Kolejna dziewczyna. Tom 1 - Carla Kovach

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

So­bota, 14 XII 2013 r.

Ten sam wzrost, ten sam ko­lor wło­sów. Z tyłu można by ją nie­malże wziąć za De­bo­rah. Jed­nak, kiedy ko­bieta się od­wró­ciła, oka­zała się je­dy­nie jej ta­nią imi­ta­cją. Leg­ginsy wcho­dziły jej mię­dzy po­śladki. Miała na so­bie krótką pu­chową kurtkę i wy­so­kie szpilki, co jesz­cze bar­dziej wska­zy­wało na to, że nie była to Deb­bie. Jego Deb­bie nie wy­szłaby mię­dzy lu­dzi tak tan­det­nie ubrana. Za­nim ko­bieta po­de­szła do jego sa­mo­chodu, ro­zej­rzała się w lewo i w prawo po stro­mej ulicy w cen­trum mia­sta.

Włą­czył prawy kie­run­kow­skaz i za­trzy­mał się za za­tło­czo­nym ba­rem, obok budki z fryt­kami. W Red­ditch pa­no­wał tłok. W okre­sie przed­świą­tecz­nym no­cami wszy­scy im­pre­zo­wali. Ko­bieta po­słusz­nie po­dą­żała za nim, jakby była w nar­ko­ty­ko­wym tran­sie.

Do tej pory tylko raz przy­szedł tu szu­kać to­wa­rzy­stwa, ale to było na długo przed tym, nim Deb­bie zna­la­zła się w jego ży­ciu. Spo­tka­nie z tamtą dziew­czyną oka­zało się ka­ta­strofą. Chciał tylko po­roz­ma­wiać, ale ta ko­bieta była nie­mo­ralna i ze­psuta, pró­bo­wała na­kło­nić go do ro­bie­nia rze­czy, któ­rych jego matka ni­gdy by nie po­chwa­liła. Był chętny, ale tylko do mo­mentu, kiedy so­bie ulżył. Tamta ko­bieta nie po­tra­fiła tego za­ak­cep­to­wać.

Ta po­dobna do Deb­bie za­pu­kała w szybę sa­mo­chodu i mru­gnęła. Te­raz z bli­ska wi­dział jej ciemne od­ro­sty i lekko skrzy­wiony nos, który, jak się do­my­ślał, mu­siał być kie­dyś zła­many. To nie była jego Deb­bie, ale mo­gła ją uda­wać.

Ko­bieta uśmiech­nęła się.

- Szu­kasz cze­goś spe­cjal­nego na za­koń­cze­nie wie­czoru? - za­gad­nęła. Miała wschod­nio­eu­ro­pej­ski ak­cent. Za­sta­na­wiał się, skąd po­cho­dzi... może z Ru­mu­nii, może z Buł­ga­rii?

Zer­k­nął w lu­sterko i za­uwa­żył grupę pi­ja­nych im­pre­zo­wi­czów, któ­rzy we­soło prze­py­chali się przy wej­ściu do baru. Ża­den z nich nie zwra­cał uwagi na to, co działo się ka­wa­łek da­lej na ulicy. Kiedy męż­czyźni trzę­śli się z zimna, sto­jąc przed ba­rem w ko­szul­kach z krót­kimi rę­ka­wami i czap­kach Świę­tego Mi­ko­łaja, on po­now­nie od­wró­cił się do ko­biety.

- To jak? Nie mam ca­łej nocy, ko­cha­nieńki. Na ulicy jest zimno. - Wy­pu­ściła ob­ło­czek pary z ust i za­częła tu­pać no­gami, żeby się roz­grzać.

- Wsia­daj.

- Wiesz, jak za­dbać o ko­bietę. A ja wiem, jak za­dbać o męż­czy­znę. - Ob­li­zała usta i spoj­rzała mu w oczy. Od­wró­cił wzrok. - Za­nim wsiądę, po­każ mi, że masz pie­nią­dze. - Po­tknęła się i oparła o sa­mo­chód, gdy ob­cho­dziła go, by zaj­rzeć do auta od strony pa­sa­żera.

- Naj­pierw go­tówka, ko­cha­nieńki.

Się­gnął do schowka sa­mo­chodu po port­fel i wy­jął dwa bank­noty dzie­się­cio­fun­towe.

- Mało, ale niech bę­dzie. Tylko nie spo­dzie­waj się cu­dów. - Gdy wsia­dła do środka, po­czuł woń ta­nich per­fum. Zgar­nęła go­tówkę i roz­parła się na sie­dze­niu. - Do­bra, jedźmy. Tylko nie za da­leko.

- Po­je­dziemy w ja­kieś spo­kojne miej­sce. Mo­żemy pójść na spa­cer... jak na randkę?

- Oczy­wi­ście, że w spo­kojne miej­sce. Chyba nie spo­dzie­wa­łeś się, że zajmę się tobą tu­taj, co, ko­cha­nieńki?

- Pew­nie, że nie. - Wrzu­cił bieg i ru­szył. "Zaj­mie się nim", to wszystko, co pla­nuje z nim zro­bić. On chciał cze­goś in­nego. Chciał po­roz­ma­wiać, po­my­śleć, po­czuć coś... co­kol­wiek.

W gło­wie sły­szał słowa matki: "Za­da­wa­nie się z nie­grzecz­nymi dziew­czy­nami spra­wia, że sam sta­jesz się nie­grzeczny. Mój sy­nek za­słu­guje na o wiele wię­cej".

- Skręć w lewo i jedź w dół. Przy ap­tece jest pu­sty par­king. Za­trzy­maj się tam.

Za­drżał, gdy mi­jali pod­świe­tlaną fon­tannę, ale skrę­cił tak, jak mu ka­zała. Na ulicy wciąż było za dużo lu­dzi. Trzy ko­biety w opa­skach z ro­gami re­ni­fe­rów prze­szły obok nich, za­ta­cza­jąc się. To nie było do­bre miej­sce. Po­trze­bo­wał in­nego, gdzieś w spo­koj­nej oko­licy, gdzie nikt nie bę­dzie im prze­szka­dzać. Może tam, gdzie wy­pro­wa­dzał Ro­sie? Nad rzeką, przy ślu­zach w Marc­liff, tuż za Bid­ford. Serce za­częło mu bić szyb­ciej, gdy mi­nął ap­tekę i wci­snął gaz, aby jak naj­prę­dzej do­trzeć do ob­wod­nicy.

- Stój! Za­trzy­maj się! - wy­krzyk­nęła. - Cho­lera, gdzie mnie wie­ziesz?! Za­trzy­maj się!

Za­ha­mo­wał gwał­tow­nie na po­bo­czu, włą­czył świa­tła awa­ryjne i za­drżał, gdy sa­mo­cho­dem szarp­nęło.

- Zro­bi­łem coś źle?

- Ja mó­wię ap­teka, a ty wcale mnie nie słu­chasz, tylko gdzieś je­dziesz. - Otwo­rzyła drzwi.

- Po­cze­kaj, po­trze­buję to­wa­rzy­stwa, to wszystko. Mia­łem zły dzień. Wi­dzisz, moja matka dziś zmarła i nie chcę być sam. Nie mam ni­kogo in­nego. - W jego mnie­ma­niu matka już pra­wie nie żyła. Od czasu dia­gnozy była cie­niem sa­mej sie­bie. Prze­szedł go dreszcz. Wła­śnie po­wie­dział tej ko­bie­cie, że jego matka dzi­siaj zmarła. Kim on był? - Prze­pra­szam, mamo - wy­szep­tał.

- Przy­kro mi. To musi być dla cie­bie trudne.

Za­pa­trzył się w świa­tło la­tarni przed sobą i prze­stał mru­gać - jesz­cze chwila, a może na­wet się roz­pła­cze. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami oczy za­szły mu łzami. Wes­tchnął i wy­tarł je rę­ka­wem.

- Tę­sk­nię za nią. Pro­szę, nie zo­sta­wiaj mnie sa­mego. - Szło mu za do­brze, łzy pły­nęły te­raz jedna po dru­giej. Na­wet nos miał za­pchany.

- Słu­chaj. Prze­jadę się z tobą, ale mu­sisz mi za­pła­cić te­raz i chcę być tu z po­wro­tem za dwie go­dziny. Wiem, że je­steś roz­bity, ale nie je­stem psy­chia­trą. Dwie­ście fun­tów i je­stem twoja. Zajmę się tobą albo mo­żemy po pro­stu po­roz­ma­wiać. Wy­słu­cham wszyst­kiego, co tylko chcesz opo­wie­dzieć.

- Dzię­kuję. - Ujął jej zimną, ko­ści­stą dłoń i po­ca­ło­wał. - Dzię­kuję, że je­steś taka miła.

- Pie­nią­dze. - Wy­cią­gnęła drżącą rękę, a on otwo­rzył port­fel.

- Po­łowa te­raz, po­łowa po.

Przy­tak­nęła. Po­dał jej sto fun­tów. Zło­żyła bank­noty i wło­żyła je do kie­szeni.

- Umowa stoi. Dwie go­dziny. - Się­gnęła do dru­giej kie­szeni i wy­jęła z niej ta­bletkę. - Chcesz jedną? Dzie­sięć fun­tów i za­ba­wimy się na ca­łego.

- Nie, dzię­kuję. Ale ty się nie krę­puj.

Wrzu­ciła pi­gułkę do gar­dła i po­łknęła w ca­ło­ści, lekko od­chy­la­jąc przy tym głowę. Na­stęp­nie za­trza­snęła drzwi od strony pa­sa­żera, oparła się z po­wro­tem o sie­dze­nie i za­mknęła oczy, a on tym­cza­sem wy­je­chał z mia­sta. Kie­ro­wał się na Al­ce­ster Hi­gh­way w stronę War­wick­shire. Chciał do­je­chać kilka ki­lo­me­trów za małe prze­my­słowe mia­steczko, Cle­eves­ford, aż do Marc­liff. Była pierw­sza w nocy, więc miał czas do trze­ciej. Przejdą się, po­roz­ma­wiają, a po­tem ją od­wie­zie.

"Mógł­byś ją od­wieźć te­raz. Zrób to, co na­leży" - po­my­ślał.

Serce za­biło mu szyb­ciej, gdy spoj­rzał w stronę ko­biety. Był tylko on i śpiąca dziwka w sa­mo­cho­dzie.

- Je­ste­śmy już na miej­scu? - Na­gle się obu­dziła i wy­tarła ślinę z ką­cika ust.

- Pra­wie - po­wie­dział, wci­ska­jąc gaz do de­chy i pę­dząc po krę­tych, wiej­skich dro­gach.

Za­trzy­mał się nad rzeką i pa­trzył na śpiącą dziew­czynę. Może zmo­rzyło ją cie­pło sa­mo­chodu, może szum sil­nika, może ta­bletka, którą za­żyła. Ota­czały ich pola i poza de­li­katną po­światą księ­życa pa­no­wała ciem­ność. Otwo­rzył drzwi. Ko­bieta po­ru­szyła się i uśmie­cha­jąc się lekko, przy­su­nęła się bli­żej niego. Się­gnęła dło­nią w stronę jego kro­cza. Od­chy­lił się, po­zwa­la­jąc, by roz­pięła roz­po­rek sztruk­so­wych spodni i gła­dziła jego na­brzmiałą mę­skość. Czuł, jak tward­nieje jesz­cze bar­dziej, gdy uwol­niła jego pe­nisa ze spodni i fa­chowo za­ło­żyła pre­zer­wa­tywę. Po­chy­liła się, by wziąć go w usta. Szarp­nął ją gwał­tow­nie za włosy.

- Auu, to boli! - za­wyła.

- Nie rób tak! - Za­stygł, gdy krew za­szu­miała mu w gło­wie. - Suka!

- Nie waż się mnie szar­pać i na­zy­wać mnie suką. Ko­niec za­bawy. Od­wieź mnie do domu, cho­lerny świ­ru­sie.

Gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze. Chciał krzy­czeć, wrzesz­czeć, roz­bić de­skę roz­dziel­czą na setki ma­łych ka­wał­ków. Nie był świ­rem, był po pro­stu za­gu­biony. Dla­czego nie mógł być tu­taj z Deb­bie za­miast z tą ta­nią dziwką?

- Od­wieź mnie z po­wro­tem! Głu­chy je­steś?

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem cię skrzyw­dzić, po pro­stu nie chcę w taki spo­sób. To bo­lało. - Wy­mu­sił uśmiech. - Pro­szę, mo­żemy za­cząć od nowa?

Spoj­rzała na niego i wes­tchnęła.

- Mo­gła­byś po pro­stu mnie po­do­ty­kać dłońmi?

Zdjął pre­zer­wa­tywę i upu­ścił ją na pod­łogę sa­mo­chodu.

- Do­brze, ale nie łap mnie tak wię­cej.

- Prze­pra­szam. Na­prawdę prze­pra­szam.

Gdy kon­ty­nu­owała, za­mknął oczy i za­czął fan­ta­zjo­wać o Deb­bie.

?

Znaj­do­wali się w cha­cie. Resztki ko­la­cji stały jesz­cze na stole, kiedy po­de­szła do niego i zsu­nęła ra­miączka su­kienki, od­sła­nia­jąc na­gie piersi. Jej sutki za­lśniły w bla­sku świec, gdy od­wró­ciła się ty­łem. Ku­sząco oparła się o sofę, wy­pięła pupę w jego stronę i roz­su­nęła sze­roko nogi. Bła­gała, by ją wziął. Po­ca­ło­wał ją w zgię­cie na ple­cach i klep­nął lekko w po­śla­dek. Nie mógł dłu­żej cze­kać, mu­siał w nią wejść. Była taka go­rąca. Po­ru­szał się w niej mia­rowo. Czuł nad­cho­dzące speł­nie­nie. Jesz­cze se­kunda...

?

- No da­lej, dojdź, ma­leńki, dojdź... - po­wie­działa dziew­czyna, ocie­ra­jąc się o niego ener­gicz­nie.

- Co? Co, k... Prze­stań! Głu­pia dziwka! Złaź ze mnie! - krzy­czał, zrzu­cił ją z sie­bie i za­czerp­nął gwał­tow­nie po­wie­trza. - Prze­pra­szam, Deb­bie, bar­dzo prze­pra­szam.

Wy­siadł z sa­mo­chodu, za­piął spodnie i za­brał ze sobą klu­czyki.

- Ku­tas! - wy­krzyk­nęła za nim w ciem­ność.

Zdra­dził Deb­bie, je­dyną ko­bietę, którą kie­dy­kol­wiek ko­chał.

- Głupi, głupi, głupi. - Ner­wowo cho­dził wzdłuż brzegu i ude­rzał się dło­nią w czoło. Co by było, gdyby Deb­bie się o tym do­wie­działa? Od­kryła, jaki po­tra­fił być obrzy­dliwy?

Szum rzeki Avon, prze­pły­wa­ją­cej przez za­porę, spro­wa­dził go z po­wro­tem na zie­mię. Po­czuł tak silne dresz­cze, że aż roz­bo­lały go mię­śnie. Pa­no­wało prze­ni­kliwe zimno.

Dziwka wy­sia­dła z sa­mo­chodu i po­de­szła do niego chwiej­nym kro­kiem, za­pa­la­jąc pa­pie­rosa.

- Chcesz dymka, żeby się uspo­koić? Po­tem wra­camy. I nie za­po­mnij o mo­jej dru­giej setce. My­ślę, że na nią cho­ler­nie za­słu­ży­łam.

Po­krę­cił głową. Czy ona z niego kpiła? Doj­rzał krzywy uśmiech na jej twa­rzy. Czy ona się z niego na­bi­jała? Do­tarli do śluzy. Wpa­try­wał się w spo­kojną wodę, a po­tem gwał­tow­nie od­wró­cił się w kie­runku bul­go­czą­cej za­pory.

Znów po­krę­cił głową.

- Co ja zro­bi­łem? Co ja, do cho­lery, zro­bi­łem? - wy­szep­tał, zroz­pa­czony.

Dym z pa­pie­rosa ko­biety go draż­nił. Za­chciało mu się rzy­gać. Pa­trzył, jak dziwka prze­cho­dzi przez mo­stek nad śluzą i wpa­truje się w wodę. Nie mógł po­zwo­lić, aby po­wie­działa ko­mu­kol­wiek. Gdyby Deb­bie się do­wie­działa... Za­drżał. Nie mo­gło do tego dojść. Ru­szył gwał­tow­nie w jej stronę. Od­wró­ciła się.

- Za­nim mnie od­wie­ziesz, miną dwie go­dziny. - Rzu­ciła nie­do­pa­łek do wody i ru­szyła w kie­runku sa­mo­chodu, nie­mal po­ty­ka­jąc się o ka­mie­nie na ścieżce. Chwy­cił ją od tyłu i szarp­nął gwał­tow­nie za ra­miona. - Puść mnie! - za­wo­łała, a w jej oczach bły­snęło prze­ra­że­nie i po­to­czyły się łzy. Za­częła się szar­pać. - Pusz­czaj! - krzy­czała. Pró­bo­wała chwy­cić go za twarz i tra­fić pal­cami w oczy.

Po­pchnął ją z po­wro­tem w kie­runku mo­stu, a na­stęp­nie chwy­cił szybko i zu­peł­nie bez wy­siłku prze­rzu­cił przez ba­rierkę do lo­do­wa­tej wody po­ni­żej. Słu­chał, jak jej ciało roz­bija cienką war­stwę lodu, który utwo­rzył się na po­wierzchni pod mo­stem. Upa­dek z wy­so­ko­ści pię­ciu me­trów, głową w dół do zim­nej wody, nie da­wał jej żad­nych szans. Ob­ser­wo­wał, jak chwyta po­wie­trze, sły­szał, jak jej głos od­bija się echem od ścian śluzy.

- Nie umiem pły­wać! Po­mocy! - Woda za­lała jej usta.

Wpa­try­wał się w ciem­ność i doj­rzał jej znie­kształ­cone rysy, oświe­tlane bla­dym świa­tłem księ­życa. Serce wa­liło mu w piersi. Był pe­wien, że za mo­ment do­sta­nie ataku serca. Ustało ko­tło­wa­nie wody. Po­cze­kał jesz­cze dzie­sięć mi­nut. Ci­sza.

- Prze­pra­szam, Deb­bie. Ko­cham cię i bar­dzo, bar­dzo prze­pra­szam, że cię zdra­dzi­łem.

Go­rącz­kowo roz­glą­dał się do­okoła, upew­nia­jąc się, że jest sam. Po­spiesz­nie wró­cił do sa­mo­chodu. Drzwi od strony pa­sa­żera wciąż były otwarte. Po­chy­lił się, by po­pra­wić pas bez­pie­czeń­stwa, który za­cze­pił się o fo­tel. Na pod­ło­dze pod fo­te­lem pa­sa­żera le­żało prawo jazdy. Ni­co­leta Ilie­scu. Ru­munka. Miała za­le­d­wie dwa­dzie­ścia cztery lata. Po­gła­skał jej zdję­cie. Miał ra­cję: nie była jak Deb­bie. Co on so­bie wy­obra­żał? Wy­jął ze schowka ście­reczkę do ku­rzu i za­czął wy­cie­rać sie­dze­nie pa­sa­żera. Za­pach jej per­fum wciąż uno­sił się w po­wie­trzu, przy­pra­wia­jąc go o mdło­ści. Cho­ciaż z zimna zdrę­twiały mu dło­nie, wie­dział, że bę­dzie mu­siał je­chać z otwar­tym oknem, by po­zbyć się tego smrodu.

Zszedł na brzeg rzeki i chciał wy­rzu­cić prawo jazdy. Za­wa­hał się jed­nak. Do­ty­kał go. Czy jego od­ci­ski pal­ców za­tar­łyby się w wo­dzie? Po­tarł kar­to­nik o spodnie i te­raz trzy­mał go mię­dzy opusz­kami pal­ców. Po chwili scho­wał prawo jazdy do kie­szeni. Po­zby­cie się do­ku­mentu te­raz jest zbyt ry­zy­kowne. Gdyby zna­le­ziono go wraz z cia­łem, po­li­cja od razu wie­dzia­łaby, kim była ta ko­bieta. A tak ciało może po­zo­sta­nie w rzece, aż nie da się go zi­den­ty­fi­ko­wać. Nie za­mie­rzał jed­nak zo­sta­wiać za sobą żad­nych śla­dów. Może gdyby wie­dzieli, kim ona jest, po­zna­liby jej miej­sce po­bytu, do­wie­dzieli się, gdzie miesz­kała. Może na­wet spraw­dzi­liby mo­ni­to­ring w Red­ditch i zo­ba­czyli, jak za­biera ją do sa­mo­chodu. Nie mógł ry­zy­ko­wać. Za­bie­rze prawo jazdy ze sobą, z dala od miej­sca zda­rze­nia.

Ro­zej­rzał się, pró­bu­jąc do­strzec jej ciało... Nic. Do­okoła pa­no­wała przej­mu­jąca ci­sza. Po chwili jed­nak coś za­sze­le­ściło w krza­kach. Drgnął i po­dą­żył za dźwię­kiem. Czy to wiatr po­ru­szał go­łymi ga­łę­ziami? Czy może to tylko ja­kieś zwie­rzę? Lisy i bor­suki czę­sto po­ja­wiały się w tych oko­li­cach. Coś w krza­kach na­prze­ciwko za­sze­le­ściło raz jesz­cze. Serce wa­liło mu jak mło­tem. Czy ktoś go wi­dział?

- Jest tam kto? - za­wo­łał drżą­cym gło­sem. Łzy spły­nęły mu po twa­rzy. Chwy­tał łap­czy­wie po­wie­trze. Po­czuł, że za mo­ment ze­mdleje. Czy ktoś mógł go wi­dzieć?

Na­gle spo­śród drzew wy­sko­czył lis i po­biegł w siną dal. Nie­opo­dal za­hu­czała sowa. Wzdry­gnął się i naj­szyb­ciej, jak po­tra­fił, po­biegł z po­wro­tem do sa­mo­chodu, pra­wie prze­wra­ca­jąc się na ob­lo­dzo­nej ka­łuży. Matka wkrótce się obu­dzi. Bę­dzie chciała śnia­da­nie, a on miał chleb w sa­mo­cho­dzie. Wra­cał do domu, po­tem miał za­miar zaj­rzeć do Deb­bie... ot, taki ko­lejny, nor­malny dzień.

Rozdział pierwszy

Pią­tek, 1 XII 2017 r.

Al­bert czknął, do­pi­ja­jąc ostat­nie piwo i za­ło­żył czapkę. By­łoby miło wy­pić jesz­cze jedno, ale wie­dział, że jego eme­ry­tura na to nie po­zwala. Po­czuł ssa­nie w żo­łądku na myśl o wo­ło­wi­nie do­mo­wej ro­boty i cy­na­der­kach w cie­ście, które jego są­sie­dzi, Mark i Jean, przy­go­to­wy­wali na ko­la­cję. Oparł się o stół i z tru­dem pod­niósł, pro­stu­jąc plecy. Nie­ła­twa jest ta sta­rość. Wszyst­kie ko­ści bun­to­wały mu się na samą myśl o spa­ce­rze do domu.

Go­ście pubu, w któ­rym sie­dział, pili piwo, po­krzy­ki­wali, grali w rzutki i bi­larda. Za­częli na­wet tań­czyć, gdy z szafy gra­ją­cej roz­brzmiała ko­lejna po­pu­larna pio­senka. Tak wy­glą­dały przy­go­to­wa­nia do Bo­żego Na­ro­dze­nia. Ko­chał ten czas. Po­pra­wił kra­wat i za­piął płaszcz, po czym wyj­rzał w ciem­ność przez okno w oło­wia­nej ra­mie. Za chwilę bę­dzie mókł na ze­wnątrz, zo­sta­wiw­szy za sobą cie­pło pa­lą­cego się ko­minka. Chwy­cił la­skę z opar­cia krze­sła i to­ru­jąc nią drogę, prze­dzie­rał się przez tłum, dzię­ku­jąc każ­demu, kto mu ustą­pił.

- Do zo­ba­cze­nia, stary Al­ber­cie - za­wo­łał Jeff, je­den z bar­ma­nów, na­le­wa­jąc piwa do ku­fla męż­czy­zny w świą­tecz­nym swe­trze, sto­ją­cego nie­opo­dal.

- Nie taki znów stary - od­po­wie­dział Al­bert z uśmie­chem i pu­ścił oczko.

Ob­ser­wo­wał, jak Jeff ociera rę­ka­wem czoło i nie­stru­dze­nie ob­słu­guje go­ści. Po­pchnął drzwi i za­chły­snął się zim­nym po­wie­trzem. Po­dmuch wia­tru ude­rzył go w twarz, a kiedy po­ko­ny­wał ka­łużę, woda z miej­sca prze­mo­czyła mu buty. Były co prawda ta­nie, ale tylko na ta­kie było go stać. I wy­glą­dały cał­kiem ele­gancko. Uwa­żał, że praw­dziwy męż­czy­zna po­trze­buje ko­szuli z koł­nie­rzy­kiem i błysz­czą­cej pary bu­tów. Nie­odmien­nie dzi­wiło go, jak wielu mło­dych lu­dzi wy­cho­dziło z domu w dre­sach i ko­szul­kach. Taki strój słu­żył do ćwi­czeń, a nie do no­sze­nia na co dzień.

Al­bert uśmiech­nął się, wspo­mi­na­jąc wie­czór, kiedy po raz pierw­szy uj­rzał swoją żonę Lil­lian.

Cle­eves­ford Vil­lage Hall 17 grud­nia 1954 roku. To było pierw­sze Boże Na­ro­dze­nie bez kar­tek na je­dze­nie, o ile pa­mięć go nie my­liła. Al­bert, ubrany w swój je­dyny gar­ni­tur, wszedł do sali i ku­pił wej­ściówkę na bal. Tłum tań­czył do Shake, Rat­tle and Roll. Serce tłu­kło mu się w piersi, gdy szu­kał miej­sca, w któ­rym mógłby sta­nąć. Do boku każ­dego męż­czy­zny przy­tu­lała się ja­kaś dziew­czyna. Część z par tań­czyła na par­kie­cie rock and rolla i lindy hop.

Miał osiem­na­ście lat i nie­wiel­kie do­świad­cze­nie z ko­bie­tami. Do tej pory umó­wił się na randkę do­piero kilka razy, ale nie miał tyle szczę­ścia, by zna­leźć ko­goś, z kim mógłby się spo­tkać po­now­nie lub zro­bić krok da­lej. Był chu­dym chło­pa­kiem z trą­dzi­kiem i więk­szość dziew­czyn ra­czej go uni­kała. Uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie słów matki, które pa­dły tam­tego wie­czoru: "Nie wpędź ja­kiejś bied­nej dziew­czyny w kło­poty".

Tan­ce­rze przy­su­nęli się bli­żej do sie­bie, gdy ja­kaś ko­bieta wy­szła na śro­dek, aby za­śpie­wać Se­cret Love Do­ris Day. Al­bert przy­gryzł dolną wargę i za­czął ner­wowo krę­cić pal­cami. Od­sta­wił trzy­maną w ręku pu­stą już szklankę na stół i od­wró­cił się. Gdy spoj­rzał w górę, uj­rzał naj­pięk­niej­szą dziew­czynę, jaką wi­dział w swoim ży­ciu. Wy­glą­dała jak Ma­ri­lyn Mon­roe, tylko miała kasz­ta­nowe włosy.

Reszta była już hi­sto­rią. Oże­nił się ze swoją Lil­lian rok póź­niej, a wkrótce po­tem uro­dziły im się dwie piękne córki.

Wcią­gnął po­wie­trze i po­czuł je­dy­nie woń za­pie­kanki, do­la­tu­ją­cej ze sto­ją­cej nie­opo­dal budki z fast fo­odem. "Stek wie­przowy i cy­na­derki w cie­ście" - po­my­ślał z uśmie­chem. Skar­pety miał prze­mo­czone, a tym­cza­sem znowu za­częło mocno pa­dać. Kro­ple desz­czu od­bi­jały się od bul­go­czą­cych rynsz­to­ków, ryt­micz­nie ude­rzały w okna do­mów sze­re­go­wych na­prze­ciwko. Woda ka­pała mu z czapki na nos i spły­wała po bro­dzie. Za­drżał i prze­szedł obok par­kingu w kie­runku Cle­eves­ford Li­brary... a ra­czej Cle­eves­ford Vil­lage Hall, jak za­wsze mó­wił o tym bu­dynku. Znów usły­szał w gło­wie dźwięki mu­zyki z tam­tej nocy.

Wtedy pierw­szy raz na­prawdę za­tań­czył z Lil­lian do I Saw Mommy Kis­sing Santa Claus. Jakże ona ko­chała The Be­ver­ley Si­sters. Tamta noc za­koń­czyła się jego pierw­szym praw­dzi­wym po­ca­łun­kiem. Ca­ło­wał się już wcze­śniej, ale nie czuł nic spe­cjal­nego. Po­ca­łu­nek z Lil­lian był praw­dziwy. Pa­mię­tał ten mo­ment, kiedy jej mięk­kie usta po raz pierw­szy do­tknęły jego ust. Za­pach jej ró­ża­nych per­fum wy­peł­nił jego noz­drza. Chciał ją ob­jąć mocno i pie­ścić gładką skórę, ale matka go wła­ści­wie wy­cho­wała. Ręce wy­cią­gnął sztywno za nią, nie miał od­wagi do­tknąć jej ple­ców. Ode­rwała się od po­ca­łunku, chwy­ciła go za dło­nie i po­ło­żyła je na swo­ich bio­drach. Za­śmiała się ci­cho i ca­ło­wała go da­lej. Pięć­dzie­siąt osiem lat póź­niej każde wspo­mnie­nie Lil­lian wciąż wy­wo­ły­wało drże­nie jego serca. Za­wsze tak bę­dzie.

Prze­szedł przez ulicę i skie­ro­wał się w stronę bi­blio­teki. Jedno szyb­kie spoj­rze­nie na bu­dy­nek na cześć sta­rych cza­sów. Po­sta­wił la­skę na kra­węż­niku i wspiął się na schody. La­tar­nia uliczna nad nim za­mi­go­tała i zga­sła. Wpa­try­wał się w drzwi, sta­ra­jąc się coś do­strzec w mroku. W 1954 roku wi­dział na tych drzwiach szyld re­kla­mu­jący miej­ską po­tań­cówkę. Je­dyną miej­ską po­tań­cówkę w tam­tym roku.

- Za­wsze będę cię ko­chał, Lil­lian - wy­szep­tał z uśmie­chem. Spoj­rzał w dół i za­uwa­żył mały, biały wo­rek ze śmie­ciami, który le­żał na osło­nię­tym przez da­szek progu. - Cho­lera, wszę­dzie śmiecą. Dla­czego rzu­cają na zie­mię, kiedy obok stoi ku­beł?

Śmiet­nik znaj­do­wał się w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści. Męż­czy­zna oparł la­skę o drzwi i po­chy­lił się, trzy­ma­jąc się za plecy. Ko­lana mu zgrzy­tały i chru­pały, gdy się­gał po śmieci. Po co ta czer­wona wstążka na tor­bie? Po­chy­lił się moc­niej i do­tknął pal­cami to­bołka. To był ręcz­nik. Się­gnął jesz­cze raz i szarp­nął ma­te­riał. Co­kol­wiek to było, trafi do śmiet­nika. Miał do­syć tych ulic i zbie­ra­ją­cej się na nich mło­dzieży. Chwy­cił za­wi­niątko. Ma­te­riał roz­chy­lił się, uka­zu­jąc mu lalkę. Po­now­nie zmru­żył oczy i do­tknął to­bołka. Drżącą rękę prze­su­nął po gło­wie lalki. Nie spra­wiała wra­że­nia pla­sti­ko­wej. Była jak skóra... zimna skóra. Już nie drżał, ale mocno się trząsł, gdy cof­nął się i upadł w ka­łużę, mo­cząc so­bie ty­łek. Pró­bo­wał wo­łać o po­moc, ale serce biło mu tak mocno, że czuł je w gar­dle. Roz­pła­kał się, gdy po­my­ślał o ma­łym za­wi­niątku le­żą­cym przed nim. Gdyby to tylko była lalka. To po­winna być lalka. Po­tarł wil­gotny ty­łek i czoł­gał się z otwar­tymi ustami w kie­runku to­bołka. Znów wy­cią­gnął rękę i do­tknął nie­mow­lę­cia. To było naj­mniej­sze i naj­zim­niej­sze dziecko, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dział. Uliczna la­tar­nia sy­czała i mru­gała tuż nad nim, od­sła­nia­jąc de­li­katną twarz dziecka. Mu­siał spro­wa­dzić po­moc. Może być już za późno, by ura­to­wać biedne ma­leń­stwo, ale po­stara się zro­bić wszystko, co w jego mocy. Gdy oparł swoje wą­tłe ciało o drzwi, udało mu się sta­nąć i chwy­cić la­skę.

Ulica była pu­sta.

- Po­mocy - wy­szep­tał. Pró­bo­wał raz po raz wo­łać. - Na po­moc! - krzyk­nął w końcu, ude­rza­jąc la­ską w drzwi wszyst­kich sze­re­gow­ców na ulicy. Za trze­cim ra­zem tra­fił. Świa­tło we wnę­trzu za­pa­liło się i ja­kaś ko­bieta otwo­rzyła mu drzwi. - Pro­szę we­zwać ka­retkę i po­li­cję - wy­sa­pał, dy­sząc w wej­ściu.

- Co się stało? Pro­szę wejść. Za­mar­z­nie pan na śmierć - po­wie­działa ko­bieta i po­mo­gła prze­mo­czo­nemu męż­czyź­nie przejść przez próg.

- Tam leży dziecko. Trzeba spraw­dzić, co z nim. Pro­szę, niech weź­mie pani coś cie­płego - od­po­wie­dział, chwy­ta­jąc ją za ra­mię dla wspar­cia, gdy ła­pał od­dech.

- Dziecko? Jest pan pe­wien?

- Tak. Wła­śnie zna­la­złem po­rzu­cone pod drzwiami bi­blio­teki nie­mowlę. Pro­szę, niech pani pój­dzie i po­może mu - wy­ja­śnił i osu­nął się na sofę, mo­cząc wszyst­kie po­duszki.

Ko­bieta chwy­ciła za te­le­fon ko­mór­kowy i na­ka­zała swo­jej na­sto­let­niej córce usiąść z Al­ber­tem. Dziew­czyna na­kryła mu ra­miona ko­cem, po czym wyj­rzała przez okno i z wnę­trza przy­tul­nego sa­lonu ob­ser­wo­wała matkę.

Al­bert za­drżał na myśl o lo­do­wato zim­nym dziecku. Gdy je do­tknął, po­czuł ten sam ka­mienny chłód, jak kiedy zna­lazł ciało Lil­lian w łóżku, w 1985 roku. Jego żona zmarła w nocy na za­pa­le­nie płuc. Za­marł, gdy ła­pał od­dech. Roz­pła­kał się.

Rozdział drugi

Gina prze­cze­sała pal­cami wil­gotne, brą­zowe włosy. Wy­sia­da­jąc z sa­mo­chodu, wy­jęła z kie­szeni gumkę i ze­brała plą­ta­ninę nie­sfor­nych ko­smy­ków w koń­ski ogon. Ko­lejna ką­piel prze­rwana przez pracę, ko­lejny na­gły wy­pa­dek, po któ­rym naj­praw­do­po­dob­niej na­stąpi ko­lejna nie­prze­spana noc. Za­uwa­żyła szczu­płą, wy­soką syl­wetkę sier­żanta Ja­coba Dri­scolla. Roz­ma­wiał z ja­kąś ko­bietą pod za­da­sze­niem Bi­blio­teki Cle­eves­ford. Za­słony po­ru­szały się w oknach po­bli­skich do­mów, świa­tło z ko­ry­ta­rzy pa­dało na ulicę, a lu­dzie za­częli kie­ro­wać się w stronę miej­sca zda­rze­nia. Ra­tow­nik me­dyczny trzy­mał w ra­mio­nach małe za­wi­niątko otu­lone w ręcz­nik. Wszedł do ka­retki i za­mknął drzwi. Gina za­drżała. Ten ręcz­nik, to może być wszystko, co ma­luch bę­dzie miał, gdy do­ro­śnie. Skra­wek ma­te­riału kry­jący ta­jem­nice, które ni­gdy nie opusz­czą ści­śle sple­cio­nych włó­kien.

Ja­cob zwró­cił się w jej stronę, gdy się zbli­żyła. Jego rzad­kie, ja­sne włosy przy­kle­iły się do mo­krego czoła, przez co przy­po­mi­nał Ac­tion Mana.

- Pani Cra­ne­ford, to jest ko­mi­sarz Harte. Pani Cra­ne­ford za­opie­ko­wała się dziec­kiem do czasu przy­by­cia służb ra­tun­ko­wych. Ma­luch ma hi­po­ter­mię i bra­dy­kar­dię.

- Och, to biedne ma­leń­stwo za­ma­rzało. Co za okropna sprawa. W na­szym domu jest star­szy pan, który je zna­lazł. Pu­kał do na­szych drzwi jak osza­lały. Ogól­nie nie jest chyba w do­brym sta­nie, a w do­datku wy­daje mi się, że jest w szoku. Moja córka zro­biła mu her­batę - po­wie­działa pani Cra­ne­ford.

Gina roz­glą­dała się. Pa­trzyła, jak drobne kro­pelki desz­czu ja­śnieją w świe­tle lampy. Mo­kre włosy przy­kle­iły się jej do karku, mo­cząc ko­szulkę. Za­drżała i zwró­ciła się do Ja­coba:

- Do­brze, po­proś po­ste­run­ko­wego Smi­tha, aby od­wie­dził domy przy tej ulicy i ze­brał ze­zna­nia.

- Robi się - od­po­wie­dział Ja­cob.

Gina spoj­rzała na bi­blio­tekę.

- Mu­simy za­bez­pie­czyć mo­ni­to­ring z bi­blio­teki. Za­dzwoń na awa­ryjny i po­proś ko­goś z ad­mi­ni­stra­cji. Pani Cra­ne­ford, czy mo­głaby pani pójść i po­cze­kać z pa­nem, który zna­lazł dziecko? Za­raz do was przyjdę.

Ko­bieta przy­tak­nęła i ru­szyła w stronę swo­jego domu, pra­wie po­ty­ka­jąc się o scho­dek.

- Coś już wiemy?

- Po­ste­run­kowy Smith nie zna­lazł do­tych­czas żad­nych świad­ków, a wiele osób jesz­cze nie wró­ciło - od­parł Ja­cob. - Ci, któ­rzy byli w domu, mieli za­cią­gnięte za­słony i włą­czone te­le­wi­zory. Do­brze się czu­jesz?

Gina za­drżała i ob­jęła się ra­mio­nami.

- Tak, po pro­stu mi zimno. Ką­pa­łam się, kiedy za­dzwo­ni­łeś. Nic no­wego. Mam na­dzieję, że matka dziecka ma się do­brze. Czy ra­tow­nicy me­dyczni okre­ślili jego wiek?

- To no­wo­ro­dek, wy­gląda na wcze­śniaka. Ale nie po­wie­dzą nic wię­cej, do­póki go do­kład­nie nie zba­dają. Wy­czu­łem też lekki za­pach oleju na­pę­do­wego na ręcz­niku.

- Die­sel, in­te­re­su­jące - sko­men­to­wała Gina, roz­glą­da­jąc się do­okoła. Jej ką­piel była te­raz od­le­głym wspo­mnie­niem. - Pa­skudny spo­sób na spę­dze­nie wie­czoru.

- A że­byś wie­działa. Nie, że­bym na­rze­kał, ale mu­sia­łem od­wo­łać randkę z Abi­gail. Wspo­mi­na­łem ci o niej, pra­cuje w ka­wiarni w mie­ście. - Prze­rwał. - W każ­dym ra­zie przy­naj­mniej dziecko ma te­raz naj­lep­szą moż­liwą opiekę. Na­sze za­da­nie to zna­leźć te­raz matkę i spraw­dzić, czy wszystko z nią w po­rządku. Wy­daje się to pro­ste. - Ja­cob wy­tarł twarz i za­cze­sał wil­gotne włosy do tyłu.

- Miejmy na­dzieję. Po­my­ślę nad tre­ścią oświad­cze­nia dla prasy, a ty idź i sprawdź, czy ktoś coś wi­dział lub sły­szał. Ja tym­cza­sem za­dam na­szemu świad­kowi kilka py­tań. Mo­żesz za­bez­pie­czyć rze­czy, w które no­wo­ro­dek był owi­nięty, za­nim od­je­dzie ka­retka? Za­pa­kuj je, oznacz i ode­ślij do Ke­itha do la­bo­ra­to­rium. Niech szu­kają cze­go­kol­wiek, co po­może nam zna­leźć ro­dzi­ców. Po­proś o stan­dar­dowe te­sty... wło­sów, krwi i śla­dów wszyst­kiego, co może po­móc. I oleju na­pę­do­wego też. Ni­gdy nie wia­domo.

- Zrobi się - po­twier­dził sier­żant Dri­scoll, na­cią­gnął kap­tur na głowę i po­szedł w kie­runku ka­retki.

Gina ru­szyła w stronę domu pani Cra­ne­ford. Za­pu­kała i we­szła przez uchy­lone drzwi. Mi­nęła za­gra­cony ko­ry­tarz.

- Do­bry wie­czór. Ko­mi­sarz Harte - po­wie­działa, pra­wie strą­ca­jąc stertę płasz­czy ze sto­jaka. We­szła do za­gra­co­nego sa­lonu. Elek­tryczny ko­mi­nek grzał i wpro­wa­dzał przy­tulną at­mos­ferę, a mi­ga­jące wie­lo­ko­lo­rowe lampki mru­gały cha­otycz­nie. Na ka­na­pie sie­dział star­szy męż­czy­zna i wpa­try­wał się w ścianę.

- Och, pani ko­mi­sarz. Do­brze, że pani jest. To jest pan Tho­mas, o któ­rym mó­wi­łam. To on zna­lazł dziecko. Czy mogę za­pro­po­no­wać pani fi­li­żankę her­baty? - za­py­tała ko­bieta, co­fa­jąc się w stronę kuchni.

- Nie trzeba, dzię­kuję - od­parła Gina i usia­dła obok wą­tłego sta­ruszka. Jego ręce drżały, gdy na­cią­gał koc na ra­miona.

- Moi są­sie­dzi, Mark i Jean, będą się za­sta­na­wiać, gdzie je­stem. Na­prawdę się mar­twią - po­wie­dział męż­czy­zna, rzu­ca­jąc okiem na ze­ga­rek.

Gina wy­jęła swój te­le­fon.

- Czy mam do nich za­dzwo­nić w pana imie­niu? - Al­bert ski­nął głową i po­dyk­to­wał nu­mer, a Gina wy­ko­nała te­le­fon i wy­ja­śniła sy­tu­ację. Obie­cała, że po­li­cja zada Al­ber­towi tylko kilka py­tań i ktoś od­wie­zie go do domu, po czym zwró­ciła się do męż­czy­zny: - Jean po­wie­działa, że włoży obiad do mi­kro­fa­lówki. Pa­nie Tho­mas...

- Al­bert, pro­szę zwra­cać się do mnie Al­bert...

Gina uśmiech­nęła się, wyj­mu­jąc no­tes i dłu­go­pis.

- Al­ber­cie, opo­wiedz mi, pro­szę, co się wy­da­rzyło.

- Wy­sze­dłem z An­gel około siód­mej trzy­dzie­ści. Było desz­czowo i pa­skud­nie - roz­po­czął hi­sto­rię. - Prze­sze­dłem przez ulicę i skie­ro­wa­łem się wzdłuż szosy w stronę bi­blio­teki. Za­trzy­ma­łem się tam i na­szły mnie wspo­mnie­nia. W tym bu­dynku był kie­dyś Cle­eves­ford Vil­lage Hall. Lil­lian i ja cho­dzi­li­śmy tam na tańce. Chcia­łem po­wspo­mi­nać tamte czasy. Ro­zu­mie pani? - Gina przy­tak­nęła i uśmiech­nęła się. - Tylko że kiedy się za­trzy­ma­łem, zo­ba­czy­łem coś na scho­dach. Po­my­śla­łem, że to śmieć. Po­sze­dłem, by go wy­rzu­cić, ale oka­zało się, że to dziecko. Udało mi się na­kło­nić tę miłą pa­nią, żeby otwo­rzyła drzwi, a ona wy­szła i się wszyst­kim za­jęła. Czy wszystko z dziec­kiem do­brze? Było ta­kie zimne, kiedy do­tkną­łem jego główki. Czy ono, wie pani...?

- Dziecko jest te­raz w szpi­talu. Pan i pani Cra­ne­ford ura­to­wa­li­ście mu ży­cie.

Męż­czy­zna wziął głę­boki od­dech.

- Trudno uwie­rzyć, że matka mo­gła zo­sta­wić ta­kie ma­leń­stwo - wtrą­ciła pani Cra­ne­ford, przy­gry­za­jąc dolną wargę. - To zna­czy, je­żeli nie chciała go, to jest mnó­stwo lu­dzi, któ­rzy nie mogą mieć dzieci i...

- Nie znamy sy­tu­acji tej ko­biety... roz­po­czę­li­śmy śledz­two, aby się do­wie­dzieć, co się stało - wy­ja­śniła Gina uprzej­mie. Do­świad­cze­nie z pracy w wy­dziale ochrony dzieci i prze­mocy do­mo­wej mó­wiło jej, że sprawy nie za­wsze są tak oczy­wi­ste, jak się wy­dają. Matka mo­gła być nie­peł­no­let­nia lub wy­ko­rzy­sty­wana sek­su­al­nie, a na­wet mo­gła znaj­do­wać się w nie­bez­pie­czeń­stwie. Za­da­niem po­li­cji było roz­wi­kła­nie ta­jem­nicy i roz­wią­za­nie sprawy, a z do­świad­cze­nia wie­działa, że wy­cią­ga­nie po­chop­nych wnio­sków nie po­maga. Trzeba usta­lić fakty. Zer­k­nęła na wą­tłego męż­czy­znę obok niej. Spoj­rzał w dół i wy­tarł nos grzbie­tem dłoni. - Tu jest mój nu­mer, gdyby pan przy­po­mniał so­bie coś jesz­cze. Po­pro­szę ko­goś, żeby od­wiózł pana do domu. - Za­dzwo­niła do po­ste­run­ko­wego Smi­tha, który zja­wił się w ciągu kilku mi­nut.

- Dzię­kuję - zwró­cił się do niej Al­bert, wsta­jąc, po czym rzu­cił koc na ka­napę i wy­szedł z po­li­cjan­tem.

Pani Cra­ne­ford uśmiech­nęła się, stu­ka­jąc stopą w pod­łogę. Jej córka przy­szła z kuchni, nio­sąc her­batę.

- Czy wi­działa pani coś lub ko­goś po­dej­rza­nego, kiedy wy­szła pani po dziecko?

- Nie, nie­stety ni­kogo nie wi­dzia­łam. Sta­ru­szek po­wie­dział mi, gdzie ono jest i od razu po­bie­głam w tamtą stronę. Za­dzwo­ni­łam do was i trzy­ma­łam małą aż do przy­jazdu sa­ni­ta­riu­szy, mia­łam na­dzieję, że bę­dzie jej cie­pło. Ona na­wet nie pła­kała - opo­wie­działa ko­bieta, wpa­tru­jąc się w ścianę.

- Dziecko jest już w do­brych rę­kach. Je­stem pewna, że bar­dzo mu po­mo­gli­ście. Czy wi­działa pani ko­goś w po­bliżu? - za­py­tała Gina. Za­sta­na­wiała się, czy matka cze­kała, aż ktoś znaj­dzie dziecko. Może stała na końcu ulicy lub za ro­giem. Twarz Giny ja­śniała od cie­pła ko­minka. Na­wet jej włosy prze­stały ocie­kać desz­czem.

- Nie. Ni­kogo nie było w za­sięgu wzroku. Tylko ja.

- Je­śli przy­po­mni so­bie pani coś jesz­cze, pro­szę za­dzwo­nić. - Gina wrę­czyła ko­bie­cie swoją wi­zy­tówkę i udała się do wyj­ścia.

- Czy mo­że­cie dać mi znać, jak się ma dziecko? - po­pro­siła pani Cra­ne­ford, od­pro­wa­dza­jąc Ginę.

- Tak, oczy­wi­ście.

Gdy wy­cho­dziła, przy­po­mi­nała so­bie o ko­mu­ni­ka­cie dla prasy. To ich je­dyna na­dzieja. Musi prze­ka­zać wszyst­kie szcze­góły nad­in­spek­to­rowi Brig­g­sowi, by można było nadać in­for­ma­cję w po­ran­nych wia­do­mo­ściach. Deszcz pa­dał już in­ten­syw­nie, a prze­peł­nione kratki ście­kowe bul­go­tały. Ka­retka roz­bry­zgała wodę na chod­nik i od­je­chała z miej­sca na sy­gnale. Ja­cob Dri­scoll pod­biegł do Giny.

- Zgod­nie z prośbą za­pa­ko­wa­łem i ozna­czy­łem wszyst­kie ubra­nia dla la­bo­ra­to­rium - za­ko­mu­ni­ko­wał, wy­cie­ra­jąc mo­krą twarz i zdej­mu­jąc la­tek­sowe rę­ka­wiczki. - Naj­le­piej by­łoby wró­cić i usta­lić, co się stało. Wy­gląda na to, że nie mamy żad­nych świad­ków. Py­ta­li­śmy wszyst­kich miesz­kań­ców ulicy... no, cóż, tych, któ­rzy otwo­rzyli drzwi. Po­win­ni­śmy wra­cać. Aha, i jesz­cze jedno. Nie mam do­brych in­for­ma­cji. Mo­ni­to­ring nie był uży­wany od po­nad roku. Oszczęd­no­ści. Zo­sta­wiono go jako od­stra­szacz.

- Cho­lera. - Gina otarła kro­ple desz­czu z twa­rzy i pa­trzyła, jak ga­sły świa­tła w oko­licz­nych do­mach, a ich miesz­kańcy za­cią­gają za­słony w oknach. Cała ak­cja do­bie­gła końca. Ga­pie wra­cali do swo­ich ksią­żek, pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych i mi­łych, cie­płych ką­pieli. Gina prze­brnęła przez rynsz­tok do sa­mo­chodu. - Zo­ba­czymy się na po­ste­runku - za­wo­łała, za­my­ka­jąc drzwi. Prze­tarła za­pa­ro­waną przed­nią szybę po­jazdu. Do­wie się, do kogo na­le­żało dziecko i jak się tam zna­la­zło. Z do­świad­cze­nia wie­działa, że prawda za­wsze wyj­dzie na jaw. Na po­czą­tek wy­sto­suje apel. Zwol­niła ha­mu­lec ręczny i ru­szyła za Ja­co­bem na ko­mendę.

Je­chała i wpa­try­wała się w ciem­ność ulicy, wy­obra­żała so­bie osobę, która po­rzu­ciła dziecko. Nie miała jesz­cze twa­rzy, nie miała wy­mia­rów, nie była to ko­bieta ani męż­czy­zna. Kto­kol­wiek zo­sta­wił tam dziew­czynkę, sta­ran­nie wy­brał miej­sce. Wej­ście do bi­blio­teki chro­niło ma­leń­stwo przed desz­czem, a przez ulicę co chwilę ktoś prze­cho­dził. Dziecko mu­siało zo­stać zna­le­zione bar­dzo szybko i osoba, która je tam zo­sta­wiła, na pewno była tego świa­doma. Czy był to ktoś stąd? Czy po­zo­sta­wie­nie dziecka spra­wiło mu ulgę? A może była to naj­trud­niej­sza de­cy­zja w jego ży­ciu?

Rozdział trzeci

Luke do­pi­jał resztkę wina z kie­liszka i pa­trzył, jak Bro­oke okręca na palcu swoje blond loki. Ich spoj­rze­nia spo­tkały się. Nie mógł od­wró­cić wzroku. Nie chciał. Po­chy­lił się, po­gła­skał jej po­li­czek i za­czął ją ca­ło­wać. Sma­ko­wała wi­nem. Po­ca­ło­wał ją mocno i za­czął de­li­kat­nie pie­ścić. Przy­tu­liła się bar­dziej, wpla­ta­jąc palce w jego włosy. Ogień trza­skał w ko­minku, gdy Luke do­tknął jej piersi. Pra­gnął jej.

- Zo­stań na noc - wy­szep­tała.

- A co z dziećmi?

- Na pewno będą za­chwy­cone no­co­wa­niem.

Uśmiech­nął się i po­ca­ło­wał ją moc­niej. Się­gnęła do tyłu i roz­pięła sta­nik. Gła­dził jej mięk­kie plecy, a jego po­żą­da­nie ro­sło. Ogień za­lśnił ja­snym bla­skiem na jego zło­tej ob­rączce. Od­wró­cił wzrok. Dziś wie­czo­rem nie za­mie­rzał po­grą­żać się w smutku ani prze­ży­wać prze­szło­ści. Bro­oke prze­su­nęła dłoń po jego udzie. Może to wino, a może na­strój wie­czoru, ale czuł, że po­żąda jej co­raz moc­niej. Mu­siał w końcu pójść na­przód. To był ide­alny mo­ment. Ide­alny czas. Po­chy­lił się i na­parł na nią człon­kiem. Jęk­nęła roz­kosz­nie tuż przy jego uchu.

Drzwi do sa­lonu otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Za­pła­kany Joe wbiegł do po­koju.

- Ska­le­czy­łem się w pa­lec - po­skar­żył się.

Serce Luke'a biło jak sza­lone. Prze­cze­sał włosy pal­cami, a Bro­oke po­pra­wiła ubra­nie. Spoj­rzał na swoją ob­rączkę i za­drżał. Po­my­ślał o prze­szło­ści, o dzie­ciach.

Ogłu­sza­jący ha­łas wy­peł­nił cały dom, gdy Max i He­idi zbie­gli po scho­dach.

- Ta­tu­siu, ona mnie ude­rzyła! - krzyk­nął Max, wska­ku­jąc Luke'owi na ko­lana.

- To nie ja. To on za­czął - za­pro­te­sto­wała He­idi, a na jej twarz wpełzł ru­mie­niec. Jego dzie­wię­cio­let­nia có­reczka wpa­try­wała się w niego orze­cho­wymi oczami. Tak bar­dzo przy­po­mi­nała te­raz je­dyną ko­bietę, którą kie­dy­kol­wiek na­prawdę ko­chał. Z każ­dym ro­kiem była co­raz bar­dziej po­dobna do matki.

- Nie­prawda! Ty za­czę­łaś!

- Czy wy za­wsze mu­si­cie się kłó­cić? - Luke po­krę­cił głową. - Cho­lera! Chyba mu­simy się zbie­rać. - Wstał.

Bro­oke przy­tu­liła syna i spoj­rzała na niego.

- Nie­zno­śne dzie­ciaki - od­po­wie­działa z uśmie­chem. - Czy to ozna­cza "nie" dla no­co­wa­nia?

- Za­po­mnia­łem, że bab­cia przy­cho­dzi z sa­mego rana. Na­prawdę mu­szę wra­cać.

- Na­prawdę?

- Dzieci, idź­cie po swoje rze­czy.

- Roz­dep­czę two­jego di­no­zaura, jak tylko wejdę na górę - krzyk­nęła He­idi.

- Nie! - wrza­snął Max, go­niąc star­szą sio­strę po scho­dach.

- Joe, mo­żesz dać ma­mie mi­nutę na roz­mowę z Lu­kiem? - Bro­oke po­ca­ło­wała syna w pa­lec i wstała. - No, już le­piej.

Chłop­czyk otarł twarz i ski­nął głową, gdy wy­cho­dził z po­koju.

Luke przy­tu­lił Bro­oke i po­ca­ło­wał ją w czoło.

- Dzię­kuję za uro­czy wie­czór. Chyba wy­pi­łem tro­chę za dużo. Mu­simy wra­cać. To na­prawdę był miły wie­czór... Na­prawdę.

- Na­prawdę? - Znów za­krę­ciła włosy na palcu i przy­gry­zła dolną wargę. Uśmiech po­ja­wił się na ustach.

- Na­prawdę - za­pew­nił, kie­ru­jąc się w stronę drzwi. Zdjął kurtki z wie­szaka i cze­kał na Maksa i He­idi.

- Za­dzwo­nię do cie­bie ju­tro. Mo­żemy ra­zem ode­brać dzieci z uro­dzin u Jake'a - po­wie­działa i uśmiech­nęła się.

Po­ma­chał do niej, za­my­ka­jąc tylną furtkę. Po­woli ru­szyli w kie­runku domu.

- Je­stem zmę­czony, tato - po­skar­żył się Max.

Kiedy prze­cho­dzili obok rzędu do­mów i zbli­żali się do swo­jej ulicy, wró­cił my­ślami do szczę­śliw­szych cza­sów. Łza spły­nęła mu po po­liczku, gdy po­my­ślał o swo­jej żo­nie i o tym, jaka była. Te­raz w jego ży­ciu była Bro­oke i bar­dzo ją lu­bił.

"Idź da­lej, Luke. Ona już nie wróci".

Rozdział czwarty

Gina stuk­nęła w prze­łącz­nik i ja­rze­niówki pod su­fi­tem za­mi­go­tały gwał­tow­nie. W po­wie­trzu wciąż czuć było za­pach ham­bur­gera, któ­rego zja­dła wcze­śniej tego po­po­łu­dnia. Za­drżała i otwo­rzyła okno, by prze­wie­trzyć biuro. Do­ku­menty z no­wymi spra­wami ba­lan­so­wały nie­bez­piecz­nie na kra­wę­dzi biurka. Wsu­nęła je głę­biej, ide­al­nie w róg blatu.

- Fuj, ale tu śmier­dzi. - Sier­żant Dri­scoll wszedł i po­cią­gnął no­sem.

- Nie prze­pra­szam - od­po­wie­działa. - Mów, co mamy.

- Kilka rze­czy, sze­fowo. De­tek­tywi O'Con­nor i Wyre zo­stali przy­dzie­leni do po­mocy w tej spra­wie. Wła­śnie usta­wiają krze­sła w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Mo­żemy po­in­for­mo­wać wszyst­kich. Nad­in­spek­tor Briggs dzwo­nił i jest w domu, czeka na ra­port pra­sowy.

- Przyjdę tam za chwilę - od­po­wie­działa ko­mi­sarz Harte, zsu­wa­jąc wil­gotny płaszcz i od­wie­sza­jąc go na opar­cie krze­sła. Ja­cob uśmiech­nął się i wy­szedł.

Od­wró­ciła się w stronę okna i spoj­rzała w ciem­ność po­li­cyj­nego par­kingu. Woda spły­wała z ry­nien, two­rząc ka­łuże. Za­ro­śnięta mchem rynna za­pchana była ga­łąz­kami drzewa, wy­ra­sta­ją­cego wprost ze ściany i nikt nic z tym nie ro­bił. Cię­cia w bu­dże­cie.

Zdjęła szarą ma­ry­narkę wi­szącą na drzwiach i za­kła­da­jąc ją, udała się w kie­runku sali kon­fe­ren­cyj­nej.

De­tek­tyw Harry O'Con­nor wła­śnie czę­sto­wał wszyst­kich cze­ko­la­do­wymi cia­stecz­kami.

- Małe do­ła­do­wa­nie przed po­wro­tem do jazdy na ro­we­rze - za­żar­to­wał, kle­piąc się po brzu­chu.

Gina się­gnęła po jedno i wgry­zła się miękki śro­dek.

- Prze­jażdżka ro­we­rowa?

- Im­preza cha­ry­ta­tywna. Prze­ślę ci szcze­góły. Może zo­sta­niesz moją spon­sorką?

Cztery kawy z eks­presu stały na tacy na środku biurka po­kry­tego pa­pie­rami.

- O'Con­nor, ciastka są pyszne, ale na­le­gam, abyś utrzy­mał po­rzą­dek w ak­tach - po­wie­działa Gina.

Nie mo­gła zro­zu­mieć, jak on daje radę pra­co­wać w ta­kim cha­osie. Nie­które z ra­por­tów spa­dły na pod­łogę, a brudne ta­le­rze i kubki po­kry­wały całą po­wierzch­nię biurka. Wie­działa, że sama nie jest pe­dantką, ale to, co działo się na biurku de­tek­tywa, prze­kra­czało wszel­kie wy­obra­że­nia. Na­wet jego mi­ni­cho­inka gro­ziła, że rzuci się z kra­wę­dzi biurka.

O'Con­nor wy­szu­kał ra­porty i umie­ścił je w teczce. Ły­sina na jego gło­wie od­bi­jała świa­tło su­fi­to­wych ja­rze­nió­wek.

- Wszystko po­sor­to­wane, pani ko­mi­sarz - za­ko­mu­ni­ko­wał, się­ga­jąc po kawę i sia­da­jąc na kra­wę­dzi biurka. Cho­inka spa­dła.

Od­chrząk­nęła i za­częła:

- W po­rządku. Oto, czego do­wie­dzia­łam się do tej pory. No­wo­ro­dek... dziew­czynka zo­stała zna­le­ziona przez pana Al­berta Tho­masa, który około go­dziny dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści wra­cał z pubu An­gel do domu. Za­trzy­mał się przy bi­blio­tece Cle­eves­ford i za­uwa­żył na scho­dach za­wi­niątko. Po­cząt­kowo my­ślał, że to śmieci i schy­lił się, by je pod­nieść i wy­rzu­cić do ko­sza. Wtedy od­krył za­war­tość. W pa­nice do­bi­jał się do wszyst­kich drzwi w oko­licy, aż pani Cra­ne­ford wpu­ściła go do domu. We­zwali nas i po­go­to­wie, które za­brało dziecko do szpi­tala w Cle­eves­ford. Sier­żant Dri­scoll twier­dzi, że na ręcz­niku, któ­rym było owi­nięte nie­mowlę, wy­czuł za­pach oleju na­pę­do­wego. Ręcz­nik prze­ka­zano do la­bo­ra­to­rium, więc miejmy na­dzieję, że to przy­pusz­cze­nie się po­twier­dzi. - Gina ugry­zła ko­lejny ka­wa­łek ciastka i się­gnęła po kawę.

- Alan Cum­mings z działu ochrony z Urzędu Mia­sta po­twier­dził, że mo­ni­to­ring bi­blio­teki nie był włą­czony od po­nad roku - po­wie­dział Ja­cob.

- Po­ste­run­kowy Smith prze­szedł się po oko­licy i nie wi­dział żad­nych in­nych ka­mer na osie­dlu. Wy­daje się, po wstęp­nych oglę­dzi­nach, że nie ma świad­ków, ale mamy na­dzieję, że ktoś się ode­zwie i bę­dziemy kon­ty­nu­ować prze­szu­ki­wa­nie oko­licy.

Gina otarła okruszki z ust i po­piła ciastko kawą.

- Za­tem jak na ra­zie nie mamy zbyt wiele do ro­boty. By­łaś w szpi­talu? - za­py­tała, pa­trząc na Wyre.

- Tak. Roz­ma­wia­łam z le­ka­rzem dy­żur­nym, dok­tor No­wak - od­po­wie­działa Paula Wyre swoim zwy­kłym, mięk­kim to­nem. Drobna ko­bieta od­chrząk­nęła i zro­biła krok do przodu, od­gar­nia­jąc pro­ste, czarne włosy z ra­mion.

O'Con­nor pod­su­nął jej cia­steczka.

- Nie, dzię­kuję - od­parła, po czym od­chrząk­nęła po raz ko­lejny. - Dwu­ipół­ki­lo­gra­mowy no­wo­ro­dek płci żeń­skiej ma lekką hi­po­ter­mię. We­dług wstęp­nej oceny jest wcze­śnia­kiem. Wy­gląda na to, że w ciągu ostat­nich dwóch go­dzin zo­stał na­kar­miony. W dro­dze do szpi­tala zwy­mio­to­wał spore ilo­ści mleka. Obec­nie jest na­wod­niany i od­ży­wiany przez rurkę no­sową. Sza­cują, że ma naj­wy­żej je­den dzień. Pę­po­wina zo­stała nie­zdar­nie prze­cięta, zde­cy­do­wa­nie przez osobę, która nie miała w tym wprawy. - Wyre cof­nęła się o krok i ski­nęła głową.

- Dzię­kuję - po­wie­działa Gina. - Co to nam mówi, O'Con­nor?

- To nam mówi, że ktoś... - Męż­czy­zna za­krztu­sił się i za­czął kasz­leć. Gina po­krę­ciła głową i po­dała mu kawę.

- To nam mówi - po­wtó­rzyła - że gdzieś nie­da­leko znaj­duje się jego matka. Fakt, że nie po­rzu­cili dziecka od razu, su­ge­ruje, że ro­dzice nie byli pewni, co mają zro­bić. Być może roz­wa­żali za­trzy­ma­nie ma­łej? Matka na­kar­miła nie­mowlę do syta, za­nim je po­rzu­ciła. - Ko­mi­sarz przyj­rzała się kasz­lą­cemu i pry­cha­ją­cemu O'Con­no­rowi. - Nie mogę my­śleć w tym ha­ła­sie.

Deszcz bęb­nił w dach, w od­dali sły­chać było grzmot.

- Prze­pra­szam, pani ko­mi­sarz. Już mi le­piej - oznaj­mił, kla­snął w dło­nie i ze­sko­czył z biurka, lą­du­jąc z hu­kiem na ka­fel­kach pod­łogi. Gina wzdry­gnęła się, gdyż ko­lejny grzmot wstrzą­snął bu­dyn­kiem. Jej serce za­częło bić jak osza­lałe.

- Wszystko w po­rządku, pani ko­mi­sarz? - za­py­tał Ja­cob.

Wy­mu­siła uśmiech i pod­nio­sła wzrok.

- Tak, nic mi nie jest - od­parła. Od­pięła górny gu­zik ko­szuli i cof­nęła się w kie­runku swo­jego biura. - Dri­scoll, po­goń la­bo­ra­to­rium z pracą nad do­wo­dami. Mu­simy je nie­zwłocz­nie prze­ana­li­zo­wać. Zo­bacz, czy już mogą coś o nich po­wie­dzieć. Wyre, prze­każę ko­mu­ni­kat pra­sowy nad­in­spek­to­rowi Brig­g­sowi, kiedy skoń­czę. Mo­żesz mo­ni­to­ro­wać re­ak­cje spo­łe­czeń­stwa? Na pewno bę­dzie wiele zgło­szeń. Mu­simy kon­ty­nu­ować po­szu­ki­wa­nia, cho­dząc od drzwi do drzwi, i zo­ba­czyć, z czym wróci Smith. O'Con­nor, kiedy po­sprzą­tasz te ciastka, sprawdź, czy ja­kiś mo­ni­to­ring z lo­kali przy głów­nej ulicy za­re­je­stro­wał zda­rze­nie. Spró­buj w budce z fryt­kami. Wąt­pię, żeby osoba, która zo­sta­wiła dziecko, po­szła tą ulicą, jest zbyt ru­chliwa, ale ni­gdy nie wia­domo - roz­po­rzą­dziła, idąc da­lej ko­ry­ta­rzem, aż do­tarła do swo­jego biura. Z ulgą za­mknęła drzwi.

Po­de­szła do okna i za­drżała, gdy wiatr wpadł do po­koju. Woda ze­brała się pod otwar­tym skrzy­dłem. Ża­lu­zje za­grze­cho­tały po­ru­szone na­głym po­dmu­chem. Za­mknęła okno, opa­dła na fo­tel i wzięła głę­boki od­dech. Roz­legł się ko­lejny grzmot i świa­tło za­mi­go­tało. Po­łą­cze­nie bu­rzy i wi­doku bez­bron­nego dziecka przy­wo­łało jej wspo­mnie­nia. Wspo­mnie­nia, które wo­la­łaby wy­ma­zać z pa­mięci.

Dwa­dzie­ścia lat temu, tam­tej nocy, też była bu­rza, do­kład­nie taka jak ta. Jej wła­sne dziecko, Han­nah, miało za­le­d­wie dwa lata i krzy­czało prze­ra­żone. W ciem­no­ści i pół­śnie, za­ta­cza­jąc się, przy­szła ze swo­jej sy­pialni, aby ją przy­tu­lić. Gdy mała nie prze­sta­wała za­wo­dzić, Gina po­bie­gła ko­ry­ta­rzem, zde­rza­jąc się na szczy­cie scho­dów z pi­ja­nym mę­żem. W tej chwili, tak samo jak wtedy, jej serce za­częło sza­leń­czo bić, a ściany zbli­żały się nie­bez­piecz­nie. Chciała upaść na pod­łogę i zwi­nąć się w kłę­bek, za­my­ka­jąc oczy i cze­ka­jąc, aż to wszystko się skoń­czy i znowu bę­dzie mo­gła od­dy­chać.

?

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Wró­ciła do te­raź­niej­szo­ści. Do środka wszedł Ja­cob. Od­wró­ciła się i wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, prze­tarła łza­wiące oczy i roz­ma­so­wała pul­su­jącą głowę.

- Do­wody do­tarły do la­bo­ra­to­rium. Da­dzą nam znać, gdy będą coś mieli - po­wie­dział. - Na pewno wszystko okej? Wy­glą­dasz tro­chę blado.

- Nic mi nie jest. Tylko boli mnie głowa. - Usi­ło­wała roz­ma­so­wać kark. - Chyba je­stem prze­zię­biona czy coś. W każ­dym ra­zie dość o mnie. Mu­simy od­na­leźć matkę dziecka. Biedna ko­bieta praw­do­po­dob­nie czuje się o wiele go­rzej niż ja.

- Miejmy na­dzieję, że nie wy­stra­szy się ko­men­ta­rzy in­nych lu­dzi. Ju­tro rano na Fa­ce­bo­oku i Twit­te­rze szy­kuje się nie­zła na­gonka. Je­steś pewna, że wszystko w po­rządku? Przy­nieść ci coś?

- Cho­lerny Fa­ce­book. Pe­łen świę­tosz­ko­wa­tych trolli. Chęt­nie wy­piję ko­lejną kawę, je­śli mo­żesz mi zro­bić, a po­tem ra­zem prze­ana­li­zu­jemy sprawę. Tym­cza­sem na­pi­szę ma­ila do nad­in­spek­tora Brig­gsa.

- No to za­dzie­ram kiecę i lecę. Lu­dzie wy­my­ślają bzdury - od­po­wie­dział Dri­scoll, cho­wa­jąc część zwi­sa­ją­cej ko­szuli do spodni i wy­szedł po kawę.

Zna­le­zie­nie dziecka, ból głowy i burz­liwa po­goda zmie­niły ją we wrak czło­wieka. Po­woli zro­biła wdech i wy­dech, a do­piero po­tem się wy­pro­sto­wała. Włą­czyła kom­pu­ter. Czas za­cząć pi­sać in­for­ma­cję pra­sową, którą wy­śle do Brig­gsa. Trzeba było to zro­bić szybko, je­śli miała tra­fić do po­ran­nych wia­do­mo­ści. Mu­sieli od­na­leźć matkę dziecka. Po raz ko­lejny ude­rzył pio­run. Znów ode­tchnęła głę­boko. Za­pa­no­wała nad sobą. Musi je­dy­nie po­rząd­nie się wy­spać.