Wacław Taranczewski, Martwa natura ze świątkiem, 1947-1948
.
NIEUSTANNE POSZUKIWANIE
WACŁAW TARANCZEWSKI
Powiedz mi, który okres Taranczewskiego cenisz najbardziej, a powiem ci, kim jesteś.
ZBIGNIEW HERBERT
Przed dworem w Rudkach wokół klombu galopuje jeździec w błękitnym turbanie, obserwowany przez ciągle zdenerwowanego malarza, który znad sztalug pokrzykuje: "Nie zwalniaj! Nie możesz kłusem! Jak ja mam malować - czy ty wiesz, jak wygląda koń w kłusie? Tylko galop!". Jest początek lat trzydziestych, majątek w Rudkach należy do żony Piotra Potworowskiego, to on jest tym zmęczonym jeźdźcem. Malarz to starszy od niego Tytus Czyżewski, a całą scenę obserwuje najmłodszy z trójki przyjaciół - Wacław Taranczewski, bohater tej opowieści[1]. Poznali się rok czy dwa lata wcześniej, gdy Czyżewski i Potworowski odwiedzili Taranczewskiego w Poznaniu w pracowni przy ulicy Rybaki.
Taranczewski urodził się w 1903 roku. Studiował w Poznaniu, Krakowie i Warszawie. Po powrocie do Wielkopolski pod koniec lat dwudziestych wystawiał sporo swoich prac i zyskiwał rozpoznawalność. Czyżewski był jednym z założycieli pierwszej polskiej awangardy lat dwudziestych - ugrupowania formistów - z czasem coraz większą wagę zaczął przywiązywać do koloru i stał się jednym z czołowych kolorystów starszego pokolenia. Potworowski urodził się w roku 1898, był osiemnaście lat młodszy od Czyżewskiego. Należał do grupy młodzieży, która uformowała słynny Klub Paryski; wyjechała z Krakowa do Paryża w 1924 roku, żeby pod kierunkiem Józefa Pankiewicza kontynuować studia malarskie w ówczesnej stolicy sztuki - ta grupa po powrocie do Polski przez wiele lat mocno wpływała na rozważania dotyczące koloru w malarstwie.
W Poznaniu spotykają się zatem trzej malarze pochodzący z różnych pokoleń, zaprzyjaźniają się, sporo razem podróżują, wspólnie wystawiają swoje prace.
Twórczość Wacława Taranczewskiego będzie się ciągle rozwijać, ale nie zerwie z inspiracjami z tamtych lat. Przede wszystkim artysta będzie nieustannie poszukiwał rozwiązań w odniesieniu do barw, ale również dążył do równowagi w geometrii i konstrukcji obrazu. Spróbujmy te artystyczne eksploracje prześledzić.
MARTWA NATURA ZE ŚWIĄTKIEM- ARCHITEKTURA OBRAZU
Początek to barwy. Natura wyposażyła nas w najbardziej pierwotne instynkty - najpierw reagujemy na ruch i kolor, potem dopiero rozpoznajemy kształty. Barwy odbieramy w sposób najbardziej podstawowy, wrażenia są czyste i natychmiastowe, wprost przekładają się na nasze emocje. Struktura, bryły, wzajemne relacje przedmiotów to już kolejny poziom, racjonalny.
Martwa natura ze świątkiem Taranczewskiego wciąga nas w zielonkawą przestrzeń. Znajdujemy się wśród oliwkowych, szmaragdowych, miejscami zaostrzonych turkusem płaszczyzn, to jest zdecydowanie dominująca tonacja, lekko przełamana szarością, delikatnie wsparta fioletem. I mamy mistrzowski kontrast barwny w centrum - cynobry i oranże skupiające naszą uwagę, gdy tylko oswoimy się z pierwszym wrażeniem otaczającej nas zieloności. Odcienie czerwieni pochodzące z dokładnie przeciwnego do zieleni bieguna barw. Tym bardziej przesunięte w stronę oranżu i żółci, im bardziej zieloność tła jest zbliżona do koloru niebieskiego. Doskonały przykład kontrastu barwnego - gdy nasze oko przyzwyczai się do dużych zielonkawych płaszczyzn, uderza niewielka przecież powierzchnia czerwieni. Mamy też płaszczyzny równoważące te kontrasty dość zimnych barw, wprowadzające pewne ocieplenie, czy przynajmniej neutralność - szerokie struktury o barwach ziemistych, beżowych i delikatnie brązowych, po których oko się prześlizguje bez specjalnej uwagi, ale które wprowadzają równowagę i subtelność do całości. Dopełnieniem są jasne kolory grupy przedmiotów w centrum - oprócz kontrastujących z zielenią cynobrów mamy czysty kobalt wazonu, ciepłą żółć dzbana, turkus drugiego, węższego dzbanka, biel imbryka.
Gdy mija pierwsze wrażenie barwne, zaczynamy rozpoznawać kształty. Martwa natura ze świątkiem - w centrum stolik z kilkoma przedmiotami, niebieskim wazonem wyraźnie odcinającym się od tła, cynobrowym dzbanem, pomarańczową bryłą trudną do odczytania - może chleba. W wazonie gałązka z białymi wiosennymi baziami. Za wazonem waga z dwiema szalkami zawieszonymi na łańcuchach czy linkach. Po lewej stronie za stołem figura z podniesionym prawym ramieniem, na pierwszy rzut oka bardzo kobieca, z delikatną, eterycznie zaznaczoną głową. W tle kilim o geometrycznych wzorach. Scena jest ograniczona z prawej i lewej strony przez długie pionowe kształty - obrazy ustawione obok siebie. Jesteśmy w pracowni malarza.
Zdzisław Kępiński, dyrektor Muzeum Narodowego w Poznaniu, znawca i przyjaciel Taranczewskiego, w katalogu wystawy z 1958 roku, odnosząc się do tytułowej figury świątka, pisze, że mamy do czynienia "z jakąś prymitywną barokową rzeźbą"[2]. Z dzisiejszej perspektywy musimy pamiętać, że wówczas używano pojęcia prymitywizmu na określenie sztuki naiwnej i ludowej, tworzonej przez artystów bez przygotowania akademickiego. To o tyle istotne, że spotykamy się tu z wątkiem bardzo istotnym w sztuce nowoczesnej - przecież fascynacja artystów profesjonalnych tym, co ludowe, pierwotne, silne w swojej prostocie, była jednym z najważniejszych zagadnień od końca XIX i początku XX wieku. Paul Gauguin wprowadził na swoich płótnach postacie wzorowane na ludowej sztuce Polinezji, w tym bożka Oviri, później Picasso mocno inspirował się maskami afrykańskimi - przykładów tych fascynacji jest mnóstwo. Możemy się tylko domyślać, jak rzeźba świątka wyglądała, ale określenie Kępińskiego wskazuje właśnie na ludowy rodowód, który byłby jeszcze jednym intelektualnym nawiązaniem do historii nowoczesności u Taranczewskiego. Profesor Paweł Taranczewski, syn artysty, świetny malarz, pisze w naszej korespondencji, że "była to figura św. Sebastiana, która stała pośród wielu innych przez lata w pracowni, Ojciec wspominał, że malował kościół w Lubomirzu, tak wymawiał nazwę Lubomierz, i jako zapłatę przyjął m.in. rzeźbę św. Sebastiana, którą znalazł wyrzuconą z kościoła na strych kościelny. Wolno powiedzieć, że był to ludowy barok"[3].
Równocześnie odnosimy nieodparte wrażenie, że czymkolwiek figura była w oryginale, to została przetworzona na potrzeby obrazu i była traktowana jako inspiracja, a nie jako obiekt do odwzorowania. Ja widzę wyraźnie dziewczęcą, czy androgyniczną, lekkość głowy i niemal erotyczny w wyrazie gest uniesienia ramienia. Ta wieloznaczność może być nawiązaniem do wcześniejszej tradycji przedstawiania świętego Sebastiana z rysami niemal dziewczęcymi - jak choćby u Rafaela (1501, Accademia Carrara w Bergamo), Jusepego de Ribery (1621, Muzeum Guggenheima w Bilbao) czy Nicolasa Régniera (1620, Ermitaż w Sankt Petersburgu). Często święty ten, rzymski męczennik, jest przedstawiany z uniesionym ramieniem, jak świątek Taranczewskiego.
Androgyniczność postaci świątka w pierwszych wersjach Martwej natury przynosi jeszcze jedno skojarzenie - przecież podobny wątek pojawia się u Gauguina. Malowane przez niego postacie przyjaciół, kochanek i żon często mają w sobie właśnie taką wieloznaczność, jakby były tahitańskimi m?h? - przedstawicielami i przedstawicielkami trzeciej płci. Swoją drogą u Taranczewskiego figura w późniejszych wersjach obrazu nie jest już tak dziewczęca, tylko znacznie uproszczona, ma wyraźnie cięższą, przysadzistą sylwetkę, mocny, grubo ciosany zarys głowy.
Detal - delikatna sylwetka świątka
Jedna rzecz zwraca szczególną uwagę w Martwej naturze ze świątkiem - kompozycja. Paweł Taranczewski wspomina: "Ojciec powtarzał maksymę znad wejścia do Akademii Platońskiej: "Niech nie wchodzi tu nikt, kto nie zna geometrii". Chodziło mu o znajomość swoistej logiki malarstwa, jakiejś "geometrii malarstwa""[4].
Przyjrzyjmy się architekturze obrazu. Napięcie i dynamikę wprowadzają ukośne linie stolika, linie unoszące się skośnie u dołu z lewej strony. Ciągną nasz wzrok w górę po prawej. Napięcie rośnie. Nagle szara tkanina po prawej stronie stolika opada. Napięcie gaśnie. Atmosferę dociążają ukos szalek wagi i pionowe obrazy oparte z prawej strony poniżej, połączone mistrzowsko z tkaniną - nie kształtem i bliskością w przestrzeni, ale barwą o prawie identycznym odcieniu szarości. Napięcie ukośnych linii stolika jest wzmocnione wznoszącym się w tym samym kierunku łukiem kilimu - tutaj odejście od linii prostej wprowadza dodatkowy wymiar w przestrzeni, w której się znajdujemy.
Kompozycja jest tak zrównoważona, że nasz wzrok, gdy opadnie wzdłuż tkaniny i obrazów z prawej strony, natychmiast powraca na stronę lewą, gdzie piętrzą się trzy kolejne obrazy oparte o siebie. Jak mówią architekci - dwie kolumny to para, ale trzy to już rytm, zapowiedź czegoś więcej. Nie widzimy wszystkich ustawionych po lewej stronie płócien, obraz się urywa, ale kompozycja pozostaje otwarta. Otrzymujemy wyraźną sugestię, że jest ich więcej poza kadrem. Zwróćmy uwagę, że pionowo oparte o siebie obrazy z prawej strony są dwa, z lewej trzy. Co by się stało, gdyby były po dwa albo po trzy z każdej strony? Mielibyśmy rozwiązanie trywialnie symetryczne, a do tego zaburzenie balansu - to właśnie trzy pionowe kształty równoważą ciężar kompozycji, opadający z tkaniną z prawej strony.
Gdy nasz wzrok już rozpozna kształty i zinterpretujemy relacje pomiędzy bryłami, wracamy do centrum; zaczynamy dostrzegać perspektywę, będącą rozwinięciem technik wprowadzonych przez Cézanne'a. Płaszczyzna stolika została przedstawiona jakby z góry, z pozycji nazywanej często ptasią, tymczasem na przedmioty znajdujące się na stoliku patrzymy raczej z boku niż z góry. Z wyjątkiem żółtego dzbana, ale do tego jeszcze wrócę.
Artysta rozwiązuje perspektywę z różnych kierunków spojrzenia. Każdy z nas może wykonać takie ćwiczenie. Ustawmy na stole kilka przedmiotów. Spójrzmy najpierw na bliższą nam płaszczyznę stołu - wydaje się ustawiona dość nisko, patrzymy na nią z góry, a przedmioty majaczą gdzieś na horyzoncie, niewielkie, spłaszczone i oddalone. Przenieśmy teraz wzrok na grupę przedmiotów - zbliżają się do nas, rosną, płaszczyzna stołu zdaje się mniej znaczyć i się wypłaszcza, tak jakbyśmy obniżyli punkt widzenia. To podobne do wrażeń z gór - gdy jesteśmy w Dolinie Pięciu Stawów w Tatrach i patrzymy na Kozi Wierch spod wejścia na Szpiglasową Przełęcz, to wydaje się ogromny, przytłacza nas swoimi pionowymi ścianami. Jeśli zrobimy zdjęcie, szczyt wygląda jak mocno oddalona, niewielka góra, zagubiona gdzieś w przestrzeni. Nasz wzrok i umysł to nie soczewka dająca liniowe odwzorowanie perspektywy - każde przeniesienie wzroku, nie mówiąc już o ruchu obserwatora, zmienia nasze wrażenia.
Dotykamy tutaj jednej z największych tajemnic malarstwa - jak przenieść trójwymiarową przestrzeń na płaszczyznę. Po perspektywie używanej w czasach antycznych średniowiecze na setki lat wprowadziło prymat duchowości, symboliki i hierarchii nad postrzeganiem przestrzeni. W późnym średniowieczu i na początku renesansu we Florencji podjęto kolejny raz próbę, by oddać trójwymiarową przestrzeń na płaszczyźnie obrazu. Uporządkował to Filippo Brunelleschi w serii szkiców baptysterium florenckiej bazyliki Santa Maria del Fiore, przedstawiając perspektywę linearną. Później kontynuował te poszukiwania w swoich obrazach Masaccio (Święta Trójca we florenckim kościele Santa Maria Novella). Kropkę nad "i" postawił genialny Piero della Francesca[5]. I do XIX wieku obowiązywała mniej lub bardziej rygorystycznie stosowana metoda odwzorowania trzech wymiarów poprzez rzutowanie na płaszczyznę za pomocą perspektywy zbieżnej, linearnej. Często wspierano się camerą obscurą - skrzynką z otworem, przez który wpadało światło i odwzorowywało trójwymiarową przestrzeń na tylnej ściance. Ale przecież obserwator nie patrzy przez dziurkę od klucza, nie jest pozbawiony możliwości ruchu gałki ocznej, ruchu głowy czy zmiany pozycji.
Dopiero Cézanne uporał się z zagadnieniami związanymi z ruchem obserwatora i zmianą jego spojrzenia, stąd zastosowana przez niego perspektywa - tak jak w Martwej naturze z brzoskwiniami i gruszkami (Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina w Moskwie) czy w Martwej naturze z jabłkami i pomarańczami z roku 1899 (Musée d'Orsay w Paryżu). W trakcie malowania zmieniał pozycję i kąt widzenia, starając się oddać zmieniające się wówczas relacje między przedmiotami, ich kształtami i wymiarami. I takie właśnie odwzorowanie zastosował Taranczewski. Kolejne nawiązanie do Cézanne'a to sprowadzenie kształtów do podstawowych brył geometrycznych - przecież to on był prekursorem spojrzenia geometrycznego, gdy dążył do odwzorowania rzeczywistości za pomocą kuli, stożka i walca.
Co się stanie, gdy obejdziemy dzbanek dokoła albo spojrzymy na niego najpierw z boku, a potem podniesiemy się i zajrzymy do rodka? Tym już zajmowali się Georges Braque i Picasso, formułując tezy kubizmu, który zresztą nie jest tylko kolejną zmianą perspektywy i wynikającą z tego deformacją, ale również dalej jeszcze idącą geometryzacją. Taranczewski świetnie posługuje się językiem wypracowanym przez poprzedników - spójrzmy na żółty dzbanek z wyraźnie kubistycznym odwzorowaniem. Najpierw patrzymy na niego z boku, potem zaglądamy do środka.
Poza ruchomą perspektywą Cézanne'a i klarownym nawiązaniem do rozwiązań kubistycznych Taranczewski sięga po dziedzictwo formizmu. Spójrzmy na sposób budowania przestrzeni poprzez plany, głębię uzyskaną przez relacje pomiędzy formami podkreślone kolorem.
Popatrzmy, w jaki sposób centralna grupa przedmiotów - wazon, dzbanki, waga, imbryk, tkanina - wyróżnia się swoimi kolorami z tła, niejako wychodzi naprzeciw obserwatorowi. Im dłużej patrzymy na obraz jako całość, im bardziej wzrok się przyzwyczaja do spokojnej tonacji tła, tym bardziej wybijają się na pierwszy plan rekwizyty ustawione na stoliku. Pomiędzy bryłami przedmiotów zachodzą jasno określone relacje - centralną grupę stanowią dwa dzbanki i biały imbryk, podczas gdy kobaltowy wazon stoi z boku, wyraźnie oddzielony, jednocześnie swoją smukłością i wysokością dodaje lekkości całej kompozycji. Gdybyśmy spróbowali przesunąć go trochę w lewo lub w prawo, kompozycja straciłaby swoje wyrafinowanie, stałaby się po prostu grupą czterech stojących blisko siebie przedmiotów lub zestawieniem trzech dzbanków z wazonem, który przypadkowo znalazł się w kadrze.
Kubistyczna deformacja dzbana
Mistrzowsko posługuje się Taranczewski środkami wyrazu wypracowanymi w pierwszej połowie XX wieku, dążąc do pewnej syntezy języka malarskiego, a jednocześnie wypracowując własne rozwiązania - bo przecież kompozycja, relacje między bryłami i barwnymi płaszczyznami są jego i tylko jego.
Spójrzmy na światło. Koloryści - a był przecież Taranczewski jednym z czołowych kolorystów - od czasu programowych deklaracji Jana Cybisa i pierwszych wspólnych wystaw Klubu Paryskiego konsekwentnie odchodzą od tradycyjnego przedstawiania oświetlenia brył za pomocą waloru. Zastępują to kontrastem barwnym, w którym zacienione obszary są odwzorowywane najczęściej w chłodniejszych barwach (choć nie jest to regułą). Przez wieki zmiany oświetlenia przedmiotów spowodowane określonym kątem padania światła odzwierciedlano za pomocą zmiany waloru - często po prostu przez domieszkę czerni w cieniu i rozbielenie farby w płaszczyznach jasno oświetlonych. Odchodzą od tego stopniowo impresjoniści, a nasi kapiści i szerzej rozumiany ruch kolorystów - całkowicie z tego rezygnują, konsekwentnie dążąc do oddania gry światła samą tylko barwą. Przyjmuje to różne formy - od rozbielonych, rozmigotanych obrazów Cybisa, do konsekwentnie modelowanych płaszczyzn Józefa Czapskiego i niemal abstrakcyjnych pejzaży Potworowskiego.
Światło u Taranczewskiego wyraźnie zaznacza się na kobaltowym wazonie - biały odblask podkreśla wypukłość i gładkość ceramiki. Już wiemy, że źródło światła jest z prawej strony gdzieś za nami. Oświetla krawędź i część nogi stolika, zamieniając je w roziskrzone turkusy, podkreśla zgniecenia tkaniny, wyraźnie zaznacza kształt dzbanków. Zacieniona część dzbana nie jest żółcią przybrudzoną czernią, tak jak byłoby to jeszcze u przedstawicieli szkoły monachijskiej. To zupełnie odmienna, pełnoprawna barwa, wpadająca w zielonkawą szarość. Mamy również wyraźny kontrast świetlny wewnątrz żółtego dzbana, wyraźny cień w głębi i jasno oświetloną przeciwległą ściankę. Ponadto: rozbłyski światła na krawędziach stołu i tkaniny po prawej stronie, piękny efekt uzyskany przez pozostawienie wąskiej szczeliny między zamalowanymi płaszczyznami, prześwitywanie gruntu i lekkie podkreślenie tego zjawiska przez dodanie bieli na wierzchu.
Podobną metodę wcześniej zastosował Maurice Denis w obrazie Plama słońca na tarasie (1888), w którym dochodzi do gry niemal abstrakcyjnych barwnych plam, delikatnie rozdzielonych białymi rozbłyskami. Ale jak mówi Anda Rottenberg, zawsze ciekawsze jest postrzeganie indywidualności i różnic niż podobieństw[6]. Taranczewski idzie dalej, w swoim obrazie nie stosuje konturów poszczególnych brył, nie zaznacza ich ani czernią, ani mocniejszym walorem danej barwy, po prostu zostawia pewne niedopowiedzenie, separuje niejako płaszczyzny barwne. Z punktu widzenia sztuki abstrakcyjnej moglibyśmy powiedzieć, że poszczególne płaszczyzny zyskują niezależność, ich wzajemne relacje się rozluźniają. Z perspektywy figuratywnej powiedzielibyśmy, że mamy piękne rozbłyski światła na krawędzi przedmiotów, szczególnie tych najbardziej wystawionych na jego promienie.
Maurice Denis, Plama słońca na tarasie, 1888
Na uwagę zasługuje też sposób, w jaki Taranczewski tworzy barwne plamy. W Martwej naturze ze świątkiem mamy klasyczną grę koloru - ciepłe odcienie z lewej strony, tam gdzie opierają się o siebie ramy obrazów, przechodzą w zdecydowanie chłodną zieleń kilimu za równie zimnym, kobaltowym wazonem w części prawej. Obrazy oparte pionowo z lewej strony to przenikanie się ciepłych ugrów i sjen, delikatnie tylko schłodzonych szarością i różem. Gdy spojrzymy z bliska, widzimy, w jaki sposób malarz uzyskał wibrację barwy, ile tam przemieszanych odcieni. Taranczewski chłodzi barwy stopniowo - powierzchnia kilimu za żółtym wazonem jest malowana szerokim pędzlem, którym naniesiono zdecydowane, szerokie pasy wiosennej, delikatnej zieleni na przemian z dość ciepłą szarością, co daje piękny efekt mozaiki barwnej i przenikania się odcieni. Zachowują owe odcienie swoją autonomiczność, nie zlewają się w naszym oku w jedną szarą plamę, wręcz przeciwnie - pobudzają oko swoimi wibracjami. I wreszcie zdecydowana, ciemna i chłodna zieleń za wazonem niebieskim. Wyraźne nasycenie. Artysta nie boi się cięższej wagi koloru. Podobnie jak nie stroni od malowanych zdecydowanymi impastami brył dzbanków i wazonu - kobaltowa plama z wyraźnie zaznaczonym białym odbłyskiem światła jest chyba najbardziej jednorodną, zdecydowanie i grubo nałożoną warstwą koloru w całym obrazie. Dla odmiany najbardziej eteryczną, delikatną postacią wydaje się figura świątka - głowa zaznaczona cieniutką warstwą, z wyraźnie prześwitującym gruntem, daje efekt eteryczności. Czy to duch? A może anioł?
Subtelności tych artysta nie uzyskałby bez doskonałego warsztatu. Ciekawie opowiada o tym syn Paweł, mówiąc o stosowanych przez ojca klasycznych metodach gruntowania płótna:
W Poznaniu jakiś konserwator opowiedział mu o sposobie gruntowania Velázqueza, który Ojciec przyjął i stosował do końca. Na rozpięte na blejtramie płótno lniane, przeklejone już siedmioprocentowym klejem kostnym, nakładał szpachelką chudy, dość rzadki podkład olejny, to znaczy olejną farbę rozrzedzoną terpentyną lub benzyną, i odstawiał płótno do czasu, aż farba przestawała się mazać, nie wysychając jednak zupełnie [...]. Na podeschnięty podkład nakładał jedną, najwyżej dwie warstwy białej tłustej tempery jajowej.[7]
Rzemiosło artystyczne starych mistrzów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki