Prolog
Sobota, 14 XII 2013 r.
Ten sam wzrost, ten sam kolor włosów. Z tyłu można by ją niemalże wziąć za Deborah. Jednak, kiedy kobieta się odwróciła, okazała się jedynie jej tanią imitacją. Legginsy wchodziły jej między pośladki. Miała na sobie krótką puchową kurtkę i wysokie szpilki, co jeszcze bardziej wskazywało na to, że nie była to Debbie. Jego Debbie nie wyszłaby między ludzi tak tandetnie ubrana. Zanim kobieta podeszła do jego samochodu, rozejrzała się w lewo i w prawo po stromej ulicy w centrum miasta.
Włączył prawy kierunkowskaz i zatrzymał się za zatłoczonym barem, obok budki z frytkami. W Redditch panował tłok. W okresie przedświątecznym nocami wszyscy imprezowali. Kobieta posłusznie podążała za nim, jakby była w narkotykowym transie.
Do tej pory tylko raz przyszedł tu szukać towarzystwa, ale to było na długo przed tym, nim Debbie znalazła się w jego życiu. Spotkanie z tamtą dziewczyną okazało się katastrofą. Chciał tylko porozmawiać, ale ta kobieta była niemoralna i zepsuta, próbowała nakłonić go do robienia rzeczy, których jego matka nigdy by nie pochwaliła. Był chętny, ale tylko do momentu, kiedy sobie ulżył. Tamta kobieta nie potrafiła tego zaakceptować.
Ta podobna do Debbie zapukała w szybę samochodu i mrugnęła. Teraz z bliska widział jej ciemne odrosty i lekko skrzywiony nos, który, jak się domyślał, musiał być kiedyś złamany. To nie była jego Debbie, ale mogła ją udawać.
Kobieta uśmiechnęła się.
- Szukasz czegoś specjalnego na zakończenie wieczoru? - zagadnęła. Miała wschodnioeuropejski akcent. Zastanawiał się, skąd pochodzi... może z Rumunii, może z Bułgarii?
Zerknął w lusterko i zauważył grupę pijanych imprezowiczów, którzy wesoło przepychali się przy wejściu do baru. Żaden z nich nie zwracał uwagi na to, co działo się kawałek dalej na ulicy. Kiedy mężczyźni trzęśli się z zimna, stojąc przed barem w koszulkach z krótkimi rękawami i czapkach Świętego Mikołaja, on ponownie odwrócił się do kobiety.
- To jak? Nie mam całej nocy, kochanieńki. Na ulicy jest zimno. - Wypuściła obłoczek pary z ust i zaczęła tupać nogami, żeby się rozgrzać.
- Wsiadaj.
- Wiesz, jak zadbać o kobietę. A ja wiem, jak zadbać o mężczyznę. - Oblizała usta i spojrzała mu w oczy. Odwrócił wzrok. - Zanim wsiądę, pokaż mi, że masz pieniądze. - Potknęła się i oparła o samochód, gdy obchodziła go, by zajrzeć do auta od strony pasażera.
- Najpierw gotówka, kochanieńki.
Sięgnął do schowka samochodu po portfel i wyjął dwa banknoty dziesięciofuntowe.
- Mało, ale niech będzie. Tylko nie spodziewaj się cudów. - Gdy wsiadła do środka, poczuł woń tanich perfum. Zgarnęła gotówkę i rozparła się na siedzeniu. - Dobra, jedźmy. Tylko nie za daleko.
- Pojedziemy w jakieś spokojne miejsce. Możemy pójść na spacer... jak na randkę?
- Oczywiście, że w spokojne miejsce. Chyba nie spodziewałeś się, że zajmę się tobą tutaj, co, kochanieńki?
- Pewnie, że nie. - Wrzucił bieg i ruszył. "Zajmie się nim", to wszystko, co planuje z nim zrobić. On chciał czegoś innego. Chciał porozmawiać, pomyśleć, poczuć coś... cokolwiek.
W głowie słyszał słowa matki: "Zadawanie się z niegrzecznymi dziewczynami sprawia, że sam stajesz się niegrzeczny. Mój synek zasługuje na o wiele więcej".
- Skręć w lewo i jedź w dół. Przy aptece jest pusty parking. Zatrzymaj się tam.
Zadrżał, gdy mijali podświetlaną fontannę, ale skręcił tak, jak mu kazała. Na ulicy wciąż było za dużo ludzi. Trzy kobiety w opaskach z rogami reniferów przeszły obok nich, zataczając się. To nie było dobre miejsce. Potrzebował innego, gdzieś w spokojnej okolicy, gdzie nikt nie będzie im przeszkadzać. Może tam, gdzie wyprowadzał Rosie? Nad rzeką, przy śluzach w Marcliff, tuż za Bidford. Serce zaczęło mu bić szybciej, gdy minął aptekę i wcisnął gaz, aby jak najprędzej dotrzeć do obwodnicy.
- Stój! Zatrzymaj się! - wykrzyknęła. - Cholera, gdzie mnie wieziesz?! Zatrzymaj się!
Zahamował gwałtownie na poboczu, włączył światła awaryjne i zadrżał, gdy samochodem szarpnęło.
- Zrobiłem coś źle?
- Ja mówię apteka, a ty wcale mnie nie słuchasz, tylko gdzieś jedziesz. - Otworzyła drzwi.
- Poczekaj, potrzebuję towarzystwa, to wszystko. Miałem zły dzień. Widzisz, moja matka dziś zmarła i nie chcę być sam. Nie mam nikogo innego. - W jego mniemaniu matka już prawie nie żyła. Od czasu diagnozy była cieniem samej siebie. Przeszedł go dreszcz. Właśnie powiedział tej kobiecie, że jego matka dzisiaj zmarła. Kim on był? - Przepraszam, mamo - wyszeptał.
- Przykro mi. To musi być dla ciebie trudne.
Zapatrzył się w światło latarni przed sobą i przestał mrugać - jeszcze chwila, a może nawet się rozpłacze. Zgodnie z przewidywaniami oczy zaszły mu łzami. Westchnął i wytarł je rękawem.
- Tęsknię za nią. Proszę, nie zostawiaj mnie samego. - Szło mu za dobrze, łzy płynęły teraz jedna po drugiej. Nawet nos miał zapchany.
- Słuchaj. Przejadę się z tobą, ale musisz mi zapłacić teraz i chcę być tu z powrotem za dwie godziny. Wiem, że jesteś rozbity, ale nie jestem psychiatrą. Dwieście funtów i jestem twoja. Zajmę się tobą albo możemy po prostu porozmawiać. Wysłucham wszystkiego, co tylko chcesz opowiedzieć.
- Dziękuję. - Ujął jej zimną, kościstą dłoń i pocałował. - Dziękuję, że jesteś taka miła.
- Pieniądze. - Wyciągnęła drżącą rękę, a on otworzył portfel.
- Połowa teraz, połowa po.
Przytaknęła. Podał jej sto funtów. Złożyła banknoty i włożyła je do kieszeni.
- Umowa stoi. Dwie godziny. - Sięgnęła do drugiej kieszeni i wyjęła z niej tabletkę. - Chcesz jedną? Dziesięć funtów i zabawimy się na całego.
- Nie, dziękuję. Ale ty się nie krępuj.
Wrzuciła pigułkę do gardła i połknęła w całości, lekko odchylając przy tym głowę. Następnie zatrzasnęła drzwi od strony pasażera, oparła się z powrotem o siedzenie i zamknęła oczy, a on tymczasem wyjechał z miasta. Kierował się na Alcester Highway w stronę Warwickshire. Chciał dojechać kilka kilometrów za małe przemysłowe miasteczko, Cleevesford, aż do Marcliff. Była pierwsza w nocy, więc miał czas do trzeciej. Przejdą się, porozmawiają, a potem ją odwiezie.
"Mógłbyś ją odwieźć teraz. Zrób to, co należy" - pomyślał.
Serce zabiło mu szybciej, gdy spojrzał w stronę kobiety. Był tylko on i śpiąca dziwka w samochodzie.
- Jesteśmy już na miejscu? - Nagle się obudziła i wytarła ślinę z kącika ust.
- Prawie - powiedział, wciskając gaz do dechy i pędząc po krętych, wiejskich drogach.
Zatrzymał się nad rzeką i patrzył na śpiącą dziewczynę. Może zmorzyło ją ciepło samochodu, może szum silnika, może tabletka, którą zażyła. Otaczały ich pola i poza delikatną poświatą księżyca panowała ciemność. Otworzył drzwi. Kobieta poruszyła się i uśmiechając się lekko, przysunęła się bliżej niego. Sięgnęła dłonią w stronę jego krocza. Odchylił się, pozwalając, by rozpięła rozporek sztruksowych spodni i gładziła jego nabrzmiałą męskość. Czuł, jak twardnieje jeszcze bardziej, gdy uwolniła jego penisa ze spodni i fachowo założyła prezerwatywę. Pochyliła się, by wziąć go w usta. Szarpnął ją gwałtownie za włosy.
- Auu, to boli! - zawyła.
- Nie rób tak! - Zastygł, gdy krew zaszumiała mu w głowie. - Suka!
- Nie waż się mnie szarpać i nazywać mnie suką. Koniec zabawy. Odwieź mnie do domu, cholerny świrusie.
Gwałtownie wciągnął powietrze. Chciał krzyczeć, wrzeszczeć, rozbić deskę rozdzielczą na setki małych kawałków. Nie był świrem, był po prostu zagubiony. Dlaczego nie mógł być tutaj z Debbie zamiast z tą tanią dziwką?
- Odwieź mnie z powrotem! Głuchy jesteś?
- Przepraszam. Nie chciałem cię skrzywdzić, po prostu nie chcę w taki sposób. To bolało. - Wymusił uśmiech. - Proszę, możemy zacząć od nowa?
Spojrzała na niego i westchnęła.
- Mogłabyś po prostu mnie podotykać dłońmi?
Zdjął prezerwatywę i upuścił ją na podłogę samochodu.
- Dobrze, ale nie łap mnie tak więcej.
- Przepraszam. Naprawdę przepraszam.
Gdy kontynuowała, zamknął oczy i zaczął fantazjować o Debbie.
?
Znajdowali się w chacie. Resztki kolacji stały jeszcze na stole, kiedy podeszła do niego i zsunęła ramiączka sukienki, odsłaniając nagie piersi. Jej sutki zalśniły w blasku świec, gdy odwróciła się tyłem. Kusząco oparła się o sofę, wypięła pupę w jego stronę i rozsunęła szeroko nogi. Błagała, by ją wziął. Pocałował ją w zgięcie na plecach i klepnął lekko w pośladek. Nie mógł dłużej czekać, musiał w nią wejść. Była taka gorąca. Poruszał się w niej miarowo. Czuł nadchodzące spełnienie. Jeszcze sekunda...
?
- No dalej, dojdź, maleńki, dojdź... - powiedziała dziewczyna, ocierając się o niego energicznie.
- Co? Co, k... Przestań! Głupia dziwka! Złaź ze mnie! - krzyczał, zrzucił ją z siebie i zaczerpnął gwałtownie powietrza. - Przepraszam, Debbie, bardzo przepraszam.
Wysiadł z samochodu, zapiął spodnie i zabrał ze sobą kluczyki.
- Kutas! - wykrzyknęła za nim w ciemność.
Zdradził Debbie, jedyną kobietę, którą kiedykolwiek kochał.
- Głupi, głupi, głupi. - Nerwowo chodził wzdłuż brzegu i uderzał się dłonią w czoło. Co by było, gdyby Debbie się o tym dowiedziała? Odkryła, jaki potrafił być obrzydliwy?
Szum rzeki Avon, przepływającej przez zaporę, sprowadził go z powrotem na ziemię. Poczuł tak silne dreszcze, że aż rozbolały go mięśnie. Panowało przenikliwe zimno.
Dziwka wysiadła z samochodu i podeszła do niego chwiejnym krokiem, zapalając papierosa.
- Chcesz dymka, żeby się uspokoić? Potem wracamy. I nie zapomnij o mojej drugiej setce. Myślę, że na nią cholernie zasłużyłam.
Pokręcił głową. Czy ona z niego kpiła? Dojrzał krzywy uśmiech na jej twarzy. Czy ona się z niego nabijała? Dotarli do śluzy. Wpatrywał się w spokojną wodę, a potem gwałtownie odwrócił się w kierunku bulgoczącej zapory.
Znów pokręcił głową.
- Co ja zrobiłem? Co ja, do cholery, zrobiłem? - wyszeptał, zrozpaczony.
Dym z papierosa kobiety go drażnił. Zachciało mu się rzygać. Patrzył, jak dziwka przechodzi przez mostek nad śluzą i wpatruje się w wodę. Nie mógł pozwolić, aby powiedziała komukolwiek. Gdyby Debbie się dowiedziała... Zadrżał. Nie mogło do tego dojść. Ruszył gwałtownie w jej stronę. Odwróciła się.
- Zanim mnie odwieziesz, miną dwie godziny. - Rzuciła niedopałek do wody i ruszyła w kierunku samochodu, niemal potykając się o kamienie na ścieżce. Chwycił ją od tyłu i szarpnął gwałtownie za ramiona. - Puść mnie! - zawołała, a w jej oczach błysnęło przerażenie i potoczyły się łzy. Zaczęła się szarpać. - Puszczaj! - krzyczała. Próbowała chwycić go za twarz i trafić palcami w oczy.
Popchnął ją z powrotem w kierunku mostu, a następnie chwycił szybko i zupełnie bez wysiłku przerzucił przez barierkę do lodowatej wody poniżej. Słuchał, jak jej ciało rozbija cienką warstwę lodu, który utworzył się na powierzchni pod mostem. Upadek z wysokości pięciu metrów, głową w dół do zimnej wody, nie dawał jej żadnych szans. Obserwował, jak chwyta powietrze, słyszał, jak jej głos odbija się echem od ścian śluzy.
- Nie umiem pływać! Pomocy! - Woda zalała jej usta.
Wpatrywał się w ciemność i dojrzał jej zniekształcone rysy, oświetlane bladym światłem księżyca. Serce waliło mu w piersi. Był pewien, że za moment dostanie ataku serca. Ustało kotłowanie wody. Poczekał jeszcze dziesięć minut. Cisza.
- Przepraszam, Debbie. Kocham cię i bardzo, bardzo przepraszam, że cię zdradziłem.
Gorączkowo rozglądał się dookoła, upewniając się, że jest sam. Pospiesznie wrócił do samochodu. Drzwi od strony pasażera wciąż były otwarte. Pochylił się, by poprawić pas bezpieczeństwa, który zaczepił się o fotel. Na podłodze pod fotelem pasażera leżało prawo jazdy. Nicoleta Iliescu. Rumunka. Miała zaledwie dwadzieścia cztery lata. Pogłaskał jej zdjęcie. Miał rację: nie była jak Debbie. Co on sobie wyobrażał? Wyjął ze schowka ściereczkę do kurzu i zaczął wycierać siedzenie pasażera. Zapach jej perfum wciąż unosił się w powietrzu, przyprawiając go o mdłości. Chociaż z zimna zdrętwiały mu dłonie, wiedział, że będzie musiał jechać z otwartym oknem, by pozbyć się tego smrodu.
Zszedł na brzeg rzeki i chciał wyrzucić prawo jazdy. Zawahał się jednak. Dotykał go. Czy jego odciski palców zatarłyby się w wodzie? Potarł kartonik o spodnie i teraz trzymał go między opuszkami palców. Po chwili schował prawo jazdy do kieszeni. Pozbycie się dokumentu teraz jest zbyt ryzykowne. Gdyby znaleziono go wraz z ciałem, policja od razu wiedziałaby, kim była ta kobieta. A tak ciało może pozostanie w rzece, aż nie da się go zidentyfikować. Nie zamierzał jednak zostawiać za sobą żadnych śladów. Może gdyby wiedzieli, kim ona jest, poznaliby jej miejsce pobytu, dowiedzieli się, gdzie mieszkała. Może nawet sprawdziliby monitoring w Redditch i zobaczyli, jak zabiera ją do samochodu. Nie mógł ryzykować. Zabierze prawo jazdy ze sobą, z dala od miejsca zdarzenia.
Rozejrzał się, próbując dostrzec jej ciało... Nic. Dookoła panowała przejmująca cisza. Po chwili jednak coś zaszeleściło w krzakach. Drgnął i podążył za dźwiękiem. Czy to wiatr poruszał gołymi gałęziami? Czy może to tylko jakieś zwierzę? Lisy i borsuki często pojawiały się w tych okolicach. Coś w krzakach naprzeciwko zaszeleściło raz jeszcze. Serce waliło mu jak młotem. Czy ktoś go widział?
- Jest tam kto? - zawołał drżącym głosem. Łzy spłynęły mu po twarzy. Chwytał łapczywie powietrze. Poczuł, że za moment zemdleje. Czy ktoś mógł go widzieć?
Nagle spośród drzew wyskoczył lis i pobiegł w siną dal. Nieopodal zahuczała sowa. Wzdrygnął się i najszybciej, jak potrafił, pobiegł z powrotem do samochodu, prawie przewracając się na oblodzonej kałuży. Matka wkrótce się obudzi. Będzie chciała śniadanie, a on miał chleb w samochodzie. Wracał do domu, potem miał zamiar zajrzeć do Debbie... ot, taki kolejny, normalny dzień.