ROZDZIAŁ 2
Starszy inspektor Jack Logan ciężkim krokiem wspinał się po krętych schodach prowadzących do mieszkania na ostatnim piętrze, szurając butami po nierównych kamiennych stopniach. To był długi i wyczerpujący dzień. Jasne, nie w sensie fizycznym, ale sterta papierów tak urosła, że nie mógł już dłużej odkładać tej roboty, a wielogodzinne siedzenie za biurkiem zawsze pozbawiało go energii.
Najtrudniejsze miał już za sobą, bo ze sterty papierzysk zostało zaledwie kilka cienkich plików i pękaty segregator. Logan przewidywał, że z resztą upora się w ciągu mniej więcej tygodnia. Może wcześniej, jeżeli uda mu się przekonać inspektora Forde'a, żeby przyszedł mu z pomocą. Pewnie nie trzeba go będzie nawet za bardzo korumpować.
Ben Forde nie należał może do wielbicieli papierkowej roboty - nikt przy zdrowych zmysłach za tym nie przepadał - ale nie czuł do niej takiego obrzydzenia jak Logan. Wręcz krążyły pogłoski, że kiedyś nazwał ją odprężającą, ale błyskawicznie wycofał się z tej deklaracji, gdy wszyscy, do których uszu to dotarło, życzliwie oddali mu swoje papiery, aby mógł się zrelaksować jeszcze bardziej.
Po przebrnięciu przez gąszcz dokumentów Logan liczył na chwilę wytchnienia. Mógłby wziąć parę dni wolnego, żeby w końcu urządzić się w mieszkaniu. Zajmował je prawie od dwóch miesięcy, ale nadal nie rozpakował kartonów ze swoim dobytkiem.
Jasne, nie było ich dużo. Tyle co przywiózł z Glasgow. Mimo to byłoby dobrze rozpakować się do końca. A jeszcze lepiej poświęcić parę dni, żeby się wyciszyć. Czas tuż po przeprowadzce na północ okazał się bardziej nerwowy, niż Logan się spodziewał, miał więc wrażenie, że nie udało mu się złapać oddechu już od wielu tygodni.
Może nawet w końcu zabierze się do skręcenia regału, który kupił nazajutrz po tym, jak się wprowadził, chociaż na razie wolał unikać jednoznacznych deklaracji.
W budynku było osiem mieszkań: wejście do każdego z nich znajdowało się pół piętra wyżej od poprzedniego, po przeciwnej stronie klatki schodowej. Kiedy Logan mijał ostatnie półpiętro - osiem stopni przed swoim lokum - usłyszał krzyk i brzęk jakiegoś tłuczonego przedmiotu. Talerz, pomyślał. Może szklanka.
Pokonał jeszcze jeden stopień przybliżający go do mieszkania, lecz chwilę później poczucie... może nie obowiązku, ale zwykłej przyzwoitości kazało mu się zatrzymać.
- Jak to, ja? Co?! Jakim cudem to moja wina?
Męski głos. Brzmiał młodo. Dałby tej osobie dwadzieścia kilka lat.
- Nie twoja. W ogóle nie słuchasz. Nie to powiedziałam!
Kobieta. Chyba jeszcze młodsza. Oboje mówili podniesionymi głosami, chociaż inaczej. U niego było słychać złość. Agresję. W głosie kobiety brzmiał błagalny ton. Jeszcze nie rozpaczliwy, ale blisko.
- W takim razie co, kurwa, powiedziałaś?
Trzask. Łomot.
- No, słucham? Co, kurwa, powiedziałaś?
Logan nie zdążył jeszcze poznać żadnych sąsiadów.
Zszedł na półpiętro.
Uznał, że taka okazja jest dobra jak każda inna, by się przedstawić.
Zapukał do drzwi. To było policyjne pukanie z rodzaju tych, które nie pozostawiały cienia wątpliwości, że pukający nie zamierza odejść, dopóki nie doczeka się reakcji.
Głos mężczyzny obniżył się, ale nie stracił gniewnego tonu. Za drzwiami padło kilka wysyczanych słów, których Logan nie dosłyszał, a potem rozległo się dudnienie kroków.
Drzwi gwałtownie się otworzyły. Z progu zmierzyło go wściekłe spojrzenie niegolonego dwudziestokilkulatka o krzywych zębach i przetłuszczonych włosach, który wypinał tors i zaciskał dłoń w pięść. Oczy miał tak głęboko osadzone w ciemnych jamach, jak gdyby umieszczono je tam za pomocą wkrętarki.
- O co chodzi, kurwa? - rzucił menel.
Był od Logana niższy o głowę, lecz w tym momencie tak napompowany testosteronem, że chyba nie zwrócił uwagi na dysproporcję wzrostu.
Logan patrzył mu w oczy na tyle długo, by zrobić odpowiednie wrażenie, po czym zajrzał w głąb mieszkania, gdzie na końcu korytarza stała chuda dziewczyna o włosach w na pewno nienaturalnym kolorze. Obejmowała się ramionami i przestępowała z nogi na nogę.
Na gołej podłodze wokół niej leżały skorupy rozbitego kubka, na ścianie, w miejscu jego uderzenia, ciemniała plama kawy albo herbaty.
- Wszystko w porządku? - zapytał Logan.
- A chuj cię to obchodzi - warknął menel.
Logan zaszczycił go przelotnym spojrzeniem.
- Odniosłeś wrażenie, że zwracam się do ciebie? - zapytał.
Tors wypiął się jeszcze mocniej. Logan niemal usłyszał chrzęst stawów, gdy sukinsyn zacisnął pięści.
- Coś ty, kurwa, powiedział?
- Proszę pani? - Logan zignorował faceta. - Wszystko w porządku?
Otworzyła usta, ale zamknęła je w momencie, gdy drzwi zaczęły się zamykać.
- Nic jej nie jest. Wypierdalaj.
Drzwi zatrzymały się na czubku buta inspektora. Logan przez chwilę zamierzał sięgnąć do kieszeni płaszcza po legitymację, ale uznał, że zostawi tę niespodziankę na później.
- Zabierzesz pieprzoną nogę?
- Zamkniesz pieprzoną gębę? - odparował Logan, mierząc go wzrokiem.
To było jawne wyzwanie. Detektyw wiedział, że sytuacja może się teraz rozwinąć w dwóch kierunkach. Albo menel zaryzykuje i pójdzie na zwarcie, albo się wycofa. Stchórzy. Narobi w spodnie.
- Co? - bąknął facet.
Chyba odrobinę zmalał i teraz ukradkiem lustrował Logana od stóp do głów.
A więc pełne gacie.
- Proszę pani? Wszystko w porządku? - dopytywał Logan. - Słyszałem krzyki.
Przestała przestępować z nogi na nogę i przeniosła ciężar ciała na jedno biodro. Patrzyła na Logana z szyderczą miną.
- Wścibski nam się trafił. Co cię to obchodzi? Spadaj!
Ośmielony tym tępak o tłustych włosach zaczął walić drzwiami w stopę Logana.
- Słyszałeś. Wszystko gra. A teraz się odpierdol.
Logan spojrzał na nich oboje i przygryzł wargę.
- W porządku - odrzekł.
Chciał wysunąć stopę ze szpary w drzwiach, gdy zauważył mocno podeptaną górę poczty na podłodze. Głównie szare koperty ostemplowane czerwonym ostrzeżeniem OSTATNIE WEZWANIE DO ZAPŁATY.
- Tanya - przeczytał imię na jednej z etykiet. Znowu popatrzył dziewczynie w oczy. - Mieszkam nad wami. W razie gdybyś mnie potrzebowała.
Bez słowa wbiła wzrok w podłogę i mocniej oplotła się ramionami, a Logan cofnął stopę. Drzwi między nimi zamknęły się z hukiem.
- Kutas! - warknął facet już zza nich, a potem zadudniły oddalające się kroki, dobiegło jakieś mamrotanie i trzaśnięcie drzwi w głębi mieszkania.
Logan prychnął pod nosem.
- Witamy w dzielnicy - mruknął.
Sięgnął do kieszeni po klucze, wolno pokonał ostatni ciąg schodów i wreszcie dotarł do domu.
Klatka schodowa z brudnymi oknami i metalową poręczą, z której złaziła farba, wyglądała na ponurą i steraną. Mniej więcej to samo można było powiedzieć o mieszkaniu Logana.
Początkowo zorganizowano mu porządny lokal z oknami wychodzącymi na rzekę, dopóki nie interweniował Bosco Maksimiuk, miejscowy deweloper i handlarz narkotyków, od lat dręczący Logana jak wrzód na tyłku. Od tego czasu inspektorowi nie udało się wynająć jeszcze trzech kolejnych mieszkań i był przekonany, że stoi za tym Bosco.
Po obejrzeniu tego lokum Logan w duchu liczył na to, że ta umowa za sprawą Bosca też nie dojdzie do skutku. Niestety, jego ofertę zaakceptowano, kaucję przyjęto i agent wręczył mu klucze, nawet nie ukrywając, że trudno mu uwierzyć we własne szczęście.
Wnętrze było w pełni umeblowane, lecz Logan upierał się, by - zanim tu zamieszka - większość sprzętów usunięto, najlepiej złożono w wielki stos i spalono gdzieś bardzo daleko. Zwłaszcza kanapę, którą pokrywała taka masa plam brudu, że wyglądała jak mapa nowo odkrytego kraju. Nikt przy zdrowych zmysłach by na niej nie usiadł.
W miejsce wyrzuconego wyposażenia inspektor kupił kilka mebli. Nową kanapę. Stolik. Tego rodzaju rzeczy. Żona Bena, Alice, poinformowała go później, że w ogóle do siebie nie pasują i kanapa jest za duża do tego salonu. Jak na złość, prawdopodobnie miała rację.
Logan z jękiem zdjął płaszcz, rzucił go na podłokietnik kanapy i opadł obok. Trzyosobowy mebel może i był za duży, ale za to wygodny. I powinien, wziąwszy pod uwagę, ile na niego wybulił.
Zsunął buty i oparł stopy na stoliku, a wtedy przyszły mu do głowy dwie myśli naraz. Po pierwsze i najważniejsze - zanim usiadł, powinien był nastawić czajnik. Teraz musiał się podnieść, a już tak wygodnie się usadowił. Popełnił kardynalny błąd i przeklinał się za to.
Oczywiście nie mógł napić się herbaty.
Zastanawiał się nad tym przez moment, ale szybko odrzucił tę możliwość jako niedorzeczną. Owszem, był zmęczony, ale nie do tego stopnia, żeby z własnej woli rezygnować z wyjątkowej przyjemności, jaką był kubek herbaty po pracy.
A gdzie posterunkowy Neish, gdy człowiek go potrzebuje?
Druga myśl, która przyszła mu do głowy, miała związek z mrugającą czerwoną lampką w telefonie, sygnalizującą, że dostał nową wiadomość. Nigdy dotąd nikt nie nagrał mu wiadomości, dzwoniąc pod numer stacjonarny. Nie przypuszczał nawet, żeby ktokolwiek go znał. Pewnie jakiś telemarketing w sprawie odzyskania pieniędzy z ubezpieczenia kredytu albo rzekomego wypadku samochodowego, w którym nie brał udziału, ale w drodze do kuchni i tak musiał przejść obok aparatu, więc postanowił sprawdzić, o co chodzi.
Potrzebował całych czterdziestu sekund, aby się zorientować, którym przyciskiem odtwarza się nagrane wiadomości. Włączył je i poszedł do kuchni, gdzie odłączył kabel od czajnika i zaczął nalewać wodę z kranu.
- Masz... jedną nową wiadomość - oznajmiła maszyna niezbyt przekonującym kobiecym głosem. - Od... numer nieznany. Otrzymaną dziś o godzinie... osiemnastej czterdzieści dziewięć...
Logan z powrotem przykrył czajnik pokrywką i wcisnął wtyczkę do gniazdka.
Z głośnika telefonu nie dobiegł jednak żaden dźwięk. Inspektor włączył czajnik, zastanawiając się przelotnie, czy wiadomość już zaczęła się odtwarzać, czy będzie musiał podejść do telefonu i wcisnąć inny przycisk.
Wtedy usłyszał. Przytłumiony szmer. Niewiele głośniejszy od ciszy, sugerujący, że po drugiej stronie jest pustka. Zabrzmiał w niej oddech. Potem drugi. Wdech. Wydech. Powoli i równo.
A potem rozległ się trzask i rozmówca odłożył słuchawkę, a po trwającym pół sekundy braku sygnału znowu odezwał się głos automatu.
- Nie masz więcej wiadomości. Aby odtworzyć wiadomości, naciśnij jeden. Aby je usunąć, naciśnij...
Logan wychylił się zza futryny i dźgnął palcem przycisk, uciszając maszynę.
Przez moment myślał o wiadomości, zaraz jednak zabulgotała woda w czajniku, więc otworzył szafkę, w której trzymał kubki.
Gdy zobaczył, że jest pusta, skierował wzrok na zlew, w którym - jak klocki Jengi - piętrzyła się góra brudnych naczyń.
Wybrał najmniej brudny kubek i opłukał go pod kranem, a potem usadowił się na za dużej kanapie i oparł wielkie stopy o blat stolika. O wiadomości zdążył zapomnieć.
*
Kel ziewnął, przeciągnął się i wyszedł z prowizorycznej części sypialnej oddziału ratunkowego wprost przed nadjeżdżające korytarzem nosze z karetki. Dwoje ratowników w ciemnozielonych uniformach, które z przodu były jeszcze ciemniejsze od plam krwi, dyktowało dane pacjenta wyraźnie rozgorączkowanej pielęgniarce.
Jeden z oddziałowych lekarzy, zgięty wpół, dreptał bokiem przy noszach i zajmował się pacjentem. Zwrócony tyłem do Kela zasłaniał twarz chorego.
Kel cofnął się do pokoju, aby mogli przejść korytarzem. Jedna ze starszych pielęgniarek - Cindy - szła bokiem tak samo jak lekarz, tyle że po drugiej stronie noszy.
Robiła to już wcześniej setki razy, ale teraz w jej ruchach dało się zauważyć panikę, a w głosie pobrzmiewało zdenerwowanie.
- Esme? Esme? Słyszysz mnie, skarbie?
- Chwileczkę, co? - Kel znowu wysunął się na korytarz, gdy nosze minęły drzwi. - Esme?
Ratowniczka obejrzała się przez ramię. Miała szeroko otwarte oczy i ogromne źrenice. Jej szyję jak szal otaczała szkarłatna pręga.
- Tak. - W jej oczach pojawił się błysk, kiedy rozpoznała Kela. - To Esme. Została zaatakowana.
- Zaatakowana?! Co?! - wykrztusił. - Jesteś pewna?
Ratowniczka zacisnęła wargi w wąską zbielałą kreskę. Spojrzała na kobietę na noszach i z trudem przełknęła ślinę.
- Tak - wychrypiała przez ściśnięte gardło. - Jestem pewna.
*
Logana obudził dzwonek telefonu. Drgnęła mu ręka i przewróciła chyboczący się na brzuchu kubek, z którego na koszulę wylała mu się zimna herbata.
- Cholera - wymamrotał, gdy zimno rozproszyło resztki snu i kazało mu szeroko otworzyć zapuchnięte powieki.
Odstawił kubek na stolik i przetrząsał kieszenie płaszcza, dopóki nie znalazł telefonu. Nawet nie sprawdził numeru na wyświetlaczu. Nie było potrzeby. Kto inny mógł do niego dzwonić o tej porze?
- Logan - burknął, powstrzymując ziewanie.
Zerknął na zegarek. Po jedenastej. Drzemał ponad godzinę.
Przez chwilę słuchał głosu po drugiej stronie.
- Kiedy? - zapytał, gdy rozmówca umilkł.
Wysłuchał odpowiedzi, po czym jeszcze raz spojrzał na zegarek.
- Jasne. Już jadę. Zawiadom sierżant McQuarrie. Przekaż jej, że tam się spotkamy. Miejsce zabezpieczone?
Skinął głową, choć rozmówca nie mógł tego widzieć.
- Świetnie. W porządku, informuj mnie na bieżąco.
Rozłączył się, odchylił głowę na oparcie kanapy i westchnął.
Może wezmę parę dni wolnego...
Prychnął na samą myśl o tym zamiarze.
- Prędzej mi tu wyrośnie las cholernych kaktusów.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI