ROZDZIAŁ 1
KOLT I AWANS W OPARACH SPLINU
Trzy tygodnie temu zaszło we mnie słońce.
Ciemność opanowała moje wnętrze jak szaleńczy rój mrówek oblepiający cząstkę mango, która niezamierzenie zatopiła się w piasku. Każda moja żyła, każda jama i każda przestrzeń międzykomórkowa tonęła w czerni nieregularnie drgających, wypełnionych żrącym kwasem odwłoków.
Jeśli uśmiechy, to wymuszone. Jeśli filmy, to dobijające. Piosenki - melancholijne. Rozmowy - tylko konieczne. Wszystko w potężnej kontrze do nad wyraz pogodnej wrześniowej aury. Czas leczy rany, twierdzą naiwni, choć, trzeba im oddać, wyrwa po eksplozji serca przestała już dymić, a temperatura tlących się zgliszcz spadła.
Zaprosiłem na spacer Michaela McDonalda, który po godzinach przygrywał w The Doobie Brothers. Wepchnąłem czarne słuchawki głęboko w uszy i nonszalancko włożyłem ręce do kieszeni. Muzyka stała się paliwem, prądem. Moje ciało bujało się na boki, a ja rozglądałem się wokoło i wchłaniałem wieczorną atmosferę Oliwy łapiącej oddech po chaotycznym dniu. Zupełnie jak ja.
Zmierzałem w kierunku najwyższego budynku w okolicy. Przypominająca monstrualną łódź i podświetlona od dołu Hala Olivia zdawała się płynąć w moją stronę. W pewnym momencie pośród szklanych biur pojawił się wiatr, który musnął moją skórę chłodem. Spojrzałem na swoją koszulę z lyocellu - samotny tukan wpatrywał się w słońce, które zachodziło akurat na drugiej pole. Pomyślałem wtedy, po raz pierwszy od wielu miesięcy, że lato bezpowrotnie przemija, a ciepło ustępuje miejsca lodowi.
Uniosłem głowę i zerknąłem na rozświetlone szyby najwyższego piętra wieżowca. Przystanąłem na chwilę i zastanowiłem się, czy na pewno chcę tam dotrzeć. Zawsze mogłem skręcić w kierunku Bałtyku, od którego dzielił mnie półgodzinny spacer. Morze nie pyta, morze jest. Po chwili ruszyłem. Bez przekonania.
McDonald skończył śpiewać o problemach z pamięcią.
Dotknąłem lewej słuchawki i poprosiłem go, żeby zrobił to jeszcze raz. Tylko dla mnie.
Zgodził się.
I keep forgettin' we're not in love anymore
I keep forgettin' things will never be the same again
I keep forgettin' how you made that so clear
I keep forgettin'[1]
Zawiesiłem wzrok na niebie. Dźwięki zapełnionej klientami restauracji przycichły, ale tylko wewnątrz mojej głowy. Pozwoliłem oczom błądzić, a sercu się uspokoić.
Róż. Do tego plejada nieregularnych granatowych obłoków. Kosmiczne zjawisko, które było ciekawsze od tego, co przede mną. W tle lekkie pianino i jazzowa melodia, snująca się po sali niczym rzadka mgła.
Młody kelner, nieświadomy, że właśnie łapię chwilę, stanął między mną a kolejnym stolikiem i przesłonił mi widok na okno. Pomięta koszula i błyszczące spodnie wyrwały mnie z zamyślenia.
Wziąłem spokojny oddech i spojrzałem na swoich współtowarzyszy - dwoje zakochanych i trzymających się za ręce zdrajców oraz zdezorientowanego łysawego starca. Oto moja rzeczywistość.
Witek głośno przełknął ślinę i uniósł dłoń, w której trzymał lampkę szampana.
- Za nowy początek - powiedział z entuzjazmem.
Matylda lekko ścisnęła usta.
- Żeby praca nam się układała. I współpraca też. - Skinęła głową w moją stronę, po czym niepewnie zerknęła na Adama.
Adam zmarszczył nos i poprawił prostokątne okulary.
- Mam coś wymyślić? - Zawahał się. - W takim razie... Chwytliwych tematów i otwartych rozmówców. Rozgłosu!
Niespiesznie podniosłem smukły kieliszek do połowy wypełniony wodą.
- Za więcej spokoju, choć w gruncie rzeczy chaos to nasz sprzymierzeniec i chlebodawca - dodałem, czując, że powinienem.
Cztery kieliszki zawisły w powietrzu. Brzdęk szkła.
Zabawiłem się w jasnowidza i spróbowałem odczytać myśli kompanów. Oni wierzyli w to, że wróciliśmy do normalności po ostatniej przygodzie z niepoczytalnym właścicielem fabryki zabawek. "Provocatio znów w starym składzie! Silne jak nigdy i gotowe do kolejnych dziennikarskich śledztw. Razem możemy więcej". Zemdliło mnie od tych niewypowiedzianych frazesów. Zmusiłem się do uśmiechu i wypiłem wodę. Jednym haustem.
Kolacja integracyjna na trzydziestym drugim piętrze wieżowca w sercu Oliwy brzmiała jak dobra okazja, by przypieczętować naszą jedność, wyjaśnić nieporozumienia i odpuścić. Zacementować dziury w sercach. Zapomnieć o pracy i o miłości i po prostu się zabawić. Taki był plan Witka, mojego podstarzałego szefa z wielkim sercem i jeszcze większymi ubytkami trychologicznymi. Tylko że te pozory - teatralne uprzejmości, puste słowa, eleganckie ubrania i umiarkowanie drogi szampan, były niczym. To tak, jakby chcieć pozbierać drobinki szkła z rozbitej szyby skasowanego samochodu z nadzieją, że da się je jeszcze posklejać. Nie da się.
Nagłe olśnienie.
"Jesteś profesjonalistą, Kolt", pomyślałem. "Potraktuj wszystko i wszystkich z dystansem. Prywatne sprawy zostaw za progiem biura. To twoi współpracownicy, nie przyjaciele. Matylda wybrała innego, pogódź się z tym".
Mimowolnie sobie przytaknąłem. I znów się uśmiechnąłem. Tym razem szczerze. I postanowiłem - od teraz będę miły. Nad wyraz miły.
Matylda i Adam poszli przypudrować noski, a Witek zaciągnął mnie do baru i kazał usiąść na złotym hokerze.
- Wódka? - zapytał. - Walniesz sobie?
Pokręciłem głową.
- Chcę być trzeźwy. Ostatnio nie ciągnie mnie do alkoholu. - Wskazałem ręką na menu drinków. - Ty zaszalej. Spróbuj czegoś innego niż czysta czysta - zaproponowałem.
Witek zmrużył oczy i zbliżył menu do twarzy, próbując je rozczytać.
- Pozwól. - Zwróciłem się do kelnera: - Wódka z peppermintem raz.
- Dzięki. - Szef odłożył menu na blat baru.
- Zanim przejdziesz do meritum, czymkolwiek ono jest, zwrócę jedynie uwagę, że facet na jedenastej za twoimi plecami gapił się na nas, gdy wspólnie siedzieliśmy przy stole. Obstawiam, że ktoś z nas wpadł mu w oko. - Ścisnąłem Witka za ramię. - Kędzierzawa siwa broda, zielonkawa kamizelka z pojemnymi kieszeniami, świecące czoło, pełne czerwone usta... Bardzo całuśne.
Szef złapał dłonią za bar. Zaczął się obracać na krześle, aby spojrzeć na mężczyznę, którego przed sekundą opisałem. Zatrzymałem Witka w miejscu.
- Opanuj żądze! - rzuciłem półgłosem. - Zrobiłoby się niezręcznie, gdybyśmy obaj patrzyli na niego w tym samym czasie. Mógłby pomyśleć, że coś do niego czujemy albo że mamy na niego chrapkę...
Witek westchnął ciężko i schował twarz w dłoniach. Gdy po kilku sekundach ją odsłonił, oczy miał przymknięte, a jego palce momentalnie wylądowały na skroniach, energicznie je masując.
- Kolt, pierdolety na bok - odezwał się po chwili. - Chciałbym poruszyć pewien drażliwy temat. Na poważnie. - Odchrząknął.
Wsparłem stopy na podnóżku hokera i spiąłem mięśnie, przygotowując się na nadciągający wykład.
- Wiem, za kogo mnie masz... Nie jestem w ciemię bity - zaczął. - Myślisz: to ten stary patafian, który lata temu pożegnał się z rozumem. Denerwujące nawyki i emeryckie plany. - Wyprostował palec wskazujący i uniósł go. - Nie zaprzeczaj.
- Nie będę, ale źle to odbierasz. Nigdy nie chciałem...
- Posłuchaj, daj mi skończyć. - Przerwał mi. - Nieważne, co o mnie sądzisz. Nie interesuje mnie to, dopóki zgrywasz dobrego pracownika i nie zakładasz mi śmietnika na łeb. Widzę natomiast, jak traktujesz Matyldę i Adama.
W mojej głowie zapaliła się lampka - niewielka, ledwie przypominająca diodę, ale jej koloru nie mogłem pomylić z niczym innym. Pulsująca jaskrawa czerwień! Ta rozmowa skręcała w niewłaściwym kierunku.
- Zdaje mi się, że od pewnego czasu chodzisz podkurwiony. Właśnie przez Matyldę - stwierdził Witek. - Nie jestem detektywem, ale swoje wiem. - Rozejrzał się konspiracyjnie po sali. - Ta panienka wpadła ci w oko - oznajmił, nie pytał.
Fala gorąca. Niewypowiedziane właśnie zostało wypowiedziane. Wódka się rozlała i zapaliła.
Złapałem za hawajską koszulę i przykryłem wizerunek tukana symbolem pomarańczowego słońca.
- Wymyślasz. Między nami nic nie ma. - Splotłem nerwowo ramiona.
- A było - odparł z przekonaniem naczelny.
- Nie było - zaprzeczyłem ponownie.
Witek przejechał dłonią po łysej glacy, odbijającej ciepłe światło niczym plamisty księżyc w pełni.
- Ile ty masz lat, Kolt?
- Skończyłem trzydzieści.
- Naprawdę? Nieźle się trzymasz.
- Trzy lata temu - dopowiedziałem.
- Dałbym ci maksymalnie trzydzieści dwa. Ta broda cię odmładza. Infantylne koszule cię odmładzają. - Szef zmarszczył czoło, a ja zanotowałem w pamięci, by zapytać go kiedyś, w jaki sposób zarost może działać odmładzająco. - W tym wieku powinieneś już wiedzieć: życie oszukasz, ale mnie nie oszukasz. - Nachylił się w moją stronę. - Mam żonę. Od kilkudziesięciu lat tę samą. Wiem coś o kobietach. Znam się na tych sprawach. Widziałem, jak na siebie patrzyliście i jak sobie pomagaliście. Ty i Matylda, rzecz jasna. Nie ty i moja żona.
- Witek... - Odchyliłem tors do tyłu, odsuwając się od szefa i uważając, by nie spaść z krzesła. - Jeśli czujesz, że jestem dla ciebie niemiły, to przepraszam. Postaram się zmienić. A w ramach rekompensaty zapłacę za twojego drinka. Ale...
W tym momencie barman postawił przed Witkiem wąski pokal wypełniony kruszonym lodem i zielonkawym płynem. Z naczynia wystawała papierowa słomka.
Szef sięgnął po szklankę, przyłożył słomkę do ust i upił łyka. Jego policzki się uniosły, prawe oko przymknęło, a górna warga powędrowała w kierunku nosa.
- Ja pierdolę, co to za gówno? Płyn do mycia naczyń? - Spojrzał z obrzydzeniem na pokal i odstawił go na blat. - Piperment? Tak go nazwałeś?
Parsknąłem śmiechem.
- Pij. Ważne, że trzepie - odpowiedziałem. - A co do twoich podejrzeń...
- Faktów, nie podejrzeń.
- Co do twoich spekulacji... Chciałbym, żeby w biurze było miło, a atmosfera stała się swobodna. Nie rozdrapujmy starych ran. Jesteśmy zawodowcami.
- Może porozmawiacie i wyjaśnicie zaszłości? - spytał szef, ostentacyjnie mlaskając i próbując się pozbyć miętowego smaku z języka. - Strasznie ostatnio marudzisz. Ciągle tylko: to nie tak, tamto źle. Ciężko się tego słucha. Ten szajs rozlewa się na nas wszystkich. Zamiast ekscytacji rezygnacja. Coś z ciebie uleciało, Kolt. Nie podoba mi się to. Nie lubię tego.
Potarłem czoło.
- Złamane serce jest okej. - Westchnąłem. - Przejdzie mi.
Witek przeszył mnie drwiącym spojrzeniem.
- Jakie złamane serce? - Ponownie zbliżył twarz do mojej. Dotarł do mnie jego alkoholowy oddech. - Ustalmy, Matylda nic ci nie złamała. Sam się połamałeś. Swoimi urojeniami. Nigdy nie byliście razem.
Zastygłem.
Poczułem, jak moje serce samoistnie próbuje przyspieszyć, a mózg wariacko wysyła sygnały, by zwolniło. A może wcale tego nie czułem, tylko to sobie wyobrażałem. W desperacji uniosłem kąciki ust.
- Pójdę na taras widokowy. Przewietrzę się - powiedziałem. - I dzięki za rozmowę, mój ty samozwańczy psycholu... Psychologu, znaczy się.
Zeskoczyłem z siedziska i ruszyłem w stronę automatycznych drzwi na zewnątrz. Obejrzałem się.
Witek naprędce siorbał swojego drinka, niemiłosiernie wykrzywiając przy tym twarz. Biedaczysko. Chciał dobrze, chciał mnie pocieszyć. A wyszło jak zawsze.
- Uważaj na tego siwuska w zielonej kamizelce - wyszeptałem, przechodząc przez drzwi. - Albo nie uważaj - dodałem po chwili sam do siebie.
Rzędy bloków. Niebo, które zgubiło purpurę. Zieleń drzew. Falowce jak węże. I morze w oddali. Wszystko tonące w coraz gęstszym mroku. Z wysokości stu trzydziestu metrów miasto wydawało się śnięte, choć z pewnością oddychało miarowo.
Wysokie szyby dawały poczucie bezpieczeństwa. Wiatr łopotał materiałem kolorowej koszuli. Włosy szalały. Dłonie miałem mokre, ale tego akurat nie potrafiłem kontrolować. Błądziłem wzrokiem po horyzoncie i myślałem o słowach Witka.
- Nie boisz się? - usłyszałem nagle za plecami.
Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, kto pyta.
Matylda Kotarska.
- Twoja metoda terapii szokowej zadziałała. - Patrzyłem przed siebie. - Nogi z waty to przeszłość.
Z dołu dobiegły do nas dźwięki klaksonów i szum przejeżdżającego pociągu Szybkiej Kolei Miejskiej. Kiedy skład się oddalił, Matylda się odezwała:
- Kolt... Jeśli masz ochotę porozmawiać, daj znać.
Milczałem.
- Chciałabym, żeby było jak wcześniej. Wspólne śledztwa, szaleńcze pogonie za kryminalistami, nocne włamania. Jak sobie o tym przypomnę... - Trąciła mnie ramieniem. - Tęsknię za naszymi przygodami. Luźny wieczór jest dobrą okazją, żeby wyjaśnić sobie...
- Jest dobrze, jak jest - przerwałem jej. - Czasem musi być gorzej, żeby mogło być lepiej. A może wcale nie będzie lepiej. - Skierowałem wzrok na Matyldę, która impulsywnie przygładzała włosy. - I nie myśl sobie, że wszystkie te kryminalne hece to coś normalnego. Przytrafiło się raz, nie przytrafi się więcej. To byłoby absurdalne! Wracamy do nudnego życia.
Matylda rozluźniła mięśnie twarzy, a na jej policzkach ukazały się niewielkie dołki.
- Okej, jak chcesz. Odpuszczam - podsumowała. - Czysta karta. Splin i marazm.
- Sztama. Splin brzmi idealnie.
Za naszymi plecami pojawili się Witek z Adamem. Panowie dyskutowali.
Adam podszedł do Matyldy, złapał ją pewnie za biodra i pocałował w lewy policzek. Beztrosko dotknął jej dłoni. Szepnął coś do ucha.
Drgnąłem. Nie mogłem na to patrzeć. Nie potrafiłem. Zacisnąłem zęby i wypełniłem płuca powietrzem.
- Będę leciał. - Obróciłem się, szukając drogi ucieczki.
- Poczekaj. - Witek gestem dłoni zasugerował, abyśmy się do niego zbliżyli. - Mam dla was ważną wiadomość...
- Odchodzisz? - wypalił Adam.
Szef głośno westchnął.
- Z tego świata? - dokończyłem, zanim naczelny się odezwał. - Złośliwy nowotwór gałek ocznych wdarł ci się do mózgu?
Oczy Matyldy się powiększyły.
- Daj Boże, ale jeszcze nie teraz - stwierdził Witek. - Wyjeżdżam. Obiecałem Stasi ciepłe kraje. Padło na Tunezję z pakietem Ol Ekskjuzmi. Wygrzeję tyłek, najem się na zapas, napiję do oporu, a potem wrócę opalony i szczęśliwy, że przez chwilę nie musiałem słuchać głupot, które wygadujecie. - Zaśmiał się, po czym wskazał na mnie palcem. - Ty, Kolt, przejmujesz dowodzenie. Na tydzień stajesz się naczelnym.
Adam i Matylda wyglądali na zmieszanych, a ich twarze zdradzały lekkie rozczarowanie.
Wzruszyłem obojętnie ramionami.
- Jakieś przywileje? - Uniosłem pytająco brwi. - Benefity?
- Możesz zająć moje biurko. Poczujesz się jak prawdziwy szefunio. W górnej szufladzie leży dobra kawa. Sypana. Ta droższa. Nie krępuj się.
- Kusisz - skwitowałem.
- To nie propozycja. To polecenie. - Witek zwrócił się do Matyldy i Adama. - Dogadacie się?
- Czasem musi być gorzej, żeby mogło być lepiej. - Matylda powtórzyła moje wcześniejsze słowa i uśmiechnęła się do mnie.
- Potrzebujemy więcej wiary i ognia - zakomunikowałem. - Będę najlepszym szefem pod słońcem. Surowy, ale kompetentny. Przystojny, ale znający granice. Wymagający, ale kochany.
Adam przewrócił oczami.
- Poniedziałek, ósma rano zebranie - oznajmiłem. - Operatywka. Przegląd tematów. Zabierzcie notatniki, napoje z kofeiną i dobre humory.
- To będzie koszmar. - Adam nachylił się do Matyldy i celowo szepnął tak doniośle, abyśmy wszyscy usłyszeli jego słowa.
"Nie wiesz, chłopie, co to koszmar", pomyślałem, patrząc na niego przyjaźnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki