Kolonia - Audrey Magee

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po­dał szta­lugę łód­ka­rzowi, się­ga­jąc z po­mo­stu w kie­runku mo­rza.

Trzy­masz?

Tak, pa­nie Lloyd.

Jego pędzle i farby znaj­do­wały się w ma­ho­nio­wej skrzyni owi­nię­tej war­stwami gru­bej bia­łej fo­lii. Za­niósł skrzy­nię na kra­wędź po­mo­stu.

Ta jest ciężka, po­wie­dział.

Bę­dzie do­brze, pa­nie Lloyd. Niech pan poda.

Ukląkł na be­to­nie i po ścia­nie po­mo­stu spu­ścił skrzy­nię w stronę prze­woź­nika; biała fo­lia wy­śli­zgi­wała się z pal­ców.

Nie utrzy­mam jej, po­wie­dział.

Pro­szę pu­ścić, pa­nie Lloyd.

Przy­siadł na pię­tach i pa­trzył, jak łód­karz mo­cuje skrzy­nię i szta­lugę pod sie­dze­niem przy dzio­bie, przy­wią­zu­jąc je do sie­bie ja­skra­wo­nie­bie­skim sznur­kiem.

Są za­bez­pie­czone?

Bę­dzie do­brze, pa­nie Lloyd.

Mam na­dzieję, że są za­bez­pie­czone.

Jak po­wie­dzia­łem, bę­dzie do­brze.

Wstał i otrze­pał kurz ze spodni.

Prze­woź­nik pod­niósł rękę, po­da­jąc mu dłoń.

Zo­stał tylko pan.

Lloyd ski­nął głową. Od­dał męż­czyź­nie paczkę z płót­nami i ostroż­nie wszedł na dra­binkę przy­mo­co­waną do roz­pa­da­ją­cego się po­mo­stu.

Pro­szę się od­wró­cić, pa­nie Lloyd. Ple­cami do mnie.

Spoj­rzał w dół, na nie­wielką łódkę, na mo­rze. Za­wa­hał się. Zwle­kał.

Bę­dzie do­brze, pa­nie Lloyd.

Ob­ró­cił się, spu­ścił prawą nogę, szu­ka­jąc pierw­szego szcze­bla pod spodem, i zła­pał się rdze­wie­ją­cego me­talu, noga da­lej zwi­sała, po­wieki się za­ci­snęły, bo prze­cież mógł

otrzeć na­skó­rek

po­ra­nić palce

oszpe­cić dło­nie

po­śli­zgnąć się

na stop­niach

po­kry­tych glo­nami i szla­mem

spaść

spaść do mo­rza

Szcze­bel jest pod pa­nem, pa­nie Lloyd.

Nie mogę go zna­leźć.

Pro­szę roz­luź­nić ko­lano, pa­nie Lloyd. I wy­cią­gnąć nogę.

Nie mogę.

Wszystko bę­dzie do­brze.

Wy­pro­sto­wał ko­lano i od­na­lazł szcze­bel. Za­stygł, nie­ru­chomo trzy­ma­jąc się dra­binki.

Zo­stały tylko dwa, pa­nie Lloyd.

Prze­su­nął w dół dło­nie, po­tem nogi. Za­trzy­mał się na trze­cim stop­niu. Spoj­rzał w dół, na szcze­linę mię­dzy dra­binką i ni­sko cu­mu­jącą ło­dzią.

To za da­leko.

Pro­szę tylko wy­cią­gnąć nogę, pa­nie Lloyd.

Po­trza­snął głową, ca­łym cia­łem. Znów spoj­rzał w dół, na ple­cak, szta­lugę, skrzy­nię z far­bami przy­wią­zane już jedne do dru­gich na po­dróż przez mo­rze w ręcz­nie ro­bio­nej łódce. Spu­ścił prawą nogę, po­tem lewą, ale da­lej kur­czowo trzy­mał się dra­binki.

au­to­por­tret I: upa­dek

au­to­por­tret II: uto­nię­cie

au­to­por­tret III: znik­nię­cie

au­to­por­tret IV: pod wodą

au­to­por­tret V: ci, któ­rzy znik­nęli

Pro­szę pu­ścić, pa­nie Lloyd.

Nie mogę.

Bę­dzie do­brze.

Ru­nął na łódkę, prze­chy­la­jąc ją na bok, mo­cząc spodnie, buty i skar­pety, po­czuł wodę przy pal­cach u stóp, pod­czas gdy prze­woź­nik prawą nogą pró­bo­wał opa­no­wać mor­ską falę prze­chla­pu­jącą się nad burtą i ma­chał ener­gicz­nie, do­póki cur­rach nie od­zy­skał rów­no­wagi. Łód­karz na­chy­lił się do przodu, ukląkł. Ciężko dy­szał.

Mam prze­mo­czone stopy, oznaj­mił Lloyd.

Do­brze, że tylko stopy.

Łód­karz wska­zał na rufę.

Pro­szę tam usiąść.

Ale mam prze­mo­czone stopy.

Łód­karz uspo­koił od­dech.

Tak to jest na ło­dzi, pa­nie Lloyd.

Lloyd nie­pew­nie prze­su­nął się na tył ło­dzi i oparł się na po­kry­tych od­ci­skami dło­niach łód­ka­rza, by ob­ró­cić się i usiąść na wą­skiej, spę­ka­nej de­sce.

Nie­na­wi­dzę mieć mo­krych stóp, po­wie­dział.

Wy­cią­gnął ręce w stronę łód­ka­rza.

We­zmę już swój ple­cak. Dzię­kuję.

Męż­czy­zna po­dał ple­cak i Lloyd po­ło­żył go so­bie na ko­la­nach, z dala od wody wciąż po­chla­pu­ją­cej o dno łódki.

Nie będę pro­te­sto­wał, je­śli zmieni pan zda­nie, pa­nie Lloyd. I nie po­li­czę za to. Przy­naj­mniej nie całą sumę.

Kon­ty­nu­ujmy zgod­nie z pla­nem, dzię­kuję.

Już się tak nie robi. Nie prze­pra­wia w ten spo­sób.

Mam tego świa­do­mość.

Może być ciężko.

Czy­ta­łem o tym.

Cię­żej niż gdzie­kol­wiek in­dziej.

Dzię­kuję, nic mi nie bę­dzie.

Za­piął gu­ziki wo­sko­wa­nej kurtki i na­cią­gnął na głowę nową twe­edową czapkę, któ­rej zie­lone i brą­zowe barwy sto­piły się z resztą ubra­nia.

au­to­por­tret: przy­go­to­wa­nie do mor­skiej prze­prawy

Się­gnął w dół i strze­pał kro­pelki wody ze spodni, skar­pe­tek, sznu­ro­wa­deł.

Na długo pan przy­je­chał, pa­nie Lloyd?

Na lato.

To panu wy­star­czy.

Lloyd po­pra­wił ple­cak na ko­la­nach.

Je­stem go­towy.

W po­rządku.

Nie po­win­ni­śmy ru­szać?

Nie­długo.

Czyli kiedy?

Wkrótce.

Ale stra­cimy świa­tło dzienne.

Łód­karz się za­śmiał.

Mamy czer­wiec, pa­nie Lloyd.

I?

Na tym nie­bie zo­stało mnó­stwo świa­tła.

Jaka jest pro­gnoza?

Łód­karz spoj­rzał w niebo.

Spo­kojny dzień, dzięki Bogu.

Ale to się może zmie­nić.

Może, pa­nie Lloyd.

A zmieni się?

Pew­ni­kiem tak, pa­nie Lloyd.

A więc po­win­ni­śmy ru­szać. Za­nim się zmieni.

Jesz­cze nie, pa­nie Lloyd.

Lloyd wes­tchnął. Za­mknął oczy i pod­niósł twarz do słońca, za­sko­czony jego cie­płem, choć ocze­ki­wał tylko pół­noc­nego zimna, pół­noc­nego desz­czu. Przez kilka mi­nut chło­nął to cie­pło i otwo­rzył oczy. Łód­karz stał tam, gdzie po­przed­nio, spo­glą­dał w stronę lądu, jego ciało ko­ły­sało się w rytm wody, która de­li­kat­nie obi­jała się o ścianę na­brzeża. Lloyd wes­tchnął po­now­nie.

Na­prawdę są­dzę, że po­win­ni­śmy ru­szać, po­wie­dział.

Jesz­cze nie, pa­nie Lloyd.

Bar­dzo chciał­bym do­trzeć na miej­sce. Roz­pa­ko­wać się.

Jesz­cze wcze­śnie, pa­nie Lloyd.

Łód­karz się­gnął do we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki i wy­jął pa­pie­rosa. Ode­rwał filtr i strzep­nął go do mo­rza.

Ja­kaś ryba może to zjeść, za­uwa­żył Lloyd.

Może.

To prze­cież szko­dliwe dla ryb.

Łód­karz wzru­szył ra­mio­nami.

Na­stęp­nym ra­zem będą bar­dziej uwa­żać.

Lloyd za­mknął oczy, ale otwo­rzył je po­now­nie.

Chciał­bym ru­szać, po­wie­dział.

Jesz­cze nie, pa­nie Lloyd.

Dużo za­pła­ci­łem, do­dał.

W rze­czy sa­mej, pa­nie Lloyd, i je­stem wdzięczny.

A te­raz chciał­bym ru­szać.

Ro­zu­miem.

Ru­szajmy więc.

Jak mó­wi­łem, jesz­cze nie, pa­nie Lloyd.

Ale dla­czego cią­gle nie? Je­stem go­towy.

Prze­woź­nik głę­boko za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem. Lloyd wes­tchnął, wy­dy­cha­jąc po­wie­trze przez usta, i wbił ob­casy i palce w drew­nianą ramę ło­dzi okrytą płót­nem oraz smołą.

Pan ją zbu­do­wał?

Tak jest.

Długo to trwało?

Długo.

Jak długo?

Dość długo.

au­to­por­tret: roz­mowa z łód­ka­rzem

Z bocz­nej kie­szeni ple­caka wy­jął nie­wielki szki­cow­nik oraz ołó­wek. Otwo­rzył na czy­stej stro­nie i za­czął ry­so­wać molo, krót­kie i nie­ele­ganc­kie, ale ozdo­bione pą­klami i glo­nami lśnią­cymi w słońcu; muszle i listki wciąż wil­gotne od po­ran­nego przy­pływu. Na­ry­so­wał linę pro­wa­dzącą od po­mo­stu do ło­dzi, wła­śnie szki­co­wał ramę cur­rach, kiedy łód­karz się ode­zwał.

No jest. We wła­snej oso­bie.

Lloyd pod­niósł wzrok.

Kto?

Fran­cis Gil­lan.

Kto taki?

Łód­karz wrzu­cił nie­do­pa­łek do mo­rza. Zło­żył dło­nie i po­chu­chał w nie, po­cie­ra­jąc.

To da­leka droga, pa­nie Lloyd.

I?

Sam nie dam rady wio­sło­wać.

Mógł mnie pan uprze­dzić.

Wła­śnie to zro­bi­łem, pa­nie Lloyd.

Fran­cis ze­sko­czył z dra­binki na cur­rach, lekko wy­lą­do­wał na po­kła­dzie, a jego ru­chy le­d­wie zmarsz­czyły po­wierzch­nię wody.

Lloyd wes­tchnął

ta­necz­nie

do­stoj­nie

ina­czej niż ja

Ski­nął Fran­ci­sowi głową.

Dzień do­bry, po­wie­dział.

Fran­cis wy­cią­gnął linę z ob­rę­czy w po­mo­ście.

Dia is Mu­ire dhuit[1], rzu­cił.

Łód­karz się za­śmiał.

Nie ode­zwie się po an­giel­sku, stwier­dził. Przy­naj­mniej nie dziś rano.

Męż­czyźni pod­nie­śli dłu­gie, cien­kie kije; po jed­nym do każ­dej ręki.

No to ru­szamy, oznaj­mił łód­karz.

Lloyd scho­wał szki­cow­nik i ołó­wek do kie­szeni ple­caka.

Na­resz­cie, po­wie­dział.

Męż­czyźni za­nu­rzyli kije w wo­dzie.

Czy to są wio­sła?

W rze­czy sa­mej, pa­nie Lloyd.

Nie mają ło­pa­tek. Nie mają piór.

Nie­które mają. Inne nie.

Nie po­trze­bu­je­cie ich?

O ile do­trzemy na miej­sce, to nie.

Męż­czyźni ode­pchnęli się od ściany po­mo­stu i Lloyd zła­pał się burty po obu stro­nach, wbi­ja­jąc palce w płótno i smołę, w szorstką kru­chość ręcz­nie ro­bio­nej ło­dzi wy­pły­wa­ją­cej na Atlan­tyk, w nie­znane, nie­zna­jome

nie w

trzci­nowe rzeki

na­wo­ły­wa­nie ster­ni­ków

umię­śnione ra­miona, opa­lone ciało

oku­lary prze­ciw­sło­neczne, czapki, od­li­cza­nie

nie to

zna­jome

nie

Ru­szyli w stronę wyj­ścia z portu, mi­jali nie­wiel­kie traw­lery i ło­dzie wio­słowe z sil­ni­kami. Łód­karz wska­zał na jed­nostkę mniej­szą od traw­le­rów, ale więk­szą od cur­rach.

Taka przy­wie­zie pana ba­gaże, po­wie­dział.

Lloyd ski­nął głową.

Tak prze­pra­wiają się inni go­ście.

Jest ich wielu?

Nie.

To do­brze.

Le­piej by panu było na tam­tej, pa­nie Lloyd.

Lloyd za­mknął na mo­ment oczy, od­ci­na­jąc się od głosu łód­ka­rza. Otwo­rzył je po­now­nie.

W tej mi do­brze.

Ta więk­sza jest bez­piecz­niej­sza, pa­nie Lloyd. Ma sil­nik i ża­gle.

Nic mi nie bę­dzie.

W po­rządku, pa­nie Lloyd.

Opu­ścili port, mi­ja­jąc skały po­czer­nione i wy­gła­dzone fa­lami; mewy od­po­czy­wa­jące na nie­ru­cho­mej po­wierzchni ga­piły się, gdy prze­pły­wali obok nich.

au­to­por­tret: z me­wami i ska­łami

au­to­por­tret: z łód­ka­rzami, me­wami i ska­łami

Ile to zaj­mie?

Trzy, cztery go­dziny. Za­leży.

To dzie­sięć mil, prawda?

Dzie­więć. Ta moja druga łódź pły­nie tro­chę po­nad go­dzinę.

Ta mi się po­doba. Jest bli­żej mo­rza.

Łód­karz wcią­gnął wio­sła.

W po­rządku.

Lloyd po­chy­lił się na bok i wło­żył rękę do wody, roz­po­ście­ra­jąc palce i bu­rząc ta­flę.

au­to­por­tret: sta­jąc się wy­spia­rzem

au­to­por­tret: sta­wa­nie się tu­byl­cem

Wy­tarł wy­chło­dzoną rękę o spodnie. Pod­niósł ple­cak i po­ło­żył go za sobą.

To ry­zy­kowne, po­wie­dział łód­karz.

Nic mu nie bę­dzie, od­parł Lloyd.

Oparł się o ple­cak i za­czął ru­szać pal­cami tak, jakby ry­so­wał łód­ka­rzy pod­czas wio­sło­wa­nia

ma­łych męż­czyzn

drob­nych męż­czyzn

bio­dra, ra­miona, plecy

pły­nące

nad za­ko­twi­czo­nymi no­gami

Ta łódź ma inny kształt niż na ry­sun­kach w książce.

Na różne mo­rza są różne ło­dzie, pa­nie Lloyd.

Ta wy­daje się głęb­sza.

Głęb­sze ło­dzie na głęb­sze wody. Te płyt­kie na­dają się na wy­spy znaj­du­jące się w po­bliżu.

A na tę nie?

Nie, za da­leko.

Jest bez­pieczna?

Ta łódź?

Tak.

Łód­karz wzru­szył ra­mio­nami.

Tro­chę za późno na ta­kie py­ta­nia.

Lloyd się za­śmiał.

Pew­nie tak.

au­to­por­tret: sta­wa­nie się tu­byl­cem wśród wy­spia­rzy

A prze­cie­kają?

Prze­cie­kają, pa­nie Lloyd.

Smo­ło­wa­nie na da­chu mo­jego ga­rażu za­wsze prze­cieka, po­wie­dział.

Tak to już jest ze smołą.

A z tą ło­dzią?

Nie­dawno ją ła­ta­łem.

A toną?

Ależ tak.

A ta to­nęła?

Łód­karz po­woli po­krę­cił głową.

Cóż, pły­niemy nią, pa­nie Lloyd.

Tak, od­parł. Na to wy­gląda.

Się­gnął za sie­bie i po­now­nie wy­jął z kie­szeni ple­caka szki­cow­nik oraz ołó­wek. Spoj­rzał na niebo i za­czął ry­so­wać

mewy

wi­ru­jące i nur­ku­jące

za­wi­sa­jące i skrę­ca­jące

na

bez­chmur­nym błę­ki­cie

se­ria wy­spiar­ska: wi­dok z ło­dzi I

Po­tem spoj­rzał na mo­rze

to­czące się do brzegu

do skał, do lądu

to­czące się z

oko­lo­nego bielą błę­kitu

do

oko­lo­nej zie­le­nią sza­ro­ści

se­ria wy­spiar­ska: wi­dok z ło­dzi II

Z wody tuż obok uniósł się ptak

czarne pióra

ochla­pane bielą

czer­wone nogi

ja­skrawe

jedna wciąż ma­cha

se­ria wy­spiar­ska: wi­dok z ło­dzi III

Za­mknął szki­cow­nik.

Czy to był ma­sko­nur?

Nu­rzyk, pa­nie Lloyd. Czarny.

Wy­gląda jak ma­sko­nur.

Tak pan są­dzi?

Bar­dzo chciał­bym zo­ba­czyć ma­sko­nura.

Może się panu uda. Je­śli zo­sta­nie pan wy­star­cza­jąco długo.

Jak długo?

Przy­naj­mniej mie­siąc.

W ba­gażu miał książkę o pta­kach, atlas z fo­to­gra­fiami, roz­mia­rami, na­zwami, od­gło­sami, in­for­ma­cjami o zi­mo­wym i let­nim upie­rze­niu, o roz­mna­ża­niu i od­ży­wia­niu, ze szcze­gó­łami na te­mat pta­ków nur­ku­ją­cych, nur­ku­ją­cych z po­wie­trza, nur­ku­ją­cych z wody, de­tale po­zwa­la­jące od­róż­nić ry­bi­twy od mew, kor­mo­rany czarne od czu­ba­tych, de­tale, które po­zwolą mu je ry­so­wać i ma­lo­wać, wto­pić w kra­jo­braz mor­ski, w kra­jo­braz lądu

two­rzyć je

tak jak wy­glą­dają

A czy ma­cie tu foki?

Po tej stro­nie cza­sem się ja­kaś trafi, za to na wy­spie żyje ko­lo­nia.

Wspa­niałe stwo­rze­nia.

Po­twor­nie chra­pią.

Na­prawdę?

Istna ko­cia mu­zyka.

Ło­dzią gwał­tow­nie za­trzę­sło, aż Lloyd wy­lą­do­wał przy ko­la­nach łód­ka­rza, a ple­cak ude­rzył go w krzyż. Wy­pro­sto­wał się, prze­su­nął ple­cak z po­wro­tem na ko­lana i wci­snął szki­cow­nik oraz ołó­wek do kie­szeni. Na głowę i twarz chlu­snęła mu woda. Łód­karz coś krzyk­nął.

Trzy­mać się!

Lloyd wbił pięty we wręgi ło­dzi i zła­pał się z obu stron. Od­krzyk­nął.

Mó­wi­łem, żeby wy­ru­szyć wcze­śniej.

To jest Atlan­tyk, pa­nie Lloyd! za­wo­łał łód­karz. W cur­rach.

Fale strą­ciły łódkę na lewo, po­tem na prawo, po­py­cha­jąc Lloyda z jed­nej strony na drugą, rzu­ca­jąc nim, obi­ja­jąc, prze­wra­ca­jąc, wy­krę­ca­jąc mu szyję, plecy.

Przy­zwy­czai się pan.

Moc­niej za­parł się pię­tami i za­ci­snął palce na bur­cie.

Nie chcę się do tego przy­zwy­cza­jać.

Mo­żemy za­wró­cić, pa­nie Lloyd.

Nie. Nie. Pły­niemy da­lej.

Le­piej by panu było w więk­szej ło­dzi.

Chcę pły­nąć w ten spo­sób.

No do­brze, pa­nie Lloyd. Pana de­cy­zja.

Lloyd pa­trzył na dwóch męż­czyzn wio­słu­ją­cych od jed­nej fali do dru­giej.

se­ria wy­spiar­ska: łód­ka­rze I

mu­sku­larni

zwinni silni

w pła­sko­den­nej ło­dzi

se­ria wy­spiar­ska: łód­ka­rze II

ręce po­pla­mione słoń­cem

cien­kie kije

ude­rza­jące w ocean

se­ria wy­spiar­ska: łód­ka­rze III

po­chy­la­jący się ku lą­dowi

po­tem od lądu

w kie­runku i da­lej

se­ria wy­spiar­ska: łód­ka­rze IV

spoj­rze­nie

na nad­cho­dzące mo­rze

nie­skoń­czo­ność

Za­mknął oczy.

Le­piej mieć otwarte oczy, pa­nie Lloyd.

Po­trzą­snął głową.

Wcale nie.

Jak pan chce.

Ze­rwał z głowy nową czapkę, prze­chy­lił się przez burtę i zwy­mio­to­wał. Rę­ka­wem no­wej kurtki otarł usta i brodę. Nad­le­ciały mewy i po­żarły, co było jego, tłu­kąc się raz po raz dzio­bami.

Obrzy­dliwe stwo­rze­nia, po­wie­dział.

Przy­naj­mniej nie są wy­bredne, od­parł łód­karz.

Lloyd po­now­nie za­mknął oczy.

Jak długo jesz­cze?

Do­piero wy­ru­szy­li­śmy, pa­nie Lloyd.

No tak, oczy­wi­ście.

I tak jak mó­wi­łem, pa­nie Lloyd, mo­żemy za­wró­cić, je­śli pan chce.

Nie, nic mi nie bę­dzie.

Bez­wład­nie opadł na rufę.

Nie zno­szę ło­dzi, po­wie­dział. Od za­wsze.

Mógł pan to wziąć pod uwagę wcze­śniej, pa­nie Lloyd.

Lloyd zwy­mio­to­wał po raz drugi. Mewy znowu się ze­brały.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że bę­dzie tak wzbu­rzone, po­wie­dział.

Dziś mamy spo­kojny dzień, pa­nie Lloyd. Na mo­rzu tylko nie­wielki wiatr, i tyle.

Wy­gląda go­rzej.

Tak to jest w cur­rach.

Nad dzio­bem, tuż nad skrzy­nią z far­bami, prze­wa­liła się fala.

Czy moje farby są bez­pieczne?

Tak bez­pieczne jak my, pa­nie Lloyd.

Po­cie­sza­jące.

au­to­por­tret: na mo­rzu

Chciał­bym, że­by­ście za­śpie­wali, po­wie­dział.

My nie śpie­wamy, pa­nie Lloyd.

Ale mu­szę się na czymś sku­pić. Na li­cze­niu albo śpie­wa­niu.

Nie w tej ło­dzi.

Prze­czy­ta­łem gdzieś, że za­wsze śpie­wa­cie pod­czas wio­sło­wa­nia.

To w ta­kim ra­zie była kiep­ska książka, pa­nie Lloyd.

Z jej po­wodu tu je­stem.

Łód­karz spoj­rzał za plecy Lloyda, na ląd za nimi.

Po­trze­buje pan lep­szej książki, pa­nie Lloyd.

Naj­wy­raź­niej.

Lloyd spoj­rzał wo­kół na prze­stwór oce­anu.

A skąd wie­cie, do­kąd pły­nąć?

We mgle bywa trudno.

A je­śli na­dej­dzie znie­nacka?

To po nas.

A ktoś się do­wie?

Łód­karz wzru­szył ra­mio­nami.

Do­my­ślą się, jak nie wró­cimy do domu na ko­la­cję.

I tyle.

Tyle.

au­to­por­tret: to­nię­cie I

bia­ło­grzywe fale

po­chła­nia­jące łódź

au­to­por­tret: to­nię­cie II

zimna słona woda

wsią­ka­jąca w farby

w ciało

au­to­por­tret: to­nię­cie III

roz­cień­cza­jąca farbę

roz­bi­ja­jąca ciało

au­to­por­tret: to­nię­cie IV

smugi

sza­rego brązu

czer­wieni żółci

błę­kitu zie­leni

Jak długo jesz­cze?

Jesz­cze tro­chę, pa­nie Lloyd.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki