Komisarz Barbarotti (tom 10). Sieć o drobnych oczkach - Hkan Nesser

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Zachodni Götaland, lata sześćdziesiąte

Słońce stoi na nie­bie sko­śnie do pól. Jest śro­dek sierp­nia, doj­rzała psze­nica o słom­ko­wej bar­wie nie została jesz­cze zebrana. Przy­pusz­czal­nie nastąpi to w naj­bliż­szych dniach, ale rol­ni­kowi wla­zło coś w krzyż; nie pierw­szy raz, bo jest stary.

Oparci o kamienny murek na gra­nicy pola sie­dzą dwaj chłopcy, jeden ma pięt­na­ście lat, drugi wła­śnie skoń­czył dwa­na­ście. Obaj to wła­ści­wie mia­stowe dzie­ciaki, które póź­nym popo­łu­dniem wybrały się rowe­rami na wieś. Jest ku temu kon­kretny powód, potrzeba cichej powagi, o którą trudno pośród miej­skiej zabu­dowy. Ten powód jest znany jedy­nie star­szemu chłopcu, młod­szy zdaje sobie tylko sprawę z pod­nio­sło­ści chwili. Na razie.

Pod­czas ich spo­tkań czę­sto tak jest, ma być coś tajem­ni­czego, jakieś migo­ta­nie w brzu­chu, bo wtedy jest cie­ka­wiej. Nie­raz o tym roz­ma­wiali. To ten star­szy zna słowa jak migo­ta­nie i on uczy mło­dego wszyst­kiego, co warto wie­dzieć.

Jest wład­czy i pra­wie doro­sły mimo mło­dego wieku.

-?Zobacz -?mówi wła­śnie i poka­zuje coś, co wygląda jak mała sie­kiera. I rze­czy­wi­ście jest sie­kierką nie­wiele dłuż­szą od szkol­nej linijki. -?Ona jest z Włoch.

-?Tak? -?odpo­wiada młod­szy i rozu­mie, że wła­śnie teraz docho­dzą do sedna sprawy. Do powodu, dla któ­rego przy­je­chali na tę wio­chę i teraz są spo­ceni od peda­ło­wa­nia na rowe­rze i świe­cą­cego im w twarz uko­śnego słońca.

-?Albo może z Japo­nii.

-?Z Japo­nii?

-?Posłu­chaj. We Wło­szech to się nazywa mafia. A w Japo­nii -?yakuza.

-?Mafia i jakussa?

Powta­rza cicho te słowa. Rozu­mie, że są ważne.

Pięt­na­sto­la­tek przy­ta­kuje z powagą i waży sie­kierkę w ręce.

-?Oni mają swoje spo­soby zna­ko­wa­nia człon­ków.

Dwu­na­sto­la­tek prze­łyka ślinę. Robi mu się nie­przy­jem­nie.

-?Mam na myśli my. Powie­dzia­łem oni, ale myśla­łem o nas. Ty i ja będziemy mieli wła­sne ozna­ko­wa­nie.

-?Tak?

-?Na całe życie i na zawsze.

-?Całe życie...?

-?I na zawsze.

-?Na zawsze.

-?Wła­śnie. To jest jak przy zmie­sza­niu krwi. No wiesz, w bra­ter­stwie krwi. Cho­ciaż jesz­cze moc­niej­sze. Jeste­śmy przy­rod­nimi braćmi. No to od teraz będziemy jak rodzeni bra­cia. Na całe życie i na zawsze.

Młod­szy z chłop­ców patrzy na pole. Wolałby zakraść się i scho­wać w zbożu. Albo być kło­sem psze­nicy. Stać w tym coraz niż­szym słońcu i koły­sać się w oto­cze­niu kole­gów-kło­sów. Dziwna myśl, chło­piec nie potrafi powstrzy­mać się i chi­cho­cze.

-?Chi­cho­czesz?

-?Nie.

-?Zachi­cho­ta­łeś.

-?Nie, wpa­dło mi tylko coś do nosa.

Prze­cież wie, co będzie. Kilka lat temu jego brat przy­rodni przy­ciął sobie w drzwiach mały palec u dłoni. Coś się potem stało, może zaka­że­nie, bo musiał poje­chać do szpi­tala, gdzie mu kawa­łek odcięli. Jakieś pięć cen­ty­me­trów. I wła­śnie o to cho­dzi tego popo­łu­dnia. Młody sam nie wie, jak udało mu się to zro­zu­mieć, ale nie­ważne. Cza­sem rozu­mie się nawet wtedy, gdy nie wie się, skąd wzięło się to zrozu­mienie.

Bo posia­da­nie obcię­tego palca jest czymś szcze­gól­nym. I to bar­dzo. Czło­wiek staje się inny od wszyst­kich. Lep­szy. A teraz w dodatku dowie­dział się, dla­czego tak jest. Mafia i jakussa, tak to się nazywa?

Nie chce pytać, żeby nie naru­szyć ani tajem­nicy, ani powagi chwili.

-?Dwaj bra­cia przy­rodni staną się braćmi rodzo­nymi. Czy tak?

Chło­piec kiwa głową. Jasne, to zro­zu­miałe dla każ­dego.

-?Nic nas nie roz­dzieli. Krew jest ze wszyst­kiego naj­sil­niej­sza. My, bra­cia krwi, jeste­śmy naj­sil­niej­szymi wojow­ni­kami na świe­cie. Nic nas nie pokona. To jest przy­mie­rze. Wcho­dzisz w to?

Chło­piec znów kiwa głową. No pew­nie, że wcho­dzi.

Pew­nie, że w to wcho­dzi. Przy­mie­rze naj­sil­niej­szych na świe­cie. Gdy teraz układa dłoń na pła­skim kamie­niu murku w taki spo­sób, żeby odsta­wał mały palec, jest to dla niego wielki honor. Zostaje przy­jęty. Brat przy­rodni unosi sie­kierkę i każe mu zamknąć oczy.

Chło­piec mdleje z bólu, a po oprzy­tom­nie­niu dostaje opa­tru­nek z flaka do kieł­basy i taśmy izo­la­cyj­nej. Były przy­go­to­wane wcze­śniej.

A odcięty krwawy kawa­łek palca leży w pudełku od zapa­łek. Zako­pują je pod mur­kiem, po zewnętrz­nej stro­nie. To ważna chwila. Kiedy chło­piec unosi swój zaopa­trzony palec pro­sto pod niebo, to pra­wie wcale go nie boli.

2

Notatki Asunandera. Visby, maj 2025

Od cze­goś trzeba zacząć.

Naj­bar­dziej chciał­bym zacząć od stwier­dze­nia, że jestem star­szym panem, który stał się nie­wy­pła­calny, ale tylko dla­tego, że podoba mi się to sfor­mu­ło­wa­nie. Jest na to fran­cu­skie wyra­że­nie, które brzmi jesz­cze lepiej, cho­ciaż w tym momen­cie nie mogę go sobie przy­po­mnieć, tym bar­dziej zaś, jak się to pisze.

W rze­czy samej jestem sta­rym zreu­ma­ty­zo­wa­nym gli­nia­rzem, od dawna eme­ry­to­wa­nym, a od dość nie­dawna potrze­bu­ją­cym wózka inwa­lidz­kiego. I nie jestem nie­wy­pła­calny: miesz­kam w zadba­nym domu seniora w oto­czo­nym murami mie­ście Visby na naj­pięk­niej­szej z wysp. Mogę przez okno patrzeć na morze na zacho­dzie, skąd przy­pły­wają promy, a potem wra­cają na stały ląd. Latem zda­rza się też jeden czy drugi wyciecz­ko­wiec prze­mie­rza­jący cały świat i naj­róż­niej­sze inne jed­nostki pły­wa­jące, ale ni­gdy nie udaję się na dep­tak w por­cie, żeby im się bli­żej przyj­rzeć. Albo wcią­gnąć w stare noz­drza nieco mor­skiego powie­trza. Za to cza­sem sia­dam przy otwar­tym oknie, żeby posłu­chać docho­dzą­cych stam­tąd odgło­sów ludz­kich - miłych i nie­mi­łych. Albo na któ­rymś z tara­sów. I to mi wystar­cza.

Kiedy mówię, że potrze­buję wózka inwa­lidz­kiego, nie zna­czy to, że jestem do niego przy­kuty, nie do końca. Na­dal mogę się prze­miesz­czać, robiąc do dwu­dzie­stu czy trzy­dzie­stu kro­ków -?nawet wię­cej, kiedy ćwi­czę wie­czo­rami -?co jest prak­tyczne, bo mogę wstać z łóżka i dostać się do toa­lety o wła­snych siłach. I jesz­cze prze­mie­ścić się na wózek inwa­lidzki albo fotel bez koniecz­no­ści wzy­wa­nia kogoś z per­so­nelu. Mogło być gorzej.

I pew­nie będzie. Wsze­dłem w sie­dem­dzie­siąty ósmy rok życia, co ozna­cza, że na moim oddziale jestem pra­wie naj­młod­szy. Jest nas razem ośmioro, czte­rech męż­czyzn i cztery kobiety. Cho­ciaż pew­nie lepiej będzie powie­dzieć: czte­rech dzia­dów i cztery baby, to a pro­pos róż­nych wyra­żeń.

Młod­szej ode mnie kobie­cie na imię Rose­anna, imię zarówno piękne, jak i odpo­wied­nie, na przy­kład koja­rzy się z jed­nym z naj­bar­dziej poczyt­nych kry­mi­na­łów w tym kraju. Rose­anna zja­wiła się tutaj pół roku temu, po tym jak stara Signe, wdowa po mistrzu komi­niar­skim, rzu­ciła ręcz­nik tuż przed ukoń­cze­niem setki.

Nadobna Rose­anna prze­kro­czyła sie­dem­dzie­siątkę o zale­d­wie trzy lata i mamy ze sobą nieco wspól­nego; na przy­kład to, że zapi­suje moje słowa. Mój reu­ma­tyzm spra­wił, że nie radzę sobie z kla­wia­turą, ale jak zła­pię w garść pióro, to tkwi w niej tak długo, aż ktoś je wycią­gnie, naj­le­piej ja sam (zębami -?implan­tami, bo praw­dziwe zostały mi wybite pod­czas służby mnó­stwo lat temu). Mój cha­rak­ter pisma jest wręcz poża­ło­wa­nia godny, ale Rose­anna jest dawną nauczy­cielką i umie prze­tłu­ma­czyć nawet naj­gor­sze hie­ro­glify na zro­zu­miałą szwed­czy­znę. Jestem wdzięczny za jej ist­nie­nie. Mocno mnie natchnęła chę­cią do życia i bez niej ten pro­jekt nie ujrzałby świa­tła dzien­nego. Może i tak nie spełni moich ocze­ki­wań, ale przy­naj­mniej go zapo­cząt­ko­wa­li­śmy.

Cho­dzi o tę prze­klętą dawną histo­rię mor­der­stwa -?czy cokol­wiek to było -?ale rów­nież o to, co się poja­wiło tej wio­sny, wiele lat póź­niej. Pozwolę sobie twier­dzić, że oko­licz­no­ści są dziwne, upływ czasu zagę­ścił się w spo­sób dość nie­przy­jemny i podej­muję tę rzecz nie bez pew­nego nie­po­koju.

Jak było w pio­sence -?coś jed­nak trzeba robić, cze­ka­jąc na śmierć.

A więc nazy­wam się Albin Asu­nan­der, a moje doro­słe życie można ująć jed­nym sło­wem: poli­cjant. W 1970 roku zaczą­łem od patro­lo­wa­nia ulic w Göteborgu, a w 2012 skoń­czy­łem jako szef wydziału kry­mi­nal­nego w Kym­linge. Czter­dzie­ści dwa lata dzia­ła­nia na zaple­czu spo­łe­czeń­stwa, ale nie żałuję wyboru zawodu. Ni­gdy nie byłem wesoł­kiem, tylko raczej samot­ni­kiem, już w latach liceum w Halm­stad nazy­wano mnie Wil­kiem Ste­po­wym, a ktoś taki czuje się naj­le­piej tam, gdzie jest tro­chę ponuro.

Na szefa pew­nie też nadaje się lepiej ten, kto nie jest zbyt pogodny i ocho­czy do współ­pracy. Przy­naj­mniej tak było przy wyko­ny­wa­niu przeze mnie róż­nych zadań. Przez prze­szło trzy­dzie­ści z ponad czter­dzie­stu lat służby spra­wo­wa­łem różne sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze, a ostat­nie naj­dłu­żej - bo wię­cej niż dwie dekady -?w mie­ście w zachod­niej Szwe­cji, które już wymie­ni­łem.

Ni­gdy nie byłem żonaty, ale mam córkę, Julię, która przy­szła na świat dzięki dość szcze­gól­nym oko­licz­no­ściom w związku z wymianą spor­tową z klu­bem w ówcze­snej NRD pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych. O ist­nie­niu Julii dowie­dzia­łem się znacz­nie póź­niej, gdy była już doro­sła i sama miała córkę, ale dało mi to wiele rado­ści. Zosta­nie ojcem, kiedy wła­śnie ma się przejść na eme­ry­turę, może być bar­dzo sil­nym, wręcz osza­ła­mia­ją­cym prze­ży­ciem.

Wydaje się, że dwu­dzie­sto­let­nia córka Julii, Jenny, moja jedyna wnuczka, odgrywa pewną rolę w histo­rii, którą zamie­rzam opo­wie­dzieć. Przy­naj­mniej w sen­sie czy­sto geo­gra­ficz­nym; to dziwna rzecz, któ­rej wagi nie potra­fię oce­nić w chwili, gdy to piszę, ale o tym w swoim cza­sie.

-?To się nazywa pau­vres hon­teux -?mówi Rose­anna, gdy w wigi­lię Wnie­bo­wstą­pie­nia Pań­skiego wypi­jamy u mnie po kie­liszku porto. -?To fran­cu­skie wyra­że­nie, któ­rego sobie nie mogłeś przy­po­mnieć.

Kiedy jed­nak zapi­suję jej uwagę, nie chce jej uwzględ­nić przy prze­pi­sy­wa­niu tek­stu na czy­sto. Tro­chę się o to kłó­cimy, ona pod­kre­śla, że chce być jedy­nie gho­stw­ri­terką, bez uczest­nic­twa w mojej opo­wie­ści i po wymia­nie argu­men­tów za i prze­ciw przyj­muję jej punkt widze­nia. W każ­dym razie respek­tuję. W zasa­dzie. Bo oczy­wi­ście może powstać taka sytu­acja, w któ­rej zaj­dzie potrzeba roz­sze­rze­nia jej roli. Uzgad­niamy, że będę pomi­jał jej praw­dziwe imię i nazwi­sko, nato­miast nazwę ją panną Wat­son, gdy jej udział w tej histo­rii wyda się nie­zbędny.

Dość tych piru­etów. A teraz do rze­czy.

Jesień 1996, mój szó­sty rok pracy w poli­cji w Kym­linge. Chcę tu opi­sać i spró­bo­wać roz­wi­kłać dziwne wyda­rze­nia z owego czasu. Być może będzie to próba daremna, ale to jak melo­dia życia. Fail and fail again, do czego wzywa nas Irland­czyk. W marcu tam­tego roku wybito mi zęby kijem base­bal­lo­wym; wcze­śniej mia­łem zwy­czaj, żeby mimo zaj­mo­wa­nej pozy­cji szefa od czasu do czasu wziąć udział w pracy ope­ra­cyj­nej w tere­nie, ale po tym nie­szczę­śli­wym incy­den­cie w zasa­dzie wyco­fa­łem się z poli­cyj­nego frontu. Wszystko ma swój czas, zresztą mia­łem wkrótce skoń­czyć pięć­dzie­siąt lat.

Sprawa Mar­lene, tak ją wkrótce nazwano w mediach i nie tylko, któ­raś z gazet nazwała ją nawet Sprawą Błę­kit­nego Anioła; zorien­to­wali się, że głów­nej postaci nadano to imię, bo jej ojciec czy też dzia­dek był zago­rza­łym wiel­bi­cie­lem Mar­lene Die­trich. Ojciec nazwi­skiem Hor­wath był Austria­kiem, który osiadł w naszym kraju na początku lat pięć­dzie­sią­tych. Cho­lera wie, dla­czego zapa­mię­ta­łem te nie­istotne szcze­góły, ale w moim wieku pamięć i nie­pa­mięć funk­cjo­nują jak kłó­tliwe rodzeń­stwo, w któ­rym ni­gdy nie ma zgody. Pocho­dze­nie Mar­lene mogło mieć więk­sze zna­cze­nie dla tego, co się wyda­rzyło, niż wtedy myśle­li­śmy; wła­śnie tak to zazwy­czaj wygląda w skom­pli­ko­wa­nych spra­wach, bo klucz do dzi­siej­szych i przy­szłych zaga­dek zagrze­bany jest w tym, co się wyda­rzyło wcze­śniej.

Ale mi się udało sfor­mu­ło­wa­nie. Napi­szę jesz­cze o tym hor­wa­th­skim pocho­dze­niu.

Jako zamężna po raz trzeci nasza anie­lica wciąż nosiła nazwi­sko Hor­wath, ni­gdy go nie zmie­niała. W pew­nym sen­sie, ale pomniej­szo­nym, wyka­zy­wała pewne podo­bień­stwo do sław­nej poprzed­niczki, przy­naj­mniej nie­któ­rzy chcieli ją tak wspo­mi­nać. Na pewno nie była żadną femme fatale, jak tamta wielka gwiazda fil­mowa, jed­nak była kobietą, która podo­bała się męż­czy­znom. Gdy stało się, co się stało -?ewen­tu­al­nie nie stało się - miesz­kała ze swoim ówcze­snym mężem, nie­ja­kim Har­rym Kroną, w willi na Prästgärdet na wschod­nim skraju Kym­linge. Mał­żeń­stwo było tak samo bez­dzietne jak jej dwa poprzed­nie. Skoń­czyła trzy­dzie­ści sie­dem, a może trzy­dzie­ści osiem lat i pra­co­wała jako fry­zjerka -?zarówno dam­ska, jak i męska -?w salo­nie Zardze­wiałe Nożyczki przy Małym Rynku w Kym­linge.

Przy­po­mniało mi się, że tam­tej jesieni nasza obsada kadrowa przed­sta­wiała się dość kiep­sko.

Bar­ba­rotti był na jakimś kur­sie w Wies­ba­den, a Back­man rodziła. Komi­sarz Kal­lin roz­po­czął ostatni rok służby i wyda­wał się bar­dziej znu­żony niż kie­dy­kol­wiek, wpraw­dzie sprawny i kom­pe­tentny, ale zma­ga­jący się z nad­wagą i uza­leż­nie­niem alko­ho­lo­wym. Mie­li­śmy dwa cza­sowe zastęp­stwa z Göteborga, nie­ja­kiego inspek­tora St?hle, który nie­stety oka­zał się powol­niej­szy w myśle­niu od misia koala, i dziw­nego jego­mo­ścia, któ­rego wła­ści­wie nie zdą­ży­łem poznać, nazwi­skiem Adam­snouk. Wydaje mi się, że Kal­lin wyko­pał go z roboty po dwóch tygo­dniach, na pewno nie bez powodu. Poza tym nasz wydział kry­mi­nalny skła­dał się z inspek­to­rów Borg­sena i Toivo­nena, obaj sta­ranni i bar­dzo pra­co­wici, ale do Nobla by raczej nie mogli kan­dy­do­wać. Ow­szem, mia­łem rów­nież garść asy­sten­tów, przy­po­mina mi się zwłasz­cza obie­cu­jąca młoda kobieta Lena Var­gas, która z cza­sem zro­biła nie­złą karierę w sze­re­gach poli­cji.

I to tyle, zresztą nie chcę w żad­nym razie zwa­lać naszego nie­po­wo­dze­nia na braki kadrowe. Zro­bi­li­śmy tyle, ile można było się po nas spo­dzie­wać, a gdy po jakimś mie­siącu otrzy­ma­li­śmy jesz­cze posiłki z głów­nej komendy poli­cji, to żaden z przy­sła­nych nam spe­ców nie posu­nął sprawy do przodu nawet o cen­ty­metr. Mimo że tkwili tu przez zarówno Boże Naro­dze­nie, jak i Nowy Rok. Po pół roku cała ta histo­ria była tak samo nie­zro­zu­miała jak pierw­szego dnia. A jesz­cze bar­dziej nie­zro­zu­miała pra­wie trzy­dzie­ści lat póź­niej.

Sie­dzę czy też pół­leżę w łóżku i piszę, pod­party trzema podusz­kami, i zaczy­nam odczu­wać ból tu i tam. Przede wszyst­kim w naj­pa­skud­niej­szym miej­scu w oko­licy mego nie­wy­mie­nio­nego jesz­cze stawu bio­dro­wego. Być może ni­gdy nie będzie odpo­wied­niego momentu na spra­wie­nie sobie nowego stawu; przez te lata, które mi zostały, lepiej będzie brać środki prze­ciw­bó­lowe, niż raz jesz­cze kłaść się pod nóż. Jest godzina piąta, za pół­to­rej godziny kola­cja. Już zde­cy­do­wa­łem, że zjadę na dół i zjem w jadalni; jest wtedy oka­zja spo­tkać się z całą zamiesz­kałą tu zgrają, nie tylko moimi sied­mioma naj­bliż­szymi kom­pa­nami z oddziału numer dwa. Ogó­łem jest tu prze­szło trzy­dzie­ścioro sta­rusz­ków, jedno bar­dziej zgrzy­białe od dru­giego, jed­nak są też osoby w dobrym sta­nie umy­sło­wym, z któ­rymi da się wymie­niać myślami. Na przy­kład były wydawca Gal­l­berg, który nie tylko jest wykształ­cony, ale jesz­cze namięt­nie gra w sza­chy. Roze­gra­li­śmy kilka par­tii i nie udało mi się uzy­skać lep­szego wyniku niż remis. Inną osobą, z którą cza­sem zamie­niam kilka słów, jest jedna z pierw­szych pasto­rek w Szwe­cji, Mar­got Ekbladh, nie­stety ostat­nio bar­dzo jej się pogor­szyło i zapewne tęskni już do kró­le­stwa nie­bie­skiego, któ­rego ideę pró­bo­wała sprze­da­wać przez całe swoje życie.

Jed­nak dziś wie­czo­rem skie­ruję wzrok nie na wydawcę ani pastorkę, tylko na pewną osobę, która może być czę­ścią tutej­szego per­so­nelu, chyba że jed­nak nie. Nie bar­dzo wiem, jak uzy­skać potwier­dze­nie moich podej­rzeń, a jeśli jest tak, jak mi się wydaje, to jestem nie­mal skłonny dołą­czyć do świa­to­po­glądu pani Ekbladh.

Ktoś tu kie­ruje i ktoś chce uzy­skać spo­kój w gro­bie, jak być może wyra­ziłby się H-K Rönblom1. Ale dosyć na dziś, potrze­buję drzemki. Niech anio­ło­wie uko­ły­szą mnie do snu.

3

Harry Krona. Bor?s, grudzień 1979

Pew­nego razu, gdy jesz­cze myślał, że ni­gdy nie zazna miło­ści fizycz­nej, a nawet nie zoba­czy nagiej żywej kobiety, Harry'emu Kro­nie przy­da­rzyła się rzecz, o któ­rej potem latami miał śnić w nie­spo­kojne noce nasy­cone pożą­da­niem.

Było to parę tygo­dni przed Bożym Naro­dze­niem 1979. Harry miał wtedy dwa­dzie­ścia trzy lata i pra­co­wał jako sto­larz w nie­du­żej fir­mie budow­la­nej w Bor?s, gdzie się nie uro­dził, ale czę­ściowo wycho­wał. Jeśli komuś nie wycho­dzi w mie­ście z naj­więk­szą nad­wyżką kobiet w całym kraju, to jest albo peda­łem, albo idiotą. Po raz pierw­szy usły­szał to powie­dze­nie jesz­cze w liceum i nie mógł wyrzu­cić go z głowy. Miał pew­ność, że nie jest peda­łem, trud­niej było mu roz­strzy­gnąć, czy jest idiotą.

W każ­dym razie był czło­wie­kiem osob­nym i z tym się pogo­dził. Miał nie­wielu przy­ja­ciół i wciąż miesz­kał z mamą i młod­szą sio­strą Lizą aż do ostat­niego lata, gdy mama znie­cier­pli­wiła się, że Harry nie może wydo­ro­śleć, i zała­twiła mu kawa­lerkę w Brämhult. Adres sam w sobie prak­tyczny, od pracy dzie­liło go pięć minut jazdy rowe­rem, w dodatku miał nie­wielki bal­kon od zachodu, gdzie wie­czo­rami mógł posie­dzieć, popa­la­jąc papie­rosy i popi­ja­jąc piwo. Przy­naj­mniej aż do nadej­ścia jesien­nych desz­czy, kiedy musiał poprze­stać na szyb­kim papie­ro­sie, pra­wie odmra­ża­jąc sobie tyłek. Matka mu zapo­wie­działa, żeby pod żad­nym pozo­rem nie palił w miesz­ka­niu, bo stra­ci­łoby na war­to­ści, i musiał się jej słu­chać, ponie­waż to ona była wła­ści­cielką.

Gdy­bym miał skłon­ność do depre­sji, to na pewno bym w nią popadł, myślał wtedy. Zapo­biegł temu tajem­ni­czy trik, wpraw­dzie od dawna go nie sto­so­wał na serio, wie­dział jed­nak, że wcze­śniej czy póź­niej znaj­dzie on zasto­so­wa­nie, i to decy­du­jące.

Drzwi ku cze­muś innemu, ale rów­nież spo­sób, któ­rego nie wolno nad­uży­wać, bo wtedy utraci swą moc.

Wię­cej o tym w swoim cza­sie. A zatem był gru­dzień, kon­kret­nie zaś pią­tek wie­czo­rem. Z braku praw­dzi­wych przy­ja­ciół Harry zaczął się cza­sem zada­wać z młod­szym kuzy­nem ze strony ojca, imie­niem Dick. Chło­pak miał nie wię­cej niż sie­dem­na­ście lat i podob­nie jak Harry'emu było mu trudno odna­leźć się w życiu. Dzięki prze­wa­dze wieku star­szy kuzyn był wzo­rem dla młod­szego. Harry miał pracę, samo­chód i miesz­ka­nie, mógł robić zakupy w mono­po­lo­wym i czę­sto­wał zarówno piwem, jak i papie­ro­sami, kiedy Dick go odwie­dzał. Na razie utrzy­my­wali tę przy­jaźń w pew­nym sekre­cie, zwłasz­cza przed rodzi­cami Dicka, któ­rym nie podo­bało się, że syn wraca do domu późno, zala­tu­jąc alko­ho­lem i dymem. Nie byliby zado­wo­leni, gdyby się wydało, że prze­sia­dy­wał u krew­niaka, przyj­mu­jąc nie­zdrowe używki. Dick zwy­kle tłu­ma­czył im, że był w gru­pie kole­gów, róż­nych, i na razie to białe kłam­stwo musiało jakoś wystar­czyć.

Harry'emu podo­bało się, że kuzyn go podzi­wia. Nikt inny nie podzi­wiał, wręcz prze­ciw­nie. Zawsze był pomia­tany, w domu przez matkę i sio­strę, rów­nież w szkole; kole­dzy w pracy może nie odno­sili się do niego źle, jed­nak nikt nie zwra­cał na niego uwagi. Nie pytali, jak się ma, jakie ma plany na week­end, nie wcią­gali do roz­mowy o piłce noż­nej, dziew­czy­nach i róż­nych takich.

Przy­zwy­czaił się, bo co mu innego pozo­stało? Na skali od jed­nego do dzie­się­ciu jestem dwójką, myślał sobie. Bojaź­liwi faceci nie całują się z ład­nymi dziew­czy­nami. Jest, jak jest, ale może będę miał asa w ręka­wie.

Po trzech, czte­rech piwach z Dic­kiem i jakichś dwóch papie­ro­sach do każ­dego piwa robiło się cał­kiem sym­pa­tyczne. Zwłasz­cza jeśli był piąt­kowy wie­czór i nie musieli myśleć o jutrze. Pijmy za ten ściek zwany życiem, mawiał, gdy już mu zaczy­nały błysz­czeć oczy, a Dick się wtedy uśmie­chał albo nawet się śmiał; za pierw­szym razem Harry pomy­ślał nawet, że ni­gdy mu się to dotąd nie przy­da­rzyło. Jesz­cze ni­gdy nikogo nie roz­śmie­szył, co jest po pro­stu okropne, więc zro­biło mu się przy­jem­nie i miło na sercu, gdy Dick zaczął recho­tać.

Do tego jesz­cze posta­na­wiali wtedy, że mają w nosie zakaz pale­nia w miesz­ka­niu. Prze­cież to się da wywie­trzyć, zresztą matka i tak ni­gdy nie przy­cho­dziła tu, żeby spraw­dzić. Jed­nakże nie umiał sobie odpo­wie­dzieć, dla­czego w inne wie­czory kon­se­kwent­nie palił tylko na bal­ko­nie, mar­z­nąc w tyłek. Pew­nie miało to jakiś zwią­zek z sumie­niem i tchó­rzo­stwem, zresztą w dni powsze­dnie nie wypi­jał piw w licz­bie nie­zbęd­nej do nabra­nia odwagi. Wszystko jedno. W pamiętny wie­czór, o któ­rym teraz mowa, obaj zdą­żyli już wypić po trzy puszki piwa i napo­częli czwartą, gdy Dick nagle wyjął papie­rosa z ust, wykrzy­ku­jąc:

-?Co to było?

-?Co? -?zdzi­wił się Harry. -?Co takiego?

-?Nie sły­sza­łeś?

Harry zga­sił tele­wi­zor z poli­cyj­nym seria­lem, w któ­rym i tak już dawno zgu­bili wątek.

-?Nie, o co ci, kurde, cho­dzi?

Zanim Dick zdą­żył odpo­wie­dzieć, znów dał się sły­szeć jęk.

Jakby sko­wyt zwie­rzątka, które gdzieś utknęło, albo jęk zuży­tych zawia­sów w drzwiach. Jed­nak żaden z nich nie kupo­wał tego wyja­śnie­nia i gdy zaraz po następ­nym jęku usły­szeli huk i gruby męski głos, który naj­wy­raź­niej prze­kli­nał w jakimś obcym języku, to już nie mieli wąt­pli­wo­ści.

Wszystko to dobie­gało z sąsied­niego miesz­ka­nia.

-?To Ponu­ras -?powie­dział Harry. -?Bije żonę.

Dick kiw­nął głową i zga­sił papie­rosa. Nie znali praw­dzi­wego imie­nia i nazwi­ska sąsiada, ale że był gruby i ponury, gdy Harry się na niego naty­kał, to pozo­stali przy tym okre­śle­niu.

-?Ojej, nie­do­brze -?powie­dział Dick. -?Trzeba coś zro­bić.

Nie jest jasne, czy Harry nie chciał zawieść wiel­kiego zaufa­nia, jakie w nim pokła­dał kuzyn, czy była to siła oddzia­ły­wa­nia alko­holu. Praw­do­po­dob­nie jedno i dru­gie; w każ­dym razie nagle Harry stał się czło­wie­kiem czynu. Wypił porządny łyk, zgniótł puszkę, choć nie została opróż­niona do końca, i wygrze­bał się z fotela obi­tego sztuczną skórą. Chwilę stał, chwie­jąc się lekko na zdrę­twia­łych nogach, by wresz­cie wypluć z sie­bie roz­kaz:

-?Wcho­dzimy tam! Ależ z niego kotlet wie­przowy!

-?Weź coś ze sobą, żeby mu przy­ło­żyć -?odparł Dick, chi­cho­cząc ner­wowo.

-?No jasne -?prych­nął Harry. -?Idziesz ze mną!

I tak się stało.

Harry szedł pierw­szy, Dick dwa kroki za nim. Po wyj­ściu na klatkę scho­dową -?przy­wódca uzbro­jony w żeliwną łyżkę do butów, a uczeń nieuzbro­jony -?usły­szeli kolejne huki, jęki i prze­kleń­stwa zza uchy­lo­nych drzwi do sąsiada. Zanim go w swe szpony zdą­żyło chwy­cić waha­nie, Harry grzmot­nął w drzwi, otwie­ra­jąc je na oścież, i ryk­nął:

-?Poli­cja! Fre­eze!

Musiał zaczerp­nąć to z serialu, który wła­śnie prze­stali oglą­dać, choć sam sobie tego nie uświa­da­miał. Tak czy ina­czej, poskut­ko­wało. Ponu­ras, ubrany jedy­nie w impo­nu­jące zwały tłusz­czu i szare wor­ko­wate kale­sony, znie­ru­cho­miał na środku salonu z otwartą gębą i wytrzesz­czo­nymi oczami. Za nim, szlo­cha­jąc, leżała czę­ściowo pod szkla­nym sto­li­kiem jego mał­żonka, imię nie­ważne. Ubrana jedy­nie w biu­sto­nosz i koron­kowe majtki, oby­dwie te sztuki odzieży znacz­nie ele­gant­sze od gatek jej męża. Na sto­liku stały dwie napeł­nione do połowy szklanki z jakąś brą­zową zawar­to­ścią i leżał duży kot w kolo­rze makreli. Oprócz tego torebka czip­sów i dwie bla­szane miski, z któ­rych jedna zawie­rała chyba kocią karmę, a druga była pełna po brzegi nie­do­pał­ków. W pokoju uno­siła się niczym mgła ostra woń będąca mie­sza­niną róż­nych mocno podej­rza­nych skład­ni­ków.

Harry zare­je­stro­wał to wszystko w cza­sie krót­szym od sekundy, wiele lat póź­niej wciąż potra­fił przy­wo­łać cały obraz, jakby to była foto­gra­fia, tak samo jak fakt, że sutek jed­nej, pra­wej piersi żony Ponu­rasa wyj­rzał znad brzegu jej biu­sto­no­sza.

Zanim kto­kol­wiek zdą­żył powie­dzieć słowo, Harry pod­szedł i ciężką żeliwną łyżką do butów przy­ło­żył w łeb tłu­stemu sąsia­dowi. Ten padł jak powa­lony wół, a kot opu­ścił pokój.

Mał­żonka zerwała się na nogi i popra­wiła sobie biu­sto­nosz. Na jed­nym oku miała wielką śliwę, ze ska­le­czo­nej dol­nej wargi leciała jej krew. Mimo tych nie­do­sko­na­ło­ści dokuś­ty­kała do Harry'ego i rzu­ciła mu się na szyję. Przy­ci­snęła potężne piersi do jego chu­dziut­kiego torsu i zabeł­ko­tała mu do ucha:

-?Uwiel­biam face­tów z ikrą.

4

Bałtyk, Visby, maj 2025

Gun­nar Bar­ba­rotti sie­dział na pro­mie pły­ną­cym na Gotlan­dię. Słońce świe­ciło nad spo­koj­nym morzem, był koniec maja, a Bar­ba­rotti cie­szył się, że ma przed sobą tydzień wol­nego. Wła­ści­wie to nawet dzie­więć dni. Za nie­spełna mie­siąc przyj­dzie po raz ostatni do pracy w poli­cji w Kym­linge i roz­pocz­nie życie eme­ryta. Myśl co naj­mniej osza­ła­mia­jąca.

W dodatku miał wraz z Evą Back­man prze­pro­wa­dzić się na wyspę na stałe. I to było jesz­cze bar­dziej osza­ła­mia­jące.

Pra­wie czter­dzie­ści lat jako gli­niarz. Przy­naj­mniej nie zosta­łem zastrze­lony na służ­bie, pomy­ślał. Zawsze coś. Eva też nie.

Wol­nego!, pomy­ślał zaraz. Jesz­cze nie jeste­śmy na mecie. Czło­wiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

Po czym zasnął, a trzy minuty póź­niej został obu­dzony wła­śnie przez Evę Back­man, part­nerkę w pracy i w życiu, która przy­nio­sła z kafe­te­rii tacę z arty­ku­łami pierw­szej potrzeby.

-?Dzień dobry, komi­sa­rzu -?powi­tała go.

-?Miło, że pytasz -?odparł nie­przy­tom­nie.

-?O nic nie pyta­łam.

-?Wyco­fuję to. Dawaj tę kawę -?powie­dział.

Uśmiech­nęła się.

-?Jesteś prze­uro­czy. Dla­czego nie pro­wa­dzisz wła­snego talk-show w tele­wi­zji?

-?Prawda, że to nie­zro­zu­miałe. To jak się nazywa ta dzien­ni­karka?

-?Axel­ryd. Jenny Axel­ryd.

-?I mamy się z nią spo­tkać w Brödboden, tak?

-?Ty masz się spo­tkać, nie ja. Ale ow­szem, Brödboden przy Södertorg. Powo­dze­nia. To miło, że się inte­re­sują naszym przy­jaz­dem, prawda?

-?Pierw­szy krok w stronę mojego talk-show -?odparł Bar­ba­rotti. -?Tyle że tu jest chyba słabo z new­sami, dopóki nie ma tury­stów.

-?A my nie jeste­śmy tury­stami?

-?Jeśli już, to tylko przez ten tydzień. Kiedy przy­je­dziemy następ­nym razem, będziemy już praw­dzi­wymi Gotland­czy­kami.

-?Możesz to sobie wma­wiać -?sko­men­to­wała Eva Back­man, otwie­ra­jąc swoją książkę. -?Ja sły­sza­łam, że trzeba sze­ściu poko­leń.

Jenny Axel­ryd była już na miej­scu i wypa­trzyła sto­lik na zaple­czu Brödboden. Na traw­niku tuż przy murze, co Bar­ba­rotti od razu uznał za dosko­nały wybór, może nie tyle na prze­pro­wa­dze­nie wywiadu, ale na pewno żeby przy­siąść tu z fili­żanką kawy i książką, mając za ple­cami ten mur, opie­ra­jący się zębowi czasu od tysiąca lat, czy jakoś tak.

-?Ile lat liczy ten mur? -?spy­tał.

Jenny Axel­ryd zaśmiała się. Wyglą­dała na trzy­dziestkę i Bar­ba­rotti zga­dy­wał, że uro­dziła się raczej w sztok­holm­skiej dziel­nicy Söder niż tu na wyspie.

-?Nie mam poję­cia -?przy­znała. -?Wygo­oglu­jemy?

-?Nie, nie­ważne. Zamiast tego pro­szę mi powie­dzieć, skąd pomysł, żeby robić ze mną wywiad. Szcze­rze mówiąc, nie jestem przy­zwy­cza­jony do takich rze­czy.

-?Zamie­rza pan tu osiąść, to chyba wystar­cza­jący powód?

-?Pew­nie już się zda­rzało, że ktoś się tu prze­pro­wa­dza na Gotlan­dię. Zresztą skąd pani o tym wie?

-?A nie jest pan poli­cjan­tem?

Znów się zaśmiała, a Bar­ba­rotti pomy­ślał, że łatwo polu­bić młode kobiety, które się śmieją.

-?Jesz­cze tylko mie­siąc. A więc kto jest pani infor­ma­to­rem?

-?Powi­nien pan wie­dzieć, że repor­tera nie wolno pytać o jego źró­dła.

-?Skoro pani tak mówi -?odparł. -?Tak czy ina­czej, poczu­łem się dzięki pani bar­dzo ważny. Jed­nak zapew­niam, że nie przy­by­wam jako wysłan­nik Säpo2, po pro­stu prze­cho­dzę na eme­ry­turę. Moja kariera w poli­cji kry­mi­nal­nej dobiega końca.

-?Jed­nak zamie­rza pan kon­ty­nu­ować walkę z prze­stęp­czo­ścią? Tu na wyspie?

-?Co? Skąd się pani to wzięło?

Kobieta upiła łyk swo­jej latte i spoj­rzała figlar­nie. Naprawdę... słowo figlar­nie było tu zde­cy­do­wa­nie na miej­scu.

-?Znów pan węszy za moim źró­dłem, co?

Bar­ba­rotti podra­pał się w głowę.

-?Prze­pra­szam. Ale jeśli powiem, że nie mam zamiaru kon­ty­nu­ować ści­ga­nia łobu­zów, to co pani na to?

Repor­terka Axel­ryd odchy­liła się na krze­śle i przez chwilę pogry­zała żółty ołó­wek. Bar­ba­rot­tiemu wydało się, że roz­po­znaje model z jego cza­sów szkol­nych, czyli sprzed stu lat.

-?Biuro detek­ty­wi­styczne F?rösund -?powie­działa.

O Boże, pomy­ślał eme­ry­to­wany nie­ba­wem komi­sarz kry­mi­nalny. Tam­ten nagły, idio­tyczny pomysł. Komu... komu ja o tym wspo­mnia­łem?

Dobre pyta­nie. Evie, rzecz jasna, ale ona by prze­cież nie...?

Lin­dha­gen? No tak, z inspek­to­rem Lin­dha­genem mógł o tym gadać przy piwie, ale żeby kolega miał pójść do prasy z takim idio­ty­zmem... czy to moż­liwe?

Z dru­giej strony Lin­dha­gen był stąd, więc dla dzien­ni­karki zwró­ce­nie się do takiego źró­dła było pew­nie rze­czą natu­ralną.

-?Widzę, że to się chyba zga­dza -?zaśmiała się znów Jenny Axel­ryd. -?Ale może nie chce pan roz­ma­wiać na ten temat, dopóki nie sta­nie się fak­tem?

-?Hm -?mruk­nął Bar­ba­rotti i wymi­ja­jąco odgryzł spory kawa­łek cyna­mo­no­wej droż­dżówki.

Repor­terka ugry­zła znacz­nie mniej­szy kęs mig­da­ło­wego ciastka.

-?Gotlandzka poli­cja na pewno by to doce­niła -?cią­gnęła, podą­ża­jąc wciąż tą samą ścieżką. -?Był pan już w kon­tak­cie z nimi?

-?Skądże znowu -?odparł Bar­ba­rotti, który już prze­żuł i posta­no­wił przy­jąć przy­chyl­niej­szą postawę. -?Pry­watny detek­tyw woli pra­co­wać poza zasię­giem radaru, na tym polega zasad­ni­cza róż­nica, dzięki któ­rej cza­sem udaje mu się roz­wią­zy­wać pro­blemy tam, gdzie zwy­czajna poli­cja zawio­dła.

-?Wygląda na to, że już pan tego spró­bo­wał?

-?Na to pyta­nie muszę odpo­wie­dzieć: pas -?rzekł Bar­ba­rotti, przy­wo­łu­jąc poro­zu­mie­waw­czy uśmiech.

-?Rozu­miem. To może już pan pra­cuje nad jakąś tutej­szą sprawą? Na przy­kład na pół­nocy wyspy?

Bar­ba­rotti pokrę­cił głową.

-?Zamie­rzam zacząć od porząd­nego urlopu. A potem zoba­czymy. Zresztą nie prze­pro­wa­dzimy się tutaj przed świę­tem mid­som­mar.

-?Tak, wiem. I towa­rzy­szy panu żona? Która rów­nież jest funk­cjo­na­riuszką poli­cji kry­mi­nal­nej. Czy ona będzie...?

-?Obie­ca­łem jej, że nie będę o niej roz­ma­wiać w tym wywia­dzie -?prze­rwał Bar­ba­rotti. -?No wła­śnie, od jak dawna mieszka pani na wyspie?

-?Piąty rok -?odpo­wie­działa Jenny Axel­ryd. -?Mam męża Gotland­czyka i zamie­rzam zostać tu pocho­wana.

-?W pani przy­padku pew­nie nastąpi to dopiero za dzie­więć­dzie­siąt lat. Ale podzie­lam pani sta­no­wi­sko... cho­ciaż będę miał mniej czasu przed sobą. Ponoć jest tu sporo przy­jem­nych cmen­ta­rzy... Na przy­kład Hel­lvi, zna go pani?

-?Miesz­kam w Hel­lvi.

-?Aha? To chyba rozu­miem.

-?Co pan rozu­mie?

-?Kim jest pani źró­dło. Hel­lvi i Rute to prze­cież para­fie sąsiedz­kie. Mówi pani coś nazwi­sko Lin­dha­gen?

W tym momen­cie repor­terka Axel­ryd wybu­chła gło­śnym śmie­chem.

-?Wydaje mi się, że odnie­sie pan suk­ces jako pry­watny detek­tyw. Prze­cież to ja mia­łam dowie­dzieć się róż­nych rze­czy o panu, a nie odwrot­nie.

-?Tra­fiło się śle­pej kurze... -?zauwa­żył skrom­nie Bar­ba­rotti.

5

Harry Krona. Kymlinge, lipiec 1995

Uwiel­biam face­tów z ikrą.

Oto słowa do delek­to­wa­nia się w ponure dni. W pew­nym sen­sie go prze­śla­do­wały i ukie­run­ko­wały, cho­ciaż musiało minąć tro­chę czasu, zanim to zro­zu­miał -?że jedno pro­wa­dzi do dru­giego i wszystko, co się dzieje, ma jakiś sens.

Nie, nie wszystko, ale nie­które rze­czy tak. To, że wyda­rze­nie w miesz­ka­niu sąsia­dów nie miało żad­nego dal­szego ciągu (pań­stwo Ponu­ra­so­stwo wypro­wa­dzili się następ­nej wio­sny), postrze­gał jed­nak jako dowód, że w całym tym dziw­nym epi­zo­dzie cho­dziło o coś... tak, o coś wyż­szego. Coś, co doty­czyło jego życia, co było nauką, którą nale­żało wycią­gnąć i jej nie zaprze­pa­ścić; gdyby był choćby w naj­mniej­szym stop­niu reli­gijny, to w tym gru­dnio­wym wie­czo­rze z Dic­kiem, sąsia­dami, łyżką do butów i sut­kiem ujrzałby jakiś znak. A nawet wię­cej. Sub­telne wska­zówki ze strony wyż­szych sił, w któ­rych rękach naj­wi­docz­niej spo­czy­wał, prze­le­wa­jąc się, jego dość oszczęd­nie zary­so­wany los, wszakże wypo­sa­żony w krę­go­słup o istot­nym zna­cze­niu. Choć zna­cze­nie wcale nie musi być czymś pozy­tyw­nym.

Wyra­ża­jąc to okre­śle­niami, które gubił zaraz po tym, jak je pomy­ślał. Z dru­giej strony nie­źle mu szło, gdy cho­dziło o słowa, w każ­dym razie o te, które tylko pomy­ślał; nauczy­ciel szwedz­kiego w ostat­nich kla­sach pod­sta­wówki powie­dział mu nawet, że ma żyłkę do poezji.

O kurde, pomy­ślał wów­czas, jed­nakże ten nauczy­ciel był dzi­wa­kiem zna­nym z tego, że potra­fił smę­cić jak nie przy­mie­rza­jąc ksiądz.

Tak czy ina­czej. To, co potem nazwał w myślach Minutą bla­dej śmierci - wyra­że­nie, które zapewne padło z ust tegoż nauczy­ciela-dzi­waka - wyda­rzyło się wię­cej niż dekadę po incy­den­cie z Ponu­ra­sami, i nie dało się zepchnąć w nie­pa­mięć. Nie­sta­ran­nie, zatem źle scho­wane. Póź­niej, ale zanim było po wszyst­kim pomy­ślał, że lepiej byłoby to nazwać Pół­ro­czem bla­dej śmierci. Tak, zde­cy­do­wa­nie.

W każ­dym razie: pew­nego lip­co­wego wie­czoru nastą­pił dal­szy ciąg roz­trop­nych słów pani Ponu­ra­so­wej na temat męskich atu­tów. Chyba że cho­dziło o tylko jeden atut? Harry zdą­żył skoń­czyć trzy­dzie­ści dzie­więć lat i choć wiele oko­licz­no­ści się zmie­niło -?nowe miesz­ka­nie, inne mia­sto, wyż­sze czoło, nowy uży­wany samo­chód, usu­nięte dwa zęby mądro­ści i występy w ama­tor­skim teatrze (w dwóch sztu­kach, tylko tyle) - to wiele zostało po sta­remu. Na­dal był sin­glem, na­dal pra­co­wał jako sto­larz, w week­endy popi­jał piwo i inne trunki, miał nie­wielu kole­gów i palił papie­rosy Prince. Przez kilka mie­sięcy, a było to zwią­zane z prze­pro­wadzką z Bor?s do Kym­linge, pró­bo­wał przejść na Lucky Strike, ale potem wró­cił do poprzed­niej zaufa­nej marki.

W minio­nych latach udało mu się odbyć sto­sunki z dwiema kobie­tami, z każdą po razie. Pierw­szą była bez­i­mienna żół­to­włosa dziwka w Amster­da­mie, druga miała na imię Monica, była dzie­sięć lat od niego star­sza i pro­wa­dziła księ­go­wość firmy budow­la­nej, w któ­rej pra­co­wał w pierw­szych latach po prze­pro­wadzce do Kym­linge. Oboje uczest­nicy tej dru­giej sytu­acji byli pijani jak bele.

Po tych ero­tycz­nych eska­pa­dach czuł lek­kie obrzy­dze­nie i wstyd, który jed­nak z wolna osłabł i zamie­nił się w mroczną, bar­dzo mroczną tęsk­notę. Ona­ni­zo­wał się regu­lar­nie, mniej wię­cej raz w tygo­dniu, i był, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie tak bar­dzo nie­za­do­wo­lony z życia. Oglą­dał sport w tele­wi­zji, grał w toto­lotka i obsta­wiał goni­twy kłu­sa­ków. Od czasu do czasu spo­ty­kał się z Sunem, byłym kolegą z pracy, młod­szym o kilka lat dość kiep­skim sto­la­rzem. Samot­nym jak księ­życ na nie­bie, nie­śmia­łym jak panienka i nie­pew­nym. Dość podob­nym do kuzyna Dicka z daw­nych cza­sów, z któ­rym Harry już nie miał żad­nego kon­taktu. I dobrze, bo w latach osiem­dzie­sią­tych Dick kom­plet­nie się wyko­leił i wylą­do­wał w wię­zie­niu. Nawet nie raz.

A więc do rze­czy. Był wie­czór, cie­pły i obie­cu­jący. Ostatni pią­tek trzy­ty­go­dnio­wego urlopu, gdy Harry, jak ni­gdy, usiadł sobie w ogródku restau­ra­cyj­nym Tun­n­bin­dar­gil­let. Wła­ści­wie miał mu towa­rzy­szyć Sune, ale kolega zadzwo­nił po połu­dniu i powie­dział, że ma zapa­le­nie ucha.

Zapa­le­nie ucha?, zdzi­wił się Harry. To chyba coś takiego, co w przed­szkolu łapią zasmar­kane dzieci? W dodatku zimą. Jed­nakże Sune był wątłego zdro­wia, nie licząc innych nie­do­stat­ków, i po zakoń­cze­niu roz­mowy i chwili waha­nia Harry posta­no­wił, że tak czy tak kop­nie się do Gil­let, jak nazy­wano restau­ra­cję, żeby coś zjeść i wypić parę piw. Żyje się tylko raz, a żołą­dek trzeba napeł­nić.

W ów wie­czór, jak się oka­zało, nie tylko poda­wano dania i napoje, ale rów­nież grała kapela. Około wpół do dzie­wią­tej, gdy Harry już dostał na swój sto­lik zamó­wioną kawę i lampkę koniaku, na estradkę pod wiel­kim kasz­ta­nem wkro­czył czte­ro­oso­bowy zespół: basi­sta, pia­ni­sta, gita­rzy­sta i per­ku­si­sta. Chłopcy nazwali się P?läggskalvarna fr?n Örkelljunga - Obie­cu­jące Talenty z Örkelljunga -?a grali jazz i swing, w dodatku rewe­la­cyj­nie. Przy­go­to­wany na wie­czór par­kiet do tańca został szybko zapeł­niony przez kiwa­ją­cych się, twi­stu­ją­cych i pod­ska­ku­ją­cych ludzi, roz­we­se­lo­nych i lekko pod­pi­tych, ocza­ro­wa­nych let­nim wie­czo­rem.

Harry sie­dział wciąż przy swoim sto­liku. Tupiąc do rytmu, zamó­wił kolejne piwo. Wkrótce wpadł w dosko­nały humor i posta­no­wił, że też spró­buje szczę­ścia na par­kie­cie. Nawet nie trzeba było zapra­szać do tańca, wystar­czyło wbić się w tłum, a potem podry­gi­wać i obra­cać się wedle swo­ich umie­jęt­no­ści.

Szczę­ście sprzyja odważ­nym, nie minęło wiele czasu, jak poczuł się spa­ro­wany z ciem­no­włosą, ładną kobietą w jego wieku. Przy­trzy­my­wała go spoj­rze­niem, wijąc się lekko i podry­gu­jąc w tym samym ryt­mie co on. O kurde, pomy­ślał Harry, to dopiero jest życie.

Po kilku szyb­kich pio­sen­kach przy­szła pora na poście­lówę a wtedy nie waha­jąc się, chwy­cił tę swoją kobietę i przy­gar­nął, a ona była nie od tego, więc przy­lgnęli do sie­bie cia­łami. W środku ciżby tań­czyli lekko i pew­nie, jakby robili to tysiące razy, a gdy pio­senka wła­śnie się koń­czyła, przy­ci­snęła się do niego jesz­cze moc­niej, szep­cząc mu do ucha:

-?Uwiel­biam face­tów z ikrą.

Gdyby był trzeźwy, to pew­nie by zemdlał. Albo zwiał. Na szczę­ście było oczy­wi­ste, że to inna kobieta niż poprzed­nim razem, a on był ide­al­nie pijany.

A więc ustał na nogach i spy­tał ją o imię.

-?Mar­lene -?odpo­wie­działa. -?Mam na imię Mar­lene.

-?Jestem Felix -?odparł Harry.

Kilka godzin póź­niej odbył swój trzeci sto­su­nek w życiu. Po zna­nym mu wcze­śniej poczu­ciu wstydu i obrzy­dze­nia nie było śladu.

6

Kymlinge, jesień 1996

Padało. Był ponie­dział­kowy pora­nek. Wcze­sny. Umę­czony blady świt.

Komi­sarz Kal­lin obró­cił cięż­kie ciało w łóżku i w tym momen­cie zapra­gnął leżeć w pokoju hote­lo­wym w jakimś innym miej­scu na świe­cie. Ano­ni­mowo i uwol­niony od wszel­kiej odpo­wie­dzial­no­ści. Za jakieś pół godziny po lek­kim puka­niu do drzwi przez kobietę o oliw­ko­wej kar­na­cji zja­wi­łoby się na tacy śnia­da­nie. Obfite, ale bez prze­sady. Dzba­nek kawy, dwa jajka. Cztery tosty. Ser, pla­sterki kieł­basy i dżem. Jogurt i szklanka soku. Poświę­ciłby na to godzinę, a potem by ponow­nie zasnął. Może po połu­dniu zro­biłby spa­cer plażą.

Piękne myśli. Nie­stety pozba­wione sensu, ponie­waż zupeł­nie się nie pokry­wały z rze­czy­wi­sto­ścią.

A rze­czy­wi­stość przy­po­mi­nała bar­dziej... no wła­śnie, co? Musiał się chwilę zasta­no­wić. Może puste, wyje­dzone przez szczury pudełko po pizzy, które prze­le­żało całą noc na desz­czu, a w końcu zostało obsi­kane przez pija­nego neo­na­zi­stę.

Skąd mu się to bie­rze? Bez wąt­pie­nia trafna obser­wa­cja, cho­ciaż kom­plet­nie nie­przy­datna. Spoj­rzał na swój pękaty budzik, to cud, że wciąż cho­dzi, cho­ciaż tyle razy był ciskany o pod­łogę.

Wpół do ósmej. Kal­lin wstał, poszedł do toa­lety i odlał się, jak to mówią.

Wró­cił do sypialni i wzdry­gnął się na widok swego łóżka, które przed­sta­wiało żało­sny widok. Zasta­na­wiał się przez chwilę, kiedy ostat­nio zmie­niał pościel, ale nie umiał sobie na to odpo­wie­dzieć. Pew­nie ze trzy tygo­dnie temu. Co naj­mniej.

W każ­dym razie nie jestem bez­domny, pomy­ślał. Wciąż mam pracę i jestem sza­no­wa­nym oby­wa­te­lem. Ludzie nawet poję­cia nie mają.

Cho­ciaż pew­nie mają. Albo się domy­ślają. Jed­nak do eme­ry­tury zostało mu mniej niż rok, więc dawali mu spo­kój. Takie to pew­nie było pro­ste. Ale jak już minie ten kamień milowy, to będzie pić, ile zechce, i pościel zmie­niać raz na rok.

Albo zamieszka w hotelu w Hisz­pa­nii. W przy­jem­nym ryt­mie i w przy­jem­nej aurze zapije się na śmierć, nie będąc dla nikogo cię­ża­rem. A jak będzie miał ochotę, to pój­dzie na kor­ridę. Spoj­rzał przez okno w kuchni. Kurde, ale pada.

Zain­spi­ro­wany poto­kami desz­czu poszedł pod prysz­nic i posta­no­wił, że rów­nież w ten ponie­dzia­łek pój­dzie do pracy.

Dzień był kom­plet­nie nie­udany, a jego uko­ro­no­wa­niem był wie­czorny dyżur. Poli­cja schwy­tała poszu­ki­wa­nego zło­dzieja, który zgod­nie z regu­la­mi­nem miał zostać prze­jęty przez komi­sa­rza Kal­lina, ale z nie­ja­snych powo­dów nie poja­wił się, łobuz jeden.

Tam­ten dzień i data dwu­dzie­sty ósmy paź­dzier­nika stały się tak pamiętne z cał­kiem innego powodu. By nie powie­dzieć zde­cy­do­wa­nie innego, w każ­dym razie Kal­lin nie przy­po­mi­nał sobie niczego podob­nego, a prze­cież mógł przy­wo­łać naj­róż­niej­sze doświad­cze­nia z czter­dzie­stu lat służby.

Zaczęło się tuż przed jede­na­stą w nocy. Zre­zy­gno­wany Kal­lin cze­kał na zło­dzieja, w wydziale kry­mi­nal­nym wraz z asy­sten­tem Wik­ne­rem. Każdy z nich sie­dział w swoim pokoju, ale pozo­sta­jąc w kon­tak­cie wzro­ko­wym przez szklaną ścianę. Wik­ner był rudawy i ważył pew­nie z sześć­dzie­siąt pięć kilo, a Kal­lin dwa razy tyle. Nie żeby miało to jakieś zna­cze­nie, ale przy­szło mu na myśl. Może z braku innego tematu do roz­wa­żań. Wpraw­dzie miał na biurku sporą kupkę akt ze spraw, które jesz­cze nie zostały umo­rzone, ale żadna z nich nie była jakoś pil­niej­sza od innych.

A więc -?jak póź­niej zapi­sano w pro­to­kole -?około 22.52 weszło dwóch mło­ko­sów z patrolu o nazwi­skach Jönsson i Smo­len­ski, wlo­kąc męż­czy­znę w śred­nim wieku, który, jak się wyda­wało, znaj­do­wał się w sta­nie kom­plet­nego roz­stroju.

W każ­dym razie taka była pierw­sza ocena, która przy­szła do głowy komi­sa­rzowi Kal­li­nowi. Prze­cież ten flej­tu­cho­waty pija­nica jest w sta­nie kom­plet­nego roz­stroju! Po co ci idioci go tu przy­wle­kli? Do cho­lery, dawać go na dołek dla pija­ków!

Przy­wle­czony gość miał na gło­wie brudną żółtą cza­peczkę z zie­lo­nym napi­sem nad dasz­kiem gło­szą­cym, że naj­lep­szym mia­stem jest Motala. Po lewej stro­nie tuż obok tek­stu widać było sporą ciemną plamę i wysta­jący kawa­łek papieru: toa­le­to­wego albo ręcz­nika kuchen­nego. Męż­czy­zna miał wąską twarz, bli­sko osa­dzone oczy, ostro zary­so­wany nos i wąziut­kie, tro­chę krzywe usta. Ubra­nie skła­dało się z lekko ubło­co­nej roz­pię­tej kurtki zamszo­wej, golfa i czar­nych dżin­sów; te ostat­nie nosiły ślady cho­dze­nia na czwo­raka po dwo­rze. Brudne brą­zowe buciory, jeden z roz­wią­za­nym sznu­ro­wa­dłem. Kal­lin wes­tchnął tak ciężko, że na sekundę stra­cił oddech.

-?A więc?

-?Zna­leź­li­śmy go przed komi­sa­ria­tem -?powie­dział Jönsson, chyba że był to Smo­len­ski. -?Mówi, że zamor­do­wał swoją żonę.

-?Więc pomy­śle­li­śmy -?cią­gnął Smo­len­ski, a może Jönsson -?że można go tu przy­pro­wa­dzić.

Znaj­do­wali się wszy­scy w pokoju Kal­lina, a zaraz dołą­czył rów­nież asy­stent Wik­ner, który miał oczy do patrze­nia i uszy do poru­sza­nia nimi. Przy­wle­czony pija­nica jęczał, leżąc na pod­ło­dze, Jönsson i Smo­len­ski z czap­kami w rękach prze­stę­po­wali nie­pew­nie z nogi na nogę. Komi­sarz Kal­lin już się pod­no­sił z biu­ro­wego fotela, gotów, choć nie­chęt­nie, prze­jąć sprawę. Jeśli ten pijak rze­czy­wi­ście zamor­do­wał żonę, to sprawa pod­lega Wydzia­łowi Kry­mi­nal­nemu. Nie ma zatem wąt­pli­wo­ści, kto powi­nien tu dowo­dzić.

-?Zna­ko­mi­cie -?stwier­dził. -?Może­cie odma­sze­ro­wać!

Jönsson i Smo­len­ski odma­sze­ro­wali. Asy­sten­towi Wik­ne­rowi, mimo nie­po­kaź­nej wagi, udało się pod­cią­gnąć deli­kwenta i posa­dzić na krze­sło i po paru chwi­lach oka­zało się, że ten wcale nie jest tak pijany, jak się począt­kowo zda­wało.

W żad­nym razie nie był trzeźwy, jed­nak stan jego roz­stroju był raczej spo­wo­do­wany jakąś traumą. Na przy­kład taką, że wła­śnie zamor­do­wał żonę.

-?Nazwi­sko? -?zadał ruty­nowe pyta­nie Kal­lin.

-?Harry Krona. Musi­cie poje­chać do mnie i zająć się nią.

-?Kim? -?spy­tał Kal­lin.

-?Moją żoną. Zabi­łem ją.

-?Jeśli nie żyje, to nie ma pośpie­chu. Jak się nazywa żona?

-?Na imię ma Mar­lene...

-?Mar­lene Krona?

-?Nie... na nazwi­sko ma Hor­wath.

-?Horvat?

-?Przez "w", na końcu "h".

Kal­lin wbił spoj­rze­nie w asy­stenta.

-?Notu­jesz?

-?Oczy­wi­ście -?odparł asy­stent Wik­ner, się­ga­jąc po notes i dłu­go­pis.

-?Adres? -?kon­ty­nu­ował Kal­lin.

-?Lärkvägen 10. Musi­cie tam jechać. Zamknij­cie mnie, ja już nie mam siły.

-?Na pewno zosta­nie pan zamknięty, ale w swoim cza­sie. Jak pan to zro­bił?

-?Co?

-?W jaki spo­sób zabił pan żonę?

-?Udu­si­łem ją gołymi rękami.

Pod­niósł do góry ręce, żeby w ten pro­sty i jasny spo­sób zilu­stro­wać swoje słowa. Kal­lin odno­to­wał, że widy­wał czyst­sze dło­nie.

-?A dla­czego? -?spy­tał. Naj­le­piej od razu wstęp­nie usta­lić motyw.

-?Bo mnie pierw­sza ude­rzyła. Wieżą Eif­fla.

Hm, pomy­ślał Kal­lin. To nie­zwy­kłe, nawet wyjąt­kowe.

-?Kopią -?cią­gnął Harry Krona, pod warun­kiem że było to jego praw­dziwe imię i nazwi­sko. -?Kupiła ją w Paryżu, na długo zanim się pozna­li­śmy. Jest z żelaza albo oło­wiu, nie wiem... taki suwe­nir.

-?Tak przy­pusz­cza­łem, że raczej nie cho­dzi o ory­gi­nał -?przy­znał Kal­lin. -?Czyli przy­wa­liła panu, tak?

Krona ścią­gnął ostroż­nie czapkę i fak­tycz­nie był tam dal­szy ciąg wysta­ją­cego papierka. W rze­czy samej wyglą­dało to na więk­szą część rolki papieru toa­le­to­wego, która przy­kle­iła mu się do wło­sów.

-?Krew -?wyja­śnił. -?Krwa­wiło to jak cho­lera.

Kal­lin spró­bo­wał sobie wyobra­zić to wszystko. Żona wymie­rza mężowi cios Wieżą Eif­fla, po czym ten ją dusi. Cóż, dla­czego nie?, pomy­ślał. Czło­wiek jest nie­zba­dany.

-?Dla­czego? -?spy­tał.

Jed­nak rze­komy zabójca nie odpo­wie­dział.

-?Musimy tyle gadać? -?spy­tał. -?Nie może­cie mnie po pro­stu zamknąć i poje­chać na miej­sce, żeby się prze­ko­nać? Zosta­wi­łem miesz­ka­nie otwarte.

Teraz jest pra­wie pozbie­rany. W ogóle nie przy­po­mina szma­cia­nej lalki, jak jesz­cze przed chwilą. Wpraw­dzie na­dal jest brudny, jakby tarzał się w parku pod­czas desz­czu, ale już bez tych ner­wów na wierz­chu. Kal­lin zasta­na­wiał się przez kilka sekund.

-?Olrajt -?rzekł, zwra­ca­jąc się do gorącz­kowo notu­ją­cego kolegi. - Wik­ner, zała­twisz radio­wóz i dwóch ludzi. Ja dzwo­nię do Asu­nan­dera.

Wik­ner przy­tak­nął. Kal­lin obser­wo­wał Kronę z wiel­kim znu­że­niem. Przy­pusz­czał, że oto ma przed sobą kolej­nego pry­mi­tywa, któ­remu nie prze­szka­dza to roz­czu­la­nie się nad sobą. Uko­ro­no­wa­nie dzieła boskiego stwo­rze­nia... w dodatku Krona... kurwa.

-?A pan z nami.

Lärkvägen 10 znaj­do­wała się w wil­lo­wym rejo­nie Prästgärdet. Dom wyglą­dał tak samo jak pra­wie wszyst­kie pozo­stałe w tym sąsiedz­twie. Par­te­rowy, fasada z jasno­sza­rych paneli, może dwu­dzie­sto­letni, przed nim traw­nik z kil­koma czę­ściowo bez­list­nymi krze­wami od ulicy. Niski pło­tek dopa­so­wany kolo­rem do domu. Cztery okna na ulicę, w dwóch znaj­du­ją­cych się na prawo od wej­ścia paliło się blade świa­tło.

Kie­rowca poli­cyj­nego busa, nazwi­skiem Jägerbrandt albo jakoś w tym stylu, zatrzy­mał się przed wjaz­dem na pose­sję. Kal­lin kazał mu zostać w aucie, żeby w razie potrzeby wezwać posiłki. On sam, asy­stent Wik­ner, Krona i poste­run­kowy piesz­czo­tli­wie zwany Hul­kiem wysie­dli. Krona na wszelki wypa­dek spięty kaj­dan­kami z Hul­kiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki