I
Pączków było sześć - dwa z różą, dwa z kremem waniliowym i dwa z masą czekoladową.
Owinięta w biały papier paczuszka kołysała się zawadiacko w rytm kroków Marty. Od strony Wisły snuły się listopadowe mgły, przyćmiewając żółte światło latarni i rozmazując kontury obdartych z liści drzew oraz obłażących z tynku kamienic. Po chodniku przemknęła czasem jakaś samotna postać, otulona szarym tumanem jak wilgotną peleryną.
Ale Marta nie dawała się jesieni, brzydkiej pogodzie ani nostalgii. Od lat starała się, by czynniki zewnętrzne - taka na przykład szaruga - nie miały wpływu na stan jej ducha. Jeśli nawet przejściowo w jej sercu panowała jesień, Marta dbała, by była to jesień złota i purpurowa, wysycona barwami, słodka i jeszcze trochę rozleniwiona od letnich upałów. Tak się chciała czuć, taką aurę wokół siebie roztaczała i tak też wyglądała: jak dojrzały i smakowity owoc - wysoka, rumiana, brązowooka, z gęstą falą ciemnych włosów spływających na ramiona. Włosów skręconych teraz mocno od wilgoci, gdyż czapki, jak zwykle, nie wzięła.
Poświstując pod nosem The Entertainer Scotta Joplina, maszerowała przez ciemną i zimną ulicę. Nawet nieudana randka w Galerii Kazimierz, poprzedzona jeszcze bardziej nieudaną wizytą w domu rodzicielskim, nie była w stanie zepsuć jej humoru. Osłaniając się bezskutecznie kolorowym parasolem przed wszędobylską mgłą przechodzącą w mżawkę i ściskając pod szyją kołnierz trochę przyciasnego płaszcza, snuła plany na wieczór.
Wróci do swojego przytulnego mieszkanka w śmierdzącej kotami, starej kamienicy. Zrobi sobie gorącej herbaty z imbirem, umości się pod kocem w wiklinowym fotelu, weźmie z półki jedną ze swoich niezawodnych powieści na chandrę i czytając ją, zje sobie pączka. Może nawet dwa. Resztę zostawi na jutro, na poniedziałkowy poranek, który z całą pewnością nie będzie radośniejszy od niedzielnego popołudnia oraz wieczoru...
Skręciła w Starowiślną i już po chwili dotarła do mrocznej gęstwiny krzaków porastających podwórko. Takich skrawków zieleni nie było tu wiele - może dwa lub trzy wśród zwartej zabudowy ulicy, dającej z jednej strony widok na kościół Mariacki, z drugiej zaś zakończonej mostem Powstańców Śląskich, prowadzącym przez Wisłę do Podgórza. Marta mieszkała w dawnej willi, po wojnie przeznaczonej na mieszkania kwaterunkowe, położonej w dawnym ogrodzie, który z biegiem lat zamienił się w zapuszczone, brudne podwórko. Zawsze o tej porze - a o innej raczej nie wracała do domu - czuła się tu nieswojo. Wmawiała sobie, że to centrum miasta, że przecznicę dalej mieści się komisariat policji i że dzisiejszy Kazimierz w niczym już nie przypomina zaniedbanej i niebezpiecznej dzielnicy Krakowa sprzed trzydziestu lat. Mimo całego tego racjonalnego rozumowania na zarośnięty skrawek ziemi przed domem wkraczała na ugiętych nogach, w każdej chwili gotowa do ucieczki, a bramę otwierała, spoglądając za siebie, by sprawdzić, czy ktoś się za nią nie czai.
Tym razem jednak nawet nie zdążyła wyciągnąć klucza z torebki, gdy gdzieś z boku rozległo się donośne kichnięcie. Marta podskoczyła w miejscu, upuściła paczkę z pączkami i odruchowo zasłoniła się parasolem, zakończonym długim, ostrym szpikulcem. Jednocześnie próbowała przeniknąć wzrokiem mrok. Mgła, godna filmu Hitchcocka, nie ułatwiała jej zadania. Okna w kamienicy były całkiem ciemne lub zasłonięte grubymi kotarami, trochę światła rzucały jedynie latarnie ze Starowiślnej.
- Kto tam jest?! - zawołała w stronę trzepaka i śmietników ustawionych za zasłoną krzaków. Odpowiedziało jej tylko głośne smarknięcie.
Trzęsącymi się rękami wyjęła klucze i spróbowała szybko otworzyć bramę, za którą poczułaby się bezpieczniej. Ponieważ jednak przez cały czas zerkała do tyłu, nie mogła trafić do dziurki od klucza. Tymczasem krzaki zaszeleściły, zakołysały się na wszystkie strony, po czym - gdy Marcie serce podeszło już do gardła - z chaszczy wychynęła niewielka postać.
- To ja - rozległ się schrypnięty, zakatarzony głos, którego można by się było przestraszyć, gdyby nie mikry rozmiar jego właściciela. Przed Martą stał chłopczyk może sześcioletni, w którym rozpoznała sąsiada z parteru.
- Ufff... - Aż stęknęła z ulgi. - Ale mi stracha napędziłeś, mały!
Podniosła z ziemi swoje pączki i zdecydowanie wsadziła klucz do zamka.
- Co ci do głowy strzeliło chować się w krzakach po nocy? - zagadnęła.
- Ja się nie chowam, tylko czekam. Co tam masz? - zainteresował się pakunkiem. Mówił przez nos tak niewyraźnie, że musiała się starać, żeby go zrozumieć. - Ciastka? Daj jedno...
- Ha! Chciałbyś - burknęła, otwierając ciężkie drzwi i stając w progu. - Wracaj do domu, bo się tu zaziębisz! Już zresztą jesteś zaziębiony! No, wchodzisz czy nie?
- Kiedy i tak nie mam klucza do domu - powiedział dzieciak przez zatkany nos, wzruszając ramionami i odwracając się na pięcie. - Wolę zaczekać na trzepaku, aż mama wróci...
- No to cześć! - powiedziała Marta lekko, wkraczając w ciemne, trochę stęchłe wnętrze korytarza. Nikt jej już nie odpowiedział. Mały zniknął w gęstwinie bezlistnych gałęzi.
Jesienna aura i snujące się po ulicy smuteczki, pomimo wszystkich mechanizmów obronnych, jakie Marta od lat w sobie kształtowała, zdołały jednak w jakiś sposób przeniknąć do jej serca. Wchodząc na piętro i stając przy drzwiach, które skrywały przed światem jej bezpieczną przystań oraz wszystkie zaplanowane na wieczór przyjemności, nagle poczuła się fatalnie. Zniknął gdzieś optymizm, który umiejętnie podsycała w sobie przez całą drogę z galerii do domu. Myśli jej wróciły na wilgotne i zimne podwórko, do tego odzianego w lekką kurteczkę dzieciaka. "Co smarkacz robi o tej porze - dwie godziny po dobranocce - na ulicy?! Kto zostawia dziecko samo tak późno i w taką pogodę? Czy jego matka w ogóle nie ma wyobraźni?"
Z westchnieniem wsadziła klucze z powrotem do torebki, odstawiła do kąta swój wielki, przypominający rajskiego ptaka parasol i ściskając w dłoni pakunek z pączkami, ruszyła z powrotem na dół.
- Mały? - powiedziała cicho, próbując przeniknąć wzrokiem mroczną gęstwinę podwórka. - Mały, jesteś tu?
- Huhuhuhuuuu! - zawołało coś głosem puszczyka, a Marta znowu podskoczyła ze strachu. Przedarła się przez mokre badyle, które na wiosnę stroiły się w soczyste, pachnące kiście bzu, i stanęła przed trzepakiem. Chłopca ani śladu.
- Hej! Gdzie jesteś?
Ktoś bardzo blisko pociągnął nosem. Marta podniosła głowę i wtedy go zobaczyła. Dzieciak wisiał na górnej poprzeczce trzepaka, zaczepiony tylko nogami, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i zamkniętymi oczami.
- O matko... - jęknęła. - Co ty tam robisz? Uważaj, bo spadniesz!
- Jestem nietoperzem - odpowiedział chłopiec, odmykając jedno oko i lekko się rozhuśtując. - Dzisiaj będę tak spał!
- Chyba zwariowałeś! - Marta się zdenerwowała. Na wszelki wypadek porzuciła swoje pączki i złapała smarkacza za ramiona. - No, złaź już, tylko ostrożnie, bo ciężki jesteś i jakby co, to cię nie utrzymam...
- Chciałem być sową, ale nie znalazłem żadnej dziupli - oświadczył mały. - Więc będę nietoperzem. Nie schodzę, będę tu dzisiaj spał.
- Słuchaj, przestań się wygłupiać, jest późno i twoja mama pewnie się niepokoi! - Marta się zniecierpliwiła. Zaczynały ją już boleć wyciągnięte do góry ręce. Gimnastyka nigdy nie była jej ulubionym zajęciem. - Chodź, odprowadzę cię do domu.
- W domu nie ma nikogo - poinformował ją chłopiec, wymykając się z jej uścisku. - Jak mama wróci, to mnie tu znajdzie.
- Przecież ty nie jesteś nietoperzem! Jak zaśniesz, spadniesz i skręcisz sobie kark! - zawołała Marta w rozpaczy, po czym dodała w jakimś dziwnym natchnieniu: - A poza tym nietoperze śpią w dzień, a w nocy latają i polują! Więc złaź, to ci pozwolę upolować pączka!
Na te słowa chłopiec zwinnie jak małpka odplątał nogi z trzepaka, zawisł na rękach i wreszcie z dużej wysokości zeskoczył na ziemię. Stanął przed nią w wyczekującej pozycji.
- Dobra - powiedziała z ulgą Marta. Jej zaplanowany milutki wieczór z książką i ciastkami znowu nabrał realnych kształtów. - Chodź, sprawdzimy, czy twoja mama nie czeka czasem w domu.
- Pączek! - powiedział chłopiec, nie ruszając się z miejsca i wyciągając przed siebie wyprężoną dłoń.
- Co proszę?
- Pączek! - powtórzył, wskazując ruchem brody białą paczuszkę leżącą przy trzepaku. - Powiedziałaś, że dasz mi pączka!
- Czekaj, czekaj! - zawołała Marta, chwytając cenny pakunek i przytulając go do piersi. - Przecież nie będziesz jadł tutaj, na polu, i to brudnymi łapami!
- Czemu nie?! - Mały skrzywił się płaczliwie, ale nie cofnął ręki. - Jestem głodny, nie jadłem dziś kolacji!
- Chodź, pójdziemy do ciebie do domu i tam dostaniesz pączka! - zarządziła Marta.
- Nawet jak nikogo nie będzie? - upewnił się, skręcając w stronę bramy.
- Nawet.
Pięć minut dzwonienia, a potem dobijania się do drewnianych, pomalowanych olejną farbą drzwi nie przyniosło żadnego rezultatu. Mały stał w tym czasie cierpliwie pod ścianą, pożerając wzrokiem pakunek z pączkami. Kiedy Marta ruszyła wreszcie do drzwi sąsiadów, żeby się dowiedzieć czegoś na temat jego matki, odezwał się:
- Pani Jadzi też nie ma w domu. Pojechała wczoraj do szpitala, bo sikała krwią.
Marta przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa, trawiąc podaną informację. Z powodu zatkanego nosa mówił tak niewyraźnie, że nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. Wreszcie ocknęła się z osłupienia i zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy:
- A ty skąd o tym wiesz?!
- Słyszałem, jak pani Kwiatkowska mówiła do jednej pani w warzywniaku. Tam teraz sprzedaje ten Józek z wąsami, syn pani Jadzi. Znaczy się nie prawdziwy syn, tylko przywra... wywra... wybrany!
- Przybrany. - Marta spojrzała uważnie na dziecko dysponujące tak rozległą wiedzą na temat sąsiadów, których twarze ona ledwo kojarzyła. Owszem, znała Józka z wąsami. Właśnie z jego powodu omijała warzywniak szerokim łukiem, gdyż podając jej kiszoną kapustę, kilo ziemniaków i pęczek koperku, zawsze zdążył obdarzyć ją taką porcją lepkich spojrzeń i uśmiechów, że zwykle odechciewało jej się potem jeść. Stopień jego pokrewieństwa z właścicielką budki, panią Jadzią, był jej jednak nieznany i obojętny.
- A co tam robiłeś, w tym warzywniaku? - dopytywała, ruszając schodami na piętro z zamiarem odnalezienia w kamienicy jakichś ludzi.
- Poszedłem do pani Jadzi - objaśnił chłopczyk grzecznie, nie spuszczając głodnego wzroku z torby z pączkami. - Ona daje mi czasem drożdżówkę... Ale wczoraj jej nie było, tylko ten Józek. Od niego nigdy nic nie dostałem, chytrus jeden! Pani Jadzia jest w szpitalu, bo si...
- Dobra, dobra, wiem już! - przerwała mu Marta, która miała żywą wyobraźnię i nie znosiła naturalistycznych opisów, szczególnie kiedy dotyczyły fizjologii. - Zaraz zapytam innych sąsiadów, co się dzieje z twoją mamą...
- Nie tu! - zawołał chłopczyk, ale było już za późno. Marta zadzwoniła właśnie do drzwi z nazwiskiem Kwiatkowska.
- Kto tam?! - Prawie natychmiast odezwał się ostry głos, tak jakby jego właścicielka już od pewnego czasu stała na czatach przy wizjerze.
- Eeee... Marta Michalik... Chciałam się dowiedzieć czegoś o rodzicach tego chłopca, bo biega sam po podwórku o tej porze, a w mieszkaniu nikogo nie ma...
- Chwila! - Ostry głos zamilkł, ale dało się słyszeć zgrzytanie i chrobotanie licznych zamków oraz zasuw. Wreszcie z przejmującym skrzypieniem drzwi nieco się uchyliły i w szparze ukazał się gruby łańcuch oraz zawieszone nad nim w ciemności czujne czarne oko.
Oko zlustrowało ich uważnie, po czym znowu włączył się pełen antypatii głos:
- Aha! To pani!
Marta przełknęła ślinę. Ona również nie pałała miłością do sąsiadki, której skarga - jak Marta w głębi ducha podejrzewała - była przyczyną policyjnego nalotu na jej urodzinową imprezę w zeszłym roku.
- Ehm... Dobry wieczór - powiedziała, usiłując przeniknąć wzrokiem ciemność za drzwiami. - Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze, ale zaniepokoiłam się o to dziecko...
- Dziecko? Dziecko?! - uniosła się gniewem starsza kobieta. - To jest... to jest... Że go jeszcze matce nie odebrali, to jest cud boski! Szwenda się toto całymi dniami, a okazuje się, że po nocy również! To skandal! Z tym trzeba zrobić porządek!
Kwiatkowska pieniła się za drzwiami. Marta czuła, że robi jej się niedobrze, a wizja miłego i spokojnego wieczoru rozpływa się w niebyt.
- Chodź, chodź już stąd! - szepnął mały, ciągnąc ją za rękaw w stronę schodów. - Nie słuchaj jej!
Marta jednak, skoro już udało się jej odnaleźć żywego ducha w tej wymarłej kamienicy, postanowiła się czegoś o chłopcu dowiedzieć.
- Nie wie pani, gdzie może być jego matka?
- Gdzie?! A pod mostem pewnie, naćpana albo pijana! - wrzasnęła sąsiadka, skrzypiąc drzwiami i podzwaniając łańcuchem. - I dobrze, bo jak jest w domu, to co się tu wyprawia! Bezeceństwa! Pijatyki, bijatyki i rozpusta! I zawsze wiedzą, kiedy się uciszyć, jak policja przyjeżdża... W zmowie są, pani, w zmowie z policją, jedna banda!
- Chodź już! - krzyknęło dziecko cienkim, złamanym chrypą głosikiem. Chwyciło Martę za rękę i zaczęło odciągać ją od uchylonych drzwi. - Chodź już, nie słuchaj jej!
- No dobrze, dobrze... Ale co ja mam z nim zrobić? Gdzie go odprowadzić? - Marta cofała się w stronę schodów, ciągnięta przez dzieciaka. Powiedziała to bardziej do siebie niż do zasłoniętej drzwiami kobiety, ale pani Kwiatkowska uznała za stosowne odpowiedzieć na pytanie:
- Na policję niech go pani odda! Niech się oni martwią! Niech wiedzą, co to za jedna tutaj mieszka! - Jej ostry głos niósł się po korytarzu nawet, kiedy Marta była już z małym na dole. - Zawsze mówiłam pani Jadzi, żeby go na policję oddała! Kto to widział, takie rzeczy ukrywać! Chronić ją jeszcze, lafiryndę!
Dopiero na podwórku, w wilgotnym wieczornym powietrzu, Marta zdołała trochę ochłonąć. Nawet nie zauważyła, kiedy mały wyciągnął ją na zewnątrz. Spojrzała w dół na drobną figurkę i zauważyła, że twarz dziecka jest cała mokra. Może to zresztą była tylko mżawka. Mgła zaczęła się skraplać i zamieniła się w drobny, lodowaty deszcz.
- No i co robimy? - zapytała bezradnie, czując w piersi dziwny skurcz. Kucnęła przy chłopcu i wzięła go za rękę.
- Miałaś dać mi pączka! - oświadczył, wycierając oczy i nos rękawem. A więc jednak płakał, mały twardziel. - Widzisz już, że nikogo nie ma w domu. Daj mi pączka, zjem tutaj!
- Nie, tu nie będziesz jadł. To niekulturalnie i niehigienicznie - pouczyła go Marta, podejmując jednocześnie decyzję. - Pójdziemy do mnie, zrobię nam ciepłej herbaty i zjemy sobie pączki razem. A wcześniej umyjemy ręce. Zgoda?
Mały przez chwilę mierzył ją uważnym spojrzeniem.
- Ale nie oddasz mnie na policję? - dopytał nieufnie, cofając się o krok i chowając za siebie obie ręce. Broda mu się trochę trzęsła.
- No coś ty! - zawołała, siląc się na uśmiech. - Oni są tak zajęci łapaniem groźnych bandytów, że na pewno nie mają czasu na zajmowanie się małym chłopcem, który w dodatku nic złego nie zrobił! Nie, nie będziemy policji zawracać głowy! Zostawimy tylko twojej mamie kartkę w drzwiach, że jesteś u mnie, i pójdziemy sobie na pączki. Mieszkam pod piątką...
- Wiem. - Dzieciak pociągnął nosem, w którym obficie zabulgotało. Marta przymknęła na chwilę oczy, głęboko odetchnęła, po czym sięgnęła do torebki i wyjęła paczkę chusteczek higienicznych. Po wykonaniu niezbędnych czynności, z rękami pełnymi zużytej ligniny, odruchowo zerknęła w kierunku kamienicy. Pani Kwiatkowska, wychylona z otwartego okna niczym stary relief na odrapanym murze, lustrowała ich wścibskim spojrzeniem. Marta przez chwilę miała ochotę pokazać jej środkowy palec, jednak się opanowała.
- Idziemy stąd! - zarządziła, chwytając swój przybrudzony i wymiętoszony pakunek z pączkami. - Jestem głodna jak wilk! Czas na kolację...
Urwała, gdy tylko odwróciła się w stronę chłopca, żeby wziąć go za rękę. Mały stał z zadartą głową, rozczapierzonymi palcami naciągał skórę przy oczach oraz kąciki warg w paskudnym grymasie, a okazały jęzor - wystawiony w stronę okna na piętrze - zwisał mu aż na brodę.
- Stara czarownica! - wychrypiał, gdy tylko udało mu się przywrócić twarz do normalnego stanu. Być może sąsiadka nie zdążyła już usłyszeć tych słów, gdyż Marta gwałtownie wciągnęła chłopca w czeluść korytarza.