Kodeks dżentelmena - Annie Burrows

Reflow text when sidebars are open.
Skuliła bezwiednie ramiona, gdy kule gradu zabębniły o szyby w oknach zakładu krawieckiego. Wolałaby przeczekać nawałnicę w środku, ale musiała się spieszyć. Jack powinien przed wyjściem przymierzyć garnitur, a czasu nie było zbyt wiele. Być może będzie musiała nanieść jeszcze jakieś drobne poprawki.
Postanowiła zadbać, by wyglądał nienagannie podczas spotkania z młodymi dżentelmenami, którzy zaprosili go na kolację. W końcu nieczęsto się zdarza, by arystokraci łamali się chlebem z pospólstwem.
Poza tym gburowaty krawiec nie krył, że nie życzy sobie jej dłużej oglądać. Zapewne nie chciał, by jego znacznie zamożniejsi klienci zobaczyli tak nędznie odzianą kobietę.
Cóż było robić? Zacisnęła zęby i przygotowując się na powiew mroźnego powietrza, otworzyła drzwi. Tuż za progiem zderzyła się z jakimś przechodniem. Był znacznie wyższy od niej, więc odbiła się od niego jak pacynka i wpadła na mosiężną balustradę.
- Patrz pod nogi, ty durna babo! - warknął, nim odszedł w swoją stronę.
Prostak bez obycia, pomyślała, rozmasowując obolałe ramię. Tak to już było w Londynie. Na każdym kroku spotykały człowieka nieprzyjemności. Nie podobało jej się w tym tłocznym, wielkim mieście. Sam gwar i ścisk przyprawiały ją o zawrót głowy. Wszyscy zawsze się spieszyli, byli opryskliwi i wiecznie poirytowani. Nim zjechali tu we wrześniu na otwarcie sezonu teatralnego, podróżowanie z trupą aktorów - choć niepozbawione wyzwań - wydawało jej się całkiem znośne. Teraz z każdą chwilą coraz gorzej znosiła trudy codzienności. Nie wiedzieć czemu nieustannie dręczył ją dziwny niepokój, któremu w żaden sposób nie potrafiła zaradzić.
Spojrzała na cenną paczkę. Papier na szczęście się nie rozdarł. To istny cud, zwłaszcza po wszystkim, co przeszła, zanim wreszcie udało jej się ją odebrać od krawca. Bezduszny liczykrupa uparł się, że nie wyda zamówienia, bo zabrakło jej kilku pensów, a zdobycie brakującej kwoty zajęło niemal pół dnia.
Zerknęła na swoje odbicie w sklepowej witrynie. Z wielkimi jasnymi oczami i niepewną miną rzeczywiście mogła uchodzić za naiwną. Nic dziwnego, że lichwiarz próbował ją oszukać. Bogu dzięki, że po długich negocjacjach zdołała postawić na swoim.
Jack pewnie odchodzi od zmysłów, przemknęło jej przez głowę, i ocknęła się z zamyślenia. Ruszyła żwawo przed siebie, lecz pech jej nie opuszczał. Przeszedłszy zaledwie kilka kroków, poślizgnęła się na oblodzonym trotuarze i runęła jak długa na ziemię. Zaparło jej dech w piersiach, przez chwilę nie była w stanie się ruszyć.
Pakunek, który ściskała w rękach, zamortyzował nieco upadek, ale i tak poobijała sobie kolana i łokcie. Pieski los...
Gdzieś w pobliżu ktoś parsknął śmiechem. Zapewne ten sam jegomość, który urągał jej przed chwilą, gdy na niego wpadła.
Cóż, przynajmniej dostarczyła mu darmowej rozrywki. Zdaje się, że naśmiewanie się z cudzego nieszczęścia to ulubione zajęcie mieszkańców tego przeklętego miasta, a w szczególności mężczyzn! Dżentelmeni z Bożej łaski, żaden nie raczył nawet podać jej ręki. Zawstydzona, utyskując w duchu na ludzką podłość, pozbierała się i z niemałym trudem stanęła na nogi.
Mężczyźni zwykle zawodzą i nie warto im ufać. No tak, tylko skąd ona właściwie o tym wie?
Nie bez lęku zajrzała w mroczną otchłań swojej niepamięci. Jak zwykle niczego tam nie znalazła, tylko przebłyski żalu i rozpaczy. Bała się tych zdradliwych uczuć, bo wciągały ją niczym zdradliwy wir. Wiedziała, że jeśli natychmiast ich od siebie nie odepchnie, pochłonie ją bezkresna pustka.
Miewała podobne napady paniki dość często, zwykle wtedy, kiedy zadawano jej pytania, na które nie umiała odpowiedzieć. Oparła się o ścianę budynku, żeby nie upaść. Liczy się tylko tu i teraz. Nie myśl o niczym innym, nakazała sobie stanowczo. Stoisz na ruchliwej ulicy w Londynie. Nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna, powtórzyła kilka razy, próbując uspokoić oddech. To Jack nauczył ją tej sztuczki. Z początku nie wierzyła, że można ujarzmić strach, skupiając całą uwagę na oddechu, ale okazało się, że to najlepszy sposób, by nie utonąć w morzu smutku.
- Boże drogi, ależ dzisiaj ziąb - wymamrotała pod nosem, dygocząc na całym ciele. Z dwojga złego lepiej trząść się z zimna niż z przerażenia.
Grad rozpadał się na dobre, atakując kulami wielkości orzecha. Nie dość, że przemarzła na kość, to jeszcze nabawiła się siniaków. Miała wrażenie, że jej ciało pulsuje z bólu i nagle poczuła się śmiertelnie zmęczona życiem, które jej nie rozpieszczało.
Och, dość już tego rozczulania się nad własnym nieszczęściem. Pora wziąć się w garść i zanieść Jackowi ubranie, zamiast tkwić na mrozie. Przycisnęła do piersi paczkę z garniturem i odruchowo schyliła głowę, by chronić się przed szalejącym żywiołem. Drobiny lodu uderzały miarowo o rondo jej kapelusza i odskakiwały z łoskotem na ziemię. Pędziła ile sił w nogach, przyglądając się swoim stopom, które wyzierały raz po raz spod spódnicy. Zwykle rozglądała się dookoła, by nie pobłądzić w obcym miejscu. Tuż po przyjeździe do Londynu zapamiętała kilka budynków, które podczas samotnych wędrówek służyły jej później za drogowskazy. Tym razem nie zważała na otoczenie, pozwoliła, by nogi poniosły ją do końca alejki za karczmą Pig & Whistle, a potem przez plątaninę uliczek i podwórek na tyłach Drury Lane. Spieszyło jej się. Ostatnio chodziła tędy wiele razy, więc była pewna, że nie zabłądzi.
Podniosła wzrok, dopiero gdy pokonała kilka schodków i załomotała pięścią w eleganckie drzwi.
Zaraz... eleganckie drzwi? Powinna przecież stać w ciemnym korytarzu kamienicy, w której mieszkała z Jackiem i resztą trupy. Co ja tutaj robię? - zdumiała się. Musiała pomylić domy, bo na pewno nic jej nie łączyło z tą wytworną rezydencją. Z drugiej strony te czarno-białe kafelki wyglądały dziwnie znajomo...
Nim zdążyła się wycofać, w progu stanął leciwy, siwowłosy mężczyzna o nieskazitelnych manierach, kamerdyner w każdym calu. A gęsta mgła, która tak długo mąciła jej umysł, raptem się rozwiała. Zatrzymała wzrok za plecami służącego i zrozumiała, że jakimś cudem trafiła pod właściwy adres, jakby z jej oczu opadła ciężka zasłona. Rozpoznała każdy mebel i każdy szczegół eleganckiego holu, od wzoru na posadzce po monumentalne schody. Choć nie miała pojęcia skąd, wiedziała, co się kryje za każdymi drzwiami tego okazałego gmachu. Znała też imię starca, który wpatrywał się w nią, jakby zobaczył ducha. Nazywał się Simmons.
Jak przystało na przykładnego majordomusa, w mgnieniu oka przywołał się do porządku i wyprostowawszy plecy, odsunął się na bok, żeby wpuścić ją do środka.
- Jaśn... Jaśnie pani...
Zakręciło jej się w głowie.
Jaśnie pani? - powtórzyła w myślach. Jaka z niej jaśnie pani? Jest przecież nikim, bezimienną przybłędą, ocaloną przez zacnych ludzi. Kiedy się poznali, Jack nazwał ją Perditą, bo wyglądała na zagubioną. Nie potrafiła nawet wyjaśnić, skąd się wzięła w miasteczku, w którym tego dnia zatrzymał się ze swoją trupą.
Przyłożyła rękę do skroni. I znienacka przypomniała sobie, że jest sierotą. Była tego pewna. Straciła oboje rodziców w czasach jakiejś zarazy. Serce załomotało jej w piersi, gdy nieoczekiwanie wróciły wspomnienia. Żadna siła nie zdołałaby ich teraz powstrzymać. Poczuła ten sam ból, który czuła, spoglądając na okryte całunem ciała matki i ojca. I kiedy patrzyła w rozeźloną twarz nieznajomego krewnego, który oznajmił, że zabiera ją do dziadka. Oszołomiona, długo nie mogła się otrząsnąć. Nie przypuszczała, że w ogóle ma dziadka, bo nikt wcześniej o nim nie wspominał. I nagle musiała z nim zamieszkać. Był dla niej zupełnie obcym człowiekiem i przez większość czasu miał wypisane na twarzy, że wychowanie wnuczki to dla niego przykry obowiązek. Na pewno jej nienawidził. Owszem, przygarnął ją pod swój dach, ale ani on, ani nikt z domowników nie okazał jej nigdy choćby krztyny życzliwości. Powtarzali tylko, że powinność nakazuje im dać jej schronienie, żywić ją, dopóki nie zakończy edukacji i nie podejmie pracy nauczycielki lub guwernantki.
Nagle w głębi holu rozległ się przeraźliwy brzęk tłuczonego szkła. Huk wyrwał ją z zadumy, a obrazy przeszłości natychmiast zniknęły.
- Proszę pozwolić, milady - odezwał się Simmons, piorunując wzrokiem lokaja, który z wrażenia upuścił srebrną tacę pełną porcelany. - Odbiorę od pani tę paczkę.
O mój Boże, paczka! Spojrzała na brązowy papier i zapisane na nim nazwisko: Jack B. Nimble.
- Jack... - wyszeptała bezwiednie. To on ulitował się nad jej losem, kiedy błąkała się bezradnie po ulicach. Zauważył ją, gdy przysiadła na fontannie przy targowisku, żeby obejrzeć jego występ. Zabrał ją do siebie i otoczył opieką, a potem przez trzy miesiące znosił jej zagubienie i napady melancholii. Nie przeszkadzało mu, że nie wiedziała, kim jest. Był dla niej dobry, ale z pewnością nie mieszkał w tej eleganckiej dzielnicy.
Anthony Radcliffe, hrabia Epping, zmroził klubowego lokaja lodowatym spojrzeniem.
- Mówiłem przecież, że nie życzę sobie, aby mi przeszkadzano. Czy nie wyraziłem się dostatecznie jasno?
- Nad wyraz jasno, milordzie. Pokornie proszę o wybaczenie, lecz pański kamerdyner nalegał, bym wręczył panu tę wiadomość. - Położywszy na stole tacę ze zwitkiem papieru, wystraszony służący natychmiast się ulotnił.
Hrabia przeniósł wzrok na współbiesiadników, a zarazem członków komisji, której przewodniczył.
- Wróćmy do tematu.
- Naturalnie, wasza lordowska mość - odparł pełniący funkcję sekretarza Whittaker. - Z panem na czele bez kłopotu przekonamy wielu dżentelmenów, aby nas poparli. Zechcą panowie zapoznać się z nazwiskami z listy, którą sporządziłem przed rozpoczęciem spotkania?
Anthony już to zrobił. Znaleźli się na niej zarówno bezwstydni oportuniści, jak i prawdziwi filantropi. Był przekonany, że jedni i drudzy szczodrze sypną gotówką, byle tylko dostać się do ich elitarnego kręgu.
- Z pewnością możemy też liczyć na ich małżonki - dodał z uśmiechem Whittaker.
Akurat, zakpił w duchu Epping. Pomysł, że żona wspiera dobroczynne lub inne wysiłki męża, wydał mu się komiczny, wręcz niedorzeczny. Naturalnie nie zamierzał wygłaszać tego rodzaju opinii w tym gronie.
Mniejsza o to. Najważniejsze, by pozyskać jak największą liczbę nowych, zamożnych popleczników. Bez względu na ich gminne pochodzenie, ordynarne maniery tudzież nieokrzesane obejście. Nuworysze mieli zwykle rozległe kontakty oraz pieniądze, których brakowało komitetowi. Im bardziej nowi członkowie zaangażują się w słuszną sprawę, tym więcej wyłożą funduszy. W miastach takich jak Londyn cierpiało nędzę mnóstwo żebraków i sierot, a pozyskanie państwowych środków na poprawę ich losu graniczyło z cudem. Na wsiach, w rodzinnych majątkach arystokratów, było zupełnie inaczej. Dobry dziedzic zwykle dbał o swoich dzierżawców. Zbliżała się zima, co oznaczało, że ubodzy mieszkańcy stolicy niebawem zaczną umierać z głodu lub wyziębienia, o ile nie pomogą im ci, których na to stać. Gra była warta świeczki, nawet jeśli będzie musiał przestawać z osobnikami, których zwykle unikał.
Dopiero kiedy omówili resztę spraw, oficjalnie zakończyli rozmowy i uraczyli się lampką porto, Anthony uznał za stosowne odczytać wiadomość nadesłaną przez Simmonsa. Zawierała tylko jedno zdanie, ale było jak grom z jasnego nieba i wystarczyło, by poderwał się na nogi.
Jej lordowska mość wróciła do domu.
Zgniótł w dłoni kartkę i zacisnął szczękę.
Kipiał z gniewu, lecz zdołał zachować resztki godności i odezwał się spokojnym tonem:
- Panowie wybaczą, ale... - Ale co? Nie, nie musiał się przed nimi tłumaczyć. Ci mężczyźni nie byli jego przyjaciółmi, łączyły ich wyłącznie wspólne interesy. Zresztą nie miał zwyczaju nikomu się zwierzać. Dzięki temu udało mu się zachować odrażające szczegóły prywatnego życia wyłącznie dla siebie. W towarzystwie nigdy o sobie nie opowiadał, toteż nikt nie podejrzewał, że Mary, jego niewierna żona...
- Oczywiście, milordzie - rzekł któryś z członków komitetu. - Nie będziemy pana dłużej zatrzymywać. - Na szczęście wszyscy wiedzieli, że jest niezwykle zajętym człowiekiem i ma na głowie wiele ważnych spraw.
Lokaj podał mu kapelusz i płaszcz, ale Epping był tak wzburzony, że nawet tego nie zauważył. Zorientował się, że jest w nie ubrany, gdy wyszedł na zewnątrz w sam środek gradobicia.
Gdyby zostały mu resztki oleju w głowie, przywołałby dorożkę. Niestety zdrowy rozsądek całkiem go opuścił. Poza tym był zbyt roztrzęsiony, by usiedzieć w miejscu. Potrzebował ruchu. Popędził więc chodnikiem, rozpychając się łokciami i powarkując na przechodniów, którzy nie zdążyli w porę zejść mu z drogi.
Liczył na to, że szybki marsz odrobinę go uspokoi. Teraz był gotów udusić ją gołymi rękoma.
Czy ta kobieta w ogóle nie ma wstydu? Jak śmiała przestąpić ponownie próg jego domu? Wróciła jak gdyby nigdy nic i zamierza udawać, że nic się nie stało? I może jeszcze się spodziewa, że on podskoczy z radości i powita ją z otwartymi ramionami? Miałby wybaczyć jej zdradę? Zapomnieć, że pozwoliła, by dotykali jej inni mężczyźni? Bóg raczy wiedzieć, ilu ich było...
Owszem, dał się poznać jako orędownik działalności dobroczynnej i obrońca uciśnionych, ale to nie znaczy, że jest pozbawionym honoru słabeuszem, który pozwoli przyprawiać sobie rogi! Miał swoją dumę, do diabła! Już nigdy żadna kobieta nie owinie go sobie wokół palca. Choćby była najpiękniejsza na świecie i wydawała się niewinna i subtelna. Takie są najgorsze. Wyrachowane intrygantki, które łżą jak z nut i udają niewiniątka tylko po to, żeby człowieka omotać.
Był tak wściekły, że dotarł do celu w zaledwie kilka minut, zdecydowanie zbyt szybko, by ochłonąć.
Drzwi otworzył mu Simmons.
Anthony podał mu pokryte szronem okrycie, niemal nie czując przejmującego chłodu. Był zbyt zajęty rozpamiętywaniem krzywd, jakie wyrządziła mu Mary. Jak ona mogła mu to zrobić? Cóż, musiała się liczyć z konsekwencjami, skoro już raczyła wrócić do domu...
- Gdzie ona jest? - warknął do kamerdynera.
- W swoich pokojach, ale...
Nie czekał, aż służący dokończy zdanie. Nie interesowały go żadne wymówki, nie zamierzał odwlekać nieuniknionego. Nikt i nic nie zdołałoby go namówić, by jej wybaczył.
Wbiegł po schodach na górę, przeskakując po dwa stopnie i wpadł z impetem do sypialni żony.
Na progu stanął jak wryty. Simmons słusznie próbował go powstrzymać.
Mary siedziała w kąpieli, osłonięta wyłącznie cienką warstwą mydlin. Światło z kominka, który miała za plecami, rzucało delikatną poświatę na jej obnażoną skórę.
Niech ją piekło pochłonie! Co ona z nim najlepszego wyprawia? Jak to możliwe, że po tym wszystkim, co zrobiła, nadal jej pragnie? Zresztą wcale nie musiała się wysilać, krew zawrzała mu w żyłach od samego widoku jej nagiego ciała. Nawet na niego nie patrzyła. Miała przymknięte powieki, jakby myślami była zupełnie gdzie indziej. W każdym razie nie raczyła zauważyć jego obecności. Nie usłyszała go? Może nagle ogłuchła? Odwrócił się i z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi. Wchodząc, zapomniał je zamknąć, więc w każdej chwili mógł ją zobaczyć któryś służący.
- Do diabła, kobieto, widzę, że straciłaś resztki przyzwoitości - wycedził przez zaciśnięte zęby, podchodząc do wanny. - Siedzisz tu kompletnie roznegliżowana i nie zainteresowałaś się nawet, kto wszedł do środka?
Spojrzała na niego tak jak kiedyś, zagubionym, odrobinę bezradnym wzrokiem. Jeszcze do niedawna to na pozór niewinne spojrzenie trafiało wprost w jego serce, sprawiało, że pragnął się nią zaopiekować, chronić ją przed całym złem tego świata. Ale te czasy bezpowrotnie minęły.
- I nie rób tych cielęcych oczu, to na nic - powiedział i splótł ręce na ramionach, głównie po to, żeby nie zrobić z siebie durnia i nie porwać jej w objęcia. Miał ochotę dziękować Bogu, że wróciła do niego cała i zdrowa, a zaraz potem zadać jej mnóstwo pytań, na które wolałby nie poznać odpowiedzi. - Twoje sztuczki nie robią już na mnie wrażenia. Zmądrzałem i przestałem brać je za dobrą monetę.
Zmarszczyła brwi.
- A jeśli ci się zdaje, że teraz znów zajmiesz miejsce u mojego boku jako moja żona i wszystko będzie po staremu, to jesteś w błędzie. Masz mnie za kompletnego idiotę? Sądzisz, że przyjmę cię z powrotem, bo kochanek się tobą znudził? To dlatego postanowiłaś wkraść się ponownie w moje łaski? Miałbym się zadowolić resztkami z cudzego stołu?
Zanim się pojawił, długo wpatrywała się w pachnącą różami pianę, która otulała jej przemarznięte ciało. Jakim cudem się tu znalazła? W ogromnej rezydencji i w sypialni opływającej w luksusy? Czy to możliwe, że jej wyczerpane ciało, gnane niepojętym instynktem, przywiodło ją do tego miejsca, choć umysł nadal błądził w ciemnościach? Tak, to nogi same poniosły ją do domu, w którym służba usługiwała jej niczym królowej, gotowa spełnić każdą zachciankę. Nie rozumiała tego, a jednak rozpoznała kamerdynera i przestąpiła próg, bo wszystko tu wydawało jej się boleśnie znajome.
Biedny Simmons.
Co on sobie pomyślał, kiedy zamiast wejść na górę, opadła ciężko na schody, jedną ręką chwytając się poręczy, a drugą ściskając kurczowo paczkę z garniturem Jacka? Zbyt oszołomiona, nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z jego pytań.
Była rozdarta. Jakaś jej cząstka upierała się, że trafiła pod właściwy adres. To dlatego znała tu każdy kąt, a majordomus wpuścił ją do środka.
Jednocześnie prześladowała ją myśl, że jednak się myli i nie jest tu u siebie.
Gdy toczyła tę wewnętrzną walkę, leciwy służący zaprowadził ją do - jak się wyraził - jej pokoi.
Sypialnia rzeczywiście musiała kiedyś do niej należeć. Wystarczył rzut oka, by zorientować się, że to jej pokój. Kłopot w tym, że czuła się w nim obco. Nie przypominała sobie niczego z czasów, kiedy tu mieszkała. Niczego, co się tu wydarzyło, co tu przeżyła.
Mimo wszystko dość szybko otrząsnęła się z szoku. Odkąd przyjechała do Londynu, towarzyszyło jej niejasne poczucie, że zawisło nad nią jakieś fatum, które lada moment da o sobie znać i odmieni jej los. Starała się o tym nie myśleć, bo przeczuwała, że nie będzie to zmiana na lepsze. Nadciągała nieuchronna katastrofa, a ona nie miała ochoty się z nią mierzyć. Nocami dręczyły ją koszmary. Była pewna, że cokolwiek ją czeka, nie będzie to nic dobrego. Może właśnie z tego powodu nie potrafiła przywołać żadnych wspomnień? Może uciekała przed bólem i nie chciała pewnych rzeczy pamiętać?
Tylko dlaczego miałaby uciekać z tego ciepłego i przytulnego miejsca?
Cóż, zrozumiała dlaczego, gdy stanął przed nią mężczyzna, który wbiegł do środka, jakby się paliło. Wyglądał jak chmura gradowa, miał nawet we włosach drobinki lodu, a sądząc po nieprzyjaznym spojrzeniu, jakim ją obrzucił, był wściekły. Sprawiał wrażenie, jakby miał ochotę skoczyć jej do gardła albo przynajmniej mocno nią potrząsnąć.
Mimo to w ogóle się go nie bała, bo go znała. To jedyne sensowne wytłumaczenie. Owszem, wydawał się zupełnie obcy, lecz jej ciało reagowało na jego obecność w znajomy, niewytłumaczalnie... entuzjastyczny sposób.
Nie odstraszały jej nawet jego marsowa mina, zmarszczone brwi i zaciśnięte usta. I tak dostrzegła w nim coś niezwykle pociągającego. Pamiętała te usta. Całowała je setki razy... Pamiętała też ich dotyk na swojej skórze i to, jak wspaniale się czuła, gdy była blisko niego. Kiedyś był dla niej wszystkim, całym jej światem. Ubóstwiała go.
Ale to było wieki temu, w każdym razie tak jej się wydawało. W tej chwili mogła już tylko żałować, że tamta dawna ona pozostała jedynie mglistym wspomnieniem. Gdyby dawniej spojrzał na nią z taką nienawiścią jak teraz, byłaby zdruzgotana. Gdyby wrzeszczał na nią tak jak teraz, tamta naiwna, zapatrzona w niego dziewczyna skuliłaby się w kącie i zalała łzami.
Powoli odzyskiwała strzępy pamięci, lecz wiedziała, że dziś jest już kimś zupełnie innym.
Przez ostatnie miesiące nie miała pojęcia, kim jest. Odkrywała samą siebie na nowo, przyglądając się swoim reakcjom na otoczenie. Z początku była tą obcą, nie tylko dla ludzi, którzy ją przygarnęli, lecz także dla samej sobie, jakkolwiek idiotycznie to brzmiało. Poznawała innych, a przy okazji dowiadywała się mnóstwa rzeczy na swój temat. Okazała się całkiem bystra i zaradna. Dość szybko stała się niezastąpiona dla członków trupy, z którą podróżowała. Aktorzy traktowali ją jak swoją prawą rękę, zwracali się do niej, ilekroć trzeba było wykazać się pomysłowością lub coś załatwić. Zapewne dlatego, że lepiej niż oni radziła sobie z kupcami, potrafiła nawet targować się z bezwzględnymi lichwiarzami.
Z całą pewnością nie była delikatną damulką, która mdleje z byle powodu i pozwala, żeby wydzierał się na nią furiat bez obycia.
To ponoć jej pokój, a skoro tak, to jakim prawem miał czelność wejść tu bez pukania?!
I jakim prawem gromił ją wzrokiem i oskarżał o Bóg wie jakie zbrodnie? O ile jej wiadomo, nie zrobiła nic złego.
Podniosła się niespiesznie i sięgnęła po wiszący na krześle ręcznik.
Przy okazji zszokowała go na tyle, że wreszcie zamknął usta. Uśmiechnęła się z satysfakcją.
Niech sobie nie wyobraża, że ma do czynienia z głupią gąską, która pozwoli sobą pomiatać. Będzie rozmawiał z dojrzałą kobietą, nie chorobliwie nieśmiałym dziewczęciem, którym była w czasach, kiedy się poznali. Nie mogła wówczas uwierzyć, że ktoś taki jak on - wpływowy arystokrata z tytułem - zechciał włożyć jej na palec obrączkę. A potem niemal spaliła się ze wstydu, gdy zapragnął oglądać ją bez ubrania.
Zamarła i spojrzała na pozbawione ozdób ręce. Chryste, uzmysłowiła sobie nagle, ten człowiek jest moim mężem.
Tak, wspomniał nawet coś na ten temat, a raczej wykrzyczał...
Jak mogła zapomnieć, że wyszła za mąż? W dodatku za kogoś, kto mieszkał w pałacu pełnym służących? Ona, którą od dziecka przyuczano do służby w takich domach.
Dzieliła ich społeczna przepaść, a mimo to się pobrali? Takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach...
Nagle uprzytomniła sobie, że z wrażenia zapomniała się okryć. Może i był jej mężem i miał prawo widywać ją nagą, ale nie po tym, jak ją właśnie potraktował. Poza tym w tej chwili był dla niej zupełnie obcą osobą.
Owinęła się szczelnie ręcznikiem i związała jego końce na piersiach. A niech to! Wprawdzie nie była już wstydliwą dzierlatką, ale nadal nie lubiła eksponować nagości. To jedno na pewno się nie zmieniło.
- Możesz sobie darować - sarknął... jej mąż. - Nie skusisz mnie, świecąc mi po oczach swoimi walorami.
W takim razie dobrze się składa, że nie próbowałam, pomyślała z przekąsem. Oszczędziłam sobie zachodu.
Kiedy się odwróciła, spojrzał jej prosto w oczy.
- Jako kobieta już dla mnie nie istniejesz - dodał lodowatym tonem. - Chcę wiedzieć tylko jedno. Co się stało z naszym dzieckiem?