ROZDZIAŁ PIERWSZY
w którym sądzia John Proth spełnia jeden z najprzyjemniejszych swoich obowiązków, a następnie wraca do swego ogrodu
NIE MA powodu ukrywać przed czytelnikami, że miasto, w którym zaczyna się ta szczególna historia, leży w stanie Wirginia, w Ameryce Północnej. Jeśli się czytelnicy na to zgodzą, nazwiemy to miasto Whastonem i umieścimy je w okręgu wschodnim, na prawym brzegu rzeki Potomak; wydaje nam się jednak zbyteczne opisywać dokładniej położenie geograficzne miasta, którego na próżno szukalibyśmy nawet na najlepszych mapach Stanów.
Owego roku, rankiem dwunastego marca, ci mieszkańcy Whastonu, którzy we właściwym momencie przechodzili ulicą Exeter, mogli zauważyć eleganckiego jeźdźca, który wjeżdżał pod górę i wracał stępa bardzo stromą ulicą, a następnie zatrzymywał się na placu Konstytucji, mniej więcej w środku miasta.
Jeździec ten, wyglądający na typowego Jankesa, co nie wyklucza pewnej swoistej dystynkcji, prawdopodobnie nie miał więcej niż trzydzieści lat. Był wzrostu powyżej średniego, pięknej i mocnej budowy; rysy miał regularne, włosy ciemne i kasztanowatą brodę, której klin wydłużał jego twarz o starannie wygolonych wargach. Szeroki płaszcz okrywał go aż do stóp i układał się koliście na końskim zadzie. Kierował swym dość rączym wierzchowcem ze zręcznością i zdecydowaniem. Wszystko w jego postawie zdradzało człowieka czynu, energicznego oraz impulsywnego. Widać było, że dążąc do upragnionego celu nie zawaha się przed niebezpieczeństwem, jak to czynią charaktery chwiejne. Wreszcie bystry obserwator stwierdziłby, że jego wrodzona niecierpliwość z trudem kryje się pod pozorami chłodu.
Dlaczego jeździec ów znalazł się w tym mieście, gdzie nikt go nie znał, gdzie nikt go nigdy nie widział? Czy bawił tu tylko przejazdem, czy zamierzał zatrzymać się czas pewien? Jeżeli szukał hotelu, miałby w czym wybierać. Pod tym względem Whaston może służyć za przykład. W żadnym ośrodku Stanów czy innego kraju podróżny nie znalazłby lepszego przyjęcia, lepszej usługi, lepszej kuchni i takiego komfortu przy umiarkowanych cenach. Żałować doprawdy należy, że niedokładne mapy tak potraktowały miasto mające tyle dodatnich cech.
Ale nie! Nie wyglądało wcale na to, by przybysz był skłonny zabawić dłużej w Whastonie, a zachęcające uśmiechy hotelarzy nie miałyby zapewne żadnego na niego wpływu. Z miną zaabsorbowaną, obojętny na to, co go otacza, jechał ulicą biegnącą wokół placu Konstytucji, którego środek zajmował wielki, obmurowany taras, i nie przypuszczał nawet, że wzniecą powszechną ciekawość.
A Bóg tylko jeden wie, jak mocno owa ciekawość była napięta! Odkąd jeździec się ukazał, chlebodawcy i służba wymieniali na progach takie lub tym podobne słowa:
- Którędy przyjechał?
- Ulicą Exeter!
- A skąd?
- Podobno przez przedmieście Wilcox.
- Już od dobrych trzydziestu minut koń jego okrąża plac. - Czeka na kogoś.
- Prawdopodobnie. Nawet dość niecierpliwie.
- Nieustannie patrzy w stronę ulicy Exeter.
- Stamtąd ktoś przybędzie.
- Co za ktoś? On, czy ona?
- Ho, ho! To doprawdy przystojny chłop, słowo daję!
- Więc schadzka?
- Tak, schadzka... ale nie taka, jak pan myśli.
- Co pan może o tym wiedzieć?
- No, bo ten przybysz już trzeci raz zatrzymuje się przed bramą pana Johna Protha;
- A że pan John Proth jest sędzią w Whastonie...
- Więc ta osobistość ma zapewne jakiś proces...
- A jego przeciwnik się spóźnia.
- Ma pan rację.
- Słusznie! Sędzia Proth wysłucha ich i pojedna w mgnieniu oka.
- To człowiek zręczny.
- I zacny.
Być może, że taka właśnie była przyczyna obecności owego jeźdźca w Whastonie. Istotnie, kilka razy zatrzymał się, nie schodząc z konia, przed domem pana Johna Protha. Patrzył na drzwi i okna, potem stał nieruchomo, jak gdyby oczekiwał, że ktoś pojawi się na progu, aż do chwili, gdy jego koń, który przebierał niecierpliwie nogami, zmuszał go do ruszenia z miejsca.
Nagle, gdy raz jeszcze przystanął przed domem, drzwi otwarły się na całą szerokość i jakiś człowiek ukazał się na ganku.
Obcy dostrzegł go natychmiast.
- Pan John Proth, jak sądzę? - rzekł unosząc kapelusza.
- We własnej osobie - odpowiedział sędzia.
- Chciałbym zadać proste pytanie, które wymagać będzie z pańskiej strony tylko odpowiedzi: tak lub nie.
- Służę panu.
- Czy był już ktoś tutaj dziś rano i pytał o pana Setha Stanforta?
- Nic mi o tym nie wiadomo.
- Dziękuję!
Powiedziawszy to i uchyliwszy raz jeszcze kapelusza, jeździec zawrócił i oddalił się truchcikiem ulicą Exeter.
Od tej chwili - według ogólnej opinii - nie można było wątpić, że nieznajomy miał interes do pana Johna Protha. Ze sposobu, w jaki sformułował pytanie, wynikało, że to on sam był Sethem Stanfortem, który przybył pierwszy na umówione spotkanie. Lecz wyłaniał się inny problem, równie podniecający. Czy godzina wspomnianego spotkania już minęła i czy nieznany jeździec opuści miasto, by więcej do niego nie wrócić?
Czytelnicy uwierzą mi bez trudu (gdyż jesteśmy w Ameryce, a więc wśród narodu odznaczającego się największą na świecie manią zawierania zakładów), że zakładano się, czy przybysz wróci niebawem, czy też odjedzie ostatecznie. Stawki zakładów pomiędzy personelem hotelów i ciekawskimi na placu wynosiły zaledwie pół dolara czy nawet pięć lub sześć centów; ale były to stawki, które na pewno zostały zapłacone przez przegrywających i zainkasowane przez wygrywających, samych godnych zaufania ludzi.
Jeżeli chodzi o sędziego Johna Protha, ograniczył się jedynie do odprowadzenia oczyma jeźdźca, który jechał pod górę w stronę przedmieścia Wilcox. Sędzia John Proth był to filozof i rozumny urzędnik, który miał za sobą co najmniej pięćdziesiąt lat mądrości i filozofowania, choć liczył nie więcej niż pół wieku, co znaczy, iż przyszedłszy na świat, był już filozofem i mędrcem. Dodajcie do tego, iż jako kawaler - niezaprzeczalny dowód mądrości! - miał życie nie zamącone jakąkolwiek troską, co, przyznacie, ogromnie ułatwia uprawianie filozofii. Urodzony w Whastonie, nawet w najwcześniejszej młodości mało lub wcale nie opuszczał tego miasta i był równie szanowany jak kochany przez swych podsądnych, którzy wiedzieli, iż nie powodują nim żadne ambicje osobiste.
Kierował się zdrowym rozsądkiem. Był zawsze wyrozumiały dla słabości, a nawet czasem dla błędów bliźniego. Łagodzić sprawy, doprowadzać do pojednania przeciwników, którzy stawali przed jego skromnym trybunałem, zaokrąglać ostre kanty, naoliwiać tryby, łagodzić zgrzyty nieuchronne nawet w najlepszym ustroju społecznym - oto jak pojmował swą misję.
John Proth był człowiekiem dość zamożnym. Pełnił funkcje sędziego z zamiłowania i nie myślał piąć się ku wyższym urzędom sądowym. Cenił spokój własny i cudzy. Uważał ludzi za życiowych współtowarzyszy, z którymi najkorzystniej jest utrzymywać dobre stosunki. Wstawał wcześnie i wcześnie kładł się spać. Czytywał kilku ulubionych autorów zarówno Starego jak i Nowego Świata, lecz co do prasy, ograniczał się do zacnego i uczciwego dziennika lokalnego "Nowiny Whastońskie", gdzie ogłoszenia zajmowały więcej miejsca niż polityka. Codziennie odbywał godzinną lub dwugodzinną przechadzkę, podczas której kapelusze mieszkańców Whastonu zużywały się wskutek oddawania mu ukłonów; zmuszało to również jego samego do odnawiania nakrycia głowy co trzy miesiące. Prócz tych spacerów i czasu poświęconego pracy zawodowej przebywał w swym spokojnym, wygodnie urządzonym domu i hodował w ogrodzie kwiaty, które wynagradzały go za trudy, czarując świeżymi barwami i hojnie obdarzając miłym zapachem.
Skoro naszkicowaliśmy tę postać i umieścili portret pana Johna Protha we właściwych ramach, każdy zrozumie, że wspomniany sędzia nie przejął się zbytnio pytaniem postawionym przez obcego przybysza. Gdyby ten ostatni zamiast zwracać się do pana domu zapytał starej służącej Kate, być może, iż Kate zechciałaby dowiedzieć się czegoś więcej o tej sprawie. Próbowałaby dociec, kim jest ów Seth Stanfort, poinformowałaby się, co należy odpowiedzieć, w razie gdyby ktoś przyszedł i pytał o niego. A nawet zacna Kate dowiedziałaby się z niewątpliwą przyjemnością, czy przybysz rano lub po południu powróci, czy nie do domu pana Johna Protha.
Pan John Proth nie byłby sobie natomiast wybaczył takiej ciekawości i takich niedyskrecji, które można było darować jego służącej, jako należącej do płci niewieściej. Nie, John Proth nawet nie spostrzegł, że przybycie, obecność, a potem odjazd nieznajomego zwróciły uwagę gapiów na placu, i zamknąwszy drzwi wrócił, by podlać róże, irysy, geranium i rezedę w swoim ogrodzie.
Ciekawi nie poszli w jego ślady i pozostali na posterunkach obserwacyjnych.
Tymczasem jeździec był już na końcu ulicy Exeter, która wznosiła się nad zachodnią stroną miasta. Dotarłszy do przedmieścia Wilcox, które owa ulica łączy z centrum Whastonu, zatrzymał konia i nie schodząc z siodła rozejrzał się dokoła.
Z tego miejsca wzrok jego mógł objąć okolicę w promieniu dobrej mili i zapuścić się w krętą drogę, zniżającą się na przestrzeni trzech mil aż do osiedla Steel, którego wieże rysowały się na horyzoncie po drugiej stronie rzeki Potomak. Ale na próżno wzrok jego przebiegał ową drogę. Widocznie nie odnajdywał tam tego, czego szukał. Jego żywe, niecierpliwe ruchy udzieliły się koniowi, którego trzeba było nieustannie poskramiać.
Minęło dziesięć minut, po czym jeździec wrócił stępa na ulicę Exeter i skierował się po raz piąty ku placowi.
"Ostatecznie - powtarzał sobie spoglądając raz po raz na zegarek - nie ma jeszcze mowy o spóźnieniu... Miała być o dziesiątej siedem, a teraz jest dopiero wpół do dziesiątej... Przestrzeń dzieląca Whaston od Steel, skąd ma przybyć, jest równa tej, która dzieli Whaston od Brial, skąd ja przyjechałem, i można ją pokonać w ciągu niespełna dwudziestu minut. Droga jest dobra, pogoda piękna i nie słyszałem, by przybór rzeki zerwał most. Nie powinno więc być ani przeszkód, ani trudności. W tych warunkach jeśli nie przybędzie na spotkanie, to znaczy, że przybyć nie chce... Zresztą punktualność polega na tym, by stawić się co do minuty, a nie na tym, by znaleźć się na miejscu za wcześnie. W rzeczywistości to ja jestem niepunktualny, skoro ją uprzedziłem bardziej, niż przystoi człowiekowi dokładnemu. Prawda, że (pominąwszy nawet wszelkie inne uczucia) sama grzeczność nakazywała, abym pierwszy przybył na spotkanie!"
Ten monolog trwał bez przerwy, gdy przybysz wracał ulicą Exeter, i skończył się dopiero, kiedy kopyta końskie uderzyły na nowo o żwir placu.
Stanowczo ci, co stawiali na powrót nieznajomego, wygrali. Toteż gdy mijał hotele, patrzyli nań przychylnie, gdy tymczasem ci, co przegrali, witali go tylko wzruszeniem ramion.
Dziesiąta wybiła na miejskim zegarze. Zatrzymawszy konia przybysz policzył owych dziesięć uderzeń i upewnił się, że zegar zgadza się całkowicie z zegarkiem, który wyciągnął z kieszonki.
Brakowało tylko siedmiu minut do chwili spotkania.
Seth Stanfort wrócił do wylotu ulicy Exeter. Wyraźnie ani jego rumak, ani on sam nie mogli wytrzymać w spokoju.
Na ulicy panował ożywiony ruch, sunęli nią liczni przechodnie. Tymi, którzy szli w górę, Seth Stanfort nie zajmował się wcale. Całą uwagę skupił na ludziach, którzy schodzili w dół, i jego spojrzenie obejmowało ich od chwili, gdy ukazywali się na szczycie pagórka. Żeby przebyć ulicę Exeter, piechur zużyć musi około dziesięciu minut; lecz nie trzeba więcej jak trzy lub cztery minuty dla szybko jadącego powozu lub kłusującego konia.
Otóż nie o piechurów chodziło naszemu jeźdźcowi; nawet ich nie dostrzegał. Najbliższy przyjaciel mógłby przejść pieszo koło niego, a on nie byłby go zauważył. Osoba oczekiwana mogła przybyć tylko konno lub powozem.
Ale czy przybędzie o umówionej godzinie? Brakowało już tylko trzech minut, tyle, ile potrzeba, aby zjechać w dół ulicą Exeter, a żaden wehikuł nie ukazywał się w górze: ani motocykl, ani rower, ani auto, które robiąc osiemdziesiąt kilometrów na godzinę byłoby jeszcze przyśpieszyło chwilę spotkania.
Seth Stanfort rzucił ostatnie spojrzenie na ulicę Exeter. Ostry błysk rozjarzył jego źrenice; szepnął tonem niezachwianego postanowienia:
- Jeśli nie będzie jej tu o dziesiątej siedem, nie ożenię się z nią.
Jak gdyby w odpowiedzi na to oświadczenie zagrzmiał właśnie w górnej części ulicy tętent galopującego konia. Na wspaniałym rumaku siedziała młoda kobieta, kierująca nim pewnie i z wdziękiem. Przechodnie rozstępowali się przed nią. Z pewnością nie natrafi na żadną przeszkodę aż do placu.
Seth Stanfort poznał tę, na którą czekał. Twarz jego przybrała znów obojętny wyraz. Nie wypowiedział ani jednego słowa, nie uczynił żadnego ruchu. Zebrawszy cugle wierzchowca podjechał stępa przed dom sędziego.
Zaintrygowało to na nowo gapiów, którzy zbliżyli się nie ściągając jednak na siebie uwagi przybysza.
W kilka sekund później amazonka wpadła na plac, a rumak jej, pokryty białą pianą, zatrzymał się o dwa kroki od bramy.
Przybysz zdjął kapelusz i rzekł:
- Witam pannę Arkadię Walker..
- A ja pana Setha Stanforta - odpowiedziała Arkadia Walker skłaniając się wdzięcznie.
Możecie wierzyć, że miejscowi nie spuszczali oka z tej pary zupełnie im nie znanej.
- Jeśli przybyli na sprawę, należy pragnąć, aby wszystko ułożyło się korzystnie dla obojga - mówili między sobą.
- Ułoży się, chybaby pan Proth nie był sobą!
- A jeśli oboje są wolni, byłoby najlepiej, gdyby się to skończyło małżeństwem!
Mielono językami, wymieniano uwagi. Ale ani Seth Stanfort, ani panna Arkadia Walker nie zdawali się dostrzegać tej raczej krępującej ciekawości, której byli przedmiotem.
Seth Stanfort zamierzał zeskoczyć z konia, by zapukać do drzwi Johna Protha, gdy drzwi te stanęły otworem. Pan Proth ukazał się na progu, a stara służąca Kate zjawiła się tym razem za jego plecami. Gdy usłyszeli tętent kopyt końskich przed domem, on porzucił swój ogród, a ona kuchnię i pobiegli zobaczyć, co się dzieje.
Seth Stanfort został więc w siodle i zwracając się do urzędnika powiedział:
- Panie sędzio, jestem Seth Stanfort z Bostonu, stan Massachusetts.
- Miło mi pana poznać, panie Stanfort.
- A to jest panna Arkadia Walker z Trenton, New Jersey.
- Czuję się zaszczycony sposobnością poznania panny Arkadii Walker.
I pan John Proth, przestając obserwować obcego młodzieńca, zwrócił całą uwagę na nowoprzybyłą.
Panna Arkadia Walker była czarującą osobą; wdzięczni nam będziecie za szybkie naszkicowanie jej sylwetki. Wiek: dwadzieścia cztery lata; oczy: bladoniebieskie; włosy: ciemnokasztanowate; cera: świeża, zaledwie odrobinę ogorzała od wiatru; zęby: niezwykle równe i białe; wzrost: nieco wyższy od średniego; kibić zachwycająca; chód: rzadkiej elegancji, równocześnie giętki i nerwowy. Ubrana w amazonkę, przystosowywała się wdzięcznie do ruchów konia, który rzucał się tak samo jak rumak Setha Stanforta. Bece, odziane w wykwintne rękawiczki, igrały cuglami, a znawca byłby odgadł, że świetnie jeździ konno. Cała jej postać była nacechowana wielką wytwornością.
Panna Arkadia Walker była rodem z New Jersey; miała tylko dalekich krewnych, posiadała więc całkowitą swobodę działania. Niezależna majątkowo, obdarzona zamiłowaniem do przygód, właściwym młodym Amerykankom, wiodła życie zgodne ze swymi upodobaniami. Podróżując od kilku lat, zwiedziła główne ośrodki Europy, orientowała się w tym, co się dzieje i o czym się mówi w Paryżu, Londynie, Berlinie, Wiedniu i Rzymie. O tym, co widziała i słyszała w czasie swych nieustannych wędrówek, mogła mówić z Francuzami, Niemcami i Włochami w ich własnym języku. Była to osoba wykształcona, której wychowanie, kierowane przez opiekuna już dziś nie żyjącego, było szczególnie staranne. Nawet prowadzenie interesów nie było jej obce i dawała dowody nadzwyczajnego zrozumienia własnych korzyści w administrowaniu swą fortuną.
To, co powiedziano o pannie Arkadii Walker, stosowałoby się dokładnie do pana Setha Stanforta. Cechy charakterystyczne zarówno jednej, jak i drugiej postaci wykazywały całkowitą symetrię - tak, to jest właściwe słowo. Wolny i bogaty, również lubił podróże, przewędrował cały świat, nie przebywając niemal wcale w ojczystym Bostonie. Zimą był gościem Starego Kontynentu i wielkich stolic, gdzie często spotykał swą żądną przygód rodaczkę. Latem wracał do ojczystego kraju, na plaże, gdzie zbierają się wraz z rodzinami bogaci Jankesi. Tam również odnajdywał pannę Arkadię Walker.
Te same upodobania zbliżyły powoli do siebie te dwie młode i dzielne istoty, które ciekawi, a zwłaszcza ciekawe, zgromadzone na placu w Whastonie, uznały za tak dobrze do siebie dobrane. Bo i rzeczywiście, oboje rozmiłowani w podróżach, oboje śpieszący tam, gdzie jakieś wydarzenie polityczne czy wojskowe budziło powszechną uwagę - jakżeby nie mieli sobie odpowiadać? Nie można się zatem dziwić, że pan Seth Stanfort i panna Arkadia Walker powoli doszli do wniosku, że powinni połączyć swoje losy, co nie zmieniłoby w niczym ich trybu życia. Nie byłyby to już dwa statki płynące obok siebie, lecz jeden okręt, jak należało przypuszczać, lepiej zbudowany, omasztowany i dostosowany do pływania po wszystkich morzach globu.
A więc nie proces, spór czy konieczność załatwienia jakiejś sprawy sprowadzały Setha Stanforta i pannę Arkadię Walker przed sędziego tego miasta. Nie! Wypełniwszy wszystkie prawne formalności wobec kompetentnych władz w Massachusetts i New Jersey, umówili się w Whastonie tego właśnie dnia, dwunastego marca, o tej właśnie godzinie, dziesiątej siedem, by spełnić akt, który, zdaniem jego zwolenników, jest najważniejszym wypadkiem życia ludzkiego.
Gdy, jak wspomnieliśmy, pan Seth Stanfort i panna Arkadia Walker przedstawili się sędziemu, John Proth zapytał podróżników, co ich skłoniło do stawienia się przed nim.
- Seth Stanfort pragnie zostać małżonkiem panny Arkadii Walker - odpowiedział mężczyzna.
- A panna Arkadia Walker pragnie być żoną Setha Stanforta - dorzuciła kobieta.
Urzędnik skłonił się mówiąc:
- Jestem do pańskiej dyspozycji, panie Stanfort, a także do dyspozycji panny Arkadii Walker.
Młoda para skłoniła się z kolei.
- Kiedy odpowiadałoby państwu zawrzeć to małżeństwo? - podjął pan John Proth.
- Natychmiast... jeśli pan nie jest zajęty - odpowiedział Seth Stanfort.
- Gdyż opuścimy Whaston, gdy tylko będę panią Stanfort - oświadczyła Arkadia Walker.
Pan John Proth wyraził całą swą postawą, jak dalece on, a wraz z nim wszyscy inni obywatele żałują, iż nie mogą dłużej zatrzymać w murach Whastonu tej pięknej pary, która swą obecnością zaszczycała w tej chwili miasto.
- Jestem całkowicie na usługi państwa - powiedział sędzia cofając się parę kroków, by dać dostęp do bramy.
Lecz Seth Stanfort zatrzymał go ruchem ręki.
- Czy jest konieczne - zapytał - byśmy z panną Arkadią zsiadali z koni?
Pan Proth zastanowił się chwilę.
- Bynajmniej - stwierdził. - Można zawrzeć ślub na koniu, tak samo jak i pieszo.
Trudno byłoby znaleźć urzędnika bardziej dostosowującego się do okoliczności, nawet w tym niezwykłym kraju!
- Jedno tylko pytanie - podjął pan Proth. - Czy wszystkie formalności prawne zostały wypełnione?
- Tak jest! - odpowiedział Stanfort.
I podał sędziemu podwójne zezwolenie, ważne i formalne, zredagowane przez kancelarie sądowe Bostonu i Trentonu, po uiszczeniu właściwych opłat.
John Proth wziął papiery, włożył na nos okulary w złotej oprawie i przeczytał uważnie te dokumenty, odpowiednio zalegalizowane oraz zaopatrzone w oficjalne znaczki stemplowe.
- Papiery są w porządku - powiedział - i jestem gotów wydać państwu poświadczenie zawarcia ślubu.
Trudno się dziwić, iż ciekawscy, których liczba wzrosła jeszcze, oblegali młodą parą niby świadkowie związku zawieranego w warunkach, które by się. wydawały nieco niezwykłe w każdym innym kraju. Lecz to ani nie krępowało narzeczonych, ani nie było dla nich przykre.
Pan John Proth wstąpił wtedy na stopnie swego ganku i rzekłgłosem tak donośnym, że mogli go usłyszeć wszyscy:
- Panie Secie Stanfort, czy zgadza się pan pojąć za żonę pannę Arkadię Walker?
- Tak!
- Panno Arkadio Walker, czy zgadza się pani wziąć za męża pana Setha Stanforta?
- Tak!
Urzędnik skupił się na chwilę i, poważny jak fotograf w momencie sakramentalnego "nie ruszać się", wypowiedział słowa:
- W imieniu prawa, Secie Stanfort z Bostonu i Arkadio Walker z Trentonu, ogłaszam, że jesteście złączeni węzłem małżeńskim.
Małżonkowie zbliżyli się do siebie i wzięli się za ręce, jakby dla przypieczętowania aktu, którego właśnie dokonali.
Następnie każde z nich wręczyło sędziemu banknot pięćsetdolarowy.
- Jako honorarium - rzekł pan Seth Stanfort.
- Dla biednych - powiedziała pani Arkadia Stanfort.
I obydwoje, skłoniwszy się sędziemu, puścili cugle koniom, które pomknęły szybko w kierunku przedmieścia Wilcox.
- To ci dopiero! To ci dopiero! - zawołała Kate, którą zdziwienie sparaliżowało do tego stopnia, że na dziesięć minut zaniemówiła, co było rzeczą niebywałą.
- Co takiego, Kate? - zapytał pan John Proth.
Stara Kate puściła brzeg swego fartucha, który skręcała od dłuższej chwili jak zawodowy powroźnik.
- Po mojemu, panie sędzio, ci ludzie to wariaci.
- Bez wątpienia, moja Kate, bez wątpienia - zgodził się pan John Proth chwytając ponownie polewaczkę, symbol jego pokojowego nastroju. - Lecz cóż w tym dziwnego? Czyż ci, co się pobierają, nie są zawsze trochę szaleni?
ROZDZIAŁ DRUGI
który wprowadza czytelnika do domu Deana Forsytha i pozwala nam poznać jego siostrzeńca Francisa Gordona i jego służącą Mitz
- MITZ! Mitz!
- O co chodzi, synusiu?
- Co właściwie jest wujowi Deanowi?
- Nie mam pojęcia. - Może jest chory?
- Ani trochę! Lecz jeśli tak dalej pójdzie, rozchoruje się na pewno.
Te pytania i odpowiedzi wymieniali dwudziestotrzyletni młody człowiek i kobieta lat sześćdziesięciu pięciu w pokoju jadalnym domu przy ulicy św. Elżbiety, w tym samym mieście Whaston, gdzie właśnie zawarto na modłę amerykańską najbardziej oryginalne z małżeństw.
Dom przy ulicy św. Elżbiety należał do pana Deana Forsytha. Pan Forsyth miał czterdzieści pięć lat i wyglądał niewątpliwie na swój wiek. Wielka, rozczochrana głowa, małe oczka patrzące zza silnych szkieł, ramiona z lekka przygarbione, potężny kark, bez względu na porę roku okręcony podwójnie sięgającym aż pod brodę krawatem, surdut szeroki i pomięty, obwisła kamizelka, której dolne guziki nie były nigdy w użyciu, spodnie za krótkie, ledwo przykrywające zbyt szerokie buciki, czapeczka z chwaścikiem zsunięta do tyłu na czuprynie siwiejącej i niesfornej; twarz poorana tysiącem zmarszczek, zakończona bródką typową dla mieszkańców Ameryki Północnej, charakter pobudliwy, skłonny do gniewu - taki był pan Dean Forsyth, o którym rozmawiali rankiem dwudziestego pierwszego marca Francis Gordon, siostrzeniec Forsytha, i Mitz, jego stara służąca.
Francis Gordon, sierota od dzieciństwa, został wychowany przez pana Deana Forsytha, brata swojej matki. Chociaż pewien majątek miał mu przypaść po wuju, nie uważał, aby fakt ten zwalniał go od pracy, a pan Forsyth podzielał jego opinię. Siostrzeniec, ukończywszy studia humanistyczne na sławnym uniwersytecie w Harvard, uzupełnił je na wydziale prawnym i był obecnie adwokatem w Whastonie, gdzie wdowy, sieroty i mury graniczne nie miały bardziej zdecydowanego obrońcy. Znał gruntownie ustawy oraz orzecznictwo; przemawiał z łatwością, głosem przenikliwym i ciepłym. Wszyscy jego koledzy, młodzi i starzy, szanowali go i z nikogo nie zrobił sobie wroga. Bardzo przystojny, obdarzony pięknymi kasztanowatymi włosami i ładnymi czarnymi oczami, maniery miał eleganckie. Był dowcipny bez złośliwości, usłużny bez ostentacji, nie pozbawiony zręczności w różnych rodzajach sportu, którym się namiętnie oddają wyższe sfery społeczeństwa amerykańskiego. Jakżeby nie miał zająć odpowiedniego stanowiska wśród najwytworniejszej młodzieży miasta i dlaczego nie miałby pokochać ślicznej Jenny Hudelson, córki doktora Hudelsona i jego żony Flory z domu Clarish?
Zbyt wcześnie jednak zwracać teraz uwagę czytelnika na tę panienkę. Wypada przecież, by ukazała się na scenie w otoczeniu rodziny, a moment odpowiedni jeszcze nie nadszedł. Nie będziemy zresztą długo na to czekali. Należy jednak zastosować rygorystyczną metodę w opowiadaniu tej historii, co wymaga najwyższej precyzji.
Co się tyczy Francisa Gordona, dodamy jeszcze, że mieszkał w domu przy ulicy św. Elżbiety i zapewne nie myślał go opuścić aż do dnia ślubu z miss Jenny. Ale, powtarzam raz jeszcze, zostawmy pannę Jenny Hudelson w spokoju i powiedzmy tylko, że służąca Mitz była powiernicą siostrzeńca swojego pana i że kochała go jak syna lub raczej jak wnuka, gdyż babunie biją zazwyczaj rekordy czułości macierzyńskiej.
Mitz, służąca wzorowa, której równą trudno byłoby teraz znaleźć, należała do tego zanikającego gatunku, który równocześnie ma coś z psa i z kota; z psa, gdyż przywiązuje się do panów, z kota, gdyż przywiązuje się do domu. Jak sobie można łatwo wyobrazić, Mitz rozmawiała bez ogródek z panem Deanem Forsythem. Gdy nie miał racji, mówiła mu to wyraźnie, choć w języku osobliwym, którego smakowitość i fantazję można oddać zaledwie w przybliżeniu. Jeśli pan Forsyth nie chciał tego uznać, pozostawało mu tylko jedno: opuścić pole walki, wrócić do swego gabinetu i zamknąć się na cztery spusty.
Zresztą pan Dean Forsyth mógł nie lękać się, że pozostanie tam samotny. Miał pewność, że w swym gabinecie spotka zawsze inną osobę, która w taki sam sposób uchylała się od napomnień i karcących uwag panny Mitz.
Człowieka tego nazywano Omikron. Dziwaczne imię zawdzięczał swej niepozornej postawie; bez wątpienia nazwano by go Omega, gdyby nie był tak niski. Skończywszy piętnaście lat, wysoki na cztery stopy i sześć cali, przestał zupełnie rosnąć. Tom Wife, tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, wszedł w tym właśnie wieku do domu pana Deana Forsytha, za życia ojca tego ostatniego, jako młody służący; a ponieważ obecnie przekroczył pięćdziesiątkę, wywnioskujemy stąd, iż od trzydziestu pięciu lat był na służbie u wuja Francisa Gordona.
Trzeba koniecznie wyjaśnić, na czym polegały jego obowiązki. Oto na tym, aby pomagać panu Deanowi Forsythowi w jego badaniach, które pasjonowały Omikrona co najmniej w tym samym stopniu, co jego pana.
A więc pan Dean Forsyth pracował?
Tak, po amatorsku, lecz ocenimy wkrótce, z jakim zapałem i rozmachem..
Czym się zajmował pan Dean Forsyth? Medycyną, prawem, literaturą, sztuką, interesami, jak tylu obywateli wolnej Ameryki?
Nigdy w świecie!
- Czym więc? - zapytacie. - Naukami przyrodniczymi?
Nie zgadliście. Nie naukami przyrodniczymi w liczbie mnogiej, lecz nauką przyrodniczą w liczbie pojedynczej. Wyłącznie i jedynie tą wzniosłą nauką, która nazywa się astronomią.
Marzył bez ustanku o odkryciach dotyczących planet lub gwiazd. Nic lub prawie nie z tego, co się działo na powierzchni naszego globu, nie zdawało się go interesować; żył w nieskończonych przestrzeniach. Jednak, ponieważ nie podawano tam ani obiadów, ani kolacji, musiał zstępować na ziemię co najmniej dwa razy dziennie. Ale tego ranka nie zszedł o zwykłej godzinie i kazał na siebie czekać, na co właśnie wyrzekała Mitz krążąc dokoła stołu.
- Czyż on wcale nie przyjdzie? - powtarzała.
- Nie ma Omikrona? - zapytał Francis Gordon.
- Jest zawsze tam, gdzie jego pan - odpowiedziała służąca - ale ja nie wygrałam nóg na loterii - tak właśnie wyraziła się szanowna Mitz - by wspinać się aż na jego grzędę.
Wspomniana "grzęda" nie była niczym innym jak wieżą, której najwyższa galeria wznosiła się na dwadzieścia stóp nad dachem domu; było to, właściwie mówiąc, obserwatorium. Pod tą galerią mieściła się okrągła izba z czterema oknami skierowanymi na cztery strony świata. Wewnątrz obracało się na swych podstawach kilka lunet i teleskopów o dość dużym zasięgu i jeśli ich obiektywy się nie zużywały, to nie dlatego, że z nich rzadko korzystano. Raczej należało się lękać, by pan Dean Forsyth i Omikron nie zepsuli sobie oczu przykładając je zbyt często do szkieł instrumentów.
W tej właśnie izbie spędzali obaj większą część dnia i nocy, zastępując się, co prawda, wzajemnie. Patrzyli, obserwowali, bujali w sferach międzygwiezdnych, unoszeni wieczną nadzieją zrobienia jakiegoś odkrycia, z którym związane byłoby nazwisko Deana Forsytha. Gdy niebo było czyste, wszystko się jeszcze układało jako tako; lecz nie zawsze tak bywało nad odcinkiem 37 równoleżnika, który przecina stan Wirginia. Chmur pierzastych, warstwicowych i kopulastych było co niemiara, na pewno więcej, niżby sobie życzyli pan i sługa. Toteż ile padało narzekań, ile gróźb przeciw firmamentowi, po którym wiatr rozciągał owe strzępy mgieł!
Właśnie podczas tych ostatnich dni marca cierpliwość pana Deana Forsytha była bardziej niż kiedykolwiek wystawiona na próbę. Od kilku dni niebo było uparcie zakryte, ku wielkiej rozpaczy astronoma.
Tego ranka, dwudziestego pierwszego marca, silny wiatr zachodni toczył wciąż, niemal przy samej ziemi, istne morze chmur rozpaczliwej gęstości.
- Jaka szkoda! - westchnął po raz dziesiąty pan Dean Forsyth po ostatniej i bezowocnej próbie zwyciężenia mgły.- Mam przeczucie, że tracimy jedyną okazję, że omija nas możliwość sensacyjnego odkrycia.
- Bardzo możliwe - odpowiedział Omikron. - To nawet bardzo prawdopodobne, gdyż przed kilku dniami, gdy się wyjaśniło, zdawało mi się, żem zauważył...
- A ja widziałem na pewno, Omikronie.
- A więc obaj, obaj równocześnie!
- Omikronie! - zaprotestował pan Dean Forsyth.
- Tak, pan pierwszy, bez wątpienia - przyznał Omikron znacząco potrząsając głową. - Ale gdy mi się zdawało, żem zobaczył wspomnianą rzecz, sądziłem, że to powinno być... że to było...
- A ja - oświadczył pan Dean Forsyth - twierdzę, że to był meteor zmierzający z północy na południe...
- Tak, proszę pana, prostopadle do kierunku ruchu słońca...
- Pozornego ruchu, Omikronie.
- Naturalnie, że pozornego.
- I było to szesnastego tego miesiąca.
- Szesnastego.
- O godzinie siódmej, trzydzieści siedem minut, dwadzieścia sekund.
- Dwadzieścia sekund - powtórzył Omikron - jak stwierdziłem na naszym zegarze ściennym.
- I nie ukazał się więcej! - zawołał pan Forsyth wznosząc gestem groźby rękę do nieba.
- Jakżeby mogło być inaczej? Chmury! Chmury! Od pięciu dni nie ma nawet tyle błękitu na niebie, by wykrajać z niego chustkę do nosa!
- Jakby umyślnie! - zawołał pan Dean Forsyth tupiąc nogą. - Naprawdę myślę, że takie rzeczy przytrafiają się tylko mnie.
- Nam - poprawił Omikron, który przyznawał sobie połowę zasługi w pracach swego pana.
Prawdę mówiąc, wszyscy mieszkańcy okolicy mieli takie samo prawo do uskarżania się na gęste chmury zalegające niebo. Słońce świeci lub nie świeci - dla wszystkich.
Lecz jakkolwiek powszechne byłoby to prawo, nikt nie mógł mieć szaleńczej pretensji, aby dorównać pod względem złego humoru panu Deanowi Forsythowi, gdy miasto okrywało się jedną z owych mgieł, przeciw którym nic zdziałać nie mogą najpotężniejsze teleskopy i najdoskonalsze lunety. A mgły takie nie są rzadkością w Whastonie, choć miasto opływa przejrzysty nurt rzeki Potomak, a nie błotniste wody Tamizy.
Tak czy owak, gdy szesnastego marca rozjaśniło się niebo, cóż zobaczyli, czy też sądzili, że widzą, pan Forsyth i jego służący? Ni mniej, ni więcej tylko meteor o kształcie kulistym, posuwający się wyraźnie z północy na południe z ogromną szybkością, o takim blasku, że walczył zwycięsko z rozproszonym światłem słonecznym. W każdym razie, skoro jego odległość od Ziemi musiała liczyć pewną określoną ilość kilometrów, byłoby rzeczą możliwą śledzić go, mimo rozwijanej szybkości, przez czas dość długi, gdyby niewczesna mgła nie udaremniła wszelkich obserwacji.
Od tej chwili płynęły potokiem żale wywołane nieszczęsnym zbiegiem okoliczności. Czy ów meteor wróci na widnokrąg Whastonu? Czy będzie można określić jego składniki, ustalić masę, ciężar i charakter? Czy jakiś inny astronom, bardziej uprzywilejowany, nie odnajdzie go w innym punkcie nieba? Czy Dean Forsyth, który tak krótko miał go w zasięgu swego teleskopu, będzie mógł nazwać owo odkrycie swym imieniem? Czyż cały zaszczyt nie przypadnie ostatecznie jednemu z tych uczonych Starego lub Nowego Świata, którzy trawią, życie na przeszukiwaniu przestrzeni nocą i dniem?
- Rozbójnicy!- zżymał się pan Forsyth. - Piraci nieba!
Przez cały ranek dwudziestego pierwszego marca ani Dean Forsyth, ani Omikron nie mogli się zdecydować, mimo złej pogody, na to, by oddalić się od okna wychodzącego na północ. I gniew ich rósł w miarę, jak upływały godziny. Nic już do siebie nie mówili. Dean Forsyth przebiegał spojrzeniem rozległy horyzont, ograniczony z tej strony kapryśnym profilem wzgórz Serboru, ponad którymi dość silny wiatr pędził szarawe obłoki. Omikron wspinał się na palce, by zwiększyć swój zasięg widzenia, ograniczony przez niewielki wzrost. Pan Forsyth skrzyżował ramiona, przyciskając kurczowo dopiersi zaciśnięte pięści. Omikron uderzał palcami w ramę okna. Kilka ptaków przeleciało z krzykiem, jakby drwiąc sobie z pana i sługi, których brak skrzydeł przykuwał do powierzchni ziemi. Ach, gdyby mogli towarzyszyć tym ptakom: w locie, kilku susami przebyliby warstwę chmur i być może, zobaczyliby wtedy asteroid kontynuujący swoją wędrówkę w oślepiającym świetle słonecznym!
W tym momencie zapukano do drzwi.
Dean Forsyth i Omikron, zaabsorbowani, nic nie usłyszeli.
Drzwi się otwarły i Francis Gordon ukazał się na progu.
Dean Forsyth i Omikron nawet się nie odwrócili.
Młody człowiek podszedł do wuja i dotknął lekko jego ramienia.
Pan Forsyth odwrócił się i rzucił na siostrzeńca spojrzenie tak odległe, że musiało chyba wracać z Syriusza lub co najmniej z Księżyca.
- Co takiego? - zapytał.
- Wuju, śniadanie czeka.
- Ach, doprawdy? - rzekł Dean Forsyth. - Śniadanie czeka? My także czekamy.
- Na co czekacie?
- Na słońce - oświadczył Omikron; odpowiedź tą potwierdził gestem jego pan.
- Ależ, wuju, nie zaprosiłeś chyba słońca na śniadanie i możemy bez niego zasiąść do stołu?
Co na to odpowiedzieć? Jeśliby promienna gwiazda nie ukazała się cały dzień, czy pan Dean Forsyth uparłby się pozostać na czczo do wieczora?
Być może, gdyż astronom nie zdawał się skłonny usłuchać zaproszenia siostrzeńca.
- Wuju! - nalegał Francis. - Mitz się niecierpliwi, uprzedzam cię.
W jednej chwili pan Dean Forsyth odzyskał poczucie rzeczywistości. Znał dobrze objawy niecierpliwości poczciwej Mitz. Skoro wysłała do niego specjalnego ambasadora, znaczyło to, iż sytuacja jest poważna: trzeba skapitulować bez zwłoki.
- Która to godzina? - zapytał.
- Jedenasta czterdzieści sześć - odpowiedział Francis Gordon.
Taką istotnie godzinę wskazywał duży zegar; a zazwyczaj wuj i siostrzeniec zasiadali naprzeciw siebie punkt o jedenastej.
- Jedenasta czterdzieści sześć! - zawołał pan Dean Forsyth udając żywe niezadowolenie, by ukryć niepokój. - Nie rozumiem, dlaczego Mitz jest tak niepunktualna!
- Ależ, wuju - zaoponował Francis - już trzeci raz pukamy na próżno do drzwi!
Nie odpowiadając pan Dean Forsyth skierował się na schody, gdy tymczasem Omikron, który zazwyczaj podawał do stołu, pozostał i czekał na powrót słońca.
Wuj i siostrzeniec weszli do sali jadalnej.
Mitz już tam była. Spojrzała swemu panu prosto w oczy, a on spuścił głowę.
- A Mokrynos? - zapytała Mitz, która w prostocie ducha w ten sposób wymawiała piątą samogłoskę alfabetu greckiego.
- Jest zajęty na górze - odpowiedział Francis Gordon. - Obejdziemy się dzisiaj bez niego.
- Z przyjemnością! - oświadczyła Mitz naburmuszonym tonem. - Może zostać w swoim serwatorium, jak długo mu się podoba. Wszystko pójdzie lepiej bez tego niedojdy.
Zaczęło się śniadanie. Wszyscy jedli w milczeniu. Mitz, która zazwyczaj chętnie rozmawiała przynosząc półmiski i zmieniając nakrycia, tym razem nie otwierała ust. Cisza była przygniatająca, atmosfera wielce naprężona. Francis Gordon, pragnąc przerwać ten nastrój, zapytał, aby coś powiedzieć:
- Jak spędziłeś poranek, wuju? Czy jesteś zadowolony?
- Nie - odpowiedział Dean Forsyth. - Stan nieba był niepomyślny i niepogoda dokuczyła mi dziś specjalnie.
- Czyżbyś był na tropie jakiegoś odkrycia astronomicznego?
- Myślę, że tak, Francisie. Lecz nie mogę nic twierdzić stanowczo, póki nowa obserwacja...
- Więc to to - przerwała Mitz sucho - nurtuje pana od tygodnia do tego stopnia, że tkwi pan jak przyrośnięty na swojej wieży i wstaje pan po nocach. Tak! Trzy razy ostatniej nocy! Dobrze pana słyszałam, nie mam, dzięki Bogu bielma na oczach - dodała w formie odpowiedzi na gest swego pana i zapewne, by dać do zrozumienia, że jeszcze nie jest głucha.
- Rzeczywiście, moja Mitz - przyznał pan Dean pojednawczym tonem.
Zbyteczna słodycz!
- Odkrycie astrokomiczne! - podjęła zacna gospodyni z oburzeniem. - Kiedy się w panu żółć obróci, kiedy przez patrzenie w te swoje rury dostanie pan łamania w krzyżu albo zapalenia płuc, to będzie dopiero bal. Czy wtedy gwiazdy będą koło pana chodziły, a doktor każe je zażywać w pigułkach?
Sądząc po sposobie, w jaki rozpoczął się dialog, Dean Forsyth zrozumiał, że lepiej będzie nie odpowiadać. Jadł dalej w milczeniu, tak jednak zmieszany, że kilkakrotnie mylił szklankę z talerzem.
Francis Gordon usiłował podtrzymywać rozmowę, lecz z takim skutkiem, jakby rozprawiał na pustyni. Jego wuj, wciąż jeszcze ponury, zdawał się go nie słyszeć. Francis zaczął więc wreszcie mówić o pogodzie. Gdy się nie ma tematu, rozmawia się o pogodzie obecnej, przeszłej lub przyszłej.
Problem to niewyczerpany, dostępny dla każdego poziomu umysłowego. Atmosferyczne kwestie interesowały zresztą pana Deana Porsytha. Tak więc w pewnym momencie, gdy na skutek zagęszczenia chmur w pokoju zrobiło się jeszcze ciemniej, podniósł głowę, spojrzał w okno i zawołał wypuszczając widelec z ręki:
- Czyż te przeklęte chmury nie ustąpią wreszcie, choćby za cenę ulewy?
- Doprawdy - oświadczyła Mitz - po trzech tygodniach suszy ulewa by się przydała. Ziemia prosi o deszcz.
- Ziemia! Ziemia! - mruknął pan Forsyth z tak zupełnym lekceważeniem, że wywołał tym odpowiedź starej sługi.
- Tak, panie, ziemia. Wyobrażam sobie, że warta jest co najmniej tyle, co niebo, z którego pan nie chce nigdy zejść... nawet na śniadanie.
- Ależ, kochana Mitz - przerwał Francis Gordon przymilnie.
Na próżno. Mitz nie była usposobiona do czułości.
- Nie ma żadnej "kochanej Mitz" - ciągnęła tym samym tonem. - Doprawdy nie warto wyłazić ze skóry, aby oglądać księżyc, jeśli się nie wie, że na wiosnę padają deszcze. Jeśliby nie padało w marcu, kiedyby właściwie miało padać? Chciałabym to wiedzieć.
- To prawda, drogi wuju - potwierdził siostrzeniec - jest marzec, początek wiosny, i trzeba się z tym pogodzić. Ale niebawem przyjdzie lato i będziesz miał czyste niebo. Będziesz mógł wówczas kontynuować twoje prace w lepszych warunkach. Trochę cierpliwości, wuju!
- Cierpliwości, Francisie? - odpowiedział pan Forsyth, którego czoło było zachmurzone nie mniej niż niebo. - Cierpliwości! A jeśli on odsunie się tak daleko, że nie będzie go można dostrzec? A jeśli nie ukaże się więcej nad horyzontem?
- On? - przerwała Mitz. - Co za on?
W tym momencie usłyszano głos Omikrona:
- Proszę pana! Proszę pana!
- Coś nowego! - zawołał pan Forsyth odpychając szybko krzesło i kierując się ku drzwiom.
Nie dotarł jeszcze do nich, gdy jaskrawy promień wpadł przez okno, zapalając drobne iskierki w szklankach i butelkach na stole.
- Słońce! Słońce! - powtarzał pan Forsyth biegnąc po schodach.
- Skaranie boskie! - zawołała Mitz siadając na krześle. - Poszedł znowu, a kiedy się zamknie ze swoim Mokrymnosem w serwatorium, będzie go można wołać a wołać... Szukaj wiatru w polu! Śniadanie zje się samo, za sprawą Ducha Świętego. I to wszystko dla gwiazd!
Tak wyrzekała Mitz swym obrazowym językiem, choć pan już nie mógł jej słyszeć. Zresztą gdyby ją nawet słyszał, elokwencja jej poszłaby i tak na marne.
Pan Forsyth, zdyszany wchodzeniem po schodach, wkraczał właśnie do swego obserwatorium. Wiatr południowozachodni wzmógł się i przegnał chmury ku wschodowi. Szeroki pas błękitu odsłonił aż po zenit całą tę część nieba, gdzie został zauważony meteor. Izbę oświetlały promienie słońca.
- No i co? - zapytał pan Forsyth. - Co nowego?
- Słońce - odrzekł Omikron - ale nie na długo, gdyż chmury znów ciągną z zachodu.
- Nie ma chwili do stracenia! - zawołał pan Forsyth nastawiając lunetę, gdy tymczasem sługa czynił to samo z teleskopem.
Z jakąż namiętnością kierowali swymi instrumentami w ciągu mniej więcej czterdziestu minut! Z jakąż cierpliwością manewrowali śrubą, by utrzymać je we właściwej pozycji! Z jak drobiazgową uwagą przetrząsali wszelkie zakątki tej części sfery niebieskiej! Właśnie pod takim kątem wzniesienia na prawo i w takim pochyleniu meteor ukazał się po raz pierwszy, by przejść następnie dokładnie przez zenit Whastonu. Byli tego pewni.
I nic! Nic w tym miejscu! Pusty był cały obszar oczyszczony z chmur, który dawał meteorom tak wspaniały teren do przechadzki! Ani jednego punktu widzialnego w tym kierunku! Ani śladu asteroidu.
- Nic! - powiedział pan Dean Forsyth wycierając oczy zaczerwienione od krwi, która nabiegła do powiek.
- Nic - powtórzył Omikron jak płaczliwe echo.
Było już za późno na dalsze wysiłki. Chmury wracały, niebo ciemniało znowu. Koniec przejaśnienia, tym razem na cały dzień! Wkrótce nagły utworzyły jednolitą, brudnoszarą masę i skropliły się w drobny deszcz. Należało zrezygnować z wszelkich obserwacji, ku wielkiej rozpaczy pana i sługi.
- A jednak - rzekł Omikron - jesteśmy pewni, żeśmy go widzieli.
- Jeszcze jak pewni! - zawołał pan Forsyth wznosząc ramiona ku niebu.
I tonem, w którym niepokój mieszał się z zazdrością, dodał:
- Jesteśmy aż nazbyt pewni, gdyż i inni mogli go widzieć tak jak my. Obyśmy byli jedynymi odkrywcami! Brakowałoby tylko, żeby go dostrzegł także i Sydney Hudelson!
Skała uciekająca
Nie zapomniano zapewne dotąd wypadku dziwnego, niepojętego i trudnego do objaśnienia zjawiska, jakim się odznaczył rok 1866. Nie mówiąc już o pogłoskach niepokojących ludność portów i zajmujących ogół na wszystkich lądach, dodać wypada, że marynarze byli najmocniej zaniepokojeni. Kupcy, armatorzy, dowódcy okrętów, szyprowie i sternicy statków europejskich i amerykańskich, oficerowie marynarki wojennej wszystkich krajów, a nawet rządy różnych państw obu lądów do najwyższego stopnia zajęci byli tym wydarzeniem.
Od niejakiego czasu okręty napotykały na morzu "jakąś rzecz ogromną", przedmiot długi, kształtu wrzecionowatego, niekiedy świecący, nieskończenie większy i szybszy od wieloryba.
Fakty tyczące się tego zjawiska, notowane w dziennikach okrętowych, zgadzały się zupełnie w szczegółach o budowie przedmiotu, czy też jestestwa, o którym mowa, również jak o szybkości niesłychanej jego ruchów, zadziwiającej sile posuwania się, o żywotności nareszcie szczególnej, jaką zdawał się być obdarzony. Jeśli to był wieloryb, to wielkością przewyższał wszystkie gatunki, jakie nauka dotąd określiła. Ani Cuvier, ani Lacépede, ani Dumeril, ani de Quatrefages nigdzie dotąd nie wspomnieli o istnieniu takiego potwora - a więc zapewne i nie widzieli go na własne oczy, oczy uczonych.
Wziąwszy pod uwagę średni wynik spostrzeżeń wielokrotnych, odrzucając wątpliwe oznaczanie długości tego przedmiotu na dwieście stóp, równie jak i przesadzone opisy dające mu milę szerokości, a trzy mile długości, można jednakże utrzymywać, że ta istota fenomenalna (jeśli tylko istniała rzeczywiście) przewyższała o wiele rozmiary dotąd przez ichtiologów stwierdzone.
Istnieniu jej jednak zaprzeczyć było niepodobna, bo fakt sam w sobie był niezaprzeczalny; wziąwszy zaś pod uwagę skłonność mózgu ludzkiego do cudowności, zrozumiemy, jakie wrażenie na całym świecie sprawiło to nadzwyczajne zjawisko. Stanowczo trzeba się wyrzec zaliczenia go do rzędu bajek.
I w rzeczy samej, dnia 20 lipca 1866 roku parowiec Governor Higginson należący do towarzystwa Calcutta and Burmah Steam Navigation Company, spotkał tę masę poruszającą się w odległości pięciu mil na wschód od wybrzeży Australii. Kapitan Beker sądził zrazu, że trafił na skałę nieznaną; już nawet zabierał się do oznaczenia dokładnego jej położenia, gdy nagle dwa słupy wody ze świstem tryskać zaczęły z tego niepojętego przedmiotu na wysokość stu pięćdziesięciu stóp. Jeśli zatem we wnętrzu tej skały nie istniało ukryte źródło gorące wybuchające periodycznie, to okręt widocznie miał do czynienia z jakimś ssącym wodnym zwierzęciem, nieznanym dotąd, wyrzucającym przez swe nozdrza słupy wody zmieszanej z powietrzem i parą.
Takiż sam fakt zauważył dnia 23 lipca tego samego roku na morzach Oceanu Spokojnego Cristobal Colon, statek należący do West India and Pacific Steam Navigation Company. Tak więc ten nadzwyczajny wieloryb mógł się przenosić z miejsca na miejsce z szybkością zadziwiającą, bo w przerwie trzech dni tylko Governor Higginson i Cristobal Colon widziały go na dwóch punktach, o siedemset mil morskich od siebie oddalonych.
W piętnaście dni później, a o dwa tysiące mil stamtąd, Helvetia, okręt należący do Compagnie Nationale, i Shannon należący do Royal Mail, płynące z różnych stron po Oceanie Atlantyckim pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi, przy spotkaniu się zakomunikowały sobie nawzajem wiadomość o dostrzeżeniu potwora pod 42° 15' szerokości północnej, a 60° 35' długości na zachód od południka Greenwich. Z tych relacji obustronnych można było oznaczyć długość zwierzęcia co najmniej na trzysta pięćdziesiąt stóp angielskich, gdyż Shannon i Helvetia były mniejsze od niego, jakkolwiek każdy z tych statków miał sto metrów długości. Największe wieloryby napotykane w okolicach Wysp Aleuckich, Kulammok i Umgullil nigdy nie miały więcej niż pięćdziesiąt sześć metrów długości, a i tej rzadko kiedy dochodziły.
Takie wieści nadchodzące jedne po drugich, nowe spostrzeżenia czynione na pokładzie zaatlantyckiego statku Pereire, protokół sporządzony przez oficerów francuskiej fregaty La Normandie, bardzo gruntowne spostrzeżenia zebrane przez sztab komandora Fitz-James na statku Lord Clyde poruszyły i zaniepokoiły opinię publiczną. W krajach lekkiego humoru żartowano ze zjawiska, ale kraje poważne i praktyczne jak Anglia, Ameryka, Niemcy, żywo się tym zajęły.
Potwór stał się modnym przedmiotem rozmowy we wszystkich wielkich miastach. Śpiewano o nim w kawiarniach, szydzono zeń w dziennikach, grano o nim sztuki w teatrze. Plotek różnorodnych było co niemiara. Gazety jedne za drugimi powtarzały baśnie o istotach urojonych i olbrzymich, począwszy od białego wieloryba, strasznego "Moby Dicka" z krańcowych stref północy, aż do bezmiernego krakena, którego macki mogły w głębiach oceanu zanurzyć statek o pięciuset tonach pojemności. Twierdzenie swe popierano powagą czasów starożytnych, zdaniem Arystotelesa i Pliniusza, którzy przypuszczali istnienie takich potworów; potem przytaczano norweskie powieści o biskupie Pontoppidan, relacje Pawła Heggede i nareszcie raporty pana Rarington, którego dobra wiara nie może być podejrzana, gdy twierdzi, że w 1857 roku, będąc na pokładzie okrętu Castillan, własnymi oczyma widział tego ogromnego węża, który do owego czasu przebywał tylko w morzach gazeciarskich dawnego "Constitutionnela".
Wybuchła nieskończona polemika pomiędzy wierzącymi i niedowiarkami, w zgromadzeniach uczonych i dziennikach naukowych. "Kwestia potwora" zapalała umysły; dziennikarze bawiący się w naukę w walce ze swymi kolegami bawiącymi się w dowcip wylali morze atramentu podczas tej pamiętnej kampanii, a niektórzy nawet i kilka kropli krwi, bo od węża morskiego doszli do napaści osobistych, najbardziej znieważających.
Przez sześć miesięcy walka trwała zawzięcie. Na poważne artykuły Brazylijskiego Instytutu Geograficznego, berlińskiej Królewskiej Akademii Nauk, Brytyjskiego Towarzystwa Naukowego, Instytutu im. Smitha w Waszyngtonie, na dyskusje pism: "The Indian Archipelago", "Cosmos" księdza Moignona, "Mitteilungen" Petermanna, na kroniki naukowe wielkich dzienników francuskich i zagranicznych drobna prasa odpowiadała z werwą niewyczerpaną. Dowcipni jej pisarze, parodiując zdanie Linneusza przytoczone przez przeciwników potwora, utrzymywali, że istotnie "przyroda nie tworzyła głupców" i zaklinali swych współczesnych, aby jej nie krzywdzili, przypuszczając istnienie jakichś krakenów, węży morskich, Moby Dicków i innych mozolnie spłodzonych niedorzeczności morskich. Nareszcie w artykule pewnego z najniebezpieczniejszych dzienników satyrycznych, jeden z jego redaktorów rzucił się na potwora jak Hipolit, zadał mu cios ostatni i dobił wśród głośnych wybuchów śmiechu ogólnego. Dowcip pokonał naukę!
W pierwszych miesiącach 1867 roku kwestia zdawała się stanowczo pogrzebana raz na zawsze, gdy oto nowe fakty podane zostały do wiadomości publicznej. Nie chodziło już o rozwiązanie zagadnienia naukowego, ale o uniknienie rzeczywistego i bardzo groźnego niebezpieczeństwa. Potwór stał się teraz wysepką czy skałą podwodną, ale skałą uciekającą, nieuchwytną, nieokreśloną.
Dnia 5 marca 1867 roku okręt Moravian należący do Montreal Ocean Company, znajdując się nocną porą pod 27° 30' szerokości i 72° 15' długości, uderzył prawym bokiem swej rufy o skałę, której w tym miejscu żadna karta nie oznaczała. Party siłą wiatru i swoich czterechset koni parowych, pędził z szybkością trzynastu węzłów na godzinę. Doskonałej więc tylko budowy spód Moraviana, jakkolwiek przedziurawiony przy tym wypadku, ocalił okręt od zatonięcia, wraz z 237 podróżnymi, których wiózł do Kanady.
Wypadek ten zdarzył się około piątej godziny z rana, właśnie gdy dnieć poczynało. Oficerowie służbowi rzucili się ku rufie i z największą uwagą badali powierzchnię oceanu, lecz nic nie dojrzeli, prócz silnego wiru jakby gwałtownie poruszonej wody, w odległości około 400 sążni. Zapisano jak najdokładniej położenie tego miejsca i Moravian popłynął spokojnie w dalszą drogę. Czy uderzył o skałę podmorską, czy też o ogromny szczątek rozbitego statku - nie wiadomo. Gdy jednak zbadano spód parowca, okazało się, że kil jest częściowo strzaskany.
Zdarzenie to, jakkolwiek bardzo ważne, byłoby zapomniane jak tyle innych, gdyby się nie powtórzyło w trzy tygodnie później i nabrało ogromnego rozgłosu z powodu wziętości towarzystwa, którego statek był własnością.
Komuż jest nieznane nazwisko sławnego armatora angielskiego, Cunarda? Ten rozumny i zręczny przemysłowiec zaprowadził w 1840 roku komunikację pocztową pomiędzy Liverpoolem a Halifaxem obsługiwaną przez trzy drewniane okręty, których koła miały po 400 koni siły, a pojemność wynosiła po 1162 tony. W osiem lat potem tabor kompanii powiększył się o cztery okręty, każdy o sile 650 koni i 1820 tonach pojemności, a jeszcze w dwa lata potem przybyły znowu dwa statki, jeszcze większej siły i większej pojemności. W roku 1853 kompania Cunard, której odnowiono przywilej przywożenia depesz, powiększała kolejno swój tabor okrętami: Arabia, Persia, China, Scotia, Java, Russia - wszystkie największego kalibru, tak że oprócz słynnego Great Eastern, żaden większy od nich statek nie pruł fal oceanu. Tak więc w 1867 roku kompania posiadała już dwanaście okrętów, to jest osiem kołowych i cztery śrubowce.
Podaję te krótkie i pobieżne szczegóły dlatego, aby każdy wiedział, jak ważne jest znaczenie tej kompanii transportów morskich znanej światu całemu ze swej rozumnej i pożytecznej działalności. Nigdy przedsiębiorstwo żeglugi zaoceanicznej nie było jeszcze z większą poprowadzone zręcznością, nigdy interes lepszym nie był uwieńczony powodzeniem. Od dwudziestu sześciu lat okręty kompanii Cunard dwa tysiące razy przepłynęły Atlantyk, a jednak ani jedna z tych podróży nie chybiła; opóźnienia nawet nigdy nie było. Nie tylko człowiek lub statek, ale nawet list żaden nigdy nie został zatracony. Dlatego też, pomimo potężnego współzawodnictwa Francji, podróżni przekładają linię kompanii Cunard nad inne, jak to się okazuje z urzędowych dokumentów lat ostatnich. Po tym wszystkim nikt nie zadziwi się, że takiego rozgłosu nabrał wypadek jednego z najpiękniejszych parowców do tej kompanii należących.
Dnia 13 kwietnia 1867 roku, przy spokojnym stanie morza i wietrze sprzyjającym, okręt Scotia znajdował się pod 15° 12' długości i 45° 27' szerokości. Płynął on z szybkością trzynastu węzłów, popychany siłą swych tysiąca koni parowych. Koła jego rozbijały wodę morską z nadzwyczajną regularnością; zanurzał się na 6 metrów 70 centymetrów, a wypychał wody 6624 metry sześcienne.
O godzinie 4 minut 18 wieczorem, gdy podróżni zebrani byli w wielkim salonie, lekkie wstrząśnienie dało się uczuć od spodu, przy kole, z lewej strony okrętu.
Okręt nie uderzył, ale był uderzony przez coś ostrego i dziurawiącego. Potrącenie tak zdawało się lekkie, że nikt by na nie uwagi nawet nie zwrócił, gdyby nie krzyk palaczów okrętowych, którzy wpadli na pomost wołając: "Toniemy! Toniemy!".
W pierwszej chwili podróżni bardzo się przejęli, ale uspokoił ich zaraz kapitan Anderson. I w rzeczy samej niebezpieczeństwo nie mogło być groźne, okręt bowiem podzielony był na siedem przedziałów szczelnymi przegrodami; w żadnym przeto wypadku woda nie mogła się wszędzie przedostać.
Kapitan Anderson udał się natychmiast na spód okrętu i stwierdził, że piąty przedział zalany był wodą, a gwałtowność jej przypływu dowodziła, że przedziurawienie musiało być dość znaczne. Na szczęście w tym przedziale nie było kotłów maszyny parowej, bo ogień byłby zalany bezzwłocznie.
Kapitan Anderson kazał jednemu z majtków nurkować dla rozpoznania uszkodzenia; po chwili dowiedziano się, że w zewnętrznym spodzie okrętu jest otwór szerokości dwóch metrów. Takiego otworu nie można było zatkać naprędce; parowiec przeto, z kołami do połowy zanurzonymi, musiał dalszą odbywać drogę.
Znajdował się on wtedy o trzysta mil od przylądka Clear, a po trzech dniach opóźnienia żywo niepokojącego Liverpool, wpłynął nareszcie do portu kompanii.
Wtedy inżynierowie przystąpili do obejrzenia okrętu wprowadzonego do doku i własnym nie wierzyli oczom. Na półtrzecia metra głęboko pod linią wodną ujrzeli rozdarcie foremne w kształcie trójkąta równoramiennego, blacha żelazna była przekrajana tak czysto jak nożycami. Narzędzie więc, którego dziełem był ten otwór, musiało posiadać hart niezwykły, a przy tym musiało uderzyć z siłą ogromną, aby przedziurawić w ten sposób blachę grubości czterech centymetrów i cofnąć się gładko ruchem wstecznym - wprost niezrozumiałym.
Taki był ten ostatni fakt, pod którego wpływem zainteresowanie ogółu wzrosło znów do najwyższego stopnia. Od tej też chwili wszystkie wypadki na morzu niemające wyraźnie oznaczonej przyczyny szły na karb potwora. Fantastyczne to zwierzę musiało dźwigać odpowiedzialność za te wszystkie rozbicia, których liczba niestety jest bardzo znaczna, bo na trzy tysiące okrętów, o których zaginięciu corocznie donosi Bureau Veritas, liczba parowców i żaglowców uważanych za stracone z powodu zupełnego braku wiadomości o nich dochodzi do dwustu.
Odtąd tedy, słusznie czy niesłusznie, "potwora" obwiniano o ich zgubę; a ponieważ z tego powodu drogi pomiędzy różnymi lądami stawały się coraz mniej bezpieczne, głos przeto powszechny zaczął się stanowczo i kategorycznie domagać, aby nareszcie pomyślano o uwolnieniu mórz od tego strasznego wieloryba.
Za i przeciw
W czasie, gdy zaszły te wypadki, powracałem z wycieczki naukowej do niezdrowych okolic Nebraski w Stanach Zjednoczonych, dokąd mnie rząd francuski wysłał razem z wyprawą jako nadetatowego profesora paryskiego Muzeum Historii Naturalnej. Po sześciu miesiącach spędzonych w Nebrasce, obładowany szacownymi zbiorami, przybyłem do Nowego Jorku pod koniec marca. A że odjazd mój do Francji oznaczony był dopiero na pierwsze dni maja, zająłem się więc uporządkowaniem moich bogactw mineralogicznych, botanicznych i zoologicznych, gdy oto zdarzył się wypadek z okrętem Scotia.
Znałem doskonale całą tę sprawę będącą na porządku dziennym i czy mogło być inaczej? Choć wertowałem wszystkie dzienniki europejskie i amerykańskie, to jednak nic mi one nie wyjaśniły. Tajemnica ta mocno mnie intrygowała. Nie mogąc sobie wyrobić żadnego zdania, bujałem myślą pomiędzy ostatecznościami. Że było coś, to najmniejszej nie ulegało wątpliwości, a niewierni mogli palcem dotknąć rany okrętu.
Gdym przybył do Nowego Jorku, kwestia ta była w fazie największego rozgorączkowania. Przypuszczenia o wyspie pływającej, o nieuchwytnej skale podmorskiej, przez nieudolne umysły podtrzymywane, stanowczo odrzucono. W rzeczy samej, jeśli ta skała we wnętrznościach swoich nie miała maszyny, to jakże mogła przenosić się z miejsca na miejsce i to z taką jeszcze szybkością nadzwyczajną?
Z tej samej przyczyny odrzucono myśl o jakimś pływającym szkielecie okrętu.
Pozostawały więc dwa tylko możliwe rozwiązania tej kwestii i z nich też powstały dwa różne stronnictwa: jedno utrzymujące, że to był potwór siły kolosalnej - inne, że to była łódź podwodna o ogromnej sile poruszającej.
Ostatnie przypuszczenie, jakkolwiek prawdopodobne, nie zgadzało się z poszukiwaniami, jakie robiono na obu półkulach. Trudno przypuszczać, aby człowiek prywatny miał na swe rozkazy taki przyrząd mechaniczny. Gdzie i kiedy kazałby go zbudować i jakim sposobem budowę tę mógłby utrzymać w tajemnicy?
Tylko rząd jakiś mógłby posiadać podobną maszynę niszczącą, a w tych nieszczęśliwych czasach, kiedy geniusz człowieka wysila się na pomnożenie środków wojowania, bardzo było do prawdy podobne, że jedno z państw postarało się o taką ogromną machinę. Po chassepotach torpedy, po torpedach tarany podmorskie (monitory), po czym reakcja. Przynajmniej tak się spodziewam.
Lecz i to przypuszczenie maszyny wojennej upadło znowu wobec oświadczeń urzędowych. Ponieważ zaś cierpiały na tym komunikacje zaoceaniczne, nie można było wątpić o szczerości rządów. Zresztą jak przypuścić nawet, aby budowa takiego statku podmorskiego mogła ujść uwadze publicznej? W takich okolicznościach zachowanie tajemnicy jest bardzo trudne dla człowieka prywatnego; dla państwa zaś, którego wszystkie czynności śledzone są przez potęgi nieprzyjazne - niemożliwe.
Tak więc po poszukiwaniu w Anglii, Rosji, Prusach, Hiszpanii, Włoszech, Ameryce, a nawet i Turcji, przypuszczenie monitora podmorskiego całkiem upadło.
Wrócono więc do myśli o potworze, pomimo nieustannych żarcików, jakimi prześladowała tę myśl prasa brukowa i na tej drodze wyobraźnia zapuściła się w najniedorzeczniejsze marzenia ichtiologii fantastycznej.
Po moim przybyciu do Nowego Jorku wiele osób zaszczyciło mnie zapytywaniem o to zjawisko. Ogłosiłem we Francji drukiem dzieło in quarto w dwóch tomach pod tytułem: Tajemnice wielkich głębin podmorskich. Wobec tej książki, łaskawie przyjętej przez świat naukowy, uchodziłem za specjalistę w tej dość ciemnej części historii naturalnej. Zapytano mnie o zdanie. Dopóki mogłem, zaprzeczałem rzeczywistości faktu; lecz wkrótce przyparty, jak to mówią, do muru, musiałem wytłumaczyć się kategorycznie. Nawet "New York Herald" wezwał publicznie czcigodnego Piotra Aronnax'a, profesora Muzeum Paryskiego, do wydania jakiegokolwiek sądu w tej sprawie.
Ponieważ nie mogłem dłużej milczeć, rozważyłem przeto zagadnienie pod wszystkimi jego politycznymi i naukowymi względami i podaję tu zakończenie artykułu bardzo treściwego, jaki ogłosiłem w numerze z 30 kwietnia.
"Tak więc - pisałem - zbadawszy jeden po drugim wszystkie wnioski i odrzuciwszy wszelkie domniemania, wypada koniecznie przypuścić istnienie jakiegoś zwierzęcia morskiego z siłą nadzwyczajną.
Wielkie głębie Oceanu są nam całkowicie nieznane. Co się dzieje w tych przepaściach bezdennych? Jakie istoty mieszkają i mogą mieszkać na głębokości dwunastu czy piętnastu mil (angielskich) pod powierzchnią wód! Jaki jest organizm tych zwierząt? Zaledwie domyślać się tego można.
Jednakże zadanie przedstawione mi do rozwiązania może przybrać formę dylematu.
Albo znamy całą rozmaitość istot zamieszkujących naszą planetę, albo ich nie znamy.
Jeśli ich nie znamy, jeśli przyroda ma jeszcze dla nas tajemnice co do ichtiologii, nic łatwiejszego jak przypuścić istnienie ryb lub wielorybów, gatunków, albo nawet rodzajów nowych, z organizacją prawdziwie głębinową, zamieszkujących warstwy niedostępne ołowiance, sprowadzanych na wyższy poziom oceanu w pewnych długich przerwach, czy to przypadkiem, czy przez fantazję jakąś tych zwierząt.
Przeciwnie, jeśli znamy wszystkie gatunki żyjące, wypada koniecznie szukać zwierzęcia tego pomiędzy istotami morskimi już opisanymi, a w takim razie gotów jestem przypuścić istnienie narwala olbrzymiego. Narwal pospolity, czyli jednorożec morski, dochodzi często do sześćdziesięciu stóp długości.
Powiększcie pięć, dziesięć nawet razy rozmiary tego zwierzęcia, dajcie mu siłę odpowiednią i odpowiednią broń zaczepną, a będziecie mieli zwierzę żądane. Będzie ono miało rozmiary oznaczone przez oficerów statku Shannon, narzędzia odpowiednie zdolne do uszkodzeń takich jak przedziurawienie okrętu Scotia i siłę potrzebną do nadwyrężenia steamera.
W rzeczy samej narwal uzbrojony jest pewnym rodzajem miecza z kości, albo halabardą, według wyrażenia niektórych przyrodników. Jest to ząb główny, jak stal twardy. Znaleziono kilka takich zębów zagłębionych w ciałach wielorybów, z którymi narwal zwykle walczy. Niekiedy taki sam ząb narwala trudno bywało wyrwać ze spodniej części okrętu, którą wskroś takim zębem przeszył jak świdrem. Muzeum fakultetu medycznego w Paryżu posiada jeden taki ząb długości dwóch metrów i dwudziestu pięciu centymetrów, a szerokości czterdziestu ośmiu centymetrów w nasadzie.
Otóż wyobraźcie sobie broń dziesięćkroć silniejszą, zwierzę dziesięćkroć potężniejsze; wypuśćcie je z szybkością dwudziestu mil na godzinę, pomnóżcie jego masę przez jego szybkość, a otrzymacie wstrząśnienie zdolne wywołać katastrofę żądaną.
Dopóki zatem nie powezmę innego przekonania, obstawać będę przy jednorożcu morskim rozmiarów kolosalnych, uzbrojonym już nie halabardą, ale prawdziwą ostrogą jak fregaty opancerzone, których on i wielkość, i siłę poruszającą posiada.
Może być, że coś innego jeszcze się okaże, lecz póki to nie nastąpi, nie ma innego sposobu wytłumaczenia sobie tego niepojętego dotąd zjawiska".
Przyznaję, że ostatnie słowa były tchórzostwem z mej strony, lecz chciałem, o ile się dało, osłonić swoją godność profesorską i nie dopuścić, aby Amerykanie śmiali się ze mnie - o co u nich nietrudno. Chciałem sobie zapewnić odwrót na wszelki wypadek, ale w gruncie rzeczy przypuszczałem istnienie "potwora".
Artykuł mój gorące wywołał dyskusje, co zjednało mu wielki rozgłos; znalazła się pewna liczba stronników mego zdania, które zresztą, podając rozwiązanie zagadnienia, zostawiało obszerne i swobodne dla wyobraźni pole. Umysł ludzki lubi te imponujące wielkością pomysły o istotach nadprzyrodzonych, dla których w morzu najwłaściwsze zdaje się być miejsce - jedyne, w którym mogą rodzić się i wzrastać te olbrzymy, w porównaniu z którymi ziemskie słonie, nosorożce itd. są karłami. Wszak ogromna masa wód morskich unosi największe gatunki znanych zwierząt ssących i może ukrywa mięczaki niezrównanej wielkości, skorupiaki przerażające powierzchownością, np. homary stu metrów długości lub kraby (raki morskie) ważące po dwieście ton! Dlaczegóż by nie? Niegdyś zwierzęta ziemskie współczesne epokom geologicznym, czworonożne i czwororęczne, gady, ptaki, miewały olbrzymie rozmiary. Nadaną im przez Stwórcę formę kolosalną czas zmniejszył powoli; ale czemuż by morze w swych głębiach nieznanych nie miało przechować tych okazów życia innego okresu, skoro samo nie ulega zmianom takim, jakim ulega jądro ziemi, ciągle się prawie zmieniające? Czemuż by morze nie miało przechować w swym łonie ostatnich odmian tych rodzajów tytanicznych, dla których wiek jest rokiem, tysiąc lat - wiekiem?
Otóż dałem się porwać marzeniom, których podtrzymywać nie powinienem. Precz z urojeniami, przez rozważanie czasów ubiegłych zmieniającymi się dla mnie w straszną rzeczywistość. Powtarzam raz jeszcze, ustaliła się była opinia co do natury owego zjawiska: przyjęto bez sporu naukę o istnieniu ogromnego stworzenia, niemającego nic wspólnego z bajecznymi wężami morskimi.
Lecz gdy jedni widzieli w tym tylko zagadnienie czysto naukowe, inni, pozytywniejsi, mianowicie Amerykanie i Anglicy, byli zdania, że trzeba ocean oczyścić z tego niebezpiecznego potwora i tym sposobem zapewnić swobodną żeglugę. Dzienniki przemysłowe i handlowe z tego głównie punktu kwestię traktowały. "Shipping and Mercantile Gazette", "Lloyd", "Paquebot", "Revue Maritime et Coloniale" jako przychylne towarzystwom ubezpieczeń, które groziły podwyższeniem opłat - jednomyślnie oświadczyły się za tym.
Wobec takiego zdania opinii publicznej, Stany Zjednoczone pierwsze się oświadczyły z chęcią uczynienia jej zadość. W Nowym Jorku gotowano się do ścigania narwala. Abraham Lincoln, fregata szybka i opatrzona ostrogą, sposobiła się do rychłego wypłynięcia na morze, a dowódca jej, Farragut, zbroił się na gwałt, biorąc wszystko, co mu było potrzebne z arsenałów stojących dla niego otworem.
Od chwili właśnie, w której decydowano się ścigać potwora, potwór nie pokazał się więcej! Tak to bywa zwykle. Przez dwa miesiące nikt o nim ani słyszał, żaden go okręt nie spotkał. Zdawało się, że jednorożec wiedział o spisku, jaki się knuje przeciw niemu. Bo też tyle o nim gadano, nawet za pomocą kabla telegrafu transatlantyckiego! Żartownisie utrzymywali, że ten mądry szpaczek pochwycił w drodze telegram i skorzystał z niego.
Fregatę uzbrojono jak na daleką wyprawę, zaopatrzono w ogromne do połowu przyrządy, lecz nie wiedziano, w którą skierować ją stronę. Niecierpliwość wzrastała z dniem każdym - gdy wtem dnia 2 lipca dowiedziano się, że Tampico, parowiec krążący na linii z San Francisco w Kalifornii do Szanghaju, spostrzegł przed trzema tygodniami znowu potwora na północnych morzach Oceanu Spokojnego.
Wiadomość ta sprawiła nadzwyczajne wrażenie. Nie pozwolono Farragutowi na dwadzieścia cztery godziny zwłoki. Okręt jego zaopatrzony już był w żywność i węgiel. Z załogi nie brakowało ani jednego człowieka; pozostało tylko rozniecić ognie pod kotłami, wydobyć z nich parę i odpłynąć - czego też sam dowódca pragnął najgoręcej.
Na trzy godziny przed wyjściem Abrahama Lincolna z Brooklynu, otrzymałem list treści następującej:
Do pana Aronnax'a
Profesora Muzeum Paryskiego
Fifth Avenue Hotel
w Nowym Jorku.
Panie!
Jeśli pan chcesz uczestniczyć w wyprawie, którą przedsiębierze Abraham Lincoln, rząd Stanów Zjednoczonych z przyjemnością będzie widział Francję reprezentowaną przez pana w tym przedsięwzięciu. Kapitan Farragut zatrzymał kajutę do pańskiego rozporządzenia.Z głębokim szacunkiemSekretarz marynarki J. B. Hobson.
"Jak im się podoba"
Na trzy sekundy przed nadejściem listu pana J. B. Hobsona tylem myślał o ściganiu jednorożca, co o poszukiwaniu północno-zachodniego przejścia podbiegunowego. W trzy sekundy po odczytaniu listu czcigodnego sekretarza marynarki byłem dostatecznie przekonany, że prawdziwym celem mojego życia było ściganie tego potwora i uwolnienie świata od niego.
A jednak powracałem z przykrej podróży, strudzony i spragniony wypoczynku. Tęskniłem za moim krajem, za moimi przyjaciółmi, za moim mieszkaniem w Ogrodzie Botanicznym, za moimi kasztanami i kochanymi zbiorami. Lecz nic nie mogło mnie zatrzymać. Zapomniałem o wszystkim: o trudach, przyjaciołach, zbiorach - i anim się zawahał przyjąć ofiarę rządu amerykańskiego.
Zresztą, myślałem sobie, wszystkie drogi prowadzą do Europy, jednorożec będzie zapewne tak grzeczny, że mnie doprowadzi do wybrzeży francuskich. Szlachetne to zwierzę da się złapać na morzach Europy dla mojej jedynie przyjemności - wskutek czego będę mógł złożyć w paryskim Muzeum Historii Naturalnej przynajmniej pół metra jego halabardy kościanej.
Tymczasem jednak wypadało szukać narwala w północnej stronie Oceanu Spokojnego, co równało się powrotowi do Francji drogą na antypody.
- Conseil! - zawołałem głosem niecierpliwym.
Conseil był to mój służący. Przywiązany ten chłopiec towarzyszył mi we wszystkich podróżach. Był to dzielny Flamandczyk, którego lubiłem i który mi się takim samym wywzajemniał uczuciem. Flegmatyk z natury, akuratny z zasady, gorliwy z nawyknienia, nie dziwił się nadzwyczajnościom życia; bardzo był biegły w robocie ręcznej, sposobny do wszystkiego i na przekór swemu imieniu nigdy nie radził, nawet gdy tego żądano od niego.
Ocierając się o uczonych naszego wielkiego światka w Ogrodzie Botanicznym, Conseil nabył niejakich wiadomości. Miałem w nim bardzo biegłego specjalistę w klasyfikacjach przedmiotów należących do historii naturalnej, przebiegającego ze zręcznością akrobaty całą drabinę działów, grup, gromad, rzędów, rodzin, rodzajów, podrodzajów, gatunków i odmian. Lecz tu był kres jego wiadomości. Klasyfikowanie było jego życiem, jego namiętnością, ale też nic więcej nie umiał. Bardzo biegły w teorii klasyfikacji, mało obeznany z praktyką, nie umiałby, jak sądzę, odróżnić potfisza od wieloryba; mimo to był dzielnym i zacnym chłopcem.
Conseil od dziesięciu lat jeździł wciąż ze mną wszędzie, gdzie mnie ciągnęło pragnienie nauki. Nigdy najmniejszej nie pozwolił sobie poczynić uwagi nad długością albo trudami podróży; ochotnie pakował walizę do jakiego bądź kraju, do Chin czy Kongo, choćby najodleglej położonego. Jechał wszędzie z jednaką gotowością, a przy tym taki był zdrów, że mógł sobie żartować ze wszystkich chorób; muskuły miał tęgie, ani śladu nerwów - rozumie się w znaczeniu moralnym.
Miał lat trzydzieści - a wiek ten do wieku jego pana miał się jak piętnaście do dwudziestu. Proszę mi darować, że w taki sposób przyznaję się do mojej czterdziestki.
Jednakże Conseil miał jedną wadę. Formalista zaciekły, mówił do mnie zawsze w trzeciej osobie, co w końcu nawet drażniło.
- Conseil! - zawołałem powtórnie, zabierając się ręką drżącą z niecierpliwości do przygotowań podróżnych.
Byłem pewien gotowości mego chłopca i zazwyczaj nie pytałem go nigdy, czy chce lub nie chce jechać ze mną w podróż; teraz jednak chodziło o wyprawę, która mogła się przeciągnąć bardzo długo, o przedsięwzięcie zuchwałe, bo o ściganie zwierzęcia, które mogło zatopić fregatę jak łupinę orzecha! Było się nad czym zastanowić, nawet człowiekowi najobojętniejszemu w świecie. Co też powie Conseil?
- Conseil! - krzyknąłem po raz trzeci.
Conseil wszedł.
- Czy to mnie wołają? - zapytał.
- Tak, mój chłopcze. Przygotuj wszystko do podróży. Za dwie godziny pojedziemy.
- Jak im się podoba - spokojnie odpowiedział Conseil.
- Nie mamy ani chwili do stracenia. Zapakuj w moją walizę wszystkie moje przybory podróżne, suknie, koszule, obuwie itd., nie przebierając, byle jak najprędzej.
- A zbiory ich? - zauważył Conseil.
- Później się nimi zajmiemy.
- Jak to! A archioteria i hyracotheria, oreodonty, cheropotamy i inne ich szkielety i kadłuby?
- Pozostaną w hotelu.
- A babirusa żywa?
- Żywić ją tu będą przez czas naszej nieobecności. Zresztą wydam rozporządzenia, aby nam do Francji wysłano całą naszą menażerię.
- Więc nie powrócimy do Paryża? - zapytał Conseil.
- I owszem... Tak... Tak... - odpowiedziałem, wykręcając się - ale musimy trochę zboczyć z drogi.
- Jak im się podoba.
- Oh! To będzie drobnostka! Trochę zboczymy z drogi, nic więcej! Pojedziemy na fregacie Abraham Lincoln.
- Jak im będzie najwygodniej - spokojnie odpowiedział Conseil.
- Ty wiesz, mój przyjacielu, tu chodzi o potwora... O sławnego narwala... Pojedziemy, aby oczyścić z niego morza! Autor dzieła in quarto w dwóch tomach: O tajemnicach wielkich głębin podmorskich nie może odmówić uczestniczenia w tej wyprawie zaszczytnej... Lecz niebezpiecznej zarazem! Nie wiadomo, dokąd jedziemy! Te bestie mogą być bardzo kapryśne! Lecz pomimo to pojedziemy, tym bardziej z tak dzielnym jak Farragut dowódcą.
- Co zrobią, to i ja uczynię - odpowiedział Conseil.
- Ale pomyśl dobrze, bo nie chcę nic ukryć przed tobą. Jest to jedna z tych podróży, z których się nie zawsze powraca.
- Jak im się podoba.
W kwadrans potem nasze pakunki były gotowe. Conseil tęgo się uwinął i pewien byłem, że nic nie brakowało, bo on koszule i suknie klasyfikował równie dobrze jak ptaki i zwierzęta ssące.
Windą hotelową zjechaliśmy do wielkiego przedsionka w antresoli, skąd kilka już na dół prowadziło tylko schodków. Zapłaciłem rachunek w kantorze zawsze napełnionym interesantami. Dałem zlecenie, aby wysłano do Paryża moje paki ze zwierzętami wypchanymi i zasuszonymi roślinami; zapewniłem otwarty kredyt dość znaczny dla babirusy i wraz z Conseil'em wskoczyłem do powozu.
Za dwadzieścia franków powieziono nas z Broadway drogą na Union Square, Czwartą Avenue do rogu Bovery Street, skąd przez Katrine Street do 34 przystani. Tam powóz nasz wjechał na prom i dotarliśmy w ten sposób do Brooklynu, wielkiego przedmieścia Nowego Jorku rozłożonego na lewym brzegu rzeki Wschodniej, a w kilka minut potem byliśmy w przystani, gdzie Abraham Lincoln otworami dwóch swoich kominów wyrzucał gęste kłęby czarnego dymu.
Bagaże nasze bezzwłocznie przeniesione zostały na pomost fregaty. Wskoczyłem na pokład i zapytałem o dowódcę Farraguta. Jeden z majtków zaprowadził mnie do dziarskiego oficera, który, wyciągając rękę, rzekł:
- Pan Piotr Aronnax?
- Ja sam - odpowiedziałem. - Dowódca Farragut?
- W swojej własnej osobie. Witam pożądanego gościa w osobie szanownego profesora. Kajuta pańska jest na pańskie usługi.
Nie chcąc kapitanowi przerywać zatrudnień jego przed odjazdem, poprosiłem, aby mnie zaprowadzono do przeznaczonej mi kajuty.
Abraham Lincoln i wybrany był doskonale, i bardzo dobrze zaopatrzony, odpowiednio do swego przeznaczenia. Była to fregata wielkich rozmiarów, z przyrządami przegrzewającymi parę, które dozwalały doprowadzić jej ciśnienie do siedmiu atmosfer. Pod takim ciśnieniem średnia szybkość fregaty wynosiła osiemnaście i trzy dziesiąte mili na godzinę; prędkość to bardzo znaczna, ale jeszcze niedostateczna do walki z olbrzymim potworem.
Urządzenie wewnętrzne fregaty odpowiadało jej przymiotom żeglugowym. Byłem bardzo zadowolony z mojej kajuty, położonej na rufie w obrębie obwodu oficerskiego.
- Wygodnie nam tu będzie - rzekłem do Conseil'a.
- Tak wygodnie, z przeproszeniem pana - odpowiedział Conseil - jak rakowi pustelnikowi w ślimaczej skorupie.
Pozostawiłem Conseil'a zajętego naszymi tłumokami, a sam wyszedłem na pomost, aby się przypatrzyć przygotowaniom do podróży.
W tej chwili kapitan Farragut kazał odwiązać ostatnie łańcuchy przytrzymujące okręt w przystani Brooklynu. Tak więc, gdybym się był spóźnił o kwadrans, mniej może nawet, byłbym stracił sposobność odbycia tej wyprawy nadzwyczajnej, nadprzyrodzonej, nieprawdopodobnej, której opis, jakkolwiek rzetelny, może obudzić niedowierzanie.
Kapitan nie chciał tracić ani jednego dnia, ani jednej godziny, aby jak najprędzej dostać się na morza, na których spodziewano się spotkać potwora. Kazał zawołać głównego mechanika.
- Czy mamy dosyć pary? - zapytał.
- Tak jest - odpowiedział mechanik.
- Go ahead! - zawołał kapitan.
Na ten rozkaz przesłany maszynie za pomocą ścieśnionego powietrza, maszyniści puścili parę, która ze świstem wpadła do szybrów wpół otwartych. Długie, poziome drągi tłoków jęknęły, ruszyły z miejsca tryby wału, a śmigi śruby poczęły uderzać o fale ze wzrastającą szybkością i Abraham Lincoln poważnie wypłynął, otoczony mnóstwem małych statków parowych zapchanych ciekawymi, którzy go odprowadzali.
Przystań Brooklynu i cała część Nowego Jorku leżąca nad brzegiem rzeki Wschodniej, roiły się od tłumów ludności. Pół miliona piersi wyrzuciło w powietrze trzykrotne "hurra!". Tysiące chustek unoszących się ponad tym tłumem, powiewały ku fregacie aż do jej przybycia na wody Hudsonu, to jest do krańca tego przedłużonego półwyspu, który tworzy miasto Nowy Jork.
Wtedy fregata, płynąc od strony New Jersey wzdłuż prawego brzegu rzeki, cudnymi zasianego willami, przeszła pomiędzy fortami, które powitały ją wystrzałem swych dział największego kalibru. Abraham Lincoln odpowiedział trzykrotnym podniesieniem i opuszczeniem flagi amerykańskiej, której trzydzieści dziewięć gwiazd błyszczało na wierzchołku tylnego masztu. Potem, zwalniając bieg dla wypłynięcia na kanał zachodzący w zatokę utworzoną przez cypel Sandy Hook, przesunął się raz jeszcze około tej ławy piaszczystej, z której biegło pożegnanie tysiąca widzów.
Godzina trzecia wybiła. Pilot wskoczył do swego czółna i podpłynął do goeletki oczekującej nań pod wiatrem. Wówczas ogień podsycono, śruba uderzyła o fale jeszcze gwałtowniej; fregata popłynęła wzdłuż niskiego i żółtego brzegu Long Island, a o godzinie ósmej wieczorem całą siłą pary pędziła już po szarych wodach Atlantyku.
Rozdział 1
W niedzielę dnia 24 maja 1863 roku, stryj mój profesor Lidenbrock wracał pospiesznie do swego domku, oznaczonego Nr. 19 na Königstrasse, jednej z najdawniejszych ulic Hamburga.
Poczciwa Marta zlękła się zobaczywszy pana o niezwykłej porze, bo obiad dopiero co gotować się zaczął.
Co do mnie - powiedziałem sobie - jeśli mój stryj, najniecierpliwszy człowiek na kuli ziemskiej, jest głodnym, to on tu nam dom cały przewróci do góry nogami.
Marta uchylając nieśmiało drzwi jadalnego pokoju, z bojaźnią wybąknęła pytanie:
- Jakto! pan Lidenbrock już w domu?
- Tak jest, moja Marto ale obiad może jeszcze być niegotowym, bo niema drugiej godziny; wpół dopiero wybiło na wieży świętego Michała.
- A więc po cóż przyszedł?
- Zapewne nam to powie.
- Otóż on, ja uciekam; ale pan, panie Axel przekonaj go, że na obiad jeszcze nie czas.
To mówiąc, zacna Marta powróciła do swej kuchni.
Zostałem sam, ale anim myślał wdawać się w jakie przekonywanie człowieka zapalającego się i niecierpliwca. Już chciałem wymknąć się na górę do mego pokoju, gdy wtem zaskrzypiały drzwi od sieni; na starych drewnianych schodach rozległ się ciężki chód szanownego profesora, który też niebawem wszedł do mieszkania, a przebiegłszy prędko przez pokój jadalny, wpadł do swego gabinetu.
W przechodzie rzucił na stół swój szeroki kapelusz, ciężką laskę niecierpliwie postawił w kącie, a na mnie zawołał:
- Axel, choć ze mną!
Jeszczem się nie miał czasu opamiętać, a już profesor z największą niecierpliwością krzyczał:
- No jeszcześ to tam?
Wszedłem machinalnie do gabinetu mojego stryja,
Otto Lidenbrock nie był złym człowiekiem, ale jeśli się nie odmieni (o czem już wątpić można), to umrze strasznym oryginałem.
Był on profesorem w Johannaeum, gdzie wykładał kurs mineralogii. Na każdej lekcyi regularnie gniewał się ze dwa razy, nie dla tego żeby miał uczniów leniwych lub nieuważnych, nie chodziło mu też tak bardzo o postęp; profesorkę traktował on "subjektywnie" według wyrażenia niemieckich filozofów, dla siebie, a nie dla innych. Był to uczony egoista, studnia wiedzy, skrzypiąca strasznie za każdym razem, gdy z niej co wydobyć chciano - słowem, skąpiec swego rodzaju.
Takich profesorów, dość często w Niemczech napotkać można.
Na nieszczęście, stryj mój nie posiadał daru łatwego wysłowienia się, mianowicie gdy występował publicznie. Jestto niedostatek przykry nader dla człowieka przymuszonego częściej odzywać się wśród licznych zgromadzeń. Często się zdarzało, że podczas wykładu w Johannaeum, profesor zaciął się, szukając zbuntowanego wyrazu, który nie chciał mu przyjść na wargi; jąkał się, męczył, a w końcu pod nosem wybąknął krótkie przekleństwo. Ztąd pochodziło gniewliwe jego usposobienie.
W mineralogii mnóstwo się napotyka nazw nawpół greckich, nawpół łacińskich, trudnych do wymówienia. Nie chcę dyskredytować tej nauki, ani też kogo do niej zniechęcać, Boże mię zachowaj! lecz przekonany jestem, że najwprawniejszy nawet język, zatnie się nieraz przy wymienieniu krystalizacyj rhomboedrycznych, żywic retinoasfaltowych, genelitów, fangasitów, molibdanów ołowiu, tungstanów manganezu i tytanjanów cyrkony.
Zresztą, miasto całe znało doskonale tę drobną ułomność mojego stryja, a słuchacze jego z góry wiedzieli, w którem miejscu szanowny profesor zapomni języka w ustach; czekali na to, śmieli się z jego kłopotu i przyprowadzali go przez to do największej pasyi, co nawet na Niemców jest nieprzyzwoite.
Jeżeli więc był zawsze napływ słuchaczy na lekcyach Lidenbrocka, jakżeż pilnie uczęszczali na nie ci, którzy przychodzili głównie w celu naśmiania się z gniewów profesora.
Cokolwiekbądź, przyznać jednak potrzeba koniecznie, że stryj mój był prawdziwie uczonym człowiekiem. Prawda, że często niszczył i łamał swe okazy, nieuważnie i niecierpliwie ich próbując, przy tem wszystkiem jednak był i genialnym geologiem, i wybornym a wprawnym mineralogiem. Mając przed sobą młotek, sztyft stalowy, igłę magnesową, metalową dmuchawkę i flaszeczkę z kwasem saletrzanym, był co się nazywa w swoim żywiole. Minerał każdy z łomliwości jego, z twardości, z pozoru, z topliwości lub zapachu, rozpoznawał od razu i bez wahania zaliczał do jednego z sześciuset znanych dotąd nauce rodzajów.
I nic też dziwnego, że nazwisko profesora Lidenbrocka zaszczytnie znane i powtarzane było w gimnazyach i wszystkich towarzystwach uczonych całego kraju. Znakomici mężowie, jak Humphry Davy, Humboldt, oraz kapitan Franklin i Sabine, mieli sobie za obowiązek odwiedzić go w czasie swego przez Hamburg przejazdu, a Becquerel, Ebelmen, Brewster, Dumas i Milne-Edwards, często w najtrudniejszych kwestyach chemicznych rad jego zasięgali. Nauka też ważne mu zawdzięcza odkrycia; a w 1855 roku, w Lipsku ukazał się nawet na widok publiczny "Traktat krystallografii transcendentalnej" napisany przez profesora Ottona Lidenbrocka, wielka in folio, z licznemi tablicami księga, która pomimo to nie zwróciła nakładcy kosztów wydania.
Wobec takiej to figury, znajdowałem się w tej chwili. Wyobraźcie sobie człowieka chudego, wysokiego, z żelaznem zdrowiem, z włosami blond, które mu na pierwszy rzut oka, z jaki dziesiątek lat odejmowały od jego pięćdziesiątki. Oczy jego ruchliwe, wciąż biegały poza ogromnemi okularami; nos długi i cienki podobny był do klingi wyostrzonej. Złośliwcy rozpuszczali nawet pogłoskę, że nos szanownego profesora był namagnesowany tak, że przyciągał do siebie opiłki żelazne; ale upewnić was mogę czytelnicy, że to było czystem oszczerstwem. Znam doskonale nos mojego stryjaszka i wiem dokładnie, że oprócz ogromnej dozy tabaki nic innego do siebie nie przyciąga.
Gdy dodam w końcu, że profesor Lidenbrock, półsążniowe stawiał kroki, a idąc trzymał pięście szczelnie zaciśnięte - co jest niezawodnym znakiem niecierpliwego usposobienia, sądzę że po tym opisie każdy go poznał od razu, choć może nie wszyscy radziby szukać jego towarzystwa.
Mieszkał on - jak to już wyżej powiedziałem - na Königstrasse, we własnym domku nawpół z drzewa, nawpół z cegły zbudowanym, którego front wychodził na jeden z owych krętych kanałów, których mnóstwo krzyżuje się w jednej z najdawniejszych dzielnic Hamburga, niedotkniętej pożarem 1862 roku.
Domek pochylał się już nieco od starości, a dach na nim był zbakierowany. jak czapka na głowie studenta z Tugendbundu; cała powierzchowność jego wiele do życzenia pozostawiała, ale przy tem wszystkiem nieźle jeszcze wyglądał, a nawet nieco ozdoby dawał mu stary wiąz szeroko rozpościerający swe gałęzie, który wpuszczał na wiosnę swe kwieciste paczki w szyby u okien.
Stryj mój dość był bogatym, jak na profesora niemieckiego. W domu który ze wszystkiemi przynależytościami jego był własnością, przebywała chrzestna jego córka, milutka siedmnastoletnia Graüben, poczciwa stara Marta i ja, który w charakterze synowca i sieroty, zostałem pomocnikiem jego, jako preparator przy robieniu doświadczeń.
Przyznać się muszę, że z gustem i zamiłowaniem oddawałem się nauce geologii; w żyłach moich płynęła krew mineraloga, i nigdym się nie znudził w towarzystwie moich ukochanych kamyków.
W ogóle można było swobodnym być i szczęśliwym w domku na Königstrasse, pomimo niecierpliwości jego właściciela, który kochał mnie bardzo, choć często szorstko się ze mną obchodził. Lecz cóż on temu był winien, że czekać całkiem nie umiał, że zawsze mu było pilno?
Kiedy naprzykład w kwietniu zasadził w doniczkach swego salonu rezedę, lub inny jaki kwiateczek, to codzień rano przychodził pociągać listki, chcąc przez to wzrost ich przyśpieszyć.
Z takim oryginałem nie było co żartować i słuchać go koniecznie było potrzeba; wszedłem prędko do gabinetu profesora.
Rozdział 2
Gabinet ten był prawdziwem muzeum. Wszystkie okazy państwa kopalnego znajdowały się tam ułożone i opatrzone etykietami w największym porządku, odpowiednio do trzech podziałów minerałów, na niepalne, metaliczne i kamienie.
Jakżeżto ja się doskonale znałem z całą tą kolekcyą! Ileż to razy, zamiast iść bawić się z chłopcami mojego wieku, wolałem czyścić okurzać i porządkować te grafity, antracyty, węgle, lignity, torfy, smółki, żywice i sole organiczne, tak niecierpiące najmniejszego pyłu; i te metale od żelaza do złota, których wartość względna, niknęła wobec absolutnej równości okazów naukowych; i wszystkie te kamienie nareszcie, które wystarczyłyby do całkowitego odbudowania naszego domku na Königstrasse. nawet z dodaniem jednego więcej pokoiku dla mnie. któryby mi się tak był przydał.
Lecz wchodząc do gabinetu nie myślałem bynajmniej o tych cudach; stryj zajmował mnie wyłącznie w tej chwili. Siedział on w szerokim fotelu, pokrytym aksamitem utrechtskim, trzymająca w ręku książkę, na którą spoglądał z niemem uwielbieniem.
- Ach co za książka! co za książka! - wołał.
Wykrzyknik ten przypomniał mi, że profesor Lidenbrock w wolnych od zajęć chwilach, był także i bibliomanem; lecz książka, lub stary jaki szpargał wtedy dopiero miały wartość dla niego, kiedy były albo bardzo trudne do znalezienia, albo też całkiem nieczytelne.
- A więc - rzekł do mnie - czyż nie widzisz? ależ to ja odkryłem skarb nieoceniony, szperając dziś rano w sklepiku żyda Heveliusa.
- Pyszna! - odpowiedziałem z wyraźnie nakazanym zapałem.
W rzeczy samej, nie miałem bynajmniej ochoty zapałać się do jakiegoś tam starego rupiecia in quarto, którego grzbiet i boki oprawne były w grubą cielęcą skórę, a wyżółkłe karty przełożone wypłowiałą i bezbarwna zakładką.
Szanowny profesor nie przestawał tymczasem głośno podziwiać swego nabytku.
- Patrz - mówił, rozmawiając sam z sobą - patrz jakie to piękne! Prawda że cudowne? A co za oprawa! A z jaką otwiera się i zamyka łatwością! Co za pyszna oprawa, kiedy po siedmiuset latach istnienia, ani jednego nie widać pęknięcia! Jestem pewny, że najsłynniejsi introligatorzy, jak Bozerian, Closs lub Purgold, chętnieby się do tej roboty przyznali.
Tak rozmawiając, stryj mój otwierał i zamykał książkę z radością studenta; wypadało mi zapytać o treść tego szacownego dzieła, choć jeśli mam prawdę wyznać, nie bardzo tego byłem ciekawy.
- A jakiż jest tytuł tego cudownego woluminu? - spytałem nieśmiało, udając zajęcie.
- Dzieło to - odrzekł mi stryj z zapałem - jest Heims - Kringla, przez Snorre Turlesona, słynnego w XII-tym wieku autora Islandzkiego; jestto kronika królów Norwegskich, panujących w Islandyi.
- Czy być może? - zawołałem, siląc się na udawanie - i zapewne jest to tłomaczenie na język niemiecki?
- Maszże tobie - wrzasnął profesor - tłomaczenie! a cóżbym ja robił z twojem tłomaczeniem! Ktoby tam dbał o tłomaczenie! To jest utwór oryginalny w języku islandzkim, owem pysznem narzeczu, tak bogatem i prostem zarazem, które i najrozmaitsze kombinacye gramatyczne i rozliczne odmiany słów posiada.
- Tak samo jak i język niemiecki - wtrąciłem z niejaką dumą.
- Tak - odpowiedział stryj, wzruszając ramionami - z tą tylko wszakże różnicą, że język islandzki posiada trzy rodzaje jak grecki, a deklinuje imiona własne jak łaciński.
- A druk tej książki - znowu zapytałem, zaczynając się naprawdę wstydzić swojej obojętności - czy ładny i wyraźny.
- Druk! a któż ci tu o druku powiedział, szalony dzieciaku! Druk mu przyszedł do głowy! On myśli że to drukowana książczyna! Ależ nieuku, to jest rękopism i do tego rękopism runiczny!
- Runiczny?
- Tak, runiczny! teraz mi się spytasz zapewne o znaczenie tego wyrazu.
- Bynajmniej - odpowiedziałem tonem człowieka obrażonego w swojej miłości własnej.
Stryj nie zważając na to, począł mi objaśniać i tłomaczyć rzeczy, których wcale nie byłem ciekawy.
- Runa - mówił mi - są to głoski pisma niegdyś na Islandyi używanego, a według tradycyi, przez Odina samego wynalezione. Masz tu oto, przypatrz się i podziwiaj te typy, wyszłe z wyobraźni samego bóstwa.
Zamiast odpowiedzi, schyliłem głowę z uszanowaniem, gdy wtem wypadek niespodziany, zmienił nagle tok naszej rozmowy.
Ze starej księgi wypadł na ziemię kawał brudnego i zaplamionego pargaminu.
Stryj mój chciwie schwycił to cacko. Stary jakiś dokument, od niepamiętnych może czasów zamknięty w zapleśniałej księdze, musiał koniecznie ogromną mieć wartość w jego oczach.
- Co to jest? - zawołał i w tejże chwili starannie rozwinął na stoliku kawałek pargaminu, długi na pięć a szeroki na trzy cale, na którym w liniach poprzecznych wpisane były tajemnicze głoski runa.
Oto jest dokładna podobizna tych cudacznych znaków, które tu podaję dla tego, że one doprowadziły profesora Lidenbrock'a i jego synowca, do najdziwaczniejszego może w XIX-tym wieku przedsięwzięcia.
Profesor przez chwilę z wielka uwagą przypatrywał się tym znakom, nareszcie podnosząc okulary rzekł:
- Tak, to są runa podobne zupełnie do tych, jakie są w rękopiśmie Snorre Turlesona. Lecz co one mogą znaczyć?
Ponieważ miałem to przekonanie, że runa wymyślili uczeni dla mistyfikowania poczciwych ludzi, nie bardzo więc dziwiłem się, że stryj ich nie rozumiał, o czem przynajmniej wnosić mogłem z konwulsyjnego ruchu jego palców.
- Jest to jednakże stary islandzki język - mruczał przez zęby.
A profesor Lidenbrock musiał się dobrze znać na tem, bo uchodził za prawdziwego polyglottę. Nie mówił wprawdzie dwoma tysiącami języków i czterema tysiącami narzeczy znanych i używanych na kuli ziemskiej, ale jednak umiał ich dość, jak na jednego człowieka.
Trudność świeżo napotkana, obudziła w nim całą gwałtowność charakteru, i już przewidywałem burzę, gdy w tem zegar na kominku stojący wybił drugą godzinę, a poczciwa Marta uchyliła drzwi do gabinetu, donosząc że zupa już na stole.
- Idź do dyabła z twoją, zupą! - wrzasnął profesor.
Marta uciekła, ja wybiegłem za nią i nie wiem już jakim sposobem znalazłem się na zwykłem mojem miejscu, w jadalnym pokoju.
Czekałem przez chwilę - profesor nie przychodził. Pierwszy to raz od czasu jak go znałem, chybił zwyczaju. A jednak przyznać muszę, że obiad był wyborny; zupa z włoszczyzny, omlet na szynce ze szczawiem duszonym, cielęcina z kompotem śliwkowym, na deser krewetki (małe raki morskie) i buteleczka wybornego Mozelu.
Kosztem takich to delicyi, stryj mój cieszył się zbutwiałym swoim szpargałem. Ja zaś, jako przywiązany synowiec, uważałem za święty obowiązek zjeść za niego i za siebie, co też i najsumienniej spełniłem.
- Jeszczem też tego doprawdy nie widziała, mruczała poczciwa Marta, żeby pan Lidenbrock nie siedział przy obiedzie.
- To trudne do uwierzenia! nieprawdaż, dobra Marto?
- I to jest przepowiednią ważnego jakiegoś wypadku - mówiła staruszka potrząsając głową.
Według mego przekonania, cały ten wypadek nie zapowiadał nic, prócz może jakiej sceny okropnej, gdy stryj dowie się że obiad jego został przez kogo innego zjedzonym.
Ostatniego właśnie dogryzałem raka, gdy silny głos stryja przerwał mi ucztę. Jednym susem od stołu przeskoczyłem do gabinetu pana Lidenbrock.
Rozdział I.
Huragan w r. 1865. - Krzyk w powietrzu. - Balon uniesiony trąbą. - Naokoło tylko morze. - Pięciu podróżnych. - Co się działo w łódce. - Wybrzeże jakieś okazuje się woddali. - Rozwiązanie dramatu.
- Czy wznosimy się wyżej?
- Przeciwnie, balon się obniża.
- Nietylko obniża, lecz grozi upadkiem, panie Cyrusie.
- Wyrzućcie jak najprędzej balast.
- Wypróżniliśmy już ostatni worek.
- I czy balon wzniósł się wyżej?
- Nie.
- Słyszę jakby pluskanie fali.
- Balon unosi się nad morzem.
- Które niewięcej jak pięćset stóp odległe jest od nas.
Silny głos rozległ się w powietrzu i usłyszano te słowa:
- Wyrzucić wszystko, co tylko ma jakąkolwiek wagę!.. wszystko bez wyjątku, i... niech się dzieje wola Boża!
Rozkaz ten zabrzmiał w powietrzu ponad niezmiernym obszarem spienionych fal oceanu Spokojnego dnia 23 marca 1865 roku, około czwartej godziny wieczorem.
W owym roku, około porównania dnia z nocą, zerwał się straszny huragan, trwający bez przerwy od 18 do 26 marca. Pamiętne są okropne spustoszenia, jakich dokonał on wtedy w Ameryce, Azji i Europie. Miasta całe obrócone w perzynę, poniszczone lasy, których drzewa powyrywał z korzeniami, ogromne przestrzenie zalane wodą, okręty rozbite, których przeszło sto naliczono, rzucone na wybrzeża, tysiące osób zabitych na miejscu lub porwanych przez trąbę i rzuconych w morze - oto jakie były skutki przejścia rozszalałego huraganu. Przewyższył srogością straszne trąby i huragany, które tak niezmiernie spustoszyły Hawannę i Gwadelupę, pierwszą dnia 25 października 1810 r., drugą 26 lipca 1825 r.
Otóż, jednocześnie z tak przerażającemi katastrofami na lądzie i na morzu, równie okropny dramat rozgrywał się w powietrzu, wstrząsanem straszną burzą.
Balon, uniesiony jak kula na sam wierzchołek trąby i pochwycony kołowym wirem słupa powietrza, leciał w przestrzeni z prędkością 166 kilometrów na godzinę, jakby nadprzyrodzoną unoszony siłą. Pod tym balonem zawieszona była łódka, zawierająca pięciu podróżnych, których zaledwie można było dostrzec z powodu gęstej mgły, opuszczającej się aż do powierzchni oceanu.
Z jakichże stron świata przybywał ten balon, będący teraz tak strasznej burzy igrzyskiem? Boć przecie niepodobna, aby go puszczono podczas rozszalałego huraganu. A jednak huragan ten trwał już od pięciu dni, a pierwsze jego objawy już od dnia 18 marca pokozywać się poczęły. Trzeba więc było wnosić, że przybywał ze stron bardzo odległych, gdyż musiał przynajmniej po dwa tysiące kilometrów przebywać w ciągu dwudziestu czterech godzin.
Sami podróżni nie wiedzieli, jak daleką przebyli drogę, gdyż pozbawieni byli wszelkiego sposobu jej oznaczenia. Co więcej, porwani burzą, nie czuli przecież jej gwałtowności; obracali się wkoło, nie wiedząc o tem; oczy ich nie mogły przebić gęstej mgły, otaczającej łódkę i tak zasłaniającej wszystko dokoła, iż nie wiedzieli nawet, czy jest dzień, czy noc zapadła. Ani promyk światła, ani jakikolwiek odgłos z ziem zamieszkałych, ani nawet ryk oceanu nie mógł dosięgnąć do nich podczas gdy w tak wysokich unosili się sferach, i dopiero, gdy balon nagle opadać zaczął, mogli poznać grożące im niebezpieczeństwo, dostrzegając, że znajdują się ponad falami morskiemi.
Uwolniony z ciężkich przedmiotów, to jest broni, nabojów i innych zapasów, balon wzniósł się w wyższe sfery powietrza, na wysokość 4500 stóp. Podróżni, widząc, że pod łódką pienią się morskie bałwany, zrozumieli, że w górze mniejsze grozi im niebezpieczeństwo, i bez wahania pozbywali się najpotrzebniejszych przedmiotów, byle ocalić łódkę, będącą dla nich arką zbawienia.
Noc przebyli wśród strasznego niepokoju, który mógłby stać się zabójczym dla mniej odważnych i wytrwałych; nadedniem huragan zaczął nieco słabnąć, nareszcie ustał zupełnie. Około jedenastej niższe warstwy powietrza znacznie się oczyściły; mgła podniosła się wgórę, lecz jednocześnie można było poznać, że balon zwolna opuszczał się ku dołowi, że skutkiem ubytku gazu tracił kształt kulisty a, rozciągając się wzdłuż, przybierał jajowaty. Około południa wznosił się już tylko o 2000 stóp ponad morzem. W tej chwili podróżni zaczęli wyrzucać zapasy żywności i nawet drobne przedmioty, jakie mieli w kieszeniach: widocznie coraz więcej brakowało gazu; niebezpieczeństwo zwiększało się z każdą chwilą.
A u stóp ich szalało rozhukane morze. Jak wzrokiem zasięgnąć, nigdzie miejsca, gdzieby się spuścić można, chociaż z takiej wysokości nadzwyczaj rozległy roztaczał się widok. Trzeba więc było nie dopuścić do opadania balonu; lecz wszelkie usiłowania biednych powietrznych żeglarzy stawały się daremne, balon spadał nadzwyczaj szybko w kierunku wiatru, to jest z północo-wschodu na południo-zachód.
Straszne było położenie podróżników! Gaz uchodził raptownie, balon rozdarł się nieco i opadał, a o godzinie pierwszej łódka była co najwyżej o 600 stóp nad powierzchnią morza. Można było cokolwiek opóźnić straszną katastrofę, ale niepodobna było jej uniknąć i, jeżeli przed nadejściem nocy nie dojrzą gdzie ziemi, zguba ich jest nieuchronną.
Ale podróżni, znajdujący się w łódce balonowej, byli to ludzie energiczni, nie lękający się śmierci; ani jedna skarga z ust ich nie wyszła, postanowili jednak ratować się do ostatka. Łódka, był to prosty kosz, upleciony z łoziny, nie mogłaby więc w żaden sposób utrzymać się na powierzchni wody; gdy już obniżyła się o 400 zaledwie stóp nad morzem, dał się słyszeć silny głos męski:
- Czy już wszystko wyrzucone?
- Nie, pozostało jeszcze 10.000 fr. w złocie.
- Wrzucić je w morze.
I ciężki worek spadł w otchłanie wód oceanu.
- Czy teraz balon idzie wgórę?
- Cokolwiek, ale niebawem opadnie.
- Uchwyćmy się siatki, a łódkę rzucić w morze.
Rozkaz spełniono, był to ostatni środek ratunku. Teraz już tylko w miłosierdziu Bożem mogli pokładać nadzieję.
Wiadomo, że najmniejsze ulżenie ciężaru wywołuje zmianę w położeniu balonu, a więc po usunięciu ciężaru względnie dość ciężkiego musiała zajść zmiana nagła i ważna. Chwilowo balon wzbił się dość wysoko, lecz, że niepodobna było naprawić rozdarcia, nagle zaczął opadać. Wtem dało się słyszeć głośne szczekanie Topa. Był to ulubiony pies jednego z podróżujących statkiem powietrznym, który uczepił się sieci, tuż obok swego pana.
- Top coś zobaczył! - zawołał jeden z podróżników.
Wtem zagrzmiał głos silny:
- Ziemia! ziemia!
Wicher nieustannie popychał balon na południo-wschód; tym sposobem od świtu przebyto setki mil. Wreszcie ukazał się w tym kierunku ląd dość wyniosły, odległy jednak jeszcze z jakie trzydzieści mil. A czy przed upływem tego czasu balon nie postrada reszty gazu? Oto pytanie, jakie z przerażeniem stawiali sobie towarzysze niedoli.
Widzieli zoddali grunt, do którego koniecznie dostać się było trzeba; nie wiedzieli jednak, czy to ląd, czy wyspa, czy ziemia zamieszkała, czy bezludna - ale nie było wyboru.
Nie mogąc się utrzymać, balon dotykał już prawie powierzchni morza, unosząc się ciężko jak ptak, któremu ołów przyczepiono do skrzydeł. Nareszcie, gdy już ziemia zaledwie o milę była odległa, balon, spłaszczony niemal zupełnie, zaledwie w samej górze zachował nieco gazu. Przyczepieni do siatki podróżni zbyt wielki dla niego stanowili ciężar i już dotykali powierzchni morza, i czuli uderzenie spienionych bałwanów; wtem wiatr dostał się do wnętrza balonu i, pędząc go, jakby okręt płynący wiatrem, popchnął ku wybrzeżu, które już teraz zaledwie o paręset sążni było odległe.
Nagle straszny krzyk wydarł się z piersi czterech aeronautów i balon, który, jak się zdawało, nie mógł się już unieść, podskoczył do góry, jakby wyrzucony siłą bałwanów i oswobodzony od znacznej części swego ciężaru. Podniósł się znów na 1500 stóp w przeciwnym od ziemi kierunku; lecz na tej wysokości wiatr popchnął go ukośnie, i statek, raptownie wstrząśnięty, opadł nareszcie na wybrzeże, gdzie nie dosięgały rozhukane fale.
Pomagając sobie wzajemnie, podróżni zdołali nareszcie wyplątać się z siatki. Oswobodzony od wszelkiego ciężaru, balon poleciał, uniesiony wiatrem, i znikł w przestrzeni.
W łódce znajdowało się pięciu podróżnych i pies, a czterej tylko spadli na wybrzeże; widać brakujący wraz z wiernym psem swoim został uniesiony przez wzburzone fale, które, uderzając gwałtownie w siatkę, oderwały go od niej, a uwolniony od znacznej części ciężaru balon wzniósł się po raz ostatni i w chwilę potem spadł na nieznane brzegi.
Zaledwie stanąwszy na lądzie, rozbitki spostrzegli nieobecność współtowarzysza i wykrzyknęli jednocześnie:
- Pewnie próbuje ocalić się i wpław przepłynąć morze. Ratujmy go! ratujmy! - i rzucili się na pomoc nieszczęśliwemu.
Rozdział II.
Ustęp z ostatniej wojny amerykańskiej. - Inżynier Cyrus Smith. - Gedeon Spilett. - Murzyn Nab. - Marynarz Penkroff. - Młody Harbert. - Nadspodziewana propozycja. - Schadzka o dziesiątej wieczór. - Wzniesienie się podczas burzy.
Podróżni, których huragan rzucił na wybrzeże, nie byli to ani żeglarze powietrzni z powołania, ani zwolennicy powietrznych wycieczek, lecz więźniowie wojenni, którzy, niezachwianą ożywieni odwagą, postanowili i zdołali uciec tym niezwykłym sposobem. Z jakie sto razy śmierć im zagrażała, a rozdarty balon powinien był spaść z nimi w morskie otchłanie, ale widać Bóg niezwykły los im przeznaczył. Uciekli z Richmondu dnia 20 marca pomimo, że miasto to oblężone było przez wojsko jenerała Ulissesa Granta, i po pięciodniowej powietrznej żegludze znajdowali się o 7000 mil od tej stolicy Wirginji, głównej warowni separatystów. Oto w jakich okolicznościach więźniowie dokonali zamierzonej ucieczki, której smutny koniec widzieliśmy w przeszłym rozdziale.
W miesiącu lutym 1865 r., w jednej z tych śmiałych wycieczek, jakie tylekroć bezużytecznie przedsiębrał jenerał Grant w celu zdobycia Richmondu, wielu z jego oficerów dostało się do niewoli; zostali oni internowani w mieście. Najznakomitszym z nich był Cyrus Smith, oficer głównego sztabu federalistów.
Cyrus Smith urodził się w Stanie Massachussets. Był to bardzo uczony inżynier, któremu rząd Stanów Zjednoczonych powierzył podczas wojny kierunek i zarząd nad kolejami żelaznemi, odgrywającemi tak ważną rolę strategiczną. Prawdziwy to Amerykanin północny, suchy, chudy, blady; miał około czterdziestu pięciu lat, krótko ostrzyżone włosy; broda jego zaczynała już siwieć, i tylko wąsy były gęste i zamaszyste. Rysy twarzy miał bardzo regularne, warte dłuta artysty; oczy pełne ognia i wyrazu, czoło wysokie i otwarte - słowem, cała postać zdradzała uczonego wojskowego. Jak jenerałowie, dosługujący się od stopnia prostego żołnierza, tak uczony ten inżynier pracował jako prosty robotnik. To też wyrobił w sobie wielką siłę, wprawę i zręczność, które, obok wytrwałości, nie zrażającej się żadnemi przeszkodami wielkiej nauki i twórczości umysłu, czyniły zeń prawdziwie niepospolitego człowieka. Jego wytrwałość, czynność i żelazna wola dozwalały mu wziąć sobie za godło dewizę Wilhelma, księcia Oranji: "Gdy coś przedsiębiorę, nie potrzebuję spodziewać się powodzenia, lecz potrafię wytrwać, choćby mi się nie wiodło".
Obok tylu przymiotów, Cyrus Smith odznaczał się jeszcze niezachwianą odwagą i brał udział we wszystkich niemal potyczkach wojny separatystycznej. Wielokrotnie cudem prawie uniknął śmierci i, choć narażał się więcej od innych, nie poniósł nawet rany, aż dopiero pod murami Richmondu, gdzie też dostał się do niewoli.
Jednocześnie z Cyrusem Smithem dostała się w moc południowców druga bardzo ważna osobistość, szanowny Gedeon Spilett, reporter gazety New York Herald, wysłany przez redaktora do armji północnej dla donoszenia o wszystkiem, co się działo w obozie i na polu bitwy
Gedeon Spilett należał do rzędu tych godnych podziwu dziennikarzy angielskich i amerykańskich, którzy, jak Stanley i tylu innych, nie cofną się przed niczem, byle zdobyć dla swoich gazet dokładne i szczegółowe wiadomości i to jak można najwcześniej. Gazety Stanów Zjednoczonych, takie jak np. New York Herald, są to prawdziwe potęgi, z których przedstawicielami liczyć się trzeba, a Gedeon Spilett najpierwsze wśród nich zajmował miejsce.
Objechał świat cały, wiele się nauczył, był żołnierzem i artystą, gorący na radzie, stanowczy w działaniu, nie liczył się z trudami, ani z niebezpieczeństwem, ilekroć chodziło o nauczenie się czegoś lub zasięgnięcie pewnych wiadomości dla swojej gazety: był jednym z tych korespondentów, którzy układają sprawozdania wśród gradu kul i grzmotu dział. Był obecny przy wszystkich potyczkach; wysunięty naprzód, w jednej ręce trzymał rewolwer a w drugiej notesik, i nie zadrżały mu one wśród największego ognia. Nie trudził co chwila drutów telegraficznych nic nie znaczącemi wiadomostkami, pisał krótko i zwięźle, ale co tylko doniósł, było ważne i niezaprzeczenie prawdziwe.
Był wysokiego wzrostu, miał około czterdziestu lat i nosił duże, rudawe faworyty. Oko żywe i spokojne zarazem bystre rzucało spojrzenia; widać było, że nawykł jednym rzutem chwytać wszelkie najdrobniejsze nawet szczegóły. Zdrów i silnie zbudowany, zahartował się w różnych klimatach, jak kawał stali w zimnej wodzie.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett przed dostaniem się do niewoli znali się tylko ze słyszenia; zbliżeni jednaką niedolą, poznawszy się, pokochali się bardzo i jedną tylko żyli myślą, do jednego zmierzali celu - uciec z Richmondu i, wróciwszy do armji Granta, znów walczyć o nierozdzielność Unji. Postanowili sobie zatem nie pomijać żadnej przyjaznej sposobności. Ale choć w mieście byli zupełnie swobodni, Richmond jednak był tak ściśle strzeżony, że ucieczka była prawie niemożliwa.
Gdy tak rozmyślali, przybył do Richmondu wierny i pełen nieograniczonego poświęcenia służący Cyrusa Smitha. Był to murzyn, urodzony w posiadłości inżyniera, z rodziców niewolników, którego Cyrus Smith wyzwolił oddawna. Choć wyzwolony, murzyn nie chciał opuścić pana, którego kochał nad życie. Był to człowiek trzydziestoletni, silny, zręczny, rzutny, pojętny, rozumny, łagodny, spokojny, niekiedy nawet naiwny, dobry, usłużny i zawsze uśmiechnięty. Nazywał się Nabuchodonozor, ale przez skrócenie wołano go: Nab.
Dowiedziawszy się, że ukochany pan jego dostał się do niewoli, niezwłocznie opuścił rodzinne strony, udał się do Richmondu i, dzięki odwadze, zręczności i przebiegłości, nareszcie z narażeniem życia dostał się do oblężonego miasta. Niepodobna wyrazić słowami radości Cyrusa Smitha i poczciwego Naba, gdy się znów połączyli.
Jednakże łatwiej było dostać się do Richmondu, niźli wyjść z niego, gdyż więźniowie federalni nader surowo byli strzeżeni - tylko jakaś nadzwyczajna okoliczność mogła ucieczkę uczynić możliwą, a taka nie nastręczała się wcale, i nie można jej było wymyśleć.
Oblężenie nie ustawało, a jeżeli więźniowie gorąco pragnęli uciec i wrócić do armji Granta, niektórzy z oblężonych również gorąco życzyli sobie wydostać się z miasta i połączyć się z wojskami separatystów. Do takich należał Jonatan Forster, zapalony separatysta. Ale ani więźniowie, ani federaliści nie mogli przedrzeć się przez szeregi wojsk północnych. Gubernator Richmondu już oddawna nie mógł się porozumiewać z jenerałem Lee, zawiadomić go o smutnem położeniu miasta i zewezwać posiłków. Wtedy to Jonatan Forster umyślił puścić się balonem i tym sposobem dostać się do obozu separatystów. Gubernator dał mu żądane upoważnienie. Urządzono balon i oddano go do rozporządzenia Jonatana Forstera, który zamierzał wziąć z sobą pięciu towarzyszów na tę powietrzną wędrówkę. Mieli zabrać z sobą broń dla obrony w razie napadu ze strony federalistów po opuszczeniu się balonu i zapas żywności na wypadek, gdyby podróż ich powietrzna miała się przedłużyć.
Wzniesienie się balonu oznaczono na 18 marca w nocy, a Forster i jego towarzysze obiecywali sobie, że za kilka godzin przybędą do głównej kwatery jenerała Lee. Ale już 18 marca rano zerwał się wicher gwałtowny, który niebawem zamienił się w huragan i ten srożył się aż do 20 marca rano z taką siłą, że niepodobna było myśleć o wzniesieniu się i narażeniu balonu i śmiałych aeronautów.
Tegoż dnia na jednej z ulic Richmondu jakiś nieznajomy przystąpił do inżyniera Cyrusa Smitha; był to marynarz, nazwiskiem Penkroff, mający trzydzieści kilka lat, cerę nadzwyczaj ogorzałą, poczciwą fizjognomję i oczy żywe, któremi mrugał nieustannie. Marynarz ten był rodem z Ameryki północnej, żeglował już po wszystkich morzach i doznał wszelkich najdziwniejszych przygód, jakie tylko człowieka spotkać mogą. Nadzwyczaj przedsiębiorczy, gotów odważyć się na wszystko, niczego się nie lękał i niczemu nie dziwił.
Penkroff na początku roku przybył do Richmondu w interesie, w towarzystwie piętnastoletniego chłopca, Harberta Browna z New Jersey; był to sierota, syn dawnego jego kapitana, i marynarz kochał go jak własnego syna. Oblężenie zastało ich w Richmondzie, i Penkroff nie posiadał się ze złości, że nie może opuścić miasta. Odtąd jedną tylko żył myślą: uciec przy pierwszej sposobności. Znał z opinji inżyniera Cyrusa Smitha i wiedział, że znakomity ten mąż pragnie wszelkiemi sposobami wyzwolić się z niewoli; dlatego też bez ceremonji zaczepił go na ulicy:
- Panie Smith, wszak Richmond już ci się sprzykrzył?
Inżynier spojrzał badawczo na pytającego, który dodał, zniżając głos:
- Panie Smith, czy chcesz pan stąd uciec?
- Jak i kiedy - odrzekł żywo zapytany, zupełnie mimowolnie, gdyż nie miał jeszcze czasu przypatrzeć się nieznajomemu. Teraz wlepił w niego oczy i po chwili, rozpatrzywszy się w jego twarzy, nie wątpił już, że ma do czynienia z poczciwym człowiekiem.
- Kto jesteś? - zapytał.
Penkroff oznajmił swoje nazwisko i stan.
- Dobrze - odrzekł Cyrus - lecz jakimże sposobem zamierzasz uciec i mnie zabrać z sobą.
- Z pomocą tego próżniaka, balonu, który leży tu bezczynnie, jakby czekał na nas...
Nie potrzebował mówić więcej: inżynier zrozumiał go odrazu, wziął Penkroffa pod rękę i zaprowadził do siebie. Tam marynarz wypowiedział swój projekt, bardzo prosty według niego, gdyż nie narażali nic - prócz życia. Wprawdzie huragan szalał z całą gwałtownością, ale tak śmiały i rozumny inżynier, jak Cyrus Smith, potrafi przecież obejść się z balonem; gdyby on, Penkroff, wiedział tylko, jak z nim się obchodzić, jużby go wraz z Harbertem nie było w Richmondzie. Nie takie on przebył niebezpieczeństwa, a burza wcale go nie przestraszała.
Cyrus Smith słuchał, milcząc; oczy jego jednak pałały. Nadarzała się sposobność, a taki człowiek, jak on, pewnie jej nie opuści. Wprawdzie był to sposób nader niebezpieczny - lecz to nie mogło go odstręczyć. Pomimo nadzoru można było wśród nocy zbliżyć się do balonu, wskoczyć w łódkę i odciąć przytrzymujące go sznury. Wiedzieli, że narażają się na utratę życia, lecz zato, jeśli się powiedzie - i gdyby nie ta szalona burza... Ba! gdyby nie ta burza, balon już dawno byłby uleciał, i terazby się wznieść nim nie mogli...
- Lecz ja nie sam tylko jestem - rzekł Cyrus Smith.
- A ileż osób chcesz pan zabrać? - zapytał marynarz.
- Dwie: przyjaciela mego, Spiletta, i służącego mego, Naba.
- To więc razem ze mną i z Harbertem będzie pięć osób - odrzekł Penkroff - a balon przygotowany był dla sześciu.
- Więc zgoda, puszczamy się! - zawołał inżynier.
I niezwłocznie zawiadomił reportera Spiletta o zamierzonej ucieczce; ten zgodził się odrazu i dziwił się tylko, że mu to prędzej nie przyszło do głowy. Co do Naba, ten byłby w piekło poszedł za panem.
- A więc do widzenia o dziesiątej wieczór - rzekł Penkroff - zejdziemy się tam wszyscy niby przypadkiem.
- Do widzenia - odpowiedział inżynier - daj tylko Boże, aby burza nie ustała, zanim się wzniesiemy.
Pożegnali się i Penkroff wrócił do domu, gdzie go oczekiwał Harbert Brown. Odważny ten młodzieniec wiedział, jaki plan ułożył sobie marynarz, i oczekiwał niecierpliwie, co na to powie inżynier; ucieszył się więc niewymownie, dowiadując się, o zawartej umowie.
Huragan nie ustawał, to też Jonatan Forster i jego towarzysze ani myśleli puszczać się w tak wątłej łódce. Inżynier i marynarz ciągle kręcili się wpobliżu balonu, zdjęci obawą, aby go wiatr silny nie podarł, lub, zrywając sznury, nie porwał w powietrze.
Nadszedł nareszcie wieczór, a za nim noc czarna. Gęste mgły, niby chmury, dotykały prawie ziemi; zimno było dokuczliwe, padał deszcz ze śniegiem. Zdawało się, że gwałtowna burza zmusiła oblegających i oblężonych do zawarcia rozejmu, i grzmot dział ucichł wobec przerażającego huku huraganu. Ulice były zupełnie puste, a zwierzchność miasta uważała, że wśród tak rozszalałej burzy niema zupełnie potrzeby strzec placu, na którym przytwierdzony był balon. Tak więc wszystko sprzyjało ucieczce więźniów, lecz jak dokonać jej wśród tak gwałtownej burzy!?...
W umówionym czasie zeszli się więźniowie. Obok łódki tak było ciemno, że się dostrzec nie mogli. Niebawem Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Nab, Harbert zajęli miejsca w łódce, a Penkroff, zgodnie z rozkazem inżyniera, odwiązywał zkolei worki balastu, poczem wsiadł także do łódki. Już mieli oderżnąć sznury i unieść się wgórę, gdy wtem pies jakiś jednym susem wskoczył do łódki. Był to Top, wierny pies inżyniera, który, urwawszy się z łańcucha, pobiegł za panem. Cyrus Smith, bojąc się nadmiaru ciężaru, chciał oddalić biedne zwierzę.
- Ba! jednym mniej, jednym więcej! - zawołał Penkroff, wyrzucając z łódki dwa worki piasku.
Poczem zaraz puścił sznury: balon wzniósł się i, znikając w przestrzeni, uderzył łódką o dwa kominy, które rozwalił.
Huragan srożył się ciągle; w nocy ani podobna było spuścić się na ziemię, a gdy dzień nastał, gęsta mgła zasłaniała wszystko tak, że nie wiedzieli, czy grunt stały, czy woda roztacza się pod ich stopami. Dopiero w pięć dni później rozjaśniło się nareszcie o tyle, iż mogli dojrzeć, że pod balonem, unoszonym przez gwałtowny wicher niesłychanie prędko, niezmierzone płynie morze.
Pięciu ludzi i pies wznieśli się balonem dnia 20 marca, a widzieliśmy, że 24 marca czterech tylko rzuconych zostało na bezludne wybrzeże, przeszło o 6000 mil od ich kraju.
Tym sposobem nieszczęśliwi rozbitkowie utracili naturalnego przywódcę, inżyniera Cyrusa Smitha i, jak to powiedzieliśmy w pierwszym rozdziale, bez namysłu wszyscy rzucili się na jego ratunek.
Dnia 5 kwietnia jenerał Grant zajął Richmond, bunt separatystów uśmierzono. Lee cofnął się na zachód, sprawa jedności odniosła triumf.
ROZDZIAŁ I.
Phileas Fogg, zachwycony Obieżyświatem, przyjmuje go do służby.
W roku 1872 dom pod numerem 7-ym przy Saville-row Burlington Garden, w którym w roku 1814 zmarł Sheridan, był zamieszkany przez Phileasa Fogg, członka londyńskiego Reform-Clubu, osobistości wybitnej i wielce oryginalnej.
Będąc synem słynnego mówcy angielskiego, Phileas Fogg był istotą zagadkową, o której, prócz tego, iż odznaczał się elegancją i urodą, nic więcej nie wiedziano. Mówiono, iż jest podobnym do Byrona, naturalnie tylko z budowy głowy. Był to Byron z wąsami i faworytami; Byron, nie podlegający żadnym cierpieniom, który mógłby żyć sto lat, nie starzejąc się zupełnie.
Anglik z pierwszego rzutu oka, Phileas Fogg nie wyglądał jednakże na Londyńczyka. Nie widziano go nigdy ani na giełdzie, ani w banku, ani w żadnym kantorze na City. Nigdy na kanałach lub portach londyńskich nie ukazały się statki jego. Pan ten nie należał do żadnego komitetu administracyjnego; nie był on ani kupcem, ani przemysłowcem, ani też rolnikiem. Nie zajmował się żadnymi instytucjami publicznemi: ani instytucją królewską Wielkiej Brytanii, ani londyńską, ani instytucją rękodzielników, ani instytucją literacką Wschodu, ani instytucją prawa, ani nawet sztuk pięknych i nauk, będącej pod opieką Jej Królewskiej Mości. Nie należał wreszcie do żadnego stowarzyszenia, których tak wiele posiada stolica Anglii, zaczynając od stowarzyszenia Armonica aż do stowarzyszenia Pomologicznego, założonego w celu wyniszczenia szkodliwych owadów. Phileas Fogg był członkiem Reform-Clubu i działalność jego na tym się kończyła. Niech nikogo to nie dziwi, iż osoba tak zagadkowa zaliczoną została do członków tego poważnego Stowarzyszenia. Przyjęto go dzięki poleceniu "Braci M. M. Baring", u których miał otwarty kredyt.
Czy Phileas Fogg był bogatym? Niewątpliwie. Ale w jaki sposób zdobył majątek, o tym najlepiej wtajemniczeni nie wiedzieli; a do niego samego nikt nie ośmielił się zwrócić z podobnym zapytaniem.
Nie był rozrzutnym, ani też skąpym, gdyż chętnie spieszył z datkami, gdy szło o rzecz szlachetną lub użyteczną. Czynił to zwykle po cichu, bezimiennie. Phileas Fogg nie należał do ludzi towarzyskich. Mówił bardzo mało i wydawał się osobnikiem nader tajemniczym. Czy pan Fogg podróżował kiedy? Takby przypuścić należało, gdyż nikt nie znał lepiej od niego wszystkich części świata. Nie było miejsca nawet najbardziej oddalonego, o któremby nie mógł udzielić szczegółowych objaśnień. Nieraz, kilku słowy, krótko i jasno wypowiedzianymi, zbijał wiadomości krążące w klubie o zaginionych podróżnikach. Wynajdywał prawdziwe przyczyny i słowa jego zwykle się sprawdzały, jak gdyby był jasnowidzącym. Faktem jednak było, iż w przeciągu wielu lat p. Fogg nie opuszczał Londynu. Nigdzie też nie bywał i ci, co go znali bliżej, utrzymywali, iż odbywał codziennie jedną tylko drogę, a mianowicie: z domu do klubu, a z klubu do domu.
Jedyną jego rozrywką było odczytywanie dzienników i grywanie w wista. Grywał zazwyczaj szczęśliwie, a wygraną przeznaczał na cele dobroczynne. Gra sama przez się wydawała mu się walką, w której przeszkody pokonywał z niewzruszonym spokojem, cechującym całą jego naturę. O jego rodzinie nie wiedziano nic, ani też o krewnych i przyjaciołach; mieszkał samotnie we własnym domu przy Saville-row; do usługi miał jednego służącego. Obiad i śniadanie spożywał w klubie, samotnie, o jednej i tej samej godzinie, na jednym i tym samem miejscu, nie zwracając uwagi na otoczenie. Dziesięć godzin na dobę spędzał u siebie, dokąd wracał zwykle o północy, resztę zaś czasu przepędzał w klubie. Wyjątkowe miał tam względy. Wybierano dlań najlepsze potrawy, które podawano na najwykwintniejszej porcelanie i najcieńszym obrusie. Wytworne wina podawano mu w najdroższych kielichach. Jeżeli życie prowadzone w ten sposób można nazwać dziwacznym, to dziwaczność ta, przyznać trzeba, była bardzo wygodną.
Dom przy ulicy Saville-row, chociaż nie był zbytkownie urządzony, posiadał jednakże wszelkie wygody. Od jedynego swego sługi pan Fogg wymagał punktualności i niezwykłej sumienności. Tego właśnie dnia, a było to 29 października, odprawił Jamesa Forstera z powodu, iż podał mu wodę do golenia o 3 stopnie za chłodną. Oczekiwał właśnie przybycia nowego sługi, który miał się zjawić o 2-giej lub o wpół do 12-tej.
Phileas Fogg, z rękoma opartymi na kolanach, z głową podniesioną, śledził wskazówki zegara, pokazującego godziny, minuty, sekundy, dnie i pory roku. Gdy zegar uderzył oznaczoną godzinę, pan Fogg powstał, by udać się do klubu. W tej chwili zapukano do drzwi, był to zwolniony ze służby James Forster.
- Nowy lokaj przyszedł - oznajmił.
Człowiek mniej więcej lat trzydziestu ukazał się we drzwiach.
- Jesteś Francuzem i nazywasz się John? - spytał go Phileas Fogg.
- Nazywam się Jan, do usług - odrzekł nowoprzybyły - Jan Obieżyświat. Sądzę, że jestem uczciwym człowiekiem panie, i uprawiam kilka rzemiosł. Byłem wędrownym śpiewakiem, ujeżdżaczem cyrkowym, linoskokiem, później zostałem nauczycielem gimnastyki, a następnie, by się stać pożyteczniejszym społeczeństwu - sierżantem. Pięć lat minęło od chwili opuszczenia Francji i, chcąc zakosztować życia rodzinnego, zgodziłem się za lokaja w Anglii. Obecnie jestem bez miejsca i, dowiedziawszy się, iż u pana wakuje posada, przyszedłem ofiarować mu swoje usługi.
- Podobasz mi się Obieżyświecie. Polecono mi cię. Czy znasz moje wymagania?
- Tak, panie.
- Dobrze więc, któraż teraz godzina?
- Jedenasta minut dwadzieścia dwie - odpowiedział Obieżyświat - wyciągając z kieszeni olbrzymi zegarek srebrny.
- Zegarek twój się spóźnia - oznajmił pan Fogg.
- Wybacz pan, ale to niemożliwe.
- Spóźniłeś się o cztery minuty. Mniejsza z tym. Od tej więc chwili, t. j. w środę, dnia 2 października 1872 r., o godzinie 2-giej minut dwadzieścia dziewięć rano, przyjmuję cię do służby. - Rzekłszy to, pan Fogg powstał, włożył kapelusz na głowę i wyszedł, nie wypowiedziawszy słowa.
Obieżyświat niebawem usłyszał dwukrotne trzaśnięcie drzwiami. Jednymi wychodził jego nowy pan, drugiemi zaś poprzednik jego James Forster.
Obieżyświat pozostał sam jeden w mieszkaniu.
ROZDZIAŁ II.
Ideał Obieżyświata.
Na honor, pomyślał sobie Obieżyświat, trochę zbity z tropu, u pani Fussaud znałem osoby bardzo do mego nowego pana podobne.
Trzeba dodać, iż "osoby" pani Fussaud były to figury z wosku, łudząco naśladujące żywych ludzi. Podczas krótkiej rozmowy Obieżyświat badał swego nowego pana. Był to mężczyzna około lat 40 liczący, o wyglądzie szlachetnym, wzrostu słusznego, niezbyt otyły, o blond włosach i faworytach, o twarzy bladej i pięknych zębach. Odznaczał się równowagą umysłu, spokojny, flegmatyczny, z okiem jasnym, badawczem, był skończonym typem Anglika o zimnej krwi, tak często spotykanym w Połączonem Królestwie.
W każdym położeniu zachowywał równowagę. Siły swe fizyczne bardzo oszczędzał. Wybierał zawsze najkrótszą drogę, unikał wszelkich zbytecznych ruchów, nigdy się niczym nie przejmował, ani też wzruszał. Nigdy się nie spieszył, zawsze w porę przychodził. Żył samotnie, zdala od stosunków społecznych.
Co do Jana, zwanego Obieżyświatem, był to Paryżanin z krwi i kości, od pięciu lat mieszkał w Anglii, pełnił obowiązki lokaja, na próżno poszukując pana, do którego mógłby się przywiązać. Obieżyświat nie miał nic wspólnego z Frontillem lub Mascarillem, typem śmiesznego lokaja, o wysokich plecach i zadartym nosie. Był to chłopak poczciwy, o miłej powierzchowności, wydatnych ustach, dobry i uczynny. Oczy miał niebieskie, cerę zdrową, twarz dość pełną, pierś szeroką i muskuły doskonale przez gimnastykę wyćwiczone. Włosy miał bujne, koloru ciemnego. Podczas gdy starożytni rzeźbiarze posiadali 28 sposobów układania włosów Minerwy, on posiadał tylko jeden jedyny, a mianowicie trzy przesunięcia grzebieniem i fryzura była skończoną. Czy dwa tak różne charaktery, pana i sługi, zgodzą się wzajemnie? Obieżyświat nie mógł na to odpowiedzieć. Przepędziwszy burzliwie swą młodość, marzył o spokoju. Słysząc wiele o systematyczności angielskiej i przysłowiowym spokoju dżentelmanów, przybył szukać szczęścia w Anglii. Ale dotychczas los mu nie sprzyjał, nigdzie nie mógł długo zagrzać miejsca. Zmienił już dziesięciu panów, gdyż wszyscy nie odpowiadali jego upodobaniom. Byli to bowiem fantastycy, amatorzy przygód i podróży. Ostatni jego pan, młody lord Longsferry, członek parlamentu, po spędzeniu nocy w restauracji, wracał do domu niesiony wpół przez policjanta. Wobec tego służący uczynił kilka uwag swemu panu, za co został uwolniony ze służby. Dowiedziawszy się, iż pan Fogg poszukuje służącego, zasięgnął wiadomości o sposobie prowadzenia się tego pana. Osoba, której życie było tak regularne, która nigdy nie podróżowała, nie oddalała się z domu, przypadła mu bardzo do gustu. Zaofiarował swe usługi i, jak już wiadomo, został przyjęty. Pozostawszy sam w mieszkaniu po odejściu pana Fogg, Obieżyświat począł się rozglądać po całym domu. Nic nie uszło jego uwagi, od piwnic aż do strychu. Bardzo mu się wszystko w tym surowym, czystym i wygodnie urządzonym domu podobało. Czynił on na nim wrażenie muszli oświetlonej i ogrzanej gazem. Pokoik dla niego przeznaczony, a znajdujący się na drugiem piętrze, również mu się podobał. Dzwonki elektryczne i tuby, łączyły go z pokojami na dole. Na kominku stał zegar elektryczny, który w zupełności odpowiadał takiemuż zegarowi w sypialni pana Fogg; zegary te jednocześnie wybijały każdą sekundę.
- Podoba mi się tu! - mówił do siebie z zadowoleniem.
Nad zegarem wisiała jakaś kartka, był to program przyszłych jego zajęć; wszystko przewidziane, zapisane, nie zapomniano o najdrobniejszym zajęciu; każda chwila była wypełnioną. O godzinie ósmej zrana pan Fogg wstawał, a o ósmej minut dwadzieścia jadł pierwsze śniadanie, woda do golenia podaną być winna o dziesiątej minut trzydzieści siedem, robić fryzurę zwykł o dziesiątej minut pięćdziesiąt i t. d.
Co się tyczy garderoby pana domu, to ta wzorowo była utrzymywaną. Każda para spodni, każdy tużurek lub kamizelka były numerowane i zapisywane do regestru, z zaznaczeniem pory roku, w której użytą być winna. Słowem, dom przy ulicy Saville-row, będący wzorem bezładu, za czasów słynnego Sheridana, w obecnej chwili był przybytkiem wygody i elengancji.
Nie widziano tam ani biblioteki, ani książek, gdyż w Reform-Clubie były na usługi członków dwie czytelnie: jedna, złożona z dzieł beletrystycznych, druga - z prawnych i poświęconych polityce. W sypialni stała kasa ogniotrwała. Nie spotkałeś tam nigdzie żadnej broni, żadnych przyborów myśliwskich. Wszystko to nosiło cechę spokojnego i regularnego życia gospodarza. Obszedłszy wszystkie kąty domu, Obieżyświat zatarł ręce z zadowoleniem i szeroka twarz jego opromieniła się uśmiechem.
- Podoba mi się tu - mruknął do siebie. - Tego mi było potrzeba. Ależ mój pan, to prawdziwy automat. Dobrze więc, nie mam nic przeciwko temu, by go obsługiwać.