Tamtej pamiętnej nocy Matylda Harycka miała sen. Przypomniała sobie jego treść wiele miesięcy później, kiedy stanęła przed drzwiami pałacu, który ujrzała w tamtym śnie. Ten na jawie był mocno nadgryziony zębem czasu, tynk odchodził płatami, a stare odrzwia ledwie trzymały się ościeżnicy. Tamten ze snu był najpiękniejszym pałacem, jaki w życiu widziała. Nawet ten w Pszczynie, który zwiedzała ze szkolną wycieczką, nie umywał się do niego. Kiedy we śnie weszła do obszernej komnaty urządzonej z przepychem, o ścianach ozdobionych licznymi obrazami w złoconych barokowych ramach, zaparło jej dech w piersiach. Podchodziła do każdego malowidła, ze zdumieniem odkrywając, że wszystkie były dziełem Michaela Willmanna, wybitnego śląskiego malarza epoki baroku. Nagle usłyszała czyjeś kroki. W panice rozejrzała się po komnacie i gdy ujrzała drzwi na jej końcu, pobiegła w ich stronę. Za nimi znajdowała się biblioteka, jak mogła wnosić z wysokich, sięgających sufitu szaf wypełnionych książkami. Na stojącym pośrodku stole piętrzył się stos wyjętych z ram obrazów. Zdumiona przeglądała płótno za płótnem. Były to obrazy skradzione w ostatnich latach z kilku muzeów. Nie namyślając się wiele, zwinęła je w rulon i już chciała ruszyć z nimi do wyjścia, gdy nagle w drzwiach stanął milicjant. Spojrzał na Matyldę surowym wzrokiem, jakby to ona dopuściła się tej kradzieży.
- Pani pójdzie ze mną - oświadczył, chwytając ją za rękaw koszuli nocnej, w którą cały czas była ubrana.
- Nigdzie nie pójdę! - krzyknęła i szarpnęła ręką, lecz milicjant nie miał zamiaru jej puścić.
Szarpnęła raz jeszcze. Zerwała się z krzykiem i usiadła na łóżku. Mama Matyldy, nachylona nad nią, delikatnie ciągnęła ją za ramię.
- Tyldziu... Tyldziu... - szeptała. - Obudź się. Kościół się pali. - Słowa matki docierały do Matyldy z głębokiej jak Hades otchłani pierwszego snu, tego najtwardszego i najsmaczniejszego, jaki się miewa w jej wieku, w wieku dwudziestu paru lat.
- Kościół? - powtórzyła, spoglądając na matkę nieprzytomnym wzrokiem. - Który? - Ziewnęła szeroko, zasłaniając usta.
Z żalem wracała do świata jawy. Miała taki piękny sen. W końcu udało jej się dotrzeć do pałacu, w którym odnalazła zawieruszone gdzieś po wojnie dzieła śląskiego mistrza baroku.
- Kościół garnizonowy - wyjaśniła rzeczowo matka, wyrywając Matyldę ostatecznie ze słodkich ramion Morfeusza. - Czegoś tak strasznego jeszcze nie widziałaś - skwitowała krótko i widząc, że jej córka już całkiem się rozbudziła, szybkim krokiem wróciła do pokoju, gdzie jej matka, a babka Matyldy stała w szeroko otwartych drzwiach balkonowych i z zainteresowaniem zmieszanym z przerażeniem obserwowała popisy żywiołu.
Mieszkanie tych trzech kobiet znajdowało się na czwartym, ostatnim piętrze bloku, przed którym, aż do Placu 1 Maja, nie pobudowano żadnych wysokich budynków. Dopiero szpital wojewódzki i cerkiew prawosławna przy ulicy Świętego Mikołaja częściowo zasłaniały bryłę Kościoła Świętej Elżbiety zwanego garnizonowym.
Płonęła wieża, a ogień widoczny był jak na dłoni. Wysokie na kilka metrów płomienie, niczym gigantyczna pochodnia jaskrawo odcinały się żółtą barwą od nieba, które przybrało kolor purpury. Co chwilę snopy iskier strzelały w górę i przypominając noworoczne sztuczne ognie, z sykiem opadały na ziemię. Kłęby czarnego dymu snuły się wokół i Matylda odniosła wrażenie, że jego duszący smród wciska się do mieszkania. Co działo się poniżej, nie mogła dostrzec, jednak dochodzące z daleka wycie syren straży pożarnej, pogotowia ratunkowego i milicji pozwalały wyobrazić sobie rozgrywającą się tragedię. Zapewne działy się tam dantejskie sceny. Istotnie. Na drugi dzień w gazetach i w Dzienniku Telewizyjnym podano informację, że mimo udziału w gaszeniu pożaru wielu jednostek pożarniczych, płomienie strawiły nie tylko wieżę i dach kościoła, ale także jego wyposażenie, w tym jedne z najpiękniejszych zabytkowych organów, jakie istniały na Dolnym Śląsku.
- Zupełnie jak podczas bombardowania Lwowa... - westchnęła babka, stojąc z rękami splecionymi za plecami, nie przejmując się, że czyniło to jej zaokrągloną sylwetkę jeszcze bardziej okrągłą. Mając lat siedemdziesiąt z hakiem i wdowi garb na karku, nie zwracała już uwagi na swoją urodę. Miała ważniejsze sprawy na głowie. Gdy obserwowała ten festiwal ognia, stanęły jej przed oczami koszmarne dni wojny, która zabrała jej nie tylko męża, lecz także ostatnie lata młodości.
- Przecież już raz wieża się paliła... Kilka miesięcy temu... - Słowa Matyldy miały przywrócić starszą panią do teraźniejszości. Te wieczne wspominki, dotyczące nie tylko drugiej wojny światowej, ale także tej pierwszej, a nawet zaboru rosyjskiego, momentami strasznie ją nudziły. - Pamiętacie? - Zerknęła na matkę, bo babka ostatnio miewała kłopoty z bieżącą pamięcią. - W gazetach napisano, że spaliło się całe rusztowanie.
- Szwaby podpaliły - zawyrokowała starsza pani i z niesmakiem wydęła zwiędłe usta.
- Mamo, co ty wygadujesz? - prychnęła pani Harycka i wzruszywszy ramionami, spojrzała na swoją rodzicielkę z dezaprobatą. - W jakim celu?
- Z zemsty... - odparła i posłała córce wymowne spojrzenie. - Za to, że utracili te ziemie. Jakbyśmy my swoich nie stracili - westchnęła z żalem za pozostawionym we Lwowie domem i na moment w pokoju zapadła cisza, zakłócana jedynie upiornym wyciem syren coraz to nowych wozów strażackich śpieszących na miejsce wydarzeń.
- Jestem przekonana, że to robotnicy zaprószyli ogień podczas remontu, wówczas i teraz - wróciła do tematu Harycka. Nerwowo zaplatała i rozplatała końcówkę długiego warkocza. Był przedmiotem uwielbienia jej męża, kiedy ten jeszcze żył. - Tak się dziwnie składa, że jak tylko coś remontują, zaraz wybucha pożar - dodała, odrzucając warkocz na plecy.
- Jak to? - zdziwiła się Matylda i zatrzymała na matce zaskoczone spojrzenie. - Nikt nie kontroluje, gdy po pracy wychodzą do domu, czy wszystko zostawili w idealnym porządku? Przecież ja muszę sprawdzić dwa razy, zanim zamknę gabinet na klucz! - dodała pełnym oburzenia głosem, i zaraz sobie wyobraziła awanturę, gdyby ją złapano choćby na pozostawieniu włączonego światła. Dopiero Stara, jak mówiła na dyrektorkę muzeum, darłaby gębę. Słychać byłoby w całym ratuszu. O premii Matylda mogłaby zapomnieć na długi czas.
- Takie ruskie porządki. - Wzruszyła ramionami babka. W jej wieku i z jej przeszłością już nic nie mogło dziwić ani zaskakiwać. - Komuniści do nas przywlekli ten bałagan i bylejakość, to tak mamy! Jak mieszkaliśmy w Lipsku... - swoim zwyczajem, choć w opowieściach, chciała wrócić do czasów młodości.
- Jezu, Maria! Wieża zapadła się do środka! - krzyknęła matka Matyldy, przerywając bezceremonialnie znane na pamięć wspominki. Z emocji i przerażenia chwyciła się za głowę.
- Strasznie to wygląda... - wyszeptała grobowym głosem najmłodsza z kobiet i zastygła w identycznej jak jej matka pozie. Sama dostrzegając, że staje się jej wierną kopią, czego chciała uniknąć za wszelką cenę, wcisnęła ręce w kieszenie szlafroka. Po kilku minutach obserwacji szalejącego żywiołu oświadczyła zdecydowanie:
- Idę spać. Nie wiem jak wy, ale ja muszę wstać wcześnie rano. Jeśli się spóźnię do muzeum, to Stara będzie przynudzać, a tego wyjątkowo nie znoszę.
- Idź, Tyldziu, idź - poparła ją babka. - Ale, proszę cię, moje dziecko, zmień słownictwo. Nie stara, lecz pani dyrektor - poprawiła wnuczkę. Mimo upływających lat, nadal nie przyzwyczaiła się do zmian, jakie niósł ze sobą czas. A już szczególnie nie lubiła tej młodzieżowej gwary. - Za moich czasów... - zaczęła, lecz Matylda przerwała jej bezceremonialnie.
- Błagam, nie mówcie do mnie Tyldziu - burknęła, wychodząc z pokoju. Zaraz mnie diabli wezmą, przemknęło jej przez myśl i chcąc zaakcentować niezadowolenie, zbyt głośno zamknęła drzwi, choć trudno było to nazwać trzaśnięciem. Uwagi o słownictwie nie przyjęła do wiadomości. Miała nadzieję, graniczącą z pewnością, że ona nigdy nie powie do swoich dzieci: "Za moich czasów...". O ile będzie je kiedykolwiek miała, bo nie ciągnęło jej do pieluch i przecierania zupek.
To oryginalne imię - Matylda - dostała po swojej drugiej babce, matce ojca, który wkrótce po przyjściu córki na świat został zamordowany przez komunistów, mimo że nie zaliczał się do tak zwanych wrogów ludu. Nie wywodził się ani z ziemiańskiej rodziny, ani z burżuazji. Wystarczyło, że głośno skrytykował panujące porządki, a właściwie ich brak w fabryce, gdzie był majstrem. Pochodził z Wielkopolski, więc akuratność i pracowitość z dziada pradziada miał we krwi. Nie mogąc spokojnie patrzeć na marnowanie materiałów, powszechną kradzież i partactwo, powiedział dyrektorowi z partyjnego nadania, ze świadectwem ukończenia czterech klas szkoły powszechnej, co o tym wszystkim myśli. Na drugi dzień dwóch ubranych w prochowce osobników wywlekło go z domu jeszcze o świcie, nie patrząc, że był w piżamie i kapciach. Więcej go nie zobaczyły. Ponoć zmarł na zapalenie płuc. Były i tak w dobrej sytuacji, że wydano im zwłoki i mogły urządzić pogrzeb. Inni nigdy nie doczekali się informacji, co stało się z ich bliskimi, aresztowanymi przez bezpiekę, jak powszechnie mówiono na Urząd Bezpieczeństwa. Jego rodzice, owa Matylda i jej mąż Wincenty, wówczas już nie żyli. Oboje zginęli podczas wojny, kiedy ich syn był jeszcze chłopakiem.