PROLOG
Antarktyczna stacja Amundsen-Scott, biegun południowy19 września 2141 roku
Jayleen Honkala przebywała na stacji od tygodnia i pewnie przyzwyczaiłaby się do nowych warunków, gdyby nie cisza, która niczym wata otulała jej mózg, i jakby zastygły zmierzch. To ostatnie dokuczało jej najbardziej. Na biegunie południowym słońce wschodzi i zachodzi raz w roku, więc kiedy Jayleen wychodziła z kompleksu mieszkalnego i podnosiła głowę, mistyczna jednolitość przedświtowego nieba budziła w niej niepokój: zawsze ten sam gradient przechodzący od głębokiego błękitu po jednej stronie do prawie całkowitego braku koloru po drugiej. Nie sposób było się do tego przyzwyczaić: przyćmione, zmęczone światło budziło w jej piersi dziwne uczucie, którego Jayleen nie potrafiła nazwać i z którego powodu instynktownie kuliła się w sobie.
Nie żeby niebo w ogóle się nie zmieniało. Jego jaśniejsza część dociskała do horyzontu pomarańczowy pasek, pod którym półtora stopnia poniżej kryło się słońce. Światło poruszało się po okręgu, ciągnąc za sobą smugę, lecz się nie pokazywało; nie wpływało na ogólny poziom jasności. Jayleen nie rozumiała, dlaczego ten czas nazywany jest białą nocą, skoro tak naprawdę wszystko wokół jest szare. Szary i przez to przypominający zgniliznę lód. Szare budynki stacji, szare kłęby chmur nad głową. Tylko nad zaniedbaną kopułą geodezyjną, pośród garstki gwiazd ledwo widocznych na szarawym tle, świecił chłodnym blaskiem Jowisz.
Jayleen wspięła się na lodowy pagórek i spojrzała na szereg platform wiertniczych widocznych w oddali. Cztery dni temu to stąd rozpoczęła się jej wycieczka zapoznawcza. Pięćdziesięciopięcioletni doktor Stellan Young, kierownik stacji Amundsen-Scott, napełnił fajkę tytoniem i gestykulując, wyjaśnił jej wówczas przeznaczenie kilku dziwacznych obiektów obecnych wokół centralnych kompleksów: naziemne zbiorniki do tankowania samolotów, lądowisko dla zmiennopłatów[1], pole antenowe, kopuła geodezyjna.
Terytorium stacji podzielone było na trzy sektory: Sektor Czystego Powietrza przeznaczony do obserwacji atmosfery, Sektor Cichy bez łazików i ciężkiego sprzętu (prowadzono tam badania sejsmiczne i inne eksperymenty wrażliwe na wibracje) oraz Sektor Ciemny, będący działką z rozmieszczonymi na niej detektorami do badania ciemnej materii. Właśnie tam patrzyła Jayleen: tuż pod wieżami wiertniczymi, głęboko w warstwie antarktycznego lodu znajdowało się największe na świecie obserwatorium neutrin IceCube 2.0.
Jayleen usłyszała niespieszne kroki i się obejrzała. Ledwo widoczną w półmroku ścieżką zbliżał się chudy mężczyzna o haczykowatym nosie. Doktor Stellan Young zauważył jej spojrzenie i pomachał z daleka. Jayleen odmachała mu w odpowiedzi, a kiedy Young podszedł bliżej, zauważyła, że trzyma w dłoni kubek gorącej herbaty.
- Jak się czujesz? - zapytał.
Jego specjalnością była biologia morska, ale ponieważ najbliższe morze było oddalone o dwa tysiące kilometrów, Young wykonywał na stacji przeważnie prace administracyjne.
Jayleen wzruszyła ramionami.
- Jeszcze nie wiem. - Po chwili pomyślała jednak, że Young może ją źle zrozumieć i dodała: - Ale cieszę się, że tu jestem.
- Naprawdę?
- Wszystkie poważne projekty zostały wstrzymane, więc to... - wskazała brodą na ciemniejące w oddali wieże - nie jest takie złe.
- No tak. - Stellan podmuchał herbatę i wziął mały łyk. - A rodzice?
- Co, rodzice? - odpowiedziała pytaniem Jayleen.
- Jak zareagowali na fakt, że zgłosiłaś się na stanowisko asystentki na stacji polarnej?
- Nie powiem, żeby skakali z radości, ale też się nie sprzeciwiali. - Tak naprawdę wcale się nie zdziwili. Matka Jayleen kierowała firmą konsultingową w Palo Alto i po tym, jak jej córka sześć lat temu porzuciła karierę finansistki, aby zapisać się na wydział astronomii w Berkeley, nic nie mogło jej już zaskoczyć. Kiedyś zaproponowała córce pracę w swojej firmie, a gdy Jayleen odmówiła, dłużej nie nalegała. Ojciec tylko machnął ręką: "Rób, co chcesz". - Pod koniec, tuż przed moim wyjazdem, wydawało się, że chyba nawet popierają moją decyzję.
Young chrząknął.
- Mieliście już siebie dosyć po kwarantannie?
- Nie, to nie to. - Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley przeszedł na kształcenie zdalne już w lutym 140 roku. - Dwadzieścia miesięcy jak w areszcie domowym.
- Było źle? - Stellan zerknął na nią.
Pomijając krótkotrwałe remisje, pandemia clodis szalała przez dwa lata. Pół setki techników stacji pod przewodnictwem doktora Younga, których zadaniem było utrzymanie sprawności sprzętu, zimą 2140 roku utknęło na stacji, a o wydarzeniach na świecie dowiadywało się głównie z komunikatów prasowych. Zamieszczane w nich zdjęcia były przerażające: rzędy łóżek szpitalnych na ulicach Nowego Jorku, masowy grób wielkości kamieniołomu na przedmieściach Atlanty; tłumy bezdomnych przechodzących przez mur na granicy z Meksykiem...
- Nie - odpowiedziała Jayleen.
- Wcale?
- Wcale. - Pokręciła głową.
W ciągu dwudziestu miesięcy zainstalowana na jej smartfonie aplikacja CLODIS DigiTracer tylko kilkakrotnie powiadamiała o chorych na clodis albo o osobach, które miały kontakt z chorymi, wszyscy jednak pochodzili z sąsiednich rejonów: Crestwood Hills, Holmby Hills, Westwood Village. I to by było na tyle - w okresie kwarantanny w rejonie Bel Air nie zanotowano ani jednego przypadku zakażenia Clostridium, zatem ani rabusiów, którzy pustoszyli biznesowe centrum Los Angeles, ani przypominających zjawy chorych, którzy snuli się po bulwarach, wyrzucając z siebie litry płynnego gówna, Jayleen tego nie widziała.
- Nasz dom stoi w zachodniej części Los Angeles - powiedziała. - To dobry rejon, to...
- Santa Monica?
- Bel Air.
- Nieźle. - Young pokiwał głową.
I zamilkł, podobnie jak milkli znajomi i przyjaciele Jayleen, gdy tylko docierało do nich, że mieszka w okolicy, gdzie domy kosztujące mniej niż dziesięć milionów uważa się za tanie.
Mrużąc oczy, Jayleen spojrzała na smugę światła nad horyzontem i powiedziała:
- Dziwny jest ten nieustanny zmierzch. Jakby czas się zatrzymał.
- Nie na długo. Jeszcze dwa dni i słońce wzejdzie. O, tam. - Young wskazał palcem punkt na horyzoncie na prawo od wież. - Krążąc, uniesie się - palec nakreślił w powietrzu kilka kół - i nie zniknie aż do 23 września następnego roku. Jeszcze zdążysz zatęsknić za zmierzchem, wierz mi.
- A co to był za dźwięk dzisiaj rano? Słyszał pan? Godzinę przed śniadaniem.
- Coś w stylu trzeszczenia?
- Tak.
- To pęknięcia powstające w pokrywie lodowej.
- To normalne? Tak powinno być?
- Nie. Jestem tu już od dziesięciu lat z przerwami, ale nie pamiętam niczego podobnego. - Young wciągnął powietrze nosem. - Czujesz ten zapach? - Jayleen powąchała powietrze i pokręciła głową. Pachniało jak w deszczowy dzień na cmentarzu, gęstą, nasyconą wilgocią. - Lodowiec topnieje - wyjaśnił Young, a po chwili powtórzył: - Tak nie powinno być.
Sto kroków za nimi ciemniał budynek o wąskich, pionowych oknach - pierwszy z dwóch identycznych kompleksów mieszkalnych. Young zerknął na wyświetlacz elektronicznego termometru zamontowanego nad głównym wejściem. Wskazywał +0,6°С. Właściwie można było tego nie sprawdzać; i on, i Jayleen stali w samych kamizelkach włożonych na wełniane swetry.
- Często występują tutaj takie temperatury? - zainteresowała się Honkala.
- Zdarza się i do plus pięciu, ale zawsze w grudniu czy styczniu, w środku lata. Nigdy o tej porze. W zeszłym roku do końca września trzymały czterdziestostopniowe mrozy.
Jayleen spojrzała za siebie. Kompleksy mieszkalne składały się z oddzielnych modułów wzniesionych na betonowych palach, aby zapobiec ich zasypaniu przez śnieg, tyle że tej zimy śniegu nie było, przez co budynki przypominały stado zagnanych do kupy maszyn kroczących z Gwiezdnych wojen, starego filmu fantastycznego, który znalazła w sieci podczas kwarantanny.
- Sto lat temu o tej porze roku temperatura spadała do minus osiemdziesięciu. - Young przestąpił z nogi na nogę i skrzywił się, kiedy zamiast chrzęszczenia pod nogami zachlupotało. - Dlatego zero stopni bez słońca jest trochę dziwne.
Zamilkli. Young upił odrobinę herbaty.
- Dziś pierwsza zmiana? - odezwał się po chwili.
Za pół godziny, o dziesiątej czasu nowozelandzkiego, Jayleen rozpoczynała swoją pierwszą zmianę w centrum danych.
- Aha.
- Świetnie.
Young za jednym zamachem wychylił zawartość kubka.
- Idziemy? - Ruchem głowy wskazał na kompleksy mieszkalne.
- Jeszcze chwilę tu zostanę.
Doktor ruszył ścieżką z powrotem. Jayleen popatrzyła za nim, a potem odwróciła się w stronę wież. W lodzie, głęboko pod nimi, zatopione były tysiące lin z umieszczonymi na nich fotosensorami.
Pierwszy IceCube zbudowano w 2010 roku, nieopodal miejsca, gdzie teraz znajdowały się rury, które wykorzystywano podczas wiercenia. Detektor tworzyło osiemdziesiąt stalowych nici, spuszczonych w głąb odwiertów sięgających dwóch i pół kilometra pod powierzchnię. Na każdym z włókien znajdujących się na głębokości od 1450 do 2450 metrów umieszczone zostały fotosensory służące do wykrywania neutrin przybywających z kosmosu. Neutrina, najbardziej rozpowszechnione, a jednocześnie najbardziej "wstydliwe" cząstki we wszechświecie, powstają we wnętrzach gwiazd, podczas wybuchów supernowych oraz kiedy promienie kosmiczne zderzają się z cząsteczkami w atmosferze. Gdyby możliwe było stworzenie ołowianego pręta o długości roku świetlnego, neutrino przeleciałoby przez niego od jednego końca do drugiego, nie uderzając w ani jeden atom. Niekiedy neutrino oddziałuje jednak z materią, na przykład wtedy, gdy zderza się z jądrem w cząsteczce wody. Powstają wówczas różne cząstki elementarne i rozbiegają się, pozostawiając po sobie ślad świetlny. Ślad ten można uchwycić za pomocą fotosensorów, ale trudno go odróżnić od szumu tła. Z tego powodu detektory neutrin instaluje się głęboko pod powierzchnią ziemi, w wodzie lub pod lodem.
Do połowy XXI wieku w IceCubie badano neutrina przybywające z kosmosu. Z czasem detektor przestał być potrzebny, więc w 2048 roku odłożono go na półkę i przypomniano sobie o nim dopiero w 2120, kiedy zainteresowanie neutrinami ponownie wzrosło. W tym momencie stało się jasne, że nie istnieją żadne WIMP-y[2] - masywne cząstki, które wyjaśniałyby naturę ciemnej materii. Stało się też jasne, że ciemna materia jest bardziej złożona, niż uważano do tej pory, i prawdopodobnie nie ustępuje złożonością materii widzialnej. W związku z pojawieniem się nowych teorii, z których część przewidywała, że interakcja między cząstkami ciemnej materii wygeneruje neutrino o określonej energii, na początku 2130 roku naukowcy reaktywowali stare obserwatoria - IceCube na biegunie południowym, Kamiokande w górach Japonii, Antares na Morzu Śródziemnym - w celu ponownego zbadania znanych skupisk ciemnej materii. Dokładniejsza analiza pochodzących z nich neutrin powinna była pomóc w ustaleniu, który z zaproponowanych przez teoretyków modeli jest poprawny, i ostatecznie ujawnić naturę ciemnej materii.
Stary IceCube ze swoimi osiemdziesięcioma odwiertami rejestrował nie więcej niż dwa tuziny zderzeń neutrin w ciągu roku, dlatego w maju 2132 roku amerykańska National Science Foundation sfinansowała budowę IceCube'a 2.0. Prace zakończono w lutym 2140 roku. Nowy detektor składał się z 5050 nici ze stu dziesięcioma czujnikami na każdej, a po uruchomieniu miał wychwytywać półtora setki neutrin rocznie.
Jayleen patrzyła na lód poznaczony śladami gąsienic, myślała o kilometrach lodowca pod stopami i wyobrażała sobie, ile wysiłku wymagało przebicie go otworami wiertniczymi na całej jego grubości. Tematem jej pracy magisterskiej był związek neutrin z ciemną materią. Z punktu widzenia nauki praca wydawała się aktualna, jednak jej praktyczne zastosowanie w świecie, który właśnie wychodził z najbardziej wyczerpującej od początku stulecia pandemii, było wątpliwe. Jayleen obroniła się pół roku temu (oczywiście zdalnie), dwa miesiące później otrzymała z Berkeley dyplom i od tego momentu głównie marnowała czas w piwnicy domu rodziców przyklejona do konsoli AR. I wtedy, w samym środku nieznośnie upalnego lata, gdy nie interesowały ją już ani gry, ani seriale, natrafiła na informację z Departamentu Programów Polarnych National Science Foundation o zakończeniu budowy nowego detektora neutrin na biegunie południowym. Kto wie dlaczego Jayleen wysłała tam swoje CV i otrzymała zaproszenia na rozmowę online. Na jej podstawie Departament Programów Polarnych zaproponował dziewczynie sześciomiesięczny kontrakt i stanowisko asystentki terenowej na stacji Amundsen-Scott.
Jayleen uśmiechnęła się na wspomnienie tego, co sobie wyobraziła, gdy po raz pierwszy usłyszała słowa "asystentka terenowa". Przed jej oczami pojawił się obraz, jak zgarbiona pod podmuchami wiatru ściska zdrętwiałymi od mrozu palcami statyw z probówkami, a obok niej jakiś starszy naukowiec, pokryty śniegiem i z soplami sterczącymi mu z nozdrzy niczym kły morsa, szuka czegoś w lodzie. W rzeczywistości wszystko okazało się banalne. Jej obowiązki polegały głównie na gapieniu się w monitor, niedotykaniu niczego i pilnowaniu, żeby nikt inny też niczego nie dotykał. Sto lat temu detektor znajdował się w osobnym budynku usytuowanym nad otworami wiertniczymi. Na początku 2133 roku całą aparaturę przeniesiono do Centrum Przechowywania i Przetwarzania Danych (mówiąc po prostu: centrum danych) mieszczącego się w jednym z kompleksów mieszkalnych i Jayleen nie musiała nawet wychodzić na zewnątrz. Doktor Thelma Barrett, która wyglądała na co najmniej tysiąc lat i kierowała zespołem badawczym pracującym na IceCubie, po zorganizowanej przez Stellana wycieczce zapoznawczej wyjaśniła jej, jak wszystko działa: "System wydaje sygnał dźwiękowy, gdy coś w rodzaju neutrina przybywa z wybranego obszaru odległej przestrzeni kosmicznej. Dane przesyłane są na serwery automatycznie. Od ciebie wymagamy sprawdzenia poprawności ich zapisania w logu. To zdarza się rzadko". Wiekowa kobieta spojrzała wtedy na Jayleen z takim wyrazem twarzy, jakby nie miała wątpliwości, że zanim reanimowany IceCube wyłapie pierwsze wysokoenergetyczne neutrino, młodej asystentki nie będzie już na stacji. "Bardzo rzadko".
Jayleen po raz ostatni spojrzała na szereg wież wiertniczych i zerknęła na zegarek. Za pięć dziesiąta - czas wracać. Odwróciła się i poszła w stronę budynków mieszkalnych.
22.05 NZST[3]
Ogólnie dość duże pomieszczenie centrum danych wydawało się ciasne z powodu nagromadzenia szaf serwerowych i braku okien. Po prawej stronie od wejścia wisiał smartboard z harmonogramem zmian; po lewej znajdował się panel sterowania, a ścianę powyżej zasłaniało kilkanaście ekranów. Większość z nich była nieaktywna. W powietrzu unosił się zapach starego kurzu.
Po miękkim półmroku polarnego nieba światło sztucznych lamp nieprzyjemnie raziło. Mrużąc oczy, Jayleen nalała sobie kawy z ekspresu i upewniła się, że włączone są odpowiednie monitory. Gdy tylko usiadła przy pulpicie, zza drzwi wyłoniła się głowa doktora Younga.
- Gotowa?
Jayleen wzruszyła ramionami. Gotowa na co? Przecież nie wystrzeliwują rakiety na orbitę.
- Nie przepracowuj się. - Stellan mrugnął do niej i już miał wyjść, kiedy Jayleen w ostatniej chwili zatrzymała go pytaniem:
- W przypadku nadzwyczajnej sytuacji mam budzić pana czy... doktor Barrett?
Oczywiście wcale nie chodziło o nadzwyczajną sytuację. Jayleen prosiła o pozwolenie na zwrócenie się do Younga, żeby nie narażać się na kontakt z okropnie zjadliwą Thelmą.
- Jakiej nadzwyczajnej sytuacji?
- Na przykład w razie pożaru.
- W IceCubie? - prychnął Young. - To zwykłe detektory wzmacniające sygnał świetlny. Pod kilometrami lodu. Jestem biologiem, nie wiem, czy może się coś z nimi stać, ale myślę, że nie ma co się martwić o pożar.
Jayleen poczerwieniała tak mocno, że Stellanowi zrobiło się jej żal.
- Cóż, kiedy system powiadomi o wychwyceniu kilku neutrin naraz, wtedy owszem, można obudzić doktor Barrett. - Young uśmiechnął się lekko. - Żeby to uczcić. W innym wypadku nic się nie stanie, jeśli poczekasz do rana. - I skinął jej na pożegnanie: - Dobrej nocy.
- Panu również, doktorze Young.
Gdy kroki Stellana ucichły, Jayleen włączyła tablet, uruchomiła YouTube'a i uniosła brwi; wideo Zoe Climbs Olympus Mons, part 4[4] znalazło się na pierwszej pozycji w zakładce "Popularne". I to w ciągu godziny! Był to ostatni, czwarty odcinek z serii vlogów o wspinaczce youtuberki ZoeOfMars na marsjański Olimp[5]. W pierwszym odcinku Zoe opowiadała o Mortenie Rongstadzie i Tordzie Enbergu, założycielach firmy Martian Adventures, a także o szlaku z Newbourne do bazowego obozu u podnóża wulkanu. Cały drugi odcinek Tord i Morten prowadzili ją do skarpy na północnym wschodzie Olimpu. W trzecim odcinku Zoe opuściła obóz i zaczęła wspinaczkę. To wideo zakończyło się przybyciem do na wpół zakopanych w gruncie domów modułowych, tuż przed szczytem, gdzie Zoe i jej towarzysze spędzili ostatnią noc. Czwarty i finalny vlog miał pokazać wejście na kalderę[6].
Jayleen nacisnęła przycisk "Play" i przykleiła się do tabletu.
Zoe, Tord, Morten i kamerzystka Zoe wyszli z obozu o świcie. Ścieżkę, po której się poruszali, co kilkaset metrów przecinały szczeliny. Nad najwęższymi Norwegowie przerzucili niewielkie kładki, szersze obchodzili. Zbocze powoli stawało się coraz bardziej strome, a Zoe coraz częściej pomagała sobie rękami. W jednym miejscu musiała nawet wspinać się na kolanach.
"Marznę" - komentowała ochryple. "Cholernie tu zimno. Mam w skafandrze folię odbijającą ciepło i na wysokości Newbourne to w zupełności wystarcza. Podczas porannych biegów w ogóle nie włączam ogrzewania. W tej chwili system ogrzewania działa na pełnych obrotach, ale ja...". - Uniosła dłoń do kamery w hełmie, zginając i prostując palce. "Ręce mi drętwieją".
"Jak w zimie na Ziemi" - wtrącił Morten. Zoe odwróciła głowę i na ekranie przed Jayleen ukazał się wysoki mężczyzna w pneumatycznym skafandrze. Ciśnienie wewnątrz takich kombinezonów jest niższe niż atmosferyczne na Ziemi[7], więc Rongstad brzmiał jak postać z kreskówki. Jayleen nie mogła się do tego przyzwyczaić.
Zoe się roześmiała.
"Nie jestem taka stara, Mortenie". - W elastycznym skafandrze powietrze docierało tylko do hełmu, ciśnienie było wystarczające, dlatego jej głos nie był zniekształcony. "Nie załapałam się na mroźne zimy na Ziemi". - Przewodnik rozłożył ręce. "Za to byłam niemal w całkowitej próżni na szczycie najwyższej góry planety".
W końcu grupa znalazła się nad urwiskiem. Kaldera przypominała gigantyczny krater uderzeniowy na pochyłej równinie, w którego środku znajdowało się kilka mniejszych, okrągłych formacji - kaldery w kalderze.
"Atmosferę ledwie można dojrzeć" - Zoe wskazała na przeciwległą krawędź przepaści. "Tamta pomarańczowa, niemal niewidoczna smuga, to ona. Nie ma tu typowego dla Newbourne zamglenia, a niebo nad nami jest prawie czarne". - Potok słów się urwał; Zoe, wyginając plecy, odrzuciła głowę w tył; obok Norwegów w niezgrabnych pneumatycznych kombinezonach wydawała się bardzo drobna i krucha. "To niesamowite, jak wszystko tu różni się od równiny. Zimne słońce, czarne niebo i... nie wiem, czy widzicie... pomimo wysokości wciąż są tu chmury. Szare i bezcielesne, jak duchy".
Operatorka skierowała kamerę na Zoe, a Jayleen poprzez atramentowe cienie na szybce hełmu zobaczyła jej lekko rozchylone usta, uchwyciła też błysk szaroniebieskich oczu. Zoe skierowała wzrok poza obiektyw i mówiła, jakby wstrzymywała oddech, by nie wybuchnąć płaczem. Jej spojrzenie emanowało niezwykłą mocą, a pod jego naciskiem w głowie Jayleen pojawiła się niespodziewana myśl: czy mogłaby być jak Zoe? Nie youtuberką, nie. Jayleen rozumiała, że nie jest wystarczająco dowcipna, że brak jej tej zdrowej autoironii i nawet w połowie nie jest tak charyzmatyczna jak Zoe. Ale czy mogłaby polecieć na Marsa i robić tam dokładnie to, co lubi? Przez dziesięciolecia po pierwszym lądowaniu w 2057 roku marsjańska Kolonia była maleńką, półautonomiczną osadą, czymś w rodzaju stacji Deep Space Habitat, tyle że na innej planecie. Ciągnęło tam chyba tylko fanatyków i dziwaków, którzy byli gotowi umrzeć w sposób spektakularny. Wszystko zmieniło się w 2112 roku, wraz z narodzinami pierwszego dziecka na Marsie. Od tego czasu koloniści nie mieli wyboru i Kolonie z każdym dniem zyskiwały na autonomii. Teraz na Marsa wyruszali nie tylko wybrańcy, jak superprofesjonaliści czy bogacze, których stać na życie na innej planecie, ale także zwykli ludzie. Dlatego Jayleen podziwiała dziewczynę w stylowym, elastycznym skafandrze, która przed dwudziestką poleciała na Marsa, szybko zadomowiła się na planecie i zaczęła zarabiać na życie tym, co...
Di-i-do-on.
Dźwięk zamarł jej w uszach. Jayleen oderwała się od tabletu i spojrzała na monitor. Większą część ekranu zajmował trójwymiarowy model IceCube'a: siatka topograficzna u góry wyznaczała powierzchnię lodu nad detektorem, a z niej zbiegały w dół białe linie - "nitki" z fotosensorami. Ale to nie wszystko. Po sygnale na kilku "nitkach" w centrum zawisły gęste grona kolorowych sfer. Kolor sfer na diagramie zmieniał się z czerwonego poprzez pomarańczowy i żółty aż do zielonego.
W prawym górnym rogu wyświetliły się informacje:
DATE19 Sep 2141TIME22:36:58.939251776 NZSTEVENT_NR01PROJECTED_EVENT_TYPECOSMIC NEUTRINOT_INTERVAL0...4000 ns[8]
Jayleen aż odrzuciło w tył na fotelu - coś przeszło przez IceCube'a! Program kodował czas kolorem, a wielkość sfer wskazywała intensywność sygnału. Jayleen musnęła palcem po panelu interaktywnym, przesuwając pasek przewijania w dół. Otworzyła się tabela z danymi z fotosensorów. Pierwsze zderzenie! Doktor Thelma Barrett przybyła na stację dwa tygodnie wcześniej i w tym czasie IceCube został kilkakrotnie uruchomiony w trybie testowym, ale nie zarejestrowano żadnego zderzenia. A gdy tylko ona, Jayleen, usiadła za...
Di-i-do-on.
Skupiła się na monitorze, ale patrzyła z ukosa i nieufnie, jakby bała się unicestwić spojrzeniem to, co widziała. Pięćdziesiąt włókien po prawej stronie i poniżej rozproszenia plamek przedstawiających pierwsze zderzenia neutrinowe wyrastały nowe skupiska wielobarwnych sfer. Tymczasem napis w rogu ekranu się zmienił:
DATE19 Sep 2141TIME22:37:12.738475935NZST EVENT_NR02PROJECTED_EVENT_TYPECOSMIC NEUTRINOT_INTERVAL0...3500 ns
Nad głową szumiał klimatyzator. Jayleen zamarła na kwadrans, a potem, wciąż nie odważając się odwrócić wzroku od monitora, uśmiechnęła się. Dwa zdarzenia neutrin z różnicą czasu mniejszą niż minuta. A gdzie tam! Minęło zaledwie kilka sekund. IceCube miał rejestrować średnio jedno zderzenie co dwa dni, ale skoro detektor w ostatnich tygodniach milczał, nic dziwnego, że dziś wyłapał dwa neutrina jednocześnie z różnicą paru sekund...
Di-i-do-on!
Diiii!!
Na monitorze pojawiły się trzy nowe wielobarwne skupiska.
DATE19 Sep 2141TIME22:37:34.058372858NZST EVENT_NR05PROJECTED_EVENT_TYPECOSMIC NEUTRINOT_INTERVAL0...3000 ns
Jayleen zmarszczyła brwi. Przez chwilę czuła coś w rodzaju euforii, jednak po chwili, uświadomiwszy sobie, że będzie musiała obudzić doktor Barrett, spochmurniała. I jeszcze... Było coś jeszcze. Powinna się ucieszyć, lecz zamiast tego nie mogła pozbyć się złego przeczucia. Pięć zderzeń w ciągu minuty... Nie żeby było to zupełnie nierealne, ale wcześniej takie coś zajęłoby od kilku miesięcy do pół roku.
Ledwie zdążyła o tym pomyśleć, rozpętało się piekło.
Di-i-do-on-din-dong-din-dong-din-dong-dong-dong-dong-dong-dong-di-di-di-di-dididiiiiii...
Jayleen skoncentrowała się jak kierowca rozpędzający samochód do maksymalnej prędkości. Sygnały nakładały się na siebie. Ich kombinacja najpierw przypominała ulewę uderzającą w parasol, potem zamieniła się w trzask, który ostatecznie przekształcił się w irytujący szum. Na modelu detektora pojawiły się tysiące kolorowych sfer, a cyfry przy parametrze EVENT_NR migotały tak szybko, że wydawały się podskakiwać. Osiemdziesiąt... sto pięćdziesiąt... pięćset... tysiąc zderzeń neutrin. Licznik przyspieszał w oczach.
Rozejrzała się, a na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. To jest żart. Ma dziś pierwszą zmianę i koledzy ze stacji postanowili z niej zadrwić. Odwróciła głowę, wpatrywała się w drzwi centrum danych i czekała, aż pojawi się w nich doktor Young, jeden z jego zastępców, a nawet sama doktor Barrett. Tylko że nikt się nie zjawiał, a buczenie wydobywające się z głośników nie cichło. Uśmiech zniknął z jej twarzy.
Odwróciła się ponownie do monitora. Jeśli to nie żart, to co? A jeśli sygnały są prawdziwe? Przypomniała sobie, jak wykładowczyni kwantowej teorii pola w Berkeley, mówiąc o neutrinach, podnosiła nad głową rękę z wyprostowanym palcem i stwierdzała, że co sekundę w opuszkę jej palca trafia sześćdziesiąt miliardów neutrin. Jayleen spojrzała na koniuszek własnego palca wskazującego. Sześćdziesiąt miliardów. Co sekundę. Miliony trylionów rocznie, z czego IceCube, największy i najbardziej zaawansowany detektor neutrin na świecie, rejestrował najwyżej kilkaset. Teraz program zgłaszał setki zderzeń na minutę. Jeśli to nie był kawał, czyjś głupi żart, to wówczas buczenie, od którego Jayleen cierpły zęby, oznaczałoby, że strumień neutrin z odległego kosmosu wzrósł o setki tysięcy... (potarła palcami czoło, matematyka nie należała do jej ulubionych przedmiotów)... o miliony razy. Może nawet więcej.
"Ach, do diabła". - Jayleen odsunęła się od stołu. Lepiej dać się wyśmiać, niż przegapić coś ważnego.
Wyskoczyła z centrum danych, pobiegła korytarzem do schodów prowadzących na drugie piętro i się zawahała. Young czy Thelma Barrett? Doktor Barrett zajmowała jeden z "letnich" pokoi na końcu korytarza, podczas gdy Stellan Young mieszkał w przestronniejszym, "zimowym" apartamencie na drugim piętrze. Po chwili namysłu Jayleen pobiegła schodami na drugie piętro. W mgnieniu oka minęła salę rekreacyjną, dotarła do apartamentu Stellana i zapukała do drzwi.
- Doktorze Young?
Cisza.
Puk-puk-puk!
- Doktorze Young!
Jayleen podniosła rękę, żeby zapukać po raz trzeci, kiedy drzwi się otworzyły. Stellan miał na sobie sportowe szorty, bluzę bez rękawów i crocsy.
- O, Jayleen, dawno się nie widzieliśmy. - Przetarł powieki, od kącików oczu rozbiegły się zmarszczki. - Co się stało? Pali się?
Najprościej byłoby powiedzieć, jak jest: że IceCube wysyła tysiące sygnałów o zderzeniach. Jednak Jayleen bała się popełnić błąd i zamiast tego wyrzuciła z siebie jednym tchem:
- Musi pan coś zobaczyć.
- Dobrze. - Stellan przekroczył próg i machnął ręką: - Chodźmy.
Jayleen weszła do centrum danych pierwsza. Przecisnęła się między serwerowymi szafami, nachyliła się nad fotelem i spojrzała na prawy górny róg ekranu. Licznik wskazywał osiemnaście tysięcy zderzeń. Osiemnaście tysięcy! Ale pierwsze trzy cyfry liczby naprzeciwko EVENT_NR zmieniały się tak szybko, że trudno było je śledzić.
- Co to za dźwięk? - Brzęczenie wypełniło pomieszczenie i Stellan, szukając jego źródła, zaczął się rozglądać naokoło.
- Stąd. - Jayleen tknęła palcem monitor.
- Co to? - Naukowiec nachylił się nad ekranem.
Podczas pobytu i pracy na stacji nieraz miał przed oczami diagramy zderzeń, ale teraz był zdezorientowany. Obraz na monitorze stał się nierozpoznawalny: "nitki" detektora zniknęły pod plamą przypominającą ogromną wielobarwną glicynię. Ale glicynia mieniła się i pulsowała, wypuszczając coraz to nowe kiście czerwonych, pomarańczowych i zielonych "kwiatów".
- Raporty o zderzeniach - powiedziała Jayleen. - Już dwadzieścia tysięcy.
- Czyli brzęczenie... to...
- Powiadomienie o neutrinach. Jest ich dużo i zlewają się, eee... w jeden dźwięk.
Stellan pociągnął suwak w dół. Co sekundę pod wykresem pojawiały się nowe tabele.
- No, gratuluję. - Spojrzał osądzająco na Jayleen. - Spaliłaś IceCube'a.
- Co?
- Żartuję. - Uśmiech rozjaśnił jego twarz. - To pomyłka. Fałszywy sygnał. Gdzieś doszło do zwarcia przewodów. Może woda dostała się pod izolację.
- No...
- W ciągu roku odnotujemy kilkaset zderzeń, jeśli się nam poszczęści. A ile już tu jest?
Jayleen zerknęła na liczbę po prawej stronie od EVENT_NR.
- Dwadzieścia dwa tysiące.
- Coś gdzieś szwankuje. I pokazuje nam neutrina z półkuli południowej.
- Atmosferyczne?
IceCube, mimo że znajduje się w najbardziej wysuniętym na południe punkcie planety, rejestruje neutrina przechodzące przez warstwę Ziemi z półkuli północnej. Rzecz w tym, że zderzaniu się promieni kosmicznych z atomami w atmosferze towarzyszy pojawienie się niezliczonych "neutrin atmosferycznych". Ich energia jest znikoma i nie mają one żadnej wartości dla badaczy. Jednocześnie jest ich tak dużo, że nawet dwukilometrowa grubość lodu nie jest w stanie ich wszystkich odciąć. Spośród znanych cząstek elementarnych jedynie wysokoenergetyczne neutrina z kosmosu są w stanie przeniknąć planetę na wskroś i właśnie dlatego IceCube przetwarza sygnały dochodzące spod ziemi, a ignoruje wszystko, co spada z nieba. Czasami podczas sprawdzania i regulacji czujników detektor pracuje w trybie "odwrotnym" - testując na neutrinach tła z atmosfery - i właśnie o tym mówił Stellan Young: zdarzyła się usterka, która spowodowała, że IceCube zaczął wyświetlać na ekranie dane niskoenergetycznych neutrin atmosferycznych.
- Tak. - Young ruchem głowy wskazał na monitor. - To zwyczajny szum.
Jayleen założyła włosy za ucho. A zatem nie było powodów do zmartwień. Chociaż... dziwne. Była gotowa przysiąc, że pierwsze pięć neutrin pochodziło z dołu. Nie odważyła się jednak sprzeciwić. Young na pewno wie lepiej.
- Co teraz?
- Trzeba będzie wszystko wyłączyć. Zastanowimy się nad tym jutro rano.
Kiedy wypowiadał te słowa, na sąsiednim ekranie pojawił się sygnał.
- A to co? - Stellan się odwrócił.
Jayleen przesunęła fotel do sąsiedniego monitora.
- Wezwanie wideo od... Tsu... Tsujihary... - Pod awatarem w centrum ekranu pojawił się napis: "Tsujihara Moromao wzywa".
- To Kamiokande. - Do tej pory zrelaksowana twarz Younga natychmiast się zmieniła. - Odpowiedz!
Ważący sto pięćdziesiąt ton wodny detektor Super-Kamiokande znajdował się na głębokości tysiąca metrów w szybie kopalni cynku Kamioka pod Tokio i był drugim co do wielkości teleskopem neutrin na świecie, zaraz po IceCube 2.0.
Jayleen nacisnęła "Przyjmij wezwanie".
- Tak?
Na ekranie pojawiło się oblicze pozbawione zmarszczek, z równym przedziałkiem i starannie przystrzyżonymi wąsikami.
- Dobry wieczór. Nazywam się doktor Tsujihara, pracuję... - Mężczyzna, na pierwszy rzut oka czterdziestoletni, mówił powoli i z akcentem. Nagle zauważył Younga: - O, Stellan, cześć!
- Moromao. - Doktor Young zareagował lekkim kiwnięciem głowy. - Jak tam u was?
Japończyk zapewnił, że wszystko jest w porządku, patrzył jednak na Stellana takim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć coś zupełnie innego.
- Co się stało?
- Pomyślisz, że wszyscy tutaj straciliśmy rozum. Ja osobiście uważam, że to problem ze sprzętem lub... - skierował wzrok w bok - ...lub z zabezpieczeniem oprogramowania. Ale uruchomiliśmy wszystko ponownie dwa razy i chcę się upewnić, że nie rejestrujecie na IceCubie jakichś... - tutaj Tsujihara wstawił japońskie słowo podobne do "izoo", ale szybko się poprawił: - anomalii.
Zanim zdążył dokończyć zdanie, Stellan zaklął cicho:
- Niech to szlag...
- Przepraszam? - Tsujihara przysunął się do ekranu.
Young przeniósł spojrzenie na Jayleen i wpatrywał się w nią tak, jakby to ona była winna temu, co się działo.
- U nich to samo.
- Stellanie? - dobiegło z ekranu.
- Jak, do cholery... - Young odwrócił się do monitora. - Moromao?
- Tak?
- Ile macie sygnałów o zderzeniach?
Tsujihara uśmiechnął się jak człowiek, który wie, że zaraz powie coś nieprzyjemnego.
- Zdziwisz się.
- Mów.
- Trzynaście tysięcy, Stellanie.
- U nas jest już niemal trzydzieści - wyszeptała Jayleen.
Doszedłszy do wniosku, że go nie usłyszeli, doktor Tsujihara powtórzył:
- Trzy-na-ście.
- Trzydzieści. - Stellan pokręcił głową, a potem dodał sam do siebie: - Na Kamiokande mają niższą czułość.
- Trzydzieści tysięcy? - Moromao zbladł, jakby właśnie dostał wyrok za zbrodnię, której nie popełnił. - Więc u was też?
Young ścisnął ramię Jayleen.
- Dzwoń do Francuzów na Antares - nakazał. - Ktoś z nich musi być w spisie kontaktów. Wywołaj kogokolwiek, kto jest w tej chwili online.
Obserwatorium neutrin Antares było położone na głębokości dwóch tysięcy metrów, w Morzu Śródziemnym u wybrzeży Francji.
- Wywołaj też Shermana Springfielda z Homestake.
Dawny przyjaciel Stellana, który przez pewien czas przebywał na stacji Amundsen-Scott, trzy lata temu zaczął zawiadywać detektorem neutrin na ultraczystej ciężkiej wodzie[9] w szachcie zamkniętej kopalni złota Homestake w Południowej Dakocie. Stellan nie był pewien, czy oni pracują, ale mimo to postanowił zadzwonić.
- Dobrze - zmarszczyła brwi Jayleen. - Ale w Homestake jest teraz noc.
Tak naprawdę był już ranek, ale Stellanowi nie robiło to różnicy.
- Wszystko jedno! - burknął. - Ktoś musi mieć dyżur. - Po chwili zastanowienia dodał jednak: - Albo nie. Lepiej sam zadzwonię. Wstań! Rusz się!
Pociągnął Jayleen za koszulkę, nakazując jej zwolnić miejsce.
- A ja...
- Idź, obudź Thelmę. - Zauważywszy, że kobieta stoi zdezorientowana, Stellan podniósł głos: - Natychmiast! - Po czym rozwinął panel z kontaktami i zaczął nawiązywać połączenie.
Stojąc już w drzwiach, Jayleen zerknęła na monitor - czterdzieści pięć tysięcy zderzeń. Ruszyła korytarzem do pokoju Thelmy Barrett.
Doktor otworzyła drzwi dopiero wtedy, kiedy Jayleen zaczęła walić w nie tak mocno, że aż zadrżał węgar.
- Co? - Twarz siedemdziesięciojednoletniej Thelmy była blada, a spojrzenie czujne, jakby nieustannie spodziewała się jakiegoś podstępu. - Czego chcesz?
Detektor powiadamia o dziesiątkach tysięcy zderzeń - to niezwykle proste na pierwszy rzut oka zdanie uwięzło jej w gardle i Jayleen, unikając patrzenia Thelmie w oczy, powiedziała:
- Wzywa panią doktor Young.
- Wiesz, która godzina?
Jayleen zerknęła na smartlet na lewym nadgarstku.
- Za kwadrans jedenasta.
- Nie pytałam, która godzina, idiotko, pytałam, czy zdajesz sobie sprawę, że o takiej porze... - Thelma machnęła ręką. - Czego on ode mnie chce?
"Detektor powiadamia o dziesiątkach tysięcy..."
- Powinna pani pójść do centrum danych. U nas... Tam coś się wydarzyło. Sytuacja nadzwyczajna.
Thelma rozejrzała się po korytarzu za plecami dziewczyny i zatrzasnęła drzwi. Jayleen została sama. Pół minuty później drzwi ponownie się otworzyły.
- Jeszcze tu jesteś? - Thelma włożyła szlafrok i się przepasała.
Jayleen cofnęła się, ustępując jej z drogi. Potem, gdy szła za nią, przyglądała się szyi usianej starczymi przebarwieniami i zastanawiała się nie tyle nad tym, co skłoniło Thelmę do udania się na stację antarktyczną zamiast spokojnego przeżywania starości w jakimś przytulnym miejscu, ile nad tym, kto ją tu w ogóle wpuścił. Rozczochrana i pomarszczona od przerwanego snu, doktor Barrett wyglądała jak osoba, która nie dożyje nie tylko końca polarnego lata, ale wręcz początku następnego tygodnia.
Jednak pozory myliły. Thelma pchnęła drzwi centrum danych tak mocno, że uderzyły o ścianę, i od progu zaskrzeczała przenikliwie:
- Co się dzieje?
Stellan wreszcie wypowiedział zdanie, którego nie zdołała wydusić z siebie Jayleen:
- IceCube powiadamia o dziesiątkach tysięcy zderzeń. - Zerknął z ukosa na ekran i się poprawił: - Już ponad sto.
- Ponad sto? - Thelma zamrugała zaspana.
- Ponad sto tysięcy - potwierdził.
- Jest pan pijany? - Thelma przewróciła oczami. - Musiał się zaciąć. Nie otrzymalibyśmy takich rezultatów, nawet gdyby obok Układu Słonecznego wybuchła supernowa.
Stellan pokazał na monitor z twarzą Moromao.
- To doktor Tsujihara z Kamiokande. - Przeniósł palec na sąsiedni ekran, z którego patrzyła na nich dziewczyna pięć lat starsza od Jayleen. - A to Katia Trottier z Antaresu. - Palec przesunął się na włączony, lecz ciemny monitor z podpisem na dole ekranu: "Sherman Springfield. Kamera została wyłączona". - A tu na linii doktor Springfield z Homestake. U nich to samo. Wszędzie.
- Miło mi panią widzieć, doktor Barrett - uśmiechnęła się Trottier.
- Znacie się? - Stellan uniósł brwi ze zdziwienia.
- To moja była studentka. - Jayleen przez chwilę wydawało się, że doktor Barrett wreszcie powie coś miłego, wtrąci jakieś banalne zdanie, jakie zazwyczaj wypowiada się przy tego typu okazjach, ale nie. Stara zmrużyła oczy, jakby studiowała twarz Katii pod lupą, a potem wycedziła: - Trudno uwierzyć, że spotkałyśmy się tutaj, a nie za kasą w McDonaldzie.
Niespodziewanie monotonne buczenie urwało się, komputer wydał z siebie krótki sygnał dźwiękowy i na ekranie pojawił się komunikat:
ERROR 1608. Unable to process data[10]
- Co tu jest napisane? - Thelma ściągnęła brwi aż do nasady nosa.
Jayleen zbliżyła wskaźnik do kodu błędu i zlustrowała komunikat, który się nad nim pojawił.
- Kod szesnaście-zero-osiem... błąd systemu... część danych nie zostanie zachowana.
- Mamy pięćset terabajtów do przechowywania danych - parsknęła Thelma. - Nie gadaj głupot.
Jayleen kliknęła w "Read more".
- Tutaj jest napisane: losowa zbieżność w czasie... lub zbyt wiele sygnałów... ślady świetlne z dwóch lub więcej zderzeń neutrin nakładają się na siebie... program pomimo zmniejszenia parametru T_INTERVAL nie rozróżnia osobnych zderzeń neutrinowych i w związku z tym ostrzega przed niemożnością zapisania informacji o nich.
Coś błysnęło w oczach Thelmy. Jeszcze nie troska, o nie, raczej zainteresowanie zabarwione skonfundowaniem. Awaria to jedno, ale kiedy komputer informuje cię, że nie może przetwarzać danych, to już zupełnie inna sprawa. Dane musiały skądś pochodzić. Chwyciwszy się brzegu stołu, zastygła nad monitorem. Różnokolorowa "glicynia" się rozrastała; jeszcze trochę, a kwietne grona zaczną wypełzać poza krawędzie ekranu. Po krótkiej chwili doktor Barrett mruknęła:
- Chyba sobie kpicie...
- Co to może być? - Stellan podczas ich nieobecności przygotował kawę i teraz postukiwał paznokciem w uszko kubka. - Supernowa?
Na kilka godzin przed grawitacyjnym kolapsem we wnętrzu supermasywnej gwiazdy rozpoczynają się dramatyczne procesy, które ściskają jądro, w wyniku czego protony zamieniają się w neutrony. Towarzyszy temu powstawanie niezliczonych neutrin. Fotony potrzebują czasu, aby przedostać się przez górne warstwy gwiazdy, neutrina jednak swobodnie opuszczają jądro, dostarczając tym samym pierwszych sygnałów, że gwiazda wkrótce eksploduje - stanie się supernową.
Odpowiedział Tsujihara:
- Cóż, jeśli założymy, że obok Układu Słonecznego przelatuje niebieski nadolbrzym o masie dwudziestokrotnie większej od masy Słońca, którego udało nam się przeoczyć, to tak, ten rozbłysk sygnalizuje, że za kilka godzin zamieni się w supernową, ale...
- Brednie - przerwała mu Thelma ze słabo skrywaną pogardą. - W promieniu setek lat świetlnych nie ma ani jednego olbrzyma zdolnego eksplodować.
- Przynajmniej wczoraj wieczorem jeszcze nie było - zgodziła się Katia.
- Zatem, co to, do diabła, jest? - Stellan rozłożył ręce, jakby chciał złapać monitor i oderwać go od ściany. - Czyli to możliwe?
Thelma pokręciła głową.
- Teoretycznie to może być jakaś niezrozumiała aktywność w jądrze galaktyki...
- Nielegalny reaktor jądrowy - odezwał się Springfield.
- Domowej roboty bomba atomowa - znowu Tsujihara.
- Bzdury. To wszystko bzdury. - Thelma znów pokręciła głową. - Gdyby to była bomba, nie rozmawialibyśmy o niej teraz.
- A więc co? - powtórzył pytanie Stellan.
- No... - Thelma wbiła wzrok w stół. - Coś, z czym jeszcze się nie zetknęliśmy.
"To nie jest odpowiedź" - pomyślała Jayleen.
Przez kwadrans wszyscy milczeli, a potem Thelma wskazała palcem na Jayleen i powiedziała:
- Włącz wiadomości.
- Jakie?
- Jakikolwiek kanał z wiadomościami.
Jayleen usiadła na wolnym krześle i uruchomiła stację roboczą, po czym wprowadziła w okno wyszukiwania tekst: "24h news channel" i weszła w pierwszy odnośnik z listy rezultatów poszukiwania.
- Tylko nie Fox - wysyczała Thelma. - Cokolwiek dla ludzi posiadających mózgi.
Jayleen kliknęła "Wróć" i wprowadziła kolejne hasło: "Wiadomości ze świata BBC". Na ekranie barczysty, rozpikselowany przystojniak z gładko ogoloną głową i kwadratowym podbródkiem mówił, niepewnie lub niechętnie, o zniszczeniu całej partii nielegalnego telomidu z Marsa. Reporterce nie udało się wydusić z niego więcej niż dwa, trzy proste zdania. Jayleen, Stellan i doktor Barrett zamarli na chwilę, czekając na pojawienie się komunikatu "Wiadomości nadzwyczajne", ale wywiad wciąż trwał i nic nie zapowiadało, by miał się ku końcowi.
- Co tam? - nie wytrzymała Katia Trottier.
Jayleen wzruszyła ramionami. Nic.
- Szukać czegoś innego? - skierowała pytanie do doktor Barrett.
- Nie. Wyznacz kierunek, z którego nadlatują neutrina - powiedziała. Gdy Stellan na nią spojrzał, sprecyzowała: - Trzeba połączyć się z Arecibo, Kanarami i Atakamą[11]... z innymi wielkimi teleskopami. Wyjaśnimy sytuację, poprosimy o odwołanie zaplanowanych obserwacji i nadamy im nowy kierunek. Niech patrzą. Nie rozumiem, co to może być, ale jeśli od tego nie spłoniemy, to za kilka godzin otrzymamy najfantastyczniejsze zdjęcia nieba w całej historii obserwacji astronomicznych.
Kiedy Jayleen, przesuwając palcami po stole, podłączała monitor do stacji z "glicynią", z ciemnego ekranu powyżej dobiegł głos doktora Springfielda.
- Czy ktoś już się zastanowił nad tym, jakie to może być niebezpieczne? No... wszystkie te neutrina przechodzą też przez nas.
- Nie wiem - westchnęła Thelma. - Zgaduję, że na razie to nic strasznego, ale jeśli przepływ będzie trwał wystarczająco długo... - nie dokończyła. Bez względu na to, jak "nieśmiałe" są neutrina, przy takiej gęstości strumienia finalnie spalą wszystkie żywe istoty na swej drodze.
Dwoma dotknięciami Jayleen aktywowała klawiaturę i skupiła się na pracy. Kierunek. Źródło. Nie wspominając o niebezpieczeństwie. Cztery dni temu przy tym samym monitorze Thelma Barrett uczyła ją, jak określić kierunek przybycia cząstki: dane z fotosensorów należy przenieść do podprogramu. Ten, uwzględniwszy położenie Ziemi, ustali położenie punktu na sferze niebieskiej, z której przybyło neutrino, i połączy ten punkt z najbliższym obiektem kosmicznym. Jayleen rozwinęła tabelę danych jednego z pierwszych zderzeń, wydzieliła parametry i zamarła. Jej palce zastygły nad rozświetlonymi wirtualnymi klawiszami.
To nonsens. Po co ona to robi?
W jej głowie pojawiły się słowa Stellana.
(Coś gdzieś szwankuje. I pokazuje nam neutrina z półkuli południowej)
Jayleen zaczęła pocierać palcami brodę. Poczucie, że wykonuje niepotrzebną pracę, było irracjonalne i nieuzasadnione, ale nie mogła się go wyzbyć.
Dlaczego? Dlaczego wyznaczenie kierunku nie ma sensu?
(pokazuje nam neutrina z półkuli południowej)
Jayleen wyobraziła sobie kulę ziemską, wyobraziła sobie stację polarną w jej najbardziej wysuniętym na południe punkcie, wyobraziła sobie tryliony neutrin, jakie przecinają planetę z północy na południe, a potem...
(to zwyczajny szum)
(z półkuli południowej)
...dotarło do niej. Jej kręgosłup przeszył prąd elektryczny.
- Doktor Barrett!
- Wyznaczyłaś?
- Nie. Ja... pomyślałam... Kamiokande... Antares... przecież to półkula północna. Tak?
- Tak.
- Jeśli się nie mylę... - Jayleen się zacięła, a Thelma machnęła ręką, jakby chciała ją popędzić. - Ich sensory, podobnie jak nasze, są ustawione na wychwytywanie neutrin przenikających skorupę ziemską.
- Tak, i co w związku z tym?
- Jak zatem mogą rejestrować sygnał równocześnie z nami, czyli sygnał spod ziemi, skoro znajdują się na półkuli północnej?
Jayleen plątała się w słowach, ale miała nadzieje, że Thelma ją zrozumie. Do diabła, stara powinna domyślić się tego pierwsza!
- Jayleen, martwisz się nie tym, co trzeba - burknął Stellan z niezadowoleniem.
- Nie, nie, czekaj. - Thelma zamrugała oczami jak ktoś, kto robi sobie zdjęcie do paszportu i wie, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. - Ona ma rację.
Stellan ściągnął brwi. Jayleen zaczęła odważniej wykładać swoje przypuszczenia.
- Znajdujemy się w najniższym punkcie półkuli południowej, o tutaj. - Gestem zarysowała Ziemię i wskazała lokalizację stacji Amundsen-Scott. - To znaczy, że gdy otrzymujemy sygnał spod ziemi, to dla detektora na półkuli północnej - palec przesunął się w górę po niewidzialnej kuli - ten sam sygnał musiałby pochodzić z nieba i dlatego gubiłby się na tle neutrin atmosferycznych.
Stellan i Thelma wymienili spojrzenia. Barrett stała bliżej i Jayleen wyczuła jej napięcie. Stellan potrzebował kilku dodatkowych sekund, zanim pojął to, czego Thelma i Jayleen już były świadome: że jeśli obserwatoria neutrin zlokalizowane na różnych półkulach jednocześnie rejestrują potężne strumienie neutrin spod ziemi...
- Niech to szlag! - Mężczyzna zakrztusił się wypitą przed chwilą kawą. - Jądro ziemi?
- Im dalej, tym gorzej - stwierdził Springfield fatalistycznie.
- Coś w jądrze? - wymamrotał Tsujihara z ekranu.
Thelma spojrzała pod własne nogi z taką miną, jakby oczekiwała, że ziemia pod jej stopami zaraz się rozstąpi.
- Tak. Może. Nie wiem.
- Co dokładnie? - Znowu Stellan.
- Nie wiem - powtórzyła. - Całe życie patrzyłam w niebo. Nie wiem, co takiego może wydarzyć się w jądrze ziemi, żeby wyleciało z niego tyle neutrin!
- Trzeba skontaktować się z fachowcami - zaproponował Springfield. - Z... z geologami? To chyba leży w kompetencjach geologów, czyż nie?
Thelma pokręciła głową.
- Wątpię, żeby geolodzy wiedzieli więcej od nas o wysokoenergetycznych neutrinach.
- Czekajcie. - Jayleen uniosła palec w górę. Zdecydowała się jednak przesłać dane do podprogramu wyznaczającego kierunek, rozpoczęła obliczenia i teraz wpatrywała się w okno dialogowe w rogu ekranu.
- Co? - zapytali wszyscy zgodnym chórem.
- To nie jądro.
- Jak to? - Thelma nachyliła się nad nią.
- Obliczyłam wektor dla pierwszego zderzenia. Trajektoria przylotu przebiega pod kątem czterdziestu ośmiu stopni względem osi planety.
W centrum danych zapadła minutowa cisza, wszyscy przetrawiali to, co przed chwilą usłyszeli. Cztery detektory z różnych punktów planety zarejestrowały wybuchy wysokoenergetycznych neutrin. Na pierwszy rzut oka jest to możliwe tylko wtedy, gdy neutrina pochodzą z jądra Ziemi. Ponieważ IceCube stoi na biegunie, czyli na osi planety, kąt przybycia w tym przypadku powinien być równy zeru lub być jak najbliżej zera. Jednak kąt okazał się znacznie większy, więc neutrina nie wylatywały z jądra, to zaś oznaczało, że... Szkliste oczy, zdezorientowane spojrzenia, zaciśnięte usta. Nikt tak naprawdę nie miał pojęcia, co to oznacza.
- Cztery równoczesne eksplozje w różnych punktach sfery niebieskiej? - wymamrotała Katia.
- Nierealne - ucięła doktor Barrett.
- Teoretycznie źródło może być jedno - zaczął Moromao bez szczególnej pewności w głosie. - Ale umieszczone tak, żeby wysyłać do nas sygnał spod ziemi. Oczywiście trudno to sobie wyobrazić, ale...
- Ale można to sprawdzić - zaproponowała Katia od razu.
Odwróciła się i zwróciła po francusku do kogoś poza zasięgiem kamery. Po chwili kobieta w średnim wieku i odziana w fartuch laboratoryjny przyniosła Katii globus i wiązkę drutów. Katia przez chwilę przebijała globus drutami pod różnymi kątami, aż w końcu stwierdziła:
- Brak opcji. W przypadku trzech detektorów można jeszcze znaleźć kilka punktów, z których sygnały nadchodziłyby spod ziemi, ale jak by go nie obrócić - Katia szturchnęła globusem kamerę - kiedy mamy cztery detektory, dla jednego z nich neutrino przyleci z nieba.
Zatem sygnał nie pochodzi z jądra ziemi... i nie z kosmosu.
- Źródło jest pod ziemią, ale nie w jądrze? - przypuścił Stellan.
- Kompletna fantastyka - prychnęła Thelma.
- Nie większa niż dwieście tysięcy zarejestrowanych zderzeń - odparował Stellan.
- Gdyby wylatywały z jądra, to nie byłoby fantastycznie - burknął Springfield.
- Nie, nie - pokręciła głową Thelma. - To musi być coś innego.
Sherman Springfield niespodziewanie wstał.
- To zwalnia!
- Nie - zaprzeczył Stellan.
- Słabnie - upierał się Springfield. - U mnie słabnie.
- U mnie też - dorzucił Tsujihara.
Zdania sypały się jedno po drugim. Thelma ścisnęła skronie dłońmi, a potem nachyliła się do ekranów:
- Doktorze Tsujiharo, doktorze Springfieldzie, Katiu - przemówiła takim tonem, że sprzeczki wnet ucichły. - Wcześniej mieliśmy do czynienia z pojedynczymi aktywnościami i ustalając kierunek, rozmawialiśmy o ciele niebieskim, które może być źródłem neutrin: jakiś kwazar, supernowa lub odległa galaktyka. Teraz mamy strumień i jeśli jego źródło znajduje się w przestrzeni kosmicznej, kierunek zarejestrowany przez fotosensory powinien się zmieniać, ponieważ Ziemia się obraca. Oznacza to, że w dwóch dowolnych zdarzeniach wektory będą się różnić. Ale jeśli źródło lub źródła znajdują się we wnętrzu Ziemi, wówczas obracają się wraz z nami, a ustalony wektor nie ulegnie zmianie, niezależnie od tego, jak długo będziemy obserwować przepływ. - Spojrzała na wszystkie twarze z ekranów.
- Rozumiecie?
- Tak, pani doktor. - Moromao pokiwał głową.
- Musimy wyznaczyć kierunki, z których neutrina napłynęły do detektorów w przypadku kilku zderzeń następujących w różnym czasie.
- Już nad tym pracuję - odpowiedziała Katia.
- Ja też. - Jayleen uruchomiła klawiaturę, jej palce poruszyły się nad blatem.
Na pewien czas zapadła cisza. Springfield miał jednak rację: strumień się wyciszał; szum uległ fragmentacji i ostatecznie rozpadł się na pojedyncze dźwięki. Jayleen zauważyła zmianę sygnału dźwiękowego dopiero po zakończeniu obliczeń i zagryzając wargę, wpatrywała się w ekran.
- I jak? - Thelma postukiwała palcami o oparcie krzesła. - Wektor jest stabilny? Porusza się?
Jayleen przełknęła ślinę. Jak to powiedział Springfield? Im dalej, tym gorzej.
- Nie te, nie te.
- Co? - Thelma zacisnęła palce na oparciu, aż strzeliły kości.
Stellan jęknął. Jayleen zaczęła wyjaśniać.
- Wybrałam dwa zdarzenia z różnicą trzech minut. Wektory są różne, ale... Prawdopodobnym źródłem pierwszego neutrino jest Aliot w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy. Źródłem drugiego jest Alkor w Wielkiej Niedźwiedzicy. Odległość kątowa między nimi wynosi osiem setnych radiana[12]. Dokładnie cztery stopnie, dwadzieścia dziewięć minut i trzydzieści pięć sekund.
Wskazała na liczby w dole okna dialogowego: 4°29'35''.
- Trzy minuty? - sprecyzowała Thelma Barrett.
- Tak.
Doktor zaklęła; błąd zaktualizowanego IceCube'a nie przekroczył trzech sekund kątowych. Ziemia obraca się z prędkością piętnastu stopni na godzinę, a w ciągu trzech minut przesunęła się o trzy czwarte stopnia, zatem różnica aż czterech i pół stopnia między zdarzeniami nie mogła być spowodowana ani ruchem planety, ani tym bardziej błędem detektora.
- Co to, do diaska, oznacza? - zapytał Stellan kompletnie zdezorientowany.
- Źródła nie ma tutaj, pochodzi z kosmosu i... - Thelma zacisnęła palce na krześle, jakby próbowała odłamać kawałek. - I to nie jest źródło. To są źródła. Co najmniej dwa w naszym sektorze, na półkuli północnej.
- Trzy. - Jayleen nie przestawała przeciągać danych do programu obliczeniowego, więc wyznaczyła kierunek dla jeszcze jednego neutrina. - Nie, zaczekajcie, nie trzy.
Stellan i Thelma ożywili się na chwilę, mając nadzieję, że Jayleen ogłosi swoją pomyłkę, oznajmi, że w rzeczywistości było tylko jedno źródło. Zamiast tego powiedziała:
- Już są cztery. - Pauza. Jej palce nadal fruwały nad klawiaturą. - Pięć. Tak naprawdę każdy z przetworzonych sygnałów pochodził z innego punktu gwiaździstego nieba.
- Odległości kątowe? - zapytała Thelma łamiącym się głosem.
- Wszystkie obiekty są blisko siebie, ale odległości między nimi są większe, niż można by to wytłumaczyć ruchem obrotowym Ziemi. Sekundę. - Jayleen wyświetliła listę na ekranie. - A więc Ferkad, czyli Gamma Małej Niedźwiedzicy. Niebieska gwiazda HD 147321 w Małej Niedźwiedzicy. Eta Draconis. Dalej... eee... Jedenasta Małej Niedźwiedzicy. Edasich, albo Jota Draconis. Galaktyka NGC 6217 w Małej Niedźwiedzicy... Thuban czyli Alfa Draconis... Aldhiba, także w gwiazdozbiorze Smoka... Dalej?
- Nie. - Doktor Barrett przycisnęła dłonie do ust. - Katiu, a co u ciebie?
Trottier spojrzała w kamerę:
- Lambda Pavonis.
Thelma w złości uderzyła dłońmi o uda.
- Przecież to jest po przeciwnej stronie rozgwieżdżonego nieba!
- Galaktyka NGC 6752 - kontynuowała Katia.
- Gdzie to jest?
- Też w gwiazdozbiorze Pawia, ale zbyt daleko od Lambdy, aby uzasadniać błąd pomiaru... Gwiazda HD 190984, to samo.
- Delta Wężownika - powiedział Sherman Springfield.
- Do diabła! - Thelma oddychała ciężko.
Jako ostatni odezwał się doktor Tsujihara z Super-Kamiokande.
- Galaktyka M104 Sombrero w gwiazdozbiorze Panny... Galaktyka NGC 4697 w gwiazdozbiorze Panny... Gwiazda HD 103774 w gwiazdozbiorze Kruka.
Wydawało się, że cały kosmos ogarnęły eksplozje.
Udręczone spojrzenie doktor Barrett błądziło między monitorami.
- Co się tu, do diabła, dzieje? - Drżący głos przeciął zastałe powietrze centrum danych. Thelma kręciła głową, jakby oczekiwała, że zaraz ktoś wręczy jej instrukcję "Co robić w sytuacji, kiedy niebo eksplodowało". - Zarejestrowaliśmy strumień neutrin wypływający z kilkudziesięciu różnych punktów, który o pięć rzędów przewyższa standardowe oznaczenia? - Wzrok kobiety przeskoczył z Jayleen na Stellana. A potem powtórzyła: - Co się tu, do diabła, dzieje?!
Jayleen milczała. Sygnały informujące o nowych zderzeniach nadchodziły o wiele rzadziej, skojarzyło się jej to z kroplami ściekającymi z dachu po szalonej ulewie.
- Gwiazda Spica w gwiazdozbiorze Panny - przerwał ciszę głos Moromao.
Thelma obrzuciła monitor niewidzącym spojrzeniem.
- Jest najjaśniejsza w konstelacji Panny. Jeśli się nie mylę, powinna być akurat dokładnie nad nami. Łatwo ją zobaczyć.
- Na zewnątrz jest zbyt jasno - zaprzeczyła Jayleen. - Bez szans.
Thelma nie mogła wyrwać się z potoku własnych myśli, odezwała się dopiero po kilku sekundach.
- Dwieście tysięcy zderzeń... Nie mam pojęcia, co tam się stało - wskazała palcem na niebo - ale obawiam się, że kiedy światło tych aktywności dosięgnie Ziemi, zamiast przejmować się, czy je zobaczymy, będziemy musieli wymyślić, gdzie się przed nim schować, żeby nas nie spaliło. - Po chwili milczenia ruchem głowy wskazała na stół: - Czyj to tablet?
Jayleen odpowiedziała, że należy do niej, i wtedy Thelma, chwyciwszy urządzenie, nieprzyzwoicie szybko opuściła centrum danych.
- Dokąd ona poszła? - zapytał Stellan.
Jayleen wzruszyła ramionami. Kierownik stacji wstał i wyjrzał na korytarz.
- Wygląda na to, że wyszła na zewnątrz.
- Ma mój tablet - bąknęła Jayleen.
- Aha. - Stellan wyszedł za drzwi i poszedł za Thelmą.
Jayleen siedziała przez chwilę, wpatrując się w monitory, z których zerkali na nią Katia Trottier i Tsujihara Moromao, po czym również poderwała się i opuściła pomieszczenie.
Założywszy kamizelki, Stellan i Jayleen wyszli z kompleksu mieszkalnego na lód. Thelma stała pięćdziesiąt metrów od wejścia, w wyciągniętych ramionach trzymała tablet i obracając nim, przesuwała wzdłuż horyzontu. Kiedy Jayleen się do niej zbliżyła, dostrzegła, że doktor uruchomiła aplikację do badania nocnego nieba. Gwiazd nie było, ale mobilny tracker ich nie potrzebował. Na podstawie daty, współrzędnych GPS i orientacji tabletu narysował na ekranie mapę konstelacji i wskazał położenie widocznych planet.
Thelma zbliżała się do jasnego punktu na horyzoncie, gdy na urządzeniu pomiędzy Lwem i Wagą pojawił się pięciokąt z przymocowanymi do jego czterech wierzchołków połamanymi liniami. Pośrodku świecił się napis "VIRGO"[13]. Połowa gwiazdozbioru kryła się za horyzontem i linie poniżej widnokręgu zostały zobrazowane przez aplikację linią przerywaną.
- Pomyliłam się. - Nozdrza Thelmy się rozszerzyły. - Panna jest za nisko. Spica jest za horyzontem. - Spojrzała na Jayleen przez ramię. - Co oni jeszcze wymieniali?
- Eee... - Jayleen zmarszczyła czoło. - Coś w gwiazdozbiorze Kruka.
Thelma powoli unosiła tablet, aż natrafiła na prostokąt z podpisem "CORVUS"[14].
- Cholera, Kruk jest w linii prostej nad miejscem, gdzie teraz znajduje się Słońce.
- Jeszcze Paw - przypomniała sobie Jayleen. - Trottier wyznaczyła Lambdę w gwiazdozbiorze Pawia.
Okazało się, że gwiazdozbiór Pawia znajduje się nad ich głowami. Thelma naprowadziła tablet na fragment nieba podpisany PAVO[15]. Aplikacja na szarym tle narysowała konstelację składającą się z trójkąta, pięciokąta i trzech odcinków, umieściła okręgi w miejscach położenia gwiazd i nadała im podpisy: Paw, Beta, Delta, Lambda i tak dalej.
- Oto i ona - wyszeptała doktor Barrett. - Lambda Pavonis.
Jayleen Honkala i Stellan Young zamarli po obu stronach kobiety, która uniosła ręce ponad głowę, niczym do modlitwy. Odchylili głowy w tył, przenosili wzrok to na ekran, to na polarne niebo, tam gdzie tracker wyrysował okrąg z podpisem "? Pavo". Wszyscy troje ledwie oddychali. Tak się dzieje podczas letniej burzy; zamierasz przy oknie w oczekiwaniu na błyskawicę, która zaraz rozedrze niebo... a błyskawica wcale nie nadchodzi. Mijały kolejne minuty, Thelma się zmęczyła, kilkakrotnie zmieniała ręce, nie chcąc upuścić urządzenia, ale nic się nie działo. Niebo pokryło się zwyczajną dla tej pory roku szarością - zbyt ciemno na cienie, zbyt jasno na gwiazdozbiory.
W powietrzu nad Jeziorem Edwarda, Afryka Środkowa3 godziny 43 minuty po rejestracji wybuchu neutrin przez detektor na stacji Amundsen-Scott
Czwarta godzina lotu towarowego airbus A650 kompanii Turkish Airlines dobiegła końca. Rejs TK43 wracał pusty z Johannesburga do Stambułu. Po lewej stronie, w fotelu dowódcy, siedziała czterdziestopięcioletnia Alara Tayfur, zielonooka, brązowowłosa kobieta o tak wąskich ustach, że sprawiały wrażenie pozbawionych warg. Jej partner, z którym pracowała przez ostatnie osiem lat, niedawno przeszedł na emeryturę, a dwa tygodnie temu jego miejsce w fotelu drugiego pilota zajął trzydziestoletni Erdem Menderes. Wylecieli ze Stambułu w poniedziałek rano, przewożąc do Republiki Południowej Afryki chemikalia, lekarstwa i części zamienne do maszyn rolniczych, a teraz wracali z pustą ładownią. Ten kraj przetrwał do końca pandemii, ale nadal jeszcze nie było tam nic, co można by z niego wywieźć.
Słońce zachodziło na czerwono. Na niebie ani chmurki. Liniowiec leciał tak gładko, że wydawało się, jakby w ogóle się nie poruszał. Zrelaksowany Erdem patrzył przed siebie sennym wzrokiem. Alara, wyciągając szyję, spoglądała na coś w prawym oknie kabiny. Wcześniej, przed pandemią, kursowała tędy nieustannie.
- Spójrz tam. - Wyciągnęła rękę.
- Gdzie? - Drugi pilot odwrócił głowę.
- Na wschodzie. Widzisz?
Erdem widział tylko zielone połacie tropikalnego lasu.
- Trzy lata temu było tam wielkie miasto - wyjaśniła Alara. - Mbarara. Regionalne centrum. A teraz wszystko zarosło.
Drugi pilot wytężył wzrok, ale nadal niczego nie dostrzegał.
- Zostało opuszczone z powodu temperatur?
- Nie.
Erdem rzucił okiem na mapę na ekranie; maleńki samolocik przecinał niebieską plamę opisaną jako "Jezioro Edwarda" i zbliżał się do linii z oznaczeniem 0° szerokości geograficznej.
- Jesteśmy na samym równiku.
- Tak, ale pod nami znajduje się Wyżyna Wschodnioafrykańska. Wznosi się tysiąc metrów, a miejscami więcej, nad poziom morza. Do tego góry wokół. A tam, przed nami - Alara wskazała północ - masyw Ruwenzori, wciąż pamiętam śnieg na szczycie Góry Stanleya. Dalej mamy wulkan Wirunga, a tam - ręka kobiety przesunęła się trochę na wschód - szczyty Imatongu. To Sudan Południowy. To znaczy kiedyś to był Sudan Południowy.
Pierwsza zabójcza fala upałów nawiedziła Kotlinę Konga na początku lat dwudziestych XXI wieku. W ciągu pięciu lat powietrze pod osłoną tropikalnego lasu nagrzało się do plus 50°C, a w miastach nawet w nocy temperatura nie spadała poniżej 30°C. W ciągu ostatniej dekady wilgotne i gorące masy powietrza w coraz większym stopniu przedostawały się przez pasmo górskie graniczące z zachodnią granicą Ugandy i zalewały środkową część Wyżyny Wschodnioafrykańskiej. Temperatura powietrza podskoczyła do plus 40°C i nie spadała przez tygodnie. Mimo to przed wybuchem pandemii clodis Ugandyjczycy jakoś sobie radzili.
- Zatem dlaczego ludzie stąd odeszli?
Alara wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. - Jej przyjaciółka pracowała jako dyspozytorka konwojów humanitarnych w Kenii i opowiadała, że system opieki zdrowotnej w Ugandzie załamał się po pierwszej epidemii. Kiedy ludzie wyszli na ulice, Busara Adongo, ówczesny prezydent, uciekł do Tanzanii, po czym wszystko się posypało. Od tego czasu o Ugandzie można było dowiedzieć się czegokolwiek wyłącznie ze zdjęć satelitarnych. Teraz sytuacja została opanowana. ІАТА znowu dodało Kampalę do listy aktywnych lotnisk, a ONZ ogłosiła kilka dni temu utworzenie rządu tymczasowego. - Moim zdaniem nie mają możliwości wysłać kogoś, żeby sprawdził, co dzieje się na zachodzie. - Jeszcze raz wzruszyła ramionami. - No i wcale nie jest powiedziane, że ci ludzie faktycznie gdzieś poszli.
Erdem nachylił się do okna. Wschód już pogrążał się w zmroku, a z takiej wysokości woda w jeziorze przybrała brudnoszary kolor.
- Wyobraź sobie, że mielibyśmy tu wylądować - bąknął pilot.
- Niby dlaczego?
- No... - Erdem wykonał niezrozumiały gest. - Nagle coś się stanie, przymusowe lądowanie...
- Co niby miałoby się stać?
- Na przykład silnik nawali.
Alara zerknęła na niego podejrzliwie. Zastanawiała się, czy nie zapytać, kiedy ostatni raz miał do czynienia z taką awarią poza symulatorem lotu, ale powiedziała coś innego:
- Mamy wystarczająco paliwa, żeby na jednym silniku dolecieć do bieguna północnego.
- Tak sobie tylko wyobrażam. - Erdem obrzucił wzrokiem porośnięty krzakami brzeg jeziora. - Wcześniej latałem do Nowego Jorku i ciągle się tym martwiłem. Szczególnie w nocy. Nagle to, nagle tamto. Symulowałem różne sytuacje, układałem sobie w głowie, jak bym się zachował. A co, jeśli na środku Atlantyku zawiodą silniki i trzeba będzie wylądować na wodzie? A co, jeśli w chmurach uderzy piorun? Zawsze czułem się pewniej nad lądem. Jakoś tak... - Dostrzegając, w jaki sposób wpatruje się w niego Alara, Erdem dodał: - Nie uczono nas siadać na wodzie.
Alara potrząsnęła głową, całą sobą pokazując swój stosunek do jego nastawienia: po kiego diabła w ogóle zostałeś pilotem? Erdem się nie zorientował.
- Mam na myśli to, że kiedy lecisz nad ziemią, to w razie konieczności zawsze znajdziesz miejsce do lądowania. Mnóstwo lotnisk w okolicy, autostrady, a w ostateczności jakieś pole. A teraz...
- Co, teraz?
Pilot kiwnął w kierunku dżungli w dole.
- Nawet jeśli będziemy mieli szczęście i wylądujemy, spłoniemy tam, zanim nas uratują.
Na zachód i północ od Jeziora Edwarda wznosiły się grzbiety mające ponad trzy tysiące metrów wysokości, więc Alara wiedziała, że w przypadku awaryjnego lądowania nie grozi im udar cieplny, ale zamiast mu to oznajmić, zaczęła kpić ze swojego partnera.
- Albo znajdą nas islamiści i utną nam głowy.
- Mówiłaś, że pod nami nikogo nie ma.
- W Mbararze nikogo. Ale pod nami są góry. I wierz mi, upał nie jest tam problemem.
Erdem spojrzał na wyświetlacz. Jezioro Edwarda przesuwało się powoli w dół ekranu.
- Upał? Może być. Ale islamiści?
- W górach temperatura jest sprzyjająca i całkiem możliwe, że pandemia tutaj nie dotarła.
- Mówisz poważnie? - Erdem spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Na dole mogą być islamiści?
Alara spojrzała na północ.
Latała tutaj setki razy i na własne oczy widziała, jak powoli, lecz systematycznie niegdyś żyzne ziemie północnej Ugandy pochłania pustynia.
- Na Saharze Południowej nie sposób się już ukryć, ale mogli albo udać się na północ, na wybrzeże Morza Śródziemnego, albo na południe, tutaj. I jakoś nie słyszałam, żeby w czasie pandemii Kair czy Aleksandrię szturmowali uzbrojeni w kałasze brodacze na technicalach[16].
- A niech cię... - Erdem się odwrócił.
Alara przesunęła palcami po wargach, ukrywając pełen zadowolenia uśmiech.
W następnej chwili komputer pokładowy wydał z siebie sygnał ostrzegawczy, a hałas w kabinie uległ zmianie. Oboje jednocześnie spojrzeli na wyświetlacze na panelu sterowania. Pionowy pasek pod napisem "ENG 1" - wskaźnik mocy lewego silnika - opadał i ostatecznie zrównał się do poziomego paska.
- Awaria silnika numer jeden! - krzyknął Erdem.
Alara nie była przesądna, ale łypnęła na niego tak, jakby miała ochotę wyrwać mu język. No to wykrakał!
Samolot przechylił się i wypoziomował - autopilot, kompensując utratę ciągu po lewej stronie, ponownie wyregulował powierzchnie sterowe na skrzydłach i ogonie. Alara spojrzała w okno i próbowała ocenić stan silnika. Nie było żadnych widocznych uszkodzeń. Przeniosła wzrok z powrotem na wyświetlacz. Żadnego powiadomienia o nieprawidłowym działaniu, pożarze lub zwarciu. Poziom paliwa był wystarczający, pompy zasilane, ciśnienie paliwa w normie. Silnik po prostu się zatrzymał. Jakieś diabelstwo.
- Ogłoś sytuację awaryjną. - Alara położyła dłoń na drążku bocznym, przygotowując się do przejęcia kontroli na wypadek wyłączenia autopilota.
Erdemowi pozostały negocjacje z Centrum Wsparcia Lotów w Aleksandrii. Poprawił zestaw słuchawkowy i nacisnął przycisk nadajnika:
- Pan-pan, pan-pan, pan-pan[17], TeKa czterdzieści trzy... Aleksandria-kontrola, tu TeKa czterdzieści trzy, czy mnie słyszycie? Odbiór!
Minęło kilka sekund, nim egipski kontroler odpowiedział.
- TeKa czterdzieści trzy, słucham was.
- Mamy... sytuację awaryjną. Awaria silnika numer jeden.
- Podajcie swoją lokalizację.
Komunikacja i wymiana danych odbywały się za pośrednictwem satelity, ale TK43 nadal znajdował się zbyt daleko, aby kontroler mógł go zobaczyć na radarze.
- Właśnie przelecieliśmy nad równikiem.
- Zrozumiałem. Wasza decyzja?
Erdem wbił wzrok w Alarę.
Na zachodzie znajduje się Kotlina Konga. Na północy leży martwy Sudan oraz nubijska i egipska pustynia. Nie ma sensu wracać. Do Kairu lub Aleksandrii cztery godziny lotu. Może więcej, biorąc pod uwagę, że będzie pracował tylko jeden silnik.
- Entebbe. - Alara postanowiła nie ryzykować. - Lotnisko w Kampali.
Erdem wcisnął przycisk nadajnika.
- Aleksandria-kontrola, tu TeKa czterdzieści trzy, chcielibyśmy wylądować w Kampali, na lotnisku Entebbe. Oczywiście jeśli to możliwe.
- TeKa czterdzieści trzy, zrozumiałem, skontaktuję się z kontrolerem w Kampali.
Alara opuściła przed sobą interaktywny panel z przezroczystego plastiku, na którym komputer pokładowy wyświetlał kartę kontrolną z listą działań w przypadku awarii silnika. Regulując panel, musnęła łokciem okno i gwałtownie odsunęła rękę, jakby coś poparzyło ją wrzątkiem. Zmarszczyła brwi, podniosła rękę i dotknęła szkła wszystkimi pięcioma palcami. Jej opuszki przeszyło piekące zimno. Syknęła. Szkło okazało się tak lodowate, że nie dało się utrzymać na nim palców dłużej niż kilka sekund.
- Co jest? - zapytał Erdem.
Alara sprawdziła temperaturę zewnętrzną: minus 72°C. Ściągnęła brwi. Minus siedemdziesiąt dwa!
- Temperatura...
- Co? - Drugi pilot nie zrozumiał.
Samolotem zatrzęsło, skończył się pas spokojnego powietrza.
- Spójrz. - Gdy tylko Alara wskazała wyświetlacz, temperatura spadła o kolejny stopień: minus 73°C.
- A... - Erdem zamarł z rozdziawionymi ustami.
Alara spojrzała na wskaźnik wysokości. Airbus osiągnął trzysta trzydziestą wartość poziomu lotu[18], a na takiej wysokości nad równikiem temperatura nie spadała poniżej minus 35°C. I jeszcze kilka minut temu taka właśnie była.
- To pomyłka - powiedział Erdem.
- Dotknij szyby.
Drugi pilot położył dłoń na szybie i od razu ją cofnął.
- O cholera!
W tej samej chwili informacja na wyświetlaczu się zaktualizowała: minus 74°C.
- Takich temperatur nie było tutaj od epoki lodowcowej - powiedziała Alara.
- Nie rozumiem...
Przerwał mu trzask zaburzeń atmosferycznych, a potem głos w słuchawce:
- TeKa czterdzieści trzy, tu Kampala-lądowisko, co się u was stało?
Ugandyjski kontroler mówił jakby z pełnymi ustami i z całej frazy Erdem w pierwszej chwili zrozumiał jedynie "Kampala-lądowisko".
- Kampala-lądowisko, tu turecki TeKa czterdzieści trzy, proszę powtórzyć.
- Co wam się przydarzyło?
- Kampala-lądowisko, awaria silnika numer jeden, prosimy o pozwolenie na awaryjne lądowanie.
- TeKa czterdzieści trzy, zrozumiałem... widzę was na radarze. Wykonaj skręt w prawo, zero-jeden-pięć, zniżajcie się i utrzymujcie dwa-pięć-tysiąc.
- Kampala-lądowisko, zrozumiałem: zero-jeden-pięć, wysokość dwadzieścia pięć tysięcy.
Alara wprowadziła nowe parametry do autopilota, samolot zawrócił na wschód i rozpoczął zniżanie.
- Dobrze, spróbujemy go uruchomić. Gotowy?
Ponieważ to ona pilotowała liniowiec, Erdem musiał sam pracować nad ponownym uruchomieniem. Airbus A650 pomimo coraz silniejszych wstrząsów utrzymywał kurs, a ze względu na pustą przestrzeń ładunkową nawet wysokość (moc jednego silnika wystarczała do utrzymania wysokości), więc Alara postanowiła pomóc drugiemu pilotowi.
- Tak - kiwnął głową.
Przeczytała pierwszy punkt karty kontrolnej:
- Paliwo.
Erdem sięgnął ręką do przełącznika na wyświetlaczu, który łączył silnik numer jeden z drugim zbiornikiem paliwa, ale nie zdążył nic zrobić. Miarowy szum został zastąpiony grzmiącym dudnieniem i samolotem zatrzęsło. Światło w kabinie zdawało się przygasać. Alara opuściła głowę, wyjrzała przez frontowe okno i jej wzrok trafił na ścianę. A650 wleciał w chmurę. Spęczniałe od wilgoci stalowoszare kłęby uderzały o okna i kadłub. Wycieraczki włączały się automatycznie, rozmazując na szybie mętne krople. Miało się wrażenie, że liniowiec znalazł się w środku burzy śnieżnej.
- To grad? - jęknął Erdem.
- Nie! - Słowa ledwie przebijały się przez szum, Alara musiała krzyczeć. - To tylko chmura... wlecieliśmy w chmurę!
Airbusem trzęsło tak, że Alara dzwoniła zębami, mało nie przygryzając sobie języka, a jej głos drgał nieprzyjemnie.
- Skąd ona się wzięła? - Ledwie kilka sekund wcześniej niebo było czyste aż do samego Sudanu. Erdem wskazał na wyświetlacz. - Radar pogodowy jest pusty.
Alara zapięła pasy bezpieczeństwa i spojrzała w boczne okno. Miała nadzieję obejrzeć silnik, lecz na próżno: chmura okazała się nieprzenikniona, a już metr od kadłuba nie można było dostrzec niczego poza zmieszaną masą kryształków lodu czy kropli wody.
Cienie w kabinie zgęstniały jeszcze bardziej.
- Skąd ona się wzięła? - powtórzył Erdem zirytowany. Rzucało nim z boku na bok, tak że musiał chwycić się krawędzi fotela.
Alara przeniosła spojrzenie na wyświetlacz. Erdem mówił prawdę: radar pogodowy dziesiątki kilometrów naprzód pokazywał czyste niebo.
- To się zdarza... w chmurze jest zbyt wiele wilgoci... zamiast odbijać fale radiowe, pochłania je i nic nie dociera do odbiornika. System uważa, że przed nami jest czysta przestrzeń.
Katem oka zauważyła, że temperatura na zewnątrz spadła jeszcze o stopień, a wtedy usłyszała nowy sygnał ostrzegawczy.
- Co, do cholery? - Erdem aż podskoczył w fotelu.
- Drugi silnik! - krzyknęła Alara. - Zatrzymanie silnika numer dwa!
- Kurwa!
- Nie wierzę...
Po chwili autopilot się wyłączył. Alara mocno ścisnęła drążek sterowy na bocznym panelu. Erdem nacisnął przycisk nadajnika i zawołał głosem pełnym napięcia:
- Mayday! Mayday! Mayday!
- TeKa czterdzieści trzy? - odpowiedział kontroler z Entebbe.
- Mayday! Mayday! Mayday!
- TeKa czterdzieści trzy, określ swoją sytuację.
- Zatrzymanie silnika numer dwa!
- Silnika numer dwa czy numer jeden?
- Straciliśmy oba! - krzyknął Erdem. - Oba silniki!
- Eee...
- I mamy tu straszny chaos!
- TeKa czterdzieści trzy, przygotowaliśmy pas numer siedemnaście... Wasz pas to jeden-siedem. Zrozumieliście?
W najlepszych warunkach przy stracie wysokości rzędu trzystu metrów ich samolot mógł przelecieć niecałe pięć kilometrów, czyli w sumie nie więcej niż sto osiemdziesiąt kilometrów. Erdem skupił wzrok na mapie i wpadł w panikę.
- Nie dolecimy! Do Entebbe jest ponad dwieście kilometrów!
- Uspokój się! - fuknęła Alara.
- Nie dolecimy!
Alara skupiła się na panelu interaktywnym, nad którym migał jaskrawoczerwony tekst "RESTART ENG 1, 2"[19]. Do diabła z zimnem i chmurami, najważniejsze jest ponowne uruchomienie maszyny.
- Paliwo - powiedziała z przekonaniem.
Erdem zamarł i nie reagował.
- Paliwo - warknęła Alara.
Drugi pilot w końcu się opamiętał.
- Przełączam zbiorniki. - Dotknął palcem odpowiedni przełącznik na wyświetlaczu.
Alara zauważyła parę wydobywającą się z jego ust.
- Pompy pomocnicze!
Jeszcze dwa pchnięcia.
- Obydwa są włączone.
- Selektor trybu pracy silnika na zapłon!
Erdem podniósł rękę do przełącznika nad głową.
- Tryb zapłonu, potwierdzam.
- Dźwignie kontroli trakcji na niskim gazie!
- Niski gaz. - Erdem przesunął obie dźwignie do oporu w tył. - Potwierdzam.
- Prędkość?
Na wyświetlaczu, naprzeciwko napisu "AIRSPEED", świeciła się zielona lampka.
- Optymalna.
- I... - Alara wstrzymała oddech. - Start obu silników!
Erdem zdawał sobie sprawę, że od siły nacisku nic nie zależy, a mimo to wbił palce w ikony turbin na wyświetlaczu, tak że paznokcie mu pobielały. W końcu zabrał rękę, trochę odczekał. Wskaźniki zasilania nawet nie drgnęły.
- Rezultat negatywny!
- Start APU!
Erdem nacisnął przycisk APU, odczekał, aż pojawi się zielony sygnał, i odpowiedział:
- Uruchomiono APU.
To zawsze coś. Przynajmniej nie zostaną bez elektryki.
- Jeśli chodzi o to miejsce, o którym mówiłaś? - Erdem zerknął na Alarę.
- Mbarara?
- Tak.
- Jest opuszczona, nikogo tam nie ma.
Trzęsło nimi, jakby jechali samochodem po spękanej ziemi.
- Te nieopuszczone są poza naszym zasięgiem. - Erdem musiał się nachylić, żeby go usłyszała. - Jest tam jakiś pas startowy?
Alara nie wiedziała. Ale to i tak nie miało znaczenia.
- Już późno. Na tej szerokości geograficznej noc zapada błyskawicznie. Nawet jeśli jest tam pas, nie będzie oświetlony. W ciemności nie wylądujemy.
Jeden po drugim rozbrzmiało kilka sygnałów awaryjnych.
- Co znowu? - Alara zazgrzytała zębami.
Na monitorze przed drugim pilotem pojawiła się długa lista komunikatów o awariach. Erdem zaczął czytać:
- Utrata sygnału GPS... utrata łączności z satelitą... konflikt wysokości.
- Konflikt wysokości?!
Pokładowy komputer airbusa wyznaczał wysokość na dwa sposoby: poprzez wartość ciśnienia i odczyty radarowe dotyczące wysokości nad terenem. Ta druga metoda polegała na dodaniu do odczytów radaru wysokości terenu nad poziomem morza: komputer otrzymywał ją z satelity śledzącego samolot. Program porównywał obie wartości. Jeśli się różniły, komputer zgłaszał konflikt wysokości i anulował większość funkcji automatycznych. Alara o tym wiedziała, ale nigdy z czymś takim nie miała do czynienia.
- Nadajnik ADR/PTS musiał ulec awarii - zasugerował Erdem. - Nie mamy absolutnie żadnych danych nawigacyjnych.
Zatem satelita ich nie widzi. Alarę ogarnęło uczucie całkowitego osamotnienia pośród ciężkiej chmury, która trzęsła i szarpała samolotem. Kryła się za tym jeszcze bardziej irracjonalna potrzeba upewnienia się, że poza kokpitem wciąż jest ktoś, komu zależy na losie ich lotu, więc nacisnęła przycisk nadajnika:
- Kampala-lądowisko... Kampala-lądowisko... jesteście na linii?
- TeKa czterdzieści trzy, słyszę was.
- Mamy dodatkowe problemy... z awioniką.
- Jak mogę wam pomóc?
Nie spuszczając wzroku z wypełnionego komunikatami wyświetlacza, Erdem zwrócił się do Alary:
- Skok prędkości...
Przez ćwierć wieku w kokpicie Alara nigdy nie słyszała tego wyrażenia: podczas jej lotów nie było żadnego trybu, ani zwykłego, ani awaryjnego, do którego można by to zastosować.
- Kampala-lądowisko, zostańcie na linii. - Po tych słowach zwróciła się do Erdema: - Co powiedziałeś?
- Prędkość zmieniła się z czterystu do niemal pięciuset węzłów[20].
Tysiąc kilometrów na godzinę. Jeszcze trochę i samolot się rozpadnie w locie przez przeciążenia.
- Jak... nie... Przecież odczulibyśmy to... - Alara spojrzała na monitor, ale natychmiast zdała sobie sprawę, że bez łączności z satelitą nie ma z czym porównać prędkości.
- Coś z czujnikami - wydyszał Erdem, sapiąc. Pomimo chłodu w kabinie na jego czoło wystąpiły krople potu. - Wygląda na to, że SPS oszalał!
"Oblodzenie" - pomyślała Alara. "Czujniki pokryły się lodem".
Głos kontrolera w słuchawkach ledwo przedarł się przez zewnętrzny hałas:
- TeKa czterdzieści trzy, czy wszystko u was w porządku?
- Kampala-lądowisko, czekajcie... - Alara chciała przede wszystkim ustalić, co jest nie tak ze wskaźnikami prędkości, lecz kontroler nie ustępował.
- TeKa czterdzieści trzy, zniknęliście z mojego radaru.
Alara i Erdem spojrzeli po sobie.
- Co?!
- Możecie mi podać... eee... wasz kurs? Wysokość? Jakieś punkty orientacyjne?
- Kampala-lądowisko, wlecieliśmy w gęste chmury, widoczność niemal zerowa. Kurs... - Alara rzuciła okiem na wyświetlacz i zaklęła. W przypadku awarii systemu ADR/PTS komputer pokładowy powinien był przełączyć się na kompas magnetyczny, ale strzałka na okrągłym wskaźniku skakała jak zwariowana, a wartości pod nią wyświetlały się w chaotycznej kolejności: 64... 329... 185... 19... Po lewej stronie migał na czerwono mały wykrzyknik.
"Kompas? Do diabła, nawet kompas?!"
- TeKa czterdzieści trzy? - przypomniał o sobie kontroler.
Alara skłamała:
- Kontynuujemy zero-jeden-pięć. - Prawdę mówiąc, nie miała pojęcia o kierunku, w jakim lecieli.
- TeKa czterdzieści trzy, powiedzieliście: "gęste chmury"? Na moim radarze nie widać żadnych chmur aż do Kisangani[21].
- Kampala-lądowisko, trzęsie nami niemiłosiernie. Lecimy pod wiatr... - Alara spojrzała na monitor i po raz drugi poczuła zgrozę. Sto czterdzieści dwa węzły! Wszystko, co przekraczało wartość siedemdziesięciu, było na tej planecie uważane za huragan. To po prostu niemożliwe.
- Dobrze... TeKa czterdzieści trzy, zrozumiałem... lądujcie... - W głosie kontrolera zabrzmiało coś w stylu urazy, jakby sądził, że go oszukują. - Na radarze świetna pogoda. Potwierdzają to dane satelitarne.
Silniki, system czujników pokładowych, łączność satelitarna, kompas magnetyczny... a teraz jeszcze kontroler w Entebbe nie widzi ich na radarze. Alara skupiła się na panelu interaktywnym. Wstrząsy sprawiały, że słowa były niewyraźne, wytężyła zatem wzrok, by dojrzeć cokolwiek. Komputer pokładowy na bieżąco zmieniał instrukcje na karcie kontrolnej, pozostawiając na samej górze listy jedną niezmienioną pozycję: LAND ASAP. Alara odsunęła panel na bok.
- Uruchom ponownie silniki - wydała polecenie Erdemowi. - Nie przestawaj, dopóki nie zadziała chociaż jeden z nich. Spróbuję nas stąd wyciągnąć.
Airbusem A650 telepało tak, że słowa wypadały z ust jak posiekane przez niszczarkę.
- Ciężko mi oddychać - wychrypiał Erdem.
Alara zmierzyła go wzrokiem; siedział blady, a jego twarz lśniła od potu. I wtedy zdała sobie sprawę, że ona również musi wkładać coraz więcej wysiłku w to, by nabrać tlenu w płuca. Nie było żadnego powiadomienia o obniżeniu ciśnienia. Poza tym nie doświadczyli uczucia zatkanych uszu i bólu głowy, towarzyszących spadkowi ciśnienia. Nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać.
- Maski na twarz! - Przesunęła przełącznik po lewej stronie głównego wyświetlacza.
Ze specjalnych wnęk nad fotelami wypadły dwie masywne maski tlenowe.
Dopiero gdy zimny tlen wlał się do gardła, łaskocząc je, a zawężone pole widzenia się rozszerzyło, Alara zdała sobie sprawę, jak bardzo cierpiała z powodu trudności ze złapaniem oddechu.
- Przyspieszamy! - Erdem dotknął wyświetlacza palcem.
- Nonsens. Czujniki pokryły się lodem. Zapomnij o tym.
- Ale nabieramy... nabieramy wysokości!
Alara nachyliła się nad monitorem. Wskaźniki na wysokościomierzu przesuwały się w dół, co oznaczało, że samolot się wznosił. Jak to możliwe przy zerowym ciągu?
- To szaleństwo... i to...
I właśnie to ją niepokoiło. Alara Tayfur latała od siedemnastego roku życia. Pokonała całą drogę od cienkoskrzydłych szybowców i małych czteromiejscowych samolotów turbośmigłowych do gigantycznych odrzutowców, takich jak model Airbus A650. W przeciwieństwie do Erdema potrafiła latać, a nie tylko wiedziała, jak pilotować samolot. I teraz zdała sobie sprawę, że wcale nie czuje się tak, jak powinna w stu dwudziestotonowym samolocie, którego silniki uległy awarii. Pomimo martwych turbin coś utrzymywało ich maszynę w powietrzu.
W następnej chwili uruchomił się system automatycznego powiadamiania o zagrożeniu przeciągnięcia:
- Stall! Stall! Stall![22]
Komputer pokładowy przechylił drążek sterowy do przodu, obniżając dziób i zmuszając samolot do zwiększenia prędkości. Ostrzeżenie o przeciągnięciu się urwało, ale w ciągu sekundy głośnik odezwał się spokojnym, mechanicznym, a przez to jeszcze bardziej przerażającym głosem:
- Overspeed. Slow down! Overspeed. Slow down![23]
Po raz pierwszy od wyłączenia silnika numer jeden Alara wpadła w panikę. Nigdy, ani w powietrzu, ani na symulatorze, nie słyszała, żeby te wiadomości powtarzały się jedna po drugiej. Żaden samolot nie może lecieć z nadmierną prędkością i jednocześnie wyślizgnąć się ze strumienia. To są sprzeczne zjawiska.
- Zwolnij! - wrzasnął Erdem. Jeśli będą nadal przyspieszać, kadłub pęknie z powodu przeciążenia.
Komputer podniósł spojlery[24], żeby zmniejszyć prędkość. Samolotem gwałtownie wstrząsnęło.
- Nie! - Alara zablokowała polecenie kilkoma kliknięciami; spojlery opadły. - Coś jest nie tak!
- Musimy obniżyć pułap! - krzyczał drugi pilot. - Wyprowadź nas z chmur!
Alara zacisnęła usta; pomimo potwornego zimna w kabinie krople potu szczypały skórę nad jej oczami. Najpierw musieli pojąć, gdzie właściwie są. Wdusiła przycisk nadajnika:
- Kampala-lądowisko, wciąż nas nie widzicie?
- T... czte... y... powt... c...
- Kampala-lądowisko, tu TeKa czterdzieści trzy, słyszycie mnie?
- ...
- Kampala-lądowisko?
Odpowiedział jej szum zakłóceń radiowych.
"Do diabła".
Maski tlenowe miały wbudowane mikrofony i w uszach Alary odbijał się echem ciężki oddech Erdema. Rozpraszało ją to.
- Uruchom ponownie silniki - zakomenderowała.
Potem wzięła głęboki oddech i przesunęła drążek sterowy do przodu. Airbus, dygocząc, skierował się dziobem w dół i zaczął zmniejszać pułap. Chwilę później komputer ponownie wygenerował ostrzeżenie o przekroczeniu prędkości, ale Alara pozwoliła mu delikatnie podnieść spojlery, choć nie przerwała obniżania.
Po pół minucie świszczący oddech Erdema ustał i w słuchawkach rozległ się głos:
- Silniki padły... Nic nie mogę zrobić...
- Kontroler - wycedziła Alara przez zęby.
Erdem kiwnął głową.
- Kampala-lądowisko, mayday, mayday, mayday... tu TeKa czterdzieści trzy...
Wszystko na próżno.
- Spróbuj wywołać Aleksandrię.
- Mayday, Mayday, Mayday, Aleksandria-kontrola... tu TeKa czterdzieści trzy, mamy nadzwyczajną sytuację... Aleksandria-kontrola, tu TeKa czterdzieści trzy, słyszycie nas? - Łamiący się głos tonął w syku i Erdem nie wierzył już, że ktokolwiek ich usłyszy.
Nagle chmury przed nimi zabarwiły się czerwonawym światłem.
- Wychodzimy? - ożywił się Erdem.
Alara nie odpowiedziała. Jej pozbawione krwi usta utworzyły ledwie widoczną linię przypominającą bliznę. Zmniejszyła nacisk na drążek. Samolot zaczął wyrównywać lot.
Kiedy po chwili wyłonili się z chmur, Alara nie mogła powstrzymać okrzyku:
- Siktir![25] Widziałeś kiedykolwiek coś takiego?!
Chmury nie były po prostu poszarpane i postrzępione - wyglądały tak, jakby rozwścieczone bóstwo rozszarpywało je tysiącami pazurzastych łap. Wiry zderzały się i splatały ze sobą. Stożkowate leje o postrzępionych krawędziach najpierw pęczniały, a potem zamykały się, jakby próbując zmiażdżyć wszystko, co pochwyciły w środku. Niebo pokrywała podświetlona purpurą pierzyna, rozciągająca się aż po horyzont, a jej powierzchnia - złowroga, ciężka od wilgoci - wręcz kipiała. Z najciemniejszych miejsc co jakiś czas wypadały ołowiane protuberancje, na które natychmiast rzucał się wiatr, wpychając je z powrotem w tę wirującą masę. A jednak fragmenty się odrywały i trzepocząc, przelatywały obok samolotu. Mknęły z niewiarygodną prędkością.
- Albo faktycznie mamy sześćset węzłów, albo... ja już nie wiem... - odezwał się szeptem Erdem.
Alara nachyliła się, żeby wyjrzeć przez boczne okno. Przyćmione światło skąpało krawędź skrzydła w migoczących falach przypominających ognie świętego Elma. Poniżej znajdowała się kolejna warstwa chmur, cieńsza i gładsza, przez jej szczeliny widać było martwą, czarną ziemię. Ten nienaturalny wygląd sprawił, że kobieta otrząsnęła się z szoku.
- Gdzie są góry?
Odwróciła się i wbiła wzrok w monitor. Komputer wyświetlał na ekranie jakąś mapę, ale bez komunikacji z satelitą nie był w stanie określić ich lokalizacji. Alara przełączyła nawigację pokładową w tryb skanowania. Zamiast kolorowej mapy wysokości wokół samolotu pojawiła się czarno-biała siatka reliefowa - ziemia pod liniowcem. Razem z Erdem zaczęli sie przyglądać plątaninie krętych koryt.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytał Erdem.
- Nie rozumiem... Imatong... - Szkło maski pokryło się szronem i Alara przetarła je przedramieniem. - Góry powinny być po lewej stronie i przed nami. Gdzie one są?
Przesunęła palcami po wyświetlaczu, przybliżając obraz. Na ekranie pojawiły się niewidoczne wcześniej obszary. Przed nimi rozciągała się monotonna równina. Coś, co wyglądało jak pasmo górskie, nierówny teren o różnorakich wzniesieniach, pojawiło się na północnym zachodzie, z tyłu samolotu.
- Tam! Z tyłu.
- To nie Imatong - pokręcił głową Erdem. - Nie ominęlibyśmy ich.
- Góry są za nami! Trzeba zawrócić.
- Czekaj, ale słońce...
- Co słońce? - Alara obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
- Jest za nami, na zachodzie. - Pokazał za siebie. - Cały czas poruszamy się we właściwym kierunku.
- Gdybyśmy poruszali się we właściwym kierunku, po naszej prawej stronie byłoby Jezioro Wiktorii. Polecieliśmy za daleko!
Erdem zmarszczył czoło. To niemożliwe. Minęło zbyt mało czasu. Po tym, jak skręcili na wschód, od gór na granicy z Sudanem Południowym dzieliło ich jakieś pięćset kilometrów. Jak do nich dotarli? Bez ciągu liniowiec wylądowałby na długo przed pierwszymi wzniesieniami. I wydaje się, że Alara nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Posłuchaj, Alaro...
- Zamknij się i uruchom silniki. - Skupiła się na górach i nie chciała nic więcej słyszeć. - I skontaktuj się z kimś wreszcie.
Alara myślała, że słońce powinno już zachodzić, lecz zlękła się mglistych głębin, do których prowadziła ta myśl, i wyrzuciła ją ze świadomości.
- Powiedz, że zawracamy na Kampalę... powiedz, że się zniżamy i... i niech wskażą nam kierunek.
Erdem wdusił przycisk nadajnika, ale nie powiedział ani słowa. Przez szczeliny w chmurach na południu patrzył na nieznaną skalistą pustynię oświetloną zwodniczym, różowawym światłem.
- Boże, dlaczego jest tak zimno? - Alara oddychała ciężko. Najpierw założyła, że to w butli skończył się tlen, potem uświadomiła sobie, że wilgoć z oddechu zamarzła na ściankach przewodu doprowadzającego tlen i prawie całkowicie zablokowała w nim otwór.
Alara potrząsnęła maską. To nie pomogło. Spojrzała na wyświetlacz: minus 89°C za burtą. Wiatr czołowy sto sześćdziesiąt węzłów. To niemożliwe. Myśli w pozbawionym tlenu mózgu migotały jak żarówki, które zaraz się przepalą. Zdjęła maskę i stwierdziła, że w kabinie jest jeszcze mniej tlenu, więc założyła ją z powrotem. Ale dlaczego? Są już wystarczająco nisko, nawet gdyby doszło do dekompresji, powinni oddychać swobodnie. I jeszcze to zimno... i wiatr... i... Alara zatrzymała wzrok na fragmentach chmur, które migotały nad liniowcem. Szybko. Zbyt szybko. A jeśli czujniki nie oszukują? Wiatr czołowy o takiej sile wystarczyłby, aby utrzymać w powietrzu samolot pozbawiony ciągu. Ale jeśli tak jest, jeśli naprawdę trzyma ich wiatr od czoła, to przy próbie zawrócenia uderzy w ich bok i... To koniec. Zostaną zrzuceni z nieba.
Strach skumulował się w jej żołądku. Dłoń trzymająca boczny drążek była pokryta warstwą potu. Alara nie wiedziała, co robić. Masyw górski na zachodzie się oddalał.
- Zawracam - powiedziała schrypniętym głosem. - Wykonujemy skręt w prawo...
Następnie przechyliła drążek sterowy do przodu i w prawo. Sygnały z kokpitu trafiały do napędów lotek na krawędziach skrzydeł i do sterów w ogonie. Airbus A650 przechylił się i zaczął zawracać. Kabinę zalała czerwonawa poświata. Erdem Menderes, wyciągając szyję, spoglądał na zachód, skąd napływała, i nagle zawołał:
- Alaro, nie! - Wskazał coś za oknem. - To nie słońce!
- Co?
Zdążyła tylko kątem oka dostrzec dysk wciśnięty między chmury, pokryty siecią czarnych smug. Przypominał pomarszczoną, żółto-pomarańczową wakuolę. I wtedy w samolot uderzyło coś, niczym gigantyczny kij baseballowy. Maski tlenowe spadły z twarzy, fala uderzeniowa przetoczyła się przez kadłub, w ładowni coś pękło z przeszywającym, metalicznym zgrzytem. Samolot niemal przewrócił się do góry brzuchem; na wyświetlaczu czerwonym blaskiem rozbłysły dziesiątki ikon, a z głośników rozległy się ostrzeżenia:
- Stall! Stall! Stall! Stall! Stall!
Samolot zawisł, balansując na krawędzi skrzydła, a potem zaczął się przechylać, by ostatecznie, przy beznamiętnych komunikatach komputera pokładowego, nieustannie informującego o przeciągnięciu, runąć w dół jak kamień ku czarnej ziemi.
Antarktyczna stacja Amundsen-Scott, biegun południowy21 września 2141 roku
Dyskusje na temat anomalnego wybuchu neutrin nie ustały w ciągu doby.
Doktor Young chodził zły jak gradowa chmura. Doktor Barrett opuszczała salę konferencyjną tylko do toalety i sprzeczała się z doktorem Springfieldem, doktorem Tsujiharą i tuzinem innych naukowców na temat dalszego postępowania. Jayleen i Katia próbowały zrozumieć gigabajty danych pozyskanych z detektorów.
Wieczorem, około godziny 20.00 czasu nowozelandzkiego, emocje opadły. Pierwsza doba, podczas której doszło do najzacieklejszych sporów, spełzła na niczym. Naukowcy nie byli zgodni nie tylko co do przyczyny eksplozji, ale także co do jej nazwy. Jedyne, co udało im się zrobić tego dnia, to skontaktować z szefami Detektora Fal Grawitacyjnych z Caltech, orbitalnego Obserwatorium Promieniowania Gamma Pellegrini i Kompleksu Teleskopów Rentgenowskich na stacji Deep Space Habitat i dowiedzieć się, że żadne z obserwatoriów nie zarejestrowało nic niezwykłego.
IceCube także zamilkł.
Thelma Barrett i Stellan Young poszli spać. Jayleen również ukryła się w swoim pokoju, ale nie mogła zasnąć. W jej głowie kłębiły się rozmaite myśli, nie znajdując ujścia. Leżała przez chwilę z otwartymi oczami, po czym wróciła do centrum danych i kontynuowała przeglądanie raportów z detektora.
Znalazła w sieci uproszczony trójwymiarowy model Ziemi, załadowała go do edytora graficznego, a następnie przez cztery godziny, skupiona niczym chirurg podczas operacji na otwartym sercu, dodawała do niego linie, wzdłuż których leciały neutrina. Nie tylko z IceCube'a, ale także z innych obserwatoriów.
O 4.47 wzeszło słońce, a Jayleen nawet tego nie zauważyła. Uporała się z obliczeniami niedługo po piątej, po czym przez kwadrans szwendała się niespokojnie po pustych korytarzach stacji, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Odkryła coś i desperacko chciała się tym z kimś podzielić. Kilkakrotnie podchodziła do drzwi Thelmy, ale nie odważyła się zapukać.
Wreszcie, zdając sobie sprawę, że przed śniadaniem raczej nie spotka nikogo, wróciła do swojego pokoju. Nie chciała spać, poszła do łazienki i stała pod gorącym prysznicem, aż jej ciało zrobiło się czerwone, a skóra na opuszkach palców pomarszczyła. Umyła zęby i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Przygasły wzrok, pogryzione wargi, żyła na czole, która wyglądała, jakby miała zaraz pęknąć. Chyba powinna się zdrzemnąć. Przynajmniej spróbować. W tym momencie gdzieś na korytarzu trzasnęły drzwi. Jayleen wybiegła z łazienki i przyłożyła ucho do drzwi w samą porę, żeby usłyszeć kroki. Poczekała, aż ucichną, i wyjrzała. Thelma Barrett doszła do końca korytarza i skierowała się do schodów prowadzących na drugie piętro. Jayleen ubrała się pospiesznie, wzięła tablet i ruszyła za nią.
Zegar wskazywał godzinę 6.05. O takiej porze kucharz stacji nie zaczął jeszcze pracy i jadalnia była pusta. Jayleen zamarła w drzwiach. Thelma zrobiła sobie kawę, usiadła przy stole i leniwie przeżuwała kanapkę. Dziewczyna zakaszlała, żeby uprzedzić o swojej obecności. Stara nie zareagowała. Jayleen podeszła bliżej i powiedziała:
- Mogę...
Okna jadalni wychodziły na Sektor Cichy. Za nimi nie było nic poza zwałami lodu. Thelma sprawiała wrażenie niezainteresowanej niczym poza ponurymi cieniami, które przepływały między nimi.
- O co ci chodzi? - Stara nawet nie odwróciła głowy.
- Ja...
- Możesz, co? Przysiąść się? Wziąć krzesło? Zaproponować mi kawę? - Jej twarz była szara jak u człowieka, któremu brakuje powietrza. - Nie czytam w myślach, Honkala.
- Chcę z panią porozmawiać.
- No to mów. - Thelma wydłubała paznokciem kawałek szynki, który utkwił jej między zębami.
- Mogę usiąść?
Jayleen zrobiła ruch, jakby chciała usiąść na krześle obok, ale Thelma ostro zaprzeczyła:
- Nie.
Jayleen, która już prawie usiadła, podskoczyła jak oparzona.
- Przecież żartuję. Siadaj.
- Chcę porozmawiać o tym, co się wczoraj wydarzyło. - Jayleen przycupnęła na kraju krzesła.
- Tak? - Thelma zmierzyła ją obojętnym spojrzeniem.
- Wczoraj w nocy dokonałam kilku obliczeń... kiedy wszyscy spali.
Doktor milczała i Jayleen, spoglądając na nią, zdała sobie sprawę, że ona także nie zmrużyła oka.
Po chwili milczenia dziewczyna podjęła:
- Całą noc próbowałam zrozumieć, skąd przyleciały neutrina.
- Nie ty jedna.
- Na uniwersytecie nie miałam za bardzo do czynienia z matematyką... - Jayleen się zacięła. - Ale... kiedy mówię o matematyce, mam na myśli algebrę. Z geometrią natomiast było w porządku. Jeśli byłam w stanie wyobrazić sobie rozwiązanie zadania, łatwo sobie z nim radziłam. Ale jeśli zadanie było abstrakcyjne... wszystkie te formuły... nic dla mnie nie znaczyły.
Za oknem ponad topniejącym lodem unosiła się mgła. Jayleen mówiła dalej:
- Zatem żeby lepiej sobie wyobrazić sytuację, zaczęłam zaznaczać na modelu Ziemi kierunki, z których nadleciały neutrina. Sygnały pochodziły z określonych obszarów gwiaździstego nieba. Rejestrowaliśmy tutaj neutrina z Wielkiej Niedźwiedzicy, Małej Niedźwiedzicy i konstelacji Smoka. Na Antaresie neutrina nadlatywały z konstelacji Pawia, na detektor w Homestake z Wężownika; na Kamiokande z konstelacji Panny i Kruka. Mimo to nie znalazłam neutrin uzyskanych ściśle z jednego punktu. Wybierałam cząstki, które przychodziły jedna po drugiej, szukałam jakichś zależności, ale na próżno. Żadnych prawidłowości, ani czasowych, ani przestrzennych. I wtedy, patrząc na te wszystkie linie na modelu Ziemi, zdałam sobie nagle sprawę, że takie rozproszenie kierunkowe można łatwo wytłumaczyć.
Doktor Barrett drgnęła, słysząc słowo "łatwo".
- Jak?
- Jeśli założymy, że źródło, które wyemitowało neutrina, znajdowało się bliżej, niekoniecznie na Ziemi, ale... znacznie bliżej nas.
Thelma potarła palcami worki pod oczami.
- Dyskutowaliśmy o tym wczoraj z ludźmi, na pewno nie byli głupsi od ciebie.
Jayleen z kamiennym wyrazem twarzy włączyła tablet, położyła go na stole i odwróciła się do Thelmy.
- Oto, co próbuję wytłumaczyć. Jesteśmy tutaj - pokazała na detektor w lewej części obrazu. - Jeśli źródło jest tutaj - jej palec przesunął się na kulę znajdującą się bliżej środka - to tylko nam się zdaje, że neutrina nadlatują z różnych punktów. Z przyzwyczajenia szukamy źródła wśród oddalonych obiektów, ale to błąd, rozumie pani?
Minęło trzydzieści lat, odkąd ktokolwiek zapytał Thelmę Barrett, czy rozumie, co się do niej mówi. Doktor spojrzała na Jayleen, jakby zaraz chciała ją uderzyć.
- I co to może być za źródło według ciebie?
- Sama pani wczoraj mówiła: coś takiego, z czym nigdy wcześniej się nie zetknęliśmy.
Thelma westchnęła. Zmęczenie dawało jej się we znaki. Nie miała siły na kłótnie.
- Mamy dane dotyczące setek tysięcy zderzeń. Wybierając tylko niektóre z nich, znajdziesz potwierdzenie wszystkiego. - Barrett odsunęła tablet. - To jest wynik fałszywie pozytywny. Kiedy wybrane dane zdają się potwierdzać twoją hipotezę, ale wyselekcjonowałaś je z tak wielkiego zbioru, że w rzeczywistości to niczego nie dowodzi.
- Tak, ale...
- Skończyłyśmy rozmowę.
- Nie, nie skończyłyśmy! Zdaję sobie sprawę, że to dość wątłe założenie, ale wiem też, że mogę je udowodnić lub obalić. Postanowiłam więc zignorować fakt, że neutrina przybywały losowo, po prostu próbowałam uśrednić kierunki; wszystkie, jakie miałam. Zaczęłam od dwóch dowolnych aktywności neutrinowych. Ich wektory tworzą kąt płaski, wyznaczyłam dwusieczną tego kąta i zaznaczyłam ją linią na diagramie. Następnie wzięłam pod uwagę kolejną aktywność i wyznaczyłam dwusieczną między jej wektorem a właśnie narysowaną linią. I tak dalej. Kolejno rysowałam dwusieczne pomiędzy jak największą liczbą...
- Wiem, co to są dwusieczne, Honkalo - przerwała jej Thelma lodowatym tonem.
- Dobrze. - Jayleen poczuła, że kończy jej się czas. - Uśredniłam dane dla każdego obserwatorium, które zarejestrowało rozbłysk, i otrzymałam cztery linie, wzdłuż których neutrina napływały do tych detektorów. I wie pani co?
Umilkła, czekając, aż Thelma zapyta: "co?", ale ona kończyła kanapkę i nie patrzyła na nią. Idiotyczna pauza się przeciągała, a Jayleen, tracąc zapał, wyjąkała:
- Jak pani sądzi, doktor Barrett, jakie jest prawdopodobieństwo, że fałszywie pozytywne wyniki ze wszystkich czterech detektorów zbiegną się w tym samym punkcie?
Do tej chwili Thelma wyglądała, jakby była gdzie indziej, jednak po ostatnich słowach wszystko się zmieniło. Skupiła się na asystentce i Jayleen pomyślała, że nigdy wcześniej nikt tak nie przeszywał jej wzrokiem.
- Jeśli teraz mącisz mi w głowie...
Thelma nie dokończyła. Jayleen wyświetliła na ekranie obraz Ziemi i ponownie podsunęła jej tablet. Punktowe linie odchodzące z trzech widocznych z tej perspektywy detektorów przecinały planetę i w pewnym miejscu nad Afryką nakładały się na siebie.
- Wszystkie linie przecięły się w jednym punkcie.
Thelma Barrett wpatrywała się w nią co najmniej przez dwadzieścia sekund. Nie w trójwymiarowy model na ekranie, ale w Jayleen. I dopiero, kiedy ta powtórzyła:
- Wszystkie. Co do jednej. - Thelma przeniosła wzrok na obraz.
Jayleen odwróciła model: stacja Kamiokande zniknęła, za to pojawił się detektor z Homestake.
- Punkt na Ziemi? - zapytała Thelma.
- Prawie.
- Co to znaczy "prawie"?
- Nad Jeziorem Edwarda. Na wysokości kilku kilometrów. Przy granicy między Ugandą a terytorium, które niegdyś należało do Demokratycznej Republiki Konga. - Widząc, że udało jej się zetrzeć zarozumiały grymas z twarzy doktor Barrett, Jayleen ożywiła się, a jej wzrok pojaśniał: - Coś "rozbłysło" w powietrzu nad jeziorem, sypnąwszy na wszystkie strony wysokoenergetycznymi neutrinami.
- Ale nic tam nie było. W ciągu ostatniej doby nikt nie zarejestrował niczego niezwykłego w tamtym obszarze.
- Niezupełnie. Wczoraj rozbił się tam samolot towarowy.
Spojrzenie Thelmy Barret wyrażało jednocześnie pokorę i dezorientację. Jayleen upajała się tą chwilą.
- I ta katastrofa... - Thelma poruszała samymi wargami - zbiega się w czasie z rozbłyskiem?
- Nie - pokręciła głową Jayleen. - Samolot rozbił się cztery godziny później.
Thelma milczała przez chwilę, po czym chrząknęła głośno i wstała.
- Przygotowujemy artykuł. Ja, Tsujihara, Springfield. Jeszcze kilku darmozjadów z CERN-u. Cóż, a teraz również ty. Będziesz współautorką. - Stuknęła palcem w tablet. - Opiszesz wszystko, co właśnie powiedziałaś.
- Eee... - Jayleen czuła, że zaraz może zemdleć. - Oczywiście. Dobrze. Wszystko zrobię.
- Zarys artykułu powinien znaleźć się na moim biurku w piątek rano. Trzy akapity, nie więcej.
- Piątek rano, trzy akapity. - Jayleen pokiwała głową. - Będzie gotowy.
Doktor Barrett ruszyła do wyjścia z jadalni, ale po kilku krokach zatrzymała się i odwróciła.
- Tylko nie myśl, żeby pisać o samolocie. Zapomnij o nim zupełnie. Prześlemy artykuł do "Nature" lub "Science" i jeśli za naszymi plecami napomkniesz o zbiegu rozbłysku z katastrofą tego liniowca, przysięgam, że twoje następne artykuły nigdy nie wypłyną poza śmieciowe serwisy disinfopedia.org lub paranoiamagazine.com. Czy to jasne?
Jayleen wstała.
- Zrozumiałam, doktor Barrett.
Przez dobrą minutę po tym, jak Thelma zniknęła za drzwiami, Jayleen tkwiła z rękami złożonymi na blacie, próbując ustalić, czy doktor Barrett naprawdę do niej mrugnęła, czy tylko się jej przywidziało?
CROWDER
Osada Dikson, Kraj Krasnojarski, Rosja21 września 2141 roku
Zardzewiały barkas z dziobem obwieszonym oponami, hałasując, podpływał do cumowiska wcinającego się w morze pięćdziesiąt metrów na południe od jedynego betonowego molo portu morskiego Dikson.
Na pokładzie było dwóch mężczyzn i kobieta. Czterdziestoletni Tyrone Crowder, ciemnoskóry Amerykanin o arystokratycznie zarysowanych kościach policzkowych, trzymał się burty i zdzierając paznokciami farbę, zdawał się szukać czegoś wzrokiem wbitym w północ. W tylnej kabinie siedziała Tonia Rodionowa, trzydziestopięcioletnia Litwinka z włosami związanymi w kucyk, oraz krępy kapitan w kraciastej koszuli i dzianinowej czapce.
Crowder był pierwszym zastępcą Głównego Komisarza GEO. Rodionowa była dyrektorką i jak dotąd jedyną pracownicą przedstawicielstwa GEO na Litwie (przedstawicielstwa, które już trzeci rok miało szyld, ale nie miało biura, na którego drzwiach można by go zawiesić). A kapitan... Cóż, Crowder nie byłby zaskoczony, gdyby dowiedział się, że ma powiązania z FSB. Człowiek, którego wcisnęli im w Norylsku, w ciągu trzech dni wymienił z Tonią zaledwie sto słów i nawet nie przedstawił się Crowderowi.
Gdy przez szum biodieselowego silnika przebił się głos, Crowder się obejrzał. Kapitan pokazywał na brzeg i mówił coś po rosyjsku, na co w odpowiedzi Tonia wzruszyła ramionami. Crowder wychylił się z kabiny i dostrzegł Jake'a. Chłopak balansował na krawędzi cumowiska. Zauważywszy wzrok Crowdera, pomachał nad głową zwiniętym w rurkę tabletem. Crowder chciał mu odmachać w odpowiedzi, ale poczuł na sobie czujne spojrzenie kapitana i zmienił zdanie.
Na morzu panowała flauta. Woda pod niskimi chmurami ledwie się kołysała, a wzburzone łodzią fale bez przeszkód dobijały do brzegu.
Silnik prychnął i ucichł, a barkas zacumował do pirsu. Rosjanin wskoczył na zmurszałe deski i zaczął mocować cumy. Crowder odwrócił się, żeby pomóc Toni, ale Jake wyprzedził go, chwycił ją za ramiona i wyciągnął z kabiny na pokład, po czym podszedł do Tyrone'a i posłał mu pytające spojrzenie.
- No, co tam? Mów!
Jake Delhomme był asystentem Crowdera. Dobre półtorej głowy niższy od szefa, musiał zadzierać brodę, gdy patrzył na Tyrone'a.
- Kiepsko. - Crowder założył na ramię torbę z próbkami i ruszył w stronę brzegu. - Tysiąc sześćset cząstek na milion[26].
Oczy Jake'a się rozszerzyły. Crowder i Rodionowa przybyli z Wysp Kamiennych, gdzie mierzyli stężenie metanu w powietrzu. Taki był cel ich podróży. W drodze do Dikson Jake sam dokonał pomiarów najpierw w Nowym Urengoju i Norylsku, a następnie w podupadłych miastach wzdłuż Jeniseju: Dudince, Ust-Porcie, Woroncowie. Im bliżej oceanu, tym wyższe były wartości, aż w Dikson stężenie gazu ziemnego w powietrzu osiągnęło sześć tysięcy części na miliard[27]. Dwa razy więcej niż średnia na planecie i osiem razy więcej niż przed epoką przemysłową, ale Crowder mówił o tysiącu sześciuset cząstkach na milion. Tysiąc - tysiąc! - razy więcej niż norma.
Kiedy do Jake'a dotarło to, co usłyszał, wyszeptał:
- Na milion? - I spojrzał na Tonię z nadzieją, szukając potwierdzenia, że mężczyzna się przejęzyczył.
Tonia pokręciła głową.
- Widziałem, jak powietrze nad wodą płonie - powiedział Crowder ponuro.
Kilometr od jałowej Zachodniej Wyspy Kamiennej zauważył bąbelki unoszące się w masie wody. W pierwszej chwili Crowder pomyślał, że pod powierzchnią pływają ryby i dopiero gdy łódź się zbliżyła, zdał sobie sprawę, że nie ma tam nic poza bąbelkami gazu, od zupełnie maleńkich, wielkości koralików, aż po ogromne jak piłki do koszykówki. Miejscami wydawało się, że powierzchnia oceanu wrze, tak dużo metanu unosiło się spod pokrywy osadowej.
A potem Tonia Rodionowa zapaliła zapałkę i rzuciła ją za burtę.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem - powiedział Crowder. - Ona rzuciła do wody zapałkę. Początkowo nie rozumiałem po co, a potem omal nie narobiłem w spodnie. Poważnie, Delhomme, powietrze płonęło.
Ledwo widoczny niebieskawy płomień rozprzestrzenił się na kilkadziesiąt metrów, jakby pod barkasem znajdował się alkohol, a nie woda. Ogień szybko wygasł - na wysokości metra nad poziomem wody stężenie metanu było już niewystarczające do spalenia - ale powietrze jeszcze przez chwilę płonęło.
Jake odgarnął włosy z czoła i zerknął na Crowdera. Nie wyobrażał sobie nawet, że z tych szlachetnych ust, z których zwykle wypływały przemyślane i eleganckie zdania, mogły wydobyć się słowa typu: "narobiłem w spodnie". Crowder wydawał mu się typowym uniwersyteckim intelektualistą: błyskotliwym, wyrafinowanym i nieco aroganckim, lecz im uważniej się przyglądał, tym częściej zauważał przeplatające się zmarszczki wokół jego ust, które gdy się pojawiały, nadawały twarzy szefa niemal dziki wyraz. W chwilach złości czy niepokoju, gdy Crowder myślał o pracy, a tym bardziej gdy mówił o tym, w co zamienia się planeta, zmarszczki się pogłębiały, spokojny wzrok się wyostrzał, a oczy, pomimo brązowego zmętnienia soczewek, promieniowały gorączkowym blaskiem, oślepiającym i nieubłaganym.
Przed opuszczeniem cumowiska Crowder spojrzał na ciemną jak nafta taflę zatoki i rzucił sam do siebie:
- Mam wrażenie, że wystarczyłoby skrzesać iskrę i wszystko dookoła zapłonie...
Naprawdę był w rozpaczy. Ostatni na świecie samochód z silnikiem benzynowym zjechał z linii montażowej fabryki Renault na przedmieściach Paryża w listopadzie 2078 roku. W niecały rok później, na początku lata 2079 roku, firma Saudi Aramco wypompowała ostatnią baryłkę ropy z niegdyś największego na świecie złoża Al-Ghawar. Pod koniec lat 80. XX wieku emisja dwutlenku węgla została znacznie zmniejszona, ale to nie powstrzymało globalnego ocieplenia. Wręcz przeciwnie, w nowym stuleciu wzrost średnich temperatur na planecie przyspieszył. Z jednej strony wynikało to z faktu, że pod koniec XXI wieku stężenie CO2 w atmosferze wynosiło już siedemset pięćdziesiąt części na milion, czyli w momencie gdy Saudyjczycy wyssali ostatnie wiadro węglowodorów kopalnych z czterokilometrowego odwiertu na wschodzie Półwyspu Arabskiego, dwutlenku węgla w atmosferze i tak było już za dużo. Z drugiej strony temperatura na planecie nie była wtedy zależna wyłącznie od dwutlenku węgla, ponieważ wraz z ociepleniem rozpoczęły się i nasiliły procesy, które wcześniej nie miały wpływu na klimat. Jednym z nich było uwolnienie metanu z ciepłych obecnie wód Oceanu Północnego.
Metan gromadzi się w osadach dennych, odkąd na Ziemi pojawiły się zbiorniki wodne o wystarczającej głębokości. Wnikał przez pęknięcia w skorupie ziemskiej i w niskich temperaturach oraz pod wysokim ciśnieniem łączył się z wodą, tworząc hydraty metanu, krystaliczną substancję przypominającą lód. Hydraty metanu są wciskane w dno wielokilometrową masą wody i to właśnie ciśnienie zapobiega ich ponownemu rozkładowi na wodę i metan - wszędzie z wyjątkiem dna Oceanu Północnego.
Problem z hydratami metanu w Arktyce polega na tym, że są tam stabilizowane nie przez ciśnienie wody, ale przez pokrywę wiecznej zmarzliny na dnie, która pozwala im zalegać w płytszych wodach. Pokrywa ta topniała od połowy XXI wieku. Latem 2042 roku po raz pierwszy w historii statki przepłynęły obok bieguna północnego, nie napotykając po drodze lodu. Przez kolejne pół wieku lód na powierzchni nie pojawił się nawet zimą i Ocean Arktyczny stał się po prostu Oceanem. A metan zaczął się wydzielać ze szczelin w już nie tak wiecznej zmarzlinie.
Crowder wiedział o tym od dawna, najbardziej przerażające było jednak to, że uwolnienie rozpuszczonego w wodzie metanu w każdej chwili mogło wymknąć się spod kontroli i groziło wybuchem. Dno Arktyki skrywało tysiące gigaton hydratów metanu, a rozkład chociażby kilkuset z nich natychmiastowo zwiększyłby zawartość metanu w atmosferze dziesięciokrotnie. Konsekwencje takiej "eksplozji" byłyby katastrofalne dla wszystkich istot żywych na Ziemi.
Crowder przez ostatnie dwa lata otrzymywał z Arktyki raporty o nienormalnie wysokim stężeniu metanu, ale wyruszył na północ dopiero po zniesieniu kwarantanny. Razem z Jakiem najpierw polecieli na Grenlandię, gdzie metan sączył się z lodowca, a teraz dotarli do Tajmyru i Crowder na własne oczy zobaczył, jakie to skomplikowane.
Tonia zeszła z cumowiska. Jake, tupiąc, wyglądał miejsc, w których było mniej błota.
- Jutro wyspy Instytutu Antarktycznego - przypomniała Tonia.
- Tak - potwierdził Crowder.
- O ósmej w tym samym miejscu.
Kiwnął głową. Tonia dodała:
- Jeśli będziecie czegoś potrzebować, proszę dzwonić. - I poszła.
Jake i Tyrone zostali sami. Crowder rozpiął puchowy bezrękawnik. Jake zmrużył oczy i ruchem głowy wskazał w stronę zatoki.
- Myśli pan, że wystrzeli?
Tematem pracy magisterskiej Jake'a było uwolnienie metanu znajdującego się w dnie morskim jako przyczyny najbardziej masowego w historii Ziemi permsko-triasowego wymierania, tak zwana hipoteza pistoletu metanowego, dzięki czemu lepiej niż ktokolwiek rozumiał perspektywy planety po zniszczeniu skorupy lodowej na dnie Arktyki. Pistolet metanowy wystrzeli, uwalniając miliony ton gazu z wody, która zaleje tysiące kilometrów lądów. Metan, choć lżejszy od powietrza, po zmieszaniu z kropelkami wilgoci pozostanie blisko powierzchni na tyle długo, aby zabić całe życie. Następstwem będą kwaśne deszcze, burze ogniowe, rosnące temperatury i dalsza destabilizacja hydratów metanu. Proces przypominający lawinę, która narasta i nie można jej zatrzymać.
Crowder nie wahał się nawet przez sekundę.
- Tak.
Jake zacisnął usta.
- Kiedy?
- Nie wiem. Może pod koniec wieku, a może jutro. - Spojrzał na Tonię, która, unosząc nogi niczym czapla, przedzierała się do swojego domu. - Ona mówi, że za wyspami Instytutu Arktycznego stężenie gazu jest jeszcze wyższe, dlatego niewykluczone, że to już się dzieje.
- A jacy oni w ogóle są?
- Rosjanie?
- Aha.
Crowder prychnął.
- Chcą go wydobywać.
Sama myśl o tym wydawała się szalona i Jake aż wyszeptał:
- Wydobywać co?
- Klatrat metanu.
Jake zamrugał. Wiercenie w podwodnej wiecznej zmarzlinie w celu wydobycia gazu ziemnego ze świadomością, że w każdej chwili cała jej masa może wypłynąć na powierzchnię, jest jak wiercenie dziury w tysiąctonowym zbiorniku paliwa rakietowego, trzymając w zębach zapalonego papierosa.
Kapitan zatrzymał się za budynkiem administracji portu i obserwował ich z daleka. Crowder poklepał Jake'a po ramieniu i powiedział:
- Chodźmy.
Ulic jako takich w Dikson nie było. Za przystanią zaczynał się pas gołej ziemi pokrytej tłustym błotem. Za nim wznosiły się betonowe pudełka, w których mieszkała tutejsza ludność. Od przystani do domów prowadziły słabo wytyczone ścieżki, które różniły się od reszty terenu tym, że błoto na nich było mniej śliskie. Wszystko wokół miało odcień szarości. Tylko tu i ówdzie, na wzgórzach ponad zatoką, widać było kępki uschniętej trawy.
Crowder ruszył na wschód. Jake, parskając, poszedł za nim. W niektórych miejscach buty grzęzły w błocie do tego stopnia, że przy wyciąganiu trzeba było trzymać je za cholewki. Minęli restaurację "Chleb i woda", skręcili w uliczkę za budynkiem Sbierbanku i weszli po zewnętrznych schodach na drugie piętro budynku z wąskimi oknami. Gdy byli już w środku i otwierali drzwi, Crowder polecił:
- Mów.
- Lynch coś przysłała - wyrzucił z siebie chłopak szybko.
Była aktywistka ekologiczna Lauren Lynch, która po zwycięstwie Donny Dawson w wyborach stanęła na czele Agencji Ochrony Środowiska, należała do wąskiego grona tych, których zdanie prezydentka ceniła najbardziej. Jake odwrócił tablet do Crowdera i przejrzał kilka zdjęć satelitarnych. Jakaś osada. Brudne jezioro. Skąpa roślinność. Wąskie ścieżki.
- Co to? - Crowder zdjął buty i na palcach przeszedł przez korytarz, który różnił się od ulicy jedynie tym, że brud na podłodze wysechł na kamień.
- Osada Katwe na brzegu Jeziora Edwarda w Afryce Środkowej.
- I? - Crowder wyciągnął z lodówki puszkę coli.
- Przedwczoraj zginęło tam kilkaset osób. Lynch pisze, że przyczyną mogła być katastrofa limnologiczna.
Crowder uniósł brwi. Erupcja limnologiczna polega na uwolnieniu dużej ilości dwutlenku węgla z otwartego zbiornika wodnego, podobnie jak odkorkowanie wstrząśniętej butelki wody gazowanej. Takie erupcje są rzadkie i występują głównie w głębokich jeziorach ze stojącą wodą. Dwutlenek węgla jest cięższy od powietrza, po uwolnieniu opada na ziemię i wypiera tlen, co może prowadzić do śmierci ludzi i zwierząt. Crowder wiedział o tym wszystkim. Nie rozumiał jednak, co dokładnie katastrofa limnologiczna w Afryce Środkowej ma wspólnego z nim?
- I? - powtórzył.
- Uważa, że jest to na pewno powiązane w jakiś sposób z naszą pracą tu, na Arktyce.
Obracając w palcach aluminiową puszkę, Crowder przypomniał sobie wszystkie wielkie katastrofy limnologiczne z przeszłości: jezioro Nyos w Kamerunie pod koniec XX wieku, kiedy zginęło prawie dwa tysiące ludzi; jezioro Kiwu w Rwandzie, pierwsza połowa lat czterdziestych XXI wieku; jezioro Mash? na wyspie Hokkaido w Japonii pod sam koniec lat dziewięćdziesiątych XXI wieku. Cztery lub pięć lat temu czytał o uwolnieniu gazu w północnej części Morza Czarnego, ale ponieważ erupcja miała miejsce daleko od wybrzeża, dane były niedokładne.
- Ale to nie jedno i to samo. - Crowder pokręcił głową. - Erupcja limnologiczna to coś innego niż wybuch hydratu metanu.
Przed erupcją limnologiczną woda w zbiorniku zostaje nasycona dwutlenkiem węgla. Dwutlenek węgla ma głównie pochodzenie wulkaniczne, ale czasami pochodzi też z rozkładających się pozostałości organicznych, które opadają na dno. Ciśnienie na głębokości jest większe niż przy powierzchni, a CO2 zamiast się unosić, rozpuszcza się w wodzie. Proces trwa wieki, zbiornik wypełnia się dwutlenkiem węgla w oczekiwaniu na najmniejszy impuls, który wywoła katastrofę. Tym impulsem może być osuwisko, ulewny deszcz lub wiatr; cokolwiek, co zaburzy równowagę nasyconych gazem warstw dennych. W rezultacie tworzą się maleńkie pęcherzyki, które unoszą się z głębin i uwalniają jeszcze więcej CO2. Tworzą się kolumny gazu, które wypływają na powierzchnię, ciągnąc za sobą coraz więcej cieczy nasyconej tym związkiem. W ciągu kilku minut uwalniane są całe jego tony, powodując prawdziwe tsunami. Tak, istnieje pewne podobieństwo wybuchu hydratu metanu. Zasadnicza różnica polega na tym, że erupcja limnologiczna jest zjawiskiem lokalnym, którego skutki w żadnym wypadku nie stanowią zagrożenia globalnego.
- Lynch prosiła, żeby się z nią połączyć - powiedział Jake. - Tak szybko, jak to możliwe.
Crowder odchrząknął. Lynch była typem osoby, która tnie bez zastanowienia i jest absolutnie niezdolna do kompromisu. Wtedy, gdy Crowder starał się o tytuł magistra na Uniwersytecie Kolorado, Lynch pikietowała pod biurami korporacji nanotechnologicznych z ręcznie malowanymi plakatami, a teraz, zasiadając w fotelu administratorki EPA, zamiast negocjować z tymi korporacjami finansowanie budowy zakładów wychwytujących CO2, nadal je atakowała. Lynch wiedziała, że Crowder nie aprobuje jej metod, a mimo to chętnie z nim współpracowała. I niestrudzenie przypominała, że Dawson w ogóle nie jest zainteresowana tym, by Crowder dołączył do nich w rządzie jako szef Rady do spraw Środowiska przy Biurze Wykonawczym.
Po obwodzie tabletu, który leżał na stole, przebiegły światełka. Jake spojrzał na ekran.
- To ona. - Podsunął tablet Crowderowi. - Mam wyjść?
- Siedź.
Crowder nacisnął "Odbierz". Pierwsze słowa popłynęły z głośników jeszcze przed nawiązaniem połączenia wideo.
- Crowder, moje gratulacje! - Na ekranie pojawiła się twarz z wyraźnymi liniami brwi i zaczesanymi do tyłu czarnymi włosami.
- Cieszę się, że cię widzę, Lauren.
- Będę udawać, że w to wierzę. - Lynch byłaby nawet sympatyczna, gdyby nie zakrzywione w dół kąciki ust i ostry sposób wypowiadania się. - Przejrzałeś zdjęcia, które przysłałam?
- Tak. Ale nie rozumiem...
- Chcę, żebyś przed powrotem do domu poleciał nad Jezioro Edwarda. We wtorek zginęło tam kilkaset osób. Przypuszczam, że GEO nie ma budżetu na tę wycieczkę, dlatego jeśli się zgodzisz, koszty biorę na siebie.
- Po co?
- Chcę, żebyś wyjaśnił mi, co się tam stało.
- Nie odmawiam, ale po co? - powtórzył Crowder. - To nie pierwsza i nie ostatnia katastrofa limnologiczna. I nie muszę lecieć do Afryki, żeby tłumaczyć, że to samo może się wydarzyć na Morzu Barentsa i Karskim, tyle że na sto razy większą skalę, a zamiast dwutlenku węgla z wody wyleje się łatwopalny metan.
- Nie jestem przekonana, że to katastrofa limnologiczna - przerwała mu Lauren.
- Co powiedziałaś?
- Nie zrozumiałam nic z twojego tłumaczenia, ale chcę, żebyś poleciał do Ugandy, bo Leon zapewnia mnie, że założenie o katastrofie limnologicznej wydaje mu się mało przekonujące.
Crowder kilkakrotnie zamrugał oczami. Leon Bocanegra był dyrektorem Centralnej Agencji Wywiadowczej USA.
- Pozwól, że zapytam: jakie zatem założenie wydaje się CIA bardziej przekonujące?
- Gdybym wiedziała, nie wysyłałabym cię na inny kontynent. Wracaj, w Domodiedowie będzie na ciebie czekał nasz pilot, który zabierze cię samolotem do Ugandy.
Crowder potarł palcami brwi. Jaka, do cholery, Uganda? Ma tu robotę, musi przygotować raport o wszystkim, czego był świadkiem na Syberii i Grenlandii. Musi porozmawiać z Głównym Komisarzem. Ale co potem? Spojrzał na Lynch. Dwie dekady po kongresie założycielskim Światowej Organizacji Ochrony Środowiska ta nadal nie funkcjonowała zgodnie z planem. Jedna trzecia krajów, które podpisały porozumienie założycielskie GEO w 2122 roku, nie ratyfikowała jeszcze statutu, zadowalając się rolą obserwatorów. Wśród nich były Rosja, Brazylia i Australia. O utworzeniu Międzynarodowego Trybunału Ochrony Środowiska, czyli powodu, dla którego to wszystko się właściwie zaczęło, w ogóle nie było mowy. A Crowder, pomimo pozycji drugiego co do ważności człowieka w organizacji, czuł się bezradny. Rok po roku rejestrował, jak żyzne niegdyś gleby ulegały zasoleniu i zamieniały się w nieużytki, jak coraz wyraźniej zanikał horyzont wodonośny, a temperatury wzrastały - i nie mógł nic zrobić. Po pandemii i tak już niezbyt imponujący budżet GEO skurczył się do marnych ośmiuset milionów dolarów rocznie.
Crowder westchnął. Lwia część tych ośmiuset milionów pochodziła z EPA, nie mógł więc odmówić. A gdy tylko pogodził się z faktem, że będzie musiał przełożyć powrót do domu, jego myśli popłynęły w nowym kierunku.
- Czekaj. Uganda? Czy jest tam w ogóle ktoś, na kim można polegać? - To był taktowny sposób, żeby ustalić, czy nie zastrzelą go od razu po wylądowaniu.
- Tydzień temu, w Kampali, pod egidą ONZ utworzono rząd tymczasowy.
"Ciekawe na jak długo?" - zadźwięczało w głowie Crowdera.
- Powiedziałaś tydzień?
- Tak.
- No, to jestem spokojny.
Lauren udała, że nie wyczuła ironii.
- Wspaniale - kiwnęła głową. - Daj znać, kiedy dotrzesz do Moskwy.
I się rozłączyła. Crowder spojrzał na Jake'a. Milczał przez kilka sekund.
- Możesz nie lecieć, jeśli nie chcesz.
Delhomme obchodził swoje dwudzieste czwarte urodziny dwa tygodnie temu we wsi Danmarkshavn w północno-wschodniej Grenlandii i Crowder uznał, że asystent dość już się wycierpiał. A poza tym to mało prawdopodobne, żeby w Ugandzie potrzebował eksperta od permsko-triasowego wymierania.
Jake usiłował otworzyć puszkę z konserwą, którą kupił w lokalnym sklepie spożywczym. Wnosząc po otwieraczu, który prawie się na niej złamał, była wykonana z kuloodpornej stali. Nie podnosząc wzroku, chłopak potrząsnął głową.
- Nie, polecę. Razem z panem.
W powietrzu nad okręgiem Kamwenge, zachodnia Uganda23 września 2141 roku
Wysoki Koman Namara o skórze tak czarnej, że aż atramentowej, oderwał się od tabletu i próbując przekrzyczeć ryk śmigieł, oznajmił:
- Przekroczyliśmy równik.
Tyrone i Jake dotarli do Ugandy poprzedniego dnia, wieczorem. Koman Namara, wyznaczony do eskorty przez Ministerstwo Zasobów Naturalnych Ugandy, powitał ich na lotnisku w Entebbe i odwiózł do hotelu Perła Afryki, gdzie przez tydzień imprezował personel ONZ przydzielony do odbudowy aparatu państwowego Ugandy. Namara odebrał ich o świcie i zawiózł z powrotem na lotnisko, skąd Delhomme i Crowder w śnieżnobiałym oenzetowskim zmiennopłacie Falcon LI udali się na zachód, w stronę pasma górskiego Ruwenzori. Razem z nimi poleciało trzech funkcjonariuszy Ugandyjskiej Służby Bezpieczeństwa Wewnętrznego pod dowództwem tanzańskiego majora Roberta Nangobiego.
Crowder spojrzał na Komana, skinął głową, a następnie pochylił się w stronę iluminatora, jakby miał nadzieję dojrzeć linię równika. Silniki zostały opuszczone, a ogromne czarne łopaty z hukiem wzbiły się w powietrze. Falcon trząsł się potwornie. Crowder już miał się odwrócić, gdy w prześwicie między chmurami dostrzegł odbicia na powierzchni wody.
- To ono? - Dotknął palcem szkła.
- Nie, to George. - Koman starał się bardzo, ale ponieważ jego ojczystym językiem był suahili, po angielsku brzmiał, jakby mówił z zatkanym nosem. - Do Edwarda jest dwadzieścia kilometrów.
Crowder pokręcił głową. Przed odlotem do Kampali rozmawiał z Lauren raz jeszcze. Niewiele wiedziała. Do katastrofy prawie na pewno doszło tuż po zmroku. Lynch przesłała kilka bardziej szczegółowych zdjęć wykonanych przez satelity Ministerstwa Obrony Narodowej, z których wynikało, że wieczorem dziewiętnastego września życie codzienne w Katwe toczyło się normalnym rytmem, jednak gdy zapadła noc, coś się wydarzyło - w wiosce nie zapaliła się ani jedna lampa. Rano satelita sfotografował kilkadziesiąt zwłok osób, które padły martwe tam, gdzie zaskoczyła ich ciemność. W południe następnego dnia pospiesznie zebrana grupa śledczych udała się w góry na zachodzie, aby szukać miejsca katastrofy zaginionego samolotu Turkish Airlines. Rankiem dwudziestego pierwszego września śledczy skierowali jeden ze swoich dronów w stronę Katwe i po dwukrotnym przelocie nad wioską na różnych wysokościach potwierdzili śmierć wszystkich jej mieszkańców. Po dwóch dniach latania nad górami grupa rozszerzyła obszar poszukiwań i odkryła, że nie żyją także mieszkańcy nadmorskich wiosek Mweya i Rwenshama na południe od Katwe.
Grupa poszukiwawcza nigdy nie znalazła samolotu.
Chmury w kształcie kopuły nabrzmiewały i gęstniały, a światło w kabinie przygasło. Crowder odchylił się do tyłu w fotelu, zamknął oczy i rozważał możliwy związek pomiędzy zniknięciem liniowca TK43 a śmiercią ludzi przy Edwardzie. Katastrofa zbiegła się w czasie z kataklizmem w Katwe. Czy to tylko przypadek? A może te dwa wydarzenia są ze sobą powiązane? Teoretycznie ilość gazu uwolnionego podczas erupcji limnologicznej może wystarczyć do uszkodzenia liniowca. Możliwe też, że nie doszło do erupcji, zamiast tego airbus A650 miał na pokładzie toksyczne substancje, które po upadku rozprzestrzeniły się wzdłuż wybrzeża i zatruły ludzi. Jednak im więcej Crowder rozmyślał, tym bardziej był skłonny sądzić, że zarówno pierwsze, jak i drugie założenie jest fałszywe. Metan mógłby zakłócić lot tak dużego liniowca. Jest lżejszy od powietrza i gdy znajdzie się wystarczająco wysoko, może spowodować spadek siły nośnej, zniekształcić odczyty wysokościomierza, a nawet doprowadzić do wybuchu silników. Tylko że podczas erupcji limnologicznej uwalniany jest nie metan, ale dwutlenek węgla, który w przeciwieństwie do metanu jest cięższy od powietrza. A znaczne ilości dwutlenku węgla w żadnym wypadku nie wzniosą się wyżej niż kilkadziesiąt metrów nad powierzchnię wody. Odnośnie do drugiego założenia... Lynch zapewniała, że turecki liniowiec leciał z Johannesburga pusty.
Turbulencje szarpały nerwy i mąciły myśli. Crowder próbował skoncentrować się na dalszych krokach po wylądowaniu, gdy dźwięk silników uległ zmianie. Otworzył oczy, prześwity zniknęły, a zmiennopłat powoli schodził pośród gęstych chmur. Włączyły się wbudowane w sufit głośniki i z góry popłynął głos dowódcy załogi:
- Nad jeziorem mamy niskie chmury. Wejdziemy od południa, z dala od wody, żeby nie zaczepić o drzewa. Jeśli dolna krawędź chmur okaże się niższa niż dziewięćdziesiąt metrów, wyląduję na asfaltowej drodze na wschód od osady. To wszystko, co widać na mapie. Dalej musicie już pójść na piechotę.
Dowódca nie zwracał się do nikogo szczególnie, mimo to major Nangobi zameldował:
- Przyjęto!
Zmiennopłat przechylił się i skręcił na południe. Crowder ponownie spojrzał na Tanzańczyka.
- Kim byli ci ludzie, którzy zginęli w Katwe?
- Miejscowi - wyjaśnił Nangobi. - Przesiedzieli pandemię w górach. Mówią, że nieźle się tam zadomowili.
- Kto mówi?
- Inni ludzie.
- Czy nie mogłyby to być jednostki paramilitarne z basenu Konga?
- A czego się boicie? - Major się uśmiechnął. - Zarówno miejscowi, jak i bojownicy są równie martwi.
Crowdera ta odpowiedź nie zadowoliła. Przed startem przestudiował mapę. Katwe nie była jedyną osadą w regionie, wyżej w górach rozsiane były też inne. Nie chciał bez ostrzeżenia lądować na terytorium, które jakiś samozwańczy książę z byłej DRK uważa za własne lenno.
- W Katwe, owszem - zgodził się Crowder. - A w okolicznych górach?
- Mieli tu wysłać żołnierzy - powiedział Namara. - Niebieskie Hełmy.
- Kiedy? - Crowder odwrócił się do niego.
- W przyszłym tygodniu.
"Wspaniale".
- Zatem jesteśmy bez jakiejkolwiek ochrony?
- Niezupełnie - zaprzeczył Namara. - Badacze poszukujący zaginionego samolotu obozują w górach na północ od jeziora. Mają ze sobą kilka dronów. Oczywiście to nie ochrona, ale pojawienie się czegokolwiek podejrzanego prawdopodobnie zostałoby przez nich zgłoszone. - Rozmowa nagle ucichła, w kabinie zrobiło się jaśniej, zmiennopłat wyleciał z chmur. Namara nachylił się do okna i gestem zachęcił Crowdera, żeby wyjrzał. - Cóż, nie sądzę, że będziemy potrzebować ochrony.
Crowder oparł się o iluminator. Falcon z opuszczonym dziobem leciał sto metrów nad ziemią. W oddali widać było porośnięte krzakami wzgórza. Wzdłuż pokrytej koleinami asfaltowej drogi biegnącej równolegle do wybrzeża rosły pokrzywione drzewa oliwne i zakurzone akacje. Bliżej brzegu nie było żadnej roślinności. Gdzieniegdzie tylko przebijały się przez suchą ziemię kępki trawy... A potem Crowder zobaczył ciała. Zaplątany w pędy wilczomleczu, na oko dziesięcioletni chłopiec wisiał głową w dół. W rowie przy drodze leżało kilka psów. Na poboczu stał motorower, przy którym spoczywało twarzami do ziemi dwóch mężczyzn w jasnych koszulkach.
Zmiennopłat zwolnił i zaczął obracać się wokół osi pionowej; pilot wybrał miejsce do lądowania. Crowder dojrzał półkolistą zatokę. Bliżej wody ziemia pociemniała i tam, wśród trawy, zauważył martwą dziewczynkę. Wygięła się w nienaturalny łuk, jakby chciała uchylić się od czegoś, co wbijało się w jej plecy. Nawet z tej wysokości Crowder widział, jak jej maleńkie palce wpijają się w ziemię.
Pilot, najwyraźniej niezadowolony z miejsca, poprowadził samolot dalej na północ. Za oknem migały ceglane chaty z rozwalonymi dachami i kwadratowymi oknami bez szyb. Przed gankiem tej położonej najdalej od drogi przykucnął mężczyzna w szarej koszuli. Obok, w piasku, leżało co najmniej dwadzieścia martwych kóz. Nieco dalej, przy wjeździe do Katwe, leżała na plecach kobieta odziana w kwiecistą sukienkę. A przy niej kosz, wysypane awokado i mango.
- Boże! - Crowder, przytulony policzkiem do szyby, przeniósł wzrok na środek wioski. Takie same zniszczone budynki... mnóstwo budynków... i jeszcze więcej martwych ludzi.
- Proszę zapiąć pasy - zatrzaskały głośniki. - Lądujemy.
Crowder poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła; zmiennopłat ruszył w dół, a w następnej chwili pył unoszony śmigłami przysłonił mu wszystko na zewnątrz.
Osada Katwe, dystrykt Kasese, zachodnia Uganda23 września 2141 roku
Przede wszystkim uderzyła ich cisza. Kiedy łopaty przestały się obracać i znaleźli się na tyle daleko, by nie słyszeć szumu silników, Crowder odkaszlnął i sprawdził, czy nie ogłuchł. Na zachodzie, pod nisko wiszącymi chmurami lśniła zatoka. Brzeg był łagodny jak okiem sięgnąć, a rozległa przestrzeń, w której się znaleźli, nie współgrała z dochodzącymi z niej dźwiękami. A dokładniej z ich brakiem. Jedynie cisza dźwiękoszczelnych pomieszczeń mogła być równie nieprzenikniona i Crowder starał się stłumić wrażenie, że zostali przykryci jakąś gigantyczną przezroczystą kopułą.
Potem uderzył ich upał, wyczerpujący i wszechogarniający, z rodzaju tych, przed którymi nie da się ukryć w cieniu. W ciągu kilku sekund ciało Crowdera pokryło się wilgocią, jakby ktoś w jego środku kliknął przycisk "pot". Światło przefiltrowane przez chmury rozproszyło się w powietrzu i ogarniało żarem ze wszystkich stron. Pojedyncze drzewa rosnące wzdłuż asfaltu tańczyły w mirażach, które wznosiły się falami nad rozgrzaną glebą.
Pomimo zapewnień Lynch, że dron badający Katwe nie wykrył żadnych toksycznych substancji w powietrzu, Tyrone, Jake i Koman przed opuszczeniem Falcona założyli ochronne gogle i maski oddechowe. Po zejściu z trapu Jake wyjął analizator powietrza i trzymał urządzenie przed sobą. Po upewnieniu się, że wskaźniki są zielone, zdjął maskę. Crowder i Namara, idąc w jego ślady, przesunęli maski na podbródki. Wcale nie było łatwiej; powietrze wydawało się gęste jak kisiel.
Major Nangobi i jego trzej towarzysze zamienili między sobą kilka słów i ruszyli do wioski. Crowder spojrzał na nich, a potem, dostrzegłszy wzrok Jake'a, powiedział:
- My do jeziora.
Cała trójka pokonała nasyp drogowy i ruszyła w stronę wody.
Zatoka była ledwie kilkadziesiąt kroków od nich, gdy Crowder zdał sobie sprawę, że nie widzi żadnych oznak erupcji. 21 sierpnia 1986 roku na jeziorze Nyos w górach północno-zachodniego Kamerunu doszło do katastrofy limnologicznej, w której wyniku zginęło tysiąc siedemset osób. CO2 wydobywający się z jeziora rozprzestrzenił się na odległość dwudziestu pięciu kilometrów i zabił wszystkie żywe istoty na swojej drodze: ludzi, zwierzęta gospodarskie, ptaki. Jeszcze przed startem Crowder przejrzał zdjęcia z miejsca katastrofy. Po erupcji dolne warstwy bogate w żelazo wypłynęły na powierzchnię i się utleniły, nadając wodzie czerwony odcień. Poziom akwenu obniżył się o metr, a tsunami spowodowane eksplozjami gazu powaliło setki przybrzeżnych drzew. W przypadku Jeziora Edwarda żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła. Ani zmiana koloru, ani spadek poziomu wody. Ani jedno drzewo nie zostało wyrwane z korzeniami. Jezioro nie wybuchło.
Crowder stanął metr od wody, podparł się pod boki i odetchnął głęboko. Powietrze pulsowało gorącem. Plastikowa torba przepłynęła przed nim w powietrzu niczym meduza. Wzniesiony przez łopaty samolotu pył, osiadając, utrudniał oddychanie. Crowder przeskanował wzrokiem południowy brzeg, po czym odwrócił się i spojrzał w inną stronę, ku wiosce. Zobaczył dwie martwe, czarno nakrapiane krowy o rogach przypominających półksiężyc, kilka drzew z opuszczonymi gałęziami, kobietę w kwiecistej sukience, którą zauważył już z powietrza. Potrząsnął głową. Co tu się, do cholery, stało?
- Kurwa - wychrypiał Jake zza jego pleców.
- Co? - Crowder się obejrzał.
- Gorąco.
- Aha.
Jake co pięć sekund mrugał, a kropelki potu spływały mu z powiek. Jego zielona koszulka z długimi rękawami ciemniała pod pachami. Koman podszedł i zastygł w bezruchu obok niego. Wszyscy milczeli przez kilka sekund. W końcu Jake się odezwał:
- Jezioro nie wybuchnie ponownie? Po prostu zastanawiam się, co by się wydarzyło, gdyby część gazu pozostała na dnie i wyleciała z wody? - Oddychając ciężko, zmrużył oczy i spojrzał na Crowdera. - Czy to możliwe? - Wciągnął powietrze ustami. - Ale przecież zauważymy, że zbliża się erupcja? To znaczy zanim zaczniemy się dusić? Chcę wiedzieć, czy uda nam się dotrzeć do samolotu, jeśli...
Mówił bez przerwy, próbował ukryć się przed skwarem za potokiem własnych słów, dopóki cierpliwość Crowdera się nie wyczerpała:
- Delhomme, milcz.
Jake się zamknął, ale nadal dyszał głośno, wysunąwszy język.
Crowder odwrócił się twarzą do akwenu. Pomimo spokoju po jego tafli przebiegały zmarszczki. Daleko na zachodzie, we mgle zacierającej linię horyzontu, rozbłyskiwały cicho pioruny. Wiedział, że pobranie próbek będzie formalnością; analiza raczej nie wykaże podwyższonego stężenia jonów metali ani nadmiaru dwutlenku węgla w wodzie. Mimo to zakomenderował:
- Nabierz wody. Dwie, trzy probówki, nie więcej.
Jake wyjął szklane probówki z torby przewieszonej przez ramię, podszedł do brzegu i je napełnił. Gdy skończył, zbliżył się do Crowdera.
- Teraz dokąd?
Ten machnął ręką w kierunku budynków wznoszących się we mgle na północy. Ruszyli prosto przez pole i w połowie drogi do wioski Tyrone zdał sobie sprawę, że upał nie jest ich największym problemem. Nad ziemią unosiła się uporczywa woń rozkładu, a im bliżej byli Katwe, tym stawała się silniejsza. Crowder ponownie założył maskę, ale duszący, słodki zapach wślizgiwał się pod nią, więc krzywił się z obrzydzenia przy każdym oddechu.
Tym razem przodem szedł Namara. Kiedy do skrzyżowania przy wjeździe do wioski pozostało trzydzieści metrów, Ugandyjczyk zatrzymał się i popatrzył na widniejące w oddali zwłoki krów.
- Co? - Twarz Jake'a pokryła zielonkawa bladość. - Co się dzieje?
- Nie ma much - odpowiedział Koman gardłowym głosem.
- I ścierwników - dodał Crowder.
Przycisnął maskę oddechową do twarzy tak mocno, że na grzbiecie nosa i kościach policzkowych pojawiły się ślady. Jake przestępował z nogi na nogę i wodził wzrokiem po ziemi, jakby wypatrywał nie wiadomo gdzie zaginionych ścierwników w otaczającej go trawie.
- Czy to z powodu erupcji? - mruknął Namara.
"Nie było żadnej erupcji" - pomyślał Crowder, ale nie powiedział tego na głos.
- Cóż... muchy również oddychają... one też potrzebują tlenu. - Jake wypluwał słowa krótkimi seriami, wciskając je pomiędzy płytkie, pospieszne oddechy. - To normalne... muchy i te... ścierwniki... zdechły... razem z krowami...
Crowder, odwróciwszy się, zdjął rękę z respiratora.
- Ile czasu upłynęło od tego zdarzenia?
- To już czwarta doba - odpowiedział Namara.
- I przez cztery dni ani jedna mucha nie przyleciała na ucztę?
Jake zamrugał.
- Do diabła.
Crowder ruszył w stronę osady, ale Koman zatrzymał go gestem.
- I jeszcze ta trawa...
- Co z nią? - Spojrzał pod nogi.
- Nie podoba mi się jej wygląd. Nie tylko tutaj. Wszędzie.
Crowder w końcu zauważył, że kępy trawy na asfalcie wyglądały dziwnie. Były pomarszczone i uschnięte, żadna łodyga nie stała prosto. Dzieje się tak, gdy trawa wysycha na słońcu, ale tutaj to było coś innego. Źdźbła nie wydawały się suche, raczej nieco zwiędłe.
Crowder patrzył przez chwilę na stertę drzew rozrzuconych nad brzegiem, po czym ruszył w ich stronę, omijając krowie truchła. Jake poszedł za nim. Po pół minucie zatrzymali się przed przypominającym krzak drzewem o gładkiej korze i podłużnych liściach. Pędy leżały na ziemi, a liście o spiczastych końcach były zwinięte i opadłe. Gdzieniegdzie na gałęziach można było zobaczyć owoce utworzone z mięsistych grudek. Crowder rozwarł palcami jeden z liści; w pobliżu ogonka pojawiły się dziwne brązowe plamy.
- Jak stoisz z botaniką? - zapytał asystenta.
Jake wymamrotał coś pod nosem. Crowder wyciągnął tablet i sfotografował listek. Po chwili wahania zerwał go.
- Pakiet do próbek.
- Co? - Jake wykrzywił się, jakby ktoś go dotknął lutownicą.
- Pakiet z hermetycznym zamknięciem, Jake.
- A, tak... zaraz... - Chłopak wyciągnął pakiet i podał go Crowderowi. Ten włożył listek do środka i oddał mu cały zestaw. Twarz Jake'a przypominała teraz niedojrzałego melona.
- A ty? - Crowder zmierzył go wzrokiem. - Pójdziesz do osady?
Delhomme przytaknął ruchem głowy.
- Nie musisz.
- Nie, pójdę.
- Jesteś pewien?
- Pójdę.
Crowder dał znak Namarze, który dreptał w oddali, i ruszyli do Katwe.
Parę metrów od pierwszej chaty Crowder i Namara, zupełnie się ze sobą nie konsultując, zwolnili. Od smrodu poczuli zawroty głowy. Jake dotrzymywał im kroku, ale zataczał się jak pijany.
W końcu Crowder stanął. Smród zdawał się przedostawać aż do jego świadomości. Przy każdym wdechu miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Wszędzie wzdłuż drogi przecinającej Katwe z północy na południe leżały wzdęte ciała. W oddali zamajaczyła potężna postać majora. Tanzańczyk, wycierając twarz chusteczką, przyglądał się budynkowi z wysuszonej cegły.
- Nie rozumiem... - wycedził Namara spod maski. - Powinny tu być... ptaki... cokolwiek żywego...
- Wszystko wyginęło. - Crowder kręcił głową, szukając miejsca, gdzie śmierć nie rzucałaby się w oczy. - Nawet rośliny.
Wokół nie było słychać nic poza ich ciężkimi oddechami. Śpiew ptaków, szelest zwierząt w trawie, brzęczenie owadów - nic z tego. Nawet czas zwolnił w oczekiwaniu na coś strasznego.
Crowder i Namara staliby tak nie wiadomo jak długo, gdyby nie stłumione buczenie. Rozejrzeli się. Jake zerwał z twarzy maskę i zwymiotował do przydrożnego rowu. Widząc spojrzenia pozostałych, szybko się wyprostował i pomachał uspokajająco.
- Nic mi nie jest! - Twarz miał spuchniętą, oczy załzawione. - Panie Crowder, proszę się nie martwić, nic mi nie jest.
Crowder kiwnął głową i poszedł w głąb osady. Koman Namara poczłapał za nim.
- Co dokładnie chcecie zobaczyć? - zainteresował się Ugandyjczyk.
- Bywałeś tutaj wcześniej?
- Nie.
"To dlaczego pytasz?"
Po obu stronach drogi stały stare parterowe domy z płaskimi dachami i oknami zasłoniętymi szmatami. Tu i ówdzie do ścian przylegały przybudówki. Prawie nie było drzew, głównie krzaki, a z tych, które się trafiały, żadne nie górowało nawet nad najniższym budynkiem. Na jednym z podwórek Crowder zauważył grube kołki wkopane w ziemię; na rozciągniętych sznurkach wisiała wyprana bielizna. Nieco dalej widniało ogrodzenie, za którym leżały martwe kozy, a po drugiej stronie asfaltu stos cegieł.
Major Nangobi i jego trzej towarzysze skręcili na ścieżkę prowadzącą ku wzgórzu na północnym wschodzie i zniknęli za budynkami. Crowder się zatrzymał. Dlaczego się tu znalazł? Jaki jest sens włóczenia się po wiosce? Aby ustalić, co się tu wydarzyło, należy przeprowadzić sekcję zwłok, przynajmniej jednych, a do tego potrzebny jest specjalny transport, nosze i kombinezony ochronne. To nie jego robota.
Przyjrzał się ciałom leżącym najbliżej. Coś było nie tak. Po takim czasie powinny być już widoczne zewnętrzne oznaki rozkładu... Gdyby nie wzdęte brzuchy, trupy wyglądałyby niepokojąco normalnie. Crowder nie wiedział, gdzie się ukryć przed ich szklistymi, jakby zdziwionymi spojrzeniami. Jakby zmarli próbowali mu coś przekazać i dziwili się, że ich nie słyszy.
Za jego plecami Jakiem znów targały mdłości. Crowder się rozejrzał. Asystent, pochylony, wsparł dłonie na kolanach. Właśnie się uspokoił i podniósł głowę, żeby pokazać, że wszystko jest już w porządku, kiedy kolejna gorąca gula ucisnęła jego gardło.
Nagle Namara krzyknął:
- Musimy się stąd zabierać!
- Co? Dlaczego? - Crowder się odwrócił.
- Przestał się pan pocić.
- Tak. To...
Przesunął palcami po twarzy, nad ochronnymi goglami. Jego czoło było suche jak pergamin.
- To... - Marszcząc czoło, Crowder zerknął na Namarę. - Co to oznacza?
- Że to niedobrze - powiedział Ugandyjczyk. Ludzki organizm przestaje wydzielać pot, gdy proces ten nie umożliwia już pozbywania się nadmiaru ciepła i normalizowania temperatury; w myśl zasady, że jeśli wyciskanie wilgoci z gruczołów potowych nie pomaga, nie warto się tym zajmować.
Crowder wbił wzrok w punkt znajdujący się kilka metrów przed nim.
- Słyszy pan, co mówię? - Namara uniósł rękę, ale nie odważył się nim potrząsnąć. - To niebezpieczne, może pan umrzeć.
Ustanie pocenia się w takim upale mogło skutkować wszystkim, od omdlenia po zatrzymanie akcji serca.
- Rozumiem. - Crowder skinął głową, zerkając w prawo. Kilka chałup przycupnęło na skraju drogi.
- Musimy iść - upierał się Namara.
- Spójrz. - Crowder wyciągnął rękę. Nie odrywał oczu od cieni pod najbliższym budynkiem.
- Co tam jest? - Namara zmrużył oczy.
- Kundel.
- Pies?
- Tak, pies.
Namara ściągnął brwi. Kiego diabła? Tu jest mnóstwo zdechłych psów.
- Panie Crowder, musi pan jak najszybciej...
I wtedy zobaczył. Wszystko, co kiedyś żyło w Katwe, teraz leżało martwe. Twarzą do góry, twarzą w dół, skulone czy rozciągnięte, ale leżało. A pies, na którego wskazywał Crowder, stał na czterech łapach.
Stał.
- On stoi - wyszeptał Namara.
- Ona - poprawił go Crowder.
W cieniu chaty przyczaiła się łaciata suczka z nabrzmiałymi sutkami i skudloną sierścią na karku. Wyliniała morda była opuszczona, jakby zwierzę wąchało coś na ziemi. A jednocześnie się nie poruszało.
Crowder i Namara także stali bez ruchu, aż dołączył do nich Jake.
- Suka - wydusił chłopak.
- Tak - potwierdził Crowder szeptem.
- Żywa?
- Chyba, nie wiem.
- Stoi.
- Tak, ale się nie rusza.
Jake potarł czoło.
- Strach na wróble?
Crowder się skrzywił.
- Kto robi stracha na wróble w kształcie psa?
- A więc musi być żywa.
Tak naprawdę żaden z nich w to nie wierzył. Nie żeby potrafili sobie wyobrazić sytuację, w której pies zdechłby i nadal trwał w pozycji stojącej, po prostu nie mogli pojąć, że po tym, co wydarzyło się w Katwe, przetrwało tutaj cokolwiek żywego. Kiedy więc suka przechyliła głowę, jakby chciała ugryźć się w bok, a potem wyprostowała szyję, cała trójka aż drgnęła.
- Ona żyje!
Suka uniosła pysk i poruszyła nim w powietrzu. Po chwili uspokoiła się i na sztywnych nogach podeszła do chaty. Nie wydając żadnego dźwięku, kołysała się przez chwilę; w przód i w tył, w przód i w tył, jakby tarła bokiem o cegłę, tylko że stała kilka centymetrów od ściany. Nim ponownie zesztywniała, podreptała trochę w miejscu, przechylając się na lewy bok. Jej ciężkie sutki kołysały się przy tym rytmicznie.
- Jest ciężarna? - zapytał Jake szeptem, kiedy zwierzę ponownie zamarło.
Nikt nie odpowiedział. Cisza uciskała bębenki w uszach. Crowder, nie odrywając wzroku od psa, ruszył w jego stronę.
- Uważa pan, że powinniśmy ją zabrać? - wydusił z siebie Namara.
Crowder tak nie uważał, ale zdążył się już zorientować, że z suką jest coś nie tak, i postanowił podejść bliżej. Kiedy dotarł do rogu chaty, rozejrzał się i wzrokiem odszukał Jake'a.
- Wydaje się, że nie oddycha.
W taki upał każdy pies dyszałby intensywnie z językiem na wierzchu, ale ona tak nie robiła.
- Jak to? - Jake stał jak wryty.
Crowder wzruszył ramionami. W jego głowie zapłonął trzaskający ogień. Czuł, jak gorące języki liżą ściany jego czaszki, ale jedyne, o czym mógł myśleć, to że przez cały czas, gdy patrzył na sukę, ani razu nie zauważył, by jej żebra unosiły się lub opadały.
Poza tym było jeszcze coś.
- Chyba jest ślepa - powiedział. - Ma coś nie tak z oczami.
Oczy psa były zamknięte, a z kanalików łzowych wypływały ciemne strużki. Crowder doszedł do wniosku, że może to wszystko wyjaśnia - zwierzę poruszało się po omacku. A potem suka dostała drgawek. Przez jej mięśnie przebiegły fale dreszczy, jakby rażono ją prądem. Skręciła w bok, uderzyła łbem w ścianę, powlekła się dalej.
- Tam są jeszcze ciała. - Jake wskazał na drzwi. - W środku.
Crowder schylił głowę i rozejrzał się po ciemnym wnętrzu. Za progiem, twarzą do góry i ze stopami skierowanymi w stronę wyjścia, leżała dziewczyna. Wyglądała na szesnaście lat, nie więcej.
Ból z tyłu głowy się nasilił.
Pies upadł na bok, wstrząsały nim konwulsje, lecz Crowder nie spuszczał wzroku z wejścia do chaty. Coś nie pozwalało mu się odwrócić. Przez kilka sekund bił się z myślami - raz o psie, raz o dziewczynie - aż zdał sobie sprawę, co dokładnie przykuło jego uwagę. Dziewczyna nie miała wzdętego ciała.
Nogi same poniosły go do wnętrza.
Już od progu piekielny kwaśny smród opalił mu nozdrza. Swąd był taki, że Crowder aż się zatrzymał, jakby wpadł na ścianę. Wykrzywił się, wsunął palce pod okulary ochronne i przycisnął oczy. Po chwili, pokonując własną niemoc, zrobił krok w stronę dziewczyny, jej twarz krył półmrok. Z miejsca, w którym stał, widział tylko jej różowe stopy. I gdy na nie spojrzał, prawa z nich się poruszyła.
Crowder omal nie wyskoczył ze skóry z zaskoczenia. Dziewczyna żyła!
- Tutaj! - Zamachał rękami. - Do mnie!
Doskoczył do niej, przykucnął obok i złożył jej głowę na swoich kolanach. Jej ciało było ciepłe i podatne niczym plastikowa torba z jakąś żelopodobną substancją.
- Paskudztwo...
Smród zgnilizny drażnił błony śluzowe. Crowder zakaszlał.
Namara przykucnął obok niego, zasłaniając nos obiema rękami.
- Żyje?
- Tak, poruszyła się.
- Cholera. - Namara dyszał ciężko. - I co teraz?
- Zabieramy ją stąd.
Gdy Crowder już miał wsunąć ramię pod plecy dziewczyny, ta otworzyła oczy i chwyciła go za łokieć. Namara krzyknął i cofnął się gwałtownie. Crowder również się wzdrygnął, ale pozostał na miejscu. Pochylił się nad dziewczyną i zdjął maskę, żeby jej nie przestraszyć.
- Słyszy mnie pani? - Żadnej reakcji. - Proszę pani?
Dziewczyna wlepiła w Crowdera zmętniałe spojrzenie, milczała. Na progu chaty Jake znowu gwałtownie zwymiotował.
- Proszę pani... - wyszeptał Crowder.
Przez kilka długich sekund ciemnoskóra dziewczyna patrzyła na niego z autentycznym zdziwieniem, nie rozumiejąc, gdzie jest i jak się tu znalazła, po czym zamknęła powieki i zastygła. Crowder potrząsnął nią, próbował wyczuć puls, ale go nie znalazł.
Dwa następne zdania nałożyły się na siebie. Pierwsze rozbrzmiało w budynku. To krzyknął Crowder:
- Trzeba ją zabrać do szpitala. Natychmiast!
Drugie dobiegło z zewnątrz.
- Cofnąć się! Cofnąć! - wrzeszczał major Nangobi. - Gdzie wy wszyscy, do cholery, jesteście?! Idźcie do Falcona!
Namara wyskoczył na zewnątrz. Crowder wziął dziewczynę na ręce i poszedł jego śladem.
Korpulentny Tanzańczyk pędził z niewyobrażalną jak na swoją wagę szybkością, wyprzedzając szczuplejszych towarzyszy o dobre dziesięć metrów. Podbiegłszy, zahamował tak gwałtownie, że prawie zwalił Jake'a z nóg.
- Co jest? - zapytał Crowder.
- Cztery pikapy na północy. - Od ciała majora buchał gorąc. - Poruszają się w naszą stronę.
Obok nich, nie zatrzymując się, przemaszerowali ugandyjscy esbecy.
- Grupa poszukiwawcza? - Obraz przed oczami Crowdera falował, ręka podtrzymująca uda dziewczyny stawała się ciężka jak ołów. - Ta, która próbuje odnaleźć samolot? - Nagle uświadomił sobie, że grupa poszukiwawcza raczej nie przemieszczałaby się pikapami.
- Widzi pan tu gdzieś fragmenty samolotu po katastrofie? - Nangobi szturchnął Jake'a w plecy i machnął ręką w kierunku zmiennopłata.
- Więc kto to? - dopytywał Crowder.
Zamiast odpowiedzi major wydał z siebie zdyszane sapnięcie:
- Do cholery, bierze ją pan ze sobą?
- Ona żyje.
- Ja pierdolę! Dobra, dawaj ją tutaj.
Nangobi był cięższy i silniejszy, Crowder podał mu dziewczynę. Tanzańczyk przerzucił ją przez ramię i się skrzywił:
- Szlag, ona już śmierdzi!
- Ona żyje! - przypomniał Crowder zimnym, metalicznym głosem. - Otworzyła oczy i chwyciła moją rękę.
Major kiwnął głową, odkładając tę dyskusję na potem, i rozkazał:
- Biegiem do Falcona!
I wszyscy pobiegli.
Koman dogonił Ugandyjczyków. Jake był z nich wszystkich najwolniejszy i gdyby nie ciężar, jaki dźwigał Nangobi, dobiegłby jako ostatni. Mimo to on i major utrzymywali podobne tempo. Dotarłszy do zmiennopłata, Crowder chwycił się drzwi, aby nie upaść. Łapiąc spazmatycznie powietrze, wszedł do kabiny, a gdy się odwrócił, zobaczył pierwszego pikapa wyłaniającego się z chmury pyłu na końcu asfaltowej drogi.
Silniki już pracowały, Falcon rwał się do nieba, co kilka sekund unosząc się tuż nad ziemią. Crowder, przekrzykując szum łopat, wrzasnął do Jake'a i majora:
- Szybciej! Uwijajcie się!
W następnej chwili Jake potknął się i runął na twarz. Nangobi zwolnił. Nie zdejmując dziewczyny z ramienia, chwycił chłopaka za kołnierz i szarpnięciem postawił na nogi. Po kolejnej sekundzie Jake'a podniosło dwóch Ugandyjczyków. Wciągnęli go do kabiny jak worek. Major wskoczył na pokład jako ostatni.
- Na miejsca! Na miejsca! - komenderował pilot łamiącym się z napięcia głosem. - Startujemy!
Nangobi rzucił dziewczynę na fotel, zapiął jej pas bezpieczeństwa, po czym opadł na siedzenie naprzeciwko i też się zapiął. Crowder posunął się dalej. Jego miejsce zajął Jake, który usadowił się na wolnym fotelu po lewej stronie. Silniki zaryczały, a zmiennopłat się uniósł.
Crowder przesunął palcami wzdłuż linii włosów, ani kropli potu, po czym przylgnął do iluminatora.
Asfaltową drogą w kierunku zjazdu z Katwe sunęły trzy pikapy. Nangobi wspomniał o czterech, ale ostatniego nigdzie nie było widać. W końcu dwa samochody zatrzymały się w pobliżu miejsca, w którym Crowder trafił na ciężarną sukę, a jeden podjechał do strefy lądowania Falcona. Na drogę wysypali się mężczyźni w wojskowych mundurach i kraciastych chustach - kefijach. Większość uzbrojona w kałachy. Dwóch lub trzech miało nowoczesne karabiny Warmonger. Crowder wstrzymał oddech, czekając, aż któryś z nich wyjmie z bagażnika przenośny przeciwlotniczy system rakietowy i strąci ich z nieba, ale mężczyźni po prostu stali tam i z zadartymi głowami patrzyli, jak samolot się oddala.
Po osiągnięciu odpowiedniej wysokości pilot wykonał ostry zakręt; powiódł ich na południe, jak najdalej od gór i Katwe, a ludzie w kefijach zniknęli im z pola widzenia.
Crowder odetchnął. Gdy śmigła Falcona zaczęły przecinać kurtynę chmur, w miejscu, w którym piaskowa mierzeja przechodziła w ciemną wodę, zauważył poruszającą się rybę i ponownie pomyślał, że jezioro żyje. Jezioru nic się nie stało. Cokolwiek wydarzyło się w Katwe, Jezioro Edwarda nie miało z tym nic wspólnego. I wtedy przypomniał sobie o dziewczynie.
Uwalniając się z pasów, rzucił się w jej stronę. Położył palce na jej szyi. Przesunął nimi w górę i w dół z nadzieją, że wyczuje puls w tętnicy szyjnej.
Bicia serca nie było.
Crowder powiódł spojrzeniem po Ugandyjczykach.
- Jest wśród was lekarz?
Milczenie.
- No dobrze.
Odpiął dziewczynę, położył ją na podłodze i usadowił się pomiędzy fotelami. Odrzucił jej głowę do tyłu, opuścił podbródek, drżącymi rękami wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zakrył posiniałe usta. Następnie złożył dłonie, oparł się nimi o środek klatki piersiowej i głośno licząc, zaczął naciskać:
- Raz! Dwa! Trzy! Cztery! Pięć! Sześć! Siedem!...
Doliczywszy do trzydziestu, przerwał, nachylił się nad dziewczyną i dwukrotnie wdmuchał powietrze w jej otwarte usta. Potem odczekał kilka sekund, upewnił się, że klatka piersiowa się nie porusza, i powtórzył wszystko raz jeszcze.
- Raz! Dwa! Trzy! Cztery! Pięć!...
I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Crowder nie przestawał, naciskał coraz mocniej, liczył głośniej, w desperackim szale, niemal wściekle, wtłaczał powietrze w jej płuca, lecz bezskutecznie. Jake w końcu zdobył się na odwagę i dotknął jego ramienia.
- Już wystarczy. Umarła.
Falcon przebił się przez chmury i leciał teraz równo, bez drgań. Crowder w dalszym ciągu przyciskał dłonie do wątłej dziewczęcej klatki piersiowej. Chłopak pociągnął go mocniej.
- Tyrone. - Jake zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy, odkąd zaczął pracować w GEO, zwrócił się do szefa po imieniu. - Dosyć. Ona nie żyje.
I Crowder w końcu przestał.