Koktajlowe opowieści - Joe Cawley

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (28,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pod­ją­łem de­cy­zję, trzy­ma­jąc w unie­sio­nej ręce nie­zbyt ład­nie pach­ną­cą ma­kre­lę. Kro­ple krwi ka­pią­ce z wi­szą­ce­go nade mną za­ją­ca za­bar­wia­ły zim­ną wodę z ryby i spły­wa­ły po moim bia­łym rę­ka­wie. Mar­co­wy deszcz wa­lił w za­rdze­wia­ły me­ta­lo­wy dach nad sto­iskiem, a stru­mie­nie wody lały się na po­włó­czą­cych no­ga­mi klien­tów przez prze­świ­ty, w któ­rych było wię­cej rdzy niż me­ta­lu. Ich twa­rze były zmę­czo­ne i przy­gnę­bio­ne ni­czym kon­dukt po­grze­bo­wy po­dą­ża­ją­cy za ostat­ni­mi reszt­ka­mi na­dziei. Nie ocze­ki­wa­li nic od ży­cia - poza ta­nim ka­wał­kiem dor­sza. Pół­noc­na An­glia w mar­cu. W su­mie - pół­noc­na An­glia przez więk­szą część roku. Mia­łem dwa­dzie­ścia osiem lat. Ży­cie mu­sia­ło prze­cież ofe­ro­wać coś wię­cej. Opu­ści­łem rybę i przyj­rza­łem się jej uważ­nie. "To jest moje ży­cie?".

Ryba nic nie po­wie­dzia­ła, ale ja już zna­łem od­po­wiedź.

Pra­co­wa­łem na tar­gu w Bol­ton od sze­ściu mie­się­cy, zmu­sza­jąc się do co­dzien­ne­go wsta­wa­nia z łóż­ka o trze­ciej trzy­dzie­ści tyl­ko po to, żeby spę­dzić je­de­na­ście go­dzin po ko­la­na w be­be­chach i po­dro­bach, sprze­da­wać tace po­dej­rza­nych ryb i kur­cza­ków - trzy za pięć fun­tów. Przy­zwy­cza­iłem się do zim­na i smro­du, ale skrzy­wio­ne twa­rze pa­sa­że­rów au­to­bu­su, któ­rym wra­ca­łem do domu, na­dal mnie za­wsty­dza­ły. Nie moż­na było temu za­prze­czyć: w ję­zy­ku sprze­daw­ców bił ode mnie ro­tef (fe­tor) chy­rats (sta­rych) ryb.

Ję­zyk sprze­daw­ców był przy­dat­ny, gdy nie chcie­li­ście, żeby klien­ci was zro­zu­mie­li. Ha­sło "Atak arucz­sza" spra­wia­ło, że wszy­scy pra­cow­ni­cy wska­ki­wa­li wy­żej, czy­li na po­ła­ma­ne pa­le­ty i po­obi­ja­ne pu­dła peł­ne ku­rzych nóg, usta­wio­ne z tyłu sto­iska, bo szczur wiel­ko­ści bul­do­ga uznał, że nad­szedł czas na roz­ró­bę.

Targ w Bol­ton był wcze­śniej ty­po­wym tar­giem dla bie­da­ków w mie­ście ro­bot­ni­czym, zbu­do­wa­nym dzię­ki ka­pi­ta­ło­wi miej­sco­wych fa­bryk ba­weł­ny. Był do­fi­nan­so­wa­ny przez radę miej­ską, żeby do­star­czać ta­nie je­dze­nie i ubra­nia dla pra­cow­ni­ków o ni­skich do­cho­dach. (W za­mę­cie złu­dzeń o do­stat­ku zo­stał kom­plet­nie od­no­wio­ny i zmo­der­ni­zo­wa­ny. Szczu­ry mo­gły od­tąd bie­gać po do­pa­so­wa­nych ny­lo­no­wych dy­wa­nach, po­mię­dzy sto­iska­mi oświe­tla­ny­mi przez lam­py zna­nych pro­jek­tan­tów. Ele­ganc­ka ka­fej­ka ofe­ru­ją­ca cia­sto na de­li­kat­nych por­ce­la­no­wych ta­le­rzy­kach stoi te­raz tam, gdzie kie­dyś było sto­isko z naj­lep­szy­mi w Lan­ca­shi­re ziem­nia­cza­ny­mi za­pie­kan­ka­mi z mię­sem, za­ja­da­ny­mi przez cuch­ną­cych ry­ba­mi, nie­chluj­nych pra­cow­ni­ków tar­gu, ta­kich jak ja).

Była to nie­wy­ma­ga­ją­ca pra­ca - fi­zycz­nie i umy­sło­wo - co mi od­po­wia­da­ło. Stres jest dla bo­ga­tych i pra­co­wi­tych, a to nie są moje ce­chy cha­rak­te­ru. Jed­nak nie moż­na po­wie­dzieć, że by­łem za­do­wo­lo­ny. Ko­lej­ne nie­wy­ma­ga­ją­ce żad­nych kwa­li­fi­ka­cji pra­ce na­uczy­ły mnie, że idąc po naj­mniej­szej li­nii opo­ru, nie za­wsze znaj­du­je się za­do­wo­le­nie, ale po­wo­li zmie­rza­łem w stro­nę mo­no­ton­ne­go bry­tyj­skie­go ży­cia: szko­ła-pra­ca-eme­ry­ta-trum­na, więc na­le­ża­ło coś z tym zro­bić. I to szyb­ko.

Znu­dzi­ły mi się wciąż te same sto­isko­we po­ga­du­chy: "Tra­ci­my kupę kasy, ale zdo­by­wa­my no­wych przy­ja­ciół" albo "O, oczy­wi­ście, moja dro­ga, ona jest świe­ża, moż­na ją jak naj­bar­dziej za­mro­zić".

Nu­dzi­ło mi się już dro­cze­nie ze star­szy­mi pa­nia­mi, sto­ją­cy­mi przy sto­isku z sze­ro­ko otwar­ty­mi to­reb­ka­mi i na­zwi­ska­mi na kar­tach wol­ne­go wstę­pu do au­to­bu­su wy­sta­wio­ny­mi na wi­dok pu­blicz­ny.

- Dzień do­bry, pani Jo­nes. Jak miło pa­nią wi­dzieć.

Wy­chu­dła ko­bie­ta sta­ra­ła się wy­du­sić spod szy­deł­ko­we­go ka­pe­lu­sza ja­kieś wspo­mnie­nia.

- Ja... no...

- Pa­mię­ta mnie pani, praw­da, pani Jo­nes? Przy­cho­dzi­łem do pani na her­ba­tę w każ­dy pią­tek.

- Tak... tak mi się wy­da­je. Tak, tak. Te­raz pa­mię­tam - od­po­wia­da­ła, uśmie­cha­jąc się sła­bo.

Na­wet co­dzien­ne pró­by wrzu­ce­nia za­ję­czej gło­wy do kap­tu­ra Dun­ca­na stra­ci­ły swój urok. Dun­can był umy­sło­wo upo­śle­dzo­nym ol­brzy­mem i choć pra­cow­ni­cy bez­li­to­śnie mu do­ku­cza­li, to bar­dzo dba­li o nie­go. Da­wa­li mu kie­szon­ko­we, któ­re wy­da­wał na ko­mik­sy Be­ano i mię­tów­ki, i upew­nia­li się, że nie skrzyw­dzi­ły go gan­gi skin­he­adów, któ­re nie ma­jąc ni­cze­go bar­dziej kon­struk­tyw­ne­go do ro­bo­ty, pró­bo­wa­ły po­bić go do nie­przy­tom­no­ści.

Sto dzie­więć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu i sto pięt­na­ście ki­lo­gra­mów wagi, bez szyi i z nie­przy­jem­nym na­wy­kiem cho­dze­nia wo­ko­ło z wy­dę­ty­mi po­licz­ka­mi i dol­ną war­gą do­ty­ka­ją­cą nosa - cóż, Dun­can nie był kimś, kogo więk­szość lu­dzi bez wady wzro­ku na­zwa­ła­by "atrak­cyj­nym". Je­śli któ­re­muś z pra­cow­ni­ków uda­ło się wrzu­cić mu za­ję­czą gło­wę do kap­tu­ra, Dun­can szar­żo­wał na zwy­cięz­cę, ry­czał plu­ga­stwa i gro­ził mu za­bi­ciem, do­pó­ki jego uwa­gi nie przy­ku­ła ja­kaś dziew­czy­na. Wte­dy jego agre­sja zni­ka­ła i skła­dał usta w mo­kry dzió­bek. "Daj bu­zia­ka", żą­dał tak wład­czym gło­sem, że gdy­by nie jego brzy­do­ta, trud­no by mu było od­mó­wić.

- Hej, sze­fie - za­wo­ła­łem, pod­no­sząc gło­wę znad otwar­te­go pu­dła ku­rzych udek. - Nie po­win­ni­śmy tego sprze­da­wać. Strasz­nie cuch­ną. - Pat kon­ty­nu­ował wy­cią­ga­nie wnętrz­no­ści z za­ją­ca.

- Za­nurz je w tan­do­ori i wy­ceń na pięć za pią­ta­ka. - Zer­k­ną­łem na po­bły­sku­ją­ce zie­le­nią ka­wał­ki kur­cza­ka.

- Ale one na­praw­dę strasz­nie cuch­ną. Za­bi­jesz ko­goś.

Pat uniósł po­pla­mio­ny na czer­wo­no rę­kaw nad ogo­lo­ną gło­wę i wcią­gnął no­sem za­pach krwi i potu. Ra­mio­na mu się unio­sły, gdy jego krą­gła pierś wy­peł­ni­ła się słod­ka­wą wo­nią.

- Pra­cu­jesz tu od pół roku. Nie wy­jeż­dżaj mi tu na­gle z za­sra­ny­mi wy­rzu­ta­mi su­mie­nia - wy­bur­czał. Wy­ce­lo­wał we mnie ostrym koń­cem noża do fi­le­to­wa­nia. - Sprze­daj je. A poza tym zmar­li nie mogą na­rze­kać.

Za­nu­rzy­łem więc te ka­wał­ki kur­cza­ka w wia­drze przy­pra­wy o ko­lo­rze rdzy, a po­tem wy­rzu­ci­łem je do ko­sza, gdy tyl­ko Pat się od­wró­cił, by po­roz­ma­wiać z jed­ną z dziew­czyn, któ­rej sztucz­ny pa­zno­kieć za­gi­nął wła­śnie we­wnątrz pa­tro­szo­ne­go przez nią pstrą­ga.

Zde­cy­do­wa­łem, że na­le­ży po­zbyć się tego za­bój­cze­go kur­cza­ka osta­tecz­nie i wy­pchną­łem kosz na ze­wnątrz, na głów­ny śmiet­nik. Nie­bo za­nie­cha­ło ja­kich­kol­wiek prób roz­po­go­dze­nia się i za­ło­ży­ło po­chmur­ną, sza­rą pi­ża­mę, wy­sy­sa­jąc ostat­nie reszt­ki ko­lo­ru z Ash­bur­ner Stre­et. "Kie­dy ży­cie sta­ło się sza­re? Gdzie po­dzia­ło się pod­eks­cy­to­wa­nie, splen­dor, nie­cier­pli­we ocze­ki­wa­nie przy­szło­ści?", po­my­śla­łem.

Usły­sza­łem od­po­wiedź:

- Wra­caj tu, ko­cha­ny. Czter­na­ście za­ję­cy cze­ka na de­ka­pi­ta­cję.

Pat wy­sta­wił swo­je ru­mia­ne po­licz­ki przez wiel­kie prze­su­wa­ne drzwi i wtar­gnął w sam śro­dek mo­ich prze­my­śleń na te­mat sen­su ży­cia.

Pra­ca od dzie­wią­tej do pią­tej ni­g­dy nie była moim ma­rze­niem. Ani pra­ca od pią­tej do czwar­tej. Od daw­na chcia­łem być mu­zy­kiem - no, co naj­mniej per­ku­si­stą. Od czter­na­stu lat w mo­jej wy­obraź­ni pro­wa­dzi­łem roz­mo­wę o pra­cę, na któ­rą zgło­si­łem się z ogło­sze­nia:

"Po­szu­ki­wa­na gwiaz­da roc­ka.

Wy­ma­ga­nia: Umie­jęt­ność sie­dze­nia na du­pie, ha­ła­so­wa­nia i by­cia sław­nym.

Wy­na­gro­dze­nie: Nie­wia­ry­god­ne.

Do­dat­ki: Mnó­stwo".

Ale nie­za­leż­nie od tego, jak usil­nie pró­bo­wa­łem, za­wsze by­łem kil­ka kro­ków za gwiaz­dor­stwem. Spo­ra­dycz­ne gra­nie w Tin­twi­stle Wor­king Men's Club było naj­więk­szym kro­kiem w stro­nę We­mbley, któ­re znaj­do­wa­ło się po­nad dwie­ście mil da­lej na po­po­wej dra­bi­nie suk­ce­su.

Moja wy­słu­żo­na per­ku­sja fir­my Pe­arl ku­rzy­ła się z tyłu ga­ra­żu w Comp­stall, pod­czas gdy moje ży­cie ro­bi­ło to samo na ty­łach sto­iska z ry­ba­mi na tar­gu w Bol­ton. De­spe­rac­ko chcia­łem się z tego wy­do­stać.

- Hola! - dwie dło­nie za­sło­ni­ły mi oczy.

- My­śla­łem, że bę­dziesz do­pie­ro wie­czo­rem - po­wie­dzia­łem i po­ca­ło­wa­łem Joy w po­li­czek. Wła­śnie wró­ci­ła z ty­go­dnio­wych wa­ka­cji spę­dzo­nych z ko­le­żan­ka­mi na Te­ne­ry­fie.

- Po­my­li­łam czas od­lo­tu, więc po­my­śla­łam, że cię za­sko­czę. Ład­nie pach­niesz - sko­men­to­wa­ła, od­kle­ja­jąc mi z szyi ka­wa­łek ku­rzej skó­ry.

- Pat chciał sprze­dać tru­ją­ce­go kur­cza­ka. Wy­rzu­ci­łem go na śmie­ci. Świet­nie wy­glą­dasz. Do­brze się ba­wi­łaś?

- Cu­dow­nie. Ale, słu­chaj, mam wie­ści. Waż­ne wie­ści. Spo­tkaj się ze mną w Ram's po pra­cy. - Mru­gnę­ła do mnie i po­bie­gła na przy­sta­nek, gdzie au­to­bus nu­mer 19 wła­śnie ochla­pał ko­lej­kę zmok­nię­tych klien­tów.

Resz­ta po­po­łu­dnia mi­nę­ła jak zwy­kle. Ter­ry przy­szedł spraw­dzić, czy mamy dla nie­go ja­kieś za­mó­wie­nia.

- Wi­dzia­łam w Whi­ta­kers wspa­nia­łą lam­pę z mo­sią­dzu - po­wie­dzia­ła Ju­lie, żona Pata. - Zie­lo­ny, szkla­ny aba­żur, dru­gie pię­tro, obok ze­ga­rów.

- Mo­żesz mi za­ła­twić ze­gar, Ter­ry? Nic zbyt wy­szu­ka­ne­go. Może drew­nia­ny? Coś, co bę­dzie do­brze wy­glą­dać nad mo­imi ku­chen­ny­mi drzwia­mi - po­pro­si­ła Ruth, prze­ry­wa­jąc klien­to­wi, któ­re­go wła­śnie ob­słu­gi­wa­ła.

Deb­bie, cór­ka Pata i Ju­lie, za­ma­cha­ła rę­ka­mi pod­eks­cy­to­wa­na.

- O, Ter­ry, Ter­ry, mój walk­man zdechł. Znajdź mi ja­kiś nowy, okej? I nie za­po­mnij tym ra­zem o ba­te­riach.

Ter­ry za­pi­sał so­bie za­mó­wie­nia na ka­wał­ku pa­pie­ru.

- Joe? Ja­kieś CD?

- Je­śli uda ci się zdo­być Thrills 'N' Pills and Bel­ly­aches.

- Hej, je­śli po­trzeb­ne ci pi­guł­ki, to po pro­stu po­wiedz.1)

1) Pills po an­giel­sku zna­czy pi­guł­ki - przyp. tłum.

- Nie, nie, to nowa pły­ta Hap­py Mon­days.

- A, okej - od­po­wie­dział tro­chę roz­cza­ro­wa­ny. - Zo­ba­czę, co da się zro­bić. Ale je­śli chciał­byś pi­guł­ki - mru­gnął kon­spi­ra­cyj­nie - to znam ko­goś...

Ter­ry wró­cił pod ko­niec dnia, pą­so­wy na twa­rzy i zdy­sza­ny. Wcią­gnął za stra­gan dużą skó­rza­ną tor­bę po­dróż­ną.

- Za­mó­wie­nia! - za­wo­ła­ła Ju­lie.

Ze­bra­li­śmy się wo­kół Ter­ry'ego, któ­ry otwo­rzył tor­bę i roz­dał nam przy­nie­sio­ne rze­czy - jak Świę­ty Mi­ko­łaj na jed­no­dnio­wej prze­pu­st­ce. Met­ki z ce­na­mi na­dal zwi­sa­ły z ze­ga­ra i lam­py, a moja pły­ta CD wciąż mia­ła przy­cze­pio­ny klips ma­gne­tycz­ny prze­ciw kra­dzie­żom.

- Wró­cę w so­bo­tę po za­pła­tę - po­wie­dział i znik­nął w tłu­mie z pu­stą tor­bą.

Da­lej sprze­da­wa­łem "an­wóg" po trzy za pięć fun­tów i au­to­ma­tycz­nie włą­cza­łem się w prze­ko­ma­rza­nia współ­pra­cow­ni­ków.

Raz po raz gwiz­da­li­śmy na prze­cho­dzą­ce obok dziew­czy­ny, a gdy od­wra­ca­ły się za­ru­mie­nio­ne, wo­ła­li­śmy za nimi: "Nie ty, moja dro­ga. Nie schle­biaj so­bie". Mo­no­to­nia po­tra­fi­ła być bar­dzo okrut­na.

The Ram's Head może nie był naj­lep­szym miej­scem na świę­to­wa­nie, ale pro­wa­dził je Le­onard, je­dy­ny wła­ści­ciel pubu, któ­ry zno­sił za­pach nie­świe­że­go pstrą­ga. Jego wcze­śniej­sza (nie­uda­na) ka­rie­ra bok­se­ra spra­wi­ła, że ze swo­im set­ki razy roz­bi­ja­nym no­sem nie był nie­ko­rzyst­nie na­sta­wio­ny do na­szej obec­no­ści.

Pół tu­zi­na klien­tów sie­dzia­ło w wy­so­kiej sali i więk­szość piła sa­mot­nie. Ich oczy śle­dzi­ły drob­ne ru­chy Le­onar­da me­to­dycz­nie wy­cie­ra­ją­ce­go szklan­ki sta­rą ścier­ką. Te­rier jack rus­sell le­żał na sto­pach jed­ne­go z klien­tów i zie­wał, znu­dzo­ny bra­kiem wro­gów, a jego wła­ści­ciel sta­ran­nie, jak­by w zwol­nio­nym tem­pie, zwi­jał pa­pie­ro­sa.

Mo­sięż­ne kin­kie­ty z zie­lo­ny­mi, po­chy­lo­ny­mi aba­żu­ra­mi wi­szą­ce na ścia­nie nada­wa­ły sali cho­ro­bli­wej bla­do­ści, rzu­ca­jąc ja­sne koła świa­tła na daw­niej bia­łą, a te­raz po­żół­kłą od ni­skiej kla­sy ty­to­niu ta­pe­tę.

Sły­chać było je­dy­nie fleg­ma­tycz­ne kaszl­nię­cia klien­tów i obłą­ka­ną me­lo­dyj­kę au­to­ma­tu do gry, szczę­śli­we­go, że zna­lazł hoj­ną przy­ja­ciół­kę. Joy jed­ną ręką kar­mi­ła go pięć­dzie­się­cio­pen­sów­ka­mi, a dru­gą przy­ci­ska­ła gu­zi­ki. Jej opa­le­ni­zna przy­ku­ła uwa­gę dwóch do­rad­ców in­we­sty­cyj­nych w dre­sach, któ­rzy za­czę­li jej tłu­ma­czyć za­sa­dy po­ja­wia­nia się dzwon­ków i cy­tryn. Zde­cy­do­wa­nie nie po­trze­bo­wa­ła lek­cji na te­mat au­to­ma­tów do gry.

- Ku­fel i pół po­pro­szę.

- Joy znów gra - po­wie­dział Le­onard z bez­zęb­nym uśmie­chem i ski­nął w stro­nę au­to­ma­tu.

- Oba­wiam się, że jej nie za­trzy­masz. Upie­ra się, że pew­ne­go dnia jej się to zwró­ci.

Za­nio­słem szklan­ki, sta­ra­jąc się stą­pać jak naj­ostroż­niej po wy­świech­ta­nym dy­wa­nie, i dmuch­ną­łem jej w szy­ję.

- Wy­gry­wasz?

- Pra­wie. Masz ja­kieś pięć­dzie­siąt­ki? Wy­da­je mi się, że za­trzy­ma się na dwóch.

Chło­pa­ki zaj­rze­li do au­to­ma­tu, usi­łu­jąc zo­ba­czyć, czy war­to po­świę­cić pie­nią­dze na piwo.

- Chodź. - Wska­za­łem na stół pod oknem.

Na­pi­sa­ny żół­tym mar­ke­rem pla­kat za­pra­sza­ją­cy na ka­ra­oke za­sła­niał więk­szość wi­do­ku za oknem, czy­li mo­kre od desz­czu reszt­ki pierw­sze­go skle­pu z ro­we­ra­mi w Bol­ton.

- To co to za wspa­nia­ły po­mysł? Bę­dziesz mi da­wać wszyst­kie swo­je pie­nią­dze, a ja nie po­zwo­lę, żeby zni­ka­ły w tych głu­pich au­to­ma­tach?

Po­cią­gnę­ła łyk i unio­sła brew.

- Spodo­ba ci się.

Za­mil­kła, po­cią­gnę­ła ko­lej­ny łyk i uśmiech­nę­ła się. Uśmiech­ną­łem się w od­po­wie­dzi.

- No to strze­laj.

Zna­łem Joy od dnia, gdy ze­pchnę­ła mnie z sa­me­go szczy­tu zjeż­dżal­ni w przed­szko­lu. Była dziec­kiem eks­pe­ry­men­tu­ją­cym, ale peł­nym współ­czu­cia. Gdy tyl­ko moja gło­wa ude­rzy­ła w zie­mię, zje­cha­ła ze zjeż­dżal­ni i pod­bie­gła do mnie. "Umar­łeś?", za­py­ta­ła. Uda­ło mi się lek­ko uśmiech­nąć, a pani Corn­church od­cią­gnę­ła ją za rękę, za­nim stra­ci­łem przy­tom­ność.

Ale czu­łem ulgę, że nie je­stem je­dy­nym, nad któ­rym Joy się znę­ca. Tak na­praw­dę była pod wra­że­niem, że nie umar­łem, i wzię­ła na sie­bie rolę mo­je­go obroń­cy - re­gu­lar­nie spy­cha­ła inne dzie­ci ze zjeż­dżal­ni, je­śli tyl­ko chcia­łem zje­chać. Na­le­ga­ła też, że­bym ją ze­pchnął, bo chcia­ła wie­dzieć, jak to jest, gdy spa­da się z tak wy­so­ka. Grzecz­nie od­mó­wi­łem.

Prze­trwa­li­śmy pod­sta­wów­kę peł­ną śmiesz­nych nie­grzecz­no­ści i po­my­sło­wych wy­krę­tów. Po­ma­ga­łem jej od­ra­biać pra­ce do­mo­we, a ona w na­gro­dę kra­dła dla mnie krów­ki.

Za­nim doj­rze­li­śmy, tyl­ko raz prze­kro­czy­li­śmy gra­ni­cę pla­to­nicz­nej przy­jaź­ni. Była so­bo­ta wie­czo­rem i jej ro­dzi­ce zo­sta­wi­li nas sa­mych, gdy gra­li­śmy w buc­ka­roo na pod­ło­dze, a ro­man­tycz­ny we­stern le­ciał w tle. Na­mięt­na sce­na z za­dzior­ną kow­boj­ką i kow­bo­jem od­wró­ci­ła uwa­gę Joy.

- Po­ca­łuj mnie wła­śnie tak - za­żą­da­ła i przy­cią­gnę­ła moją twarz do swo­jej.

Pa­mię­tam smak cu­kier­ków lu­kre­cji i myśl, czy ona za­wsze tak sma­ku­je. Sie­dzie­li­śmy nie­po­ru­sze­ni przez do­brą mi­nu­tę, nim wresz­cie Joy od­su­nę­ła się i ci­cho po­ło­ży­ła ko­lej­ny ku­beł na osioł­ku. Ro­mans nie po­wra­cał przez dłu­gi czas, ale obo­je oka­zy­wa­li­śmy so­bie na­wza­jem to­tal­ny brak sza­cun­ku dla na­szych mło­dzień­czych mi­ło­ści.

Cho­ciaż by­li­śmy w in­nych kla­sach, na­dal spo­ty­ka­li­śmy się pod­czas więk­szo­ści przerw na lunch i po szko­le, pla­nu­jąc okrop­ne ze­msty na na­uczy­cie­lach, któ­rzy od­wa­ży­li się nas zga­nić. Za­zwy­czaj nie by­łem ni­kim wię­cej niż jej po­plecz­ni­kiem, ale w koń­cu z moją tycz­ko­wa­tą po­stu­rą mu­sia­łem prze­jąć obo­wiąz­ki obroń­cy. Bar­dzo tego po­trze­bo­wa­ła. Jej za­wa­diac­ki uśmiech i roz­iskrzo­ne oczy naj­czę­ściej wy­star­czy­ły, by ją oca­lić, ale były też mo­men­ty, gdy in­ter­wen­cja sta­wa­ła się nie­unik­nio­na.

Parą sta­li­śmy się po nie­za­pla­no­wa­nych wspól­nych wa­ka­cjach. Jej chło­pak rzu­cił ją kil­ka dni przed wy­jaz­dem, oskar­ża­jąc, że spę­dza wię­cej cza­su ze mną niż z nim. To wszyst­ko sta­ło się przed pu­bem Dog and Par­trid­ge w Ha­zel Gro­ve. Zo­sta­łem tam za­pro­szo­ny przez Joy na wie­czór, któ­ry we­dług jej chło­pa­ka miał być ro­man­tycz­nym spo­tka­niem we dwo­je, ale oka­zał się spo­tka­niem w trój­kę.

Na polu kem­pin­go­wym w po­łu­dnio­wej Fran­cji, z za dużą ilo­ścią al­ko­ho­lu we krwi i wi­do­kiem ob­na­żo­ne­go cia­ła, kon­takt in­tym­ny stał się nie­unik­nio­ny. Kon­ty­nu­owa­li­śmy nasz wa­ka­cyj­ny ro­mans po po­wro­cie do domu i te­raz, po trzech la­tach, w brud­nym pu­bie w Bol­ton, trwał on na­dal.

- Chciał­byś prze­pro­wa­dzić się na Te­ne­ry­fę? - Joy spoj­rza­ła na mnie znad brze­gu szklan­ki, a jej oczy szu­ka­ły w mo­ich od­po­wie­dzi.

- A... dla­cze­go?

- Do­sta­li­śmy ofer­tę pro­wa­dze­nia baru, ale po­trze­bu­ją do tego dwóch par, więc po­wie­dzia­łam, że mam męża.

- Kogo? - wrza­sną­łem.

- Cie­bie, głu­po­lu! Kogo in­ne­go? Po­wie­dzia­łam, że mo­że­my go pro­wa­dzić wspól­nie, ja jako me­ne­dżer baru i ty w roli ku­cha­rza, i... - Mó­wi­ła co­raz szyb­ciej, jak zwy­kle, gdy pró­bo­wa­ła mnie do cze­goś zmu­sić.

- Cze­kaj, cze­kaj. - Unio­słem dłoń, żeby spo­wol­nić atak. - Kto po­zwo­lił­by dwój­ce lu­dzi, któ­rzy nie mają prak­tycz­nie żad­ne­go do­świad­cze­nia w na­le­wa­niu piwa, a co do­pie­ro w pro­wa­dze­niu baru w ob­cym kra­ju, prze­jąć taki biz­nes? - Wie­dzia­łem, mó­wiąc to, że na­sze ścież­ki ka­rie­ry zba­cza­ją tro­chę z pro­stej dro­gi od fi­le­to­wa­nia ryb do pro­wa­dze­nia knaj­py. Joy po­twier­dzi­ła, że prze­sa­dzi­ła tro­chę z na­szy­mi ta­len­ta­mi oraz wy­pa­czy­ła brzmie­nie na­szej obec­nej umo­wy o pra­cę, szcze­gól­nie w kwe­stii fi­nan­so­wej.

Oka­za­ło się, że mie­li­śmy go nie tyl­ko pro­wa­dzić, ale też ku­pić.

- Czym niby mamy za­pła­cić za ten bar? Ry­bi­mi gło­wa­mi? - wy­krztu­si­łem, gdy praw­da wy­szła na jaw.

- Nie. Mo­że­my po­ży­czyć pie­nią­dze - od­po­wie­dzia­ła Joy. Jej ka­mien­na twarz świad­czy­ła wy­raź­nie, że jest coś jesz­cze, cze­go mi nie po­wie­dzia­ła.

- Ile?

- Sto sześć­dzie­siąt pięć ty­się­cy... mniej wię­cej.

Za­mru­ga­łem dwa razy. Moc­no. Piwo za­wi­sło po­mię­dzy mo­imi usta­mi i sto­łem. To na pew­no był ja­kiś sen wy­wo­ła­ny owo­ca­mi mo­rza. Wie­rzy­łem, że to tyl­ko ko­lej­ny z pla­nów Joy na szyb­kie wzbo­ga­ce­nie się, któ­ry wy­ga­śnie rów­nie szyb­ko jak wszyst­kie po­przed­nie, więc po­sta­no­wi­łem ustą­pić.

- Dwie pary?

- Nie po­wie­dzia­łam ci, ale twój oj­czym za­dzwo­nił do mnie przed moim wy­jaz­dem na Te­ne­ry­fę. Po­wie­dział, że bar w El Be­ril, gdzie jest jego miesz­ka­nie, jest na sprze­daż, i on chce go ku­pić, jako in­we­sty­cję. Po­pro­sił mnie, że­bym wzię­ła od nich księ­gi, by mógł na nie zer­k­nąć. Gdy po­szłam do baru, wła­ści­ciel za­py­tał, cze­mu ja go nie chcę prze­jąć. Tak czy ina­czej, gdy wró­ci­łam dziś rano, Jack przy­szedł ode­brać księ­gi, a ja za­żar­to­wa­łam, że na­sza dwój­ka mo­gła­by tym ba­rem dla nie­go za­rzą­dzać. Za­nim cię zo­ba­czy­łam, za­dzwo­nił i po­wie­dział, że roz­ma­wiał z two­ją mamą i obo­je my­ślą, że to do­bry po­mysł. Że­by­śmy we­szli w spół­kę z two­im bra­tem, a oni po­mo­gą nam ze­brać pie­nią­dze.

- Chwi­la, chwi­la, chwi­la - prze­rwa­łem. To sta­wa­ło się nie­bez­piecz­nie po­waż­ne. - Naj­pierw mó­wisz o pra­cy w ba­rze na Te­ne­ry­fie, a te­raz na­gle za­kła­da­my spół­kę z moim bra­tem i bie­rze­my po­życz­kę od Jac­ka w wy­so­ko­ści stu sześć­dzie­się­ciu pię­ciu ty­się­cy fun­tów. Wszyst­ko to na wy­spie po­ło­żo­nej dwa ty­sią­ce mil stąd, któ­rej miesz­kań­cy nie mó­wią po an­giel­sku. I na do­da­tek za­pla­no­wa­łaś to wszyst­ko za mo­imi ple­ca­mi. Gdzie tu miej­sce na moją opi­nię?

Joy prze­szła do de­fen­sy­wy, jak za­wsze gdy była w ofen­sy­wie.

- Uspo­kój się. To tyl­ko po­mysł. Za­po­mnij, że co­kol­wiek po­wie­dzia­łam. Mo­że­my ju­tro wró­cić na to za­sra­ne sto­isko i cuch­nąć ry­ba­mi do koń­ca ży­cia.

Kil­ka piw póź­niej - po­dej­rze­wam, że były czymś wzmoc­nio­ne - py­ta­nia: "cze­mu" i "dla­cze­go" zo­sta­ły za­stą­pio­ne przez "kie­dy" i "jak".

Rozdział 2

Nie wi­dzia­łem swo­je­go bra­ta od kil­ku mie­się­cy. Po­dob­nie jak ja dry­fo­wał przez ży­cie, cze­ka­jąc, aż ja­kaś oka­zja zo­sta­nie mu po­da­na na tacy. Trzy dni po roz­mo­wie, pod­czas któ­rej ziar­no zo­sta­ło za­sia­ne, za­czą­łem po­dej­rze­wać, że i on w koń­cu uwie­rzył, że to może być ta oka­zja.

Joy, ja, Da­vid i jego dziew­czy­na Fa­ith umó­wi­li­śmy się w pu­bie The Sta­ge Door w Man­che­ste­rze, aby prze­dys­ku­to­wać wszyst­ko. Pub znaj­do­wał się obok Pa­la­ce The­atre, gdzie dy­plom z so­cjo­lo­gii i hi­sto­rii za­ła­twił mo­je­mu bra­tu dum­ną po­sa­dę sprze­daw­cy bi­le­tów.

Mimo że by­li­śmy wła­ści­wie rów­no­lat­ka­mi - było mię­dzy nami tyl­ko je­de­na­ście mie­się­cy róż­ni­cy - mie­li­śmy kom­plet­nie róż­ne cha­rak­te­ry. Ja by­łem prak­tycz­nym bra­tem, a on twór­czym. Ja po­słu­gi­wa­łem się lo­gi­ką, on in­te­lek­tem. Za­py­ta­li­by­ście o po­rzą­dek spo­łecz­ny ery na­po­le­oń­skiej albo kon­se­kwen­cje za­ła­ma­nia spo­łecz­no­ści w la­tach osiem­dzie­sią­tych, a oczy zro­bi­ły­by mi się szkli­ste, śli­na ście­ka­ła­by mi po bro­dzie a mózg za­czął­by pry­chać. Da­vid na­to­miast swo­bod­nie za­czął­by wy­kład na te­mat smut­ku pro­le­ta­ria­tu i mę­stwa Ka­ro­la Mark­sa, po czym spró­bo­wał­by wam sprze­dać dwa bi­le­ty na Wi­dow Twan­ky z Ke­ithem Che­gwi­nem.

Uni­wer­sy­tet na­uczył go wie­lu rze­czy: jak ubie­rać się ni­czym ko­mi­niarz z Eu­ro­py Wschod­niej, jak pa­lić pa­pie­ro­sa w ką­ci­ku ust ni­czym ary­sto­kra­ta, jak za­cho­wy­wać się ni­czym praw­dzi­wy so­cja­li­sta i jak prze­trwać dwa ty­go­dnie za jed­ne­go fun­ta i pięć­dzie­siąt pen­sów. Ale bez week­en­dów. W nie­któ­re week­en­dy wra­cał do domu mamy i Jac­ka i zło­rze­czył pod no­sem na ka­pi­ta­li­stycz­ną eks­tra­wa­gan­cję ży­cia do­mo­we­go, po czym do­ga­dzał so­bie w ła­zien­ce peł­nej dro­gich ko­sme­ty­ków i kuch­ni peł­nej je­dze­nia i ko­rzy­stał z sa­mo­cho­du z peł­nym ba­kiem. Po­dej­rze­wa­łem, że Da­vid - po­dob­nie jak ja - był go­to­wy na nowe ży­cie.

- No i co? - wy­krzyk­ną­łem, roz­po­czy­na­jąc dys­ku­sję. - Co o tym my­śli­cie?

- Do­bry po­mysł - od­po­wie­dział Da­vid. - My­śli­my, że to szan­sa...

- To ty tak my­ślisz - prze­rwa­ła mu Fa­ith, uno­sząc gło­wę. Fi­zycz­nie byli swo­im prze­ci­wień­stwem. Da­vid wy­glą­dał jak były rug­bi­sta, ale ser­ce miał mi­sia. Mie­rzył pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt, był do­bre trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyż­szy od Fa­ith, któ­ra wy­glą­da­ła jak lal­ka i wy­da­wa­ła się zbyt de­li­kat­na dla fa­ce­ta z dłoń­mi jak po­kry­wy ku­błów na śmie­ci. Jej skó­ra była bia­ła jak por­ce­la­na, a kol­czyk w no­sie i czte­ry zło­te kol­czy­ki w uchu do­da­wa­ły uro­ku. Nie tyl­ko wy­glą­da­ła jak por­ce­la­no­wa lal­ka, ale po­tra­fi­ła też wy­ko­rzy­sty­wać swą po­zor­ną kru­chość. Da­vid zaj­mo­wał się nią, jak­by była bez­bron­nym dziec­kiem. Mu­siał za­le­d­wie ode­tchnąć, żeby go usły­sza­ła, a Fa­ith mu­sia­ła nie­mal krzy­czeć, żeby jej sło­wa do­tar­ły do uszu Da­vi­da, któ­re rzad­ko były bli­sko. - We­dług mnie to bar­dzo ry­zy­kow­ne. Mu­sia­ła­bym zre­zy­gno­wać z ka­rie­ry... - po­wie­dzia­ła pod­nie­sio­nym gło­sem. Jej ka­rie­ra osią­gnę­ła na ra­zie nie­by­wa­łe wy­ży­ny za­stęp­cy dy­rek­to­ra w skle­pie Vir­gin Re­cords w Al­trin­cham. Nie gra­li­śmy więc o wy­so­ką staw­kę. - W koń­cu żad­ne z nas nie ma do­świad­cze­nia w pra­cy za ba­rem, w kuch­ni ani w pro­wa­dze­niu biz­ne­su - do­da­ła.

- Ja pra­co­wa­łam w ka­wiar­ni mo­jej mamy, a Joe i Da­vid pra­co­wa­li w ba­rze. To po pro­stu ko­lej­ny krok - po­wie­dzia­ła Joy.

- Sprze­da­wa­nie ciast i ser­wo­wa­nie her­bat to nie to samo, co wła­sna re­stau­ra­cja - upie­ra­ła się Fa­ith.

- Na­uczy­my się - od­pa­ro­wa­ła Joy.

- To dość non­sza­lanc­kie po­dej­ście, zwłasz­cza gdy cho­dzi o sto sześć­dzie­siąt pięć ty­się­cy dłu­gu. To bę­dzie dro­ga lek­cja, je­śli nam się nie uda.

- Za­tem mu­si­my zro­bić wszyst­ko, żeby się uda­ło, praw­da?

- A co z moim ko­tem? Nie mogę go zo­sta­wić.

- Chy­ba kot nie może za­wa­żyć na two­jej de­cy­zji?

- Mam go od daw­na.

- To nie jest na­wet twój kot, tyl­ko Da­vi­da.

- Ale ko­cha mnie. Nie mogę go zo­sta­wić.

- No to ku­pi­my mu parę oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych i za­bie­rze­my go ze sobą. Przy­da­dzą mu się wa­ka­cje.

- Mó­wię se­rio.

- Ja też.

To nie był do­bry po­czą­tek na­szej spół­ki. Da­vid i ja da­li­śmy dziew­czy­nom czas na kłót­nię, ku­pu­jąc nie­spiesz­nie ko­lej­ne drin­ki.

- Wiesz, że mama i Jack po­ży­czą nam pie­nią­dze tyl­ko wte­dy, gdy po­je­dzie­my wszy­scy? - przy­po­mnia­łem Da­vi­do­wi.

- Wiem, ale nie je­stem pe­wien, czy Fa­ith się od­wa­ży. Wiesz, jaka jest.

Ja nie by­łem pe­wien, czy któ­re­kol­wiek z nas ma wy­star­cza­ją­co dużo od­wa­gi, żeby zo­sta­wić nie­wy­ma­ga­ją­cą pra­cę w zna­nym oto­cze­niu i za­cią­gnąć dług na biz­nes, o któ­rym nic nie wie­my, na wy­spie, o któ­rej wie­my jesz­cze mniej. Scep­tycz­ne na­sta­wie­nie Fa­ith wo­bec bra­wu­ro­we­go en­tu­zja­zmu Joy wzbu­dzi­ło nie­pew­ność co do słusz­no­ści de­cy­zji mamy i Jac­ka. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy na­praw­dę je­ste­śmy na to go­to­wi. To było zo­bo­wią­za­nie - coś, cze­go sta­ra­łem się uni­kać przez te wszyst­kie lata. Mała część mnie mia­ła na­dzie­ję, że Fa­ith po­wie "nie" i wró­ci­my do wy­god­ne­go ży­cia, wol­ne­go od od­po­wie­dzial­no­ści i wy­sił­ku.

Cho­ciaż ofer­ta Jac­ka, żeby po­ży­czyć nam część pie­nię­dzy i po­móc w za­cią­gnię­ciu po­życz­ki na resz­tę, była hoj­na, a może i tro­chę nie­roz­sąd­na, to pro­cen­ty, któ­re mie­li­śmy mu pła­cić, były jed­nak o wie­le więk­sze niż od­set­ki, któ­re otrzy­my­wał­by, trzy­ma­jąc tę kasę w ban­ku. Była to pro­po­zy­cja biz­ne­so­wa, któ­ra i jemu mia­ła przy­nieść zysk. Zysk za­wsze krył się za ro­zu­mo­wa­niem Jac­ka.

Za­in­we­sto­wa­nie w bar miesz­czą­cy się nie­opo­dal jego miesz­ka­nia za­spo­ko­iło­by wie­le jego za­chcia­nek. Mógł­by wpa­dać, kie­dy mu się spodo­ba, brać so­bie bran­dy i pa­lić cy­ga­ra. Osią­gnął­by coś, o czym ma­rzy więk­szość męż­czyzn: po­sia­dał­by pub, ale nie mu­siał­by się zaj­mo­wać wy­bry­ka­mi pi­ja­nej klien­te­li.

Do­dat­ko­wą pre­mią był­by fakt, że obaj jego pa­sier­bo­wie mie­li­by "nor­mal­ną pra­cę", a nie ba­wi­li się z ma­kre­la­mi, Ka­ro­lem Mark­sem i Wi­dow Twan­ky.

Pa­trząc na te oczy­wi­ste ko­rzy­ści, wi­dzia­ło się odro­bi­nę lo­gi­ki w tym, że to wła­śnie Jack wy­my­ślił to wszyst­ko i nam za­pro­po­no­wał. Po la­tach sprze­da­wa­nia nie­ru­cho­mo­ści na ro­dzi­mej zie­mi, rok temu od­szedł ze swo­jej bry­tyj­skiej spół­ki i za­ło­żył po­dob­ny biz­nes dla in­we­sto­rów za gra­ni­cą. Te­ne­ry­fa była pierw­szym przy­stan­kiem, bo co­raz czę­ściej za­trzy­my­wa­no się tu we wła­snych nie­ru­cho­mo­ściach za­miast wy­jeż­dżać ma dwu­ty­go­dnio­we wa­ka­cje wy­ku­pio­ne w biu­rach po­dró­ży. Dla bry­tyj­skich in­we­sto­rów, po­szu­ku­ją­cych cie­płe­go miej­sca na czas, gdy resz­ta mapy Eu­ro­py ro­bi­ła się nie­bie­ska z zim­na, Wy­spy Ka­na­ryj­skie sta­ły się głów­ną atrak­cją, ma­jąc wiel­ką prze­wa­gę nad hisz­pań­ski­mi brze­ga­mi: cie­płe słoń­ce zimą.

Po­ło­żo­ne mniej niż sto mil od wy­brze­ża Afry­ki Pół­noc­nej, sie­dem wysp ar­chi­pe­la­gu ka­na­ryj­skie­go mia­ło wszyst­ko, o czym mógł za­ma­rzyć oby­wa­tel pół­noc­nej Eu­ro­py pra­gną­cy uciec od sza­rych zim: wiecz­nie cie­płe słoń­ce, wio­sen­ny kli­mat, bez­piecz­ne mo­rze i ro­sną­cą gru­pę miesz­ka­ją­cych tam Bry­tyj­czy­ków.

W prze­szło­ści te sie­dem wysp przy­cią­ga­ło - w więk­szo­ści wy­pad­ków nie­po­żą­da­ną - uwa­gę Bry­tyj­czy­ków. W 1595 roku Ka­na­ryj­czy­kom uda­ło się ode­przeć atak Sir Fran­ci­sa Dra­ke'a, któ­ry pró­bo­wał pod­bić La Pal­mę. W 1797 Nel­son po­że­gnał się ze swo­ją ręką pod­czas ata­ku na San­ta Cruz de Te­ne­ri­fe. A w 1832, pod­czas po­by­tu w por­cie na tej sa­mej wy­spie, wie­lo­let­nie ma­rze­nie Char­le­sa Dar­wi­na, aby do­kład­nie zba­dać ar­chi­pe­lag, zo­sta­ło uda­rem­nio­ne przez groź­bę epi­de­mii cho­le­ry.

Aż trud­no uwie­rzyć, że po­mi­mo wy­czy­nów tych go­ści do­pie­ro w póź­nych la­tach osiem­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku resz­ta spo­łe­czeń­stwa bry­tyj­skie­go za­uwa­ży­ła czar Ar­chi­pe­la­gu Wysp Ka­na­ryj­skich. Ale dla Joy i dla mnie to nie pla­że, lasy czy wul­ka­nicz­ne nie­uro­dza­je były ku­szą­ce. Gdy­by Jack za­in­te­re­so­wał się ho­dow­lą świń na Li­twie i za­ma­chał nam przed no­sem po­my­słem zo­sta­nia ho­dow­ca­mi, praw­do­po­dob­nie by­li­by­śmy tak samo pod­eks­cy­to­wa­ni. Cho­dzi­ło o ma­rze­nie, o przy­go­dę i uciecz­kę od co­dzien­nej ha­rów­ki, w do­dat­ku z per­spek­ty­wą wiecz­ne­go słoń­ca i moż­li­wo­ści go­dzi­we­go za­rob­ku, je­śli uda­ło­by nam się unik­nąć fa­tal­nej po­raż­ki.

Pro­blem w tym, że to ma­rze­nie sta­ło się na­gle nie­bez­piecz­nie moż­li­we do speł­nie­nia, co ozna­cza­ło zmia­nę pod­nie­ca­ją­ce­go ukła­da­nia pla­nów w gro­zę ich wy­ko­na­nia. Ale de­cy­zja na­le­ża­ła te­raz do Fa­ith.

Po­mi­mo ko­lej­nych kil­ku za­strze­żeń i nie­koń­czą­cych się na­rze­kań, jaki to wa­riac­ki plan, jaki bez­sen­sow­ny dla niej i dla jej kota, Fa­ith w koń­cu - dość nie­chęt­nie - zgo­dzi­ła się z nami po­je­chać. My już wcze­śniej po­ra­dzi­li­śmy so­bie z opo­ra­mi, więc zgo­da Fa­ith otwo­rzy­ła Etap 2. Trze­ba było za­cząć przy­go­to­wa­nia do wy­jaz­du.

Dla Joy i dla mnie naj­przy­jem­niej­szym aspek­tem Eta­pu 2 było po­rzu­ce­nie tar­gu. Ale to mo­gło na­stą­pić do­pie­ro po naj­bar­dziej nie­przy­jem­nej na świe­cie roz­mo­wie z Pa­tem.

Był w nie­zwy­kle pod­łym na­stro­ju tego dnia.

- Nie sprze­dasz tych ryb szep­tem, Joe, krzycz, do cho­le­ry, krzycz.

- Trzy za pią­ta­ka! Świe­że ryby!

- To nie krzyk. To ga­da­nie. Wrzeszcz, cio­to.

- TRZY ZA PIĄ­TA­KA. PRO­SI­MY BLI­ŻEJ, ŚWIE­ŻE RYBY.

- Joy, sprze­daj te ku­rze nogi. Wy­cho­dzi­ły już z tej cho­ler­nej za­mra­żar­ki trzy razy. Je­śli tam wró­cą raz jesz­cze, to ty pój­dziesz z nimi. San­dra! Co jest, do cho­le­ry?...

San­dra pra­co­wa­ła sama w "dzia­le" sko­ru­pia­ków, ulo­ko­wa­nym pod ką­tem pro­stym do sto­iska z kur­cza­ka­mi i ry­ba­mi. Wol­no jej było pro­wa­dzić dział, jak chcia­ła, bo była ulu­bie­ni­cą Pata. W efek­cie naj­mniej­sza na­ga­na po­wo­do­wa­ła, że się­ga­ła po chu­s­tecz­kę. A ten dzień nie był do­bry tak­że dla San­dry.

Cza­sa­mi oprócz zwy­czaj­nych ryb, typu dorsz, ha­li­but i morsz­czuk, Pat za­ma­wiał rzad­sze oka­zy. Czę­ścio­wo po to, żeby po­pi­sać się przed in­ny­mi han­dla­rza­mi ryb, a czę­ścio­wo po to, żeby uroz­ma­ico­ną ofer­tą za­do­wo­lić sta­łych klien­tów.

Przej­ście z zim­nej, ciem­nej i ci­chej Ash­bur­ner Stre­et w ja­skra­we świa­tła po­ran­nych przy­go­to­wań sto­iska było bo­le­sne. Ale zna­le­zie­nie się oko w oko ze stwo­rze­niem, któ­re­go ni­g­dy nie ocze­ki­wa­li­by­ście zna­leźć w cen­trum Bol­ton, było po­wa­la­ją­ce.

Po­grą­żo­ny w roz­my­śla­niu o cie­płych koł­drach i mięk­kich po­dusz­kach, z rę­ka­mi w kie­sze­niach kurt­ki, z po­sta­wio­nym koł­nie­rzem, sta­ną­łem na­gle nos w nos z du­żym re­ki­nem, któ­ry uśmiech­nął się do mnie ze sto­łu na ko­złach sto­ją­ce­go po­środ­ku hal­lu. Przyj­rza­łem mu się do­kład­nie. Zja­wi­sko oka­za­ło się trzy­me­tro­wym po­two­rem mor­skim, naj­now­szym spo­so­bem na przy­cią­gnię­cie uwa­gi klien­tów. Moją przy­cią­gnął bar­dzo sku­tecz­nie.

- My­ślisz, że uda ci się to sprze­dać? - za­py­tał Pat.

- To re­kin - od­po­wie­dzia­łem.

- Szóst­ka dla Ein­ste­ina. Wi­dzę, że nie zmar­no­wa­łeś na­kła­dów ło­żo­nych na two­ją edu­ka­cję.

Ale dzi­siej­sze­go ran­ka to fau­na in­ne­go ro­dza­ju mia­ła przy­cią­gnąć uwa­gę tłu­mów z pla­sti­ko­wy­mi tor­ba­mi.

Do­star­czo­no nam żywe kra­by i San­dra ostroż­nie uło­ży­ła tu­zin z nich na ple­cach, z no­ga­mi wierz­ga­ją­cy­mi w po­wie­trzu, po­mię­dzy mał­ża­mi i mię­cza­ka­mi.

Nie­ste­ty, współ­czu­ją­ca eme­ryt­ka za­uwa­ży­ła, że leżą od­ró­co­ne, i mi­ło­sier­nie po­sta­wi­ła je na nogi, gdy San­dra po­go­ni­ła za mło­dym chło­pa­kiem, któ­ry za­brał garść pa­lusz­ków kra­bo­wych.

Kie­dy wró­ci­ła na sto­isko, przy­wi­tał ją wi­dok fa­ce­ta w czap­ce i bez­zęb­nej ko­bie­ty pod­ska­ku­ją­cych jak mło­dzia­ki przed jej ladą. Kra­by, chwy­ta­jąc nada­rza­ją­cą się oka­zję, rzu­ci­ły się na zie­mię i - wal­cząc o wol­ność - ra­to­wa­ły się uciecz­ką po­mię­dzy ka­lo­sza­mi i ko­za­ka­mi. Do­brzy lu­dzie z Bol­ton, nie­przy­zwy­cza­je­ni do ata­ków sko­ru­pia­ków, tak­że ucie­ka­li, tra­cąc z oczu oka­zję cze­ka­ją­cą na nich po dru­giej stro­nie sto­iska, gdzie Pat za­rzą­dził plan kry­zy­so­wy - czy­li pięć tac za pią­ta­ka i tor­ba kur­cza­ka tan­do­ori gra­tis - żeby za­trzy­mać zni­ka­ją­cych klien­tów. Kra­by w koń­cu wró­ci­ły na ladę, ale plot­ka już po­szła w tłum, że na­le­ży trzy­mać się dziś od nas z da­le­ka. Han­del tego dnia był więc nie naj­lep­szy. Co gor­sza, resz­ta...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej