Rozdział czwarty
Ojciec Google
Berenika po raz kolejny przekonała się, że wcale nie chciała być kobietą, która pracuje, zarabia i utrzymuje dom. Tradycyjny podział obowiązków bardzo jej odpowiadał, podobnie jak praca na jedną trzecią etatu. Do tej pory w agencji spędzała tylko tyle czasu, ile musiała, zresztą jej szef nie miał nic przeciwko temu, żeby czasem popracowała w domu. Tak było do niedawna. Kiedy jednak dowiedział się, że Nika pilnie potrzebuje pracy w pełnym wymiarze godzin, zatarł z radości ręce i zasypał ją całą masą zleceń. Nic dziwnego. Posiadając trójkę dzieci, jest się wyjątkowo kreatywnym i ma się praktycznie bez przerwy szlifowaną wyobraźnię. Każda matka jest w tym prawdziwą mistrzynią - wyimaginowani przyjaciele, rozmowy z lalkami, budowanie własnego tajemniczego świata, przebieranki. Jakub kompletnie tego nie rozumiał i pewnie właśnie dlatego był tylko bankowcem. W tym zawodzie nie jest potrzebna fantazja, tylko precyzja oraz umiejętność zanudzenia klienta na śmierć.
- Zanudzenia? - oburzał się jej mąż.
Kiwała głową.
- Kiedy człowiek już nie ma siły dłużej cię słuchać, bo przysypia, zgadza się na twoje warunki i podpisuje te wszystkie stosiska papierów. Bankowcy zawsze mówią tak długo, aż klient dostaje ciężkich powiek. Wtedy przystępują do ataku, bowiem ich obiekt jest rozmiękczony i marzy o zakończeniu wizyty w banku.
Ona czuła się inna i właśnie dlatego pracowała w agencji reklamowej. Była kreatywna i lubiła sama tworzyć rzeczywistość.
- Widziałem wszystkie postaci z Czerwonego Kapturka w sklepie z zabawkami, niedaleko nas. Po co ty się bawisz w robienie lalek z drewnianych łyżek? - śmiał się z niej Jakub, widząc jak z kawałka czerwonego materiału Nika próbuje uszyć sukienkę.
Ale ona tylko wzruszała ramionami i do znudzenia powtarzała, że dzieci lubiące fantazjować, posługują się bogatszym słownictwem niż te, które wolą zabawy niewymagające myślenia.
- Ich język zawiera trudniejsze słowa, przypuszczenia, przysłówki i przymiotniki. Zwykła lala staje się baśniową księżniczką, czarodziejką z innej planety, leśnym duszkiem. W pudełku od zapałek widzą samochodzik, domek dla maleńkich istot, łóżeczko krasnoludka. Bawiąc się, cały czas szepczą pod nosem, tworząc własne historie. Takie maluchy częściej się też śmieją i są mniej agresywne niż dzieci stroniące od zabaw kreatywnych, dziwne, że tego nie rozumiesz. - Patrzyła na niego z wyrzutem.
Coś w tym było i Jakub zdawał sobie z tego sprawę. Współczesne pokolenie "ery smartfonów" używało półfabrykatów językowych. Mówiło frazami, zwrotami z gier lub bajek telewizyjnych. Nie chciało słuchać baśni, nie potrafiło niczego narysować "z głowy". Zamiast książki czy spaceru po lesie wybierało telewizję, zamiast klocków - komputer. Czekało na gotowe historie, nie zawracało sobie głowy wymyślaniem własnych. Dlatego kreatywność była tak bardzo w cenie.
Problem polegał na tym, że teraz jej dzieci były skazane na obcowanie z kimś, kto specjalnie twórczy nie był, a ona mogła realizować swoje pomysły tylko w miejscu pracy. Oczywiście, schlebiał jej fakt, iż jest potrzebna, cieszyła się też, że tak szybko dostała etat, jednak dobrze się czuła w domu, jako mama. Teraz nagle została jednak mamą wieczorowo-weekendową. A jej mąż się miotał. Zupełnie jakby nie wiedział dotąd, gdzie i z kim żyje. Owszem, to ona przejęła po urodzeniu dzieci niemal wszystkie obowiązki, ale na litość boską, przecież Kuba też z nimi mieszkał! Naprawdę nie wiedział, że posiłki należy nie tylko przygotować, ale i po nich posprzątać? Że zwykłe wstawienie naczyń do zmywarki oraz jej opróżnienie również zajmują czas? Że podłoga sama się nie odkurzy, a pomysł, żeby kupić okrągłego robota, który będzie zasuwał po pokojach, jest absolutnie nie na miejscu w sytuacji, kiedy on właśnie stracił pracę? Podobno jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie było lądowanie na zamkniętym już dziś lotnisku Kai Tak w Hongkongu - otaczały je wieżowce i wysokie góry, a pas startowy wcinał się w zatokę oraz w zatłoczony miejski port. Piloci robili wtedy specyficzny manewr nazywany Kai Tak Heart Attack - kapitan w ostatniej fazie lotu, na około cztery kilometry przed wylądowaniem i dwieście metrów ponad głowami przechodniów, musiał wykonać zakręt o czterdzieści siedem stopni, tak by ustawić maszynę dokładnie nad płytą lotniska. Absolutny majstersztyk. Ale Kuba udowodnił, że istnieje coś o wiele bardziej skomplikowanego. Dom z trójką dzieci.
- Rozumiem, że nie będziesz prasował? - spytała go Nika nie dalej jak parę dni temu, wyciągając z szafy pogniecione ubrania Matyldy.
Kuba jęknął.
- Moim zdaniem to potworna strata czasu. A ja i tak mam go zbyt mało. Zobacz, Matyś założy bluzeczkę tylko raz i ona potem znowu wyląduje w praniu. Czy naprawdę muszę ją prasować na te parę godzin?
Nika zacisnęła zęby. Ona jakoś nie miała z tym problemu. Najwyraźniej jednak męska opieka nad dziećmi i domem funkcjonowała w jakimś innym wymiarze czasoprzestrzennym, gdzie większość czynności nie mieściła się w grafiku.
- A wiesz, że Marta umie rozróżniać głosy zwierząt? - powiedział, uśmiechając się do niej.
- Zamknij się - wyrwało się Nice.
Kuba spojrzał na nią ze zdumieniem, ale ona wyszła szybko do kuchni i stanęła przed oknem, mocno zaciskając ręce na blacie.
Idealny tatuś! Nagle zaczął zauważać, że dzieci się rozwijają, mówią, poznają świat. To była jej działka! To ona zawsze słyszała pierwsze słowa, patrzyła na pierwsze kroki i pierwsza się o wszystkim dowiadywała. A teraz Kuba bierze udział w czymś, co wcale mu się nie należy na wyłączność! A ona pada wieczorem ze zmęczenia.
Westchnęła.
- Nika. - Szef zajrzał do jej pokoju i kiwnął ręką. - Chodź, kogoś ci przedstawię.
Dopiła kawę i poszła za nim. Całe szczęście, że chociaż w pracy nie musiała się niczym stresować. Jej przełożony, Bartłomiej Więcek, był wyjątkowo pozytywnym facetem, kochającym nie tylko kobiety, ale i piękne przedmioty. Te ostatnie kupował z prawdziwą pasją, jeśli zaś chodzi o kobiety, to spotykał się z nimi tak długo, dopóki nie zaczynały wchodzić na jego niezależne terytorium.
- Nie chciałbyś mieć rodziny? - spytała go kiedyś Nika.
- Nie. Wiem, jak egoistycznie to brzmi, ale przynajmniej jestem uczciwy. Lubię dzieci, ale wolę na nie patrzeć, niż je wychowywać. I nie czuję potrzeby posiadania własnego. Lubię też kobiety, ale nie lubię etapu, w którym zaczynamy dyskutować o rodzaju płynu do naczyń. - Rozkładał bezradnie ręce.
I Nika nawet go rozumiała. To, że normą było łączenie się w pary, a konsekwencją tego rozmowy o płynie do naczyń, nie oznaczało jeszcze, że wszyscy musieli tej właśnie normy przestrzegać. Każdy człowiek ma prawo do takiego ustawienia mebli w swoim życiu, jakie mu najbardziej odpowiada. Nawet jeśli nie odpowiada to innym.
W gabinecie Bartłomieja, na plastikowym pomarańczowym krześle z metalowymi nóżkami w kształcie kurzych stopek z bajki o Babie Jadze, siedział jakiś mężczyzna, który na widok Niki zerwał się szarmancko i równie szarmancko pocałował ją w rękę. Speszyła się nawet, bo mężczyzna był z tych, których zazwyczaj ogląda się na billboardach i którzy reklamują bieliznę. On, co prawda, miał na sobie garnitur, ale Nika oczami wyobraźni ujrzała jego obcisłe bokserki i odrobinę się zarumieniła.
- Makary Machaj. - Ukłonił się jeszcze, a potem obdarował ją uśmiechem z serii rozmiękczających.
Opadła więc na plastikowe zielone krzesło z metalowymi nóżkami w kształcie kurzych stopek i z trudem przeniosła wzrok na swojego szefa, chociaż podświadomość kazała jej zerkać w stronę Makarego.
Swoją drogą, piękne imię!
- Makary jest naszym nowym nabytkiem, o którym ci już wspominałem. Przydzielam go tobie, bo oboje jesteście zdolni, a ty Nika masz dodatkową motywację. Słyszałem o Kubie.
Skąd?
Berenika ciężko westchnęła. To niewiarygodne, jak złe wiadomości fruwają swobodnie po czasoprzestrzeni, docierając wszędzie tam, gdzie nie powinny. Ale taka już ludzka natura, że przyciąga opowieści o nieszczęściach, problemach lub cudzej utracie pracy. Dzięki temu sama czuje się ciut lepiej.
- Dostaliśmy ofertę od dużej firmy farmaceutycznej na reklamę nowego leku na serce. Absolutnie chcę to zlecenie, bo za nim idzie wyjątkowo sympatyczne wynagrodzenie, które dotknie również waszą dwójkę, jeśli oczywiście wszystko pójdzie po naszej myśli.
Nika zerknęła na Makarego, który z kolei nie zerkał, tylko patrzył na nią otwarcie i ciągle z tym samym uśmiechem. Kobiety lubią ten rodzaj zainteresowania ich osobą, nawet jeśli publicznie rozgłaszają, że najważniejsze jest porozumienie dusz, a uroda nie ma nic do rzeczy. Uroda Makarego nie mogła jednak pozostać niezauważona i Nika musiała w myślach potrząsnąć sama sobą, żeby wreszcie wrócić na ziemię, po której stąpała przecież z Jakubem oraz trójką uroczych dziewczynek z imionami na literę "M".
Jak Makary...
I chyba po raz pierwszy od dawna ucieszyła się, że pracuje w tej agencji i że nie jest już tylko mamą. A obowiązki można przecież spokojnie podzielić. Nawet jeśli do tej pory w ogóle tego z mężem nie robili.
Tymczasem Jakub łapał właśnie wymioty w ręce i chociaż kompletnie tego nie planował, dzielnie stawiał czoło niestrawności swojego najmłodszego dziecka.
- O matko, skąd w tobie tyle płynów? - zdziwił się tylko, a potem zaczął dokładnie obserwować Martę, która po skończonej akcji otrząsnęła się zdziwiona tym, co właśnie się stało.
- A jeśli ty jesteś poważnie chora? - zaniepokoił się nagle i z ulgą zauważył, że na lodówce jest przypięta karteczka z numerem telefonu do przychodni dziecięcej. Do której oczywiście w żaden sposób nie można się było dodzwonić.
- Dobrze. Spokojnie, Martusiu, ojciec jest na posterunku i z pewnością nie pozwoli ci się odwodnić. Zajrzę tylko do komputera, żeby mieć absolutną pewność, że to jest to, co podejrzewam. Lub że nie jest.
Wymioty u niemowlaka. Co robić?
Nie można ich bagatelizować, ale często nie ma też powodów do paniki.
- To o mnie - z dumą oznajmił Jakub. - Jak widzisz, nie bagatelizuję problemu, ale przecież nie można zarzucić mi, że miotam się jak lew ugodzony śrutem w dupę. Przepraszam, w pośladek. - Zerknął na Martę, która leżała już całkiem spokojnie na kocyku i nawet gaworzyła.
Aby dziecko się nie odwodniło, częściej przystawiaj je do piersi. Nie przegap objawów odwodnienia: płacz bez łez, skąpe oddawanie moczu, suchy język i usta, senność, uchwycony w dwa palce fałd skóry nie rozprostowuje się od razu po puszczeniu. Jeśli te symptomy się pojawią, idź z dzieckiem do lekarza. Ryzyko odwodnienia jest największe u najmłodszych dzieci. Nie podawaj noworodkowi żadnych leków na wymioty*.
* Źródło: http://www.mjakmama24.pl/niemowle/choroby-i-dolegliwosci-niemowlat/wymioty-u-niemowlaka-dlaczego-noworodek-wymiotuje-jak-postepowac,557_7319.html (dostęp: 10.03.2017).
- Cholera - zaniepokoił się Jakub. - Do piersi cię raczej nie przystawię, zresztą mama też już skończyła cię karmić. Została nam tylko butelka, ale najpierw sprawdzę, czy masz te symptomy, o których tu piszą.
Kuba podszedł do Marty i próbował obejrzeć jej język. Zaniepokoiła go również jej sucha pieluszka oraz fakt, że córka zaczynała ziewać.
- Zgadza się, do diabła. Trudno, jedziemy do lekarza, nie będę więcej dzwonić, bo i tak nie mam żadnych szans na połączenie.
W przychodni było więcej osób niż w marketach przed Bożym Narodzeniem. Większość dorosłych kasłała, kichała, a niemal wszystkie dzieci wyły. Na dodatek niesympatyczna kobieta w rejestracji oznajmiła Jakubowi, że nie zostanie przyjęty od razu, ponieważ nie zarejestrował się telefonicznie. A numerki zostały już rozdzielone. Wolno mu jednak poczekać, lekarz przyjmie go na końcu. Jeśli jednak doktor będzie musiał wyjść, pozostaje mu przychodnia, która ma dzisiaj dyżur. Takie są procedury.
- Moje dziecko się odwadnia. Wymiotowało i jest senne. Nie robi siusiu, ma suchy język i chyba widzę pierwsze oznaki omdlenia - zawołał oburzony, licząc na litość i zrozumienie.
- Proszę zdjąć córce czapeczkę i kurtkę oraz wyjąć ją z koca. Pan również by zemdlał w takim stroju. Jest kwiecień, dość ciepły. Czy dziecko ma gorączkę? Ile razy wymiotowało?
- Raz, ale dużo. Gorączki nie ma. Poza tym wszystko się zgadza.
- Co się zgadza?
- Symptomy.
Kobieta tylko pokręciła głową.
- Kolejny tatuś Google.
- Kto? - oburzył się Jakub.
- Nieważne. Dziecku nic nie jest, a pan histeryzuje. Proponuję też pójść do łazienki i zmyć sobie wymioty z koszulki.
Wściekły Jakub uznał, że w tej sytuacji musi zadzwonić albo na policję, albo do Niki. Wybrał opcję drugą, bowiem nie bardzo wiedział, co dokładnie powiedzieć tym z opcji pierwszej. Próba zamordowania dziecka? Nie, nawet on wiedział, że to jednak bezpodstawne oskarżenie, a znieczulica i oschłość polskiej służby zdrowia z pewnością nie podlegają żadnej karze. A najgorsze było to, że jego koszulka rzeczywiście podle cuchnęła.
- Co się dzieje? - spytała Berenika, zanim zdążył wziąć oddech i poinformować ją o krytycznym stanie zdrowia Marty.
Obruszył się. Dlaczego musi się od razu coś dziać? Nie można zadzwonić ot, tak? Bez większego powodu?
- Nic, dzwonię, żeby ci powiedzieć, że u nas wszystko w porządku, pozdrawiamy cię z Martą, za chwilę idziemy na spacer i zakupy - powiedział szybko, a potem się rozłączył, zanim Nika usłyszałaby w tle inne wyjące dzieci i kichających rodziców.
- Naprawdę nic ci nie jest? - Sprawdził czoło córeczki i spojrzał nieufnie na jej bezzębny uśmiech. Swoją drogą, czy ona nie powinna już mieć chociaż jednego zęba?
Dyskretnie wyjął z kieszeni telefon i wystukał hasło w Google.
Ząbkowanie u dzieci. Kiedy?
4.-6. miesiąc - dolne jedynki
7. miesiąc - górne jedynki
8.-12. miesiąc - dolne i górne dwójki
Cholera, cholera, cholera. Absolutnie musi tu zostać i wejść z Martą do lekarza. Nawet jeśli jego dziecko się nie odwadnia, a wymioty ustały, to ewidentnie jest problem z zębami.
O godzinie dwunastej siedemnaście Jakub zrozumiał, że jest histerykiem, na szczęście doktor, który okazał się pełną zrozumienia kobietą, wyjaśniła mu wszystko dokładnie i nawet poklepała po ramieniu.
- Proszę się nie przejmować. I nie diagnozować córki w Internecie. Wie pan, ile tam bzdur wypisują? Ostatnio przyszła do mnie matka z dzieckiem chorym na ospę. I przez pół godziny nie dała sobie wytłumaczyć, że to ospa, a nie żaden urok, który ktoś rzucił na jej syna. Bo w Internecie wyczytała, że krosty na całym ciele mogą być dowodem na urok. Próbowała go sama z niego zdjąć przy pomocy obsikanej pieluszki, którą mu przykładała do czoła, a kiedy to nie pomogło, przyszła w końcu do mnie.
Jakub spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Niestety, to nie jest żart. Ludzie coraz częściej głupieją cybernetycznie. Wydaje im się, że to, co znaleźli w sieci, jest prawdą objawioną. Tymczasem tekst może być tylko zwykłym żartem, który ktoś wpisał dla zabawy albo dziełem zwolenników zabobonów.
Kuba podrapał się po głowie i chyba nawet odrobinę zawstydził. Czyżby wyszedł na idiotę?
- Nie jest tak źle - zaśmiała się pani doktor. - Proszę tylko na przyszłość nie wpadać w panikę i pamiętać, że jeśli zepsuje się panu ząb, idzie pan od razu dentysty, a nie łata go wirtualnymi poradami. Podobnie jest z chorobami u dzieci. Tylko jeszcze jedno pytanie. Marta ma przecież starsze siostry, nie pamięta pan, jak to było parę lat temu?
Kuba zastanowił się. No właśnie nie. Wszystkim zajmowała się Berenika, on sam tak naprawdę nie miał pojęcia, co, kiedy i komu powinno wyrosnąć, w jakim wieku dzieci zaczynają chodzić, a kiedy mówić. Wszystko to działo się wprawdzie tuż obok niego, ale jakoś wcześniej nie skupiał się na datach, nie odnotowywał ważniejszych wydarzeń z życia swoich córek. Taką wiedzę miała tylko Berenika, on zaś to akceptował. Inna sprawa, że po cichu się odsuwał. Dzieci i tak wolały spędzać czas z mamą, bo on przecież ciągle pracował. Mama była bardziej uległa i niemal zawsze miała dla nich czas. A tata... Był raczej doklejony do rodziny, niż stanowił jej integralną część. Teraz to do niego dotarło. Spojrzał na panią doktor z nadzieją, że nie ma wypisanego na twarzy grzechu ojcowskiego wycofania.
- Czas wyrzynania się ząbków jest zapisany w genach - mówiła tymczasem lekarka. - I naprawdę nie ma żadnych powodów do niepokoju. Myślę, że to kwestia kilku tygodni i Martusia będzie mogła pochwalić się pierwszym mleczakiem. A jeśli chodzi o wymioty, to najwyraźniej zachłysnęła się jedzeniem. Nie jest odwodniona, nie ma też grypy żołądkowej. Być może za szybko zjadła kaszkę.
- Jestem przewrażliwiony?
- Jest pan początkujący.
Nie był. Miał trzynastoletnią córkę. Oraz prawie sześcioletnią. Nie powinien być początkujący, a jednak pani doktor miała rację. To dziwne, że tak mało wiedział o swoich dziewczynkach, choć przecież zawsze zdawało mu się, że stanowią całkiem normalną rodzinę. Mama, tata, trójka dzieci. Wyjeżdżali razem na wakacje, on czasem pomagał kąpać Matyldę. Nie, Matyldę jednak już nie, tylko Maję i tylko kilka razy, na samym początku. Potem nie miał już na nic siły, kiedy wracał do domu po całym dniu pracy. Najbardziej lubił wtedy spokój oraz film. Czytanie bajek też było miłe, ale najchętniej robił to w weekendy, kiedy wiedział, że następnego dnia będzie mógł dłużej pospać. Kojarzył Teletubisie, chociaż zanim słoneczko zaszło za pagórek, drzemał już smacznie, nie odpowiadając na pytania dzieci. Kojarzył też świnkę Peppę, chociaż za diabła nie mógł sobie przypomnieć, jak miał na imię jej młodszy brat. Co jeszcze? Co jeszcze? Trzeba to wszystko nadrobić. Tylko dlaczego tak strasznie chce mu się spać?
Przecież teraz już nie pracuje, więc dlaczego stopień zmęczenia jest jeszcze większy? Czyżby się starzał? Czyżby jego organizm zaczął odmawiać mu posłuszeństwa, a on sam zaczynał psuć się od środka? Nie, to niemożliwe! Przecież trzeba wychować dzieci!
Minął dopiero tydzień, a on ciągle czuł się wyżęty. Nie potrafił dogadać się z Matyldą, która miała jakieś urojone wizje ubraniowe, z Mają również nie szło mu zbyt dobrze. Miał dziwne wrażenie, że najstarsza córka ma z niego niezły ubaw, zupełnie jakby oglądała dzikie zwierzątko, które nagle znalazło się wśród ludzi. Nie potrafił też ciągle umiejętnie gospodarować czasem, co głównie jego samego wytrącało z równowagi. Do tej pory miał wszystko szczegółowo zaplanowane i poukładane. Teraz nagle okazało się, że godziny grają z nim w kotka i myszkę, że biegną zupełnie innym tempem i wcale na niego nie czekają. Teoretycznie zadania były proste, w praktyce okazywały się skomplikowane. Kuba nie rozumiał, że dziecko nie ubiera się w ciągu pięciu minut. Że czasem tańczy jeszcze przed lustrem albo robi głupie miny, że po śniadaniu musi się przebrać, bo albo zmieniło koncepcję, albo po prostu wylało na siebie mleko wraz z płatkami. Nie rozumiał, że to Marta dyktuje warunki, decyduje o tym, jak długo śpi i kiedy jest głodna. Nie zdawał sobie sprawy, że zapakowanie jej do wózka i opuszczenie domu trwa znacznie dłużej niż jego dotychczasowe wyjścia do pracy. Że kupa pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy dziecko jest ubrane, a on trzyma w ręku klucz od domu. A już najmniej rozumiał zakupy. Dlaczego litr mleka starczał na tak krótko? Powinien od razu kupić trzy. Dlaczego dżem malinowy smakuje Matyldzie, ale już Maja jada tylko truskawkowy i to z dużymi kawałkami owoców? I dlaczego poszedł do sklepu bez wózka na zakupy, bo wydawało mu się, że wszystko zmieści w rękach?
- A ryż? - spytała sprzedawczyni.
Kuba spojrzał na nią pytająco.
- Co ryż?
- Pana dziecko na nim siedzi. To wasz ryż czy sklepowy?
Zaczerwienił się.
- Przepraszam, kompletnie zapomniałem. Zabrakło mi rąk i włożyłem go do wózka.
Sprzedawczyni pokiwała głową. Najwyraźniej nie był pierwszym ojcem, który próbował niechcący przemycić ryż pod dupką swojej pociechy.