1
Zachodni Götaland, lata sześćdziesiąte
Słońce stoi na niebie skośnie do pól. Jest środek sierpnia, dojrzała
pszenica o słomkowej barwie nie została jeszcze zebrana. Przypuszczalnie
nastąpi to w najbliższych dniach, ale rolnikowi wlazło coś w krzyż; nie
pierwszy raz, bo jest stary.
Oparci o kamienny murek na granicy pola siedzą dwaj chłopcy, jeden ma
piętnaście lat, drugi właśnie skończył dwanaście. Obaj to właściwie
miastowe dzieciaki, które późnym popołudniem wybrały się rowerami na
wieś. Jest ku temu konkretny powód, potrzeba cichej powagi, o którą
trudno pośród miejskiej zabudowy. Ten powód jest znany jedynie starszemu
chłopcu, młodszy zdaje sobie tylko sprawę z podniosłości chwili. Na
razie.
Podczas ich spotkań często tak jest, ma być coś tajemniczego, jakieś
migotanie w brzuchu, bo wtedy jest ciekawiej. Nieraz o tym rozmawiali.
To ten starszy zna słowa jak migotanie i on uczy młodego wszystkiego,
co warto wiedzieć.
Jest władczy i prawie dorosły mimo młodego wieku.
-?Zobacz -?mówi właśnie i pokazuje coś, co wygląda jak mała siekiera. I rzeczywiście jest siekierką niewiele dłuższą od szkolnej linijki. -?Ona
jest z Włoch.
-?Tak? -?odpowiada młodszy i rozumie, że właśnie teraz dochodzą do sedna
sprawy. Do powodu, dla którego przyjechali na tę wiochę i teraz są
spoceni od pedałowania na rowerze i świecącego im w twarz ukośnego
słońca.
-?Albo może z Japonii.
-?Z Japonii?
-?Posłuchaj. We Włoszech to się nazywa mafia. A w Japonii -?yakuza.
-?Mafia i jakussa?
Powtarza cicho te słowa. Rozumie, że są ważne.
Piętnastolatek przytakuje z powagą i waży siekierkę w ręce.
-?Oni mają swoje sposoby znakowania członków.
Dwunastolatek przełyka ślinę. Robi mu się nieprzyjemnie.
-?Mam na myśli my. Powiedziałem oni, ale myślałem o nas. Ty i ja
będziemy mieli własne oznakowanie.
-?Tak?
-?Na całe życie i na zawsze.
-?Całe życie...?
-?I na zawsze.
-?Na zawsze.
-?Właśnie. To jest jak przy zmieszaniu krwi. No wiesz, w braterstwie
krwi. Chociaż jeszcze mocniejsze. Jesteśmy przyrodnimi braćmi. No to od
teraz będziemy jak rodzeni bracia. Na całe życie i na zawsze.
Młodszy z chłopców patrzy na pole. Wolałby zakraść się i schować w zbożu. Albo być kłosem pszenicy. Stać w tym coraz niższym słońcu i kołysać się w otoczeniu kolegów-kłosów. Dziwna myśl, chłopiec nie
potrafi powstrzymać się i chichocze.
-?Chichoczesz?
-?Nie.
-?Zachichotałeś.
-?Nie, wpadło mi tylko coś do nosa.
Przecież wie, co będzie. Kilka lat temu jego brat przyrodni przyciął
sobie w drzwiach mały palec u dłoni. Coś się potem stało, może
zakażenie, bo musiał pojechać do szpitala, gdzie mu kawałek odcięli.
Jakieś pięć centymetrów. I właśnie o to chodzi tego popołudnia. Młody
sam nie wie, jak udało mu się to zrozumieć, ale nieważne. Czasem rozumie
się nawet wtedy, gdy nie wie się, skąd wzięło się to zrozumienie.
Bo posiadanie obciętego palca jest czymś szczególnym. I to bardzo.
Człowiek staje się inny od wszystkich. Lepszy. A teraz w dodatku
dowiedział się, dlaczego tak jest. Mafia i jakussa, tak to się nazywa?
Nie chce pytać, żeby nie naruszyć ani tajemnicy, ani powagi chwili.
-?Dwaj bracia przyrodni staną się braćmi rodzonymi. Czy tak?
Chłopiec kiwa głową. Jasne, to zrozumiałe dla każdego.
-?Nic nas nie rozdzieli. Krew jest ze wszystkiego najsilniejsza. My,
bracia krwi, jesteśmy najsilniejszymi wojownikami na świecie. Nic nas
nie pokona. To jest przymierze. Wchodzisz w to?
Chłopiec znów kiwa głową. No pewnie, że wchodzi.
Pewnie, że w to wchodzi. Przymierze najsilniejszych na świecie. Gdy
teraz układa dłoń na płaskim kamieniu murku w taki sposób, żeby odstawał
mały palec, jest to dla niego wielki honor. Zostaje przyjęty. Brat
przyrodni unosi siekierkę i każe mu zamknąć oczy.
Chłopiec mdleje z bólu, a po oprzytomnieniu dostaje opatrunek z flaka do
kiełbasy i taśmy izolacyjnej. Były przygotowane wcześniej.
A odcięty krwawy kawałek palca leży w pudełku od zapałek. Zakopują je
pod murkiem, po zewnętrznej stronie. To ważna chwila. Kiedy chłopiec
unosi swój zaopatrzony palec prosto pod niebo, to prawie wcale go nie
boli.
2
Notatki Asunandera. Visby, maj 2025
Od czegoś trzeba zacząć.
Najbardziej chciałbym zacząć od stwierdzenia, że jestem starszym panem,
który stał się niewypłacalny, ale tylko dlatego, że podoba mi się to
sformułowanie. Jest na to francuskie wyrażenie, które brzmi jeszcze
lepiej, chociaż w tym momencie nie mogę go sobie przypomnieć, tym
bardziej zaś, jak się to pisze.
W rzeczy samej jestem starym zreumatyzowanym gliniarzem, od dawna
emerytowanym, a od dość niedawna potrzebującym wózka inwalidzkiego. I nie jestem niewypłacalny: mieszkam w zadbanym domu seniora w otoczonym
murami mieście Visby na najpiękniejszej z wysp. Mogę przez okno patrzeć
na morze na zachodzie, skąd przypływają promy, a potem wracają na stały
ląd. Latem zdarza się też jeden czy drugi wycieczkowiec przemierzający
cały świat i najróżniejsze inne jednostki pływające, ale nigdy nie udaję
się na deptak w porcie, żeby im się bliżej przyjrzeć. Albo wciągnąć w stare nozdrza nieco morskiego powietrza. Za to czasem siadam przy
otwartym oknie, żeby posłuchać dochodzących stamtąd odgłosów ludzkich -
miłych i niemiłych. Albo na którymś z tarasów. I to mi wystarcza.
Kiedy mówię, że potrzebuję wózka inwalidzkiego, nie znaczy to, że jestem
do niego przykuty, nie do końca. Nadal mogę się przemieszczać, robiąc do
dwudziestu czy trzydziestu kroków -?nawet więcej, kiedy ćwiczę
wieczorami -?co jest praktyczne, bo mogę wstać z łóżka i dostać się do
toalety o własnych siłach. I jeszcze przemieścić się na wózek inwalidzki
albo fotel bez konieczności wzywania kogoś z personelu. Mogło być
gorzej.
I pewnie będzie. Wszedłem w siedemdziesiąty ósmy rok życia, co oznacza,
że na moim oddziale jestem prawie najmłodszy. Jest nas razem ośmioro,
czterech mężczyzn i cztery kobiety. Chociaż pewnie lepiej będzie
powiedzieć: czterech dziadów i cztery baby, to a propos różnych wyrażeń.
Młodszej ode mnie kobiecie na imię Roseanna, imię zarówno piękne, jak i odpowiednie, na przykład kojarzy się z jednym z najbardziej poczytnych
kryminałów w tym kraju. Roseanna zjawiła się tutaj pół roku temu, po tym
jak stara Signe, wdowa po mistrzu kominiarskim, rzuciła ręcznik tuż
przed ukończeniem setki.
Nadobna Roseanna przekroczyła siedemdziesiątkę o zaledwie trzy lata i mamy ze sobą nieco wspólnego; na przykład to, że zapisuje moje słowa.
Mój reumatyzm sprawił, że nie radzę sobie z klawiaturą, ale jak złapię w garść pióro, to tkwi w niej tak długo, aż ktoś je wyciągnie, najlepiej
ja sam (zębami -?implantami, bo prawdziwe zostały mi wybite podczas
służby mnóstwo lat temu). Mój charakter pisma jest wręcz pożałowania
godny, ale Roseanna jest dawną nauczycielką i umie przetłumaczyć nawet
najgorsze hieroglify na zrozumiałą szwedczyznę. Jestem wdzięczny za jej
istnienie. Mocno mnie natchnęła chęcią do życia i bez niej ten projekt
nie ujrzałby światła dziennego. Może i tak nie spełni moich oczekiwań,
ale przynajmniej go zapoczątkowaliśmy.
Chodzi o tę przeklętą dawną historię morderstwa -?czy cokolwiek to było
-?ale również o to, co się pojawiło tej wiosny, wiele lat później.
Pozwolę sobie twierdzić, że okoliczności są dziwne, upływ czasu zagęścił
się w sposób dość nieprzyjemny i podejmuję tę rzecz nie bez pewnego
niepokoju.
Jak było w piosence -?coś jednak trzeba robić, czekając na śmierć.
A więc nazywam się Albin Asunander, a moje dorosłe życie można ująć
jednym słowem: policjant. W 1970 roku zacząłem od patrolowania ulic w Göteborgu, a w 2012 skończyłem jako szef wydziału kryminalnego w Kymlinge. Czterdzieści dwa lata działania na zapleczu społeczeństwa, ale
nie żałuję wyboru zawodu. Nigdy nie byłem wesołkiem, tylko raczej
samotnikiem, już w latach liceum w Halmstad nazywano mnie Wilkiem
Stepowym, a ktoś taki czuje się najlepiej tam, gdzie jest trochę ponuro.
Na szefa pewnie też nadaje się lepiej ten, kto nie jest zbyt pogodny i ochoczy do współpracy. Przynajmniej tak było przy wykonywaniu przeze
mnie różnych zadań. Przez przeszło trzydzieści z ponad czterdziestu lat
służby sprawowałem różne stanowiska kierownicze, a ostatnie najdłużej -
bo więcej niż dwie dekady -?w mieście w zachodniej Szwecji, które już
wymieniłem.
Nigdy nie byłem żonaty, ale mam córkę, Julię, która przyszła na świat
dzięki dość szczególnym okolicznościom w związku z wymianą sportową z klubem w ówczesnej NRD pod koniec lat sześćdziesiątych. O istnieniu
Julii dowiedziałem się znacznie później, gdy była już dorosła i sama
miała córkę, ale dało mi to wiele radości. Zostanie ojcem, kiedy właśnie
ma się przejść na emeryturę, może być bardzo silnym, wręcz
oszałamiającym przeżyciem.
Wydaje się, że dwudziestoletnia córka Julii, Jenny, moja jedyna wnuczka,
odgrywa pewną rolę w historii, którą zamierzam opowiedzieć. Przynajmniej
w sensie czysto geograficznym; to dziwna rzecz, której wagi nie potrafię
ocenić w chwili, gdy to piszę, ale o tym w swoim czasie.
-?To się nazywa pauvres honteux -?mówi Roseanna, gdy w wigilię
Wniebowstąpienia Pańskiego wypijamy u mnie po kieliszku porto. -?To
francuskie wyrażenie, którego sobie nie mogłeś przypomnieć.
Kiedy jednak zapisuję jej uwagę, nie chce jej uwzględnić przy
przepisywaniu tekstu na czysto. Trochę się o to kłócimy, ona podkreśla,
że chce być jedynie ghostwriterką, bez uczestnictwa w mojej opowieści i po wymianie argumentów za i przeciw przyjmuję jej punkt widzenia. W każdym razie respektuję. W zasadzie. Bo oczywiście może powstać taka
sytuacja, w której zajdzie potrzeba rozszerzenia jej roli. Uzgadniamy,
że będę pomijał jej prawdziwe imię i nazwisko, natomiast nazwę ją panną
Watson, gdy jej udział w tej historii wyda się niezbędny.
Dość tych piruetów. A teraz do rzeczy.
Jesień 1996, mój szósty rok pracy w policji w Kymlinge. Chcę tu opisać i spróbować rozwikłać dziwne wydarzenia z owego czasu. Być może będzie to
próba daremna, ale to jak melodia życia. Fail and fail again, do czego
wzywa nas Irlandczyk. W marcu tamtego roku wybito mi zęby kijem
baseballowym; wcześniej miałem zwyczaj, żeby mimo zajmowanej pozycji
szefa od czasu do czasu wziąć udział w pracy operacyjnej w terenie, ale
po tym nieszczęśliwym incydencie w zasadzie wycofałem się z policyjnego
frontu. Wszystko ma swój czas, zresztą miałem wkrótce skończyć
pięćdziesiąt lat.
Sprawa Marlene, tak ją wkrótce nazwano w mediach i nie tylko, któraś z gazet nazwała ją nawet Sprawą Błękitnego Anioła; zorientowali się, że
głównej postaci nadano to imię, bo jej ojciec czy też dziadek był
zagorzałym wielbicielem Marlene Dietrich. Ojciec nazwiskiem Horwath był
Austriakiem, który osiadł w naszym kraju na początku lat
pięćdziesiątych. Cholera wie, dlaczego zapamiętałem te nieistotne
szczegóły, ale w moim wieku pamięć i niepamięć funkcjonują jak kłótliwe
rodzeństwo, w którym nigdy nie ma zgody. Pochodzenie Marlene mogło mieć
większe znaczenie dla tego, co się wydarzyło, niż wtedy myśleliśmy;
właśnie tak to zazwyczaj wygląda w skomplikowanych sprawach, bo klucz do
dzisiejszych i przyszłych zagadek zagrzebany jest w tym, co się
wydarzyło wcześniej.
Ale mi się udało sformułowanie. Napiszę jeszcze o tym horwathskim
pochodzeniu.
Jako zamężna po raz trzeci nasza anielica wciąż nosiła nazwisko Horwath,
nigdy go nie zmieniała. W pewnym sensie, ale pomniejszonym, wykazywała
pewne podobieństwo do sławnej poprzedniczki, przynajmniej niektórzy
chcieli ją tak wspominać. Na pewno nie była żadną femme fatale, jak
tamta wielka gwiazda filmowa, jednak była kobietą, która podobała się
mężczyznom. Gdy stało się, co się stało -?ewentualnie nie stało się -
mieszkała ze swoim ówczesnym mężem, niejakim Harrym Kroną, w willi na
Prästgärdet na wschodnim skraju Kymlinge. Małżeństwo było tak samo
bezdzietne jak jej dwa poprzednie. Skończyła trzydzieści siedem, a może
trzydzieści osiem lat i pracowała jako fryzjerka -?zarówno damska, jak i męska -?w salonie Zardzewiałe Nożyczki przy Małym Rynku w Kymlinge.
Przypomniało mi się, że tamtej jesieni nasza obsada kadrowa
przedstawiała się dość kiepsko.
Barbarotti był na jakimś kursie w Wiesbaden, a Backman rodziła. Komisarz
Kallin rozpoczął ostatni rok służby i wydawał się bardziej znużony niż
kiedykolwiek, wprawdzie sprawny i kompetentny, ale zmagający się z nadwagą i uzależnieniem alkoholowym. Mieliśmy dwa czasowe zastępstwa z Göteborga, niejakiego inspektora St?hle, który niestety okazał się
powolniejszy w myśleniu od misia koala, i dziwnego jegomościa, którego
właściwie nie zdążyłem poznać, nazwiskiem Adamsnouk. Wydaje mi się, że
Kallin wykopał go z roboty po dwóch tygodniach, na pewno nie bez powodu.
Poza tym nasz wydział kryminalny składał się z inspektorów Borgsena i Toivonena, obaj staranni i bardzo pracowici, ale do Nobla by raczej nie
mogli kandydować. Owszem, miałem również garść asystentów, przypomina mi
się zwłaszcza obiecująca młoda kobieta Lena Vargas, która z czasem
zrobiła niezłą karierę w szeregach policji.
I to tyle, zresztą nie chcę w żadnym razie zwalać naszego niepowodzenia
na braki kadrowe. Zrobiliśmy tyle, ile można było się po nas spodziewać,
a gdy po jakimś miesiącu otrzymaliśmy jeszcze posiłki z głównej komendy
policji, to żaden z przysłanych nam speców nie posunął sprawy do przodu
nawet o centymetr. Mimo że tkwili tu przez zarówno Boże Narodzenie, jak
i Nowy Rok. Po pół roku cała ta historia była tak samo niezrozumiała jak
pierwszego dnia. A jeszcze bardziej niezrozumiała prawie trzydzieści lat
później.
Siedzę czy też półleżę w łóżku i piszę, podparty trzema poduszkami, i zaczynam odczuwać ból tu i tam. Przede wszystkim w najpaskudniejszym
miejscu w okolicy mego niewymienionego jeszcze stawu biodrowego. Być
może nigdy nie będzie odpowiedniego momentu na sprawienie sobie nowego
stawu; przez te lata, które mi zostały, lepiej będzie brać środki
przeciwbólowe, niż raz jeszcze kłaść się pod nóż. Jest godzina piąta, za
półtorej godziny kolacja. Już zdecydowałem, że zjadę na dół i zjem w jadalni; jest wtedy okazja spotkać się z całą zamieszkałą tu zgrają, nie
tylko moimi siedmioma najbliższymi kompanami z oddziału numer dwa.
Ogółem jest tu przeszło trzydzieścioro staruszków, jedno bardziej
zgrzybiałe od drugiego, jednak są też osoby w dobrym stanie umysłowym, z którymi da się wymieniać myślami. Na przykład były wydawca Gallberg,
który nie tylko jest wykształcony, ale jeszcze namiętnie gra w szachy.
Rozegraliśmy kilka partii i nie udało mi się uzyskać lepszego wyniku niż
remis. Inną osobą, z którą czasem zamieniam kilka słów, jest jedna z pierwszych pastorek w Szwecji, Margot Ekbladh, niestety ostatnio bardzo
jej się pogorszyło i zapewne tęskni już do królestwa niebieskiego,
którego ideę próbowała sprzedawać przez całe swoje życie.
Jednak dziś wieczorem skieruję wzrok nie na wydawcę ani pastorkę, tylko
na pewną osobę, która może być częścią tutejszego personelu, chyba że
jednak nie. Nie bardzo wiem, jak uzyskać potwierdzenie moich podejrzeń,
a jeśli jest tak, jak mi się wydaje, to jestem niemal skłonny dołączyć
do światopoglądu pani Ekbladh.
Ktoś tu kieruje i ktoś chce uzyskać spokój w grobie, jak być może
wyraziłby się H-K Rönblom1. Ale dosyć na dziś, potrzebuję
drzemki. Niech aniołowie ukołyszą mnie do snu.
3
Harry Krona. Bor?s, grudzień 1979
Pewnego razu, gdy jeszcze myślał, że nigdy nie zazna miłości fizycznej,
a nawet nie zobaczy nagiej żywej kobiety, Harry'emu Kronie przydarzyła
się rzecz, o której potem latami miał śnić w niespokojne noce nasycone
pożądaniem.
Było to parę tygodni przed Bożym Narodzeniem 1979. Harry miał wtedy
dwadzieścia trzy lata i pracował jako stolarz w niedużej firmie
budowlanej w Bor?s, gdzie się nie urodził, ale częściowo wychował.
Jeśli komuś nie wychodzi w mieście z największą nadwyżką kobiet w całym
kraju, to jest albo pedałem, albo idiotą. Po raz pierwszy usłyszał to
powiedzenie jeszcze w liceum i nie mógł wyrzucić go z głowy. Miał
pewność, że nie jest pedałem, trudniej było mu rozstrzygnąć, czy jest
idiotą.
W każdym razie był człowiekiem osobnym i z tym się pogodził. Miał
niewielu przyjaciół i wciąż mieszkał z mamą i młodszą siostrą Lizą aż do
ostatniego lata, gdy mama zniecierpliwiła się, że Harry nie może
wydorośleć, i załatwiła mu kawalerkę w Brämhult. Adres sam w sobie
praktyczny, od pracy dzieliło go pięć minut jazdy rowerem, w dodatku
miał niewielki balkon od zachodu, gdzie wieczorami mógł posiedzieć,
popalając papierosy i popijając piwo. Przynajmniej aż do nadejścia
jesiennych deszczy, kiedy musiał poprzestać na szybkim papierosie,
prawie odmrażając sobie tyłek. Matka mu zapowiedziała, żeby pod żadnym
pozorem nie palił w mieszkaniu, bo straciłoby na wartości, i musiał się
jej słuchać, ponieważ to ona była właścicielką.
Gdybym miał skłonność do depresji, to na pewno bym w nią popadł, myślał
wtedy. Zapobiegł temu tajemniczy trik, wprawdzie od dawna go nie
stosował na serio, wiedział jednak, że wcześniej czy później znajdzie on
zastosowanie, i to decydujące.
Drzwi ku czemuś innemu, ale również sposób, którego nie wolno nadużywać,
bo wtedy utraci swą moc.
Więcej o tym w swoim czasie. A zatem był grudzień, konkretnie zaś piątek
wieczorem. Z braku prawdziwych przyjaciół Harry zaczął się czasem
zadawać z młodszym kuzynem ze strony ojca, imieniem Dick. Chłopak miał
nie więcej niż siedemnaście lat i podobnie jak Harry'emu było mu trudno
odnaleźć się w życiu. Dzięki przewadze wieku starszy kuzyn był wzorem
dla młodszego. Harry miał pracę, samochód i mieszkanie, mógł robić
zakupy w monopolowym i częstował zarówno piwem, jak i papierosami, kiedy
Dick go odwiedzał. Na razie utrzymywali tę przyjaźń w pewnym sekrecie,
zwłaszcza przed rodzicami Dicka, którym nie podobało się, że syn wraca
do domu późno, zalatując alkoholem i dymem. Nie byliby zadowoleni, gdyby
się wydało, że przesiadywał u krewniaka, przyjmując niezdrowe używki.
Dick zwykle tłumaczył im, że był w grupie kolegów, różnych, i na razie
to białe kłamstwo musiało jakoś wystarczyć.
Harry'emu podobało się, że kuzyn go podziwia. Nikt inny nie podziwiał,
wręcz przeciwnie. Zawsze był pomiatany, w domu przez matkę i siostrę,
również w szkole; koledzy w pracy może nie odnosili się do niego źle,
jednak nikt nie zwracał na niego uwagi. Nie pytali, jak się ma, jakie ma
plany na weekend, nie wciągali do rozmowy o piłce nożnej, dziewczynach i różnych takich.
Przyzwyczaił się, bo co mu innego pozostało? Na skali od jednego do
dziesięciu jestem dwójką, myślał sobie. Bojaźliwi faceci nie całują się
z ładnymi dziewczynami. Jest, jak jest, ale może będę miał asa w rękawie.
Po trzech, czterech piwach z Dickiem i jakichś dwóch papierosach do
każdego piwa robiło się całkiem sympatyczne. Zwłaszcza jeśli był
piątkowy wieczór i nie musieli myśleć o jutrze. Pijmy za ten ściek
zwany życiem, mawiał, gdy już mu zaczynały błyszczeć oczy, a Dick się
wtedy uśmiechał albo nawet się śmiał; za pierwszym razem Harry pomyślał
nawet, że nigdy mu się to dotąd nie przydarzyło. Jeszcze nigdy nikogo
nie rozśmieszył, co jest po prostu okropne, więc zrobiło mu się
przyjemnie i miło na sercu, gdy Dick zaczął rechotać.
Do tego jeszcze postanawiali wtedy, że mają w nosie zakaz palenia w mieszkaniu. Przecież to się da wywietrzyć, zresztą matka i tak nigdy nie
przychodziła tu, żeby sprawdzić. Jednakże nie umiał sobie odpowiedzieć,
dlaczego w inne wieczory konsekwentnie palił tylko na balkonie, marznąc
w tyłek. Pewnie miało to jakiś związek z sumieniem i tchórzostwem,
zresztą w dni powszednie nie wypijał piw w liczbie niezbędnej do
nabrania odwagi. Wszystko jedno. W pamiętny wieczór, o którym teraz
mowa, obaj zdążyli już wypić po trzy puszki piwa i napoczęli czwartą,
gdy Dick nagle wyjął papierosa z ust, wykrzykując:
-?Co to było?
-?Co? -?zdziwił się Harry. -?Co takiego?
-?Nie słyszałeś?
Harry zgasił telewizor z policyjnym serialem, w którym i tak już dawno
zgubili wątek.
-?Nie, o co ci, kurde, chodzi?
Zanim Dick zdążył odpowiedzieć, znów dał się słyszeć jęk.
Jakby skowyt zwierzątka, które gdzieś utknęło, albo jęk zużytych
zawiasów w drzwiach. Jednak żaden z nich nie kupował tego wyjaśnienia i gdy zaraz po następnym jęku usłyszeli huk i gruby męski głos, który
najwyraźniej przeklinał w jakimś obcym języku, to już nie mieli
wątpliwości.
Wszystko to dobiegało z sąsiedniego mieszkania.
-?To Ponuras -?powiedział Harry. -?Bije żonę.
Dick kiwnął głową i zgasił papierosa. Nie znali prawdziwego imienia i nazwiska sąsiada, ale że był gruby i ponury, gdy Harry się na niego
natykał, to pozostali przy tym określeniu.
-?Ojej, niedobrze -?powiedział Dick. -?Trzeba coś zrobić.
Nie jest jasne, czy Harry nie chciał zawieść wielkiego zaufania, jakie w nim pokładał kuzyn, czy była to siła oddziaływania alkoholu.
Prawdopodobnie jedno i drugie; w każdym razie nagle Harry stał się
człowiekiem czynu. Wypił porządny łyk, zgniótł puszkę, choć nie została
opróżniona do końca, i wygrzebał się z fotela obitego sztuczną skórą.
Chwilę stał, chwiejąc się lekko na zdrętwiałych nogach, by wreszcie
wypluć z siebie rozkaz:
-?Wchodzimy tam! Ależ z niego kotlet wieprzowy!
-?Weź coś ze sobą, żeby mu przyłożyć -?odparł Dick, chichocząc nerwowo.
-?No jasne -?prychnął Harry. -?Idziesz ze mną!
I tak się stało.
Harry szedł pierwszy, Dick dwa kroki za nim. Po wyjściu na klatkę
schodową -?przywódca uzbrojony w żeliwną łyżkę do butów, a uczeń
nieuzbrojony -?usłyszeli kolejne huki, jęki i przekleństwa zza
uchylonych drzwi do sąsiada. Zanim go w swe szpony zdążyło chwycić
wahanie, Harry grzmotnął w drzwi, otwierając je na oścież, i ryknął:
-?Policja! Freeze!
Musiał zaczerpnąć to z serialu, który właśnie przestali oglądać, choć
sam sobie tego nie uświadamiał. Tak czy inaczej, poskutkowało. Ponuras,
ubrany jedynie w imponujące zwały tłuszczu i szare workowate kalesony,
znieruchomiał na środku salonu z otwartą gębą i wytrzeszczonymi oczami.
Za nim, szlochając, leżała częściowo pod szklanym stolikiem jego
małżonka, imię nieważne. Ubrana jedynie w biustonosz i koronkowe majtki,
obydwie te sztuki odzieży znacznie elegantsze od gatek jej męża. Na
stoliku stały dwie napełnione do połowy szklanki z jakąś brązową
zawartością i leżał duży kot w kolorze makreli. Oprócz tego torebka
czipsów i dwie blaszane miski, z których jedna zawierała chyba kocią
karmę, a druga była pełna po brzegi niedopałków. W pokoju unosiła się
niczym mgła ostra woń będąca mieszaniną różnych mocno podejrzanych
składników.
Harry zarejestrował to wszystko w czasie krótszym od sekundy, wiele lat
później wciąż potrafił przywołać cały obraz, jakby to była fotografia,
tak samo jak fakt, że sutek jednej, prawej piersi żony Ponurasa wyjrzał
znad brzegu jej biustonosza.
Zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć słowo, Harry podszedł i ciężką
żeliwną łyżką do butów przyłożył w łeb tłustemu sąsiadowi. Ten padł jak
powalony wół, a kot opuścił pokój.
Małżonka zerwała się na nogi i poprawiła sobie biustonosz. Na jednym oku
miała wielką śliwę, ze skaleczonej dolnej wargi leciała jej krew. Mimo
tych niedoskonałości dokuśtykała do Harry'ego i rzuciła mu się na szyję.
Przycisnęła potężne piersi do jego chudziutkiego torsu i zabełkotała mu
do ucha:
-?Uwielbiam facetów z ikrą.
4
Bałtyk, Visby, maj 2025
Gunnar Barbarotti siedział na promie płynącym na Gotlandię. Słońce
świeciło nad spokojnym morzem, był koniec maja, a Barbarotti cieszył
się, że ma przed sobą tydzień wolnego. Właściwie to nawet dziewięć dni.
Za niespełna miesiąc przyjdzie po raz ostatni do pracy w policji w Kymlinge i rozpocznie życie emeryta. Myśl co najmniej oszałamiająca.
W dodatku miał wraz z Evą Backman przeprowadzić się na wyspę na stałe. I to było jeszcze bardziej oszałamiające.
Prawie czterdzieści lat jako gliniarz. Przynajmniej nie zostałem
zastrzelony na służbie, pomyślał. Zawsze coś. Eva też nie.
Wolnego!, pomyślał zaraz. Jeszcze nie jesteśmy na mecie. Człowiek
strzela, Pan Bóg kule nosi.
Po czym zasnął, a trzy minuty później został obudzony właśnie przez Evę
Backman, partnerkę w pracy i w życiu, która przyniosła z kafeterii tacę
z artykułami pierwszej potrzeby.
-?Dzień dobry, komisarzu -?powitała go.
-?Miło, że pytasz -?odparł nieprzytomnie.
-?O nic nie pytałam.
-?Wycofuję to. Dawaj tę kawę -?powiedział.
Uśmiechnęła się.
-?Jesteś przeuroczy. Dlaczego nie prowadzisz własnego talk-show w telewizji?
-?Prawda, że to niezrozumiałe. To jak się nazywa ta dziennikarka?
-?Axelryd. Jenny Axelryd.
-?I mamy się z nią spotkać w Brödboden, tak?
-?Ty masz się spotkać, nie ja. Ale owszem, Brödboden przy Södertorg.
Powodzenia. To miło, że się interesują naszym przyjazdem, prawda?
-?Pierwszy krok w stronę mojego talk-show -?odparł Barbarotti. -?Tyle że
tu jest chyba słabo z newsami, dopóki nie ma turystów.
-?A my nie jesteśmy turystami?
-?Jeśli już, to tylko przez ten tydzień. Kiedy przyjedziemy następnym
razem, będziemy już prawdziwymi Gotlandczykami.
-?Możesz to sobie wmawiać -?skomentowała Eva Backman, otwierając swoją
książkę. -?Ja słyszałam, że trzeba sześciu pokoleń.
Jenny Axelryd była już na miejscu i wypatrzyła stolik na zapleczu
Brödboden. Na trawniku tuż przy murze, co Barbarotti od razu uznał za
doskonały wybór, może nie tyle na przeprowadzenie wywiadu, ale na pewno
żeby przysiąść tu z filiżanką kawy i książką, mając za plecami ten mur,
opierający się zębowi czasu od tysiąca lat, czy jakoś tak.
-?Ile lat liczy ten mur? -?spytał.
Jenny Axelryd zaśmiała się. Wyglądała na trzydziestkę i Barbarotti
zgadywał, że urodziła się raczej w sztokholmskiej dzielnicy Söder niż tu
na wyspie.
-?Nie mam pojęcia -?przyznała. -?Wygooglujemy?
-?Nie, nieważne. Zamiast tego proszę mi powiedzieć, skąd pomysł, żeby
robić ze mną wywiad. Szczerze mówiąc, nie jestem przyzwyczajony do
takich rzeczy.
-?Zamierza pan tu osiąść, to chyba wystarczający powód?
-?Pewnie już się zdarzało, że ktoś się tu przeprowadza na Gotlandię.
Zresztą skąd pani o tym wie?
-?A nie jest pan policjantem?
Znów się zaśmiała, a Barbarotti pomyślał, że łatwo polubić młode
kobiety, które się śmieją.
-?Jeszcze tylko miesiąc. A więc kto jest pani informatorem?
-?Powinien pan wiedzieć, że reportera nie wolno pytać o jego źródła.
-?Skoro pani tak mówi -?odparł. -?Tak czy inaczej, poczułem się dzięki
pani bardzo ważny. Jednak zapewniam, że nie przybywam jako wysłannik
Säpo2, po prostu przechodzę na emeryturę. Moja kariera w policji
kryminalnej dobiega końca.
-?Jednak zamierza pan kontynuować walkę z przestępczością? Tu na wyspie?
-?Co? Skąd się pani to wzięło?
Kobieta upiła łyk swojej latte i spojrzała figlarnie. Naprawdę... słowo
figlarnie było tu zdecydowanie na miejscu.
-?Znów pan węszy za moim źródłem, co?
Barbarotti podrapał się w głowę.
-?Przepraszam. Ale jeśli powiem, że nie mam zamiaru kontynuować ścigania
łobuzów, to co pani na to?
Reporterka Axelryd odchyliła się na krześle i przez chwilę pogryzała
żółty ołówek. Barbarottiemu wydało się, że rozpoznaje model z jego
czasów szkolnych, czyli sprzed stu lat.
-?Biuro detektywistyczne F?rösund -?powiedziała.
O Boże, pomyślał emerytowany niebawem komisarz kryminalny. Tamten nagły,
idiotyczny pomysł. Komu... komu ja o tym wspomniałem?
Dobre pytanie. Evie, rzecz jasna, ale ona by przecież nie...?
Lindhagen? No tak, z inspektorem Lindhagenem mógł o tym gadać przy
piwie, ale żeby kolega miał pójść do prasy z takim idiotyzmem... czy to
możliwe?
Z drugiej strony Lindhagen był stąd, więc dla dziennikarki zwrócenie się
do takiego źródła było pewnie rzeczą naturalną.
-?Widzę, że to się chyba zgadza -?zaśmiała się znów Jenny Axelryd. -?Ale
może nie chce pan rozmawiać na ten temat, dopóki nie stanie się faktem?
-?Hm -?mruknął Barbarotti i wymijająco odgryzł spory kawałek cynamonowej
drożdżówki.
Reporterka ugryzła znacznie mniejszy kęs migdałowego ciastka.
-?Gotlandzka policja na pewno by to doceniła -?ciągnęła, podążając wciąż
tą samą ścieżką. -?Był pan już w kontakcie z nimi?
-?Skądże znowu -?odparł Barbarotti, który już przeżuł i postanowił
przyjąć przychylniejszą postawę. -?Prywatny detektyw woli pracować poza
zasięgiem radaru, na tym polega zasadnicza różnica, dzięki której czasem
udaje mu się rozwiązywać problemy tam, gdzie zwyczajna policja zawiodła.
-?Wygląda na to, że już pan tego spróbował?
-?Na to pytanie muszę odpowiedzieć: pas -?rzekł Barbarotti, przywołując
porozumiewawczy uśmiech.
-?Rozumiem. To może już pan pracuje nad jakąś tutejszą sprawą? Na
przykład na północy wyspy?
Barbarotti pokręcił głową.
-?Zamierzam zacząć od porządnego urlopu. A potem zobaczymy. Zresztą nie
przeprowadzimy się tutaj przed świętem midsommar.
-?Tak, wiem. I towarzyszy panu żona? Która również jest funkcjonariuszką
policji kryminalnej. Czy ona będzie...?
-?Obiecałem jej, że nie będę o niej rozmawiać w tym wywiadzie -?przerwał
Barbarotti. -?No właśnie, od jak dawna mieszka pani na wyspie?
-?Piąty rok -?odpowiedziała Jenny Axelryd. -?Mam męża Gotlandczyka i zamierzam zostać tu pochowana.
-?W pani przypadku pewnie nastąpi to dopiero za dziewięćdziesiąt lat.
Ale podzielam pani stanowisko... chociaż będę miał mniej czasu przed sobą.
Ponoć jest tu sporo przyjemnych cmentarzy... Na przykład Hellvi, zna go
pani?
-?Mieszkam w Hellvi.
-?Aha? To chyba rozumiem.
-?Co pan rozumie?
-?Kim jest pani źródło. Hellvi i Rute to przecież parafie sąsiedzkie.
Mówi pani coś nazwisko Lindhagen?
W tym momencie reporterka Axelryd wybuchła głośnym śmiechem.
-?Wydaje mi się, że odniesie pan sukces jako prywatny detektyw. Przecież
to ja miałam dowiedzieć się różnych rzeczy o panu, a nie odwrotnie.
-?Trafiło się ślepej kurze... -?zauważył skromnie Barbarotti.
5
Harry Krona. Kymlinge, lipiec 1995
Uwielbiam facetów z ikrą.
Oto słowa do delektowania się w ponure dni. W pewnym sensie go
prześladowały i ukierunkowały, chociaż musiało minąć trochę czasu, zanim
to zrozumiał -?że jedno prowadzi do drugiego i wszystko, co się dzieje,
ma jakiś sens.
Nie, nie wszystko, ale niektóre rzeczy tak. To, że wydarzenie w mieszkaniu sąsiadów nie miało żadnego dalszego ciągu (państwo
Ponurasostwo wyprowadzili się następnej wiosny), postrzegał jednak jako
dowód, że w całym tym dziwnym epizodzie chodziło o coś... tak, o coś
wyższego. Coś, co dotyczyło jego życia, co było nauką, którą należało
wyciągnąć i jej nie zaprzepaścić; gdyby był choćby w najmniejszym
stopniu religijny, to w tym grudniowym wieczorze z Dickiem, sąsiadami,
łyżką do butów i sutkiem ujrzałby jakiś znak. A nawet więcej. Subtelne
wskazówki ze strony wyższych sił, w których rękach najwidoczniej
spoczywał, przelewając się, jego dość oszczędnie zarysowany los, wszakże
wyposażony w kręgosłup o istotnym znaczeniu. Choć znaczenie wcale nie
musi być czymś pozytywnym.
Wyrażając to określeniami, które gubił zaraz po tym, jak je pomyślał. Z drugiej strony nieźle mu szło, gdy chodziło o słowa, w każdym razie o te, które tylko pomyślał; nauczyciel szwedzkiego w ostatnich klasach
podstawówki powiedział mu nawet, że ma żyłkę do poezji.
O kurde, pomyślał wówczas, jednakże ten nauczyciel był dziwakiem znanym
z tego, że potrafił smęcić jak nie przymierzając ksiądz.
Tak czy inaczej. To, co potem nazwał w myślach Minutą bladej śmierci -
wyrażenie, które zapewne padło z ust tegoż nauczyciela-dziwaka -
wydarzyło się więcej niż dekadę po incydencie z Ponurasami, i nie dało
się zepchnąć w niepamięć. Niestarannie, zatem źle schowane. Później, ale
zanim było po wszystkim pomyślał, że lepiej byłoby to nazwać Półroczem
bladej śmierci. Tak, zdecydowanie.
W każdym razie: pewnego lipcowego wieczoru nastąpił dalszy ciąg
roztropnych słów pani Ponurasowej na temat męskich atutów. Chyba że
chodziło o tylko jeden atut? Harry zdążył skończyć trzydzieści
dziewięć lat i choć wiele okoliczności się zmieniło -?nowe mieszkanie,
inne miasto, wyższe czoło, nowy używany samochód, usunięte dwa zęby
mądrości i występy w amatorskim teatrze (w dwóch sztukach, tylko tyle) -
to wiele zostało po staremu. Nadal był singlem, nadal pracował jako
stolarz, w weekendy popijał piwo i inne trunki, miał niewielu kolegów i palił papierosy Prince. Przez kilka miesięcy, a było to związane z przeprowadzką z Bor?s do Kymlinge, próbował przejść na Lucky Strike, ale
potem wrócił do poprzedniej zaufanej marki.
W minionych latach udało mu się odbyć stosunki z dwiema kobietami, z każdą po razie. Pierwszą była bezimienna żółtowłosa dziwka w Amsterdamie, druga miała na imię Monica, była dziesięć lat od niego
starsza i prowadziła księgowość firmy budowlanej, w której pracował w pierwszych latach po przeprowadzce do Kymlinge. Oboje uczestnicy tej
drugiej sytuacji byli pijani jak bele.
Po tych erotycznych eskapadach czuł lekkie obrzydzenie i wstyd, który
jednak z wolna osłabł i zamienił się w mroczną, bardzo mroczną tęsknotę.
Onanizował się regularnie, mniej więcej raz w tygodniu, i był, ogólnie
rzecz biorąc, nie tak bardzo niezadowolony z życia. Oglądał sport w telewizji, grał w totolotka i obstawiał gonitwy kłusaków. Od czasu do
czasu spotykał się z Sunem, byłym kolegą z pracy, młodszym o kilka lat
dość kiepskim stolarzem. Samotnym jak księżyc na niebie, nieśmiałym jak
panienka i niepewnym. Dość podobnym do kuzyna Dicka z dawnych czasów, z którym Harry już nie miał żadnego kontaktu. I dobrze, bo w latach
osiemdziesiątych Dick kompletnie się wykoleił i wylądował w więzieniu.
Nawet nie raz.
A więc do rzeczy. Był wieczór, ciepły i obiecujący. Ostatni piątek
trzytygodniowego urlopu, gdy Harry, jak nigdy, usiadł sobie w ogródku
restauracyjnym Tunnbindargillet. Właściwie miał mu towarzyszyć Sune, ale
kolega zadzwonił po południu i powiedział, że ma zapalenie ucha.
Zapalenie ucha?, zdziwił się Harry. To chyba coś takiego, co w przedszkolu łapią zasmarkane dzieci? W dodatku zimą. Jednakże Sune był
wątłego zdrowia, nie licząc innych niedostatków, i po zakończeniu
rozmowy i chwili wahania Harry postanowił, że tak czy tak kopnie się do
Gillet, jak nazywano restaurację, żeby coś zjeść i wypić parę piw. Żyje
się tylko raz, a żołądek trzeba napełnić.
W ów wieczór, jak się okazało, nie tylko podawano dania i napoje, ale
również grała kapela. Około wpół do dziewiątej, gdy Harry już dostał na
swój stolik zamówioną kawę i lampkę koniaku, na estradkę pod wielkim
kasztanem wkroczył czteroosobowy zespół: basista, pianista, gitarzysta i perkusista. Chłopcy nazwali się P?läggskalvarna fr?n Örkelljunga -
Obiecujące Talenty z Örkelljunga -?a grali jazz i swing, w dodatku
rewelacyjnie. Przygotowany na wieczór parkiet do tańca został szybko
zapełniony przez kiwających się, twistujących i podskakujących ludzi,
rozweselonych i lekko podpitych, oczarowanych letnim wieczorem.
Harry siedział wciąż przy swoim stoliku. Tupiąc do rytmu, zamówił
kolejne piwo. Wkrótce wpadł w doskonały humor i postanowił, że też
spróbuje szczęścia na parkiecie. Nawet nie trzeba było zapraszać do
tańca, wystarczyło wbić się w tłum, a potem podrygiwać i obracać się
wedle swoich umiejętności.
Szczęście sprzyja odważnym, nie minęło wiele czasu, jak poczuł się
sparowany z ciemnowłosą, ładną kobietą w jego wieku. Przytrzymywała go
spojrzeniem, wijąc się lekko i podrygując w tym samym rytmie co on. O kurde, pomyślał Harry, to dopiero jest życie.
Po kilku szybkich piosenkach przyszła pora na pościelówę a wtedy nie
wahając się, chwycił tę swoją kobietę i przygarnął, a ona była nie od
tego, więc przylgnęli do siebie ciałami. W środku ciżby tańczyli lekko i pewnie, jakby robili to tysiące razy, a gdy piosenka właśnie się
kończyła, przycisnęła się do niego jeszcze mocniej, szepcząc mu do ucha:
-?Uwielbiam facetów z ikrą.
Gdyby był trzeźwy, to pewnie by zemdlał. Albo zwiał. Na szczęście było
oczywiste, że to inna kobieta niż poprzednim razem, a on był idealnie
pijany.
A więc ustał na nogach i spytał ją o imię.
-?Marlene -?odpowiedziała. -?Mam na imię Marlene.
-?Jestem Felix -?odparł Harry.
Kilka godzin później odbył swój trzeci stosunek w życiu. Po znanym mu
wcześniej poczuciu wstydu i obrzydzenia nie było śladu.
6
Kymlinge, jesień 1996
Padało. Był poniedziałkowy poranek. Wczesny. Umęczony blady świt.
Komisarz Kallin obrócił ciężkie ciało w łóżku i w tym momencie zapragnął
leżeć w pokoju hotelowym w jakimś innym miejscu na świecie. Anonimowo i uwolniony od wszelkiej odpowiedzialności. Za jakieś pół godziny po
lekkim pukaniu do drzwi przez kobietę o oliwkowej karnacji zjawiłoby się
na tacy śniadanie. Obfite, ale bez przesady. Dzbanek kawy, dwa jajka.
Cztery tosty. Ser, plasterki kiełbasy i dżem. Jogurt i szklanka soku.
Poświęciłby na to godzinę, a potem by ponownie zasnął. Może po południu
zrobiłby spacer plażą.
Piękne myśli. Niestety pozbawione sensu, ponieważ zupełnie się nie
pokrywały z rzeczywistością.
A rzeczywistość przypominała bardziej... no właśnie, co? Musiał się chwilę
zastanowić. Może puste, wyjedzone przez szczury pudełko po pizzy, które
przeleżało całą noc na deszczu, a w końcu zostało obsikane przez
pijanego neonazistę.
Skąd mu się to bierze? Bez wątpienia trafna obserwacja, chociaż
kompletnie nieprzydatna. Spojrzał na swój pękaty budzik, to cud, że
wciąż chodzi, chociaż tyle razy był ciskany o podłogę.
Wpół do ósmej. Kallin wstał, poszedł do toalety i odlał się, jak to
mówią.
Wrócił do sypialni i wzdrygnął się na widok swego łóżka, które
przedstawiało żałosny widok. Zastanawiał się przez chwilę, kiedy
ostatnio zmieniał pościel, ale nie umiał sobie na to odpowiedzieć.
Pewnie ze trzy tygodnie temu. Co najmniej.
W każdym razie nie jestem bezdomny, pomyślał. Wciąż mam pracę i jestem
szanowanym obywatelem. Ludzie nawet pojęcia nie mają.
Chociaż pewnie mają. Albo się domyślają. Jednak do emerytury zostało mu
mniej niż rok, więc dawali mu spokój. Takie to pewnie było proste. Ale
jak już minie ten kamień milowy, to będzie pić, ile zechce, i pościel
zmieniać raz na rok.
Albo zamieszka w hotelu w Hiszpanii. W przyjemnym rytmie i w przyjemnej
aurze zapije się na śmierć, nie będąc dla nikogo ciężarem. A jak będzie
miał ochotę, to pójdzie na korridę. Spojrzał przez okno w kuchni. Kurde,
ale pada.
Zainspirowany potokami deszczu poszedł pod prysznic i postanowił, że
również w ten poniedziałek pójdzie do pracy.
Dzień był kompletnie nieudany, a jego ukoronowaniem był wieczorny dyżur.
Policja schwytała poszukiwanego złodzieja, który zgodnie z regulaminem
miał zostać przejęty przez komisarza Kallina, ale z niejasnych powodów
nie pojawił się, łobuz jeden.
Tamten dzień i data dwudziesty ósmy października stały się tak pamiętne
z całkiem innego powodu. By nie powiedzieć zdecydowanie innego, w każdym
razie Kallin nie przypominał sobie niczego podobnego, a przecież mógł
przywołać najróżniejsze doświadczenia z czterdziestu lat służby.
Zaczęło się tuż przed jedenastą w nocy. Zrezygnowany Kallin czekał na
złodzieja, w wydziale kryminalnym wraz z asystentem Wiknerem. Każdy z nich siedział w swoim pokoju, ale pozostając w kontakcie wzrokowym przez
szklaną ścianę. Wikner był rudawy i ważył pewnie z sześćdziesiąt pięć
kilo, a Kallin dwa razy tyle. Nie żeby miało to jakieś znaczenie, ale
przyszło mu na myśl. Może z braku innego tematu do rozważań. Wprawdzie
miał na biurku sporą kupkę akt ze spraw, które jeszcze nie zostały
umorzone, ale żadna z nich nie była jakoś pilniejsza od innych.
A więc -?jak później zapisano w protokole -?około 22.52 weszło dwóch
młokosów z patrolu o nazwiskach Jönsson i Smolenski, wlokąc mężczyznę w średnim wieku, który, jak się wydawało, znajdował się w stanie
kompletnego rozstroju.
W każdym razie taka była pierwsza ocena, która przyszła do głowy
komisarzowi Kallinowi. Przecież ten flejtuchowaty pijanica jest w stanie kompletnego rozstroju! Po co ci idioci go tu przywlekli? Do
cholery, dawać go na dołek dla pijaków!
Przywleczony gość miał na głowie brudną żółtą czapeczkę z zielonym
napisem nad daszkiem głoszącym, że najlepszym miastem jest Motala. Po
lewej stronie tuż obok tekstu widać było sporą ciemną plamę i wystający
kawałek papieru: toaletowego albo ręcznika kuchennego. Mężczyzna miał
wąską twarz, blisko osadzone oczy, ostro zarysowany nos i wąziutkie,
trochę krzywe usta. Ubranie składało się z lekko ubłoconej rozpiętej
kurtki zamszowej, golfa i czarnych dżinsów; te ostatnie nosiły ślady
chodzenia na czworaka po dworze. Brudne brązowe buciory, jeden z rozwiązanym sznurowadłem. Kallin westchnął tak ciężko, że na sekundę
stracił oddech.
-?A więc?
-?Znaleźliśmy go przed komisariatem -?powiedział Jönsson, chyba że był
to Smolenski. -?Mówi, że zamordował swoją żonę.
-?Więc pomyśleliśmy -?ciągnął Smolenski, a może Jönsson -?że można go tu
przyprowadzić.
Znajdowali się wszyscy w pokoju Kallina, a zaraz dołączył również
asystent Wikner, który miał oczy do patrzenia i uszy do poruszania nimi.
Przywleczony pijanica jęczał, leżąc na podłodze, Jönsson i Smolenski z czapkami w rękach przestępowali niepewnie z nogi na nogę. Komisarz
Kallin już się podnosił z biurowego fotela, gotów, choć niechętnie,
przejąć sprawę. Jeśli ten pijak rzeczywiście zamordował żonę, to sprawa
podlega Wydziałowi Kryminalnemu. Nie ma zatem wątpliwości, kto powinien
tu dowodzić.
-?Znakomicie -?stwierdził. -?Możecie odmaszerować!
Jönsson i Smolenski odmaszerowali. Asystentowi Wiknerowi, mimo
niepokaźnej wagi, udało się podciągnąć delikwenta i posadzić na krzesło
i po paru chwilach okazało się, że ten wcale nie jest tak pijany, jak
się początkowo zdawało.
W żadnym razie nie był trzeźwy, jednak stan jego rozstroju był raczej
spowodowany jakąś traumą. Na przykład taką, że właśnie zamordował żonę.
-?Nazwisko? -?zadał rutynowe pytanie Kallin.
-?Harry Krona. Musicie pojechać do mnie i zająć się nią.
-?Kim? -?spytał Kallin.
-?Moją żoną. Zabiłem ją.
-?Jeśli nie żyje, to nie ma pośpiechu. Jak się nazywa żona?
-?Na imię ma Marlene...
-?Marlene Krona?
-?Nie... na nazwisko ma Horwath.
-?Horvat?
-?Przez "w", na końcu "h".
Kallin wbił spojrzenie w asystenta.
-?Notujesz?
-?Oczywiście -?odparł asystent Wikner, sięgając po notes i długopis.
-?Adres? -?kontynuował Kallin.
-?Lärkvägen 10. Musicie tam jechać. Zamknijcie mnie, ja już nie mam
siły.
-?Na pewno zostanie pan zamknięty, ale w swoim czasie. Jak pan to
zrobił?
-?Co?
-?W jaki sposób zabił pan żonę?
-?Udusiłem ją gołymi rękami.
Podniósł do góry ręce, żeby w ten prosty i jasny sposób zilustrować
swoje słowa. Kallin odnotował, że widywał czystsze dłonie.
-?A dlaczego? -?spytał. Najlepiej od razu wstępnie ustalić motyw.
-?Bo mnie pierwsza uderzyła. Wieżą Eiffla.
Hm, pomyślał Kallin. To niezwykłe, nawet wyjątkowe.
-?Kopią -?ciągnął Harry Krona, pod warunkiem że było to jego prawdziwe
imię i nazwisko. -?Kupiła ją w Paryżu, na długo zanim się poznaliśmy.
Jest z żelaza albo ołowiu, nie wiem... taki suwenir.
-?Tak przypuszczałem, że raczej nie chodzi o oryginał -?przyznał Kallin.
-?Czyli przywaliła panu, tak?
Krona ściągnął ostrożnie czapkę i faktycznie był tam dalszy ciąg
wystającego papierka. W rzeczy samej wyglądało to na większą część rolki
papieru toaletowego, która przykleiła mu się do włosów.
-?Krew -?wyjaśnił. -?Krwawiło to jak cholera.
Kallin spróbował sobie wyobrazić to wszystko. Żona wymierza mężowi cios
Wieżą Eiffla, po czym ten ją dusi. Cóż, dlaczego nie?, pomyślał.
Człowiek jest niezbadany.
-?Dlaczego? -?spytał.
Jednak rzekomy zabójca nie odpowiedział.
-?Musimy tyle gadać? -?spytał. -?Nie możecie mnie po prostu zamknąć i pojechać na miejsce, żeby się przekonać? Zostawiłem mieszkanie otwarte.
Teraz jest prawie pozbierany. W ogóle nie przypomina szmacianej lalki,
jak jeszcze przed chwilą. Wprawdzie nadal jest brudny, jakby tarzał się
w parku podczas deszczu, ale już bez tych nerwów na wierzchu. Kallin
zastanawiał się przez kilka sekund.
-?Olrajt -?rzekł, zwracając się do gorączkowo notującego kolegi. -
Wikner, załatwisz radiowóz i dwóch ludzi. Ja dzwonię do Asunandera.
Wikner przytaknął. Kallin obserwował Kronę z wielkim znużeniem.
Przypuszczał, że oto ma przed sobą kolejnego prymitywa, któremu nie
przeszkadza to rozczulanie się nad sobą. Ukoronowanie dzieła boskiego
stworzenia... w dodatku Krona... kurwa.
-?A pan z nami.
Lärkvägen 10 znajdowała się w willowym rejonie Prästgärdet. Dom wyglądał
tak samo jak prawie wszystkie pozostałe w tym sąsiedztwie. Parterowy,
fasada z jasnoszarych paneli, może dwudziestoletni, przed nim trawnik z kilkoma częściowo bezlistnymi krzewami od ulicy. Niski płotek dopasowany
kolorem do domu. Cztery okna na ulicę, w dwóch znajdujących się na prawo
od wejścia paliło się blade światło.
Kierowca policyjnego busa, nazwiskiem Jägerbrandt albo jakoś w tym
stylu, zatrzymał się przed wjazdem na posesję. Kallin kazał mu zostać w aucie, żeby w razie potrzeby wezwać posiłki. On sam, asystent Wikner,
Krona i posterunkowy pieszczotliwie zwany Hulkiem wysiedli. Krona na
wszelki wypadek spięty kajdankami z Hulkiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki