PROLOG
- Obudź się - usłyszała nad sobą miękki szept. - Obuuudź.
Głos powoli przenikał do jej świadomości. Opatulał ją jak gęsta mgła.
- Czas wstawać, kochanie.
Na płatku ucha poczuła łaskoczący powiew powietrza. "Jeszcze chwilę", pomyślała, lekko się uśmiechając. "Jeszcze pięć minut, mamo". Odwróciła się na bok, a jej głowa opadła na coś twardego. Twardego i chropowatego. Naciągnęła na siebie kołdrę, czując zimno atakujące jej stopy. Przeciągnęła materiał niżej, odsłaniając ramiona.
- Co jest? - syknęła poirytowana.
Raptownie otworzyła oczy, a jej wzrok trafił na deskę. Surową, nieheblowaną. Jedną z wielu takich desek. Gwałtownie uniosła się i przylgnęła do tylnej ściany. W szopie panowała szarość, a przez szpary przedostawały się wąskie strumienie płowego światła. Wyraźnie słyszała też trelujące ptaki.
"Dnieje", pomyślała, otulając się cienkim burym kocem. Lekko zawilgotniałym, zaczynającym wydzielać stęchły zapach. Starała się na to nie zwracać uwagi. Obrzydzenie, które w niej wzbierało, było znośniejsze niż chłód wżerający się w kości. "Dnieje. Który to już raz?", próbowała zebrać myśli, ale wszystko jej się zlewało. Poranki, dnie i noce. Sny i rzeczywistość. Nadzieja, że to wreszcie się skończy, ze zwątpieniem, że kiedykolwiek jeszcze stąd wyjdzie.
Czy ktoś w ogóle zauważył, że zniknęła? Czy ktoś jej wygląda? Czy ktoś tęskni? Czy ktoś jej szuka? Nie. Nie miała przecież nikogo. Była sama na tym świecie. Sama jak palec, jak to się mówi. Tyle że gdy się nad tym zastanowić, każdy palec ma obstawę, a ona nie miała żadnej. Odkąd pamiętała, była zdana na siebie. Nikt nigdy nie wybudzał jej czułym głosem, który unosił się nad nią niczym łuna. Nikt nie przytulał, gdy było jej źle. Nikt nie ocierał cieknących łez, nie mówił, że kocha. Może gdyby tak było, nie siedziałaby teraz w tym więzieniu. Miałaby normalny dom. Męża, dzieci, stabilną pracę. Bezpieczny świat. Nie latałaby po imprezach, szukając szczęścia, a znajdując jedynie łajno opakowane w błyszczące papierki. Zazwyczaj wiedziała, o co chodziło tym wszystkim mężczyznom, z którymi wracała do domu. Zawsze o to samo. Ale teraz było inaczej.
"Doigrałaś się" - powiedziałaby matka z tym swoim złośliwym uśmieszkiem. "Doigrałaś na cacy".
Justyna pociągnęła nosem i przejechała wzrokiem po pomieszczeniu. Na szczęście było dość duże. Leżąc, mogła swobodnie wyciągnąć nogi i jeszcze zostawał zapas. A do tego mogła wstać. Podźwignęła się więc, poprawiając koc, by nie zsunął się jej z ramion.
Na zesztywniałych nogach zrobiła kilka kroków w bok, wprawiając deski w lekkie drżenie. Kucnęła nad metalowym kubłem i po chwili dało się słyszeć ciurkanie. Na powrót wciągnęła spodnie i zbliżyła się do butelki z wodą, zwisającej z sufitu na sznurku. Zostało jeszcze kilka kropel, które łapczywie wypiła, a potem przysiadła na ziemi obok papierowej torby. Wyciągnęła z niej resztki zawiniętego w szeleszczące aluminium kebabu, które przezornie zostawiła wczoraj, i zaczęła jeść. Naleśnik był suchy, a surówka z mięsem miękkawa, ale i tak smakowało wybornie. "Królewskie śniadanie", pomyślała rozbawiona i natychmiast zachciało jej się płakać. Przełknęła kęs ze łzami.
- Ciiiii - szepnęła sama do siebie. - Już dobrze. Wszystko będzie dobrze, maleńka.
Zamknęła oczy i pogładziła się po policzku.
Uspokajała się tak jeszcze przez jakiś czas. Czule i miękko. Jak kobieta ze snu. Jak projekcja idealnej matki, której nigdy nie miała; takiej, jaką sama kiedyś chciała zostać.
- Moja mała biedna dziewczynka - mówiła. - Moja dziewczynka. Nic się nie martw. Jakoś temu zaradzimy. Wszystko się ułoży, zobaczysz. Wszystko będzie dobrze.
Skinęła głową i zacisnęła usta w nikłym uśmiechu. Otworzyła oczy. Wdech. I wydech. Drżący, uspokajający się powoli.
Gdy zostanie matką, właśnie tak będzie mówić do swoich dzieci. Będzie brała je w ramiona i delikatnie przejeżdżała palcami po ich pleckach. Codziennie będzie im powtarzać, że są wyjątkowe. Piękne, mądre, dobre. Że osiągną w życiu dużo. Że będą miały wszystko, co najlepsze.
Tak właśnie powinno się robić. Tak właśnie będzie postępować. Jak tylko stąd wyjdzie, zupełnie zmieni swoje życie. Koniec z nocnymi wyjściami. Z dyskotekami i kolesiami na jedną noc. Zacznie się szanować. Znajdzie przyzwoitego mężczyznę i założy z nim rodzinę. I będą szczęśliwi. Szczęśliwi jak nikt inny. Będą się cieszyć drobiazgami. Zawsze będą się uśmiechać. Nigdy nie będą się kłócić. Czasami tylko spierać, by po chwili się pogodzić. Co roku będą jeździć na wakacje. Choćby na Kaszuby, do zwykłego ośrodka wczasowego. Nie będą potrzebować wiele. Ot, małego domku nad jeziorem i planszówki, w którą będą mogli zagrać wieczorem. Tylko tyle. I aż tyle.
Nie wiedziała, czemu zajęło jej tak wiele lat, by to zrozumieć. A to takie proste. Całe życie czekała na nie wiadomo co. Na jakiegoś księcia z bajki, który podaruje jej cały świat. A ona przecież nie potrzebuje całego świata. Wystarczyłby jej mały skrawek. Chciałaby tylko stąd wyjść i poczuć, że ma całe życie przed sobą. Chciałaby położyć się w swoim łóżku, poczuć zapach świeżej pościeli, włączyć film i jeść popcorn. I dzielić z kimś ten moment. Z kimś, kto nigdy nie podniesie na nią głosu. Z kimś, kto okaże jej czułość i zawsze będzie miał czas oraz chęć, by przygotować jej kanapkę z serem i pomidorem.
Może zrobi maturę? Przecież nie jest jeszcze za późno. I zacznie się uczyć języków, żeby dzieci nie musiały się jej wstydzić, gdy ktoś z zagranicy zapyta ją nagle o drogę. A może zacznie pomagać innym? Zrobi coś charytatywnie. Coś dla drugiego człowieka, nie tylko dla siebie.
Tyle może od siebie dać.
Ma w sobie przecież tak wiele.
Wszystko zmieni. Wszystko.
Może odnowi kontakt z matką? I postara się jej wybaczyć. Znajdzie w sobie tyle wspaniałomyślności. Na pewno znajdzie w sobie wybaczenie.
"Doigrałaś się" - znów usłyszała w głowie zachrypnięty głos. "Doigrałam się, mamo" - odpowiedziała mu. "Ale teraz będę już mądrzejsza. Już zawsze będę uważać".
"O ile stąd wyjdziesz" - zachrypły głos zaczął rubasznie się śmiać. "Oj, dziecko, dziecko. Zawsze byłaś zbyt sprytna, by być naiwna".
Justyna zacisnęła pięści.
- Przestań! - krzyknęła w przestrzeń. - Nie chcę tego słuchać!
Poderwała się i podeszła do drzwi. Koc wylądował w połowie drogi na ziemi.
- Jest tam ktoś? - zapytała ostrożnie, przezornie rzucając okiem na naniesiony na jedną z desek napis: "Dyscypliny przestrzegasz - przetrwasz". - Halooo? Czy ktoś mnie słyszy?
Przyłożyła ucho do drewnianych drzwi i zaczęła nasłuchiwać.
Cisza. Tylko ptaki coraz odważniej popisujące się swoim śpiewem. I nagle trzask gałązki. Ledwo uchwytny, ale jej serce przyspieszyło na tyle, że miała pewność, że się nie przesłyszała.
- Jest tam kto? - powiedziała głośniej. - Halo? Czy ktoś mnie słyszy?
Zapukała w drzwi, a dudnienie rozniosło się po całym lesie. Przynajmniej takie miała wrażenie.
- Proszę, niech ktoś mnie wypuści! Pomocy! - krzyknęła i zamarła, nasłuchując.
Cisza. Znów przyłożyła ucho do drewnianej powierzchni i wstrzymała oddech.
Znów coś usłyszała. Trzask, a potem narastający szum. Coraz głośniejszy, jakby nadchodziła burza.
Samolot. Zbliżał się, zagłuszając wszystkie potencjalne dźwięki na ziemi. Ciekawe, dokąd leci? Do którego pięknego kraju? W wyobraźni zobaczyła kolorowe koszulki podróżnych i ich uśmiechnięte twarze. Na uszach słuchawki z muzyką, w rękach gazety. Stewardesy roznoszą kawę i przekąski. Małe dzieci popłakują, matki je uspokajają. Ktoś coś do kogoś krzyczy, ktoś częstuje chipsami, ktoś wstaje do toalety, automatycznie podnosząc cały rząd ludzi. Podniecenie, napięcie, oczekiwanie. Nikt nawet nie pomyśli, że tam, w dole, ktoś potrzebuje pomocy. Że może ktoś cierpi. Ktoś błaga, by go usłyszano.
Poczuła, jak wstępuje w nią złość. Zacisnęła pięści. Mięśnie jej żuchwy się napięły. Rzuciła okiem na napis: "Dyscypliny przestrzegasz - przetrwasz". Przez milisekundę się zawahała, po czym szaleńczo zaczęła walić w drzwi.
- Pomocy! Pomocy! Pomocyyyyyy! - krzyczała. - Niech mnie ktoś wypuści! Wypuść mnie! Wypuść!!!
Z całej siły kopnęła w drzwi. Raz i drugi. Zawibrowały, wydając zapętlony łoskot. Cofnęła się i uderzyła w nie bokiem; zawiasy zadrżały, ale skrzydło nie uchyliło się nawet o milimetr.
- Kurwaaaaaaaaa! - Znów uderzała i kopała z całych sił.
Zrobiło się naprawdę głośno i była pewna, że wszystkie ptaki zerwały się z drzew.
Nagle brzdęknął rygiel. Oślepiło ją światło, które wdarło się do środka. Podniosła rękę, by ochronić oczy. Bujna zielona roślinność skąpana była w słońcu. Na drodze do wolności stał tylko jej oprawca. Powinna go staranować. Przecież może to zrobić. A na pewno powinna spróbować.
A mimo to się cofnęła. Wystarczyło, że podniósł rękę, a ślad na szyi znów zaczął palić jak żywy ogień. Nawet nie musiał mówić: "Chyba pamiętasz, jak to się skończyło ostatnim razem". Pamiętała doskonale. Okrutny ból, konwulsje i dezorientacja.
"Jestem jak ten pies Pawłowa", przemknęło jej przez głowę. "Jeden wielki odruch warunkowy".
Oprawca odczekał, aż stanie w kącie, po czym wszedł do środka. Deski ugięły się pod jego ciężarem, a szopę znów zalała szarość. Postawił na podłodze kolejną papierową torbę, z której wydobywał się smakowity zapach orientalnych przypraw. Wyprostował plecy, lekko pochylając głowę. Poczuła, jak w ustach zbiera się jej ślina. Brzuch przeciągle zawył. Chciała jeść. Zdecydowanie nie nasyciła się tamtymi suchymi resztkami z wczoraj.
Dziwne: przed chwilą chciała za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz. Teraz marzyła tylko o tym, by oprawca wyszedł i zostawił ją sam na sam ze zdobyczą. Czuła narastające podniecenie. Niemal jak przed rozpakowywaniem bożonarodzeniowych prezentów.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę stał jednak bez ruchu. Słyszała tylko jego głośny, świszczący oddech. W końcu, jakby od niechcenia, popchnął nogą papierową torbę w stronę Justyny. Szuranie przyciągnęło jej wzrok, ale szybko przeniosła pytające spojrzenie na oprawcę, starając się wypatrzyć jego oczy ukryte za dziwaczną maską. Czekała na sygnał.
Jak zwierzę.
Jak nauczony komend pies.
Oprawca wziął głęboki oddech, a ona niemal stanęła w blokach startowych. Chciała jak najszybciej chwycić torbę. Tak, by nie mógł jej już zabrać. By przypieczętować, że należy do niej.
Jedzenie i picie.
Jej być albo nie być.
Jedyny patent na przetrwanie człowieka.
- Zagramy teraz w grę - powiedział, a ona cofnęła się o pół kroku.
Przetworzony elektronicznie głos zawisł w powietrzu prawie jak ten z jej snu. Tylko o ile tamten był jak różowa wata cukrowa, ten brzmiał jak chmara kruków.
- Rewers czy awers? - zapytał tubalnie.
Ściągnęła brwi, panicznie szukając w pytaniu jakiegoś sensu. Jej mózg nie pracował, jak należy. Wciąż tkwiła w trybie najniższych instynktów.
- Orzeł czy reszka? - huknął oprawca, a ona dopiero teraz dostrzegła, że w jego dłoni coś błysnęło. - Awers czy rewers?
Palce zwinnie coś przekładały. W jedną i w drugą stronę.
"Moneta!", zawył dumnie jej umysł.
- Orzeł! - podchwyciła.
"Oczywiście, że orzeł!", upewniała się w myślach. "Orzeł to niebo, orzeł to siła. Orzeł to przetrwanie".
- Zatem orzeł to życie - dodał przetworzony, złowieszczy głos, jakby czytał w jej umyśle.
Skinęła głową i przełknęła ślinę.
Mężczyzna podrzucił monetę, a ta jak w zwolnionym tempie zawirowała w powietrzu. Mogłaby przysiąc, że tak właśnie było, bo w tym czasie przez jej umysł przewinęło się tysiąc myśli.
"Orzeł, orzeł, orzeł!", skandował jej mózg. "Wypuści mnie! Wyjdę stąd! Już za moment! Już zaraz. Będę wolna. Będę całkowicie wolna. Założę rodzinę. Będę wspaniałą mamą. Będziemy szczęśliwi! Zawsze. Jak nikt inny na świecie..."
Moneta opadła, a mężczyzna raptownie zamknął ją w dłoni i z plaśnięciem umieścił na wierzchu drugiej. Odsłonił i zerknął.
- Reszka - zawyrokował bez większych emocji. - Czyli przegrałaś - dodał, bo kobieta zdawała się nie rozumieć.
Justyna skinęła, zawiedziona. Mogła powiedzieć "reszka". Przecież niebo nigdy nie było jej poziomem. Przecież nigdy nie miała szczęścia. Głupia, durna baba! Mogła stąd wyjść, a teraz będzie tu siedzieć nie wiadomo ile. Kurwa! Czemu znowu wybrała źle? Czemu zawsze wybiera źle?!
W jej oczach pojawiły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Poczuła bezsilność tak wielką, że osunęła się po ścianie i przykucnęła na stopach. Opuściła głowę. Wtem deski znów ugięły się pod ciężarem mężczyzny, który zrobił kilka kroków do przodu. Zaszeleściła torba. Zapach orientalnych przypraw się wzmógł, a jej mózg raptownie przestawił się w tryb przetrwania. Poczuła, że w kącikach ust znów zbiera jej się ślina.
Deski ponownie zaskrzypiały. Mężczyzna stanął tuż przed nią. Wyraźnie widziała noski jego ciężkich butów. Wyciągnął rękę.
Jedzenie.
Być albo nie być.
Podniosła głowę, a jej wzrok natknął się na coś białego i pociągłego. Idealnie leżącego w dłoni oprawcy. Długo wyostrzała wzrok, ale dopiero gdy mężczyzna odbezpieczył broń, zrozumiała, że to nie zawinięty w folię naleśnik.
- Nie! Nie, nie, nie, nie, nie - zaczęła mamrotać pod nosem. - To jest nieporozumienie! Ja jeszcze nic nie zdążyłam zrobić. Ja jeszcze nawet nie zaczęłam... - nerwowo wyrzucała słowa, unosząc proszące spojrzenie.
- Orzeł życie. Reszka śmierć - bezrefleksyjnie przypomniał mężczyzna.
Jego zniekształcony głos nawet nie drgnął.
- Nie, nie, nie, nie! Proszę! Proszę! - Jej błaganie zabrzmiało jak skowyt. - Ja jeszcze nie...
Nie padło już żadne słowo. Ptaki zamilkły.
Huk wystrzału uciął wszelkie głosy.
Dopiero po jakimś czasie nad lasem, z burzliwym szumem, przeleciał samolot. Przeciął lazurowe niebo, zostawiając po sobie tylko białą smugę.
2022
1
- Mama! Czekaj!
Dziewczynka pedałowała ile sił w nogach, ale i tak nie mogła nadążyć za niebieskim rowerem przed sobą. Spojrzała w dół. Jej uda unosiły się i opadały w zawrotnym tempie, ale różowy rower zdawał się niemal stać w miejscu. Minęła dłuższa chwila, nim przejechała przez czarno-biały malunek na chodniku. Wrzuciła wyższy bieg, lecz teraz mięśnie zupełnie odmówiły jej posłuszeństwa. Podniosła głowę. Czerwona bluzka mamy oddalała się coraz bardziej.
- Mamaaaa! - zawołała z całych sił, znów zmieniając przerzutkę.
Kobieta w krótko ściętych rudych włosach odwróciła głowę. Miała lekko zarumienione policzki i uśmiech na twarzy.
- No co? - odkrzyknęła.
- No czekaj!
- Nie mogę! Bo jak zwolnię, to nie wjadę! - wysapała kobieta, wystawiając język.
- Mama! Masz poczekać.
Pretensja w głosie siedmiolatki zlała się z rozpaczą.
Marta Kalinowska zahamowała i zeszła z roweru. Stanęła dokładnie na twarzy Kory Jackowskiej, więc lekko przesunęła się w bok. Sopocka Aleja Gwiazd - odsłonięta niemal dwa lata temu. Nie było tu wkomponowanych w beton tabliczek ani odcisków dłoni. Były za to pozbawione kolorów malowidła zaprojektowane przez studentkę gdańskiej ASP, nawiązujące do charakteru pokrytego muralami Trójmiasta. Marta przypomniała sobie dzień, w którym po raz pierwszy je zobaczyła. Pierwszy koncert, na który wybrała się po pandemicznej pauzie. Chyba nigdy wcześniej nie czuła takiej wolności. Szła w tłumie, pachniało wiosną, a w głowie wybrzmiewała piosenka Alicji Majewskiej, która tego dnia miała między innymi wystąpić. Marta nie spieszyła się, łakomie wdychała powietrze, nasłuchując rozmów i śmiechów podekscytowanych ludzi. Z zaciekawieniem oglądała twarze uwiecznionych gwiazd: Agnieszki Osieckiej, Jeremiego Przybory, Anny Jantar, Krzysztofa Komedy, Grzegorza Ciechowskiego. Ale najdłużej stała właśnie tutaj. Przy muralu Kory, bo tę artystkę uwielbiała od dziecka. Ceniła jej bezkompromisowość, genialne teksty, mocny głos i rewelacyjną dykcję. Kora nigdy nie podążała za modą, nikomu nie chciała się przypodobać, a stworzyła epokowe płyty. A do tego - tak jak Marta - kochała czytać, a nic tak jak czytanie książek nie określa człowieka.
Kobieta uśmiechnęła się na to wspomnienie, choć za nic nie chciałaby cofnąć się do tamtego czasu. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, w jakim świecie przyjdzie wszystkim żyć. Wydawało się, że nic już nie wróci do znanych kształtów. A jednak wróciło. Życie potoczyło się dalej, ludzie szybko zapomnieli. Choć zweryfikowało się też sporo znajomości, bo dla niektórych koronawirus stał się zapalnikiem obłędu - prawdziwego szaleństwa związanego z najróżniejszymi teoriami spiskowymi, od którego nie było odwrotu.
Kalinowska oderwała się od tych myśli i skupiła na córce. Ta dzielnie wspinała się pod górę. Trochę dyszała, ale jej pokryta piegami skóra niemal nie zmieniła koloru. Ona sama musiała być czerwona jak burak. Z jej czoła lał się pot, a tętno w skroniach pulsowało jak szalone. Nie miała kondycji za grosz, a do tego przez zimę przybrała kilka dodatkowych kilogramów. Ale teraz już weźmie się za siebie. Pogoda dopisywała, dni robiły się coraz cieplejsze, Maja lubiła aktywnie spędzać czas, więc będzie miała motywację. A przecież było gdzie jeździć. Kobieta z uznaniem rozejrzała się wokół. Wzdłuż prowadzącej do Opery Leśnej w Sopocie ulicy Stanisława Moniuszki ciągnęły się zielone lasy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Jasnozielone liście rzucały cień na wyłożoną małymi prostokątnymi płytkami, biegnącą w górę ścieżkę.
- Bolą mnie nóżki. - Maja też zeszła z roweru i postawiła obute w adidasy stopy wprost na oczach wokalistki Maanamu. - Już nie daję rady.
- Powiem ci w sekrecie... że ja też. - Kobieta zmierzwiła włosy córki. - To co? Wracamy? - Wskazała w dół ścieżki. - Czy podejdziemy sobie spacerkiem pod Operę Leśną i tam gdzieś zjemy kanapki? - Zmrużyła oczy i przechyliła zachęcająco głowę. - Nie mamy daleko.
Dziewczynka powtórzyła gest mamy, udając, że się namyśla.
- No dobra, kanapki brzmią kusząco - uznała i ruszyła przed siebie.
- Eeeeej, a ja? Czekaj na mnie! - zaśmiała się mama, przestawiając rower.
- Będę pierwsza! - zawołała dziewczynka i popędziła w górę.
Marta nie mogła się nadziwić, skąd jej dziecko brało tę niespożytą energię. Jeszcze przed chwilą marudziła, że bolą ją nogi, a teraz gnała do przodu. Czy ona też tak kiedyś miała? Nie pamiętała nawet, jakie to uczucie. Teraz budziła się już zmęczona. Może to zbliżająca się menopauza? No dobra, nie będzie o tym myśleć. Jest piękny sobotni poranek. Wszyscy inni jeszcze śpią, a one zrobiły już kilka dobrych kilometrów na rowerach, więc chyba nie jest z nią jeszcze tak źle. No!
- Ja będę pierwsza! - Ruszyła truchtem.
Maja krzyknęła, uszczęśliwiona, i przyspieszyła.
Malunki gwiazd raz po raz znikały pod ich nogami i zanim mama z córką się obejrzały, dotarły do niecki obok Hotelu Opera.
- Po drugiej stronie jest taki murek, na którym mogłybyśmy usiąść - zastanowiła się mama. - Tylko musiałybyśmy przetarabanić się z rowerami po schodkach.
- Runmageddon, mama! - Maja wydawała się uradowana. - Może tym razem wystartujemy z tatą, co? - Dziewczynka teatralnie puściła mamie oko, zsiadła z roweru i zainicjowała przeprawę.
Marta Kalinowska głośno wypuściła powietrze z płuc.
- Sama tego chciałaś - mruknęła do siebie i podążyła za małą.
Po chwili zgrzane siedziały na murku przy kasie Opery, starając się dostrzec zarys amfiteatru przez zamkniętą bramę.
- Ale spokój - błogo westchnęła kobieta, wsłuchując się w zwariowany śpiew ptaków.
Wzięła kolejny gryz kanapki z masłem, szynką i świeżym ogórkiem. Smakowała wybornie. Spojrzała na córkę. Ta też pałaszowała z rozanieloną miną.
- Herbatki? - Podała dziewczynce termos i przyglądała się, jak ta popija małymi łyczkami.
Przez liście drzew prześlizgiwały się promienie słońca, muskając skórę ich twarzy. Marta na krótko przymknęła oczy, delektując się przyjemnym ciepłem, ale zaraz je otworzyła.
Dziewczynka siedząca obok, parujący termos, intensywny zapach lasu, trel ptaków. Czy może być piękniej? Czy może być lepiej?
To był jeden z tych momentów, w których ogarniała ją głęboka wdzięczność za wszystko, co ma. Za wszystko, co daje jej świat.
- Chce mi się siusiu - usłyszała.
- Yhm. - Marta zbiła folię aluminiową, w którą zawinięte były kanapki, w kulkę i wrzuciła ją do plecaka.
Termos wsunęła do bocznej kieszeni. Wstała i otrzepała pośladki. Rozejrzała się wokół.
- Tu zaraz powinna być taka zatoczka i tam można by wejść w las - zadecydowała.
Mała skinęła głową i też się podniosła.
Poprowadziły rowery kilka metrów w dół i ustawiły je na nóżkach.
- Tu masz wejście. Może przykucnij po prostu za murkiem. Nikogo tu nie ma. - Marta podała córce chusteczkę higieniczną.
Córka ją chwyciła i pobiegła w stronę drzew. Pod jej nogami zaszeleściły suche liście z zeszłego sezonu. Zatrzymała się, szukając dogodnego miejsca. Spojrzała w prawo, następnie w lewo. A potem gwałtownie przed siebie, wysoko zadzierając głowę, i wyprostowana zaczęła cofać się w stronę matki.
Szur. Szur. Szur.
Liście szeleściły jakby w zwolnionym tempie. Dziewczynka szła powoli tyłem, wciąż nie odrywając wzroku od punktu przed sobą, w który się wpatrywała. Niczym robot. Jakby bała się poruszyć.
- Majka, co to znowu za wygłupy? - Mama przewróciła oczami. - No sikaj, bo mnie też się chce, a ja muszę dowieźć do domu. - Przestąpiła z nogi na nogę.
Ale dziewczynka cofnęła się jeszcze trochę i stanęła w miejscu. Na baczność, z zadartą głową. Marta chwilę przypatrywała się jej wyprostowanym jak struna plecom. Fioletowej ortalionowej kurtce, którą nie poruszał dziś ani jeden podmuch wiatru. Ptaki dokazywały coraz raźniej. Gdzieś w oddali odezwał się dzięcioł.
- Aaaaa! - jęknęła przeciągle kobieta i podeszła do córki. - Majka, no dalej! - ponagliła ją, stając obok, ale dziewczynka nawet nie drgnęła. Marta cofnęła brodę, zdziwiona. - Co jest? - zapytała niecierpliwie.
- Tam jest jakaś pani - powiedziała spokojnym głosem Maja.
- Pani? Jaka pani? - Marta potrząsnęła głową i rozejrzała się. - Gdzie niby?
- Tam. Tam jest jakaś pani - powtórzyła mechanicznie dziewczynka.
Nieruchomy wzrok wbijała w gałąź rosnącego w głębi lasu drzewa.
Marta znów powiodła spojrzeniem.
- Weź mnie nie strasz - rzuciła kpiąco, choć jej serce przyspieszyło. - Jaja sobie ze mnie robisz, co?
Córka pokręciła głową na boki i nawet nie mrugnęła, jakby jej powieki przykleiły się do skóry oczodołów.
Marta Kalinowska prychnęła, ale powoli ruszyła do przodu. Tętno znów zaczęło łomotać jej w skroniach, zagłuszając śpiew ptaków - a może to one przestały śpiewać? Nagle wydało jej się, że cały las wstrzymał oddech. Przeszła przez uskok w murku. Spojrzała w prawo, potem w lewo. I momentalnie zasłoniła dłonią usta. A potem czym prędzej wróciła do córki. Wzięła ją w objęcia i kiwając się, zaczęła monotonnie powtarzać:
- Tego nie ma naprawdę. To tylko jak w bajce. To tylko na niby.
2
- Przychodzi lekarz do ciężko chorego pacjenta i mówi: "Mam dla pana złą wiadomość. Zostały panu trzy minuty życia". "Ale jak to?" - pyta pacjent. "Naprawdę nie może pan nic dla mnie zrobić?" - Kita pozwolił sobie na krótką pauzę. - "Mogę ugotować panu jajko na miękko".
Śmiech nadkomisarzy poniósł się po korytarzu Laboratorium Kryminalistyczne Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Ciężkie kroki rosłych policjantów wbijały się w stary, trzeszczący parkiet. W niedzielny poranek budynek wydawał się wyludniony, ale praca przy mikroskopie lubiła ciszę, więc eksperci spędzali tu całe noce i weekendy. A z całą pewnością robiła tak jedna nadgorliwa specjalistka.
Adam Kowalewski, zwany przez wszystkich Kitą, bezpardonowo otworzył drzwi gabinetu.
- Kto rano wstaje... ten leje jak z cebra - zawołał tubalnie. - Obyś miała dobry powód, by wyciągać mnie z łóżka.
Umościł się na krześle, założył ręce na brzuchu i zawiesił wzrok na stojącej przy oknie palinolożce Janinie Hinc.
- Cześć, Janka - uprzejmie przywitał się Paweł Pągowski. - Długa noc?
Pająk, bo tak wołali na niego koledzy, delikatnie się uśmiechnął. Opanowany i łagodny, wysoki mężczyzna o długich, smukłych kończynach był całkowitym przeciwieństwem rubasznego i głośnego partnera o wciąż ciemnych włosach związanych w koński ogon. Najwyraźniej w tym tkwiła ich skuteczność. Byli jak Starsky i Hutch, jak Sherlock Holmes i doktor Watson, jak Mulder i Scully. Ba! Jak Gajewski, Banaś i Jóźwiak w jednym duecie. Żadni inni śledczy z Trójmiasta nie mieli lepszych wyników.
- Za krótka - zaśmiała się szarooka szatynka o włosach ledwo sięgających ramion. Pomimo zmęczonych oczu i braku makijażu wyglądała nad wyraz świeżo. - Ale wystarczająca - zapewniła zadowolona i energicznie podeszła do szafki z czajnikiem. - Kawki? - Nacisnęła włącznik.
- Kto rano wstaje, ten wie, że kawa sama się nie zrobi. - Kowalewski się wyszczerzył.
- Oddałbym duszę za kawę. - Pająk przyciągnął krzesło spod ściany do stojącego pośrodku pokoju biurka.
- Twoją wzięłabym bez wahania, ale cena nie będzie aż tak wysoka. To niestety zwykła rozpuszczalna. - Janina nasypała do kubków brązowego proszku.
- Mogliby się szarpnąć na ekspres, nie? - żachnął się Kita.
- Nie widzisz, że tu czas zatrzymał się w latach osiemdziesiątych? Lepiej - siedemdziesiątych! Ten sprzęt byłby jak sputnik w sklepie z galanterią.
- Chciałem powiedzieć, że jak żyrafa w sklepie z żyrandolami, ale twoje porównanie jest bardziej adekwatne - pochwalił Kita, rozglądając się po wnętrzu gabinetu z drewnianymi topornymi szafami, białymi firanami i przetartą czerwoną wykładziną.
- Najważniejsze, że samo laboratorium wyposażone jest niczego sobie. - Janina zalała kawę wrzątkiem i przeniosła parujące kubki na biurko. - A tym samym mam ciekawe wnioski dotyczące sprawy wisielca. - Zasiadła w fotelu.
- Zamieniamy się w słuch - zachęcił Pągowski, z lubością upijając łyk gorącego napoju.
- Przypomnę, że jakieś dwa miesiące temu pewne małżeństwo natknęło się w głębi sopockiego lasu na szkielet człowieka. Na miejscu zabezpieczyliście rękaw koszuli, wyglądający na prowizoryczny stryczek, zawiązany wokół pnia drzewa na wysokości około sześciu metrów nad ziemią.
- Nasza szanowna lekarka medycyny sądowej, Aneta Borowska, stwierdziła, że w wyniku rozkładu tkanki straciły zwięzłość i oderwała się głowa, dlatego ciało mężczyzny spadło na ziemię. Potwierdza to fakt, że czaszkę znaleźliśmy kilka metrów dalej - zreferował Kita.
- Pytanie, na które jak dotąd nie znaleźliśmy odpowiedzi, brzmi: czy mamy do czynienia z samobójstwem? A może jednak z linczem? - Pająk bezszelestnie odstawił kubek na blat.
- A kwestią najbardziej zastanawiającą jest ulokowanie stryczka tak wysoko nad ziemią - dodał Kowalewski.
- Otóż to - podekscytowała się Janina. - Wiadomo, że wysokość stryczka na drzewie, pomimo nurtujących niektórych wątpliwości - ostentacyjnie uniosła brew - nie wskazuje na czas powieszenia. Drzewa rosną na wysokość od wierzchołka w wyniku produkcji nowych komórek w merystemach wierzchołkowych znajdujących się w końcówkach gałęzi, więc cokolwiek byłoby przywiązane wokół pnia, nie przemieści się w górę.
- Więc pozostał nam antropolog sądowy, który oszacował, że szczątki mogły tam leżeć od jednego roku do piętnastu lat - zauważył Pągowski.
- Czyli rozstrzał jak ruska katiusza. - Kita przejechał dłonią po zaspanej twarzy.
- No właśnie! - Palinolożka podniosła palec.
- I, jak przypuszczam, tobie udało się dokładnie określić czas zgonu? - Pągowski spojrzał na kobietę z wyrazem dumy.
Ekolożka sądowa niedbale wzruszyła ramionami, ale jej policzki spąsowiały.
- No, nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała - zaśmiała się. - Zauważyłam, że wokół koszuli, w miejscu, gdzie była przywiązana do konaru drzewa, narosła kora. Z drewna, które nawarstwiło się pod rękawem, pobrałam wycinki i spędziłam z nimi upojną piątkową noc.
- Ja byłem sam, więc wygrałaś - rzucił sarkastycznie Kowalewski.
- I do czego doszłaś? - dopytał Pająk, poprawiając kosmyk jasnych jak pszenica włosów, który opadł mu na czoło.
- Badanie mikroskopowe wykazało pięć słojów przyrostu rocznego, zwężających się w punkcie, w którym rękaw zaciskał się wokół kory - powiedziała Hinc i zamilkła.
Policjanci niepewnie popatrzyli po sobie.
- I toooo oznaczaaaa żeeeee? - Kowalewski przeciągnął głoski.
- No, że ktoś zawiązał ten rękaw pięć lat wcześniej - odparła rozbawiona Janina.
- Aaaaa - westchnęli jednocześnie policjanci.
Parę sekund panowała cisza. Kita złapał się za brodę i ewidentnie główkował.
- No dobra - odezwał się po chwili. - I co z tego wynika? Wciąż nie wiemy, czy denat sam się kopsnął, czy ktoś mu pomógł.
- Mam na to pewną teorię. - Janina przechyliła głowę. - Skonsultowałam kwestię z anatomem drewna, który stwierdził, że jeszcze pięć lat temu dąb mógł być na tyle elastyczny, że można było go nagiąć ku dołowi. A tym samym uważam, że ofiara mogła wspiąć się na drzewo, ugiąć je, zawiązać swoją koszulę wokół pnia, preparując stryczek, a potem wsunąć w niego głowę...
- A puszczone drzewo wyprostowało się jak sprężyna - wywnioskował Pająk.
- Łamiąc mu kark jak zapałkę - skwitował Kita, robiąc pełną uznania minę.
- Nieźle, Janka. - Pągowski pokiwał głową.
- Naprawdę nieźle... - Kowalewski sięgnął do kieszeni, w której rozdzwonił się telefon. - Co tam? - powiedział do słuchawki. Jego oczy rozszerzyły się jak spodki. - Zaraz będziemy. - Zakończył połączenie. - Zbieramy się, misiaczki. Nieopodal Opery Leśnej mamy nagą kobietę.
- Uuuu, striptiz od rana - zaśmiał się Pająk, też wstając. - Było balowane?
- Tego ci nie powiem. Bo kobieta jest sztywna.
Kita ostentacyjnie cmoknął. Wszyscy popatrzyli po sobie.
- Wziąć sprzęt? - odezwała się proszącym głosem Janina, gwałtownie odsuwając fotel.
- No raczej. - Kowalewski puścił palinolożce oczko. - A znacie to? Przychodzi goła baba do lekarza z karabinem w ręce. Co pani jest? Naga broń! - Zaśmiał się i otworzył drzwi na korytarz.
3
Jej skóra miała blady odcień. Obnażone ciało było smukłe, wręcz wychudzone. W pępku leżącej na leśnej ściółce kobiety, w promieniach wiosennego słońca, połyskiwał kolczyk z cyrkonią. Dłonie miała złożone na piersi, zaciśnięte w pięści niczym u mumii. Pomiędzy ramionami rysowały się piersi o dużych ciemnych sutkach. Rozrzucone wokół głowy włosy były lekko przetłuszczone i skudłacone. Na czole widniała niewielka dziurka ze strużką zaschniętej krwi.
Pająk, Kita i Janina mocno wyciągnęli szyje, starając się dostrzec jak najwięcej zza murku, przy którym stanęli.
Kobieta nie mogła mieć nawet trzydziestu lat. Na twarzy nie widać było zmarszczek, choć pod zamkniętymi oczami malowały się szare cienie. Po policzkach ciągnęły się smugi brudu i rozmazanego tuszu. Usta miała zaciśnięte w trudnym do zdefiniowania grymasie, ale na pewno nie było w nim spokoju. Jeśli już, to raczej przerażenie.
- Justyna Sarnecka - zreferował młody sierżant Marcin Kietliński. - Lat dwadzieścia dziewięć, zameldowana przy ulicy Kolberga w Sopocie.
- Skąd znamy dane osobowe? - zapytał nadkomisarz Pągowski, rozglądając się wokół. - Ktoś ją rozpoznał czy było zgłoszenie zaginięcia?
- Prościej - odparł Kietliński. - Kilka metrów dalej znalazłem torebkę. - Wskazał ręką w głąb lasu. - Z portfelem, dowodem, kartami. A do tego jej ciuchy. - Blondwłosy sierżant podrapał się w skroń. - Złożone w kostkę - dodał, zaciskając usta w coś na kształt kwaśnego uśmiechu. - A na samej górze stosu położono jej stanik. Wściekle fioletowy.
Kita wysoko uniósł brwi, wymieniając znaczące spojrzenia z Pająkiem i Janiną.
- Intrygujące - zauważył Jacek Wilczak, wchodząc za taśmy policyjne i przystając obok grupy śledczych. Technik kryminalistyki o wiecznie smutnym spojrzeniu i mocnej szczecinie siwiejących włosów przywitał się z zebranymi zdecydowanym uściskiem dłoni i wyjrzał za murek. - Szkoda tylko, że zadeptałeś ślady - westchnął. - Włożyłeś chociaż ochraniacze?
Na policzkach sierżanta momentalnie pojawiły się nieregularne czerwone plamy. Chrząknął.
- Nie miałem... - zaczął się tłumaczyć, ale szybko przywołał się do porządku. - Nie pomyślałem. Przepraszam. - Zwiesił głowę.
- Twoje pierwsze ciało? - Wilczak mu się przyjrzał. Młody policjant potaknął. - Następnym razem pomyślisz - powiedział pojednawczo. - Ktoś tam jeszcze wchodził oprócz ciebie? Nie? Okej. To musimy tylko zrobić odbitki twoich butów.
- I tej małej. - Kietliński wskazał brodą w stronę Opery Leśnej. - Siedmiolatka. Maja Kalinowska. Czeka przy bramie ze swoją mamą. To ona natknęła się na denatkę. Chciała siku, więc weszła za murek.
- Dobra, to zróbcie odlewy obuwia dziewczynki i dla pewności jej mamy, a potem puśćcie je do domu. Wystarczająco dużo dzisiaj przeżyły.
W tym momencie usłyszeli trzaśnięcie drzwi samochodu i głośny stukot wbijanych w betonową nawierzchnię szpilek.
- Jest i Anetka. - Kowalewski się uśmiechnął, nie odwracając głowy.
W istocie zaraz obok nich stanęła lekarka medycyny sądowej. Świeżo przycięte proste blond włosy za ucho jak zwykle kontrastowały z fuksjową pomadką na jej ustach.
- Gdzie trup? - Rozejrzała się ciekawie.
- Ciało kobiety leży za murkiem - odparł Wilczak, przewracając smutnymi oczami.
Choć zdążył zaakceptować mechanizm obronny Borowskiej, wychodził z założenia, że ekipie oględzinowej należy na każdym kroku przypominać, że wciąż mają do czynienia z człowiekiem. Martwym, ale człowiekiem.
Lekarka wychyliła głowę za murek. Przeciągle gwizdnęła.
- Piękny poranek, by kogoś zastrzelić. Ciekawe. - Zrobiła minę pełną uznania, prostując się. - Dawno nie mieliśmy broni palnej, nie? - Szeroko się uśmiechnęła.
- Fakt - przyznał Kowalewski. - Ostatnio przy jakichś porachunkach mafijnych.
- Może dziewczyna jest z branży, kto wie? - zastanowił się Pająk. - Zaraz rozpuszczę wici.
- To startujemy? Bo zmarła stygnie - zniecierpliwiła się Borowska. - A widać, że świeżynka.
- Mówisz? - zaciekawiła się Janina.
- No. Ciało na pierwszy rzut oka nie wydaje się jeszcze sztywne, choć zwłoki są już blade. Muszę zobaczyć plamy opadowe i stężenie, ale jak dla mnie to kwestia dosłownie kilku godzin.
- Czekamy na prokuratora - mruknął Wilczak.
- Po kogo zadzwoniliście? - Aneta wydobyła z torby buty na zmianę, ściągnęła szpilkę i skacząc na jednej nodze, wsunęła na stopę złotego Adidasa.
Wilczak i Kita odpowiedzieli jej jednocześnie:
- Po Bilskiego.
- Po Górską.
Wszyscy zamilkli. Borowska przystanęła, zgniatając piętą końcówkę Adidasa.
- Kurwa - syknął nadkomisarz Kowalewski. - Na dyżurze jest dziś Bilski.
- Mnie powiedziano, że Górska. - Technik ze zbolałą miną wzruszył ramionami.
- No to będzie ciekawie. - Pająk zagryzł wargę.
W tym momencie w zatoczkę przy ulicy Stanisława Moniuszki wjechał czarny Volkswagen, za którego kierownicą dostrzegli ciemnowłosą Annę Górską. Nim zdążyła wysiąść, w powietrzu zawibrowało mruczenie Triumpha i po chwili obok auta zaparkował prokurator Leopold Bilski. Postawił swój motocykl na nóżce i zdjął kask. W tym samym momencie trzasnęły drzwi wozu. Prokuratorzy obrzucili się przelotnym spojrzeniem, po czym bez słowa ruszyli w stronę ekipy.
- Co mamy? - zapytali równocześnie.
Tym razem spojrzenia, które się skrzyżowały, były pełne napięcia.
- Nie powinieneś być gdzieś indziej? - wycedziła Górska.
- Nie sądzę - odparł Bilski, unosząc ciemne brwi.
- To moja sprawa.
- Z tego, co wiem, moja.
Prokuratorka rozłożyła ręce i zirytowana pokręciła głową.
- No właśnie... - zaczął nieśmiało Kita. Urwał i podrapał się w głowę.
- Okazało się, że zadzwoniliśmy po was oboje. - Wilczak słabo się uśmiechnął.
- To ja dziś jestem na dyżurze - zauważyła Anna.
- Tak się składa, że ja też - westchnął Leopold.
- Ja pierdo... - stęknął cicho Kowalewski.
- Przecież mała jest dzisiaj u ciebie - szorstko zauważyła Górska.
- Mama ją przejęła. - Bilski wzruszył ramionami.
- Jak zwykle.
- Co jak zwykle?
Nastąpiła niezręczna cisza. Członkowie ekipy oględzinowej patrzyli w niebo albo w ziemię. Ktoś narysował okrąg czubkiem buta. Ktoś pociągnął płatek ucha. Ktoś skubał skórkę przy paznokciu. Zbierający się coraz liczniej gapie zaczęli coś do siebie szeptać.
Jacek Wilczak wystąpił do przodu. Głośno odchrząknął.
- Możemy już zabrać się do pracy? - zapytał. - Potem to wyjaśnicie, okej? A zresztą, zgodnie z przepisami, w poważniejszych sprawach, takich jak zabójstwo, z którym na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia, obecność dwóch prokuratorów może być uzasadniona. - Opuścił brodę i w napięciu czekał na decyzję prawników.
- Dla mnie nie ma sprawy - powiedział ugodowo Leopold, łagodnie uśmiechając się do Anny.
Ta zacisnęła usta i zagryzła policzek. Widać było, że ze sobą walczy. W końcu skinęła i przeszła w stronę murku.
- Tutaj? - upewniła się i wyjrzała.
Mimowolnie położyła rękę na ustach.
Bilski poszedł jej śladem.
- Możesz się jeszcze wycofać - szepnął do niej.
- Niedoczekanie - syknęła, prostując się.
Z kieszeni czarnego trencza wyciągnęła lateksowe rękawiczki, rozerwała opakowanie i z plaskiem założyła je na dłonie.
- Zaczynamy? - rzuciła w przestrzeń pewnym siebie głosem.
4
Otworzyła oczy. Ciemność. Wciąż panowała ciemność.
Która mogła być godzina?
Wanda Stanowska wyciągnęła rękę, wymacała budzik i wcisnęła duży przycisk.
- Dziesiąta jedenaście - usłyszała mechaniczny głos.
Kobieta przekręciła się na plecy i wpatrzyła w sufit. W czerni biegały szarawe linie. Nic się nie rozjaśniało. Nic nie nabierało kolorów. Zacisnęła palce leżących wzdłuż ciała rąk w pięści. Rozluźniła, znów zacisnęła, rozluźniła. Trzy razy pulsacyjnie wypuściła powietrze, by dodać sobie otuchy, a następnie się podniosła. Zrzuciła zgięte w kolanach nogi za łóżko, powoli opuściła stopy. Poczuła miękkość dywanu. Srebrzystego dywanu o długim włosiu, który wybrała dwa lata temu, by pasował do ciężkich zasłon zdobiących balkonowe okno w sypialni. Okno, z którego rozpościerał się widok na wąski pas drzew zasłaniających dziki staw. Zimą, gdy drzewa traciły liście, pomiędzy gałęziami pobłyskiwała zamarznięta woda. Wiosną pas się zagęszczał, przez co staw znikał z oczu, ale przecież wciąż tam był. Dawały o tym znać żurawie, które wyjątkowo upodobały sobie to miejsce. Ileż to razy słyszała ich klangor. Najpiękniejszy dziki skrzek, jaki można sobie wyobrazić. W tym roku ptaki bardzo szybko wróciły do domu. Zima była krótka i klangor powitał Wandę już pod koniec lutego.
Uśmiechnęła się lekko na tę myśl. Nic się nie zmieniło. Wszystko miało te same kształty, kolory i faktury. Wszystko było po staremu, choć teraz nie mogła tego zobaczyć.
Stanęła pewnie na dywanie, napięła palce stóp i chwyciła nimi miękkie włosie. Raz i drugi. Puszystość i gładkość. Przyjemne gilgotanie.
Wyciągnęła prawą rękę przed siebie i przeszła do drzwi. Klamka była chłodna i kanciasta. Lekko zaskrzypiała, gdy ją nacisnęła. Marek chciał naoliwić mechanizm, ale ona się temu sprzeciwiła. Wolała, by rzeczy miały głos. By wciąż były jakieś.
Ruszyła przez wyłożony parkietem korytarz. Uważała, by nie zejść za bardzo na prawo, bo tam jedna z desek była nierówna i wystawała ponad inne. Kilkukrotnie obtarła na niej skórę małego palca. Teraz już pamiętała, by iść lewą stroną.
Pięć kroków i zamknęła się w łazience. Deska sedesowa była zimna; na jej udach pojawiła się gęsia skórka. Wyciągnęła rękę po szlafrok. Jak zwykle wisiał na dekoracyjnej białej drabinie opartej o ścianę. Szlafrok był beżowy i ciepły. Ciekawe, czy po tylu praniach zdążył się zmechacić i zszarzeć. Ciągle zapominała spytać o to Marka. Spuściła wodę, a ta spłynęła wartko niczym wodospad. Deska powoli zaczęła się opuszczać. Od kilku dni wydawała przy tym dziwny dźwięk. Trochę jak szczekający pies.
Wanda wyciągnęła rękę i podeszła do umywalki. Rączka kranu miała opływowy kształt i cała mieściła się w jej dłoni. Puściła wodę i podstawiła ręce pod strumień. Złączyła je na kształt spodka i ochlapała twarz. Raz, drugi, trzeci i czwarty, delektując się tym, jak kapie jej z ust i brody. Sięgnęła po hydrolat z czeremchy. Gdy psiknęła, poczuła na skórze przyjemną migdałową świeżość. Teraz cytrynowe serum i krem pod oczy, który - jak głosiła reklama - pachniał jak poranny październikowy spacer po paryskich bulwarach. Nigdy nie była w Paryżu, ale postanowiła, że kiedyś pojedzie tam jesienią, by sprawdzić, czy rzeczywiście powietrze ma tam wtedy taką woń. Na koniec krem na dzień - żelowy, o kwiatowych nutach. Pociągnęła palcami skórę na policzkach - wciąż wydawała się napięta.
Ale jaka była prawda?
Podniosła głowę i spojrzała przed siebie.
Wprost w swoje lustrzane odbicie.
Błękitne oczy, ciemne brwi i rzęsy, prosty nos, dość wąskie usta. Mówiono, że jest podobna do Dakoty Johnson, tej aktorki z Pięćdziesięciu twarzy Greya, ale to pewnie bardziej przez fryzurę. Przez grube brązowe włosy z grzywką krótszą w środku i dłuższą po bokach.
Wanda wydobyła z szuflady ostrą szczotkę i mocno przejechała nią po pasmach.
"Słisz, słisz, słisz".
Lubiła ten odgłos.
Mówił jej, że włosy wyglądają, jak należy. Są solidnie rozczesane, lśniące i świeże.
Znów spojrzała w lustro.
Zamrugała i wytężyła wzrok.
Wystarczyłoby tak niewiele.
Światło przechodzi przez rogówkę, soczewkę i inne struktury oka, załamuje się i skupia na siatkówce. Tam fotoreceptory zamieniają je na sygnały elektryczne, a nerw wzrokowy przesyła je do mózgu.
Wszystko to miało u niej miejsce. Wszystko funkcjonowało sprawnie. Nie było powodu, by nie widziała. A jednak mózg Wandy przestał przetwarzać sygnały i interpretować je jako obraz.
Uderzyła wnętrzem dłoni w skroń. Rozległo się głuche plaśnięcie.
- Głupi mózg! - syknęła. - Głupi.
Przymknęła powieki. Wzięła głęboki wdech i gwałtownie otworzyła oczy.
Ciemność. Nie wiedziała, na co liczyła. A jednak za każdym razem, gdy wstawał ranek, miała nadzieję, że go ujrzy.
"To psychogenna utrata wzroku" - wytłumaczyła jej lekarka po przeprowadzeniu licznych badań. "Utrata wzroku bez fizycznego uszkodzenia oczu na skutek traumatycznego wydarzenia, jakim był wypadek. Zaburzenie konwersyjne. Wie pani, co to znaczy?"
"Odwracalne" - wyszeptała i złapała się tego słowa jak koła ratunkowego.
- To tylko przejściowe - szepnęła teraz i wyciągnęła przed siebie dłoń.
Pod palcami wyczuła gładką jak lodowisko taflę. Powierzchnię, która odbijała jej twarz. Jej obraz. Ją całą. Bo przecież była, choć teraz wydawała się niewidoczna.
- To minie - przekonywała samą siebie. - Nie zniknęłaś. Wciąż jesteś.
Przesunęła palcami po lustrze, jakby w magiczny sposób mogła się narysować.
- Oczy, brwi, nos, usta - wyliczała, odtwarzając wszystko w pamięci. - Ciekawe, jak bardzo się zmieniłam. Jak bardzo zmieniłam się przez te dwa lata.
Ściągnęła palce, jakby mogła chwycić swoje odbicie, i uderzyła się tym niewidzialnym obrazem w pierś. Jakby mogła go w siebie wpoić. Jakby mogła go wdrukować w swój mózg.
- Dobra! - Klasnęła. - Koniec z mazgajeniem się. Trzeba wziąć się w garść. Przecież w każdej chwili to wszystko może się zmienić. W każdej najmniej spodziewanej chwili.
Rozciągnęła usta w sztucznym uśmiechu, a ciemność w lustrze powtórzyła jej minę.
Wanda wyszła z łazienki i ostrożnie zeszła schodami.
5
Policyjna taśma delikatnie drżała w podmuchach wiosennego wiatru. Fotograf nacisnął spust migawki. Błysnął flesz. Pochylił się i zrobił zdjęcia z bliska. Z lewego kąta, z prawego, na wprost. Oddalił się i powtórzył serię. Trochę to trwało. Najwyraźniej było co fotografować.
Mężczyzna stanął na palcach i wyciągnął szyję, jakby dzięki temu mógł dojrzeć, co jest za murkiem. Ale na nic się to zdało. Przecież wiedział, że z tej perspektywy i tak niczego nie zobaczy.
- Co się pan tak pcha! - rzuciła z pretensją stojąca obok kobieta. Miała krótkie czerwone włosy i pulchną twarz. - I tak nic nie widać - dodała, machając ręką. - Zresztą, co tu oglądać? To na pewno nie jest przyjemny widok - westchnęła i pociągnęła za smycz, na której trzymała niespokojnego teriera miniaturkę.
- Kobietę podobno znaleźli - odezwała się wysoka brunetka z długim wąskim nosem.
- Jakaś dziewczynka znalazła - uściślił starszy pan z wąsem. - Tam z mamą swoją stoi. Musiała się przerazić. - Pokręcił głową.
Mężczyzna powiódł spojrzeniem za dłonią staruszka. Faktycznie pod bramą Opery Leśnej stało jakieś dziecko. Przyklejone do nóg matki, wciskało w nie twarz. W ich stronę zmierzał młody policjant. Powiedział coś do kobiety, a potem ukucnął obok małej i wyciągnął ku niej dłoń. Dziewczynka skuliła się jeszcze bardziej.
- Skończyłem. - Mężczyzna usłyszał donośny głos fotografa i znów przeniósł wzrok na obszar oględzin.
Inaczej to sobie wyobrażał. Myślał, że na miejsce zjedzie cała trójmiejska policja. Będzie tysiąc radiowozów, helikoptery, kręcący się wszędzie funkcjonariusze. Koguty, broń, bramki, telewizja i tłumy gapiów. Tymczasem za marnym kawałkiem biało-niebieskiej taśmy stało raptem kilka osób. Na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżniali. Zwykli ludzie. Zwykli śledczy. Ale przecież nie znaleźli się tam przez przypadek. Każdy z nich ma na pewno tęgą głowę. Raczej do zabójstwa nie wysłano by pierwszych lepszych.
- Co tam się stało? - Obok niego stanął niski gość w okrągłych okularach. Pulchnymi palcami podrapał się po tłustawych włosach.
- Podobno trupa znaleźli - rzucił ktoś z tyłu.
- Dziewczynka znalazła.
- Kobietę. I to nagą.
Poniosły się anonimowe głosy. Grupa osób zbita tuż przy wyznaczającej teren taśmie policyjnej powoli gęstniała.
- Bezdomna jakaś?
- Chyba nie.
- Normalna kobieta. Młoda.
- Boże, co za tragedia - jęknęła starsza pani w beżowym wdzianku.
Mężczyzna spojrzał w jej kierunku. Na jej twarzy malowała się trwoga. Przyłożyła rękę do ust i pokręciła z niedowierzaniem głową. Poczuł zadowolenie, a jego wargi rozciągnęły się w uśmiechu.
- Głośno o tym będzie - zauważył tęgi, wąsaty brunet.
- Myśli pan? - zainteresował się mężczyzna.
- No. Bilski przy tym będzie robił, a jak on jest przy jakiejś sprawie, to zawsze jest medialna burza.
- A kto to jest Bilski? - Oczy mężczyzny zaiskrzyły.
- Ten tu, w czarnych dżinsach i ciężkich buciorach. - Wąsacz wskazał ciemnowłosego, postawnego śledczego, który rozmawiał z osobnikiem w długich włosach związanych w kitkę. - Prokurator. Taki, wie pan, nieustępliwy, ale i kontrowersyjny. Pracował przy tych wszystkich ostatnich zabójstwach. Przy tej dziewczynie bez ust, którą wyciągnęli z wody. Przy prostytutkach, które ktoś ponoć gwałcił. Co tam jeszcze było? - zastanowił się. - A, zabójstwo dziewczyny w oliwskim lesie. A ostatnio... No tak! Jeszcze ciało poćwiartowane, które znaleźli w śmietniku przy dworcu. I wszystkich sprawców udało mu się złapać, wyobraża pan sobie? Tyle spraw latami się ciągnie, a jak Bilski się za coś bierze, to nie ma zmiłuj.
- Mówi pan? - Mężczyzna wyciągnął szyję i uważnie przyjrzał się prokuratorowi. Ten wymienił kilka zdań z atrakcyjną brunetką o surowym wyrazie twarzy, która obdarzyła go chłodnym spojrzeniem. Jakby mieli ze sobą na pieńku. - Dość młodo wygląda... - stwierdził.
- Niee, teraz zgolił brodę, to jakoś odjęło mu lat, ale jest po czterdziestce. Zresztą, ci z młodszego pokolenia to teraz spryciarze. Lepsi niż stare wygi, którym się wydaje, że wszystkie rozumy pozjadali, a tak naprawdę nic o współczesnym świecie nie wiedzą. A Bilski to ma łeb! - Wąsacz zrobił minę pełną uznania. - Rzadko mu się ktoś wywinie.
- Bo sprawcy to zazwyczaj leszcze. Nie potrafią po sobie śladów zacierać - prychnął mężczyzna. - Zabijać to trzeba umieć, jak to się mówi.
- Może. Ale Bilski z jakimiś takimi ekspertami współpracuje, co to nawet z pyłków roślin potrafią czytać. Mówiłem, lubi stosować dość kontrowersyjne metody. A pismakom w to graj.
- No proszę. To będzie ciekawie - mruknął mężczyzna, przechylając głowę. - Będzie ciekawie... - powtórzył pod nosem. - A pan to skąd tyle o nim wie?
- A lubię wiedzieć, co się w Trójmieście dzieje. Śledzę, czytam, normalnie. Na emeryturze jestem, to i czas mam. No i kryminalistyką się trochę interesuję. Lubię takie krwawe historie. - Wąsaty zaśmiał się, lekko zakłopotany.
- To tak jak ja. - Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.
- A! No i o wilku mowa - ucieszył się wąsaty, bo na drodze pojawił się wóz transmisyjny "Dziennika Trójmiejskiego". Po chwili wysiedli z niego dwaj mężczyźni i długonoga blondynka, która jednym spojrzeniem oceniła sytuację i szybkim krokiem podeszła do funkcjonariusza pilnującego taśmy.
- Ciekawe, kim jest ofiara - zamyślił się wąsaty.
- Tak czy siak, na pewno sobie na to zasłużyła - rzucił chłopak w bejsbolowej czapce.
Musiał dopiero co obok nich stanąć, bo wcześniej mężczyzna nie zwrócił na niego uwagi.
- Co pan mówi! No jak tak można! - oburzyła się kobieta w beżowym.
- Oj, dobra, dobra, tak mi się powiedziało. Ale wie pani, każdy facet ma swoją wytrzymałość.
- No nóż mi się w kieszeni otwiera!
- Ooo, nóż, pani mówi? Mam wołać policję?
Głosy i szepty wokół przybierały na sile.
- Coś pan sugeruje? - obruszyła się kobieta.
- Ja? Nic. To pani podobno ma nóż, a tu dziewczynie ktoś szyję podciął.
- Nikt jej nie podciął szyi - odezwał się mężczyzna spokojnym głosem. - To był postrzał.
Wszyscy popatrzyli po sobie i zaczęli mówić naraz.
- Jaki postrzał?
- Że z pistoletu?
- Co on mówi?
- Że ktoś tę kobietę zastrzelił.
- A skąd pan to wie?
Nagle zrobiło się zupełnie cicho. Zdał sobie sprawę, że wszystkie oczy skierowały się na niego.
- Dziewczynka tak ponoć powiedziała. - Wskazał dziecko stojące pod bramą.
Wciąż kucali przy niej policjant i matka. Ten pierwszy coś do niej powiedział, na co mała skinęła głową, uklękła i zaczęła rozwiązywać sznurówki Adidasa. Następnie stanęła chwiejnie, palcami jednej stopy w skarpetce dotykając ziemi, i podała but funkcjonariuszowi.
Wszyscy przez chwilę patrzyli w tamtym kierunku.
- Biedna mała.
- Nooo, trauma na całe życie pewnie.
- Oj, długo nie będzie spała po nocach.
- Mówi pan, że tę kobietę ktoś zastrzelił?
Oczy zebranych znów zwróciły się ku mężczyźnie, który zacisnął usta i pokiwał głową.
- Zastrzelił - potwierdził.
- To pewnie mafia jakaś.
- To nie lata dziewięćdziesiąte. W Trójmieście żadnej mafii nie ma.
- Jak nie ma, jak jest! Mafia była i będzie! Panie, my tu porty mamy, przemyty nie przemyty, przestępczość się szerzy na całego! Mafii nie ma, też coś!
- Jest czy nie ma, ale na ulicy już się nikt nie strzela jak kiedyś.
- A jak widać, jednak się strzela.
- Przecież nie wiadomo, kto strzelał. To wcale nie musiała być mafia.
- Zapewniam was, że nie mafia - powiedział pewnym siebie głosem mężczyzna.
- Eee, co tam pan może wiedzieć. - Kobieta ze smyczą machnęła ręką. - Wszyscy najmądrzejsi - sapnęła pod nosem. - Chodź, Maksiu, idziemy, bo szkoda życia. - Pociągnęła psa i zrobiła miejsce w szpalerze ludzi, które natychmiast zostało zapełnione.
Mężczyzna też cofnął się o krok, zwalniając swój punkt obserwacyjny. Ptaki prześcigały się w śpiewach, po bezchmurnym niebie coraz wyżej wspinało się słońce. Lubił wiosnę. Lubił, gdy wszystko budziło się do życia, gdy zaczynało kolejny cykl, nieuchronnie prowadzący do śmierci. Wszystko ma swój początek i koniec i nie ma o co kopii kruszyć.
Przesunął się jeszcze na skraj i spojrzał w stronę dziewczynki. Ta wsiadła na rower i wraz z mamą zaczęła zjeżdżać chodnikiem w ich stronę. Przejeżdżając obok miejsca oględzin, odwróciła głowę w przeciwnym kierunku i wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Była taka mała, niewinna. Nie planował, że to właśnie ktoś taki trafi na ten widok. "Czy będzie nosić go w głowie już na zawsze?", zastanowił się. "Tak. Pewnie tak", odpowiedział sam sobie. Takich rzeczy nigdy się nie zapomina.
Wykrzywił usta jakby w niezdarnym uśmiechu, a oczy dziewczynki zrobiły się wielkie jak spodki. Czy coś w nim zobaczyła? Czy dostrzegła, że zostali tak samo naznaczeni?
Dziewczynka go minęła, ale do ostatniej chwili jej głowa była zwrócona w jego stronę. Ich spojrzenia przecięły się w metafizyczny sposób, tego był pewien. Wreszcie rowery zniknęły za zakrętem, a nieznajomy zakręcił się na pięcie i zaczął iść w dół wijącej się ulicy Moniuszki. W końcu gwar ucichł. Słychać było tylko ciche pogwizdywanie mężczyzny.
6
Włączyła wzmacniacz. Rozległo się ciche buczenie głośników, a potem mieszkanie wypełnił głos Franka Sinatry. Aksamitny baryton. Tak charakterystyczny, że trudno było go nie rozpoznać.
Over and over, I keep going over the world we knew1
Ramiona Wandy same zaczęły się kołysać. Perkusja, trąbki, puzony, saksofony. Kochała ten bigbandowy flow. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... Rytmicznym krokiem przeszła do wyspy kuchennej.
Wsadziła kapsułkę do ekspresu i po chwili po pomieszczeniu rozniósł się aromat kawy. Ostrożnie sięgnęła po kubek i zbliżyła go do nosa. Nuta kakao i ciemnej czekolady. Delikatna woń wanilii. Przysunęła wargi do krawędzi i delikatnie upiła. Gorący napój rozlał się w jej ustach i spłynął do przełyku. Wymacała czekające na nią na talerzyku ciastko z nadzieniem kajmakowym. Ugryzła, a okruszki posypały jej się po brodzie. Koniuszkiem języka przejechała po górnej wardze, zbierając z ust lepiącą słodycz. Upiła kawy.
And every bright neon sign turned into stars
And the sun and the moon seemed to be ours
Kołysała się, delektując smakiem. Czy kiedykolwiek wcześniej był aż tak intensywny? Być może, ale nigdy nie chciała poświęcić choćby minuty, by przystanąć i tak prawdziwie się w niego zagłębić. Kiedyś zawsze pędziła. Teraz przestała. W końcu trudno jest biec na oślep.
"Zyskałaś czas" - przekonywał ją Marek. "Nie każdy dostaje od życia coś tak wartościowego". Nawrzeszczała wtedy na niego. Wykrzyczała, że może zabierać sobie ten pierdolony czas, a w zamian oddać jej swój wzrok. Ale po dwóch latach zaczynała rozumieć, co mąż miał wtedy na myśli. Może nie sformułował tego zbyt subtelnie i generalnie nie był to dobry moment na takie konstatacje, jednak było w tym coś prawdziwego. Gdy się coś traci, zyskuje się coś innego. Świat zawsze dąży do równowagi. Energia nigdy nie ginie, jedynie zmienia postać. Przecież o tym mówi najważniejsza zasada fizyki! I właśnie o tym miał być jej doktorat.
Wiedziała, że pisanie doktoratu właśnie teraz było szaleństwem. Ale zasadniczo tylko to utrzymywało ją przy życiu. Miała przecież odpoczywać, a każdy odpoczywa, jak lubi. Gdy zanurzała się w świat nauki, choć na trochę przestawała się zadręczać. Zaczynała patrzeć na swoją sytuację z zupełnie innej perspektywy. Bo to właśnie utrata wzroku zainspirowała ją, by zastanowić się nad pracą umysłu, ale w sposób innowacyjny i budzący w środowisku kontrowersje. Wanda w swojej dysertacji chciała pogodzić dwie pasje - psychiatrię, z której zrobiła magisterkę, i fizykę, stanowiącą rodzinną tradycję zawodową. Wyszła od tego, jak bardzo zmienił się jej świat, gdy straciła wzrok. Zauważyła, że granice jej mapy mentalnej się przesunęły i że zaczęła się ona projektować od nowa. To zaś nasunęło jej myśl, że tylko się nam wydaje, że mamy niezakłócony dostęp do świata zewnętrznego. Tak naprawdę każdy żyje we własnym, kreowanym przez siebie uniwersum. Wszystko, czego doświadczamy - to, co widzimy, albo to, co czujemy - jest jedynie halucynacją produkowaną w każdej sekundzie przez nasz mózg.
Oczywiście nie były to tylko jej fantazje. W swojej pracy chciała bowiem połączyć dwie ścierające się teorie naukowe - teorię przetwarzania predykcyjnego i teorię zintegrowanej informacji. Wyrastały z różnych dziedzin, ale miały ze sobą też coś wspólnego. Obie opierały się na podobnych zasadach, wychodząc poza specyfikę ludzkiej biologii i przyjmując, że mózg stanowi jedyną w swoim rodzaju sieć neuronową, rozwijającą się i usztywniającą stosownie do naszego przewidywania rzeczywistości.
Wanda odstawiła pusty kubek na blat i zdała sobie sprawę, że skończyła ciastko, które przez jej nieuwagę znów utraciło swój bogaty smak. Kolejny dowód na to, że kwintesencja smaku ciastka nie jest zawarta w samym ciastku, ale w jej mózgu - a ściślej - w korze wyspy. Każdy ma swój smak. Jakkolwiek kucharze by się wysilali, ich potrawa nigdy nie będzie smakowała dla każdego tak samo.
Wanda zdała sobie sprawę, że płyta Sinatry się skończyła i Spotify odtwarza teraz jakiś nieznany jej utwór. Na jego tle rozległo się brzęczenie dzwoneczka. Najpierw ciche i odległe, a potem coraz głośniejsze i bliższe. Po chwili coś otarło się o jej nogę i miauknęło.
- Fuksja. - Kobieta przyklękła, miękko wypowiadając imię kotki. Wtuliła palce w jej sierść i delikatnie przejechała dłonią po grzbiecie zwierzęcia. - Ty też pospałaś, co? Pewnie chcesz jeść?
- Miau - odpowiedziała kotka.
- Miau - powtórzyła za nią porozumiewawczo Wanda.
Wstała, otworzyła szafkę i wyjęła z niej saszetkę, której zawartość przełożyła do miseczki. Kotka zaczęła charakterystycznie przeżuwać, a ona przeszła do stojącej pod oknem tarasowym sofy. Otworzyła laptopa, głęboko odetchnęła wiosennym powietrzem sączącym się przez uchylone okno i zaczęła dyktować:
- Mózg człowieka to narząd niezwykły. Tworzy fantazje, które w najprostszy z możliwych sposobów mają wyjaśniać odczuwane wrażenia zmysłowe. Mózg nie jest dyrygentem wskazującym z góry przewidziane nuty. Mózg jest marzycielem.