Kolor róż. Saga dworska. Tom 2 - Krystyna Mirek

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Prze­kwi­tła, prze­ro­sła już w le­sie ja­goda! Któ­rędy, któ­rędy, gdzie ta panna młoda?!

Ja­sne po­wie­trze sło­necz­nego wrze­śnio­wego po­ranka roz­darł za­chryp­nięty głos we­sel­nego drużby, który świę­to­wał już od ty­go­dnia i naj­wy­raź­niej co­raz go­rzej to zno­sił. Ku za­sko­cze­niu Ju­lianny ze­brani go­ście nie spoj­rzeli w stronę dziew­czyny w bieli sto­ją­cej wła­śnie w progu domu, lecz na nią.

Nie był to życz­liwy wzrok. Ra­czej su­ge­ru­jący, że każdy dawno już zna ro­dzinną ta­jem­nicę Łąc­kich i chce się po­chwa­lić, że udało mu się ją od­gad­nąć. Ju­lianna po­czuła się osa­czona. Wcale nie prze­kwi­tła jesz­cze ani tym bar­dziej nie prze­ro­sła. Skoń­czyła do­piero osiem­na­ście lat. Tym­cza­sem grube baby w chust­kach na gło­wach i kwie­ci­stych od­święt­nych spód­ni­cach pa­trzyły na nią, jakby pil­nie po­trze­bo­wała współ­czu­cia.

Bez po­tę­pie­nia, na to była zbyt lu­biana, ale z wy­raźną dozą li­to­ści.

Ju­lianna od­ru­chowo cof­nęła się o krok, żeby się scho­wać za ple­cami ojca i na­dep­nęła na nogę Do­mi­ni­kowi, temu dziw­nemu pa­rob­kowi, który od wielu ty­go­dni miesz­kał w ich domu i mno­żył tylko za­gadki. Nikt nie wie­dział, kim na­prawdę jest.

- Prze­pra­szam - wy­szep­tała.

- Nie szko­dzi - od­burk­nął. Zero grzecz­nej usłuż­no­ści, po­kory wła­ści­wej służ­bie.

Od rana był wy­raź­nie zły. To też sta­no­wiło pewną no­wość dla ca­łej ro­dziny. Nikt do­tąd nie przy­wykł przej­mo­wać się na­stro­jami pa­rob­ków, wy­ko­ny­wali po­le­ce­nia i tyle. Ale Do­mi­nik do­bit­nie po­tra­fił dać do zro­zu­mie­nia, że jest wście­kły, bo ka­zano mu być woź­nicą na we­selu. I nie za­mie­rzał ukry­wać swo­ich emo­cji.

- Chyba słowo "prze­pra­szam" ci się na­leży - po­wie­działa zde­ner­wo­wana Ju­lianna. Ob­ser­wo­wała go od ty­go­dni i nie­stety wciąż miała wię­cej py­tań niż od­po­wie­dzi. Co­raz bar­dziej ją cie­ka­wił. - Czemu je­steś taki zły?- za­py­tała już spo­koj­niej. - We­sele to ra­do­sna uro­czy­stość. Cała ro­dzina Jac­kow­skich świę­tuje. Wy­dali ku­zynkę za mąż w re­kor­do­wym tem­pie. Nie brak­nie mię­siwa, po­leje się wódka i mają po­dać ich naj­lep­szą struclę droż­dżową. Dwa­na­ście ku­cha­rek pie­kło. - Spoj­rzała na niego, ale nie wy­glą­dał na spe­cjal­nie oszo­ło­mio­nego tymi no­wi­nami. - Służba też bę­dzie do­brze się ba­wić - do­dała. - Do­sta­nie­cie je­dze­nie, na­pitki. Ciesz się, że nikt na cie­bie nie pa­trzy - za­koń­czyła wresz­cie, bo to było do­prawdy mocno de­ner­wu­jące, że do tego stop­nia nic go nie ru­szało.

- Nie je­stem tego taki pe­wien - od­po­wie­dział Do­mi­nik, nie zmie­nia­jąc swo­jego po­nu­rego wy­razu twa­rzy.

Fak­tycz­nie, miał tro­chę ra­cji. Ju­lianna pod­nio­sła wzrok i ro­zej­rzała się wo­kół. Zo­ba­czyła, że znów jest ob­ser­wo­wana o wiele in­ten­syw­niej niż para młoda. Za­wsze to główna atrak­cja. Ale ta szybko się opa­trzyła. Śliczna dziew­czyna w od­święt­nej sukni i jej bar­dzo prze­jęty przy­szły mał­żo­nek w sur­du­cie le­dwo się do­pi­na­ją­cym na okrą­głym brzu­chu. Aniela zro­biła do­brą par­tię. Ma­ślarz był je­dy­na­kiem i też spra­wiał wra­że­nie uszczę­śli­wio­nego, że mu się tra­fiła taka śliczna panna.

Ale nie byli naj­waż­niejsi na swoim we­selu.

Go­ście zwie­trzyli główną sen­sa­cję gdzie in­dziej.

Pa­nienka z dworu na Za­sła­wiu na we­sele przy­je­chała sama. Wciąż bez na­rze­czo­nego. Tylko oj­ciec jej to­wa­rzy­szył. Na do­da­tek dziew­czyna gada z pa­rob­kiem jak z rów­nym so­bie, a czas mija. Ze­gar nie­ubła­ga­nie od­mie­rza se­kundy do mo­mentu, kiedy czas i kon­we­nanse wy­zna­czą osta­teczną gra­nicę i dla Ju­lianny na­sta­nie ko­niec.

Zo­sta­nie starą panną. Naj­gor­szy los i nie ma zna­cze­nia, czy to w chłop­skiej cha­cie, czy we dwo­rze. Ko­bieta ni­czyja, ta, któ­rej nikt nie wy­brał, nie jest sza­no­wana ni­g­dzie.

Ju­lianna zda­wała się zu­peł­nie tego nie ro­zu­mieć, choć ucho­dziła za wy­jąt­kowo mą­drą pa­nienkę.

Tak było w rze­czy­wi­sto­ści. Nie zga­dzała się z tym.

Dla­czego oni tak się mną in­te­re­sują? - za­częła się za­sta­na­wiać. Pa­nien na wy­da­niu prze­cież nie bra­ko­wało. I nie­jedna miała pro­blem z do­sta­tecz­nie szyb­kim zna­le­zie­niem męża.

- Oni wie­dzą - wy­szep­tała na­gle. Do­tarło to do niej w jed­nym mo­men­cie.

- Tak my­ślę - przy­znał Do­mi­nik, który stał tuż za nią i sły­szał, co po­wie­działa. A ona znów spoj­rzała na niego uważ­nie. Ten czło­wiek za­wsze ro­zu­miał, o czym się mówi. W lot ła­pał każdą myśl i po­tra­fił wy­cią­gać do­bre wnio­ski. Już się prze­ko­nała, że je­śli warto z kimś roz­ma­wiać, to wła­śnie z nim.

- Jak to moż­liwe? - za­py­tała. - Tak do­brze się ukry­wamy.

- Tak do­brze to wam się tylko wy­daje - od­parł. - Pań­stwo my­ślą, że li­czy się tylko to, co na sa­lo­nach, a służba żyje w in­nym świe­cie. A tym­cza­sem oni wszystko sły­szą.

- Prze­cież wiem - zde­ner­wo­wała się Ju­lianna. - Za­ka­za­li­śmy im ga­dać.

- Jakby za­ka­zać wia­trowi wiać - wes­tchnął. Cza­sem Ju­lianna wie­działa na­prawdę dużo, ale by­wały mo­nety, gdy jej dziew­częca na­iw­ność brała górę. - Każdy ma ja­kie­goś ukry­tego na­rze­czo­nego, o któ­rym jesz­cze nikt nie wie, szwa­gra z dłu­gim ję­zy­kiem, pry­mi­tywną te­ściową albo ulu­bioną przy­ja­ciółkę. I wszy­scy ga­dają. Za­wsze ktoś nie wy­trzyma i po­chwali się no­winą, zwłasz­cza taką,

- Jak to ga­dają?! - zde­ner­wo­wała się. - Prze­cież wy­raź­nie ci mó­wię, że oj­ciec za­bro­nił.

- Za­ka­zać lu­dziom plot­ko­wać, to jakby wy­dać de­kret, żeby rzeka pły­nęła pod prąd lub deszcz pa­dał z dołu do góry. Albo kury śpie­wały se­re­nady za­miast gda­kać. Mo­żesz na nie wrzesz­czeć, ile chcesz, ale one i tak od­po­wie­dzą ci w je­dyny spo­sób, jaki po­tra­fią.

Znów mu się przyj­rzała. Nie mó­wił jak pa­ro­bek, ale prze­cież nim był. Co za dziwny czło­wiek. Ale bez wąt­pie­nia miał ra­cję. Sama mo­gła na to wpaść.

- O rany! To bę­dzie okropne we­sele - uświa­do­miła to so­bie.

Nie była pewna, czy Do­mi­nik ją usły­szał, bo or­kie­stra znowu za­grała skoczną gło­śną mu­zykę, ra­do­śnie ob­wiesz­cza­jąc wszyst­kim, że panna młoda przy­wi­tała się już ze swoim przy­szłym mę­żem i te­raz zmie­rzają w stronę pięk­nie przy­stro­jo­nej bryczki, by udać się do ko­ścioła.

Zo­stała chwilę sama, bo oj­ciec wmie­szał się w tłum. Wielu chciało z nim po­roz­ma­wiać. Su­chy i wy­soki Jac­kow­ski, oj­ciec rów­nie su­chego i wy­so­kiego syna, bar­dzo do­ce­nił fakt, że Łąccy przy­byli oso­bi­ście do domu są­sia­dów, żeby być obecni przy przy­wi­ta­niu mło­dych. W ogóle tata cie­szył się ostat­nio spo­rym po­wo­dze­niem. Spła­cił długi i mógł ra­do­śnie za­cią­gać nowe, bo znowu miał de­bet u Żyda. A że lu­bił bie­sia­do­wać, sta­wiać i po­ży­czać in­nym, nie trosz­cząc się, czy będą mieli z czego od­dać, to był po­wszech­nie lu­biany.

Ju­lianna za­ci­snęła zęby. Chciała ucie­kać, ale Do­mi­nik dys­kret­nie po­ło­żył jej dłoń na ple­cach i skie­ro­wał w stronę po­wozu. Wszy­scy pa­ko­wali się już do swo­ich po­jaz­dów, by ru­szyć or­sza­kiem peł­nym ro­ze­śmia­nych, roz­śpie­wa­nych we­so­łych lu­dzi wprost do ko­ścioła. Pa­ro­bek Łąc­kich wy­róż­niał się na tym tle nie tylko fak­tem, że był bar­dzo przy­stoj­nym mło­dym męż­czy­zną, któ­rego ciało wy­ro­biło się w ciągu ostat­nich ty­go­dni w cięż­kiej fi­zycz­nej pracy, lecz przede wszyst­kim swoim po­sęp­nym spoj­rze­niem.

Ju­lianna miała ochotę usiąść obok niego. Za­py­tać o to wszystko. Co się stało, że miał taki zwa­rzony hu­mor. Nie cie­ka­wiły jej wcale prze­chwałki ojca, który od­na­lazł wresz­cie córkę i opo­wia­dał wła­śnie, że zna­lazł fe­no­me­nalny spo­sób na świetny in­te­res. Bę­dzie te­raz ra­zem ze sta­rym Grze­la­kiem han­dlo­wał go­rzałką.

Ju­lianna tylko wes­tchnęła.

Tata miał cał­kiem nie­złe po­my­sły. Być może w rę­kach ko­goś do­świad­czo­nego ta­kie przed­się­wzię­cie mo­głoby przy­nieść suk­ces, ale ona wie­działa, że je­żeli tych dwóch lek­ko­myśl­nych męż­czyzn do­pu­ści się do ta­kiego in­te­resu, to będą cho­dzić wiecz­nie pi­jani, roz­da­wać swój to­war za darmo i świet­nie się przy tym ba­wić.

Mama przez ja­kiś czas na her­bat­kach bę­dzie opo­wia­dać o świet­nych per­spek­ty­wach męża, aż do­trze do niej, że żad­nych ta­kich nie ma, za to są ko­lejne długi.

- Bądź ostrożny, tato - po­wie­działa, ale ob­ru­szył się. Już dziś tro­chę wy­pił. Przy pięk­nie ude­ko­ro­wa­nej bra­mie wjaz­do­wej każdy gość do­sta­wał po­czę­stu­nek: pę­dzony w domu bim­ber o wiel­kiej mocy.

- Czemu ty je­steś cią­gle taka po­ważna? - za­py­tał Ignacy Łącki z pre­ten­sją przez za­ci­śnięte zęby. Jed­no­cze­śnie uśmiech­nął się i uchy­lił ka­pe­lu­sza prze­jeż­dża­ją­cej są­siadce. - Jak masz so­bie w ta­kich wa­run­kach zna­leźć męża? Po­patrz, Żal­czyk tu jest. Uśmiech­nij się do niego, wy­pro­stuj, prze­myśl swoją de­cy­zję. On wy­raź­nie daję ci szansę, a nie mu­siałby. Młody Jac­kow­ski zresztą też.

Tak. Ju­lianna jesz­cze wy­raź­niej po­czuła, co ją czeka przez cały wie­czór. Każdy jej gest, uśmiech czy słowo będą sze­roko ko­men­to­wane, każda od­mowa tańca, choćby i z pod­pi­tym ka­wa­le­rem, uznana za nie­po­trzebną dumę, brak roz­sądku.

Więk­szość lu­dzi uważa, że panna na wy­da­niu, która zbyt długo czeka na swoją kan­dy­data, tym sa­mym po­zba­wia się wszel­kich praw. Nie ma prawa od­ma­wiać, po­dej­mo­wać de­cy­zji, wy­ra­żać wła­snego zda­nia. Ma tylko ro­bić to, co zwięk­sza jej szansę. Naj­pierw na mi­łość, ale po­tem już na zna­le­zie­nie ko­go­kol­wiek.

Ju­lianna wła­śnie od­czuła, że nie­spo­dzie­wana późna ciąża mamy wiele zmie­niła. Już nie była je­dyną dzie­dziczką dworu. Za kilka mie­sięcy mógł się po­ja­wić praw­dziwy spad­ko­bierca. Syn.

Za­ci­snęła gwał­tow­nie po­wieki. Też cze­kała na to dziecko, ale cza­sem było jej bar­dzo przy­kro. Ro­dzice od­su­nęli ją na boczny tor, jakby ni­gdy nic dla nich nie zna­czyła. Mó­wili, co in­nego, ale ona wy­raź­nie to czuła.

Po­chy­liła ra­miona, a tata znów spoj­rzał na nią z przy­ganą.

Pew­nie miał swoje ra­cje. Nie tylko ona to wi­działa. Zmiana rzu­cała się w oczy każ­demu. Naj­bar­dziej sen­sowni kan­dy­daci już jej nie brali pod uwagę. Na przy­kład taki Ma­li­now­ski. Wró­cił wła­śnie z woj­ska. Praw­dzi­wym cu­dem nie stra­cił ręki, nogi, oka ani ro­zumu. To rzadko się zda­rzało. Te­raz za­mie­rzał go­spo­da­rzyć na oj­co­wym spo­rym ka­wałku ziemi i zna­leźć so­bie żonę. Jesz­cze rok temu by­łaby pierw­szą kan­dy­datką na jego li­ście, ale dziś nie spo­glą­dał w jej stronę i nie przy­szedł się przy­wi­tać, kiedy przy­byli. W ogóle mało osób to zro­biło. Je­dy­nie starsi męż­czyźni ści­skali ręce jej ojca. I do niego mieli naj­wię­cej spraw.

Ju­lianna opu­ściła głowę. A tata tylko wes­tchnął. Znów zmniej­szyła swoje szanse. Ale ja­kie to miało zna­cze­nie? Lu­dzie wie­dzieli, że matka jest w ciąży, choć ukry­wała się w czte­rech ścia­nach domu, wy­ma­wiała się od wszel­kich wi­zyt a to bó­lem głowy, to znów ko­bie­cymi spra­wami. Do­mi­nik miał ra­cję. Taka wieść nie ma szansy się ukryć. Suk­nię trzeba było co­raz bar­dziej po­sze­rzać, ma­mie wy­jąt­kowo do­pi­sy­wał ape­tyt i in­for­ma­cja roz­nio­sła się po wsi.

Do Ju­lianny za­częło do­cie­rać, że na­prawdę zo­stała z ni­czym. Nie mo­gła zro­zu­mieć tej lo­giki, jakby ży­cie uka­rało ją za to, że jest do­bra dla swo­ich ro­dzi­ców. Spła­ciła ich długi, od­dała swój po­sag.

Czy to jest w po­rządku? Nie mo­gła tego py­ta­nia za­dać ojcu. Znowu by się zde­ner­wo­wał. Zresztą nie znał od­po­wie­dzi i sam ni­gdy nie za­przą­tał so­bie głowy po­dob­nymi dy­wa­ga­cjami. Ba­wił się.

W dzie­ciń­stwie uwiel­biała go za to. Spra­wiał, że ich dni sta­wały się ra­do­sne, a świat - przy­ja­znym miej­scem. Ale gdy prze­stała być dziec­kiem, co­raz czę­ściej do­strze­gała, że ta po­stawa ma bar­dzo wy­soką cenę. Kon­se­kwen­cje ra­do­ści ży­cia pre­zen­to­wa­nej przez ojca płacą jego naj­bliżsi. Czy je­śli jej bra­ci­szek się uro­dzi, to za­nim skoń­czy osiem­na­ście lat, ma­ją­tek ojca bę­dzie jesz­cze co­kol­wiek wart? Czy też bę­dzie mu­siał jak ona szu­kać ko­goś z po­są­giem i pie­niędzmi, żeby ra­to­wać ro­dzinę?

Do­je­chali do ko­ścioła, a ona po­czuła prze­możną ochotę, żeby uciec.

- Źle się czuję, tato. - Ści­snęła jego dłoń. - Idź pierw­szy. Ja po­stoję chwilę na po­wie­trzu i do­łą­czę do cie­bie.

To już na do­bre go roz­zło­ściło.

Oprócz po­nu­rej córki gor­sza jest tylko taka, która sła­buje.

Zwłasz­cza przed ślu­bem, bo po­tem, jak już złowi ja­kie­goś na­iw­niaka, może so­bie po­zwa­lać na fa­na­be­rie. Ale w tym naj­bar­dziej trud­nym mo­men­cie, kiedy trzeba się za­pre­zen­to­wać od jak naj­lep­szej strony, każda oznaka sła­bo­ści może spra­wić, że plotki roz­niosą się po oko­licy, a krótka li­sta kan­dy­da­tów na męża jesz­cze się zmniej­szy. Roz­ma­wiali o tym wie­lo­krot­nie. Nie po­mo­gło.

Sprytna, mą­dra Ju­lianna na rynku ma­try­mo­nial­nym ra­dziła so­bie wy­jąt­kowo słabo, na­wet je­śli się sta­rała.

Ignacy Łącki po­spiesz­nie się uśmiech­nął, choć do­prawdy nie miał na to ochoty. Ale wła­śnie pod­szedł wła­śnie do niego Żal­czyk. Ju­lian­nie ski­nął uprzej­mie głową, a z oj­cem się przy­wi­tał, co nie było ta­kie oczy­wi­ste, bo ostat­nio roz­stali się w gnie­wie.

Łącki po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać oka­zję, by na­pra­wić re­la­cje. Męż­czyźni ru­szyli ra­zem do ko­ścioła. Żal­czyk nie za­pro­po­no­wał Ju­lian­nie swo­jego ra­mie­nia, choć wła­ści­wie po­wi­nien. Miała iść za nimi zgod­nie ze swoją po­zy­cją, jako córka i panna na wy­da­niu, dwa kroki z tyłu.

Ani my­ślała to ro­bić.

Od­wró­ciła się w stronę Do­mi­nika.

- Mo­żesz zo­stać ze mną chwilę? - za­py­tała.

Kiw­nął głową, ale minę miał za­ciętą. Co ten czło­wiek miał w so­bie ta­kiego, że kiedy mu się wy­dało po­le­ce­nie, za­cho­wy­wał się, jakby do­zna­wał oso­bi­stej ob­razy? Jak on w ogóle prze­trwał tyle lat? Pew­nie tylko dla­tego, że był do­bry. Pra­co­wity i silny. Dawno już do­my­śliła się, że to z po­wodu swej dumy mu­siał pew­nie ucie­kać z po­przed­niego miej­sca pracy, o któ­rym ni­gdy nie wspo­mi­nał.

Tłum go­ści wy­mie­szał się, a po­tem we­pchał do nie­wiel­kiego ko­ścioła. Ci mniej zna­czący zo­stali na ze­wnątrz, służba pil­no­wała koni, a Ju­lianna, ko­rzy­sta­jąc z za­mie­sza­nia, ode­szła nieco w bok. We­szła po­mię­dzy wierzby pła­czące ro­snące tuż nad nie­wiel­kim stru­mie­niem, prze­sko­czyła go, pod­no­sząc fałdy swo­jej od­święt­nej su­kienki, po czym ru­szyła da­lej w stronę gę­stego brzo­zo­wego za­gaj­nika. Za sobą sły­szała kroki Do­mi­nika. Nie zo­sta­wił jej, choć pew­nie miał taką ochotę. Czuła to całą sobą.

Od­wró­ciła się gwał­tow­nie, a on wpadł na nią i gdyby jej nie pod­trzy­mał, mocno obej­mu­jąc, z pew­no­ścią by się prze­wró­ciła. Szybko wy­szarp­nęła się z jego ob­jęć. Ten męż­czy­zna dzia­łał na nią bar­dzo mocno, a nie była aż tak głu­pia, żeby so­bie po­zwa­lać na ro­mans z pa­rob­kiem. Po­pra­wiła fałdy su­kienki i spoj­rzała mu w oczy.

- Mo­żesz mi po­wie­dzieć, dla­czego tak nie zno­sisz we­sel? - za­py­tała. - Zwy­kle je­steś zły na cały świat, ale dziś prze­cho­dzisz sa­mego sie­bie.

- Mam swoje po­wody - od­parł.

- No ja­sne - obu­rzyła ją ta wy­mi­ja­jąca od­po­wiedź. - Nikt nie za­słu­guje na to, żeby wie­dzieć, co ja­śnie­pan pa­ro­bek są­dzi na ja­ki­kol­wiek te­mat. Miesz­kasz u nas od lata i jesz­cze na­wet nie po­da­łeś swo­jego na­zwi­ska.

- Nie mogę - po­wie­dział.

- Pew­nie jest ja­kieś brzyd­kie. Jak się na­zy­wasz? Gu­miak. Pyra, a może Zgni­lak? - de­ner­wo­wała się.

- Nie... - po­wie­dział ci­cho. - To ładne na­zwi­sko, ale boli.

Od razu się uspo­ko­iła i po­ża­ło­wała swo­ich cy­nicz­nych słów.

W ten spo­sób roz­bra­jał ją już wiele razy. Nie można się zło­ścić na czło­wieka, w któ­rym wy­czuwa się praw­dziwe cier­pie­nie. To nie był ka­prys, wie­działa, że jej nie okła­muje. Ma ważny po­wód. Było jej przy­kro, że nie chce z nią roz­ma­wiać, nic jed­nak nie mo­gła na to po­ra­dzić.

- Nie chcesz, to nie mów. - Wzru­szyła ra­mio­nami, od­wra­ca­jąc się od niego. Złote li­ście brzóz czy czer­wo­nych o tej po­rze dę­bów sta­no­wiły o wiele cie­kaw­szy wi­dok.

Stała tak przez chwilę, od­dy­cha­jąc po­spiesz­nie. Czas mi­jał, w ko­ściele za­pewne za­częła się już uro­czy­stość. Ni­kłe były szanse, że ktoś nie za­uwa­żył braku dzie­dziczki z dworu tuż obok ojca w ro­dzin­nej ławce. Tym bar­dziej że nie przy­je­chała także mama. Ju­lianna zda­wała so­bie sprawę, że z każdą chwilą po­gar­sza swoją sy­tu­ację.

Ale coś ją blo­ko­wało. Nie mo­gła się ru­szyć. Na myśl o tym, że ma tam wró­cić, nogi jej sztyw­niały, ciało obej­mo­wał pa­ra­liż i tak trwała bez ru­chu. Oj­ciec pew­nie się wściek­nie. To jed­nak za chwilę. Pan Łącki nie wyj­dzie te­raz z ko­ścioła, by zwró­cić córce uwagę, i nie za­cią­gnie jej siłą do środka, bo to by wy­wo­łało jesz­cze więk­szy skan­dal.

- Prze­pra­szam pa­nienkę - ode­zwał się wresz­cie Do­mi­nik.

O, pro­szę - po­my­ślała. - Nie wy­trzy­mał.

Rzadko się do niej zwra­cał jako pierw­szy i była o to zła, choć prze­cież to nic dziw­nego. Pa­ro­bek. Dzie­liła ich prze­paść.

- My­ślę, że po­win­ni­śmy już iść - po­wie­dział ła­god­nym to­nem. - Jesz­cze nas kto tu­taj zo­ba­czy, bez przy­zwo­itki, sami... Tej wa­szej bo­nie to ja bym uszy obe­rwał... Jakby tak mo­jej córki pil­no­wała, mia­łaby za swoje.

- Daj spo­kój. - Ju­lianna wzru­szyła ra­mio­nami. - Dawno prze­sta­łam być dziec­kiem. Poza tym ona gdzieś tu się kręci, za­raz mnie znaj­dzie.

- To się trzeba prze­nieść na do­bre do tego dru­giego świata i do­ro­snąć - po­wie­dział. - Żeby pa­nienka nie utknęła na do­bre po­mię­dzy dziec­kiem a ko­bietą.

- Wyjść za mąż, tak? - Od­wró­ciła się gwał­tow­nie w jego stronę. - Wszy­scy ma­cie tylko je­den po­mysł. A co, je­śli ja nie chcę?

- Nie znam się. - Nie pa­trzył jej w oczy, kiedy to mó­wił. - Ale wy­daje mi się, że więk­szość dziew­czyn o tym wła­śnie ma­rzy. Mło­dych chło­pa­ków w su­mie też.

- Ale ty nie. - Za­sko­czyła go i chyba tylko dla­tego od­po­wie­dział szcze­rze.

- Ja tam za ślu­bami nie prze­pa­dam. - Ści­snął mocno czapkę, którą trzy­mał w dłoni, a po­tem ru­szył w stronę ko­ścioła. - Idę - po­wie­dział. - Z dwojga złego le­piej, żeby ktoś tu zo­ba­czył pa­nienkę samą niż ze mną. Za dużo u was tych skan­dali.

- A skąd ty się tak do­brze znasz na za­sa­dach pa­nu­ją­cych we dwo­rze? - za­py­tała, ru­sza­jąc za nim.

- Każdy się zna - od­po­wie­dział wy­mi­ja­jąco. Bie­gła, żeby usły­szeć jego słowa. Do­mi­nik szybko się od­da­lał. - Służba żyje wa­szym ży­ciem bar­dziej niż się spo­dzie­wa­cie - do­dał.

- Co masz do we­sel?! - za­wo­łała jesz­cze, ale po mi­nie od razu po­znała, że kon­takt się za­koń­czył i nic już dzi­siaj nie usły­szy, zwłasz­cza oso­bi­stego. Do­mi­nik sta­wiał wiel­kie kroki swo­imi dłu­gimi no­gami, a ona bie­gła za nim, choć to na­prawdę nie wy­pa­dało. Miała ochotę szarp­nąć go za ra­mię i wy­du­sić z niego wię­cej in­for­ma­cji. Nie­je­den słu­żący wiele by dał za taką chwilę spo­ufa­le­nia z pań­stwem, chęt­nie by ga­dał o swo­ich spra­wach, a ten ni­gdy. Temu jed­nemu nie za­le­żało.

Znik­nął wła­śnie, skrę­ca­jąc w bok, za­nim za­gaj­nik za­czął się roz­rze­dzać. Ju­lianna sama po­de­szła w stronę ko­ścioła. Sta­nęła w cie­niu wiel­kiego kasz­tana.

- Go­rąco pa­nience? - za­py­tała szep­tem mle­czarka, ob­ser­wu­jąc za­ru­mie­nione po­liczki i przy­spie­szony od­dech dzie­dziczki Łąc­kich.

- Tak. - Ski­nęła głową Ju­lianna wdzięczna za to wy­tłu­ma­cze­nie. - Mu­sia­łam się tro­chę prze­wie­trzyć.

Ode­szła ka­wa­łek da­lej. Nie chciała bo­wiem wda­wać się dłuż­szą po­ga­wędkę. Czuła na so­bie spoj­rze­nia wszyst­kich osób, licz­nych we­sel­nych go­ści, któ­rzy uczest­ni­czyli w uro­czy­sto­ści na ze­wnątrz.

Roz­glą­dała się za Do­mi­ni­kiem. Miała do niego sporo spraw, ale on oczy­wi­ście znik­nął. Taką miał ta­jemną moc. Był w tym o wiele lep­szy niż ona, mimo iż re­pre­zen­to­wała na­prawdę nie­zły po­ziom. Też się po­tra­fiła scho­wać, ale nie tak. Każdy ma ja­kiś ta­lent. Bab­cia umiała świet­nie le­czyć, Ju­lianna roz­po­zna­wała ludz­kie pro­blemy, a Do­mi­nik zni­kał. No i oczy­wi­ście mil­czał. A ona - choć miała tak wy­soko roz­wi­niętą in­tu­icję - nie po­tra­fiła na­wet w przy­bli­że­niu do­my­ślić się, o co temu dziw­nemu czło­wie­kowi cho­dzi i dla­czego tak ją fa­scy­nuje.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki