Kocuria. To nie bajka - Hanna Kordalska-Rosiek

Kup ebooka

23.00 zł
18.40 zł (17,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Czas próby

W niedzielę punktualnie po zachodzie słońca zwierzęta zameldowały się u Kocura. Wezwał je do siebie w trybie nadzwyczajnym. Były ciekawe, co też takiego ważnego im dzisiaj powie. Usiadły w kręgu i w milczeniu patrzyły, jak Wyliniały ze smakiem i bez pośpiechu pożera wędzonego dorsza. Kończył kolację i nic a nic nie przeszkadzało mu, że futro ma upaćkane i poplamione tłuszczem.

No i co, że brzydko jem, właśnie takim mnie kochają: roztargnionego i dobrodusznego - pomyślał. - To dobrze, to dobrze. Jestem prostoduszny, mądry i dobry. Tak dobry, że dla siebie nic, a dla nich wszystko.

Przyglądał się spod oka wpatrzonym w niego zwierzakom i czuł, jak rośnie w nim energia.

- Witajcie! Wiecie, że znam was wszystkich po imieniu - przywitał się miło. - A nawet więcej - znam wszystkie wasze pseudonimy, nicki, ksywki i co tam jeszcze tylko sobie wymyślicie. Mało tego, wiem o was to, czego jeszcze sami o sobie nie wiecie...

O kurczę - pomyślał ze strachem Kret.

- Dzisiaj przejdziecie test. Wielki sprawdzian lojalności i posłuszeństwa, a także odwagi - powiedział Kocur podniesionym głosem. - Wyciągnął zza pleców papierową torbę, która szeleściła i lekko się ruszała. - Nie wiecie, co tutaj mam. A może wiecie?

- Nie wiemy! - odpowiedziały zgodnym chórem zwierzęta.

- Cicho, przecież wiem, że nie wiecie. To było pytanie retoryczne. Jednak zanim wam pokażę, co jest w środku - spojrzał na ruszającą się torbę - powiem coś, co niektórzy już wiedzą, a inni, zapewniam, dowiedzą się dzisiaj. Otóż, moi drodzy, są wśród was tacy, którym ufam, a jakże, ale są też tacy, których, delikatnie mówiąc, muszę lepiej poznać. Podejdźcie tu do mnie.

Zwierzęta otoczyły Kocura tak blisko, że mogły zobaczyć wszystkie łyse placki w jego wyliniałym futrze.

Wsadził łapę do papierowej torby, uśmiechnął się i wyciągnął ze środka ledwo żywą żabę. Trzymał ją za łapę i ściskał tak mocno, że nawet przez myśl jej nie przeszło, by się wyrwać.

- No więc takie wstrętne żaby będziecie musieli połykać zawsze, kiedy tylko zechcę. Na żywo, przy wszystkich, bez popijania, w biały dzień i na środku polany... Wiecie, że przed nami Międzyleśne Wybory do Parlamentu, i chyba nie sądzicie, że pozwolę komukolwiek startować bez wcześniejszego sprawdzenia. To próba generalna i jednych pobłogosławię, a innych, cóż... sami wiecie. Kto dzisiaj się nie sprawdzi, ten będzie za karę przez rok sprzątał polanę. Oczywiście jeśli będzie miał szczęście, no i tylko po specjalnych testach. A tej ohydzie dzisiaj się upiekło - zaśmiał się wielkodusznie i włożył żabę z powrotem do torby. - Ta żaba to takie moje demo. - Był zadowolony, że zna różne nowoczesne terminy i nikt o nim nie powie, że się nie rozwija.

Zwierzęta odetchnęły z ulgą i popatrzyły na siebie z nadzieją, że może jednak nie jest tak źle.

- Nie cieszcie się przedwcześnie, bo dla was przygotowałem coś ekstra!

Sięgnął po kosz, który stał obok, i odchylił pokrywę.

- O fuj! - przerażone zwierzęta wydały z siebie pełen obrzydzenia okrzyk.

Wnętrze kosza wypełniało kilkadziesiąt stłoczonych żab. Mokre i skąpane we własnych odchodach błagalnie przewracały wybałuszonymi ślepiami.

- Każdy dzisiaj połknie jedną z nich. Ty! Ty pierwszy! Częstuj się! - wskazał na Liska. Lisek poczuł, że łapy mu miękną i zaczyna go mdlić. - Nie chcesz, żebym ci zaufał? Wolisz być sprzątaczem? - zdziwił się Wyliniały.

- No co ty, Kocurze! Połknę żabę natychmiast i bez odrazy. Połknę ją dla ciebie i naszego lasu, a jak będzie trzeba, to nawet w dzień i w nocy o każdej godzinie!

Lisek wiedział, że bardzo przesadził w swoich zapewnieniach, ale było już za późno.

Nie chcę do końca życia sprzątać lasu - pomyślał i wbił zęby w żabę tak mocno, że zawyła z bólu. W jednej chwili gęsta, ciemna krew trysnęła mu w ślepia i spłynęła po pysku.

- Można? Można! - pochwalił go Kocur.

- Brawo! Brawo! - zawołały zwierzęta.

- Kocur! Kocur! - zaintonował na całe gardło Sierściuch, a cała reszta dołączyła, skandując: Ko-cur! Ko-cur! Ko-cur!

Wyliniały zamknął oczy i z zadowoleniem w rytm okrzyków wysuwał i chował pazury.

Zza chmur wyłonił się księżyc i oświetlił polanę, na której aż do świtu Kocur dzielił zebranych na tych odważnych i tych do sprzątania...

2. Ważny gość

Dzień był chłodny. Zwierzęta pochowały się w swoich kryjówkach i nie zamierzały wychodzić spod ciepłych kołderek. Cieszyły się, że mają wolne, bo na ten właśnie dzień Kocur zaprosił z oficjalną wizytą ważnego zagranicznego gościa.

- Musimy się naradzić - powiedział Wyliniały poprzedniego dnia na zakończenie lekcji. - Wszystkim już dziękuję, a Wiewiórka zostanie, bo mam z nią do pogadania.

- Ja? Ja mam zostać? - zdziwiła się Wiewiórka.

- A co, jest tu jeszcze jakaś inna Wiewiórka? - zaśmiał się Kocur.

- Nie, no tylko ja tu jestem - odpowiedziała zawstydzona i usiadła naprzeciwko, patrząc Kocurowi w oczy. Wiedziała, że lubi te jej głębokie spojrzenia, a i ona je lubiła.

Wyliniały przyglądał się Wiewiórce. Zmrużył ślepia i drapał się po łbie w typowy dla siebie sposób, gdy zastanawiał się nad czymś strategicznie ważnym.

- No więc tak - zaczął - będziesz mi, moja droga, towarzyszyła w czasie uroczystej kolacji z naszym cennym gościem i jego delegacją. Nie wypada, żebym ich podejmował sam. To musi być po królewsku, rozumiesz, etykieta, te sprawy...

- Yhym - odpowiedziała Wiewiórka, choć niewiele z tego zrozumiała. Zauważyła, że dzięki mówieniu "yhym" udawało się jej wybrnąć z wielu kłopotliwych sytuacji. Czasem też pytała: "A czy to dobrze, czy źle?" - i to też się sprawdzało, ale teraz wiedziała, że jakoś to tu nie pasuje, więc pozostała przy swoim "yhym".

- Bardzo dobrze - zamruczał Kocur. - To sprawa delikatna i poufna. - Ściszył głos i przybliżył pysk do ucha Wiewiórki. - Dam ci taki specjalny guzik, dinks, no dobra, powiem prawdę, a niech tam, pluskwę. - Wyciągnął z pudełka mały, okrągły przedmiot i włożył Wiewiórce do łapki. - Zanim przyjdziesz, schowasz pluskwę w swojej puszystej kitce. Jak gość będzie rozmawiał ze swoimi krajanami, siądziesz blisko i niby nic, że tylko oglądasz pazurki albo chmurki, czy co tam tylko chcesz, a w tym samym czasie przybliżysz do niego kitkę. Na tym polega twoja misja, moja droga. Borsuk wszystko nagra, a my wreszcie się dowiemy, co on o mnie mówi, kiedy myśli, że ja go nie słyszę...

Ja to jednak jestem geniuszem. Miałaś rację, mamo - pomyślał zadowolony.

- Pamiętaj, Wiewiórko, to bardzo ważne dla bezpieczeństwa naszego lasu - dodał, rozglądając się na boki.

- A potem co? - zapytała szeptem.

- A co ma być? - burknął opryskliwie Kocur. - Co będzie, to będzie. Oddasz pluskwę i się pożegnamy. Tylko pamiętaj, cicho sza... Nie wolno ci nikomu o tym pisnąć choćby pół słówka, bo wiesz - znacząco przewrócił ślepiami - wygadasz, to o szóstej rano przyślę po ciebie Borsuka z ekipą.

- Nie, no... jasne, że nikomu nic a nic... nie powiem - powiedziała urażona. - Tak tylko z ciekawości pytam...

- A teraz idź wyśpij się, a jutro zrób się na bóstwo - zaśmiał się wrednie Wyliniały.

Pożałujesz, Kocurze - pomyślała Wiewiórka i grzecznie się pożegnała. - Jutro będę jak jakaś Marilyn Monroe. A ty, Kocurze, ugryź się w dupę - dodała w myślach i od razu lepiej się poczuła.

Ale ta Wiewiórka naiwniutka. - Kocurowi zachciało się śmiać. - A właściwie może to fajnie, że ona taka głupiutka - pomyślał i też poczuł się lepiej.

Po chwili zasnął. Chrapał tak, że aż szyszki z drzew spadały, ale on już tego nie widział ani nie czuł. Tak mocny miał sen.

3. Taśmy Borsuka

Ważny gość odjechał, a Wyliniały z Borsukiem zamknęli się na cały dzień w Tajnej Chatce. Z uwagą przesłuchiwali nagrania i zapisywali wszystko, co dotyczyło Kocura.

"Dupek", "mściwus", "pokraka", "padalec"... Niestety, tylko takie przykre słowa były na taśmie.

Ja mu dam dupka, jeszcze mnie popamięta - wściekał się w myślach Wyliniały.

- Pewnie tego nie wiesz, Borsuku, ale słowo "dupek" w ich lesie oznacza kogoś o zgrabnej pupie, to taki idiom. Nie chciałbym plotkować, ale - Wyliniały ściszył głos - ten nasz gość lubi futrzane dupska, stąd ten "dupek". No cóż, trudno, mieliśmy gejowego gościa, ale musimy z nim utrzymywać, przepraszam za słowo, stosunki, bo wiesz, jest bardzo wpływowy i będzie nam jeszcze potrzebny. - Borsuk słuchał uważnie, zmrużył ślepia i zamyślił się głęboko. - Żebym nie zapomniał, Borsuku, wszystkie taśmy masz przynieść do mnie. Zamknę je w swoim osobistym sejfie. Zrozumiałeś?

- Tak jest! - odpowiedział Borsuk i poweselał, bo tak naprawdę już o świcie wszystko sobie przegrał, włożył do słoja po ogórkach i schował w piwnicy.

Oj, przydadzą mi się kiedyś te wszystkie tasiemeczki - cieszył się.

Kolekcja "borsuczych słoików" rosła wraz z jego poczuciem, że ma przed sobą wielką przyszłość i że bez wątpienia za jakiś czas załatwi Kocura, przejmie władzę w lesie i porachuje się z Kretem, który go od dawna wkurzał i którego wścibskości się obawiał. Zresztą wszystkie zwierzęta go wkurzały, co było typowe dla osobnika o ambicjach politycznych. Od dawna zwierzęta w lesie mówiły na niego Boruś - Zniszczę Cię. Wiedziały, że podpaść Borsukowi raz - oznaczało podpaść mu na zawsze. Nigdy nie wybaczał, zawsze się mścił. Jego kolekcja haków była słynna nawet w innych lasach - i to był powód, dla którego Wyliniały powierzył Borsukowi prowadzenie tajnych służb, choć i tak do końca mu nie ufał, no ale trzeba powiedzieć, że Kocur nikomu nigdy nie ufał.

Mam czas - pomyślał Borsuk. Najpierw tasiemki, haczyki i inne fajne brudki, a jak kolekcja będzie ogromna, wszystko się zmieni. Oczywiście na lepsze... dla mnie - zaśmiał się w myślach.

Pod wieczór Kocur i Borsuk opuścili Tajną Chatkę. Wyliniały spieszył się na kolację i przemierzał las szybkimi susami, a Borsuk biegł za nim, wyraźnie nie nadążając, dzięki czemu mógł do woli przyglądać się tyłkowi Kocura.

Ale ohydną dupę ma ten nasz Kocur - pomyślał z satysfakcją i wiedząc, że Wyliniały już go nie słyszy, odważnie powiedział na głos:

- Prawdziwy dupek z niego.