Prolog
Wysoka furgonetka wtoczyła się na parking przed hurtownią papierosów. Białą karoserię przykrywała krzykliwa reklama. Prowadzący zwolnił, by nie stracić zawieszenia na dwóch szerokich dziurach, widniejących niemal dokładnie pośrodku placu. Samochód ze szczękiem resorów przetoczył się wprost do rampy rozładunkowej. Trzasnęły drzwi i szpakowaty kierowca zeskoczył na klepisko. Jego twarz wyrażała ogromne zadowolenie z siebie. Chwycił za klamkę bocznych drzwi i z rozmachem otworzył je, ukazując puste wnętrze. Dumny z siebie, stanął na szeroko rozstawionych nogach. Zamknął na chwilę oczy, przeliczając w myślach zyski od utargu. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się sprzedać wszystkiego z samochodu. Dziś był ten pierwszy raz. Zaniepokojony przedłużającą się ciszą, westchnął pod nosem i wskoczył na rampę. Uchylone drzwi do magazynu świadczyły wyraźnie o tym, że w środku jeszcze ktoś jest. Zaniepokojony spojrzał na zegarek. Było grubo przed piątą po południu.
- Ej tam, Witold, chciałem się rozliczyć z wyjazdu - rzucił wprost w uchylone drzwi, ale nie uzyskał odpowiedzi. Pchnął szerokie wrota i wszedł do środka. W nozdrza natychmiast uderzył go zapach tytoniu. Dostrzegł sylwetkę kolegi zgarbioną przy komputerze. Poprzez rzadkie, siwe kosmyki włosów, przebłyskiwała naga czaszka.
- Zasnąłeś... - zaczął znowu kierowca. Siedzący dotąd spokojnie mężczyzna obrócił się leniwie. Przekrwiony wzrok i flaszka trzymana w dłoni nie pozostawiała złudzeń co do stanu, w jakim się znajdował. Rozległo się głośne beknięcie. Kierowca, zaskoczony, zatrzymał się w pół kroku.
- Znudziła ci się ta praca? - magazynier dobiegał już sześćdziesiątki - myślałem, że zechcesz doczekać emerytury... - przerwał, gdy Witold podniósł dłoń do góry.
- Żar... żartujesz sobie Grzesiu... - wybełkotał, próbując zachować kontrolę nad językiem - młode gnojarstwo wyrzuca mnie na śmietnik... jak zużyte fifki... - usiłował powiedzieć coś jeszcze, ale nadmiar alkoholu pokonał jego umysł. Kierowca postąpił dwa kroki w stronę magazyniera, gdy usłyszał na rampie czyjeś kroki. Szybko wziął bezwładnego Witolda pod pachy i usiłował dźwignąć z fotela, ale już wiedział, że jest za późno.
- Dobrze, że pan już przyjechał, panie Rzechowski - usłyszał za sobą oschły ton właściciela. Kierowca zaklął pod nosem. Nie mógł trafić gorzej. Z właścicielką możnaby było coś załatwić, zagrać na litościwej strunie duszy. Jej syn, młody, niespełna trzydziestopięcioletni prywaciarz był bezwzględny dla pracowników. Stał w wejściu do magazynu. Zmarszczywszy brwi, przyglądał się bezowocnym wysiłkom kierowcy.
- Co on tu jeszcze robi? - warknął ostro, wskazując na półprzytomnego Witolda - zdaje się, że miał zebrać swoje manele po południu - spojrzał spode łba na kierowcę, jak gdyby winił właśnie jego za niesubordynację magazyniera.
- Trudno mi jest odpowiedzieć na to pytanie, dopiero co wróciłem z trasy... - zaczął Grzegorz, z wysiłkiem sadzając ciężkiego kolegę z powrotem na fotelu.
- No oczywiście - w głosie właściciela przebijało szyderstwo - wam zawsze jest ciężko cokolwiek powiedzieć. Rozmowni jesteście tylko wtedy, jak chcecie forsę. A jak przychodzi do odpowiedzi na najprostsze pytania, nabieracie wody w usta.... - Perorował głośno gestykulując. Grzegorz słuchał przez chwilę w milczeniu. W miarę upływu czasu, jego twarz nabierała kolorów.
- ... redukcje są wszędzie. Wy myślicie, że to takie łatwe? Kogoś trzeba zwolnić. Jest kryzys, koszty rosną!. I co się okazuje? Że jesteście zwykłą bandą chlejących świń... - właściciel przerwał, nabierając oddechu. Nie dostrzegł, że ostatnimi słowy przekroczył cienką czerwoną linię. Zgarbiony dotąd Rzechowski wyprostował się, pokazując swą rosłą sylwetkę. Dobiegał czterdziestki, co było widoczne jedynie po pasemkach siwizny na skroniach. W jego oczach ukazały się iskierki gniewu.
- Mniemam, że mówi pan za siebie - rzucił spokojnie, chociaż wewnątrz miotały nim emocje. Nikt nigdy nie upokorzył go, jak ten chudy karierowicz, który pieniądze na hurtownię dostał od bogatej matki.
Właściciel, zaskoczony ripostą pracownika, otworzył usta w zdumieniu. Kilka razy poruszył nimi bezgłośnie. Zawsze szczycił się tym, że jest szczery do bólu, wobec wszystkich wokół. Potrafił sterroryzować wszystkich wokół, łącznie z żoną. Nikt mu się nigdy nie przeciwstawił. Aż do dziś. Grzegorz zacisnął zęby, przez moment walcząc z chęcią wciśnięcia pracodawcy do gardła pięściami tych wszystkich obelg.
- Nie po to studiowałem pięć lat, by dawać sobą pomiatać, zwłaszcza przez kogoś takiego jak ty - syknął przez zęby, starając się utrzymać kontrolę nad nerwami. Dopiero te słowa otrzeźwiły właściciela. W jego oczach widać było obawę, ale wysokim głosem, niczym ratlerek, oszczekujący buldoga, pisnął.
- No to możesz zabierać swoje bambetle razem ze swoim koleżką... - cofnął się dwa kroki do tyłu, jak gdyby bał się, że Grzegorz rzuci się na niego. Dopiero przy wyjściu, na oczach innych pracowników, którzy pojawili się na placu, poczuł się odważniejszy.
- Przyjdziesz zaraz Rzechowski do mojego biura. Załatwimy to jeszcze dziś... - już miał się odwrócić, gdy dogoniły go słowa kierowcy.
- Dla ciebie łachmyto, pan Rzechowski... - dopiero poniewczasie kierowca zorientował się, co właściwie tu zaszło. Podrapał się po krótko ostrzyżonej fryzurze. Spojrzał na Witolda, który podczas krótkiej, gwałtownej wymiany zdań ocknął się. Westchnął.
- No cóż, wiedziałem, że nie można mieć wszystkiego... - magazynier wzruszył ramionami. Wsparł się na ramieniu Grzegorza i bełkotliwie zaczął go przepraszać.
- Witek, przestań już - żachnął się kierowca, patrząc z litością na starszego mężczyznę - ja coś sobie znajdę. Nie dziś, to jutro by mnie wywalił. Przynajmniej wygarnąłem mu, co o nim myślą wszyscy dookoła....