Rozdział 1
W każdy możliwy sposób rodzina jest łącznikiem z naszą przeszłością, pomostem do naszej przyszłości.
Alex Haney
Kiedy przeszłość nie rozświetla już przyszłości, duch kroczy w ciemności.
Alexis de Tocqueville
Leon Fiszer spojrzał na mały kartonowy kalendarzyk stojący na biurku. Zmrużył powieki, by dostrzec datę. Dzisiaj był piętnasty maja dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku - mijał kolejny dzień, który uświadamiał mu, że życie przecieka mu pomiędzy palcami. Uwięziony na krańcu świata, gdzie nawet diabeł nie zaglądał - w Parnicach.
Zamknął oczy i delikatnie rozmasowywał gałki opuszkami palców. Ten prosty zabieg niewiele pomógł - ból praktycznie nie zelżał. Już dawno powinien był zacząć nosić okulary, ale ciągle przesuwał wizytę u okulisty i to głównie z powodu próżności. Kiedyś zaszedł z byłą partnerką, Julią, do salonu optycznego, zachęcony darmowym badaniem przy zakupie szkieł wraz z oprawkami. Zaczął od końca - od przymierzania oprawek. Jej mowa ciała wyrażała dezaprobatę.
- We wszystkich wyglądasz staro. Ja nie chcę, byś przy mnie wyglądał staro. Nie możesz szarpnąć się na laserową korektę?
Narzeczona od dawna należała do przeszłości i odpadła mu wygodna wymówka. Pozostało za to niefrasobliwe nastawienie, które zaszczepiła w nim ona. Nie zdawał sobie sprawy, jaką ta kobieta wciąż miała na niego moc oddziaływania.
Podniósł z blatu krople nawilżające. Ostrożnie odchylał dolne powieki i wpuszczał po dwie krople do worków spojówkowych. Przymknął powieki i oddychał miarowo. Ulga wreszcie powoli nachodziła.
Rozpoczynał się właśnie drugi miesiąc jego pracy w tej redakcji. Gdyby jeszcze pół roku temu ktoś mu zasugerował, że spadnie na samo dno dziennikarskiego piekła, to popukałby się w czoło.
Teraz był wdzięczny za tę część etatu, którą tutaj dostał. Zawdzięczał to nie tyle swojemu warsztatowi, co wstawiennictwu matki, w której stary redaktor i właściciel w jednym, niejaki Piotr Woźniak, kochał się od młodzieńczych lat. Ze względu na wiek nie miał u niej nigdy szans. Woźniak zbliżał się do 70, ale i tak był młodszy od jego matki Bożeny o mniej więcej dziesięć lat.
O słabości pracodawcy dowiedział się przypadkiem za sprawą epizodu z dzieciństwa. Podczas którychś świąt, gdy siedzieli przy stole w trójkę, ojciec Leszek, wyraźnie pod wpływem alkoholu, naigrawał się z Woźniaka.
- Ten z bożej łaski fircuś, ten Piotruś srotruś, absztyfikant jeden w dupę jego mać! Ciągle wzdycha i robi maślane oczka do ciebie, Bożenko! Biedaczek jeden, ale nie dla psa kiełbasa!
Leon zapamiętał to przede wszystkim z tego względu, że podpitego ojca widział może ze dwa razy w życiu. Leszek z reguły unikał trunków wyskokowych i podobnego, rubasznego, języka.
W głowie Leona pozostał też widok matki - jej purpurowe policzki i niesmak wypisany na licu. I skwitowanie wynurzeń ojca.
- Leszek, opanuj się. Jesteś ordynarny. Powinieneś się wstydzić.
Sentyment u redaktora naczelnego wciąż pozostał, bo uległ namowom matki bez zbędnych dyskusji, połechtany komplementami ze strony Bożeny. Woźniakowi aż oczy się świeciły, gdy wyrażała się o nim w takich superlatywach. Piotr zapewne czekał, by usłyszeć podobne słowa z jej ust od kilkudziesięciu lat. Leon podejrzewał, że Woźniaka niekoniecznie stać było na zatrudnienie go. Nie bez powodu prowadził gazetę sam od kilku lat - kondycja prasy, szczególnie tej lokalnej, była w tym kraju fatalna.
Tak czy inaczej liczyły się osobiste koneksje. Na osobistej renomie Fiszer nie mógł się opierać od czasu, gdy okrył się infamią.
"7 Dni Powiatu Parnickiego" znajdowało się jeszcze kilka szczebli niżej w dziennikarskiej hierarchii niż jego początki kariery na studiach. Pierwsze szlify w zawodzie zdobywał w "Głosie Szczecińskim" w redakcji stolicy Pomorza Zachodniego. Nie zabawił tam specjalnie długo i przeniósł się do lokalnego oddziału najbardziej prestiżowego dziennika w Polsce. Dwa lata po magisterce rezydował już w jego siedzibie głównej w Warszawie. A potem... Tyle że to było jakby w innym życiu. Teraz wiele by oddał, żeby wrócić choćby do Szczecina - do którego z Parnic było niecałe trzydzieści kilometrów, jeżeli policzyłoby się odległość od jego fotela do granic administracyjnych Grodu Gryfa. Właśnie tam uciekł jego poprzednik na tym stanowisku. Cztery lata temu.
Woźniak nie dawał Fiszerowi zapomnieć, jak wielką przysługę mu wyświadczył.
- Tylko ze względu na Twoją mamę, Leonie.
Czasem dodawał:
- Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli się stać dwutygodnikiem!
Znosił to cierpliwie - potrzebował tej roboty. Nawet nie dla tych paru groszy, ale po to, by zachować świadczenia zdrowotne i socjalne.
Na szczęście wciąż był ghostwriterem jednej z najpoczytniejszych autorek kryminałów, pani Vanessy Laks. Nie dość, że ekranizowano nad Wisłą jej tytuły, to jeszcze jej książki wydawano w dużych nakładach również za granicą. Poznali się lata temu na jednym z rautów w warszawskim Marriotcie. On, rozpoznawalny już wtedy dziennikarz śledczy, a ona, popularna autorka zadomowiona w świecie zbrodni. Po kilku drinkach stali się już dobrymi znajomymi. Oczywiście wykorzystała jego zawodowy upadek, krach jego reputacji i obniżyła mu stawki. Niemniej jednak wciąż dawało mu to kilkakrotnie więcej, niż zarabiał w tej gazecinie.
Leon ostrożnie odchylił się na rozklekotanym krześle biurowym, bojąc się, że rozpadnie się ono na kawałki przy gwałtowniejszym ruchu. Wyposażenie pomieszczenia, w którym się znajdował, pamiętało wczesne lata dziewięćdziesiąte. Siedział przy biurku, szykując kolejny artykuł. Tym razem o planowanej podwyżce opłat za śmieci, którą miała się zająć rada miejska na najbliższym posiedzeniu. Pisał o tym po raz kolejny - temat bardzo "grzał" czytelników. A i dla niego było to ciekawsze niż relacjonowanie bohaterskiej akcji strażaków, którzy wyciągnęli jakiegoś zwierzaka z kanału, ostrzeganie o ogromnej dziurze w jezdni niszczącej zawieszenia samochodowe w jakiejś podparnickiej wiosce czy planowanym przez miasteczko festynie.
Tylko dwukrotnie zajmował się sprawami większego kalibru - nie tyle pod kątem ich złożoności, co wagi. Pierwszy raz tyczyło się to mężczyzny, który z powodu długów powiesił się w Kamionce - wsi przylegającej do Parnic - a drugi raz makabrycznego wypadku motocyklisty w drodze do Stargardu. Mężczyzna, jadąc z ogromną prędkością, zderzył się z traktorem z doczepionym pługiem, a jego ciało zostało dosłownie przecięte na pół.
Same Parnice były dla Leona straszliwą dziurą, więc okalające je - jeszcze mniejsze miejscowości - uważał za dziury do kwadratu. Pragnął ukrywać to nastawienie przed innymi, żeby nie traktowali go jak wielkomiejskiego snoba. Próbował cieszyć się z tego, co ma, ale ta jaśniepańska mentalność przez lata wżarła się w niego tak mocno, że z wielkim trudem przychodziło mu wykorzenić to z siebie. Bał się, iż inni, tutejsi, widzą tę jego, schowaną za maską kultury i ogłady, pychę.
***
Wstał i udał się do ubikacji, po drodze obszedł niemal całe włości, które oddano mu do dyspozycji w miejscu pracy. Oczywiście, gdy działał stacjonarnie, a nie w terenie.
Redakcja składała się z pomieszczenia głównego z dwoma biurkami - jednego stojącego na środku i drugiego jakiś metr od niego na prawo, trzech stolików ustawionych wzdłuż ścian, dużej komody biurowej oraz zaplecza. Na zapleczu kryła się przed światem mikroskopijna toaleta, zamykana wnęka na szczotki i pomieszczenie socjalne. To ostatnie było tak naprawdę zagraconym pudłami oraz ciężkimi szafami pokoikiem.
Gazeta mieściła się w bardziej niż skromnym szarym, parterowym budynku z lat osiemdziesiątych i zajmowała jego zdecydowanie mniejszą część. Tuż za ścianą sąsiadowała z nią apteka Zdrowie. Cały obiekt należał do Woźniaka, który - jak podejrzewał Leon - utrzymywał się na powierzchni dzięki czynszowi właściciela Zdrowia.
Ochlapawszy dłonie pod strumieniem ciepłej wody, przyjrzał się swojej twarzy w lusterku. Zastanawiał się, czy wygląda na czterdzieści osiem lat. Bujna czupryna lekko kręconych włosów ciemna jak dwadzieścia lat temu. Wokół szarych oczu i mięsistych ust tylko lekkie zmarszczki mimiczne. Obrócił się bokiem do odbicia. Grecki profil wciąż ostry - nie zauważył, żeby twarz obwisła lub napuchła.
Nie jest źle - pocieszył się w duchu i z lekkim uśmiechem wyszedł do głównego pomieszczenia.
W tym momencie do budynku redakcji weszła młoda, filigranowa blondynka z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię. Ładna, z okrągłą buzią, piękną mlecznobiałą cerą i bystrymi szmaragdowymi oczami. Rozsiewała zapach słodkich cytrusowych perfum i rozglądała się wokół niepewnym, zamyślonym wzrokiem. Uśmiech Leona jeszcze się poszerzył. Mężczyzna wciągnął brzuch, którego nie miał, i podniósł podbródek.
Nie szczerz się tak, ona mogłaby być twoją córką - podpowiedział mu natychmiast wewnętrzny głos.
Lekko zdeprymowany wypuścił powietrze z płuc i odpowiedział:
- Dzień dobry.
- Pan Leon Fiszer? - zapytała ostrożnie.
- Tak, to ja. Pani w jakiejś redakcyjnej sprawie? Czy może reklamowej?
- Tak! Nie! To znaczy nie jestem pewna... Ja...
- Proszę spocząć i wszystko na spokojnie opowiedzieć.
Wskazał jej stare drewniane krzesełko. Brąz z czerwonymi obiciami.
Fiszer wolałby cały czas pracować z domu, ale redaktor naczelny nakazywał mu te dyżury.
- Ktoś może przyjść albo zadzwonić na nasz numer stacjonarny. Ktoś z ważkim tematem lub reklamodawca - tłumaczył.
Woźniak liczył przede wszystkim na to drugie, choć zdarzało się to nader rzadko.
- Przyszłam tutaj - zaczęła kobieta, gdy już zajęła wskazane miejsce naprzeciwko biurka, przy którym usiadł Leon - bo mam do pana pewną sprawę...
- Do mnie konkretnie? - Dziennikarz lekko uniósł brwi.
- Tak, panie Fiszer. Od lat jestem fanką pana artykułów śledczych. Pogrążył pan kilku gnoi.
- To młodzi czytają takie rzeczy? - Uśmiechnął się życzliwie. - Nie wiedziałem.
- Tak, niech pan sobie wyobrazi, że tak. Nie wszyscy w moim wieku czerpią wiedzę z filmików na TikToku czy pasjami wlepiają oczy w fotki na Instagramie. Bynajmniej nie tylko - odpowiedziała z przekąsem.
Prawie ją pochwalił za poprawne użycie słowa "bynajmniej", ale w porę dosłownie ugryzł się w język.
- Proszę mi wybaczyć, nie chciałem być złośliwy. Tylko wie pani, wspomina pani o moim dawnym życiu. Teraz jestem tutaj. - Rozłożył ręce w geście bezradności.
- Ale umiejętności i talentu chyba pan nie stracił?
- Niektórzy uważają, że nigdy ich nie miałem. Że zawsze byłem hochsztaplerem...
- Ja do nich nie należę. Proszę nie być takim skromnym. Nie żartować i potraktować mnie serio. - Zmarszczyła czoło i zacisnęła usta.
- Dobrze, słucham panią uważnie. Co panią do mnie sprowadza? - Splótł dłonie i położył je na blacie.
Podobała mu się determinacja tej dziewczyny. Ten jej błysk w zielonkawych oczach.
Nazywała się Maja Wasilewska i była siostrzenicą zmarłej Maryli Cylki. Józef był jej wujkiem.
- W największym skrócie: ciotka zabiła męża, a potem siebie. Do szczegółów ich śmierci przejdę na końcu - oznajmiła.
Okazało się, że małżeństwo przez lata zapraszało ją do siebie i gościła u nich wielokrotnie od trzeciej lub czwartej klasy szkoły podstawowej. Postrzegała ich jako fantastycznych, nietuzinkowych ludzi. Mieli nowoczesne poglądy, lubili wszystko, co z Zachodu - głównie z USA. Próbowali to łączyć z przywiązaniem do tradycji i wartości patriotycznych. Dla nich naturalne było, że polski patriota powinien kochać swojego najważniejszego sojusznika zza oceanu. Przez kilka lat oboje nawet jeździli amerykańskimi autami, lecz ze względu na problemy z serwisem i eksploatacją tylko Józef przy nich wytrwał.
Przed domem, na specjalnie zamontowanym maszcie, powiewała polska flaga. Wielokrotnie podkreślali, że dom starali się zrobić w stylu amerykańskim ze staropolskim akcentem. Owym akcentem miały być dwie kolumienki przed wejściem do budynku.
Maja uważała, że zachowywali się uroczo, gdy się przekomarzali o to, czy wujek Józef może wyjść gdzieś razem z ciocią w kowbojskim kapeluszu. On nalegał, prosił, ale ona prawie zawsze pozostawała nieubłagana.
Z czasem relacje Mai z Cylkami nabrały wielkiej zażyłości i przez wiele lat przebiegały wzorcowo. Od rozpoczęcia przez nią studiów uległy rozluźnieniu - zajęta była szkołą, wolontariatem i studenckim życiem towarzyskim, którym na pierwszym roku dosłownie się zachłysnęła, ale na szczęście w porę się opamiętała.
Ostatni raz widziała ich mniej więcej dwa lata temu. Wciąż o sobie pamiętali, wysyłając nawzajem okolicznościowe SMS-y. Wujostwo przysyłali jej prezenty na urodziny i Boże Narodzenie. Nieustannie zapraszali ją do siebie, ale jej ciągle coś wypadało i odkładała to na później. Teraz tego bardzo żałowała, bo później już nie ma i nie będzie. Wasilewska wiedziała, że była dla nich ważna, ale nie sądziła, że tak bardzo, iż wszystko po nich odziedziczy.
Na życiu Cylków cieniem kładło się coś, co spotkało ich w przeszłości. W dwa tysiące trzecim roku dotknęła ich wielka tragedia - kilkuletnie córki w zimie wyszły na dwór, gdy oni jeszcze spali.
- Dzieci po kryjomu wymknęły się domu. Jak to dzieci, nie przewidziały zgubnych następstw swoich lekkomyślnych czynów. Chciały się pobawić w śniegu, co uwielbiały, i zgubiły się na polach. Mróz okazał się bezlitosny. Zanim rodzice się zorientowali, zanim je odnaleźli, dziewczynki zamarzły. Lena miała wtedy dziesięć lat, a Lilianna siedem.
Tak powtarzali Mai rodzice.
Sama Maja dziewczynek nie pamiętała - była wtedy zbyt mała.
Cylkowie prawie nigdy o córkach nie wspominali. Raz tylko. Maryla wówczas wyjątkowo pozwoliła sobie spożywać przy niej alkohol. Ciotka wypiła kilka lampek wina i coś do siebie mówiła, chlipiąc. Wręcz szlochała, pozwalając, by ciekło jej z nosa. Totalnie się rozkleiła. Wasilewskiej utkwiło w głowie, że Maryla powtarzała w kółko o córeczkach aniołkach, niewinnych i czystych. Wtedy to wujek kazał ciotce się ogarnąć. Wylał resztę wina do zlewu, a Maryla potulnie poszła na górę spać. Rano wujostwo znów byli radośni.
Oprócz niej i rodziców nie mieli nikogo bliskiego.
Józef miał jeszcze brata w Ameryce, z którym od lat dziewięćdziesiątych nie utrzymywał kontaktu, mężczyzna nie pojawił się na ich pogrzebie. Dlatego to właśnie na nią przepisali cały swój majątek. Wcześniej zorganizowała im pochówek. Żeby móc to zrobić, oświadczyła na policji, na protokół, że wchodzi w prawa osoby pokrzywdzonej.
- Albo coś w ten deseń. Konkretnie nie pamiętam - przyznała z rozbrajającą szczerością.
Dzięki temu statusowi mogła otrzymać fotokopię listu, który Maryla zostawiła na miejscu zbrodni. Przytoczyła go Leonowi z pamięci i powróciła do opowiadanej historii.
Po konsultacji z rodzicami, pomimo kontrowersji związanej ze zbrodnią, postanowiła spełnić prośbę ciotki i pochowała ją w jednym grobie z mężem. Powiedziała, że obecnie jest w trakcie porządkowania rzeczy w posesji wujostwa.
Pani domu zgromadziła pokaźną biblioteczkę - całą ścianę jednego pokoju zajmowała gablota pełna książek. W Małym życiu - pozycji, której Maja nie znosiła, a która była ulubioną Maryli - znalazła dziwne kartki. Łącznie sześć. Przerwała opowiadanie, wyciągnęła je z plecaka z twardej tekturowej teczki - wraz z fotokopią listu Maryli - i położyła na biurku dziennikarza.
Każda kartka znajdowała się w osobnej, przezroczystej koszulce. Jedna z nich była jak z amerykańskiego filmu - naklejono na nią litery wycięte z gazety, a reszta to komputerowy wydruk. Widniały na nich informacje o jakimś nieokreślonym zdarzeniu sprzed lat, którego Cylkowie powinni byli się wstydzić.
Sprawiedliwość was za to dosięgnie.
Będziecie się za to smażyć w piekle.
Jak w ogóle możecie ze sobą żyć?
Nie doczekacie spokojnej starości.
Macie jeszcze szansę się oczyścić.
Uwolnijcie swoje sumienie.
- Jak to wszystko znalazłam - tłumaczyła Maja - to zadzwoniłam do pani Ludmiły, gosposi wujków, ale nie odbierała, chociaż sama mi go podawała na cmentarzu w razie czego. Nie znałam tej gosposi dobrze, widziałam ją może ze trzy razy w życiu. Ostatni raz na pogrzebie. Składała mi kondolencje i mówiła, że chce wyjechać do siostry do Wrocławia. Mówiła, że ciocia i wujek to byli tacy porządni ludzie i to dla niej szok.
Leon najpierw sam przeczytał treść listu pożegnalnego i przerwał jej długi wywód, obawiając się, że to wszystko to jedna wielka strata czasu.
- Pani Maju - mówił dobrotliwym głosem - z tego, co tu jest napisane, wynika, że ona po prostu miała dosyć kłótni z pijakiem i się z nim męczyła. Jego uważała za chorego i niezdolnego do samodzielnego funkcjonowania. Potem sama ze sobą skończyła, ponieważ wiedziała, co ją czeka za to. Ot, cała tajemnica... czasem najprostsze wyjaśnienia są tymi prawdziwymi. A my chcemy doszukać się wielkiego spisku.
- Nie kupuję tego. Wcale a wcale.
- Dlaczego?
- Na pogrzebie pytałam Ludmiły, czy coś pomiędzy nimi się pogorszyło przed ich śmiercią, czy wujek nie odwalał jakichś numerów i nie doprowadzał ciotki do szału. Przysięgała na Boga i swoje dzieci, że nie. Nic nie zauważyła, nic nowego w każdym razie, a spędzała z nimi kilka godzin dziennie... To się nie klei... Poza tym te kartki z groźbami. Proszę dobrze na to spojrzeć!
Gdy Fiszer przyglądał się tym tajemniczym wiadomościom, Wasilewska przeszła do opisania makabrycznego finału żywota Cylków. Po sposobie mówienia o tym, po tym, jak załamywał jej się głos, dziennikarz nie miał żadnych wątpliwości, że przeżyła to bardzo mocno.
Doszło do niezrozumiałego dla Wasilewskiej horroru, który policja zakwalifikowała jako rozszerzone samobójstwo.
- Zna pan dobrze sprawę z mediów? - zapytała wciąż roztrzęsiona.
Leon odpowiedział zgodnie z prawdą.
- Coś tam czytałem, lecz nie zagłębiałem się w to za bardzo.
Gdy Maja zamilkła zmęczona opowieścią i jej ciężarem, dziennikarz zadał jej dosyć nietypowe pytanie.
- Jak pani do mnie trafiła?
- Zupełnie przypadkiem. W sklepie mi powiedzieli.
- W sklepie?
- Niedaleko domu wujostwa jest taki blaszany sklepik ABC. Małżeństwo go prowadzi. Znajoma sprzedawczyni, taka starsza już pani Joanna, mi powiedziała, że do Parnic wrócił prawdziwy celebryta. Jest pan sławny...
- Raczej niesławny - żachnął się. - Ale mniejsza z tym... Powinna pani iść z tymi kartkami na policję albo do prokuratury.
- Zrobiłam to wszystko. Byłam tu i tam. Olali mnie, brzydko mówiąc.
- Proszę powiedzieć coś więcej.
- W prokuraturze mi powiedzieli, że prokurator jest na jakimś zwolnieniu zdrowotnym i nie mogą mi nic więcej powiedzieć oprócz oficjalnych komunikatów. A na policji... trochę było to dziwne...
- Co takiego?
- Chciałam rozmawiać z kimś z wydziału kryminalnego, z zespołu dochodzeniowo-śledczego, kto prowadził tę sprawę. A oni zaprowadzili mnie do szefa wszystkich szefów. Do komendanta Brygiera znaczy.
- Faktycznie dziwne. - Przejechał wierzchem dłoni po szczecinie brody. - Co takiego powiedział?
- Facet zgrywał luzaka, ale widać, że to beton jest. Grzecznie mnie zlał. Zbył właściwie. Twierdził, że to jakieś głupie żarty i nawet nie wiadomo co to jest i z jakiego okresu pochodzi. - Maja podniosła kilka kartek ze stołu i nerwowo nimi potrząsnęła. - Kuźwa, przecież to widać, że te kartki nie mają więcej niż rok! On ze mnie debilkę robił... Przepraszam, bez sensu tak się uniosłam.
Rzuciwszy wydruki ponownie na blat, skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i zrobiła głęboki wdech oraz wydech.
- Nie ma za co przepraszać. Rozumiem te nerwy... Tyle że ja nie wiem, czego pani ode mnie oczekuje. To nie jest temat dla tej gazetki. Ani dla mojego raczkującego kanału na YouTube.
- Wiem, że nie dla gazety. O kanale wogle nie wiedziałam. Ja chcę, żeby pan zrobił dla mnie prywatne śledztwo. Napisał prywatny artykuł czy coś w ten deseń... Jakoś się dogadamy...
- Pani Maju, ja nie jestem detektywem! W ciemno zakładam, że wielu ich pani znajdzie w Szczecinie.
- Wiem, ale ja takiego nie chcę. Nie chcę jakiegoś obcego faceta czy tam facetki. Pan jest stąd, prawda?
Leon skinął głową.
- Właśnie! Więc pan wie, jacy ludzie są tutaj trudni i nieufni. Założę się, że i panu nie będzie łatwo ich podejść i wykminić, o co w tym wszystkim biega. No i pan będzie miał pretekst do pytań, bo pan jest tutejszym dziennikarzem.
- Przyznam, że to brzmi dosyć ciekawie, ale wciąż nie jestem przekonany...
Młoda kobieta znowu sięgnęła do plecaka. Wyciągnęła z niej kopertę i położywszy na biurku, przesunęła w jego stronę, po czym została w pochylonej pozycji.
- Trzy tysiące za zlecenie. Plus pięćset na wydatki. Paliwo i tym podobne. Niedawno odziedziczyłam oszczędności po babci i jej mieszkanie. Teraz wychodzi na to, że odziedziczę wszystko po wujostwie. Dom, udziały w firmie. To, co zebrali na kontach... Sama nie wiem, co zrobię z tymi wszystkimi pieniędzmi.
Zawsze możesz podzielić się z potrzebującymi. Na przykład ze mną - przemknęło Leonowi przez głowę.
- Pani Maju, proszę mi wierzyć, że pieniędzy nigdy za dużo. Niech leżą bezpiecznie na pani koncie i czekają, aż się przydadzą.
- Może ma pan rację. - Delikatnie przygryzła dolną wargę i jakby na sekundę przeniosła się daleko stąd. - O czym to ja... Aha, po rozwiązaniu zagadki jestem gotowa zapłacić jeszcze cztery lub pięć tysięcy. - Wyprostowała się na krześle, a głos nabrał pewnej hardości. - Jestem im to winna. Muszę dojść prawdy, coby uhonorować pamięć o nich. Jeżeli ktoś ma się czegoś dowiedzieć, to właśnie pan.
Pieniądze z reguły stanowiły bardzo silny motywator. Szczególnie mocno działały na ludzi, którzy nimi specjalnie nie śmierdzieli. Leon właśnie do takich się zaliczał.
- Jeżeli bym się tego podjął - zaczął ostrożnie - to muszę ostrzec, że prawda bywa bolesna. Czasem wygodniej jej nie znać. Człowiek wtedy lepiej śpi.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Może po mnie nie widać, ale jestem twarda.