Rozdział 1
Podjąłem decyzję, trzymając w uniesionej ręce niezbyt ładnie pachnącą makrelę. Krople krwi kapiące z wiszącego nade mną zająca zabarwiały zimną wodę z ryby i spływały po moim białym rękawie. Marcowy deszcz walił w zardzewiały metalowy dach nad stoiskiem, a strumienie wody lały się na powłóczących nogami klientów przez prześwity, w których było więcej rdzy niż metalu. Ich twarze były zmęczone i przygnębione niczym kondukt pogrzebowy podążający za ostatnimi resztkami nadziei. Nie oczekiwali nic od życia - poza tanim kawałkiem dorsza. Północna Anglia w marcu. W sumie - północna Anglia przez większą część roku. Miałem dwadzieścia osiem lat. Życie musiało przecież oferować coś więcej. Opuściłem rybę i przyjrzałem się jej uważnie. "To jest moje życie?".
Ryba nic nie powiedziała, ale ja już znałem odpowiedź.
Pracowałem na targu w Bolton od sześciu miesięcy, zmuszając się do codziennego wstawania z łóżka o trzeciej trzydzieści tylko po to, żeby spędzić jedenaście godzin po kolana w bebechach i podrobach, sprzedawać tace podejrzanych ryb i kurczaków - trzy za pięć funtów. Przyzwyczaiłem się do zimna i smrodu, ale skrzywione twarze pasażerów autobusu, którym wracałem do domu, nadal mnie zawstydzały. Nie można było temu zaprzeczyć: w języku sprzedawców bił ode mnie rotef (fetor) chyrats (starych) ryb.
Język sprzedawców był przydatny, gdy nie chcieliście, żeby klienci was zrozumieli. Hasło "Atak aruczsza" sprawiało, że wszyscy pracownicy wskakiwali wyżej, czyli na połamane palety i poobijane pudła pełne kurzych nóg, ustawione z tyłu stoiska, bo szczur wielkości buldoga uznał, że nadszedł czas na rozróbę.
Targ w Bolton był wcześniej typowym targiem dla biedaków w mieście robotniczym, zbudowanym dzięki kapitałowi miejscowych fabryk bawełny. Był dofinansowany przez radę miejską, żeby dostarczać tanie jedzenie i ubrania dla pracowników o niskich dochodach. (W zamęcie złudzeń o dostatku został kompletnie odnowiony i zmodernizowany. Szczury mogły odtąd biegać po dopasowanych nylonowych dywanach, pomiędzy stoiskami oświetlanymi przez lampy znanych projektantów. Elegancka kafejka oferująca ciasto na delikatnych porcelanowych talerzykach stoi teraz tam, gdzie kiedyś było stoisko z najlepszymi w Lancashire ziemniaczanymi zapiekankami z mięsem, zajadanymi przez cuchnących rybami, niechlujnych pracowników targu, takich jak ja).
Była to niewymagająca praca - fizycznie i umysłowo - co mi odpowiadało. Stres jest dla bogatych i pracowitych, a to nie są moje cechy charakteru. Jednak nie można powiedzieć, że byłem zadowolony. Kolejne niewymagające żadnych kwalifikacji prace nauczyły mnie, że idąc po najmniejszej linii oporu, nie zawsze znajduje się zadowolenie, ale powoli zmierzałem w stronę monotonnego brytyjskiego życia: szkoła-praca-emeryta-trumna, więc należało coś z tym zrobić. I to szybko.
Znudziły mi się wciąż te same stoiskowe pogaduchy: "Tracimy kupę kasy, ale zdobywamy nowych przyjaciół" albo "O, oczywiście, moja droga, ona jest świeża, można ją jak najbardziej zamrozić".
Nudziło mi się już droczenie ze starszymi paniami, stojącymi przy stoisku z szeroko otwartymi torebkami i nazwiskami na kartach wolnego wstępu do autobusu wystawionymi na widok publiczny.
- Dzień dobry, pani Jones. Jak miło panią widzieć.
Wychudła kobieta starała się wydusić spod szydełkowego kapelusza jakieś wspomnienia.
- Ja... no...
- Pamięta mnie pani, prawda, pani Jones? Przychodziłem do pani na herbatę w każdy piątek.
- Tak... tak mi się wydaje. Tak, tak. Teraz pamiętam - odpowiadała, uśmiechając się słabo.
Nawet codzienne próby wrzucenia zajęczej głowy do kaptura Duncana straciły swój urok. Duncan był umysłowo upośledzonym olbrzymem i choć pracownicy bezlitośnie mu dokuczali, to bardzo dbali o niego. Dawali mu kieszonkowe, które wydawał na komiksy Beano i miętówki, i upewniali się, że nie skrzywdziły go gangi skinheadów, które nie mając niczego bardziej konstruktywnego do roboty, próbowały pobić go do nieprzytomności.
Sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i sto piętnaście kilogramów wagi, bez szyi i z nieprzyjemnym nawykiem chodzenia wokoło z wydętymi policzkami i dolną wargą dotykającą nosa - cóż, Duncan nie był kimś, kogo większość ludzi bez wady wzroku nazwałaby "atrakcyjnym". Jeśli któremuś z pracowników udało się wrzucić mu zajęczą głowę do kaptura, Duncan szarżował na zwycięzcę, ryczał plugastwa i groził mu zabiciem, dopóki jego uwagi nie przykuła jakaś dziewczyna. Wtedy jego agresja znikała i składał usta w mokry dzióbek. "Daj buziaka", żądał tak władczym głosem, że gdyby nie jego brzydota, trudno by mu było odmówić.
- Hej, szefie - zawołałem, podnosząc głowę znad otwartego pudła kurzych udek. - Nie powinniśmy tego sprzedawać. Strasznie cuchną. - Pat kontynuował wyciąganie wnętrzności z zająca.
- Zanurz je w tandoori i wyceń na pięć za piątaka. - Zerknąłem na pobłyskujące zielenią kawałki kurczaka.
- Ale one naprawdę strasznie cuchną. Zabijesz kogoś.
Pat uniósł poplamiony na czerwono rękaw nad ogoloną głowę i wciągnął nosem zapach krwi i potu. Ramiona mu się uniosły, gdy jego krągła pierś wypełniła się słodkawą wonią.
- Pracujesz tu od pół roku. Nie wyjeżdżaj mi tu nagle z zasranymi wyrzutami sumienia - wyburczał. Wycelował we mnie ostrym końcem noża do filetowania. - Sprzedaj je. A poza tym zmarli nie mogą narzekać.
Zanurzyłem więc te kawałki kurczaka w wiadrze przyprawy o kolorze rdzy, a potem wyrzuciłem je do kosza, gdy tylko Pat się odwrócił, by porozmawiać z jedną z dziewczyn, której sztuczny paznokieć zaginął właśnie wewnątrz patroszonego przez nią pstrąga.
Zdecydowałem, że należy pozbyć się tego zabójczego kurczaka ostatecznie i wypchnąłem kosz na zewnątrz, na główny śmietnik. Niebo zaniechało jakichkolwiek prób rozpogodzenia się i założyło pochmurną, szarą piżamę, wysysając ostatnie resztki koloru z Ashburner Street. "Kiedy życie stało się szare? Gdzie podziało się podekscytowanie, splendor, niecierpliwe oczekiwanie przyszłości?", pomyślałem.
Usłyszałem odpowiedź:
- Wracaj tu, kochany. Czternaście zajęcy czeka na dekapitację.
Pat wystawił swoje rumiane policzki przez wielkie przesuwane drzwi i wtargnął w sam środek moich przemyśleń na temat sensu życia.
Praca od dziewiątej do piątej nigdy nie była moim marzeniem. Ani praca od piątej do czwartej. Od dawna chciałem być muzykiem - no, co najmniej perkusistą. Od czternastu lat w mojej wyobraźni prowadziłem rozmowę o pracę, na którą zgłosiłem się z ogłoszenia:
"Poszukiwana gwiazda rocka.
Wymagania: Umiejętność siedzenia na dupie, hałasowania i bycia sławnym.
Wynagrodzenie: Niewiarygodne.
Dodatki: Mnóstwo".
Ale niezależnie od tego, jak usilnie próbowałem, zawsze byłem kilka kroków za gwiazdorstwem. Sporadyczne granie w Tintwistle Working Men's Club było największym krokiem w stronę Wembley, które znajdowało się ponad dwieście mil dalej na popowej drabinie sukcesu.
Moja wysłużona perkusja firmy Pearl kurzyła się z tyłu garażu w Compstall, podczas gdy moje życie robiło to samo na tyłach stoiska z rybami na targu w Bolton. Desperacko chciałem się z tego wydostać.
- Hola! - dwie dłonie zasłoniły mi oczy.
- Myślałem, że będziesz dopiero wieczorem - powiedziałem i pocałowałem Joy w policzek. Właśnie wróciła z tygodniowych wakacji spędzonych z koleżankami na Teneryfie.
- Pomyliłam czas odlotu, więc pomyślałam, że cię zaskoczę. Ładnie pachniesz - skomentowała, odklejając mi z szyi kawałek kurzej skóry.
- Pat chciał sprzedać trującego kurczaka. Wyrzuciłem go na śmieci. Świetnie wyglądasz. Dobrze się bawiłaś?
- Cudownie. Ale, słuchaj, mam wieści. Ważne wieści. Spotkaj się ze mną w Ram's po pracy. - Mrugnęła do mnie i pobiegła na przystanek, gdzie autobus numer 19 właśnie ochlapał kolejkę zmokniętych klientów.
Reszta popołudnia minęła jak zwykle. Terry przyszedł sprawdzić, czy mamy dla niego jakieś zamówienia.
- Widziałam w Whitakers wspaniałą lampę z mosiądzu - powiedziała Julie, żona Pata. - Zielony, szklany abażur, drugie piętro, obok zegarów.
- Możesz mi załatwić zegar, Terry? Nic zbyt wyszukanego. Może drewniany? Coś, co będzie dobrze wyglądać nad moimi kuchennymi drzwiami - poprosiła Ruth, przerywając klientowi, którego właśnie obsługiwała.
Debbie, córka Pata i Julie, zamachała rękami podekscytowana.
- O, Terry, Terry, mój walkman zdechł. Znajdź mi jakiś nowy, okej? I nie zapomnij tym razem o bateriach.
Terry zapisał sobie zamówienia na kawałku papieru.
- Joe? Jakieś CD?
- Jeśli uda ci się zdobyć Thrills 'N' Pills and Bellyaches.
- Hej, jeśli potrzebne ci pigułki, to po prostu powiedz.1)
1) Pills po angielsku znaczy pigułki - przyp. tłum.
- Nie, nie, to nowa płyta Happy Mondays.
- A, okej - odpowiedział trochę rozczarowany. - Zobaczę, co da się zrobić. Ale jeśli chciałbyś pigułki - mrugnął konspiracyjnie - to znam kogoś...
Terry wrócił pod koniec dnia, pąsowy na twarzy i zdyszany. Wciągnął za stragan dużą skórzaną torbę podróżną.
- Zamówienia! - zawołała Julie.
Zebraliśmy się wokół Terry'ego, który otworzył torbę i rozdał nam przyniesione rzeczy - jak Święty Mikołaj na jednodniowej przepustce. Metki z cenami nadal zwisały z zegara i lampy, a moja płyta CD wciąż miała przyczepiony klips magnetyczny przeciw kradzieżom.
- Wrócę w sobotę po zapłatę - powiedział i zniknął w tłumie z pustą torbą.
Dalej sprzedawałem "anwóg" po trzy za pięć funtów i automatycznie włączałem się w przekomarzania współpracowników.
Raz po raz gwizdaliśmy na przechodzące obok dziewczyny, a gdy odwracały się zarumienione, wołaliśmy za nimi: "Nie ty, moja droga. Nie schlebiaj sobie". Monotonia potrafiła być bardzo okrutna.
The Ram's Head może nie był najlepszym miejscem na świętowanie, ale prowadził je Leonard, jedyny właściciel pubu, który znosił zapach nieświeżego pstrąga. Jego wcześniejsza (nieudana) kariera boksera sprawiła, że ze swoim setki razy rozbijanym nosem nie był niekorzystnie nastawiony do naszej obecności.
Pół tuzina klientów siedziało w wysokiej sali i większość piła samotnie. Ich oczy śledziły drobne ruchy Leonarda metodycznie wycierającego szklanki starą ścierką. Terier jack russell leżał na stopach jednego z klientów i ziewał, znudzony brakiem wrogów, a jego właściciel starannie, jakby w zwolnionym tempie, zwijał papierosa.
Mosiężne kinkiety z zielonymi, pochylonymi abażurami wiszące na ścianie nadawały sali chorobliwej bladości, rzucając jasne koła światła na dawniej białą, a teraz pożółkłą od niskiej klasy tytoniu tapetę.
Słychać było jedynie flegmatyczne kaszlnięcia klientów i obłąkaną melodyjkę automatu do gry, szczęśliwego, że znalazł hojną przyjaciółkę. Joy jedną ręką karmiła go pięćdziesięciopensówkami, a drugą przyciskała guziki. Jej opalenizna przykuła uwagę dwóch doradców inwestycyjnych w dresach, którzy zaczęli jej tłumaczyć zasady pojawiania się dzwonków i cytryn. Zdecydowanie nie potrzebowała lekcji na temat automatów do gry.
- Kufel i pół poproszę.
- Joy znów gra - powiedział Leonard z bezzębnym uśmiechem i skinął w stronę automatu.
- Obawiam się, że jej nie zatrzymasz. Upiera się, że pewnego dnia jej się to zwróci.
Zaniosłem szklanki, starając się stąpać jak najostrożniej po wyświechtanym dywanie, i dmuchnąłem jej w szyję.
- Wygrywasz?
- Prawie. Masz jakieś pięćdziesiątki? Wydaje mi się, że zatrzyma się na dwóch.
Chłopaki zajrzeli do automatu, usiłując zobaczyć, czy warto poświęcić pieniądze na piwo.
- Chodź. - Wskazałem na stół pod oknem.
Napisany żółtym markerem plakat zapraszający na karaoke zasłaniał większość widoku za oknem, czyli mokre od deszczu resztki pierwszego sklepu z rowerami w Bolton.
- To co to za wspaniały pomysł? Będziesz mi dawać wszystkie swoje pieniądze, a ja nie pozwolę, żeby znikały w tych głupich automatach?
Pociągnęła łyk i uniosła brew.
- Spodoba ci się.
Zamilkła, pociągnęła kolejny łyk i uśmiechnęła się. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
- No to strzelaj.
Znałem Joy od dnia, gdy zepchnęła mnie z samego szczytu zjeżdżalni w przedszkolu. Była dzieckiem eksperymentującym, ale pełnym współczucia. Gdy tylko moja głowa uderzyła w ziemię, zjechała ze zjeżdżalni i podbiegła do mnie. "Umarłeś?", zapytała. Udało mi się lekko uśmiechnąć, a pani Cornchurch odciągnęła ją za rękę, zanim straciłem przytomność.
Ale czułem ulgę, że nie jestem jedynym, nad którym Joy się znęca. Tak naprawdę była pod wrażeniem, że nie umarłem, i wzięła na siebie rolę mojego obrońcy - regularnie spychała inne dzieci ze zjeżdżalni, jeśli tylko chciałem zjechać. Nalegała też, żebym ją zepchnął, bo chciała wiedzieć, jak to jest, gdy spada się z tak wysoka. Grzecznie odmówiłem.
Przetrwaliśmy podstawówkę pełną śmiesznych niegrzeczności i pomysłowych wykrętów. Pomagałem jej odrabiać prace domowe, a ona w nagrodę kradła dla mnie krówki.
Zanim dojrzeliśmy, tylko raz przekroczyliśmy granicę platonicznej przyjaźni. Była sobota wieczorem i jej rodzice zostawili nas samych, gdy graliśmy w buckaroo na podłodze, a romantyczny western leciał w tle. Namiętna scena z zadziorną kowbojką i kowbojem odwróciła uwagę Joy.
- Pocałuj mnie właśnie tak - zażądała i przyciągnęła moją twarz do swojej.
Pamiętam smak cukierków lukrecji i myśl, czy ona zawsze tak smakuje. Siedzieliśmy nieporuszeni przez dobrą minutę, nim wreszcie Joy odsunęła się i cicho położyła kolejny kubeł na osiołku. Romans nie powracał przez długi czas, ale oboje okazywaliśmy sobie nawzajem totalny brak szacunku dla naszych młodzieńczych miłości.
Chociaż byliśmy w innych klasach, nadal spotykaliśmy się podczas większości przerw na lunch i po szkole, planując okropne zemsty na nauczycielach, którzy odważyli się nas zganić. Zazwyczaj nie byłem nikim więcej niż jej poplecznikiem, ale w końcu z moją tyczkowatą posturą musiałem przejąć obowiązki obrońcy. Bardzo tego potrzebowała. Jej zawadiacki uśmiech i roziskrzone oczy najczęściej wystarczyły, by ją ocalić, ale były też momenty, gdy interwencja stawała się nieunikniona.
Parą staliśmy się po niezaplanowanych wspólnych wakacjach. Jej chłopak rzucił ją kilka dni przed wyjazdem, oskarżając, że spędza więcej czasu ze mną niż z nim. To wszystko stało się przed pubem Dog and Partridge w Hazel Grove. Zostałem tam zaproszony przez Joy na wieczór, który według jej chłopaka miał być romantycznym spotkaniem we dwoje, ale okazał się spotkaniem w trójkę.
Na polu kempingowym w południowej Francji, z za dużą ilością alkoholu we krwi i widokiem obnażonego ciała, kontakt intymny stał się nieunikniony. Kontynuowaliśmy nasz wakacyjny romans po powrocie do domu i teraz, po trzech latach, w brudnym pubie w Bolton, trwał on nadal.
- Chciałbyś przeprowadzić się na Teneryfę? - Joy spojrzała na mnie znad brzegu szklanki, a jej oczy szukały w moich odpowiedzi.
- A... dlaczego?
- Dostaliśmy ofertę prowadzenia baru, ale potrzebują do tego dwóch par, więc powiedziałam, że mam męża.
- Kogo? - wrzasnąłem.
- Ciebie, głupolu! Kogo innego? Powiedziałam, że możemy go prowadzić wspólnie, ja jako menedżer baru i ty w roli kucharza, i... - Mówiła coraz szybciej, jak zwykle, gdy próbowała mnie do czegoś zmusić.
- Czekaj, czekaj. - Uniosłem dłoń, żeby spowolnić atak. - Kto pozwoliłby dwójce ludzi, którzy nie mają praktycznie żadnego doświadczenia w nalewaniu piwa, a co dopiero w prowadzeniu baru w obcym kraju, przejąć taki biznes? - Wiedziałem, mówiąc to, że nasze ścieżki kariery zbaczają trochę z prostej drogi od filetowania ryb do prowadzenia knajpy. Joy potwierdziła, że przesadziła trochę z naszymi talentami oraz wypaczyła brzmienie naszej obecnej umowy o pracę, szczególnie w kwestii finansowej.
Okazało się, że mieliśmy go nie tylko prowadzić, ale też kupić.
- Czym niby mamy zapłacić za ten bar? Rybimi głowami? - wykrztusiłem, gdy prawda wyszła na jaw.
- Nie. Możemy pożyczyć pieniądze - odpowiedziała Joy. Jej kamienna twarz świadczyła wyraźnie, że jest coś jeszcze, czego mi nie powiedziała.
- Ile?
- Sto sześćdziesiąt pięć tysięcy... mniej więcej.
Zamrugałem dwa razy. Mocno. Piwo zawisło pomiędzy moimi ustami i stołem. To na pewno był jakiś sen wywołany owocami morza. Wierzyłem, że to tylko kolejny z planów Joy na szybkie wzbogacenie się, który wygaśnie równie szybko jak wszystkie poprzednie, więc postanowiłem ustąpić.
- Dwie pary?
- Nie powiedziałam ci, ale twój ojczym zadzwonił do mnie przed moim wyjazdem na Teneryfę. Powiedział, że bar w El Beril, gdzie jest jego mieszkanie, jest na sprzedaż, i on chce go kupić, jako inwestycję. Poprosił mnie, żebym wzięła od nich księgi, by mógł na nie zerknąć. Gdy poszłam do baru, właściciel zapytał, czemu ja go nie chcę przejąć. Tak czy inaczej, gdy wróciłam dziś rano, Jack przyszedł odebrać księgi, a ja zażartowałam, że nasza dwójka mogłaby tym barem dla niego zarządzać. Zanim cię zobaczyłam, zadzwonił i powiedział, że rozmawiał z twoją mamą i oboje myślą, że to dobry pomysł. Żebyśmy weszli w spółkę z twoim bratem, a oni pomogą nam zebrać pieniądze.
- Chwila, chwila, chwila - przerwałem. To stawało się niebezpiecznie poważne. - Najpierw mówisz o pracy w barze na Teneryfie, a teraz nagle zakładamy spółkę z moim bratem i bierzemy pożyczkę od Jacka w wysokości stu sześćdziesięciu pięciu tysięcy funtów. Wszystko to na wyspie położonej dwa tysiące mil stąd, której mieszkańcy nie mówią po angielsku. I na dodatek zaplanowałaś to wszystko za moimi plecami. Gdzie tu miejsce na moją opinię?
Joy przeszła do defensywy, jak zawsze gdy była w ofensywie.
- Uspokój się. To tylko pomysł. Zapomnij, że cokolwiek powiedziałam. Możemy jutro wrócić na to zasrane stoisko i cuchnąć rybami do końca życia.
Kilka piw później - podejrzewam, że były czymś wzmocnione - pytania: "czemu" i "dlaczego" zostały zastąpione przez "kiedy" i "jak".