PROLOG
SIEĆ BUNKRÓW OLBRZYM,
Góry Sowie, okupowana Polska, 12 stycznia 1943 roku
Obudziły go krzyki za ścianą.
Nic nowego. To koledzy wydzierali się, poganiając więźniów. Żydów,
Polaków, Rosjan i wszelkiej maści podludzi, których nie znosił tak samo
jak tej dziadowskiej roboty. Przez to robactwo musiał tu gnić już siódmy
miesiąc i naprawdę rzadko widział światło słoneczne. Ostatni raz w Boże
Narodzenie, gdy razem z pozostałymi żołnierzami wyszli z bunkra i przyozdobili jeden z pobliskich świerków. Powiesili łyżki, widelce, a nawet kilka prawdziwych niemieckich bombek, które jakiś ważniak
przywiózł w przydziale na święta. Na świeczki zabrakło, więc przywiązali
do gałązek zapalniczki, ale i tak przez chwilę poczuł się jak w domu.
Dostali też dodatkowe porcje jedzenia, bonusowy karton papierosów i po
butelce polskiej wódki, a że kilku z jego kolegów wybrało się na
polowanie, to wigilijna kolacja zamieniła się w prawdziwą ucztę. Razem
śpiewali kolędy, w tym jego ukochaną Stille Nacht. Jej echo wracało
odbite od pobliskich skał i gęstej ściany świerkowo-bukowego lasu,
przykrytego grubą warstwą białego puchu, nadając tej chwili
niezapomniany klimat. Było tak pięknie, że nawet poczęstował jednego z wracających do kopalni Polaków papierosem. Chwila słabości? Nie, nigdy w stosunku do tych zwierząt. Oni mieli zapracować na przyszłość jego i jego rodziny, żony Ewy oraz trójki dzieci - czteroletniej Ingi,
sześcioletniego Franza i dziesięcioletniego Alberta. Dlaczego
poczęstował więźnia tym papierosem? Sam tego nie wiedział. Może dlatego,
że i zapchlonemu kundlowi czasem należy się kość. Chociaż w Wigilię.
Ogarnął wzrokiem wykute kilofami pomieszczenie. Przypominało jamę
jakiegoś pierwotnego człowieka. Ile to razy już je widział i ile jeszcze
będzie musiał? Czasem myślał, że lepiej byłoby pojechać na front.
Przynajmniej mógłby codziennie oglądać słońce. A tu? Zimne, mokre,
skąpane w wiecznym półmroku lub całkowitej ciemności skały, przenikliwy
chłód, woń potu, uryny i gnijących na ciele mundurów. Słabe światło
żółtych jarzeniówek tylko gdzieniegdzie rozświetlało surowe wnętrza, w tym jego skromny, dzielony z innymi żołnierzami pokoik dwa na trzy
metry, równie odpychający, jak pożyteczny, gdy człowiek potrzebował
odpoczynku. Można było zamknąć drzwi i choć na parę godzin zapomnieć o całym tym popieprzonym świecie.
Podniósł się, przetarł oczy i ochlapał twarz zimną wodą z wiadra
stojącego przy jego prowizorycznym łóżku. Spojrzał na zegarek, na
którego zaparowanej tarczy ledwo było można dostrzec wskazówki.
Trzynasta dwadzieścia siedem. Do piętnastej zostało ponad półtorej
godziny, ale wiedział, że jak już się obudził, to raczej nie zaśnie.
Chwycił mausera i zapiął mundur na ostatni guzik. Mimo braku termometru
nie miał wątpliwości, że temperatura pewnie niewiele przekracza zero
stopni. Przez ostatnie dni, gdy na zewnątrz panowały
ponaddwudziestostopniowe mrozy, nawet ich niemiecki system ogrzewania
nie dawał rady. Było bardzo zimno.
Głosy się nasiliły. Szybko skojarzył właściciela tego najbardziej
donośnego. Należał do Helmuta Griesena, z którym lubił grywać w pokera i którego niemal zawsze ogrywał. Żołdak pochodził ze wsi pod Duisburgiem i stanowił klasyczny przykład paranoika i sadysty, a do tego był porywczy,
błyskawicznie się denerwował i uwielbiał wyżywać na więźniach. Katował
ich czasem na śmierć i pewnie lepiej nadawałby się do zwykłego obozu niż
tu, gdzie ludzkie życie, choćby najbardziej podłe, trzeba było szanować.
Kiedyś nawet obcięto mu żołd, gdy zatłukł jakiegoś Polaka. Facet
wyraźnie miał pecha, bo Helmut krótko wcześniej przegrał równowartość
tygodniówki, więc wyładował na nim swoją frustrację. Walił go pałką po
całym ciele, potem kolbą karabinu, bo więzień poprosił o szklankę wody.
Ponieważ ten wciąż nie chciał wyzionąć ducha, Griesen usiadł na nim
okrakiem, wziął kawałek skały i z całej siły gruchnął nim w głowę
biedaka. Trzask miażdżonej czaszki odbił się wówczas echem w całym
korytarzu, potem nastała grobowa cisza. Helmut długo siedział na trupie
Polaka, próbując złapać oddech, spocony, wściekły. W końcu wstał,
otrzepał mundur i zapalił papierosa. Mocno się zaciągnął i gdy tylko
odwrócił głowę, został potężnie spoliczkowany przez majora Schückera, na
oczach kilku innych więźniów, co dotknęło go jeszcze bardziej. Obcięto
mu żołd i stracił przepustkę, którą miał dostać za niecały tydzień.
W Olbrzymie ceniono każde życie, tu liczyła się praca. A jak nie było
ludzi do pracy, to ta szła wolniej. Oficerowie wiedzieli o tym i pilnowali, aby bez sensu nie tracić siły roboczej. Krzepki więzień bywał
karmiony lepiej niż szeregowi żołnierze, co lubiącego sobie podjeść
Helmuta mocno irytowało, a czasem doprowadzało do szału, i często mścił
się za to w każdy możliwy sposób. Wyzywając, poniżając, bijąc za
najmniejsze przewinienie, czasem ot tak, dla zasady. Po prostu. Bo
lubił.
Oliver nie miał takich skłonności. Nie był sadystą. Ojciec, Wilhelm
Wiesemann, uczył go od zawsze, że dobry żołnierz wykonuje rozkazy. Nie
robi nic ponad to. I on je wykonywał. Nie żeby specjalnie żałował tych
prostaków ze wschodnich rubieży Europy czy tym bardziej ohydnych
żydowskich szkodników. Nie czuł jednak potrzeby, żeby marnować siły na
poniżanie czy bicie. Oni mieli pracować na jego wspaniały naród, na jego
rodzinę i dzieci.
- Ty podła żydowska świnio! - usłyszał głos Helmuta, który wymierzał
razy jednemu z więźniów w głębi tunelu. W ruch znów poszła kolba
karabinu. - Wstawaj, ty kupo żydowskiego gówna! I spróbuj jeszcze raz to
upuścić, to zatłukę na śmierć!
Oliver wychylił się ze swojej klitki i poświecił latarką. Więzień
klęczał, chroniąc rękami kark. Wiadomo, co to za jeden. Numer 1999.
Łatwy do zapamiętania, także dla Helmuta, który upodobał go sobie i karcił przy każdej nadarzającej się okazji. Wyglądało to trochę
komicznie, bo gdyby ten Żyd stanął z Griesenem do walki na pięści,
zmiótłby go jednym machnięciem swojej wielkiej graby. Przewyższał go o głowę, miał ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, przy
niecałych stu sześćdziesięciu pięciu Helmuta. W barach był potężny jak
tur. Oliver nie miał wątpliwości, że gdyby chciał, jedną ręką wbiłby
Griesena w ziemię. Ale właśnie takich ten sadystyczny strażnik lubił
katować najbardziej, pewnie lecząc się z kompleksu niższości, bo chociaż
Helmut był sympatycznym kolegą, to momentami nawet jego potrafił
doprowadzić do szewskiej pasji.
- Daj mu wstać, bo znów stracimy człowieka i obetną ci żołd! - krzyknął
Oliver. - A chcę jeszcze w tym tygodniu wygrać od ciebie parę marek -
dodał z przekąsem.
- Nie masz szans. Tym razem oskubię cię do golasa - odburknął Griesen,
sięgając po paczkę najpopularniejszych w szeregach Wehrmachtu papierosów
marki Juno. Pozwolił więźniowi podnieść się z kolan, zapalił. - Ale temu
szkodnikowi się należało. To bardzo cenny i ważny ładunek. Dostaliśmy
rozkaz znieść go aż do piątego poziomu, gdzie mają odebrać go... no wiesz...
Wiedział. Zaraz po Nowym Roku przyjechał tu specjalny oddział SS. Nigdy
wcześniej nie widział tak wysokich rangą dygnitarzy partyjnych. Podobno
był nawet sam Führer, ale Oliver i większość bliższych mu kolegów go nie
widzieli. Zauważył natomiast innych, w tym Hauptsturmführera Ernsta
Schäfera oraz samego Reichsführera Heinricha Himmlera - prawą rękę
ukochanego wodza Adolfa Hitlera. Ich pojawienie się w otoczeniu
kilkunastu innych członków NSDAP wzbudziło wówczas w Olbrzymie spore
zamieszanie, tym bardziej że część przybyłych na pewno nie była
żołnierzami, raczej jakimś typem naukowców czy kimś w tym rodzaju.
Wywnioskował tak po tym, jak byli oprowadzani po bunkrze, jak
analizowali otoczenie, jak oficerowie tłumaczyli im zalety tej
nieskończonej sieci tuneli. I nie nosili klasycznych mundurów SS, tylko
takie, których dokładnie nie potrafił sklasyfikować, w każdym razie na
pewno nie należały do zawodowych żołnierzy, tego jednego był pewien. Kim
jednak byli, nigdy się nie dowiedział, choć zaczęły krążyć plotki, tyle
że zaraz major Schücker zakazał wszystkim rozmawiać na ten temat i on,
jako dobry szeregowy, po prostu posłuchał rozkazu.
Przyjrzał się bliżej wielkiej, dębowej, wzmacnianej stalowymi płytami
skrzyni, którą niosło, jak szybko policzył, aż dwunastu więźniów.
Słyszał, że transport podobnej odbywał się w dzień przyjazdu najwyższych
dygnitarzy Rzeszy, ale wtedy pech chciał, że trzymał wartę w innej
części bunkra. Podszedł bliżej. Miała prawie trzy metry długości, ponad
półtora szerokości i wysokości, może nawet więcej, ale w półmroku trudno
było jednoznacznie ocenić jej wymiary. Więźniowie taszczyli ją na
kilkumetrowych stalowych rurach, a gdy zbliżyli się do kolejnej słabo
żarzącej się lampy i światło zaczęło powoli obejmować skrzynię swoim
blaskiem, jego oczom ukazał się czarny, wzorowany na symbolu rzymskich
legionów orzeł trzymający w szponach wieniec, wewnątrz którego
znajdowała się swastyka. Na wierzchu widniała świeżo przybita pieczęć, a na niej wielkimi literami zaznaczono "ściśle tajne"; taki sam napis
widział dziś rano, gdy pod koniec zmiany natknął się na Petera Neumanna.
Kompan prowadził czwórkę więźniów z podobną, choć sporo mniejszą
skrzynią. Jakiekolwiek pytania o to, co może się znajdować w środku, nie
miały większego sensu, więc Oliver postanowił tego nie roztrząsać i sięgnął po paczkę papierosów.
- Windą zjedziecie co najwyżej do trzeciego poziomu - zwrócił się do
Helmuta. - Potem znów czeka was prawie półkilometrowy spacer, więc daj
im trochę odsapnąć - dodał, wcale nie kierując się litością wobec
wycieńczonych więźniów, a jedynie troską o to, aby ładunek dotarł do
celu w nietkniętym stanie.
- Odsapną, gdy doniosą - odburknął Griesen.
- Droga do kolejnej windy jest już łatwa, ale tu, za zakrętem, uważaj.
Za rogiem jest trochę stromo i ślisko. Sprawdź, czy wszyscy mają dobre
buty - ostrzegł Oliver, grzebiąc w przepastnych kieszeniach munduru. W końcu odnalazł paczkę zapałek i przypalił papierosa.
- To zwierzęta. Należy tylko dobrze ich wytresować, a będą chodzić jak w zegarku, nawet bez butów. - Griesen wykrzywił usta w grymasie pogardy. -
Dadzą radę, w przeciwnym razie będę z nich pasy darł. Słyszeliście,
zapchlone sukinsyny?! - wydarł się do niosących skrzynię więźniów, ale
ci nie zareagowali.
- Dobra, dobra. Bądźcie ostrożni - mruknął Oliver, usuwając się z drogi
i przepuszczając więźniów z ciężkim ładunkiem.
Już chciał się cofnąć do swojej komórki, aby odleżeć pozostałe półtorej
godziny do czasu swojej warty, gdy nagle poczuł dziwną woń. Zdecydowanie
nieprzyjemny zapach, jakby odchodów zmieszanych z czymś trudnym do
zdefiniowania. Skrzywił się, ale postanowił, że nie jest to kwestia, nad
którą powinien się zastanawiać w wolnym czasie, więc klepnął idącego za
więźniami Helmuta, kiwnął głową dwóm innym strażnikom i wrócił do swojej
skalistej klitki.
Usiadł na łóżku, spojrzał na zegarek, oparł mausera o ścianę i położył
się na łóżku. Okrył się kocem i zamknął oczy z nadzieją, że mimo
przeszywającego zimna uda mu się zdrzemnąć. Z lekkiego półsnu wyrwała go
seria niepokojących dźwięków. Otworzył powieki, nasłuchując. Hałasy
niosły się z głębi tunelu, być może nawet z niższego poziomu.
Metaliczne, donośne, nigdy takich nie słyszał. Wtedy rozległ się trzask
pękającego drewna.
Pomyślał, że ten debil Griesen pewnie znów zlał któregoś z więźniów, a ci upuścili ładunek, który mógł się roztrzaskać o skały. Niechętnie
sięgnął po mausera i już miał wyjść na korytarz, gdy z głębi tunelu
poniósł się przeraźliwy wrzask dobiegający z kilkunastu gardeł. Stanął
jak wryty, bo nagle zdał sobie sprawę, że słyszy coś jeszcze. Dziwny
dźwięk, przez który skamieniał. Pomimo niskiej temperatury na skronie
wystąpiły mu krople potu. Stał i nasłuchiwał. Rozległy się strzały, a potem znów to coś, czego nawet nie chciał sobie wyobrażać.
Nastała cisza. Sekundy ciągnęły się jak minuty, a on dalej tkwił
nieruchomo jak słup soli. Zdał sobie sprawę, że się modli. Wtedy
usłyszał kroki. Szybkie, paniczne. Ktoś biegł tunelem w jego stronę. I znowu to coś. Coś, o czym nawet bał się myśleć. Wtem krzyk zastąpiło
przeciągłe charknięcie i jakby gulgotanie, dźwięk, który słyszał już
wiele razy. Odgłos człowieka, któremu kula rozerwała płuca i który
zaczyna topić się we własnej krwi. Potem trzask, dokładnie taki jak
wtedy, gdy Helmut zmiażdżył kamieniem czaszkę temu Polakowi. I znów
cisza. Tak dojmująca, że słyszał bicie własnego serca.
A potem usłyszał coś tak ohydnego i przerażającego, że jego umysł, choć
oswojony z wojennymi doświadczeniami, nie był w stanie tego przyswoić.
Przełknął ślinę, bo mięśnie nóg odmówiły mu posłuszeństwa. Chciał
zniknąć, po prostu zapaść się pod ziemię, a najlepiej przenieść w inne
miejsce. Do siebie, do rodzinnego domu pod Magdeburgiem, gdzie zawsze
czuł się bezpiecznie i gdzie czekali na niego żona i trójka ukochanych
dzieci. Ta myśl wróciła mu czucie. Instynkt podpowiedział, że musi
uciekać. Natychmiast!
Otworzył drzwi i pobiegł w kierunku wyjścia z bunkra. Tunel wypełniła
zaś seria odgłosów, które spętały mu nogi, a on poślizgnął się i runął
jak długi. Uderzył twarzą o skałę, mimo to niemal natychmiast się
podniósł. Odrzucił mausera. Wiedział, że broń na nic mu się nie przyda.
Za plecami znów usłyszał ten dźwięk. Zbliżał się błyskawicznie. Oliver
Wiesemann pojął, że już po nim.
* * *
Ziemia Królowej Maud, Antarktyda, 13 maja 1947 roku
Przeciągnął zapałką po drasce, ale wiatr po raz kolejny zdmuchnął
płomień. Zaklął i sięgnął po następną. Gdy tylko nastąpił zapłon, od
razu przypalił papierosa i mocno się zaciągnął. Rozbłysk ukazał w ciemności młode, choć wyraźnie męskie rysy. Policzki i brodę pokrywał
kilkudniowy zarost powleczony białym szronem, a na brwiach i pod nosem
wisiały niewielkie sople. Mężczyzna objął spękanymi wargami papierosa i wciągnął energicznie dym do płuc. Spojrzał w gwiazdy, które odbiły się w jego źrenicach niczym dwa diabelskie ogniki. Znów zapadł mrok, który
rozświetlała od czasu do czasu maleńka iskierka żarzącego się papierosa.
Prawie nie czuł dłoni, ale prawej nie schował z powrotem do grubej
skórzanej rękawiczki. Był żołnierzem brytyjskiej piechoty morskiej, a w szeregach Royal Marines służyli tylko twardzi ludzie. Przez cztery lata
wojny nie zabili go Niemcy ani Włosi, więc dlaczego miałby to zrobić
mróz, nawet jeśli słupek rtęci spadł poniżej minus czterdziestu sześciu
stopni Celsjusza.
Raz jeszcze spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Tak pięknego nie widział
nigdy wcześniej. Setki drgających punkcików zdawały się odgrywać jakiś
magiczny rytuał, swoisty taniec na nieprzeniknionej czerni nieboskłonu.
Lubił patrzeć w gwiazdy, to go uspokajało. Gdy kładł się po każdej
kolejnej akcji, gdy już zabił wystarczającą liczbę nazistów, gdy po raz
kolejny udało mu się ujść z życiem, schodziły z niego wszystkie emocje.
Właśnie wtedy, gdy patrzył w gwiazdy. Nigdy się specjalnie nie
zastanawiał, co jest tam, daleko. Po prostu czuł spokój, który pozwalał
mu w końcu zasnąć i obudzić się z nadzieją, że następnego wieczoru znów
będzie miał szansę spojrzeć w niebo. Że ponownie uśmiechnie się do niego
fortuna i nie dostanie kulki w łeb, jak dziesiątki jego kompanów, z którymi przez tyle lat walczył ramię w ramię. Widział już niebo nad
Saharą, w Normandii, a nawet w niemieckich Alpach. No i oczywiście na
jego ukochanej wyspie. Z nią wiązało się tyle wspaniałych wspomnień:
ciepłego domu, kochającej matki, która co ranek budziła go zapachem
jajek smażonych na bekonie - pysznych i przypominających mu Anglię.
Nigdy jednak nie widział nieba tak kryształowego, czystego i przytłaczającego swoim pięknem jak tu.
Kolejny mroźny powiew, który poczuł na zmrożonych policzkach, sprowadził
go na ziemię. Ostatni raz zaciągnął i wyrzucił papierosa, a jego żar
natychmiast zgasł w głębokim śniegu. Założył rękawiczkę na zgrabiałą
rękę, mocniej naciągnął gruby wełniany kaptur na głowę i odwrócił się w stronę murowanego budynku.
Mimo że trochę się uspokoił, to jednak wciąż był zły. Nie na to, gdzie
się znalazł, nie na to, co robił. Na to, co go omijało. Bo skoro już
przerzucono go z Gibraltaru na Falklandy, skoro przeszedł morderczy
trening walki na mrozie i skoro w końcu wylądował w tym cholernym
lodowym piekle, to mogli go przynajmniej zabrać ze sobą.
Trzy lata, trzy cholerne lata, pomyślał i chwycił za klamkę drzwi
niskiego budynku w kształcie podkowy. Trzy lata więcej i pułkownik nie
obszedłby się z nim jak z gówniarzem mającym jedynie stać na czatach.
On, facet, który dostał osiem wyróżnień i orderów podczas drugiej wojny
światowej, został potraktowany jak zwykły żółtodziób. Ta myśl nie
chciała go opuścić, gdy zamykał za sobą drzwi. Czuł, że omija go coś
ważnego, może nawet wielkiego.
Ściągnął rękawiczki i potarł o siebie dłonie. Krążenie zaczęło wracać.
Rozpiął grubą skórzaną kurtkę i kilka razy uszczypnął się w policzki.
Chociaż w tym stroju wyglądał jak bokser wagi ciężkiej, wcale nie był
potężnie zbudowany. Owszem, miał wysportowaną sylwetkę, szerokie barki i wąską talię, lecz krzepa nie kryła się tylko w mięśniach, ale i w charakterze. Nie mogło być inaczej, skoro przez ostatnie lata jego ciało
i umysł dzień w dzień przyzwyczajały się do niemal nadludzkiego wysiłku.
Do tego trzymiesięczny, najtrudniejszy w życiu trening przed wyjazdem na
to lodowe pole. Przełożeni nie mieli litości.
- Antarktyda to najbardziej nieprzyjazne miejsce na ziemi. Zlekceważycie
ją, nie docenicie jej, wzgardzicie nią, a na pewno was zabije -
ostrzegał pułkownik Hudson.
Trening naprawdę był morderczy i ukończyli go nieliczni. On był wśród
nich. Nic nie zahartowało go tak jak te trzy miesiące w kanadyjskim
interiorze. Zawsze był silny, wszak wychował się na roli, ale teraz
działał jak dobrze naoliwiona maszyna. Był w stanie większość nazistów
powalić jednym ciosem. Kiedyś nawet takiego zatłukł gołymi rękami.
Wielkiego jak tur szeregowca z Afrika Korps, przyłapanego podczas
kampanii afrykańskiej przez jego kompanię na gwałcie na
kilkunastoletniej muzułmance w jednej z zapomnianych wiosek pod
Trypolisem. Sukinsyn dopiero co skończył. Niczego się nie spodziewał, bo
otoczyli wioskę pod osłoną nocy. To była pierwsza chata, na uboczu.
Wszedł tam z dwoma innymi żołnierzami. Zaskoczyli wroga, który nawet nie
zdążył podciągnąć spodni. Nie krzyczał, gdy zobaczył wycelowane w jego
stronę trzy lufy karabinów Lee-Enfield. Kazali mu się odsunąć i wtedy
zza wielkiego Niemca wyłonił się widok, który zszokował nawet jego,
znającego śmierć od podszewki. Na ziemi leżała straszliwie pobita
dziewczynka, okryta jedynie wąskim kawałkiem postrzępionej sukienki.
Krew zalewała jej opuchniętą twarz, cała dygotała, na ustach pęczniały
krwawe bąbelki śliny. Widział już wiele ofiar gwałtów i nieraz był
świadkiem tragicznej śmierci - w końcu to była wojna, ale gdy zobaczył,
że z krocza tej bezimiennej kilkunastolatki wystają resztki potłuczonej
butelki, nie miał litości. Zatłukł Niemca jak psa gołymi rękami.
Rzucił kurtkę na brudną starą kanapę i ruszył do prowizorycznej kuchni,
gdzie sięgnął do małego słoika, niemal po brzegi wypełnionego jego
ulubioną herbatą Assam. Czajnik z wodą postawił na palniku kuchenki i skierował się do pokoju. Niemal potknął się o skrzynię z ręcznymi
karabinami maszynowymi Bren. W całym budynku zalegało pełno podobnych
pojemników z najróżniejszą bronią, począwszy od pistoletów po setki
kilogramów materiałów wybuchowych.
- Głupi kutas! - mruknął pod nosem, wizualizując sobie kolegę z drużyny,
niejakiego Michaela Burberry'ego, wobec którego wysunął oskarżenie o zaniedbanie.
Nie lubił go, bo należał do tych wyrywnych cwaniaków, którzy wiecznie
muszą zaznaczać swoją obecność, poza tym to właśnie on poszedł dziś w interior zamiast niego. Tylko dlatego, że jest starszy. O trzy cholerne
lata, dodał w myślach i oparł się łokciami o kuchenny blat.
Co oni tam znajdą? Po co ich wszystkich tu przysłali?
Podobne myśli bezustannie krążyły mu po głowie. Misja miała najwyższy
stopień tajności, toteż nawet uczestniczący w niej żołnierze nie
wiedzieli, co czeka ich na miejscu. Po ilości zwiezionej broni
wnioskował, że muszą coś zniszczyć, i to raczej nie podlegało dyskusji,
ale co i dlaczego na to odludzie przysłali tylko dziewięciu mężczyzn,
tego już nie potrafił rozszyfrować. Tym bardziej wściekał się, że akurat
to on, jako jedyny z ekipy, musiał zostać na warcie.
Spojrzał na stertę teczek, z których wszystkie były oznaczone stemplem
"ściśle tajne". Nie czytał ich, bo nie mógł - taki otrzymał rozkaz.
Wielokrotnie korciło go, aby je otworzyć i choćby zerknąć, spróbować
zrozumieć, dlaczego tam jest, ale nigdy tego nie zrobił. Był żołnierzem,
a żołnierz wykonuje rozkazy. Jego wzrok powędrował na tablicę, na której
wisiały różnego rodzaju szkice, wykresy, trójwymiarowe mapy
przypominające sieć podziemnych tuneli. W oczy rzucał się zwłaszcza
jeden z nich, ze średnicą wynoszącą dokładnie siedem metrów, o długości
co najmniej osiemnastu kilometrów. Co to miało być? Nie miał pojęcia.
Z zamyślenia wyrwał go narastający świst oznajmiający wszem wobec, że
zaraz będzie miał w rękach kubek wypełniony pyszną gorącą herbatą.
Poszedł do kuchni, znów niemal potykając się o skrzynię z karabinami.
Zalał susz wrzątkiem i kilkadziesiąt sekund później siedział już na
kanapie, popijając ulubioną Assam. Otworzył "Timesa" sprzed dwunastu
dni. Przeczytał już dziesięć poprzednich numerów, przynajmniej tego nie
brakowało, bo dowództwo wysłało razem z nimi gazety z ostatnich kilku
tygodni. Jak zwykle zaczął od ostatnich stron, szukając wiadomości o ukochanym Arsenalu. Kanonierzy znów wygrali, tym razem z Burnley, a dwie
bramki strzelił niezawodny Ronnie Rooke. Miał już na koncie siedemnaście
trafień i pewnie kroczył po tytuł króla strzelców ligi, a jego ukochany
klub po mistrzostwo, o trzy punkty wyprzedzając na cztery kolejki przed
końcem rozgrywek Manchester United. Przed wojną jako młody chłopak
regularnie chodził na mecze z ojcem i dwoma braćmi. Sam grał w lidze
podwórkowej. Nadal kochał futbol, choć wiedział, że już nigdy nie
obejrzy żadnego w tym gronie. Najmłodszy, Nathan, po lądowaniu w Normandii zginął od ognia niemieckiego CKM-u, prawdopodobnie krótko po
opuszczeniu barki. Podobno można go było zidentyfikować jedynie po
śmiertelniku, bo kule roztrzaskały mu głowę na kawałki. Kilka lat
starszy Matthew, z którym tak rywalizował w domu, został wzięty do
niewoli i zakatowany w jednym z obozów koncentracyjnych.
Pierdoleni naziści.
To właśnie dlatego nie zdecydował się zostać po wojnie w Londynie, mimo
że matka błagała go, aby wystąpił z wojska. Nie było w nim tej radości,
tej niewinności, którą nosił w sobie przed wojną. Jak wielu kompanów nie
potrafił po krwawych wydarzeniach wrócić do normalnego życia. Zbyt wiele
stracił i teraz to koledzy z wojska zastąpili mu braci. Obecnie wśród
nich czuł się jak w domu.
Tuż przed końcem lektury relacji z meczu coś go tknęło. To nie był szum
wiatru, bo dziś nie dęło jak zazwyczaj. Wydawało mu się, że z oddali
dobiegło coś, co przypominało huk, może wystrzał. Odłożył gazetę i zaczął nasłuchiwać. Gdy znów wziął "Timesa" do ręki, dźwięk rozległ się
ponownie. Tym razem dwa, trzy, cztery razy. Odgłosy były ledwo
słyszalne, ale wykluczył wiatr. Podniósł się, chwycił kurtkę i rękawiczki, bo butów i grubych spodni jeszcze nie ściągnął. Po kilku
sekundach był już na zewnątrz, czując na policzkach setki igiełek
siarczystego mrozu. Zatrzasnął za sobą drzwi i przeszedł kilka metrów w całkowitej ciemności. Nie mógł nawet włączyć latarki, bo pułkownik
Hudson kategorycznie tego zabronił. Nie pytał dlaczego, tylko się
zastosował. Stanął i zaczął nasłuchiwać. Nic, absolutnie nic. Przez
następne kilka minut tajemniczy dźwięk już się nie powtórzył. Stał tak
jeszcze około kwadransa. Pomyślał, żeby zapalić papierosa, ale
przypomniał sobie, że nie ma już przy sobie ani jednego, więc wrócił do
budynku w kształcie podkowy i zatrzasnął za sobą drzwi. Rozebrał się,
próbując sobie wytłumaczyć, że w tym cholernym lodowym piekle zmysły
mogły go jednak zmylić. Ale sam w to nie wierzył. Intuicja rzadko go
zawodziła, a teraz kreśliła w jego głowie naprawdę ponure scenariusze.
Czaiło się w nich zło i odnosił dziwne wrażenie, że to zło już po niego
idzie.
Poszedł do pokoju, w którym stała kanapa, i chwycił swojego
lee-enfielda, na którego drewnianej kolbie własnoręcznie wygrawerował
herb Arsenalu. Przeładował broń i oparł ją o ścianę. Nie wiedział w sumie po co, bo kto mógł mu zagrozić w środku nocy na tym pustkowiu.
Przecież nie to zło, które chodziło mu po głowie. Zresztą był tu jedynie
z ośmioma żołnierzami, a w promieniu setek, jeśli nie tysięcy kilometrów
nie było żywej duszy, nawet drapieżników, co najwyżej pingwiny. Koledzy
pojechali ratrakami coś zbadać, ale co, wiedział pewnie tylko pułkownik
Hudson, choć to też nie było takie oczywiste. Coś tam jednak badali, i to już od sześciu dni. Dziś mieli zostać w bazie i czekać na eskortę,
ale pułkownik otrzymał od dowództwa nowe współrzędne, które musieli
sprawdzić. Ruszyli w teren, ale planowo mieli wrócić przed zmrokiem. A zmrok go trochę przerażał. Nie dlatego, że bał się zostać sam ciemną
nocą na tym pustkowiu, ale dlatego, że ta noc miała trwać kolejne cztery
miesiące...
Odrzucił tę myśl. Jeszcze sześć godzin temu, gdy kontaktował się przez
radio z drużyną w terenie, chłopaki zapewnili go, że wkrótce wracają.
Spóźnią się, ale kilka godzin po zachodzie słońca powinni dotrzeć do
bazy. Dwie godziny temu rozmawiał z dowództwem lotniskowca Vengeance,
który stacjonował u wybrzeża, a samolot miał startować, aby ich odebrać,
gdy tylko poprawi się pogoda. Rozkazy były jasne i wydawało się, że nic
nie może pokrzyżować precyzyjnie zaplanowanej misji. Instynkt mu jednak
podpowiadał, że coś poszło nie tak, tym bardziej że lakoniczne
komunikaty od ekipy w terenie były nieco dziwne. Pułkownik Hudson to
człowiek bardzo skrupulatny, wręcz pedantyczny, jeśli chodzi o czas. A tam coś ich zatrzymało i nawet konieczność powrotu nocą nie była w stanie zmusić ich do pojawienia się punktualnie. Co prawda ratraki były
wyposażone w aparaturę, która bez najmniejszego problemu umożliwiała
kierującemu dotarcie do celu nawet w egipskich ciemnościach, ale coś tu
jednak nie pasowało.
I jeszcze ten dźwięk. Najpierw pojedynczy, potem powtórzył się
kilkakrotnie. Czy to zmysły próbowały go oszukać? Czy mózg płatał mu
figle na tym przeklętym pustkowiu? Ale nawet jeśli jego instynkt się nie
mylił, to co mógł z tym zrobić? Nic, był bezsilny jak jeszcze nigdy
wcześniej. I to go przerażało najbardziej.
Żeby oderwać się od złych myśli, wrócił do artykułu o Arsenalu, potem
przejrzał te związane z aktualną sytuacją polityczną, jakiś kawałek o kobiecie, która została bohaterką, uratowawszy dziecko z nurtów Tamizy.
Czas jednak wciąż wlókł się niemiłosiernie. Spojrzał na zegarek.
Wskazówki zatrzymały się na szóstej czterdzieści siedem po południu. W Anglii o tej porze było jeszcze jasno, ale tu nie była Anglia, tylko
Antarktyda.
Głupie uczucie, niepokojące. Słońce zaszło o dwunastej trzydzieści
cztery, a ich jeszcze nie było.
Wtedy znów usłyszał ten dźwięk. Tym razem nieco inny. Ledwo słyszalny,
ale przecież znał go doskonale. Chwilę odczekał, aby się upewnić, i już
nie miał wątpliwości, to musiało być to. Nałożył kurtkę i rękawiczki
oraz zabrał paczkę papierosów. Wybiegł na zewnątrz. W tle niosły się
odgłosy warczących silników ratraków i teraz już był tego absolutnie
pewien. Niewielki jasny punkt w nieprzeniknionej ciemności tylko go w tym przekonaniu utwierdził. Ulżyło mu i trochę się zawstydził
wcześniejszych obaw. Ściągnął rękawiczkę, aby zapalić, gdy nagle
zorientował się, że coś jest nie tak. Dźwięk nadjeżdżających ratraków
znał już idealnie, ale ten był inny.
Tylko jeden! Tak, to był tylko jeden diesel, nie dwa. Zmrużył oczy.
Tylko jeden snop światła z ponad dwudziestu kilkusetwatowych
reflektorów. Silnik pracował na nienaturalnie wysokich obrotach, był
wręcz zarzynany. Ktokolwiek prowadził maszynę, chciał jak najszybciej
znaleźć się na miejscu. Wyrzucił zapałkę i wbił wzrok przed siebie,
próbując znaleźć gdzieś w oddali kolejny jasny punkt sugerujący, że z tyłu jedzie druga maszyna. Znalazł jedynie ciemność.
Przez moment się zawahał. Co mogło się stać? Dlaczego wraca tylko jeden?
Dlaczego kierowca pędził jak szalony? Coś musiało pójść nie tak. Teraz
już nabrał pewności, że dziwne odgłosy sprzed dwóch godzin nie były
wytworem jego wyobraźni. Tylko na co powinien się przygotować? Co mogło
spowodować tak dziwne zachowanie kierowcy?
Zorientował się, że nie ma przy sobie broni, a tylko ona dawała mu
poczucie bezpieczeństwa. Podejrzewał, że może mu być potrzebna. Pobiegł
do budynku i po chwili stał na zewnątrz z gotowym do strzału
lee-enfieldem. Ratrak był już nie dalej niż trzysta metrów od bazy.
Przez głowę marine przelatywały dziesiątki myśli. Jeszcze raz wbił wzrok
w ciemność, mając nadzieję, że gdzieś na horyzoncie pojawi się drugie
światełko. Słupek rtęci spadł już poniżej pięćdziesięciu stopni
Celsjusza, a do tego zerwał się porywisty wiatr. Nie czuł jednak zimna,
adrenalina zrobiła swoje. Tak samo jak przed każdą akcją, przed każdą
bitwą, przed każdym wyjściem pod niemiecki ostrzał. Lubił to doznanie,
wiedział, że tylko ono pozwala mu przetrwać w tym okrutnym świecie. Ale
tym razem instynkt mu podpowiadał, że nie skończy się na kilku
świszczących kulach. Czuł, że musi się przygotować na coś, z czym
jeszcze nie miał do czynienia.
Ratrak był już niecałe sto metrów od bazy. Blask reflektorów niemal
kompletnie oślepiał żołnierza, który mocniej zacisnął zgrabiałe dłonie
na broni. I czekał. Nic więcej mu nie pozostało. Pojazd z każdą sekundą
był coraz bliżej. Nie zwalniał, pruł wprost na niego. I wtedy usłyszał
ostry jęk potężnego diesla i ratrak się zatrzymał.
Od razu poznał postać, która wyskoczyła z pojazdu. Mike miał tak
wyjątkowy sposób poruszania się, że trudno byłoby go z kimś pomylić. A teraz zaczął przedzierać się przez głęboki śnieg.
- Co się stało? Dlaczego jesteś sam?! - krzyknął marine, próbując
przezwyciężyć wiejący wiatr. Postać zbliżała się w milczeniu, była już
niemal kilka metrów od niego. - Mike, kurwa! Co ci się stało?
Kompan nie zareagował i gdyby marine nie szarpnął go za ramię, gdy ten
przebiegał obok, pewnie nawet by go nie zauważył.
- Mike, do jasnej cholery! Dlaczego jesteś sam?
- Oni wiedzieli. Oni, kurwa, wiedzieli!
Krzyczał, ale jego słowa były ledwo słyszalne. Całą twarz miał zmrożoną
i pokrytą szronem. Nie mogło być inaczej, skoro Burberry nie miał na
sobie grubej żołnierskiej kurtki, którą dowództwo przygotowało
specjalnie na tę wyprawę.
Wziął go pod ramię i pomógł mu dostać się do budynku. Wiatr mocno
utrudniał obu żołnierzom dobrnięcie do bazy, w końcu jednak znaleźli się
w środku. Szybko zaprowadził kolegę na kanapę. Z ust Burberry'ego wyrwał
się ryk bólu. Zmrożona na kość górna część tułowia natychmiast
zareagowała na ciepło wewnątrz budynku. Mężczyzna runął na podłogę i zaczął wić się w konwulsjach. Jego twarz i dłonie były niemal czarne.
Marine wiedział, że takich odmrożeń nie da się wyleczyć, tkanki były
martwe i nie mógł już wiele zrobić dla kolegi. Musiał się jednak
dowiedzieć, co zaszło. Podniósł jęczącego kompana i położył go na
kanapie. Szybko popędził do kuchni, gdzie leżała apteczka. Wyjął
strzykawkę z morfiną, nalał chłodnej wody do kubka i spróbował podać ją
drżącemu jak osika Mike'owi. Odczekał kilkanaście sekund...
- Co się stało? Dlaczego jesteś sam? Co z innymi?
Mężczyzna nie odpowiadał. Szarpały nim konwulsje. Śmierć była blisko i marine wiedział, że jeśli teraz nie usłyszy prawdy o tym, co się
wydarzyło, to ta prawda na zawsze zostanie pogrzebana razem z Burberrym.
Zostało mu kilka, może kilkanaście minut.
- Wszyscy nie żyją. Nawet Richard... Nie dałem rady mu pomóc - wymamrotał
Michael, niemal nie otwierając ust. - Zabiły ich... Oni... Oneee...
- Mów, kto ich zabił! Co odkryliście i kto ich zabił?
- To nie byli... To nie... nieee... Misja wyyypełnionaaa.
Po tych słowach Burberry wziął głęboki oddech, jak się okazało, ostatni
w życiu. Jego klatka piersiowa nieco się uniosła, plecy wygięły w łuk,
po czym martwe ciało opadło z powrotem na kanapę. Ustało tętno, źrenice
powolutku zaczęły się rozszerzać. Marine przesunął delikatnie dłonią po
bordowej od mrozu twarzy kompana i zamknął mu powieki.
- Co chciałeś mi przekazać, Mike? Co tam się stało? - szepnął do siebie
i w tym samym momencie usłyszał dźwięk silników lądującego samolotu. -
Dlaczego powiedziałeś, że ich zabiły? - Dlaczego powiedziałeś "one"?,
dodał w myślach i spojrzał na teczki ze stemplem "ściśle tajne".
Pomyślał, że ma jeszcze kilka minut.
ROZDZIAŁ I
Warszawa, Polska, 26 marca
"Tomasz Turczyński,
t.turczynski@gazetalubuska.pl, 68 324 88 06" - tak podpisał ostatni
dzisiejszy artykuł, wysłał do do centrali w Zielonej Górze i powoli
zaczął zbierać manatki. Mimo że Polska po raz pierwszy w historii
wygrała dziś z Niemcami mecz eliminacji do mistrzostw świata, a on
widział to na własne oczy na Stadionie Narodowym, nie miał najlepszego
humoru. Więcej, gorszego nastroju nie pamiętał od wielu, wielu lat. Był
teraz chyba jedynym smutnym człowiekiem w tym olbrzymim nowoczesnym
obiekcie. Jeszcze przed wyjazdem targały nim takie emocje, że nie mógł
ich opanować. Przed pierwszym gwizdkiem musiał wypić dwa piwa, aby nieco
uspokoić nerwy i podniecenie. Teraz, gdy marzenie jego i trzydziestoośmiomilionowego narodu wreszcie się spełniło, on z laptopem
w plecaku samotnie podążał w kierunku wyjścia. Droga była pusta, bo
wszyscy wiwatowali na cześć piłkarzy i trenera, którego zapewne jutro
media okrzykną drugim Kazimierzem Górskim. No i tego niesamowitego
bramkarza, który swoimi licznymi genialnymi interwencjami zatrzymał
niezawodną niemiecką machinę. Polska wygrała 2:0 i miała już niemal
pewny awans na mundial, a Niemcy po raz pierwszy od niepamiętnych czasów
musieli się męczyć, aby uzyskać miejsce w barażach.
Chyba nigdy nie żywił tak ambiwalentnych uczuć. Złościł się, że babcia
nie zadzwoniła przynajmniej kilka godzin później, aby mógł się nacieszyć
tym historycznym zwycięstwem. A jednocześnie wkurzało go, że bywał taki
samolubny. Targały nim naprzemiennie złość i wyrzuty sumienia, że w chwili śmierci - choć już od jakiegoś czasu spodziewanej - najbliższej
mu osoby nie potrafi odrzucić od siebie tak idiotycznych myśli.
Szybko przemknął przez kolejne korytarze, nawet nie myśląc o robieniu
dodatkowych wywiadów w media zonie. Teraz to nie miało znaczenia. Był
szefem działu sportowego w "Gazecie Lubuskiej" i to on wyznaczał
standardy. Poza tym już w przerwie spotkania umówił się, że tę robotę
wykona Mariusz, dwudziestodwuletni student, którego wziął ze sobą na
mecz życia w nagrodę za jego dotychczasową pracę. Powiedział, że on sam
musi szybko wracać, ale żeby Mariusz zanocował w hotelu i nazajutrz
złapał pociąg, a on załatwi dla niego w redakcji zwrot kosztów. Wrzucił
go na głęboką wodę, ale przynajmniej młody poczuje, co to
odpowiedzialność i stres. Niech się uczy.
To był piękny marcowy wieczór. Normalnie Tomek poszedłby po meczu z kolegą z radia, z fotoreporterem i oczywiście z młodym na piwo.
Usiedliby w jednej z warszawskich knajpek i do późnej nocy fetowali
wielki sukces polskiej reprezentacji. Potem około południa następnego
dnia pojechaliby z powrotem do Zielonej Góry. Mógłby wsiąść za
kierownicę bez problemu. Nigdy dużo nie pił, a poza tym miał mocną
głowę, gdyż jego organizm bardzo szybko metabolizował alkohol. Z czasów
szkolnych pamiętał, że zawsze gdy jego koledzy umierali po imprezie, on
raniutko budził się i szedł po świeże bułki. Wszyscy mu tego
zazdrościli, bo prawie nigdy nie miał kaca. A jeśli nawet kiedyś mu
doskwierał, to objawiał się bardziej zmęczeniem niż zatruciem. I przechodził stosunkowo szybko.
Wpływ na tak dobrą przemianę materii mógł mieć też jego sportowy tryb
życia. Od najmłodszych lat lubił rywalizować. Taki miał charakter.
Zawsze chciał wygrywać i prawie za każdym razem mu się udawało.
Przynajmniej w sportach indywidualnych. Nie mogło być inaczej, skoro już
w wieku szesnastu lat miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ważył
dziewięćdziesiąt kilogramów. W większości zawodów był bezkonkurencyjny i zwykle pierwszy meldował się na mecie. Zwyciężał w bieganiu, skoku w dal, wzwyż, rzucie oszczepem, pływaniu i wielu innych konkurencjach.
Grał i był liderem w szkolnej drużynie piłki nożnej, ręcznej i koszykówki. Pewnie byłby i najlepszym atakującym w siatkówce, ale na to
już najzwyczajniej zabrakło czasu. Miał ksywkę "Tur". Trudno powiedzieć,
czy od nazwiska Turczyński, czy od postury, która zawsze dawała mu
przewagę nad rówieśnikami, a często i starszymi mężczyznami.
Kobiety lgnęły do niego, bo był przystojny, mógł w nich przebierać jak w ulęgałkach, co też robił. Twarde, męskie rysy, wydatna szczęka, prosty,
proporcjonalny nos i duże niebieskie oczy; całości dopełniały blond
włosy niemal do ramion, które przyprawiały młode dziewczęta o dreszcz
ekscytacji. Miał charyzmę, był odważny i pewny siebie, a to się zawsze
kobietom podobało.
- Niesamowicie pachniesz... - powiedziała mu kiedyś Anna, z którą spędził
noc. Nie odpowiedział. Słyszał to ciągle i zawsze ucinał temat, bo
akurat w tej kwestii miał całkowicie odmienne zdanie. Uważał, że poci
się ponad miarę i wtedy po prostu cuchnie. Co z tego, skoro tydzień
później Anna wyszeptała mu do ucha, że chce mieć z nim dzieci.
Niedługo później się rozstali, bo niespieszno mu było do babrania się w pieluchach. Czasem się zastanawiał, co jest nie tak z tymi kobietami, bo
niemal każda, z którą zaczynał się spotykać, od razu poruszała temat
potomstwa. Rozumiał, że to naturalna kolej rzeczy, ale pewne sprawy
wymagały czasu. A on nie chciał komplikować sobie życia na tak wczesnym
etapie. Był królem w swoim świecie. Nigdy nie narzekał też na brak
pieniędzy, bo dziadek, który wychowywał go od trzeciego roku życia, był
bardzo majętnym człowiekiem. Miał kilka ośrodków wypoczynkowych w okolicach Wałbrzycha i nigdy nie skąpił środków ukochanemu wnukowi.
Jednocześnie uczył go, że pieniądze to nie wszystko i najważniejsze jest
umieć je rozsądnie wydawać. Tomek szanował słowa i rady dziadka Włodka,
który był dla niego jedynym autorytetem, wzorem człowieka mądrego,
szlachetnego i uczciwego, a do tego regularnie udzielającego się
charytatywnie.
- Pamiętaj, dobro wraca - powtarzał mu nieustannie, a czasem dodawał: -
Tak jak zło. Ono też wraca...
Z zamyślenia wyrwała Tomka kaskada zacinających kropel, które nagle
runęły na przednią szybę samochodu. Włączył wycieraczki i rozejrzał się
po okolicy, próbując stwierdzić, ile drogi pozostało mu do Międzygórza.
Zbliżał się do Kłodzka, więc był już prawie w domu. W radiu leciała
akurat kolejna piosenka o Biało-Czerwonych, której miał w ostatnim
czasie serdecznie dość. Stara, ale wciąż jara Maryla Rodowicz darła się
do mikrofonu, że znów podbijemy świat, że Polska jest niezwyciężona i tym podobne głupoty. Rzeczywiście, parę godzin temu pokonaliśmy Niemców,
ale raz, że był to łut szczęścia, a dwa, że wciąż nie było składu, aby
choć powalczyć na mundialu o coś więcej niż ćwierćfinał.
Znowu ten futbol. Tomek ocknął się, gdy zobaczył tablicę oznajmiającą,
że właśnie wjeżdżał do Domaszkowa. Jeszcze tylko kilka kilometrów i będzie w domu. Mimo bardzo wczesnej pory babcia na pewno czekała już na
niego z ciepłym rosołem. Dzwonił, uprzedzając, że dojedzie za jakieś pół
godziny. Bardzo ją kochał, od kiedy pamiętał, zastępowała mu matkę, gdyż
ta prawdziwa umarła, wydając go na świat. Babcia Jadzia miała już
osiemdziesiąt osiem lat, ale wciąż trzymała się całkiem dobrze. Przez
całe życie miała jednak oparcie w mężu, dziadku Włodku, który właśnie
odszedł w wielce szacownym wieku stu jeden lat. Choć był od niej sporo
starszy, rozumieli się znakomicie. Oboje szli przez życie, wzajemnie się
wspierając. A łatwo nie mieli. Włodzimierz wiele wycierpiał w okresie
okupacji. Schwytany podczas jednej z akcji podziemia, został wysłany do
obozu pracy przymusowej w Olbrzymie w Górach Sowich, jednym z największych, jeśli nie największym kompleksie bunkrów na świecie. W nieludzkich warunkach pracował dzień i noc przez ponad rok, zanim udało
mu się zbiec. Babcia jako nastolatka musiała uciekać z Wołynia, gdzie
straciła całą rodzinę podczas rzezi, którą sprawili Polakom ukraińscy
nacjonaliści. Nigdy nie chciała mówić o tym, co przeżyła i widziała.
Było to dla niej za trudne.
Wyłączył wycieraczki firmowego opla vectry. Międzygórze. Nareszcie.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta nad ranem. Rodzinny dom stał zaraz
za zakrętem. Włączył kierunkowskaz i wjechał na piaszczystą drogę, która
prowadziła pod samą bramę. Minął posiadłości Piotrowskich i Wyżyków, w końcu zwolnił i wcisnął guzik otwierający bramę wjazdową. Światło w kuchni było oczywiście włączone i zanim zdążył pokonać kilka następnych
metrów, babcia wyszła mu na spotkanie. Przygarbiona, zatroskana, jakby
jeszcze mniejsza niż zwykle, we własnoręcznie zrobionym na drutach
sweterku i prostych dresowych spodniach, stała bez ruchu, wodząc za nim
wzrokiem.
- Chodź, wnuczku. Wejdź, bo chłodno o tej porze - powiedziała, gdy się
zbliżył, a gdy przekroczył próg, powoli zamknęła drzwi.
- Cześć, babciu - przywitał się i pochylił, aby ją uściskać, a wtedy ona
mocno się do niego przytuliła. - Tak bardzo mi przykro...
- Mój kochany Tomeczku, mój kochany, jak dobrze, że jesteś. Czuję się
taka samotna. - Kobieta zadrżała i westchnęła. - Chodź, proszę. Zjedz
rosół, bo na pewno jesteś głodny po tak długiej podróży.
Zjadł ze smakiem, ale po raz pierwszy w życiu czuł się w rodzinnym domu
nieswojo. Każdy wcześniejszy przyjazd kojarzył mu się z radością,
roześmianą babcią i wiecznie zaczytanym na tarasie dziadkiem. Tutaj o nic nie musiał się martwić. To był jego azyl. Tu czuł się bezpiecznie,
bez względu na okoliczności. Ale nie teraz. Teraz miał wrażenie, że to
wszystko pękło jak bańka mydlana, a azyl zamienił się w matnię, z której
nie ma wyjścia. Był człowiekiem, który zwykle potrafił odnaleźć się w każdej sytuacji, ale tym razem nie mógł powstrzymać łez, i tak z pół
godziny sobie płakali, a gdy wszedł do swojego pokoju, zrozumiał, że ten
dom już nigdy nie będzie taki sam. Nigdy nie usłyszy: "Tomuś, przynieś
mi, proszę, haczyki, bo brakuje mi przyponów", "Tomuś, podaj mi,
kochany, tę książkę o powstaniu warszawskim, tę na górnej półce".
Dziadka już tu nie było. Teraz dziadek Włodek leżał w szpitalnej
kostnicy.
Sto jeden lat, a do samego końca był w ruchu i w pełni władz umysłowych.
Umarł dziś wieczorem, siedząc w ukochanym fotelu na tarasie. Zawał,
pierwszy w jego życiu i od razu śmiertelny. Do tej pory niemal na nic
nie chorował, miał serce jak dzwon, jak zwykł mawiać, czemu znajomi
lekarze nie zaprzeczali.
- Zostaw, ja dołożę. - Tomek podniósł się z fotela, widząc babcię, która
sięga do kosza po polano. Podszedł i otworzył osmolone drzwiczki
kominka, a potem wepchnął do paleniska kilka kawałków buczyny. Przez
dłuższą chwilę wpatrywali się w ogień. - Jak to się stało, babciu? Czy
cierpiał? - zapytał, gdy uznał, że nadszedł czas.
- Wnusiu kochany, jesteś bardzo zmęczony. Zjedz i połóż się spać, bo
jutro przed nami trudny dzień.
* * *
Obudził się kilka minut po dziesiątej. Słyszał, że babcia krzątała się
już na dole, więc załatwiwszy szybko poranną toaletę, zszedł po
drewnianych schodkach na dół. Promienie marcowego słońca wdzierały się
do salonu, rozświetlając przytulne wnętrze. Ściany i dach z drewnianych
bel, duże okna, ława i cztery dębowe fotele natychmiast przywołały
wspomnienia wieczorów z dziadkiem. Uwielbiał siadać z nim przy piwie i wsłuchiwać się w wojenne opowieści. O tym, jak walczył w podziemiu, jak
został schwytany i jak przez ponad rok harował przy budowie sieci
hitlerowskich bunkrów. Potem o jego ucieczce, partyzanckiej walce i przedostaniu się do armii generała Andersa, z którą toczył boje z Niemcami. Dziadek Włodek zaszczepił w nim pasję do historii, zresztą nie
tylko drugiej wojny światowej. Spojrzał na półki z ponad trzema
tysiącami książek, z których większość przeczytał, zanim na dobre
wyjechał na studia. Chwycił pierwszą z brzegu, lekko odkurzył i rzucił
okiem na tytuł - Tajemnice Olbrzyma. Skarby Hitlera wciąż czekają na
odkrycie.
Dziadek miał obsesję na punkcie tego pobliskiego bunkra. To właśnie tam
przeżył największą gehennę w życiu. Był świadkiem wydarzeń, o których
wiedzieli jedynie nieliczni. Opowiadał, jak na własne oczy widział
Heinricha Himmlera i wielu innych wysokich rangą dygnitarzy Trzeciej
Rzeszy. Zawsze powtarzał, że Niemcy składowali tam wielkie skarby i prowadzili ściśle tajne działania na nieprawdopodobną skalę. Tomek
często mu towarzyszył, gdy wybierał się na spacery w te okolice. Bunkry
znajdowały się niedaleko, więc chodził tam z dziadkiem od najmłodszych
lat. Czasem nawet pomagał mu kopać, a gdy podrósł, zdarzało im się
przebijać nowe ścieżki, o których nigdy nikomu nie mówili. Włodzimierz
miał na tym punkcie kompletnego hysia i chyba naprawdę wierzył w te
skarby, które hitlerowcy ukryli, uciekając przed nadciągającą Armią
Czerwoną, bo chodził kopać nawet przed śmiercią, gdy już ledwo trzymał
saperkę. Babcia złościła się na niego za to, bo w tym wieku takie
zachowanie zakrawało na szaleństwo. Dziadek nic sobie jednak z tych
wyrzutów nie robił i nadal łaził szukać swoich skarbów, choć wszystko
wskazywało, że kompleks został zburzony i po wojnie zachowało się
jedynie kilka korytarzy, które na dodatek spenetrowali Rosjanie.
- Dzień dobry, wnusiu.
Babcia Jadzia musiała wspiąć się na palce, aby pocałować go w czoło.
Często się zastanawiał, po kim ma taką imponującą posturę, bo ani
babcia, ani dziadek do wysokich czy potężnych ludzi nie należeli. Ojciec
to już jednak inna bajka, jak to mówił dziadek, "kawał byka". To jednak
był bolesny temat, bo tak naprawdę Tomek nigdy go nie znał. Umarł, gdy
ten miał zaledwie trzy lata. Potrąciła go ciężarówka, gdy wychodził z zakrapianej imprezy u kolegi. Niestety lubił wypić. Dziadek zawsze
powtarzał, że syn nie potrafił uporać się z przeszłością i śmiercią
swojej żony Marioli. Do tego miał porywczy charakter, nawet bardzo,
przez co często wdawał się w bójki, które skutkowały tym, że narobił
sobie wielu wrogów. Dlatego dziadek podejrzewał, że jego śmierć nie była
przypadkowa. Miał z nim trzy światy, ale zawsze powtarzał, że jego syn
był dobrym człowiekiem i po prostu się pogubił, a po śmierci Marioli
stracił chęć do życia. Opiekował się małym Tomeczkiem, jak umiał, ale
niestety albo się do tego nie nadawał, albo mu to średnio wychodziło.
Nadmiar adrenaliny wyładowywał na ringu lub na ulicy. I prawdopodobnie
podczas tej feralnej imprezy przecenił swoje możliwości. Policja szybko
zamknęła sprawę, uznając ją za nieszczęśliwy wypadek, bo kierowca
twierdził, że facet wszedł mu pod koła, a nie było innych świadków
zdarzenia. Dziadek długo dopraszał się o dokumenty z sekcji, ale te
dziwnym trafem gdzieś zaginęły. Ówczesna władza nie pozwoliła na
wszczęcie śledztwa i sprawa została zamieciona pod dywan.
Wspomnienia powracały falami i Tomek nawet się nie zorientował, gdy był
już ubrany i gotowy do wyjścia. Pomógł babci włożyć płaszcz i pod rękę
wyszli z domu. W samochodzie rozmawiali o sprawach, którymi musieli się
zająć. O tym, gdzie spocznie dziadek, za ile i od kogo kupią trumnę i pomnik, kiedy i o której godzinie zaplanować pogrzeb, komu z dalszej
rodziny i znajomych wysłać zawiadomienie. Oboje czuli, że na głębsze
rozmowy przyjdzie jeszcze czas, a teraz muszą załatwić formalności.
Babcia trzymała się nad wyraz dobrze. To była twarda kobieta. Po
potwornościach, które przeżyła na Wołyniu, a o których tak nie chciała
mówić, sama jako szesnastolatka dotarła do Ziem Odzyskanych. Wtedy
poznała dziadka. Zakochali się w sobie od razu. I żyli długo i szczęśliwie.
Dzisiaj przez cały dzień nie uroniła łzy, choć kilka razy mocniej
ścisnęła rękę Tomka, gdy padało imię Włodzimierz. Ostatecznie ustalili,
że pogrzeb odbędzie się za trzy dni, a ceremonią zajmie się proboszcz
Zieliński. Tomek ogarnął kwestie związane ze swoim urlopem i zostawił
redakcję pod opieką młodego Mariusza. Ufał mu, bo przez dwa lata chłopak
nie zawiódł go ani razu. A Tomek był wobec niego wymagający.
Przez kolejne dwa dni pomagał babci. Rozmawiali, wspominali, kilka razy
musiała się wypłakać. Serce mu się krajało na ten widok, ale zaciskał
zęby i ani razu nie okazał słabości. Musiał być silny. Ona wiedziała, że
kochał dziadka jak nikogo na świecie. Wiedziała, że przeżywa to tak
samo, jeśli nie mocniej. Przecież Włodzimierz był dla niego ojcem,
przyjacielem, wzorem, kierunkowskazem i chyba jedynym autorytetem na
świecie. Wnuk zawsze mógł znaleźć w nim oparcie. Tak jak przed
piętnastoma laty, gdy podczas feralnego meczu z młodymi Francuzami jeden
z nich brutalnym wejściem zakończył jego dobrze zapowiadającą się
karierę piłkarza. Był wtedy doskonale rokującym młodzieżowcem, który nie
dość, że robił furorę na pierwszoligowych boiskach, to znalazł się w kręgu zainteresowania zachodnioeuropejskich klubów. Niestety rywal
sfaulował go tak niefortunnie, że Tomek mógł zapomnieć o zawodowstwie.
Zmiażdżona rzepka, pozrywane więzadła wewnętrzne i zewnętrzne,
kompletnie strzaskana górna część kości piszczelowej z przemieszczeniem
bocznym. To nie miało prawa skończyć się inaczej, mimo że operację
przeszedł w najlepszej niemieckiej Sophienklinik w Hanowerze. Co z tego,
że zabieg się udał, a kości i więzadła, jak na tak makabryczny uraz,
zrosły się nieprawdopodobnie szybko. Po półrocznej rehabilitacji pacjent
wreszcie mógł odrzucić kule, diagnoza była jednak bezlitosna - koniec
kariery sportowej.
Dziadek nie odstępował wtedy wnuka na krok. Wspierał go. Jadwiga
pamiętała, jak chłopak wypłakiwał się w jego rękaw, a Włodzimierz
potrafił godzinami bez słowa po prostu przy nim trwać. Przez jedno
brutalne wejście czarnoskórego francuskiego zawodnika, który później
stał się gwiazdą międzynarodowego formatu, świat Tomka runął jak domek z kart, ale to właśnie dzięki dziadkowi chłopak się nie załamał. Wrócił do
sportu, ale już w innej formie. Był oczytany, miał dryg do pisania,
dziadek zachęcił go więc, aby wykorzystał swój potencjał. Poszedł na
studia dziennikarskie i po ich skończeniu trzy lata pracował na stażu w redakcjach we Wrocławiu. Potem nieoczekiwanie zaproponowano mu
stanowisko szefa działu sportu w "Gazecie Lubuskiej" w Zielonej Górze.
Przyjął ofertę, chcąc zdobyć kolejne doświadczenie. To umożliwiło mu
częstszy kontakt z Warszawą, w której chciał ostatecznie zostać
komentatorem sportowym. Czasami był zapraszany do studia jako ekspert od
piłki młodzieżowej. Jego kariera rozwijała się powoli, lecz
systematycznie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki