Koło fortuny, czyli trzecia królowa - Alina Zerling Konopka

Reflow text when sidebars are open.
Cały Wawel płonął pochodniami i świecami, jarzącymi się w lichtarzach i żelaznych pająkach, zwieszających się od sufitu nad stołami biesiadnej sali.
Królestwo wyprawiali ucztę pożegnalną przed wyjazdem na obchód ziem wielkopolskich. Wieczór był cichy i pogodny, ostatnie zorze paliły się na szkarłatnym niebie, a wody Wisły połyskiwały oleiście, jakby kto wylał na nie beczki z rybim tłuszczem. Na dziedzińcach zamku bawiono się równie wesoło, jak we wnętrzu. Wokół rożnów i palenisk krzątali się podchmieleni kuchcikowie i ich pomocnicy. Pieczono woły, barany i prosięta.
Z wielkich kadzi nalewano czerpakami piwo i gorzałkę. Zewsząd słychać było piski niewiast, rubaszne żarty i pijackie nawoływania. Uczta trwała już kilka godzin, więc bractwo rozochociło się, podjadło i teraz popuszczało pasa i dowcipu.
W biesiadnej sali rozpoczęto właśnie pląsy, które prowadził Władysław Opolczyk z królową, a król matkę chrzestną, wojewodzinę Pilecką. Pani Pilecka założyła dziś czarną aksamitną suknię z długim trenem i szerokimi rękawami. Obsypana od stóp do głów perłami, pomimo dojrzałego wieku, wyglądała nadzwyczaj ponętnie i kusząco. Na głowie nosiła modą francuską wysokie nakrycie, z którego spływał czarny, przetykany perłami i srebrną nicią welon. Jagiełło nałożył szkarłatny kaftan ze złotogłowiu i złotą siatkę na czarne włosy. Dworzanie spoglądali na niego z pewnym zdumieniem, albowiem król znany był z powściągliwości w modzie i rzadko oglądano go tak wystrojonego.
Natomiast Jadwiga olśniewała białym atłasem sukni, mocno wciętej w pasie i przewiązanej na smukłych biodrach pasem niespotykanej piękności i bogactwa. Na miedzianych włosach nosiła złotą przepaskę, z której spływał na czoło olbrzymi szafir w oprawie diamentów. Szeptano z podziwem, pokazując sobie palcami ów wspaniały klejnot, bowiem był to jeden z cudów kolekcji jej babki, Jadwigi Łokietkówny, dawnymi laty polskiej królowej i regentki.
W ogóle cały dwór jaśniał od klejnotów i złota w ten pachnący nadchodzącą wiosną wieczór. Pani Pilecka rzucała od czasu do czasu spojrzenia na swą jedynaczkę, która siedziała pomiędzy damami dworu królowej i gryzła ze smakiem orzechy. Jakież to było jeszcze dziecko! - myślała z ulgą i uprzejmie uśmiechała się do króla. Prawił jej komplementy i wyrażał ubolewanie, że czas im się rozstać, bowiem Pilecka nazajutrz wyjeżdżała do swych włości.
- Wasza miłość musisz odwiedzać nas jak najczęściej. Królowa bardzo cię lubi i ma nadzieję, że nie wzdragasz się przeciw służbie na jej dworze.
- Będę na pewno w lecie w Krakowie, jak tylko powrócicie, wasze królewskie mości, z objazdu. Zamierzam bowiem pojechać z najjaśniejszą panią na Ruś, gdzie mój małżonek ma kilka kluczy wsi nad Dnieprem. Czas mi tam zaglądnąć i sprawdzić, ile pokradli i ilu ich uciekło z pańszczyzny.
- Jadwiga będzie ci rada, droga matko chrzestna - powiedział poufale Władysław, wiedząc, że sprawi jej tym przyjemność.
Jakoż wojewodzina poczerwieniała z dumy i uścisnęła jego dłoń.
- Wasza królewska mość zbyt dobry - szepnęła.
- Jakże nie mam być dobry dla tak pięknych niewiast, chyba po mojej żonie najpiękniejszych na dworze! - odparł równie dwornie Jagiełło i bezwiednie poszukał wzrokiem Elżbiety. - Moja siostra też dziś śliczna, jak wieczorna zorza - dodał z lekkim naciskiem na wyraz "siostra". Pilecka połknęła komplement z błogim uśmiechem. Litwin potrafił być dworny i elegancki, jeśli tylko zechciał. Tak, jej Elżbieta była najpiękniejsza pośród królewskich dwórek. Jej bladoróżowa suknia z perwersyjną skromnością odsłaniała jedynie jej wdzięki, piękniejsze od klejnotów i złotogłowiów. Prócz diademu na włosach i kilku sznurów pereł nie nosiła żadnych innych ozdób. Jej prawdziwą ozdobą była niewątpliwa, wspaniała uroda. Przyciągała oczy wszystkich, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, szeptano na jej widok i podziwiano ją lub zazdroszczono. Nikt nie był obojętny.
Elżbieta wiedziała, że jest sensacją wieczoru, ale właśnie dlatego jej spojrzenie przesuwało się obojętnie w tłumie, szukając tego jedynego, którego chciałaby tutaj zobaczyć. Oczywiście Wiseł nie pokazał się, a wojewodzina z ulgą myślała, że już od dawna nie ma go w Krakowie. Dorotka Melsztyńska, która właśnie przybyła z dziadkiem Rafałem pożegnać królewską parę przed ich odjazdem, z błyszczącymi oczami i rozchylonymi z podniecenia ustami stale szeptała jej coś do ucha
- Posłowie czescy dawno odjechali, ale powiadają, że nie było pomiędzy nimi Czambora. Musiał pójść własną drogą i nic się nie bój, na pewno otrzymasz od niego list z drogi! Umiem rozpoznać zakochanego, a on świata poza tobą nie widzi! Żeby mnie tak jaki kawaler chciał, mój Boże!
Elżbieta rzuciła jej rozbawione spojrzenie.
- A mnie się wydaje, że ruszą ku tobie dziewosłęby prędzej, niż myślisz.
Dorotka, czy to udając, czy naprawdę nie domyślając się niczego, otworzyła szeroko oczy.
- Nie, nie wierzę! O czym, a raczej o kim ty mówisz?
- Dziewczyno, obudź się! Już od kilku niedziel trwają rozmowy o twoim narzeczeństwie. I nikt ci nic nie powiedział?
- Nic a nic! Przysięgam! - pisnęła i uderzyła się rączką w przysłonięte muślinem piersi. - A któż to taki, kogo mi przeznaczyli?
Elżbieta już otwierała usta z odpowiedzią, gdy podszedł do nich służący i skłoniwszy się nisko przed wojewodzianką, powiedział:
- Wielmożny pan Melsztyński prosi panią o rozmowę.
- Wuj, teraz?
- Tak, jest to rzecz ważna i poufna. Zaprowadzę panienkę.
- Pójdę z tobą! - zerwała się zaciekawiona Dorotka. - Może to co o mnie?
- Wielmożny pan kasztelan prosił tylko pannę Pilecką - odparł z naciskiem w głosie służący.
Elżbieta rozglądnęła się po sali. Nie zauważyła nigdzie Spytka.
- Gdzie on?
- Czeka w alkierzu.
Na krużgankach i w sieniach roiło się od gości. Jacyś rozbawieni młodzieńcy zabiegli im drogę, ale służący ujął ją za ramię i zręcznie wyprowadził z tłoku. Zauważyła, że wprawdzie w barwach Melsztyńskich, ale nosił u boku miecz, czego wuj nie dozwalał pokojowcom. Miał czerwone włosy i podłużną, smagłą twarz. Wyszarpnęła rękę i powiedziała niespokojnie:
- Kim jesteś, bo nie sługą mego wuja? Nigdzie z tobą nie pójdę!
Zeszli już na główny dziedziniec, gdzie panował tłok jeszcze większy. Było tutaj też nieco ciemniej, więc cienie, które przemykały się obok, nie miały twarzy, były bezimienne. Elżbiecie ciarki przeszły po plecach, bowiem wyczuła fałsz w nieznajomym.
- Jeśli nie wyjawisz mi swego imienia, będę krzyczeć! - powiedziała groźnie i zapewne dotrzymałaby słowa, gdyby z ust nieznajomego nie padło jedno imię. Wiseł.
- Przychodzę od Wisła. Nazywam się Bronko z Kazanowa i jestem przyjacielem Wisła. Nie bój się mnie, panienko, bo jestem posłańcem miłości.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Wreszcie Elżbieta rzekła:
- Poznaję cię. Widziałam, jak Wiseł rozmawiał z tobą w dniu chrztu królewskiego na dziedzińcu pod moim oknem.
- Tak, pani. Tak właśnie było.
- Gdzie jest Wiseł?
- Czeka u wejścia do Smoczej Jamy. Tam będzie bezpiecznie rozmawiać.
- Chodźmy! - powiedziała krótko i pobiegła przodem.
Nikt nie zwracał na nich uwagi. Właśnie żonglerzy i połykacze ognia rozpoczęli przedstawienie. Tłum chwiał się jak łan zboża w poszumie wiatru i z wyciągniętymi szyjami czekał na dalszy ciąg igrców.
Nad Wisłą dął ostry wiatr. Unosił tumany mgły znad postrzępionego, stromego brzegu i targał czubami nagich jeszcze koron drzew. Szli szybko mokrą, zeszłoroczną darnią. Błoto chlupotało w cienkich trzewikach Elżbiety. Wawel stał na wysokim wzniesieniu, pod którym biegły, jak żyły w ciele człowieka, długie jamy i groty, sklepione w łamliwym piaskowcu. Jedna z nich, większa i głębsza niż inne, od niepamiętnych czasów zwana była przez lud Smoczą Jamą. Legenda powiadała, że zamieszkiwał ją kiedyś straszny smok o trzech głowach, ziejący ogniem i łasy na dziewczęce wdzięki. Zabił go na szczęście ubogi czeladnik szewski, który w podzięce otrzymał rękę królewny i królestwo na dodatek.
Elżbieta znała dobrze tę bajkę, i wprawdzie nigdy nie lękała się potworów, ale ciemność, wyjący wiatr i cała sceneria krajobrazu napawały ją niepewnością. Żałowała teraz, że dała się namówić nieznajomemu i już gotowa była zawrócić, bez względu na jego protesty, gdy nagle od bielejących skał oderwała się jakaś postać i przypadła jej do nóg.
- Wiseł! - powiedziała i nachyliła się wzruszona nad jego kędzierzawą głową.
- Pani moja! - zawołał rycerz stłumionym z przejęcia głosem i ucałował skraj jej szaty. - Przyszłaś, nie wzgardziłaś moją prośbą!
- Mamy niewiele czasu. Mogą zauważyć moją nieobecność. Muszę zaraz wracać.
- Elżbieto, wiesz, że kocham cię więcej niż życie i gotów jestem uczynić dla ciebie wszystko. Wyjedź ze mną dziś jeszcze na Morawy, a zresztą, gdzie zechcesz. Tam ksiądz zwiąże nam stułą ręce i nikt nie będzie mógł mi cię odebrać.
Tu padł jak długi do jej stóp i objął jej nogi ramionami. Milczała zdumiona i trochę przestraszona jego namiętnością.
- Wstań, Wiseł, wstań! - rzekła w końcu słabo i sama przyklękła obok niego. Objęci ciasno ramionami trwali tak jakiś czas. Z daleka dochodziło pokrzykiwanie bawiących się, dźwięki muzyki i szczekanie psów. Tutaj panował spokój, jak gdyby znaleźli się w innym świecie. Z dala, z cienia groty doszło znaczące pokasływanie Bronka. Czas biegł niepostrzeżenie, każda chwila groziła odkryciem. Zapewne na zamku zauważono już jej nieobecność i rozpoczęto poszukiwania. Wyobrażała sobie przerażenie Dorotki i histerię matki. Musiała wracać jak najprędzej, nie mogła tu dłużej pozostać.
- Chcę być twoja, ale wyjechać z tobą nie mogę. Cóż powiem matce, Jaśkowi, a wreszcie wujowi? Nie zezwolą na nasz ślub, nigdy się z tym nie pogodzą.
- Zezwolą, jeśli zostaniesz moją żoną.
- Jakże to? Ślub bez błogosławieństwa, jak jaka poganka? To tak, jakby ślubu nie było wcale! Nie godzi się drwić z przykazań bożych. Czcij matkę swoją i ojca swego! - szeptała, ale już czuła, że się waha, że serce wali jej radośnie i z nadzieją. Tak, być jego, należeć ciałem i duszą do tego wspaniałego rycerza, zwać się jego małżonką!
- Pani moja, jeśli kochasz mnie, tak jak ja kocham ciebie, nic i nikt nas nie rozłączy! Jeszcze dziś będziemy w Sączu, a jutro Bóg da, przekroczymy góry. Morawy niedaleko, ale tam cię nie znajdą, mam kilka zameczków ukrytych w ostępach leśnych, wierną służbę, przyjaciół. Będziesz bezpieczna. Do twej matki poślemy zakonnika z listami i zapewnieniem, żeś szczęśliwa i zamężna. Nie bój się, przywyknie i jeszcze nasze dzieci będzie bawić. A jeśli ona wybaczy, to i inni zapomną. Tak już jest na świecie. Tylko jedź ze mną, nie bój się!
I tak ją prosił, błagał, całował jej kolana i ręce, a w końcu porwał w potężne ramiona i tulił z całych sił do szerokiej piersi. Tchu jej brakło, w oczach pociemniało i sama nie wiedziała, kiedy ich gorące, spragnione usta złączyły się w płomiennym, odbierającym przytomność pocałunku.
Wreszcie Wiseł opamiętał się pierwszy i prawie z jękiem odsunął ją od siebie.
- Elżbieto - powiedział poważnie. - Daję ci tutaj i teraz rycerskie słowo, że jeśli ze mną pojedziesz, to nie tknę cię przed ślubem i zawsze będę cię czcił, kochał i osłaniał. Tak mi dopomóż Bóg i Jego święty znak krzyża. - Tu przeżegnał się uroczyście i ucałował końce palców.
Elżbieta nie wahała się dłużej. Poczęli szeptać gorączkowo, otuleni płaszczem nocy i własną miłością. Elżbieta wierzyła teraz, że wszystko przed nimi i że nie ma takich przeszkód, których by razem nie mogli pokonać. Była jeszcze naiwnym, choć namiętnym dzieckiem. Wiseł porwał ją swą gorliwością, gwałtownością uczuć. Nigdy nie kochała i silne wzruszenie, które ją ogarnęło, brała za miłość. Egzaltacja odebrała jej przytomność umysłu. Podobała się jej ta przygoda i jego pasja. Czuła się wyróżniona, wybrana, bowiem nigdy nie słyszała o porwaniu z miłości. Owszem, porywano dla okupu, Tatarzy porywali branki, lecz była w tym krzywda i nieszczęście. Wiseł nie tylko nie chciał jej krzywdzić, ale sam oddawał się pod jej rozkazy. Była jego królową, jego panią i wyrocznią.
Takiej miłości nie wolno się sprzeciwiać. Za takim uczuciem należy iść choćby na koniec świata. I właśnie tak postanowiła uczynić.