Kolekcjoner zbrodni - MAESTRIA

-
Proszę czekać

Karta 1

Nie wszystkie przedmioty chcą być dotykane. Ten, który dziś trzymałam w dłoniach, wyraźnie wolałby zostać w spokoju.

Była to broszka - niewielka, misternie wykonana, w kształcie skrzydła. Metal, z którego ją odlano, miał dziwną barwę, gdzieś pomiędzy srebrem a ciemną stalą. Patyna przywarła do zagłębień tak mocno, że wyglądała jak mchy rosnące na starym murze. Kiedy przesunęłam palcem po powierzchni, zimno rozlało się po skórze dłoni. To nie był zwyczajny chłód metalu. Raczej takie uczucie jak wtedy, gdy ktoś obcy nagle dotknie twojego ramienia na zatłoczonej ulicy. Niby krótko, niby przypadkiem, a jednak odczuwa się to jak wtargnięcie w intymną przestrzeń. Drgnęłam i odłożyłam broszkę z powrotem na jedwabną chusteczkę, w której spoczywała, jakby należało jej się specjalne traktowanie.

Pracownia wypełniała się ciszą. Ale nie była przyjemna, miękka, w której można odpocząć. To była cisza gęsta, zbyt wyraźna, jakby uwypuklała każdy dźwięk, zamiast go tłumić. Słyszałam skrzypnięcie krzesła, tykanie zegara, własny oddech, który nagle wydał mi się obcy, zbyt ciążący.

Rozprostowałam plecy i spojrzałam w stronę witryny. To miejsce było spełnieniem mojego marzenia. Nieduża przestrzeń na końcu miasta, z dużym stołem roboczym ustawionym przy oknie. Witryna pełna światła, szafki, półki i narzędzia ułożone w rzędy jak żołnierze. Pachniało tu zawsze drewnem, kurzem starych tkanin i metalem, który pod wpływem moich dłoni odzyskiwał dawny blask. A jednak, mimo tego porządku i znajomych zapachów, czułam niepokój, jakby wśród wszystkich tych przedmiotów pojawił się jeden, który nie chciał tu być.

Za szybą widać było ulicę, gdzie ludzie zaczynali dopiero budzić się do dnia. Naprzeciwko piekarnia już wystawiała swoje ciasta, a kawałek dalej ciągnęła się kolejka do kawiarni, tej "instagramowej", słynnej w całej dzielnicy. Kolorowe neony, pastelowe kubki, serca z pianki na latte. Laura potrafiła stać tam nawet godzinę, jakby kawa była pretekstem, a prawdziwą nagrodą - uśmiech baristy. Sama śmiała się, że to jedyny powód, dla którego nie traci cierpliwości w kolejce.

Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadła właśnie ona, wnosząc ze sobą zimne powietrze i swoją nieokiełznaną energię. Włosy, rozpuszczone jak zwykle, opadły jej na ramiona, a kilka kosmyków przykleiło się do policzka od zimna. W jednej ręce trzymała papierową torbę, w drugiej - kartonowe pudełko.

- Mamy kolejne skarby! - zawołała i odstawiła pakunek na ladę. Odgarnęła włosy i uśmiechnęła się szeroko.

- Skąd ta radość? - zapytałam, zdejmując rękawiczki.

- Kawa. I może to, że w kawiarni spotkałam pana Feliksa. Powiedział, że przyjdzie później, bo ma coś "interesującego". - Zrobiła palcami cudzysłów. - Może stary zegarek, a może minutnik, kto go tam wie.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Feliks prowadził sklepik obok. Mały, pełen zegarów i zegarków, które tykały każdy w swoim rytmie, tworząc osobliwą orkiestrę, w której nigdy nie można było zgubić godziny. On sam miał w sobie coś ze starego mistrza: kaszkiet, kamizelka, lupa na łańcuszku. Był trochę wścibski, ale nigdy złośliwy. Czasami odnosiłam wrażenie, że traktuje mnie jak własną wnuczkę.

Sięgnęłam po nożyk i rozcięłam taśmę na pudełku, które przyniosła. W środku znalazłam kilka przedmiotów owiniętych w stare gazety: srebrny zegarek kieszonkowy i niewielką rzeźbioną łyżeczkę.

Najpierw wzięłam zegarek. Pokrywa była zmatowiała, pełna drobnych rys, a wskazówki zastygły wpół do dziesiątej. Gdy otworzyłam wieczko, zapach starego metalu uderzył mnie w nozdrza - ostry, mocny, przywodzący na myśl zatęchłe piwnice. Delikatnie dotknęłam szkła; pęknięcie biegło przez całą tarczę, jakby ktoś uderzył nim o kamień.

Potem sięgnęłam po łyżeczkę. Starą i ciężką. Srebro sczerniało, a rączka idealnie układała się w dłoni. Na powierzchni widniały ślady po palcach, jakby ktoś używał jej codziennie, nie tylko do herbaty, bo wypolerowane miejsca zdradzały częsty dotyk.

Ale ta broszka... ona leżała osobno, starannie zapakowana w miękkie, aksamitne etui. Kurier dostarczył ją dziś rano, bez żadnej zapowiedzi, w zwyczajnej kopercie wypełnionej bibułą ochronną. Nie było tam żadnego listu, wizytówki ani nawet najmniejszej notatki. Samo pudełeczko nosiło na wieku trzy litery: P.G.H. - i nic więcej. Wyglądało na coś wyjątkowego i eleganckiego, jakby starannie wybranego do przechowywania czegoś cennego.

Nie dawało mi to spokoju. Przysunęłam serwetę z broszką i spojrzałam na skrzydło z ciemnego metalu, które spoczywało pośrodku. Chłód tej ozdoby wciąż czułam w palcach, choć dawno ją odłożyłam.

Ciekawość i niepokój kazały mi do niej wrócić, jakby pozostałe przedmioty mogły poczekać na swoją kolej. Ostrożnie wzięłam ją w dłoń. Miała w sobie coś, co poruszało mnie głębiej, niż chciałam przyznać nawet przed samą sobą.

I nagle...

WIZJA

Kobieta stoi na balkonie. Wiatr uderza z taką siłą, że jej włosy oplatają twarz, kleją się do ust, wciskają w powieki. Próbuję dostrzec jej oczy, ale widzę tylko pasma ciemnych kosmyków, które wiją się jak żywe.

W dłoni trzyma broszkę. Nie, nie tylko trzyma, zaciska na niej palce tak mocno, że metal wbija się w ciało. Widzę, jak cienka strużka krwi sączy się spomiędzy jej knykci. Kropla spada na posadzkę, zostawia ciemny ślad, który rozlewa się niczym atrament na papierze.

Z dołu dobiega stukot kroków. Najpierw szybki, potem przyspieszony, nierówny, jakby ktoś biegł, potykając się; jakby uciekał, a nie gonił. Echo niesie ten dźwięk po dziedzińcu, odbija od murów, aż brzmi jak kilkanaście par nóg, a nie jedna.

Kobieta drży. Czuje coś, co ja też czuję: obecność. Jakby ktoś stał tuż za nią, tuż poza kadrem, tak blisko, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę. Jej plecy są napięte, ramiona uniesione, ciało gotowe do skoku albo do obrony.

I wtedy krzyk. Nagły, ostry, rozdzierający powietrze tak, że wszystko wokół zastyga. To nie jej głos. Dochodzi z dołu, z wnętrza budynku, a może z ulicy. Krzyk, w którym nie ma słów, tylko czyste przerażenie.

Kobieta odwraca głowę. Widzę kątem oka, jak jej usta otwierają się, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego zaciska broszkę jeszcze mocniej. Metal rozcina skórę głębiej, jakby z premedytacją chciała, by ból ją obudził.

Wiatr nagle ustaje. Krzyk urywa się tak gwałtownie, że w uszach zostaje wyłącznie dudnienie.

I zapada cisza. Ale to cisza złowroga, lepka, taka, która się nie kończy, tylko wisi, jakby świat wstrzymał oddech, czekając na kolejny ruch.

Zadrżałam i wypuściłam broszkę z rąk.

- Coś nie tak? - spytała Laura, przyglądając mi się uważnie.

- Nie wiem - odpowiedziałam wymijająco. - Może mi się zdaje.

W tym momencie drzwi uchyliły się i do środka zajrzał pan Feliks.

- Witaj, dziewczyno - rzucił wesoło. - Mam dla ciebie coś, czego jeszcze nie widziałaś. Ale później, teraz klient czeka.

- Jasne. - Uśmiechnęłam się, a on zniknął, zostawiając po sobie dźwięk dzwoneczka.

Laura zaraz potem oznajmiła, że idzie na pocztę. Zostałam sama. Cisza wróciła, cięższa niż wcześniej.

Spojrzałam na broszkę. Leżała nieruchomo, lecz zdawało mi się, że coś w niej drga, jak oddech, którego nie widać, ale czuć. Jeszcze długo miałam poczucie, że to drżenie nie należało do metalu, lecz do mnie samej. Jakby coś wewnątrz zostało gwałtownie obudzone i teraz nie chciało już ucichnąć.

Podniosłam głowę i zobaczyłam cień przesuwający się za witryną. Ktoś stał na chodniku i patrzył prosto w głąb pracowni. Serce uderzyło mi mocniej. Podeszłam do szyby, ale w chwili, gdy uniosłam wzrok, ulica była pusta. Przez moment chciałam wybiec i sprawdzić, czy to tylko przechodzień. Zamiast tego wróciłam do stołu.

Powinnam była wtedy zaufać swojemu instynktowi. Mimo to odwróciłam wzrok i udawałam, że to cień. Wyszłam wcześniej, uciekając do oazy własnego mieszkania.

Karta 2

Rankiem wróciłam do pracowni, próbując wmówić sobie, że wczorajsze obrazy to tylko zmęczenie. Poranki w tej dzielnicy zawsze wydawały się trochę zbyt głuche.

Kiedy otworzyłam drzwi pracowni, powitał mnie zapach mokrego bruku po nocnym deszczu i świeżo mielonej kawy, która dolatywała z kawiarni na rogu. Z ulicy dobiegł odgłos kroków. Szybki stuk obcasów kobiety, która zniknęła za zakrętem, zostawiając po sobie echo, krótkie i puste jak niedopowiedziane słowo.

Za to w środku pachniało tak samo jak wczoraj: drewnem, kurzem i metalem. Broszka leżała przykryta kawałkiem płótna, jakby próbowała schować się przede mną, lecz nawet pod materiałem przyciągała mój wzrok. Usiadłam przy stole i przez chwilę wahałam się, czy po nią sięgnąć.

Usłyszałam znajomy brzęk kluczy przy pasku i dźwięk dzwonka nad drzwiami.

- Dzień dobry, panno Nino. - Pan Feliks wszedł, szurając pantoflami. Zsunął kaszkiet i poprawił kamizelkę, a srebrny łańcuszek od zegarka błysnął w świetle, jakby sam chciał zwrócić na siebie uwagę. - Miałem wczoraj klienta. Oglądał zegary, ale, powiem panience, więcej patrzył na wasze okno niż na moją witrynę.

- Może po prostu spodobała mu się wystawa - odparłam, starając się, by mój głos zabrzmiał lekko, choć poczułam ukłucie w żołądku.

- A może szukał czegoś innego - mruknął. - Tak długo się gapił, że mój stary zegar zdążył wybić pełną godzinę. - Zaśmiał się krótko, tak jak zawsze, kiedy chciał złagodzić własne słowa. - Jakby co, mam oko na ulicę.

Jego troska była niby żartem, a jednak miała w sobie nutę niepokoju. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi otworzyły się raptownie i wparowała przez nie Laura.

Jej włosy były upięte w niedbały kok, z którego uciekały pojedyncze kosmyki. Na ustach lśnił malinowy błyszczyk, a całość sprawiała, że wyglądała jak dziewczyna idąca na randkę, nie do pracy. Złapałam się na tym, że przez ułamek sekundy widziałam w niej samą siebie. Gdyby ktoś spojrzał z daleka, mógłby bez wahania nas pomylić. Ten drobny szczegół sprawiał, że czasem czułam dziwny dyskomfort, jakby odbicie w lustrze miało własne życie i niekiedy wymykało się spod kontroli.

- Zgadnij, kto pytał o ciebie wczoraj, kiedy wyszłaś wcześniej? - rzuciła od razu, zdejmując płaszcz. - Elegancki facet. Garnitur skrojony jak z katalogu, zegarek jak z reklamy.

- Może klient. - Wzruszyłam ramionami, ale w środku poczułam, że coś się zaciska.

- Może. Ale serio, miałam wrażenie, że zaraz zacznie recytować slogan o luksusie i sukcesie. - Uniosła brwi i uśmiechnęła się półgębkiem. - Nie spodobał mi się. No, chyba że przyszedł po ciebie, pani profesor - dodała z przekąsem. - Jeszcze trochę i będziesz miała fanclub.

- Wystarczy mi jeden klient naraz - mruknęłam, ale ona tylko przewróciła oczami.

Laura Ostoya pojawiła się w pracowni kilka miesięcy temu. Miała odbyć u mnie staż, ale szybko stało się jasne, że jest kimś więcej niż pomocnicą. Dojeżdżała metrem trzy przystanki z sąsiedniej dzielnicy, zawsze punktualna, zawsze z energią, której mnie często brakowało. Wiedziałam, że mieszka tylko z mamą, może dlatego miała w sobie tyle samodzielności i troski.

Nazwisko miała proste, ale znaczące. Ostoya - jak oparcie, jak bezpieczne miejsce, do którego wraca się bez wahania. I coś w tym było. Przy niej też czułam się bezpieczniej. Mogłam na niej polegać w każdej drobnej sprawie. Czasem łapałam się na tym, że traktuję ją bardziej jak młodszą siostrę niż pracownicę.

Rozsiadła się na ladzie, jakby przyszła tu tylko na kawę, a nie do pracy. Oplotła kubek dłońmi i westchnęła ciężko.

- Wiesz, jakie mam dziś zajęcia? - zapytała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. - Odnowa metalu. Brzmi poważnie, nie? Profesor powtarza, że każdy ślad korozji jest jak choroba i trzeba ją leczyć chirurgicznie.

- I? - Uniosłam brew.

- I nuda - parsknęła. - Siedzę tam z lupą, oglądam śrubki, zapięcia, gwoździki, a wszystko pachnie jak stary warsztat rowerowy. Serio, mam wrażenie, że wdycham rdzę. - Pokręciła głową, a pasmo włosów wymsknęło się z koka i opadło jej na czoło. - Wolę drewno - dodała po chwili. - Drewno pachnie lepiej. Nawet jak jest spróchniałe. Ma w sobie coś... spokojnego. Jakby przechowywało las, z którego zostało zabrane.

- A metal? - spytałam. - On też coś przechowuje.

- Jasne - skrzywiła się. - Smar, pył i kurz. Za taki bagaż to ja dziękuję.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Jak zwykle potrafiła rozbroić wszystko jednym zdaniem.

Rozpakowałyśmy paczki z kilkoma przedmiotami od różnych klientów. Wyjęłam medalion - srebrny, owalny, z delikatnym grawerem. Pozostałe przedmioty oddałam młodej, by przy pierwszych oględzinach oceniła, jakiej pracy będą wymagać. Tylko ten jeden zatrzymałam. Nie pozwalał się odłożyć, jakby przywoływał mnie do siebie i cichym szeptem domagał się uwagi.

Zatrzymałam dłoń tuż nad przedmiotem. Zawsze mam w sobie ten sam moment zawahania; sekundę, kiedy myślę, czy naprawdę chcę wiedzieć, co się w nim ukrywa. To nigdy nie jest pewne. Czasem nic się nie dzieje, zostają tylko zwykły chłód metalu i cisza. Bywa, że pojawiają się obrazy dobre: krótki uśmiech, dotyk zakochanych, śmiech dzieci, ktoś, kto dostał wreszcie wymarzony prezent. Ale takie chwile są rzadkie. Żeby przedmiot zachował radość, musi być naprawdę ważny i noszony z uczuciem. Znacznie częściej trafiam na cierpienie. Ból zapisuje się w rzeczach szybciej niż szczęście. I wtedy wiem, że nie mam wyboru. Dotykam, a wraz z tym przyjmuję cudzy gniew, krzyk albo samotność.

Gdy się w końcu odważyłam, obraz przeszył moją głowę.

WIZJA

Tym razem kobieta siedzi przy stole. Ciemna suknia opina jej ciało, rękawy z mankietem drżą razem z ciałem. Przed nią pali się świeca. Płomień trzęsie się na knotku, rzuca drgające cienie na ścianę. Cienie wyglądają jak ręce, które wyciągają się ku niej.

W dłoniach trzyma medalion. Srebrny, owalny, w środku fotografia zdaje się oddychać wraz z jej dotykiem. Zaciska go, otwiera, zamyka, znów otwiera - ruchy nerwowe, jakby ten przedmiot parzył, a jednocześnie nie pozwalał się od siebie oderwać.

Świeca syczy. Z jej wosku spływa kropla, parzy skórę, zostawia czerwony ślad. Dreszcz przeszywa ją mocniej.

Zapach dymu staje się ciężki, nieprzyjemny, gryzie w gardło, wciska się w nozdrza jak coś obcego. Czuję go razem z nią, tak realnie, że mam ochotę odwrócić głowę.

I nagle szept. Niewyraźny, ledwie słyszalny, jakby ktoś stał za ścianą. Jedno słowo. Nie należało do niej. Nie było nawet ludzkie w brzmieniu - zbyt ostre, zbyt chropowate.

Medalion zatrzaskuje się w jej uścisku. Dźwięk metalu jest tak głośny, że zagłusza wszystko inne.

Świeca gaśnie, jakby ktoś brutalnie ją zdmuchnął. Ciemność spada natychmiast, bez cienia przejścia. Widzę tylko jej twarz, ostatni błysk oczu rozszerzonych ze strachu.

Ból. Ostry i nagły. Brak powietrza. Krew. Puls zamiera, serce cichnie, a wraz z nim wszystko. Zostają ciemność i cień, który odchodzi.

A potem - pustka.

Odłożyłam medalion. Wciągnęłam powietrze, jakbym mogła w ten sposób pozbyć się obrazu. Bez skutku. Palce kurczowo zaciskały się na krawędzi blatu, a ja walczyłam, żeby utrzymać się na nogach. Jeszcze moment i runęłabym na podłogę.

- Wszystko okej? - spytała stażystka, marszcząc brwi.

- Tak. - Uśmiechnęłam się na siłę. - Po prostu muszę uważać, żeby nie uszkodzić zdobienia.

Otarłam twarz dłonią, jakbym mogła zetrzeć z siebie ślad tego obrazu. Ale on zostanie. Zawsze zostaje. W niektórych rzeczach zapisują się zwykły ból, kłótnia, cios, upokorzenie. Ale w tych... jest coś gorszego. Ten ostatni oddech, moment, kiedy ktoś już wie, że nie ma ucieczki. Nie muszę widzieć wszystkiego, żeby to poczuć. To wchodzi we mnie od razu, jak zimny ciężar, którego nie da się zrzucić. I wiem, że takie przedmioty noszą w sobie nie tylko wspomnienie krzyku, ale samą śmierć.

Ostoya poszła na zaplecze, a mój wzrok powędrował do broszki z wczoraj. Do obrazu z ostatniego tchu. Delikatnie odsunęłam płótno i dotknęłam jej końcem palców. Chłód był silniejszy, przenikający aż do karku. Poczułam ucisk w skroniach, a potem to znajome wrażenie, że ktoś stoi za mną.

Odwróciłam się gwałtownie. Drzwi były uchylone. Przecież zamknęłam je chwilę temu. Podeszłam do witryny, ale ulica była pusta; jedynie krople deszczu błyszczały na chodniku.

Kiedy wróciłam za ladę, zobaczyłam na blacie coś, czego nie było wcześniej. Zwykłą kremową kopertę i puzderko z zegarkiem w środku. Żadnego znaczka, adresu, tylko czysty papier.

Otworzyłam ją powoli. W środku znajdowała się wizytówka z wytłoczonym złotym monogramem - trzy splecione litery P.G.H. Żadnego nazwiska. Żadnego wyjaśnienia.

Nie wiedziałam jeszcze, że te inicjały zmienią wszystko.