z Ellen odwiedził Lisę w Londynie.
Wspomniany moment był nieco dłuższy od chwili, ale niezbyt. Wydarzył się
w maju tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego, gdy Leopold Rute leżał w szpitalu w Örebro, czekając na śmierć. Winowajcą tego stanu rzeczy był
rak płuc z licznymi przerzutami, co po prawie czterdziestu latach
intensywnego palenia nie dziwiło nawet jego samego. Wszystko ma swój
kres, dotyczy to również fabrykantów starej daty (obuwie damskie i męskie na gumowej podeszwie), a kiedy zdał sobie sprawę, że nie jest to
kwestia tygodni czy miesięcy, ale dni, a może i godzin, postanowił
wezwać do siebie rodzinę. To znaczy czwórkę dzieci oraz Sylvi, która
urodziła je wszystkie, a płakała już od lutego, kiedy w końcu
zrozumiała, do czego to zmierza, aż jej się skończyły łzy. Zresztą
powinna zostawić sobie coś na pogrzeb. Chyba nie tylko Lars był zdania,
że twarz matki wyglądała jak wyciśnięta cytryna. W ciemnych okularach,
tak na wszelki wypadek.
To ostatnie było rzecz jasna nieistotne, ale nawet teraz, czterdzieści
lat później, Lars miał ją przed oczami, jakby patrzył na zdjęcie. Osoby,
która kurczy się, aby opuścić ten ziemski padół. W rzeczywistości
potrzebowała kilku lat, aby dotrzeć do mety; cóż, człowiek strzela, Pan
Bóg kule nosi.
W czasie, gdy u Leopolda stwierdzono raka, ale być może również
wcześniej, wystąpiły u niego objawy pewnej demencji; nie do końca
wychodziło mu rozróżnianie ludzi, wydarzeń, zjawisk i tak dalej. Jednak
teraz, otoczony przez całą swoją bliską sercu rodzinę -?ukochaną i znacznie młodszą małżonkę, potomstwo, począwszy od dziewiętnastoletniego
Ludviga, który wkrótce miał zdawać maturę i był nader urodziwym
młodzieńcem, aż po złotowłosą księżniczkę Louise, lat jedenaście,
wkrótce dwanaście -?umierający patriarcha nie mógł się powstrzymać przed
wygłoszeniem ostatnich rozważań i kilku słów na drogę dla każdego z osobna.
Lars był w tym czasie pryszczatym i wstydliwym czternastolatkiem, do
tego uczulonym na pyłki, chciało mu się sikać i czuł się okropnie
zażenowany sytuacją, nawet mierząc to własną skąpą miarą.
-?Eeerrhhhh! -?zaintonował ojciec ze swego łóżka szpitalnego. -?Skoro
się tu wszyscy zebraliśmy w ten piękny, skrzący się dzień styczniowy...
Tu się zacukał. Kurde, przecież jest maj -?pomyślał Lars, a pozostali
pewnie również. Leopold chrząknął ponownie, ruszył z przemówieniem, w którym krótko i treściwie przedstawił to, co czeka -?nie jego, bo jego
los był zapisany w gwiazdach, lecz pozostałych po kolei: żonę Sylvi
(wiele lat korzystania z życia), Ludviga (artystę, który zadziwi świat
swoim malarstwem), Leifa (rektora jednego z naszych uniwersytetów,
którym zostanie w ciągu najbliższej dekady... najwyżej dekady, notabene...
albo premiera, niech sam wybierze), dalej... tu znów stracił wątek i zrobił zdumioną minę.
-?A tyś co za jeden?
Spojrzał ze złością na Larsa, który omal się nie posikał. Już miał
otworzyć usta i tłumaczyć, kim jest i jak się nazywa, ale się spóźnił.
Ojciec zbył go machnięciem ręki i utkwił spojrzenie w małej Louise,
która stała, trzymając za rękę mamę Sylvi, i tak się uśmiechała, że
musiała ją od tego boleć twarz -?i z tym pięknym obrazem przed oczami
Leopold Rute wygłosił pełną różnych zwrotów przemowę na temat kobiecej
istoty (niepojętej, pięknej, równie zagadkowej, jak uduchowionej, która
jest kwintesencją życia, jej oczy, jej włosy, jej zapach, jej
tajemniczość, jej piersi i tyłek...). W tym miejscu dostał ataku kaszlu,
który omal nie doprowadził go do kresu, ale zapewne został usłyszany na
korytarzu, bo przybiegła pielęgniarka, a zaraz za nią druga, i skończyła
się ta magiczna chwila.
Rozeszli się. Lars znalazł toaletę i mógł sobie wreszcie ulżyć, a następnego ranka Leopold Rute już nie żył.
Jednak tamte słowa wciąż żyły.
A tyś co za jeden?
Rozmyślał o nich i śnił. W snach dalsze wydarzenia przedstawiały się
różnie. Zdarzało się, że się posikał i na podłodze szpitala utworzyła
się wielka, żenująca kałuża. Albo też podchodził do taty i dawał mu w pysk. Czasem ojciec od tego umierał, a Lars trafiał do więzienia, a czasem mu oddawał -?zaskakująco mocno jak na umierającego. A raz Lars
dostał skrzydeł i wyfrunął przez okno, ale niezależnie od wersji, którą
zaczerpnął z zasobnego składziku ze snami, budził się zawsze wypompowany
tak, jakby wziął udział w Biegu Wazów albo stoczył walkę z niedźwiedziem.
A więc Ludvig. Wszak Lars i Ellen jechali przez ciemność nie do śpiącego
snem wiecznym Leopolda, tylko do światowej sławy malarza Ludviga Rutego.
Bo tak się rzeczywiście stało. Średni brat Leif nie został rektorem
uczelni ani premierem, tylko docentem, też nie byle co. Jeśli jednak
chodzi o najstarszego z rodzeństwa, to przepowiednia ojca spełniła się z wręcz zaskakującą trafnością. Wprawdzie Ludvig wcześnie objawił swoje
artystyczne talenty i ambicje, ale kiedy już zdał maturę i trzask-prask
został przyjęty do prywatnej szkoły malarskiej w Kopenhadze -?na
podstawie dwóch przysłanych prac, małego olejnego obrazu marynistycznego
i akwareli przedstawiającej skraj lasu z okolic Fjugesta -?jego talent
rozkwitnął w całej pełni. Malował krajobrazy, grę promieni słonecznych
na wodzie i opuszczone domy. I sprzedawał obrazy. Wystawiał zarówno w Szwecji, jak i za granicą, dostawał stypendia i zamówienia publiczne,
już w wieku dwudziestu pięciu lat mógł dobrze żyć ze swojej sztuki.
Dziesięć lat po śmierci ojca był już tak uznanym malarzem, że mieszkał w trzech krajach: Włoszech, Francji i Szwecji (tylko przez parę letnich
miesięcy, najlepiej w Archipelagu Sztokholmskim, i wystarczy), a na
Midsommar w 1995 roku, podczas ich ostatniego spotkania, ceny jego
obrazów wystrzeliły do takiego poziomu, że mógłby zapewne do śmierci żyć
z tego, co namalował do tej pory. Gdyby chciał. Oczywiście nie zechciał,
bo malował dalej i stawał się coraz zamożniejszy. Kilka lat temu Lars
przeczytał w gazecie, że jeden z obrazów brata, zatytułowany Kamienie,
drzewa, został sprzedany za milion koron.
No i kto w takich okolicznościach nie osiadłby na Riwierze? Problemem,
pomyślał Lars w momencie, gdy drogowskaz informował go, że do Kymlinge
zostało trzydzieści pięć kilometrów, a więc problemem było to, że Ludvig
był egocentrycznym parszywcem. Był... Lars zastanawiał się nad właściwymi
słowami przez kilka kilometrów jazdy... elitarystycznym dupkiem o wręcz
klinicznym deficycie empatii i zrozumienia dla uwarunkowań innych ludzi.
Kto nie daje sobie rady na tym świecie, jest widać słaby na umyśle.
Ludzie na ogół są idiotami. Demokracja to opium dla ludu. Człowiek,
który do trzydziestki nie zgromadzi paru milionów, jest zapewne umysłowo
upośledzony. Współczucie jest tym samym co słabość. Malarze, którzy nie
potrafią się utrzymać ze swojej sztuki, powinni pracować jako kurierzy
albo zająć się gminną polityką.
I temu podobne. Lars myślał często, że nawet gdyby nigdy nie doszło do
wieczornych i nocnych wydarzeń w Brevens bruk, jego stosunek do Ludviga
byłby i tak ten sam. Zadawanie się z nim było jak syf dla duszy. Lars
nigdy nie miał syfa ani w duszy, ani gdzie indziej, kiedyś usłyszał to
określenie i uznał, że oddaje uczucia, jakie żywił do swego sławnego
brata.
A teraz jechali do owego nieznośnego narcyza, żeby spędzić z nim Boże
Narodzenie.
Chorego?
Przechodzącego coś w rodzaju kryzysu?
Tak stało w liście od towarzyszki życia Catherine. Ludvig jest chory i przygnębiony, chce po latach zobaczyć się ponownie ze swoim bratem. Para
artystów mieszka w starym domu użyczonym im na zimę przez kolegę. W Sillingbo, wiosce na Pustkowiu na zachodniej rubieży pośród szwedzkiego
lasu świerkowego; Ludvig wyraził tęsknotę za ojczyzną. Trudno o lepsze
miejsce, jeśli szuka się bezpiecznego azylu w czasach zarazy. Jak to
mówią, z dala od utartego szlaku, napisała Catherine. A cztery osoby
mogą przecież spędzić święta razem, prawda? Nie jest to sprzeczne z żadnymi zaleceniami władz. A więc prosimy, wsiadajcie do samochodu i wpadnijcie do nas! Może to ostatnia okazja, żeby się zobaczyć, a Ludvigowi naprawdę na tym zależy. Zadbamy o jedzenie i napoje,
wystarczy, że zabierzecie ze sobą szczoteczki do zębów i otwarte umysły.
Otwarte umysły? -?zdziwił się Lars. A co to, kurde, znaczy? Wpadnijcie?
Przeszło pięćset kilometrów. List przyszedł w piątek. Osiemnastego.
Ellen zadzwoniła pod podany numer, kiedy już było przesądzone, że Lisa z Malcolmem zostaną w Londynie. Porozmawiała przez kilka minut z tą
Catherine i sprawa została postanowiona. Lars nie miał z tym nic
wspólnego. Ani trochę. Nie jego wina, jeśli wszystko szlag trafi.
-?Ile jeszcze zostanie kilometrów za Kymlinge? -?spytała nagle Ellen.
-?Chyba sześćdziesiąt -?odparł. -?Czyli jakaś godzina... na północny
zachód, prosto w las. Jeszcze godzina i bylibyśmy w Norwegii.
-?Nie wpuściliby nas -?zauważyła. -?Mam na myśli, że przez pandemię.
-?Nie będziemy sprawdzać. Pójdziemy na burgera w Kymlinge?
Pokręciła głową.
-?Jak dojedziemy, będzie na nas czekała porządna kolacja.
-?Ona tak powiedziała? Ta Catherine?
-?Tak. Niegrzecznie by było, gdybyśmy przyjechali objedzeni śmieciowym
żarciem.
-?No dobrze. Spójrz, zaczyna porządnie śnieżyć. Przez ostatnie kilometry
będziemy musieli pełznąć.
-?Wierzę w ciebie. -?Ellen położyła mu przyjaźnie rękę na kolanie. -?Nie
chcę obchodzić Wigilii, leżąc w jakimś rowie.
-?Wigilia jest dopiero pojutrze -?przypomniał jej. -?Zdążylibyśmy się
wydostać.
Miejscowość Sillingbo leżała na zboczu schodzącym nad jakąś wodę -?w ciemności można się było jej tylko domyślać, ale na pewno tam była -?i wydawała się składać z iluś opuszczonych domów rozrzuconych dość równo i rzadko po obu stronach przecinającej ją drogi. Poza jakąś palącą się tu
i ówdzie lampką dla ochrony, we wszystkich budynkach było ciemno z wyjątkiem ostatniego po prawej: sporej drewnianej, dwupiętrowej budowli
położonej w odległości około pięćdziesięciu metrów od lasu. Tu świeciło
się we wszystkich oknach, a szpaler ogrodowych pochodni rzucał słabe
migotliwe światło na drogę aż do wjazdu znajdującego się między dwoma
solidnymi słupkami bramy.
-?No to jesteśmy -?powiedział Lars, skręcając. -?Wygląda jak dawna
wiejska szkoła.
-?Zgadza się -?odparła Ellen. -?Wspomniała o tym, kiedy z nią
rozmawiałam. Pomyśleć tylko, że kiedyś dzieci uczyły się tutaj czytać i rachować. Musiało to być dawno temu.
-?I dostawały trzcinką -?dodał Lars. -?Szkoła była obowiązkowa już w dziewiętnastym wieku, czasem trzeba było z domu iść godzinę, zanim się
dotarło na miejsce... i tyle samo, żeby wrócić.
-?No popatrz, też wtedy chodziłeś?
Nie chciało mu się odpowiadać. Wjechał na nierówne zaśnieżone podwórze i zaparkował obok innego samochodu, prawdopodobnie jaguara.
No bo czemu nie? -?pomyślał z niepowstrzymaną irytacją. Cieszmy się, że
nie rolls-royce.
Drzwi wejściowe się otworzyły i na oświetlone kamienne schody wyszła
kobieta. Była ubrana w długą czerwoną suknię, na czarnych włosach miała
równie czerwony beret i wyglądała na dwadzieścia pięć lat. Wydawała się
tutaj zupełnie nie na miejscu, jakby w kościele postawić kombajn. Tyle
że była od niego ładniejsza.
Catherine, bez wątpienia.
2
Linn
Powiedziałam "tak" i już w następnej sekundzie pożałowałam. Zgodziłam
się ze względu na mamę, chociaż czasem powinnam być dla niej mniej
współczująca. Jakbym nie miała dość własnych problemów.
Jednak to już minął rok, gdy wszyscy jakby stracili oparcie w rzeczywistości. W każdym razie do pewnego stopnia, więc jeśli ta
szczepionka nie zadziała, to nie wiem, czym to się skończy. Może jakąś
pociechą w tym strapieniu jest to, że człowiek nie jest w tym sam, bo
większość osób też się łamie. Samotność wydaje się jakby mniejsza, kiedy
wszyscy są samotni.
Tak czy inaczej, jedziemy. Aż do przedwczoraj zakładałyśmy, że spędzimy
Boże Narodzenie tylko we dwie u nas na Verkstadsgatan, gdzie mieszkamy
razem od sierpnia. I wtedy odebrałyśmy telefon od wuja Ludviga... albo
jego sekretarki, czy kogoś, nie wiem, kim ona jest, bo rozmawiała z nią
mama.
Otóż wielki Ludvig zażyczył sobie, żebyśmy przyjechały do nich na
święta, o tym był ten telefon. Bardzo mu zależało według mamy, chociaż
nie chciała za wiele mówić ani wtedy, ani potem. Nie chciało mi się z niej wyciągać więcej, bo wiem, że trafiła mi się dziwaczna rodzina.
No więc zadzwonili w poniedziałek. Dziś jest środa, jutro Wigilia.
Samochód, w którym siedzimy, należy do kolegi mamy. Pożyczyliśmy go, bo
swoją starą toyotę sprzedała wiosną, kiedy brak pieniędzy stał się
wyjątkowo dotkliwy; teatry były zamknięte i zdała sobie sprawę, że przez
dłuższy czas pozostanie bez pracy. Zresztą jak się mieszka w Sztokholmie, to samochód nie jest właściwie potrzebny, więc nawet nie
zawracałam sobie głowy prawem jazdy.
A więc siedzę teraz obok mamy w tym dość eleganckim aucie (zdaje się, że
to subaru), jadę przez burą Szwecję przygniecioną pandemią i nie
przestaję rozmyślać o swoim życiu. Wydaje mi się, że to pora roku tak na
mnie działa, nie sam wirus, bo oczekiwania są takie, że około świąt i Nowego Roku człowiek powinien się trochę pozastanawiać. Jak było, dokąd
to zmierza i tak dalej. Przez kilkadziesiąt kilometrów gadałyśmy o wszystkim i o niczym, ale po zatankowaniu w Väster?s umilkłyśmy. W końcu
znamy się dość dobrze i widzimy się na co dzień, więc nie ma za wiele
nowego do omówienia. Oprócz tych czekających nas niespodziewanych świąt,
ale mama z jakiegoś powodu nie ma ochoty rozmawiać na ten temat. Jak już
powiedziałam, nie dziwi mnie to szczególnie; cała ta rodzina jest jakaś
podejrzana. Łagodnie rzecz ujmując.
Zamiast tego wciskam sobie do uszu słuchawki, z których sączy się głos
Solomona Burke'a, i zastanawiam się nad sobą. To temat, który mocno mnie
nudzi, by nie powiedzieć, że mam go serdecznie dość, a mimo to stale do
niego wracam. Za dwa miesiące kończę dwadzieścia pięć lat, to chyba
swego rodzaju kamień milowy. Pamiętam, co sobie myślałam w wieku
piętnastu lat, kiedy chodziłam do gimnazjum i uważałam, że wszystko jest
do dupy. A za dziesięć lat będzie mi dobrze. Przestanę się ciągle
denerwować i rozpamiętywać, zrozumiem, jak iść przez to życie. Może
wyjdę za przystojnego, godnego zaufania faceta i będę się spodziewała
dziecka. A może już je będę miała.
A jakże. Patrząc wstecz, przyznaję wprawdzie, że wtedy było gorzej, ale
twierdzić, że w ciągu dziesięciu lat zmądrzałam i jestem osobą rozumną,
to przesada. Czasem wydaje mi się, że przez całe życie będę zmagać się z tym samym umysłem piętnastolatki. W takim razie mogę równie dobrze
pogodzić się z tym i polubić taki stan rzeczy.
Z moich dwóch tak zwanych związków gówno wyszło tak czy siak. Najpierw
zaraz po liceum zamieszkałam z Klasem w jakiejś zagrodzie, którą miał po
dziadku. Koleżanki odkrywały świat z plecakami, a ja wylądowałam w lesie
w Sörmlandii. Wytrzymaliśmy tam osiem, może dziewięć tygodni, głównie
dlatego, że było lato, potem z nim zerwałam i widziałam, jak mu ulżyło,
że nie musiał tego robić pierwszy. Żadne z nas nie miało pracy, nie
mieliśmy samochodu, tylko dwa stare rowery bez biegów, a jesienią
mieliśmy zacząć studia na Södertörn. Seks uprawialiśmy codziennie, bo
byliśmy młodzi, a co drugi dzień pedałowaliśmy do Gnesta na zakupy
(głównie po piwo, czipsy i papierosy); to wszystko było tak infantylne,
że tylko kręcę głową, gdy o tym pomyślę.
Może się jednak czegoś nauczyłam tamtego lata, a w każdym razie nie
zaszłam w ciążę. Trzy lata później zamieszkałam z innym chłopakiem,
Dieterem, studiowaliśmy psychologię i byliśmy razem aż do czerwca, do
końca semestru, ale wrócił do Niemiec, bo jego ojciec został
sparaliżowany po wypadku samochodowym. Niewykluczone, że jeszcze
będziemy parą, chociaż raczej wątpię. Wciąż się kochamy, mimo że sporo
nas różni i obojgu było nam okropnie smutno, kiedy w deszczowe
popołudnie żegnaliśmy się na lotnisku Arlanda. Ale przerwy w bezpośrednich kontaktach stają się coraz dłuższe, a kiedy czytam jego
wpisy na Insta, to podejrzewam, że on ma teraz w Monachium jakąś nową
dziewczynę.
W sierpniu zrezygnowałam z psychologii (w każdym razie wzięłam urlop
dziekański). Może z powodu Dietera, a może przez to, że złapałam wirusa.
Stało się to już na początku lipca, kiedy prawie nikt nie chorował i niektórzy myśleli, że niebezpieczeństwo minęło. Ciężko to przeszłam mimo
wieku. Może z powodu grupy krwi albo czegoś w tym rodzaju, nie zostało
to porządnie zbadane. Nie trafiłam do szpitala, ale przez calutki
miesiąc w samym środku lata prawie w ogóle nie wychodziłam z domu.
Zostałam jeszcze w tym mieszkaniu na Liljeholmen, które podnajmowaliśmy
z Dieterem; miałam zamiar od jesieni poszukać czegoś mniejszego i tańszego, ale tak się porobiło, że zamiast tego wprowadziłam się do
mamy. Na szczęście nie do mojego dawnego dziewczyńskiego pokoju, bo mama
przeprowadziła się z Alvik do Hornstull mniej więcej w tym samym czasie,
gdy razem z Klasem przepadłam w sörmlandzkich lasach.
Ten lipiec ostatniego lata był naprawdę okropny. Jednego dnia czułam się
tylko trochę paskudnie, a drugiego całkiem; miałam gorączkę, bolało mnie
całe ciało, straciłam powonienie i smak, czułam zmęczenie po każdym,
choćby najmniejszym wysiłku. Po tygodniu przyszła do domu zafoliowana
pielęgniarka i zrobiła mi test, a dwa dni później okazało się to, co już
wiedziałam wcześniej. Covid-19. Zakupy robiły mi na zmianę jedna
koleżanka i mama, zostawiały torby przed drzwiami i dzwoniły na komórkę.
Mówiły "cześć i dbaj o siebie, niestety nie możemy wejść, żeby cię
uściskać, ale zobaczysz, to minie niedługo".
Zabrało mi to miesiąc, mam tyle przeciwciał, że powinny mi wystarczyć do
końca życia, ale i tak zamierzam się zaszczepić, kiedy tylko pojawi się
ta możliwość.
To mama mi zaproponowała, żebym u niej zamieszkała na pewien czas. Jest
aktorką bez stałego zatrudnienia i od lutego nie pracuje. Teatry są
przecież zamknięte. Również kina i sale koncertowe, w zasadzie wszystko,
co związane z kulturą. W restauracji po dwudziestej nie można zamówić
alkoholu i spotykać się w grupie większej niż osiem osób. I tak dalej, i tak dalej. Dwa tysiące dwudziesty ponoć przejdzie do historii jako rok,
kiedy prawie wszystko się zawaliło. A wczoraj widziałam w telewizji, jak
premier apelował do wszystkich Szwedów, żeby nie świętować Bożego
Narodzenia tak jak zwykle, ale siedzieć w domu, nie wyjeżdżać w góry ani
gdzie indziej. Nie wychodzić do miasta bez potrzeby. Przybytki publiczne
w rodzaju basenów i hal sportowych są zamknięte. Boże, wydawałoby się,
że mamy coś w rodzaju stanu wojennego.
I wśród tego wszystkiego my jedziemy przez Szwecję, żeby spędzić święta
z wujem Ludvigiem, światowej sławy malarzem, którego nigdy nie poznałam.
Wujek mieszka właściwie na Riwierze, ale wynajął na zimę dom w Szwecji,
bo go dopadła tęsknota za krajem.
Takich słów użyła mama, kiedy poprosiłam o wyjaśnienie.
Dopadła go tęsknota za krajem, to się zdarza nawet bardzo sławnym
ludziom.
Mama go nie lubi, więc zastanawiam się, czy przystała na tę odjechaną
przygodę, bo wyczuwa w tym jakieś pieniądze. Wuj Ludvig ma forsy jak
lodu, a skoro w dodatku jest chory, to może nabrał trochę ciepłych uczuć
do gorzej sytuowanego rodzeństwa. Na przykład do mamy. Mam jeszcze dwóch
wujków, których też nie widuję, Leifa i Larsa, ale tylko mama i ja mamy
odwiedzić Ludviga w Sillingbo.
Właśnie tak się nazywa wioska znajdująca się o dwie godziny jazdy od
granicy norweskiej, gdzie zatrzymał się Ludvig ze swoją sekretarką. Z dala od wszystkiego, sprawdziłam na Google maps i wyglądało to, jakby we
wszystkich kierunkach przez kilkadziesiąt kilometrów ciągnął się tylko
las. Ta sekretarka, a może kochanka albo nawet żona ma na imię
Catherine. Francuzka, ale podobno mówi po szwedzku, mama twierdzi, że
prawie bez obcego akcentu.
Jadąc przez zapadający zmrok zimowy, nie mogę nie pomyśleć o moim ojcu.
To raczej fantazjowanie, bo nawet nie wiem, kim jest. Czy też był, co
bardziej prawdopodobne. W każdym razie jeśli wierzyć mamie, ale właśnie
w tym tkwi problem. Mama nie chce mi zdradzić, kto to; powiedziała mi
tylko, że był dość nieznanym amerykańskim aktorem, którego poznała
podczas kręcenia swojego jedynego hollywoodzkiego filmu. To było w ciągu
kilku miesięcy tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku,
wiosną czy też wczesnym latem, jak sądzę, zważywszy na to, że urodziłam
się w lutym następnego roku. Chyba starała się o więcej ról, może nawet
nakręciła kilka reklamówek, ale już żadnego filmu fabularnego poza tym
jednym. Nosił tytuł Mrs Murphy agonizes, rola mamy była nawet dość
duża, ale nie jest to wybitny film i nigdy nie był pokazywany w Szwecji.
Widziałam go trzy razy, chociaż mama mówiła mi, że nie ma sensu, żebym
wypatrywała na nim taty. Nie zagrał w nim, po prostu, a poznali się na
przyjęciu u jakiegoś bogatego producenta w Beverly Hills i potem przez
jakiś czas się spotykali. Nie zorientowała się, że jest w ciąży, dopóki
nie wróciła do Szwecji.
Od czasu do czasu wściekałam się na nią, że nie chce mi powiedzieć, kim
on jest -?czy też był -?ale powiedziała, że zawarli umowę, której
powinno się dotrzymać. Na ile rozumiem, zgodnie z tą umową przesłał jej
jednorazowo sporą sumę w zamian za to, że ona nigdy nie ujawni jego
nazwiska. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że widocznie miał rodzinę i nie chciał, by się rozpadła.
Może udałoby się go znaleźć, ale postanowiłam nie próbować. Również będę
dotrzymywać ich umowy. Przynajmniej na razie, zresztą nie wydaje mi się,
żeby był szczególnie zamożny i mogłabym dostać po nim jakiś spadek.
Jeśli nie żyje albo wkrótce zamierza umrzeć.
Poza tym miałam przez kilka lat ojczyma, mniej więcej od mojego piątego
do dziesiątego roku życia. Miał na imię Jacques i dosyć go lubiłam, ale
na dłuższą metę nie dogadywali się z mamą, więc odszedł.
Od tamtej pory miała jednego czy drugiego faceta, ale z żadnym nie
zamieszkała, zresztą nie byli warci starań. Mama zazwyczaj opisuje
zjawisko związku w sposób następujący: sprowadza się do dwóch
pierwiastków -?przyjemności i kłopotów. Przyjemność powinna przeważyć,
inaczej lepiej dać sobie spokój.
Kiedy skończyła pięćdziesiątkę, wygłosiła mowę, w której powiedziała, że
jest do wzięcia, ale zamierza pozostać w tym stanie przez następnych
czterdzieści lat. Wszyscy, a była nas spora grupa w knajpie na Söder,
ryknęliśmy śmiechem i nagrodziliśmy ją oklaskami, ale ja wiem, że w tym
żarcie było tyle samo powagi co łez. Naprawdę kocham mamę i bardzo jej
żałowałam w ciągu ostatniego roku, gdy tak cierpiała jej duma zawodowa.
Mam nadzieję, że przynajmniej stanowiłam jakąś pociechę. Ile jest warta
aktorka, która nie występuje na scenie albo przed kamerą?
A ile jest warta jej córka, która rzuciła studia i nie wie, co ma zrobić
ze swoim życiem?
Dobre pytanie, jak to mówią.
Nie da się milczeć w nieskończoność, a więc gdzieś w okolicach Skövde
otwieram usta.
-?A właściwie jak sobie to wyobrażasz? Czyli ty i ja, malarz i jego
kochanka? I będą przyśpiewki i tańce wokół choinki, czy jak...?
Mama śmieje się.
-?Nie mam pojęcia. Tak naprawdę to nigdy nie znałam Ludviga, nawet kiedy
byliśmy dziećmi, przecież wiesz. Dzieli nas osiem lat, równie dobrze
mógłby być moim wujkiem albo kimś w tym rodzaju. Pierwsze wspomnienie,
jakie mam w związku z nim, jest takie, że się na mnie złości, bo mu
wymazałam koszulę lodami, mam wtedy ze cztery lata, może pięć. Zaczynam
płakać i mama musi mnie pocieszać.
Już to słyszałam, ale nic nie mówię.
-?Czyli już wtedy był palantem?
-?W każdym razie był zapatrzony w siebie -?mówi mama. -?W końcu był
faworytem taty, a ludzie traktowani w ten sposób rzadko są mili.
-?Więc to dlatego byłaś dla mnie wredna? Żebym wyrosła na grzeczną i miłą, a nie wyobrażała sobie, że jestem Bóg wie kim?
-?Właśnie. Wiele mi zawdzięczasz.
-?W zasadzie wszystko -?mówię, po czym śmiejemy się przez dłuższą
chwilę.
-?A mówiąc poważnie -?odzywam się wreszcie i otwieram torebkę żelkowych
autek. -?Nie rozumiem, dlaczego mamy właśnie teraz spotykać się z wujkiem Zadufkiem. Nagle, w środku pandemii i to zaledwie z dwudniowym
wyprzedzeniem.
-?Ja też nie, już ci mówiłam -?odpowiada mama i nabiera garść żelków.
-?A może on jest umierający i chce nam oddać swoje wszystkie pieniądze?
-?Dream on, baby -?mówi mama, wrzucając sobie żelowe autka do ust. -
Przynajmniej nie wykosztujemy się na jedzenie. Ale nie powinnyśmy
budować zamków na piasku.
-?A ta Catherine? -?ciągnę. -?Nie mów, że nie masz pojęcia, kim jest.
Mama żuje i zastanawia się przez chwilę.
-?Przypuszczam, że jest jego partnerką. W każdym razie nie są
małżeństwem. Wygooglowałam go wczoraj, nigdy nie był żonaty i nie ma
dzieci. Unika wszelkich uroczystych wydarzeń i jeśli w ogóle przychodzi
na jakiś wernisaż, to zostaje tylko na pół godziny. Co tam jeszcze było...
właśnie, że podczas retrospektywnej wystawy w Nicei w zeszłym roku jego
obrazy zostały ubezpieczone na sześć milionów euro. Chodziło o osiemnaście obrazów.
-?No proszę. Chętnie przyjęłabym taki jeden w prezencie pod choinkę.
Rozwiązałoby to wiele problemów.
-?Kiedy zdałam maturę, dostałam od niego butelkę szampana i pudełko
czekoladek -?mówi mama. -?Chyba nie należy się za wiele spodziewać.
-?Jednak wtedy się spotykaliście?
-?Nie, przysłał mi przez kuriera.
Spoglądam w ciemność. Dopiero trzecia i zaczęło padać. A może śnieżyć?
Wygląda na śnieg z deszczem; może jednak będzie białe Boże Narodzenie,
zdaje się, że na to wskazywała prognoza pogody.
-?Rodziny się nie wybiera -?zauważam.
-?Ale można się od niej odciąć. Tego prawa nikt nam nie odbierze.
Przynajmniej nie mamy bagażu nadmiernych oczekiwań, to dobrze.
-?To prawda, niestety -?mówię i wzdycham. -?Najbezpieczniej być
pesymistą, wtedy unika się rozczarowania. Ile nam jeszcze zostało do
celu?
Mama zerka na GPS.
-?Godzina i pięćdziesiąt siedem minut. Zdrzemnij się.
-?Okej, tylko nie zaśnij za kierownicą.
-?Jestem czujna jak ważka. Czy zdarzyło mi się kiedykolwiek zasnąć za
kierownicą?
Mówię, że to coś, co można zrobić tylko raz w życiu. Mama klepie mnie po
kolanie, a ja odchylam oparcie jak najdalej. Po zamknięciu oczu
uzmysławiam sobie jednak, że jestem za bardzo nakręcona, żeby zasnąć.
Sama nie rozumiem dlaczego. Może chodzi o mamę, nie jest taka jak
zawsze. To pewnie przez tę sytuację. Dlaczego miałaby być taka jak
zawsze? Przypuszczam, że dla niej ten wyjazd jest tak samo dziwny jak
dla mnie.
Uznaję, że tak jest. Włączam playlistę jeszcze z liceum i udaję, że
śpię.
Dwie godziny później -?jest dopiero kilka minut po piątej, wciąż jest
wigilia Wigilii, dwudziesty trzeci grudnia -?parkujemy przed drewnianym
domiszczem stojącym na Pustkowiu. W większości okien pali się światło,
ale las dookoła jest ciemny i przyczajony. Przypominają mi się słowa
"Mróz w środku zimy jest ciężki"1, co niby się zgadza, ale tylko
tak sobie. Płatki śniegu opadają z rzadka, na ziemi leży cienka warstwa.
-?Typowe -?mówi mama, wyłączając silnik.
-?Co takiego? -?pytam.
-?Że muszą mieć dwa samochody. Jeden by chyba wystarczył... zwłaszcza że
wygląda na jaguara. Mam wielką nadzieję, że nie zaprosili kogoś jeszcze.
-?Przecież powiedzieli, że będziemy tylko we czwórkę, prawda?
Mama nie odpowiada. Przygryza wargę i wpatruje się w mężczyznę, który
właśnie wyszedł na schody przed domem. Stoi tam w mętnożółtym świetle
lampy i według mnie wygląda jak krzyżówka premiera z hrabią Draculą.
3
Louise
Co my tu robimy?
Pytanie było uzasadnione, ale w tym momencie starło się niepotrzebnie w jej głowie z najrozmaitszymi myślami pełnymi niechęci, więc żeby uciec
przed tym jazgotem, spróbowała skupić się na miejscu, w którym
wylądowały. W dawnej szkole w Sillingbo. Zbudowanej przypuszczalnie na
początku ostatniego wieku. Albo nawet pod koniec przedostatniego, ale w ciągu godzin, które do tej pory spędziły w tym domu, niczego na ten
temat nie znalazła. Jedyne, co odnosi się do przeszłości, to dwie
oprawione czarno-białe fotografie, które właśnie odkryła. Wisiały na
ścianie wielkiego rustykalnie umeblowanego holu i przedstawiały gromadki
uczniów z doczepioną nauczycielką. Pierwsza fotografia pochodziła z tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku i Louise doliczyła się
szesnaściorga dzieci. W różnym wieku, na oko od siedmiu do dwunastu lat,
zatem prawdopodobnie byli to wszyscy uczniowie tej szkoły. Ich nazwisk
nie podano, za to surowa nauczycielka we wzorzystym czepku i fartuchu
nazywała się Ester Hagsjö.
Druga fotografia była z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku i przedstawiała grupkę zaledwie sześciorga dzieci, też w różnym wieku,
czterech chłopców, dwie dziewczynki. Ostatni rocznik, co wynikało z podpisu. W tym samym roku szkoła została zamknięta.
Nauczycielka: Ester Hagsjö.
Dreszcz ją przeszedł. Trzydzieści dwa lata -?co najmniej -?w tej samej
wiejskiej szkółce. Dzieło życia? Ta surowa kobieta była na obu zdjęciach
dziwnie podobna do siebie, wprawdzie na późniejszym nie miała czepka ani
fartucha, ale sprawiała wrażenie, że czas się jej nie imał. Jakby nie
miało znaczenia, czy już było po drugiej wojnie światowej, czy miała ona
dopiero nastąpić. Dzieci to dzieci, należy poddać je nauczaniu i wychowaniu, aby wyrosły na porządnych obywateli. Kilkoro spośród dzieci
na drugiej fotografii mogło jeszcze żyć. Miałyby między siedemdziesiąt a osiemdziesiąt lat. Może któreś z nich zostało w tej okolicy.
Nauczycielka na pewno nie żyje, bo musiała się urodzić przeszło sto lat
temu.
Louise postała dłuższą chwilę w holu o zielonych ścianach. Za dziesięć
minut ósma wieczorem, i jest to wciąż wigilia Wigilii. Kolacja miała
zostać podana punktualnie o ósmej, należało przypuszczać, że wszyscy
pozostali -?wśród nich Linn, która po prysznicu zwykle się guzdrała -?są
nadal w swoich pokojach na piętrze. Z wyjątkiem Catherine, którą było
słychać, jak się krząta i podśpiewuje w kuchni. Podwójne drzwi do
pomieszczenia nazwanego jadalnią były zamknięte, ale ze środka
dochodziła cicha muzyka fortepianowa.
Tamte dzieci nie wierzyłyby własnym oczom, gdyby dziś to zobaczyły,
pomyślała Louise.
Ale też minęło przeszło pół wieku od błogosławionych czasów kredowego
pyłu i kałamarzy. Radykalnej przemianie zostało poddane całe wnętrze. Na
parterze znajdowały się obecnie: jadalnia, kuchnia, przestronny hol,
gdzie w tym momencie była Louise, jak również galeria, cokolwiek to
znaczy. Chyba należy przypuszczać, że wiszą tam kosztowne obrazy. Na
piętrze: korytarz uzbrojony w regały z książkami i aż sześć sypialni.
Wszystko to gustowne i ładnie utrzymane; gdyby nie wiedziała, że to
dawna szkoła, stawiałaby na jakąś gospodę.
Kiedy już ustąpiła irytacja z powodu kłamstwa Ludviga -?bo okazało się,
że Boże Narodzenie w tej dziurze będą obchodzić w siódemkę -?Louise i Linn postanowiły polubić tę sytuację. Przynajmniej na razie. Tak czy
inaczej, nie będzie problemu z trzymaniem dystansu, na wypadek gdyby
któreś z nich miało cholernego wirusa. Louise z córką dzieliły jeden z pokoi szczytowych, w drugim zamieszkali brat Lars z żoną Ellen, którzy
przyjechali już wczoraj. Ludvig i Catherine zajmowali -?jak się
domyślała -?pokoje znajdujące się pośrodku. Zostały jeszcze dwa wolne,
ale brat Leif miał się wkrótce zjawić. Dwie duże łazienki i dwie
oddzielne toalety do wspólnego użytku.
Sprawą niezbadaną pozostało to, czy pomiędzy pokojami wielkiego malarza
i jego towarzyszki życia są jakieś łączące je drzwi. Było więcej takich
niezbadanych spraw; Ludvig przywitał je po przyjeździe, powiedział
krótko, że jest im wdzięczny za przychylenie się do jego prośby, a swoje
zamiary wyjaśni nieco bliżej podczas kolacji. Wyraził ubolewanie, że
przy zaproszeniu musiał posłużyć się kłamstwem. Będą nie w kwartecie,
ale w septecie, ponieważ jeden brat wraz z żoną przyjechał już
poprzedniego dnia, a wieczorem jest spodziewany przyjazd czwartego z rodzeństwa. Bez osoby towarzyszącej. A więc tak.
Przedstawił Catherine, ciemnowłosą, piękną kobietę około trzydziestki,
do której Louise trochę wbrew sobie poczuła pewną sympatię. Wprawdzie
wyglądała nieco teatralnie, bo ubrała się w czerwień i czerń, ale
sprawiała wrażenie osoby serdecznej i przyjaznej. Od razu przyhołubiła
Linn, co było dość naturalne, zważywszy na niewielką różnicę wieku
między nimi. Okazało się również, że właścicielem domu jest ojciec
Catherine; kupił go pod koniec lat osiemdziesiątych, i tu był ten
związek. Rickard Fryxell był marszandem i właścicielem galerii, Ludviga
znał, odkąd jego obrazy zaczęły się przebijać na szwedzkim rynku. Byli
rówieśnikami. Rickard przyczynił się w sposób znaczący do
międzynarodowych sukcesów Ludviga. Od wielu lat dzielił swoje życie i przedsięwzięcia między Aix-en-Provence i Sillingbo. Na przemian trzy
miesiące w Sillingbo, dziewięć miesięcy w Aix, z grubsza rzecz biorąc.
Catherine urodziła się w Szwecji, ale po tym, jak poszła do szkoły,
spędzała prawie cały czas we Francji.
Louise otrzymała te podstawowe informacje od Linn i żony Larsa, Ellen, z którą odbyła krótką i dość sztywną rozmowę przed zajęciem swojego
pokoju. Było to chyba jej drugie spotkanie z Ellen i podobnie jak
poprzednim razem nie potrafiła sobie wyrobić zdania na jej temat. Nieco
zamknięta w sobie, może nieśmiała, albo w naturalny sposób skłaniająca
się do zachowań nieśpiesznych i bezpiecznych. Mówiąc złośliwie,
przejrzysta jak woda w szklance. A może -?pomyślała -?całkiem inna woda:
niezgłębiona jak leśne jeziorko, pod którego ciemną powierzchnią nie
widać zupełnie nic. Chociaż akurat to porównanie pochodziło z dość
marnej sztuki, w której Louise wystąpiła wiele lat temu, gdy jeszcze
grały teatry w tym kraju.
A propos ciemnych powierzchni, w pierwszej kolejności należy rozgryźć
Ludviga. Ty wielki zarozumiały dupku -?myślała sobie, kiedy przedtem
stała pod prysznicem i usiłowała się zresetować, aby przyjąć postawę
wolną od uprzedzeń -?o co ci chodzi, do cholery? Co ty kombinujesz?
Jak tu dowiedzieć się czegoś o bracie, z którym nigdy nie było się
blisko i którego się nie widziało od dwudziestu pięciu lat? Czy na
przykład jest z nim tak źle, jak się wydaje, a co sugerowała przez
telefon Catherine?
Może tak, może nie. Wygłosiwszy krótkie powitanie, wycofał się, a chociaż Louise go oczywiście poznała, kiedy wyszedł na schody i pomachał
im dość niemrawo, to według niej wyglądał znacznie starzej, niż
powinien. Jakby miał między siedemdziesiąt a osiemdziesiąt lat zamiast
niespełna sześćdziesiąt.
Czyżby chory? Umierający?
Byle nie miało to nic wspólnego z Sotterhill, pomyślała. Tylko nie to.
Pokręciła głową i spojrzała na te poważne dzieciaki z jeszcze
dawniejszych czasów. Żadne z nich się nie uśmiechało, ani trochę, być
może panna Hagsjö kazała im przybrać poważne, wręcz pogrzebowe miny.
To Boże Narodzenie nie jest jednak pogrzebem, stwierdziła. To czytana
próba przed ujęciem na planie albo przesłuchanie, podczas którego da się
przestudiować zaledwie fragmencik scenariusza.
Czyniąc tę zawodową refleksję, usłyszała kroki na schodach, a drzwi do
jadalni otworzyła uśmiechnięta Catherine.
Towarzyszka życia -?pomyślała Louise. Czy to określenie znajduje się
jeszcze na stronach słownika Akademii Szwedzkiej? W każdym razie jest
równie stare, jak rozciągliwe.
Ludvig Rute podniósł swój kieliszek z szampanem i zaczął wyjaśniać, że
gęsi, których wątróbki w postaci foie gras mieli na talerzach, żyły
kiedyś wolno i szczęśliwie między dzikimi końmi w Camargue -?ale w tym
samym momencie usłyszeli dobiegający z podwórza chrzęst opon, a więc
przerwał i powiedział tylko krótkie sk?l.
Zanim wszyscy wstali od stołu, by wyjść naprzeciw siódmego gościa,
Louise zdążyła jeszcze pomyśleć, że dziarskie słowa o szczęśliwych
dostawcach wątróbek jakoś nie zabrzmiały tak lekko i żartobliwie, jak
zapewne chciał Ludvig. Raczej jakby znużony aktor wygłaszał po raz setny
swoją drętwą kwestię.
To żałoba, pomyślała. Ludvig jest w żałobie. Opłakuje własne życie? Co
się z nim dzieje, kurde?
Z Leifem, swoim drugim z kolei bratem, spotkała się niedawno, bo dwa
lata temu. Siedział z nieznajomą kobietą na pierwszym balkonie, kiedy na
małej scenie Dramaten2 grała główną rolę w sztuce węgierskiego
autora Józsefa Katony. Po przedstawieniu poszli razem coś zjeść i wypili
kilka kieliszków. Kobieta okazała się koleżanką Leifa, który wyraźnie to
zaznaczył, jakby Louise nie wiedziała, że brat jest gejem. Domyśliła się
tego już jako nastolatka. Typowe, że pozostało to niewypowiedziane, bo z docentem Leifem Rute nie rozmawiało się o sprawach delikatnej natury.
Wkraczając teraz do zielonego holu, Leif wyglądał w zasadzie tak samo
jak wtedy. Możliwe, że nawet marynarka była ta sama. Szaroniebieska w dyskretną kratkę. Na pewno nie miał jej na sobie podczas jazdy z dalekiego Sundsvall. Leif Rute nie miewał zagnieceń, nigdy, żadnych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki