Kociara - Ewa Hofmann-Psuty

-
Proszę czekać

1. Wanda

Miłość czy wyzwanie?

To był pierw­szy cie­plej­szy ma­jo­wy wie­czór po pa­śmie nie­koń­czą­cych się przy­mroz­ków i desz­czów. Prze­ce­ni­łam jed­nak tem­pe­ra­tu­rę i zmar­z­łam w cien­kich raj­sto­pach oraz let­nim płasz­czu. Chcia­łam wy­glą­dać jak naj­le­piej. Pro­fe­sjo­nal­nie, je­że­li to spo­tka­nie mia­ło być czy­sto ko­le­żeń­skie. I mimo wszyst­ko sek­sow­nie, je­że­li oka­za­ło­by się, że to rand­ka. Mo­ty­le w brzu­chu nie da­wa­ły mi spo­ko­ju i pod­sy­ca­ły wy­bu­dzo­ną z zi­mo­we­go snu na­dzie­ję.

Kie­dy we­szłam do ele­ganc­kiej re­stau­ra­cji Po­lka, gdzie umó­wi­łam się z Krzyś­kiem, ode­tchnę­łam. We wnę­trzu było przy­jem­nie cie­pło i pach­nia­ło do­brym je­dze­niem. Re­stau­ra­cję za­pro­jek­to­wa­no w ru­sty­kal­nym, pol­skim sty­lu. Przy­po­mi­na­ła re­kon­struk­cję szla­chec­kie­go dwor­ku z Pana Ta­de­usza. Ce­gla­ne ścia­ny gdzie­nie­gdzie po­bie­lo­no i ozdo­bio­no ha­fto­wa­ny­mi ob­ra­za­mi ma­ków i pięk­nych ko­biet w bia­łych su­kien­kach. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­by gdzieś za ro­giem ha­sa­ła Zo­sia z ku­ra­mi.

Kich­nę­łam w ra­mię. Zbli­ża­ją­cy się do mnie kel­ner sta­nął na chwi­lę i zmarsz­czył brwi.

- Na zdro­wie - uśmiech­nął się, może zbyt sztucz­nie. - Czy ma pani re­zer­wa­cję?

Wy­cią­gnę­łam chu­s­tecz­kę i wy­tar­łam nos.

- Je­stem z kimś umó­wio­na.

Ro­zej­rza­łam się. Na cięż­kich drew­nia­nych sto­łach sta­ły ma­je­sta­tycz­ne świecz­ni­ki i le­ża­ły bia­łe ob­ru­sy, a na nich ko­ron­ko­we ser­we­ty. W ro­gach gó­ro­wa­ły sta­ro­mod­ne sza­fy i prze­szklo­ne kre­den­sy z ma­lo­wa­ną za­sta­wą. Tu­taj mo­gli­by krę­cić pol­ską wer­sję Brid­ger­to­nów.

Przy sto­li­ku koło sze­ro­kie­go okna, ty­łem do wej­ścia, sie­dział Krzy­siek.

- Z nim! - Po­ka­za­łam ręką i uśmiech­nę­łam się do kel­ne­ra. Ru­szy­łam, a on za mną.

- Hej! - przy­wi­ta­łam się.

Krzy­siek od­wró­cił się i od razu wstał. Miał na so­bie gra­na­to­wy gar­ni­tur o kro­ju ide­al­nie pod­kre­śla­ją­cym jego smu­kłą syl­wet­kę. Ciem­ne oczy o zim­nym od­cie­niu zdo­bi­ła para pro­sto­kąt­nych oku­la­rów. Czar­ne wło­sy sta­ran­nie za­cze­sał na bok. Przy­po­mi­nał Ky­?ya z Ouran High Scho­ol Host Club. Swo­je­go cza­su ko­cha­łam się w nim i pi­sa­łam z Wit­kiem fan­fi­ki.

- Cześć. - Krzysz­tof na­chy­lił się sztyw­no nade mną.

Za­sko­czył mnie tym ru­chem. Wstrzy­ma­łam od­dech, kie­dy zna­lazł się bli­sko. Wy­chwy­ci­łam de­li­kat­ny za­pach wody to­a­le­to­wej. Chcia­łam go moc­niej ob­jąć, może na­wet mu­snąć usta­mi, ja­koś dać znać, że on może wię­cej.

Nie wiem, czy chciał mnie cmok­nąć w po­li­czek, ale osta­tecz­nie lek­ko uści­snął. Jego twarz nie wy­ra­ża­ła ni­cze­go. Ani tego, że li­czył na coś wię­cej, ani żalu. By­łam tro­chę za­wie­dzio­na.

Za­raz za­sko­czył mnie po­now­nie, kie­dy od­pra­wił kel­ne­ra pró­bu­ją­ce­go po­móc mi ścią­gnąć płaszcz - sam to zro­bił. Mia­łam na­dzie­ję, że po­do­ba­ła mu się moja cha­bro­wa su­kien­ka typu ki­mo­no, prze­wiew­na jak dia­bli.

Usie­dli­śmy na­prze­ciw­ko sie­bie. Przy­szłam zzięb­nię­ta, więc te­raz cie­pło lo­ka­lu pod­nio­sło mi ci­śnie­nie i po­licz­ki za­czę­ły pa­lić. Ukry­łam się za menu.

- Coś po­le­casz? Czę­sto tu przy­cho­dzisz?

Prze­łknę­łam śli­nę. Ceny były tak wy­so­kie, że zde­cy­do­wa­nie nie mógł po­zwo­lić so­bie na lunch w cza­sie pra­cy. W ta­kim miej­scu moż­na by­wać raz do roku, tuż po wy­pła­cie pre­mii albo na­pa­dzie na bank.

Zer­k­nę­łam na Krzyś­ka, któ­ry z wy­ra­fi­no­wa­nym spo­ko­jem stu­dio­wał kar­tę. Dla­cze­go za­pro­po­no­wał spo­tka­nie? Po­wie­dział, że chciał­by le­piej po­znać mnie i pro­ble­my, z któ­ry­mi mu­szę się mie­rzyć w dzia­le wspar­cia klien­ta. Mógł jed­nak spo­tkać się ze mną w pra­co­wej kuch­ni, ja­kimś pu­bie lub ka­wiar­ni, a nie od razu w ele­ganc­kiej re­stau­ra­cji. Trud­no go roz­szy­fro­wać. Miał za­zwy­czaj taki sam po­waż­ny wy­raz twa­rzy i bar­dzo ogra­ni­czo­ną mi­mi­kę. Krę­ci­ło mnie to. Ja emo­cje no­si­łam jak okry­cie wierzch­nie.

- Rzad­ko, a szko­da. Mają tu wy­śmie­ni­tą kuch­nię - od­po­wie­dział swo­bod­nie. - Ja­kie wino pre­fe­ru­jesz? - za­py­tał, prze­glą­da­jąc kar­tę win.

- Ehm... - za­wa­ha­łam się. - Czer­wo­ne? Tro­chę zmar­z­łam. I zja­dła­bym coś krwi­ste­go.

De­li­kat­nie uniósł brwi.

- Po­dob­no mają do­bre­go ta­ta­ra i ste­ka na go­rą­cym ka­mie­niu - po­wie­dział, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od menu z al­ko­ho­lem.

Zer­k­nę­łam w dział "przy­staw­ki". Je­że­li we­zmę ta­ta­ra, to Teo bę­dzie mu­sia­ła za­po­mnieć o pasz­te­ci­kach w tym ty­go­dniu. Nie bę­dzie za­chwy­co­na, ale po­lo­wa­nie na part­ne­ra wy­ma­ga za­so­bów.

Krzy­siek chrząk­nął.

- Ja pła­cę, oczy­wi­ście. Je­steś moim go­ściem - rzu­cił non­sza­lanc­ko, jak­by był wła­ści­cie­lem tej re­stau­ra­cji. Ro­zej­rzał się po sali i ski­nął na kel­ne­ra. Ten na­tych­miast do nas pod­szedł i za­py­tał:

- Czy mogę za­ofe­ro­wać coś do pi­cia?

Krzy­siek odło­żył menu rów­no­le­gle do gra­ni­cy sto­łu. Po­pra­wił za­gię­ty róg kart­ki. Cie­ka­we, czy tak samo uważ­ny był w łóż­ku.

- Czy mo­gli­by­śmy pro­sić o som­me­lie­ra? Po­trze­bu­je­my po­ra­dy. - Spoj­rzał po­waż­nie na kel­ne­ra.

- Oczy­wi­ście.

Kie­dy pod­szedł do nas siwy męż­czy­zna, nie­wy­róż­nia­ją­cy się szcze­gól­nie ubio­rem po­śród in­nych pra­cow­ni­ków, Krzy­siek po­pro­sił o po­le­ce­nie ja­kie­goś trun­ku. Wy­słu­chał pro­po­zy­cji i pod­jął de­cy­zję, któ­ra nie­wie­le mi mó­wi­ła.

- Je­że­li są pań­stwo go­to­wi, mogę też od razu przy­jąć za­mó­wie­nie - za­ofe­ro­wał su­per­bo­ha­ter od wina.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie i kiw­nę­li­śmy gło­wa­mi.

- Po­pro­si­ła­bym tego ste­ka na ka­mie­niu - za­czę­łam - i wodę.

- W ka­raf­ce z mię­tą? - do­py­tał.

- Po­pro­szę.

- A dla pana? Mamy dzi­siaj spo­za kar­ty wy­śmie­ni­tą cie­lę­ci­nę. Bę­dzie pa­so­wać do sy­ra­ha.

Krzy­siek roz­cią­gnął war­gi w kwa­śnym uśmie­chu.

- Je­stem we­ga­ni­nem. Co by pan po­le­cił, żeby też pa­so­wa­ło?

Lek­ko otwo­rzy­łam usta.

I szyb­ko za­mknę­łam.

Nie wie­dzia­łam, że nie je mię­sa. Czy mogę wczy­tać sej­wa i wziąć sa­łat­kę? Dla­cze­go ży­cie to nie gra? Tyl­ko nie ja­kiś ro­gu­eli­ke, tyl­ko vi­su­al no­vel czy oto­me?

Krzy­siek po­pro­sił o plac­ki z su­rów­ką z bro­ku­ła i som­me­lier od­szedł.

- Opo­wiedz mi wię­cej o tym two­im trud­nym klien­cie. - Oparł się wy­god­niej o krze­sło i za­ło­żył nogę na nogę. Po­to­czył wzro­kiem po sali, aż za­trzy­mał go zno­wu na mnie. Uśmiech­nął się uprzej­mie.

Czy­li to jed­nak spo­tka­nie pra­co­we. Mo­głam się cie­plej ubrać.

- On­Bo­ard? - upew­ni­łam się. Moja pra­ca przez ostat­nie pół roku to od­czu­wal­nie sami trud­ni klien­ci. Od kie­dy na­sza li­der­ka po­szła na ma­cie­rzyń­ski. - To śred­niej wiel­ko­ści ho­len­der­ska fir­ma, któ­ra sprze­da­je sub­skryp­cje na plan­szów­ki on­li­ne. Zna­czy, była śred­niej wiel­ko­ści, bo szyb­ko się roz­ra­sta. Mają użyt­kow­ni­ków w ca­łej Eu­ro­pie.

- Dużo sprze­da­ją? - Zno­wu na mnie nie pa­trzył, tyl­ko wy­glą­dał przez okno.

- W za­sa­dzie w tym tkwi pro­blem. Oni twier­dzą, że są na gra­ni­cy wy­pła­cal­no­ści. Ich roz­li­cze­nia na to wska­zu­ją, ale współ­pra­cu­ją­cy z nimi wy­daw­cy za­rzu­ca­ją im za­ni­ża­nie do­cho­dów z udo­stęp­nio­nych gier. Gdzieś tam ma­ja­czy wid­mo pro­ce­su. A Kin­ga po­szła na ma­cie­rzyń­ski i chcia­ła­bym roz­wią­zać spra­wę, za­nim wró­ci.

Zła­pa­łam się na tym, że ner­wo­wo prze­cze­su­ję wło­sy i nisz­czę tym sa­mym sta­ran­nie za­ple­cio­ny war­kocz.

Krzy­siek wes­tchnął. Strzep­nął nie­wi­dzial­ny okru­szek ze sto­łu.

- Może trze­ba było odejść, kie­dy mia­łem oka­zję - po­wie­dział jak­by bar­dziej do sie­bie.

Pra­co­wał ze mną od dwóch mie­się­cy i trzech dni, ale w na­szej fir­mie, Easy­Ac­co­un­ting, był już bar­dzo dłu­go. Przy­szedł na prak­ty­ki na dru­gim roku stu­diów i zo­stał na sta­łe. Pa­mię­tał cza­sy, kie­dy fir­ma dzia­ła­ła w nie­wiel­kim biu­rze. Cza­sy, za­nim prze­jął ją Ben i wpadł na po­mysł, żeby ofe­ro­wać mo­del roz­li­cza­nia sub­skryp­cji, jesz­cze za­nim to było mod­ne.

- Prze­pra­szam, że py­tam - za­czę­łam mięk­ko - ale sły­sza­łam róż­ne plot­ki o two­jej pró­bie odej­ścia. Mogę wie­dzieć, jak było na­praw­dę?

Po­pra­wił oku­la­ry.

- Co sły­sza­łaś?

- Że wpa­dłeś na Pa­try­cję, kie­dy ca­ło­wa­ła się z Do­mi­ni­kiem. - Ob­la­łam się ru­mień­cem. Głu­pio py­tać o ex, ale mu­sia­łam wie­dzieć, je­że­li sama na coś li­czy­łam.

Par­sk­nął gorz­kim śmie­chem, jego wy­raz twa­rzy po­zo­stał nie­zmie­nio­ny.

- W isto­cie, tak było. Za­sta­łem ich ca­łu­ją­cych się w sal­ce do te­le­kon­fe­ren­cji, któ­rą za­re­zer­wo­wa­łem.

- O kur­czę! - Zno­wu zmierz­wi­łam so­bie wło­sy. - Pra­wie, jak­by któ­reś to za­pla­no­wa­ło!

- Tak moż­na by po­my­śleć.

Za­uwa­ży­łam, jak nie­znacz­nie za­ci­snął zęby. Wte­dy też pod­szedł som­me­lier i otwo­rzył przy nas bu­tel­kę.

- Kto z pań­stwa chce spraw­dzić?

Krzy­siek kiw­nął gło­wą, a gdy kel­ner na­lał mu tro­chę wina, po­wą­chał je i dał znak, że wszyst­ko w po­rząd­ku. Na­stęp­nie męż­czy­zna na­lał nam oboj­gu po kie­lisz­ku i zo­sta­wił bu­tel­kę. Całą.

Po­ru­szy­łam się nie­spo­koj­nie. Ani nie by­łam wiel­kim znaw­cą win, ani nie łą­czy­ły mnie ja­kieś za­ży­łe sto­sun­ki z Krzyś­kiem, że­by­śmy mie­li we dwój­kę oba­lić pra­wie litr al­ko­ho­lu. Cho­ciaż roz­mo­wa o roz­li­cze­niach mo­de­lów sub­skryp­cyj­nych mo­gła wy­ma­gać pro­cen­tów.

Wzię­łam dwa spo­re łyki. Wino było cierp­kie. Ję­zyk mi skoł­ko­wa­ciał, a pod­nie­bie­nie zro­bi­ło się su­che. Chrząk­nę­łam.

Krzy­siek pa­trzył przez okno na czer­wo­ny plac Ma­nu­fak­tu­ry. Po­mię­dzy krza­ka­mi buksz­pa­nu wi­dać było ska­czą­ce fon­tan­ny. Ce­gla­ną wie­żę elek­trow­ni oświe­tla­ły sil­ne pro­mie­nie sło­necz­ne. Jej naj­wyż­sze okna od­bi­ja­ły zbli­ża­ją­ce się ciem­ne chmu­ry.

Zno­wu po­pi­łam wino. Je­że­li na­sze spo­tka­nie ma tak wy­glą­dać, fak­tycz­nie przy­da się cała bu­tel­ka.

- Na wspar­ciu mamy spo­ro kon­tak­tu z pro­gra­mi­sta­mi. Prę­dzej czy póź­niej mo­żesz na­tknąć się na Do­mi­ni­ka. - Zno­wu chrząk­nę­łam. - Jak­by co, mogę prze­jąć na sie­bie kon­tak­ty z nim.

- On cię lubi - stwier­dził la­ko­nicz­nie i za­stu­kał dłu­gi­mi pal­ca­mi w blat.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Wbi­łam wzrok po­nad ra­mie­niem Krzyś­ka, na drzwi re­stau­ra­cji.

- Do­mi­nik lubi wszyst­kich. Nie jest ty­po­wym pro­gra­mi­stą. Roz­ma­wia, cho­dzi na im­pre­zy, in­te­gru­je się.

- Źle się wy­ra­zi­łem. - Krzy­siek przy­gła­dził ser­we­tę na sto­le. - Po­do­basz mu się.

Za­mru­ga­łam. Dla­cze­go mi to mó­wił?

- Bez prze­sa­dy. Utrzy­mu­je­my przy­ja­ciel­skie sto­sun­ki i cho­dzi­my ra­zem do ba­to­ma­tu. Twier­dzi, że przy mnie au­to­mat za­wsze się myli i wy­rzu­ca wię­cej ba­to­ni­ków, niż ku­pi­li­śmy.

Do­pie­ro po chwi­li zda­łam so­bie spra­wę, że gła­dzę bro­dę.

- To praw­da? - za­py­tał, jak­by na­praw­dę go to in­te­re­so­wa­ło. A ni­g­dy nie ku­po­wał słod­kich ba­to­ni­ków.

Na­dal po­cie­ra­łam bro­dę. Jak nie prze­sta­nę, zro­bią mi się prysz­cze.

- Zda­rzy­ło się chy­ba dwa razy.

- Wan­do, on z tobą flir­tu­je - po­wie­dział rze­czo­wym to­nem.

- Jak­by tak było, to ca­ło­wał­by się ze mną, a nie z Pa­try­cją - za­uwa­ży­łam, za­nim zdą­ży­łam ugryźć się w ję­zyk.

Oparł się głę­biej na krze­śle.

- Może lubi ła­twe zdo­by­cze.

Już mia­łam za­py­tać, cze­mu roz­ma­wia­my na ten te­mat, a nie da­lej o mo­ich trud­nych klien­tach, ale otwo­rzy­ły się drzwi re­stau­ra­cji i jak na za­wo­ła­nie sta­nął w nich wła­śnie Do­mi­nik. Ro­ze­śmia­ny, wy­so­ki blon­dyn o nie­bie­skich oczach. To­wa­rzy­szy­ła mu drob­na bru­net­ka o wło­sach do ra­mion. Pa­try­cja.

Spoj­rza­łam szyb­ko na Krzyś­ka. Wy­pro­sto­wał się i zmru­żył oczy, ale nic nie po­wie­dział.

Kel­ner po­pro­wa­dził nową parę do sto­li­ka obok nas. Oczy­wi­ście! Pa­try­cja sta­nę­ła na nasz wi­dok i lek­ko po­bla­dła. Jej kar­mi­no­we usta za­drża­ły, a wiel­kie, ciem­ne oczy się za­szkli­ły. Biust za­fa­lo­wał od przy­spie­szo­ne­go od­de­chu.

- Cześć! - Do­mi­nik po­pa­trzył na nas i się uśmiech­nął.

Roz­pro­mie­ni­łam się, cho­ciaż głos uwiązł mi w gar­dle. Kiw­nę­łam tyl­ko gło­wą. Krzy­siek przy­wi­tał się zwięź­le, po czym zno­wu spoj­rzał w okno. Pa­try­cja w ogó­le nie od­po­wie­dzia­ła. Ucie­kła wzro­kiem i wbi­ła pa­znok­cie w ra­mię Do­mi­ni­ka, aż po­bie­la­ły jej kłyk­cie. Mimo wszyst­ko usie­dli.

Kel­ner przy­niósł na­sze da­nia. Krzy­siek za­jął się po­sił­kiem, ale ja ja­koś nie mo­głam. Mię­so było na­praw­dę do­bre, jed­nak z tru­dem prze­ły­ka­łam każ­dy kęs. Żo­łą­dek za­wią­zał się w su­peł. Sy­tu­acja była co naj­mniej nie­zręcz­na.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku? - Krzy­siek spoj­rzał na mnie znad swo­ich pra­wie zje­dzo­nych plac­ków.

- Źle się po­czu­łam. - Odło­ży­łam sztuć­ce i uśmiech­nę­łam się prze­pra­sza­ją­co. - Naj­le­piej pój­dę do domu.

- Chcesz może her­ba­ty? - Na jego czo­ło wstą­pi­ła pio­no­wa zmarszcz­ka.

Po­krę­ci­łam gło­wą. Zer­k­nę­łam na Pa­try­cję i Do­mi­ni­ka, któ­rzy sztyw­no sie­dzie­li przy sto­li­ku obok. Obo­je wy­cią­gnę­li ko­mór­ki i prze­su­wa­li pal­ca­mi po ekra­nach. Krzy­siek tak­że na nich pa­trzył z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. Prze­je­chał ręką po wło­sach i wes­tchnął.

- We­zmę ci tak­sów­kę - za­de­cy­do­wał.

- Nie ma po­trze­by. - Mach­nę­łam ręką. - Mam do­bre po­łą­cze­nie tram­wa­jo­we.

- Na­le­gam. Bla­do wy­glą­dasz. Po­pro­sić o za­pa­ko­wa­nie ste­ka?

Po­ki­wa­łam tyl­ko gło­wą, choć wie­dzia­łam, że już nic dzi­siaj nie prze­łknę. Może Teo bę­dzie mia­ła ocho­tę. Te­raz chcia­łam tyl­ko jak naj­szyb­ciej stąd wyjść i zna­leźć się w domu.

Krzy­siek dał znak kel­ne­ro­wi i po­pro­sił o ra­chu­nek. W eks­pre­so­wym tem­pie za­pła­cił, po­mógł mi się ubrać i już zna­leź­li­śmy się na ze­wnątrz.

***

Tak­sów­karz był na szczę­ście z tych nie­roz­ma­wia­ją­cych. Słu­chał mu­zy­ki, a ja pa­trzy­łam przez okno, cho­ciaż tak na­praw­dę nie wi­dzia­łam nic szcze­gól­ne­go. Całe to przy­pad­ko­we spo­tka­nie wy­da­wa­ło mi się co naj­mniej dziw­ne. Może, po­dob­nie jak to wy­da­rze­nie z salą, ktoś to za­pla­no­wał? Tyl­ko co Do­mi­nik albo Pa­try­cja mo­gli­by osią­gnąć, wpa­da­jąc na nas w re­stau­ra­cji? Zresz­tą Pa­try­cja była po­ru­szo­na. No i ja też.

Chy­ba że spra­wę ukar­to­wał Krzy­siek. Po­ka­zał się ze mną przed swo­ją byłą, jak­by chciał za­ma­ni­fe­sto­wać, że już go nie ob­cho­dzi. Je­że­li taki ob­rał so­bie cel, to mu się uda­ło. Nie­waż­ne, czy by­li­śmy na rand­ce, czy na spo­tka­niu, żeby po­ga­dać o głu­pim klien­cie. Waż­ne, że Pa­try­cja zo­ba­czy­ła, że Krzy­siek po­szedł da­lej. To mo­gło mieć sens, cho­ciaż by­ło­by strasz­nie ma­łost­ko­we.

Sta­nę­łam przy drzwiach do miesz­ka­nia i kie­dy tyl­ko wsa­dzi­łam klucz do zam­ka, usły­sza­łam miau­cze­nie Teo:

- Gdzieś ty się po­dzie­wa­ła! Prze­cież ja tu­taj umie­ram z gło­du! Nic mi nie zo­sta­wi­łaś!

Otwo­rzy­łam drzwi i zo­ba­czy­łam ob­ra­żo­ne sześć kilo ży­wej wagi i dru­gie tyle sza­re­go fu­tra.

- No wresz­cie!

Miesz­ka­łam w so­cre­ali­stycz­nym blo­ku z lat pięć­dzie­sią­tych. Mia­łam do dys­po­zy­cji kuch­nię, ła­zien­kę i teo­re­tycz­nie dwa po­ko­je. Teo­re­tycz­nie, bo po wy­pro­wadz­ce Wit­ka za­mknę­łam jego sy­pial­nię i wsta­wia­łam tam od cza­su do cza­su rze­czy, na któ­re nie chcia­łam pa­trzeć, a szko­da mi je było wy­rzu­cić. Szyb­ko zro­bi­ła się tam gra­ciar­nia.

Wą­skim ko­ry­ta­rzem, w któ­rym każ­dy wol­ny cen­ty­metr za­sta­wi­łam szaf­ka­mi, pu­deł­ka­mi i przy­da­sia­mi, prze­szłam do ma­leń­kiej kuch­ni. Moi ro­dzi­ce, kie­dy jesz­cze tu miesz­ka­li, za­bu­do­wa­li ją po su­fit, a ja po­ma­lo­wa­łam na be­żo­wo i pró­bo­wa­łam utrzy­mać w ja­kimś po­rząd­ku. Co nie było pro­ste.

Kuch­nia przy­po­mi­na­ła wie­żę Jen­ga. Gdzie tyl­ko mo­głam, po­upy­cha­łam garn­ki, ta­le­rze, ku­becz­ki, ale tak­że książ­ki ku­char­skie (z któ­rych nie ko­rzy­sta­łam), zio­ła w do­nicz­kach (któ­re już wy­schły) i opa­ko­wa­nia z su­chą żyw­no­ścią (któ­rej nie pla­no­wa­łam zjeść, ale nie chcia­łam wy­rzu­cać, bo to prze­cież mar­no­traw­stwo). Zo­sta­wi­łam tyl­ko ka­wa­łek pu­ste­go bla­tu na przy­go­to­wy­wa­nie po­sił­ków. Ob­se­syj­nie wy­cie­ra­łam go rano i wie­czo­rem, po­nie­waż przy­naj­mniej to chcia­łam mieć czy­ste.

Nie­wiel­ki sto­lik w rogu za­wsze był za­sta­wio­ny rze­cza­mi, któ­re nie po­win­ny w ogó­le zna­leźć się w kuch­ni, jak książ­ki be­le­try­stycz­ne, gry plan­szo­we czy se­gre­ga­tor z ra­chun­ka­mi. Pod sto­li­kiem sta­ły mi­secz­ki Teo. Spraw­dzi­łam, czy były peł­ne. Po­ło­wa chru­pek zo­sta­ła zje­dzo­na, część po­roz­rzu­ca­na po płyt­kach imi­tu­ją­cych ja­sne drew­no. Naj­waż­niej­sze, że kot­ce nie gro­zi­ła śmierć gło­do­wa.

- Nie od­po­wie­dzia­łaś mi! - Teo przy­drep­ta­ła za mną.

- Na spo­tka­niu z pra­cy. Chcesz ste­ka? - Po­ka­za­łam jej za­wi­niąt­ko.

Kot­ka po­wą­cha­ła ostroż­nie. Kich­nę­ła.

- Mało prze­two­rzo­ne. Su­ro­we. Nie wiem, co na ten te­mat mój żo­łą­dek.

- Je­steś ko­tem! Z na­tu­ry zja­dasz ofia­rę za­raz po upo­lo­wa­niu.

- Sza­nuj­my się! - Prych­nę­ła. - Nie je­stem ja­kimś piw­ni­cza­kiem.

- Do­bra. - Scho­wa­łam mię­so do lo­dów­ki, ale Teo za­blo­ko­wa­ła drzwi swo­im cia­łem.

- Jesz­cze się nie na­my­śli­łam! Zo­staw na sto­le. Może jed­nak smak spro­sta mo­je­mu wy­kwint­ne­mu pod­nie­bie­niu.

Po­wstrzy­ma­łam prze­wró­ce­nie ocza­mi. Odło­ży­łam za­wi­niąt­ko i po­wlo­kłam się do ła­zien­ki, a po­tem do sy­pial­ni.

Mój nie­wiel­ki po­ko­ik był gra­ciar­nią jak resz­ta domu. Za­raz przy drzwiach sta­ło biur­ko, mo­del z PRL-u, z mnó­stwem szu­flad i szaf­ka­mi po su­fit; za­wa­lo­ne książ­ka­mi i pa­pie­ra­mi. Na­prze­ciw­ko biur­ka, na ca­łej ścia­nie, roz­cią­ga­ła się no­wo­cze­sna sza­fa z prze­su­wa­ny­mi, lu­strza­ny­mi drzwia­mi. Łóż­ko sta­ło w ostat­nim wol­nym rogu, dłuż­szym bo­kiem pod oknem. Nad za­głów­kiem tata przy­bił parę pó­łek na książ­ki. Ścia­ny po­ma­lo­wa­łam na mię­to­wo, ale wy­szło bar­dziej szpi­tal­nie niż no­wo­cze­śnie.

Prze­bra­łam się w pi­ża­mę i we­szłam pod koł­drę. Pla­no­wa­łam naj­pierw po­grać w oto­me i do­pie­ro po­tem spró­bo­wać za­snąć. Wy­bra­łam gier­kę, któ­rej jesz­cze nie zna­łam, ale mia­ła obie­cu­ją­ce re­cen­zje i gra­fi­kę. Po szyb­kim ak­cie pierw­szym do­szło do wy­bo­ru part­ne­ra do ro­man­so­wa­nia. Wy­da­wa­ło mi się, że dwóch z sze­ściu bi­shów nie­bez­piecz­nie przy­po­mi­na Do­mi­ni­ka i Krzyś­ka.

- Czy­li mogę wziąć albo play­boya, albo wred­ne­go typa - mruk­nę­łam.

- Dla cie­bie chy­ba wy­bór jest oczy­wi­sty. - Teo wsko­czy­ła na mnie i wal­nę­ła mi się na brzu­chu.

Jęk­nę­łam. Do­brze, że nie­wie­le zja­dłam.

- Szy­ko­wa­łaś się na to wyj­ście do­bre pół dnia - kon­ty­nu­owa­ła i ugnia­ta­ła mi je­li­ta. - Pró­bo­wa­łaś po­de­rwać ja­kie­goś fa­ce­ta?

- Wca­le nie. - Odło­ży­łam ko­mór­kę i od­wró­ci­łam się na bok. Teo opa­dła, zwró­co­na w stro­nę okna. - Daj mi spać.

Przy­mknę­łam oczy. Pod po­wie­ka­mi wi­dzia­łam spo­koj­ną twarz Krzyś­ka. Jego po­nu­re oczy za zgrab­ny­mi opraw­ka­mi oku­la­rów. Pra­wie po­czu­łam za­pach pły­nu do płu­ka­nia. Świe­ży, jak­by po­wie­trze w gó­rach za­raz po bu­rzy.

Le­że­li­śmy na łące. Za nami stał szla­chec­ki dwo­rek jak z Pana Ta­de­usza. Nad nami przez błę­kit­ne nie­bo spo­koj­nie dry­fo­wa­ły ob­łocz­ki. Krzy­siek na­chy­lił się i mu­snął moje usta cien­ki­mi war­ga­mi. Naj­pierw w po­li­czek, po­tem w ką­cik ust, wresz­cie przy­ci­snął do sie­bie. Wy­da­łam z sie­bie wes­tchnie­nie. Po­głę­bi­li­śmy po­ca­łu­nek. W pew­nym mo­men­cie wszedł na mnie. Do­ty­kał, jeź­dził rę­ka­mi wzdłuż mo­je­go cia­ła, aż wsa­dził dłu­gie pal­ce mię­dzy nogi. Zda­łam so­bie spra­wę, że mam na so­bie tyl­ko zwiew­ną, bia­łą su­kien­kę. I nie no­szę bie­li­zny.

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy. Sen był przy­jem­ny, ale nie wi­dzia­łam sen­su w za­głę­bia­niu się w ta­kie ma­rze­nia. Prze­wró­ci­łam się na brzuch i wsa­dzi­łam obie dło­nie pod po­dusz­kę.

2. Krzysiek

Czat z byłą

Wró­ci­łem do domu wcze­śniej, niż za­kła­da­łem. Moje osie­dle było jed­nym z tych bez­oso­bo­wych de­ve­lo­per­skich gi­gan­tów. Oto­czo­ne pło­tem, z por­tie­rem i Żab­ką w pra­wie każ­dym blo­ku. W moim bu­dyn­ku na par­te­rze mie­ścił się aku­rat za­kład po­grze­bo­wy. Kie­dy ku­po­wa­łem miesz­ka­nie na trze­cim pię­trze, z sy­pial­ni mia­łem przy­naj­mniej wi­dok na ko­ro­ny drzew. Te­raz mo­głem zaj­rzeć są­sia­do­wi do ta­le­rza. W miesz­ka­niu pa­no­wał wiecz­ny pół­mrok, po­nie­waż za­sła­nia­łem wszyst­kie okna gru­by­mi za­sło­na­mi. Do­brze, że przy­naj­mniej zde­cy­do­wa­łem się na ja­sny wy­strój. Utrzy­my­wa­łem ab­so­lut­ny po­rzą­dek, tak że nie­bez­pie­czeń­stwo, że przez przy­pa­dek na coś wpad­nę, było zni­ko­me. Kie­dy zo­sta­ło mi jesz­cze pa­rę­dzie­siąt lat kre­dy­tu, ża­ło­wa­łem, że nie ku­pi­łem miesz­ka­nia w so­cja­li­stycz­nym bu­dow­nic­twie.

Klą­twa i Kosz­mar sta­li pod drzwia­mi i wbi­li we mnie oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nia, kie­dy tyl­ko wsze­dłem.

- Po­rzu­ci­łeś nas - miauk­nę­ła Klą­twa. Sza­snę­ła dłu­gim, wą­skim ogon­kiem.

- Mó­wi­łem ci, że nie po­rzu­cił - syk­nął Kosz­mar. - Po pro­stu za­po­mniał.

Po­gła­ska­łem oba kot­ki po głów­kach.

- Nie po­rzu­ci­łem ani nie za­po­mnia­łem. By­łem na... - za­wa­ha­łem się - ...na spo­tka­niu.

- Z sa­mi­cą? - Kosz­mar otarł się o moją nogę.

Zdją­łem płaszcz i buty.

- Tak - mruk­ną­łem. - Je­stem zmę­czo­ny i mu­szę się po­ło­żyć.

- Faj­na jest? - Kosz­mar drep­tał za mną.

Wan­da? Czy Pa­try­cja?

Pa­try­cję już zna­ły i chy­ba ani ona nie po­lu­bi­ła mo­ich ko­tów, ani one jej. Twier­dzi­ła, że ma przez nie ato­po­we za­pa­le­nie skó­ry, cho­ciaż ku­pi­łem cor­nish rex, rasę re­ko­men­do­wa­ną aler­gi­kom.

Wan­da na­to­miast była... no... miłą ko­le­żan­ką z pra­cy. Uśmiech­nię­ta, tro­chę roz­trze­pa­na i nie­ogar­nię­ta blon­dyn­ka. Bar­dzo ład­na. Na­praw­dę ład­na. Mia­ła dłu­gie, fa­lu­ją­ce wło­sy. Wiel­kie, nie­bie­skie oczy i kształ­ty jak gwiaz­da ze sta­re­go Hol­ly­wo­od. Ucie­ka­ło mo­je­mu zro­zu­mie­niu, cze­mu Do­mi­nik po­de­rwał szcza­po­wa­tą, wred­ną Pa­try­cję, a nie ją. Być może była dla nie­go za by­stra. Albo pró­bo­wał, a to ona go nie chcia­ła. Tym bar­dziej mu­sia­ła być na­praw­dę mą­drą dziew­czy­ną. Pa­try­cją tak­że się nie za­chwy­ca­ła, wo­la­ła ko­le­go­wać się z Mil­ką, na­szą biu­ro­wą fa­na­tycz­ką fit­nes­su.

Wan­da za­in­te­re­so­wa­ła mnie spra­wą On­Bo­ard. Cie­ka­we, co tam się ze­psu­ło.

- To ko­le­żan­ka z pra­cy - od­par­łem.

- No i?

Pchną­łem drzwi do sy­pial­ni. Nie mu­sia­łem tłu­ma­czyć się kotu.

- Faj­na.

- To cze­mu jej nie przy­pro­wa­dzi­łeś?

Wy­cią­gną­łem ko­mór­kę z kie­sze­ni spodni i po­ło­ży­łem się cięż­ko na łóż­ku. Kosz­mar i Klą­twa od razu mnie oto­czy­li. Pa­trzy­li sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

- Po co? I tak by­ście się po­cho­wa­li.

Koty zer­k­nę­ły po so­bie, jak­by prze­twa­rza­ły nie­pod­wa­żal­ność ta­kiej lo­gi­ki.

- Po pro­stu się o cie­bie mar­twi­my - miauk­nę­ła Klą­twa.

- Bar­dzo mi miło. A te­raz marsz spać. - Wska­za­łem te­le­fo­nem na ich po­sła­nia w rogu sy­pial­ni.

Ocią­ga­jąc się, ze­szły z łóż­ka i uło­ży­ły się na nich.

Od­blo­ko­wa­łem ekran i wsze­dłem w ko­mu­ni­ka­tor. Prze­łą­czy­łem kon­to z mo­je­go na Pa­try­cji. Tak, mia­łem do­stęp do ko­mu­ni­ka­to­ra mo­jej by­łej. Nie­zbyt chwa­leb­ne. Za­lo­go­wa­ła się kie­dyś na moim urzą­dze­niu, kie­dy jesz­cze by­li­śmy parą, i ja­koś ni­g­dy nie usu­ną­łem po­łą­cze­nia. Sam rzad­ko ko­rzy­sta­łem aku­rat z tej apli­ka­cji (w dzi­siej­szych cza­sach pra­wie z każ­dym zna­jo­mym roz­ma­wia się przez inne na­rzę­dzie), tak że od cza­su do cza­su zer­ka­łem, jak Pa­try­cja za­tru­wa ży­cie in­nym, i upew­nia­łem się co do słusz­no­ści de­cy­zji o za­prze­sta­niu wal­ki o tę re­la­cję.

Gru­po­wy czat z przy­ja­ciół­ka­mi aż ki­piał wia­do­mo­ścia­mi. Pa­try­cja czy­ta­ła na bie­żą­co, wsze­dłem więc bez oba­wy, że za­uwa­ży moją obec­ność.

Aśka:

Tak mi przy­kro, że coś ta­kie­go cię spo­ty­ka!

Lu­iza:

Baby, jak się czu­jesz?

Pa­try­cja:

Kiep­sko...

Mag­da:

To co? Se­ans? Ta­rot?

Aśka:

Tel­ko? zdzwa­nia­my się?

Pa­try­cja:

Sła­bo się czu­ję...

Lu­iza:

A cze­mu wgl nie ma z tobą Do­mi­sia?

Uśmiech­ną­łem się z za­do­wo­le­niem. Do­bre py­ta­nie. Zer­k­ną­łem na pry­wat­ne cza­ty z każ­dą z przy­ja­ció­łek.

Aśka:

To jak rand­ka?

Pa­try­cja:

?

Aśka:

Ojej! Co się sta­ło?

Pa­try­cja:

Za­sła­błam. Do­mi­nik mu­siał mnie od­wieźć.

Aśka:

OMG! Cze­mu? By­łaś na po­go­to­wiu?

Pa­try­cja:

Nie. Może po­win­nam...

Aśka:

Ko­niecz­nie! Jest z Tobą Do­miś?

Pa­try­cja:

Nie. Po­wie­dzia­łam, że so­bie po­ra­dzę i może wró­cić do domu.

Aśka:

Nie­do­brze. Po­wi­nien zo­stać, jak­byś zno­wu za­sła­bła. Ja mie­wam po­wtór­ne omdle­nia. Przy­je­chać do Cie­bie?

Z Mag­dą oma­wia­ła inny aspekt spo­tka­nia:

Pa­try­cja:

Niby to nie moja spra­wa, ale wiesz... jak zo­ba­czy­łam go z inną...

Mag­da:

Zła­mas! Naj­pierw de­kla­ru­je mi­łość po grób, a parę ty­go­dni póź­niej już ma nową!

Pa­try­cja:

Ech...

Mag­da:

Baby są okrop­ne! Pew­nie czy­ha­ła na nie­go. Już wcze­śniej za­rzu­ci­ła na nie­go si­dła. Tyl­ko cze­ka­ła, jak coś się po­psu­je, i już go zgar­nę­ła.

Pa­try­cja:

Nic nie wi­dzia­łam.

Mag­da:

Wy­bacz, że Ci to po­wiem, ale je­steś zbyt do­bra i na­iw­na. Szcze­gól­nie do ko­biet. Nie ufaj im. Wi­dzisz, cze­ka­ją tyl­ko, jak się po­tkniesz, i rzu­ca­ją się na fa­ce­ta jak sępy.

Pa­try­cja:

To ja przyj­mo­wa­łam Wan­dę do pra­cy.

Mag­da:

Wi­dzisz! A ona zgar­nę­ła ci fa­ce­ta. Zero wdzięcz­no­ści! Zro­bić jej la­lecz­kę vo­odoo?

Pa­try­cja:

Ona wy­glą­da tak po­spo­li­cie, że przez przy­pa­dek zra­nisz ko­goś in­ne­go.

Mag­da:

Na przy­kład Aśkę? ;P He­he­he, mał­pie się bę­dzie na­le­ża­ło.

Unio­słem brwi. Nie mu­sia­łem wy­ku­py­wać żad­ne­go ser­wi­su stre­amin­go­we­go z se­ria­la­mi. Te­le­no­we­lę mia­łem za dar­mo na wła­snym te­le­fo­nie.

Prze­nio­słem się na czat z Lu­izą.

Lu­iza:

I Do­miś tak po pro­stu Cię zo­sta­wił i so­bie po­szedł?

Pa­try­cja:

Tak...

Lu­iza:

?To bar­dzo nie­po­ko­ją­ce. Co niby po­wie­dział?

Pa­try­cja:

Nic szcze­gól­ne­go.

Lu­iza.

Kur­czę! Ty to masz pe­cha do fa­ce­tów, bie­dac­two.

Pa­try­cja:

Taki mój los ;(

Lu­iza:

Nie mo­żesz im tak od razu ufać. Daj im czas, żeby po­ka­za­li swój praw­dzi­wy cha­rak­ter. Krzy­siek wy­da­wał się ide­ałem.

Pa­try­cja:

? nie mów­my o tym.

Lu­iza:

Prze­pra­szam!

Cięż­ko mi było na­dą­żyć z czy­ta­niem wszyst­kich cza­tów, wró­ci­łem więc do ogól­ne­go.

Mag­da:

Jak ten pa­da­lec po­zna się na tej ca­łej Wan­dzie, to bę­dzie Cię bła­gał na ko­la­nach, że­byś do nie­go wró­ci­ła.

Aśka:

Wan­dzia z nami pra­cu­je. Jest, noo, ani­me girl, je­że­li wie­cie, o co mi cho­dzi.

Mag­da:

Nope. Wha­te­ver. Po chuj za­trud­nia­ją ko­bie­ty? Po­tem tyl­ko są dra­my za­miast pra­cy.

Lu­iza:

Może Krzy­siek chce do Cie­bie wró­cić? To dziw­ne, że tak szyb­ko zna­lazł so­bie nową. I to, jak pi­sze­cie, nie­zbyt by­strą. Może tyl­ko chce wzbu­dzić Two­ją za­zdrość?

Aśka:

Nie wra­caj do nie­go! Zno­wu zro­bi dra­mę na pół biu­ra. Le­d­wo go prze­ko­na­li­śmy, żeby jed­nak zo­stał.

Mag­da:

Pil­nuj się Do­mi­sia!

Lu­iza:

Niech Do­miś le­piej pil­nu­je Pa­try­cji.

Ode­tchną­łem z za­do­wo­le­niem i odło­ży­łem ko­mór­kę na sta­cję ła­du­ją­cą. Wsta­łem i po­sze­dłem do ła­zien­ki. My­jąc zęby, roz­my­śla­łem o Wan­dzie. To na­praw­dę ład­na dziew­czy­na. Jak do­tąd zu­peł­nie nie­zau­wa­żo­na przez wia­nu­szek in­try­gan­tów w oso­bach Aśki, Pa­try­cji i Do­mi­ni­ka. A mo­gła­by spo­ro za­mie­szać, gdy­by tyl­ko ją od­po­wied­nio zmo­ty­wo­wać...

***

Easy­Ac­co­un­ting wy­naj­mo­wa­ło pierw­sze pię­tro w biu­row­cu Bra­ma Mia­sta w No­wym Cen­trum Ło­dzi. Był to no­wo­cze­sny, ele­ganc­ki bu­dy­nek ze szkła, be­to­nu i de­ko­ra­cji w po­sta­ci du­żych po­ła­ci po­rdze­wia­łej sta­li. Przede wszyst­kim po­do­ba­ła mi się lo­ka­li­za­cja: w cen­trum, koło du­żych par­kin­gów, przy­stan­ków ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej oraz jed­ne­go z naj­lep­szych we­te­ry­na­rzy w mie­ście. Przy­jeż­dża­łem do biu­ra na­wet pod­czas pan­de­mii i nie po­trze­bo­wa­łem spe­cjal­nej za­chę­ty, żeby po­now­nie tam przy­cho­dzić, kie­dy za­gro­że­nie mi­nę­ło.

Miło jed­nak, że prze­pro­wa­dzo­no grun­tow­ną re­no­wa­cję prze­strze­ni i te­raz na­sze biu­ro było dużo bar­dziej zie­lo­ne i ga­dże­ciar­skie. Dział sprze­da­ży i ob­słu­gi, w któ­rym obec­nie pra­co­wa­łem, zaj­mo­wał je­den nie­wiel­ki open spa­ce na prze­dzie pię­tra. Do­sta­li­śmy sze­ro­kie, bia­łe biur­ka ze ścian­ka­mi przy no­gach. Za­raz od wej­ścia bie­gła in­sta­la­cja zło­żo­na z eg­zo­tycz­nych ro­ślin o róż­no­rod­nych li­ściach, któ­ra od­gra­dza­ła nas od ewen­tu­al­nych od­wie­dza­ją­cych i sal kon­fe­ren­cyj­nych. Po bo­kach biu­ra usta­wio­no bud­ki do pra­cy w ci­szy, wy­kła­da­ne plu­szo­wą tka­ni­ną tłu­mią­cą dźwięk.

Je­dy­nym mi­nu­sem było wpro­wa­dze­nie za­sa­dy biu­ra bez pa­pie­ru i rze­czy oso­bi­stych. Pra­cow­ni­kom za­bra­no szaf­ki, a wszel­kie do­ku­men­ty od razu ska­no­wa­no i wy­sy­ła­no do ar­chi­wum. Gwiazd­ka: nie do­ty­czy­ło to oczy­wi­ście pro­gra­mi­stów.

Pa­try­cja była szcze­gól­nie dum­na z tej ak­cji, do­pó­ki nie oka­za­ło się, że przez nią pra­cow­ni­cy nie­chęt­nie wra­ca­ją z home of­fi­ce i trzy­ma­ją rze­czy oso­bi­ste na bla­cie lub w kar­to­no­wych pu­dłach (czym za­gra­ca­ją de­si­gner­ską prze­strzeń). Te­raz nie wol­no było wspo­mi­nać przy niej, że to jej po­mysł. Od razu się ob­ra­ża­ła.

Przy ro­ślin­nym prze­pie­rze­niu mi­ną­łem się z Aśką, sze­fo­wą han­dlow­ców i tym­cza­so­wą sze­fo­wą dzia­łu ob­słu­gi, od kie­dy Kin­ga po­szła na ma­cie­rzyń­ski. Dziw­ne, że nie awan­so­wa­no Wan­dy albo Mil­ki, ale może po­trze­bo­wa­no do­świad­czo­nych lu­dzi do pra­cy. Albo ko­zła ofiar­ne­go, do cze­go Aśka świet­nie się nada­wa­ła. Roz­kła­da­ła się przed wszyst­ki­mi jak dy­wan, a naj­bar­dziej przed Pa­try­cją.

- Cześć! - Uśmiech­nę­ła się bla­do. - Mam spo­tka­nia do je­de­na­stej, jak­byś cze­goś po­trze­bo­wał, to je­stem w sal­ce. Wan­da opo­wia­da­ła ci, jaki ma pro­blem?

Aśka bar­dzo nie chcia­ła mie­szać się w spra­wy na­sze­go dzia­łu poza ad­mi­ni­stra­cyj­ne mi­ni­mum. Pew­nie dla­te­go tak bar­dzo na­le­ga­ła, że­bym do nie­go do­łą­czył, prze­cież szcze­gól­nie mnie nie lu­bi­ła. Na pry­wat­nym cza­cie chęt­nie plot­ko­wa­ła na mój te­mat z Pa­try­cją.

- Dzień do­bry. - Kiw­ną­łem gło­wą. - Tak, już się tym zaj­mu­je­my.

Ty­łem do wej­ścia sie­dzia­ła Mil­ka. Jej wy­so­ki ku­cyk pod­ska­ki­wał mia­ro­wo, kie­dy moc­no stu­ka­ła w kla­wia­tu­rę.

- Dzień do­bry. - Po­ło­ży­łem swo­je rze­czy na biur­ku.

Od­po­wie­dzia­ła mi zdaw­ko­wym "cześć". Bar­dzo do­brze, że jesz­cze nie było Wan­dy i Mil­ka nie ga­da­ła z nią o po­ran­nym jog­gin­gu, ro­wer­kach czy tre­nin­gu na si­łow­ni. Pech chciał, że po pan­de­mii otwo­rzo­no si­łow­nię w na­szym bu­dyn­ku i obie cho­dzi­ły tam przed pra­cą, po czym ga­da­ły o tym pół dnia. Czu­łem się źle, że sam nie­wie­le ćwi­czę. Od rana wo­la­łem jed­nak pić kawę i kon­tem­plo­wać moją zła­ma­ną dumę.

Kie­dy prze­sze­dłem do wspar­cia klien­ta, tro­chę się nu­dzi­łem. Nasz pro­dukt był tak prze­my­śla­ny, że prak­tycz­nie roz­li­czał się sam. W dzia­le ob­słu­gi by­li­śmy więc czymś w ro­dza­ju pierw­szej li­nii wspar­cia. Poza zbie­ra­niem zgło­szeń o bu­gach od klien­tów po­ma­ga­li­śmy w fak­tu­rach i ro­bi­li­śmy szko­le­nia. To zna­czy dziew­czy­ny ro­bi­ły, bo mnie jesz­cze ja­koś nie­uf­nie do­pusz­cza­ły do tego za­kre­su obo­wiąz­ków. Może nie by­łem prze­mi­ły i roz­ga­da­ny jak Wan­da albo ener­gicz­ny jak Mil­ka, ale prze­cież umiał­bym cier­pli­wie wy­ja­śniać funk­cjo­nal­no­ści na­sze­go por­ta­lu. Na­wet kotu. Mój mózg po­trze­bo­wał wy­zwań, ina­czej za bar­dzo za­głę­bia­łem się w po­nu­rych my­ślach, jak nie­na­wi­dzę świa­ta i lu­dzi. Może po­pro­szę Wan­dę, żeby od­da­ła mi spra­wę z On­Bo­ard? To mo­gło być in­te­re­su­ją­ce.

Przy­szła ja­kąś go­dzi­nę po mnie. Od­cze­ka­łem, aż się roz­pa­ku­je i zaj­mie pra­cą.

- Czy mógł­bym ci za­jąć chwil­kę? - za­py­ta­łem.

Wan­da pod­nio­sła na mnie nie­bie­skie oczy.

- Ja­sne, o co cho­dzi?

- Mógł­bym po­dejść?

Kiw­nę­ła gło­wą. Ude­rzy­ła parę razy otwar­tą dło­nią w nie­wiel­ki skra­wek wol­nej prze­strze­ni na swo­im bla­cie. Je­że­li na­rze­ka­łem, że pra­cow­ni­cy mu­sie­li trzy­mać rze­czy oso­bi­ste na wi­do­ku, to mó­wi­łem o Wan­dzie.

Zła­pa­łem krze­sło i prze­cią­gną­łem do niej. Chcia­łem usiąść i wsa­dzić nogi pod biur­ko, ale o coś za­ha­czy­łem. Schy­li­łem się.

- Co to?

- Moje pre­per­skie pu­deł­ko.

- Czy­li co?

- Pu­dło, w któ­rym trzy­mam do­dat­ko­we skar­pet­ki, raj­sto­py, ter­mo­for, leki, słu­chaw­ki i inne po­trzeb­ne rze­czy.

Kar­to­no­we pu­dło na rze­czy. Za­miast po­rząd­nej szaf­ki. Po­wstrzy­ma­łem wes­tchnię­cie i się­gną­łem po kar­ton. Wan­da fak­tycz­nie cho­wa­ła w nim całą do­dat­ko­wą gar­de­ro­bę, za­pas an­ty­bio­ty­ków, a na­wet ko­cie chrup­ki.

- Szy­ku­jesz się na apo­ka­lip­sę zom­bie?

Prze­krzy­wi­ła gło­wę i zaj­rza­ła mi przez ra­mię.

- Nie je­ste­śmy fir­mą far­ma­ceu­tycz­ną, żeby apo­ka­lip­sa za­czę­ła się w na­szych taj­nych, pod­ziem­nych la­bo­ra­to­riach.

Za­śmia­łem się krót­ko.

- Nie sły­sza­łaś, że Ben pla­nu­je re­bran­ding? My­ślał o no­wej na­zwie: "Pa­ra­sol".

Za­ło­ży­ła wło­sy za ucho.

- Nie wie­dzia­łam, że ko­ja­rzysz Re­si­dent Evil.

- Lu­bię ocie­ka­ją­ce krwią gry. - Scho­wa­łem pu­deł­ko pod biur­ko. - Opo­wiesz mi wię­cej o On­Bo­ard?

- Wię­cej nie ma do opo­wie­dze­nia. Po­ka­żę ci, jak to wy­glą­da w sys­te­mie. - Za­czę­ła szyb­ko otwie­rać bar­dzo dużo no­wych okie­nek. - I zgło­sze­nie do IT. W przy­szłym ty­go­dniu mam z nimi spo­tka­nie, to wiesz, jak­byś chciał, mógł­byś ze mną na nie pójść.

- Mogę prze­jąć od cie­bie spra­wę.

Na chwi­lę za­trzy­ma­ła mysz­kę.

- Nie... nie mu­sisz. - Prze­łknę­ła śli­nę. - Ale two­je wspar­cie się przy­da. Zo­bacz tu­taj.

Do je­de­na­stej roz­ma­wia­li­śmy prak­tycz­nie tyl­ko o tym. Wan­da ska­ka­ła mię­dzy okna­mi, wy­daw­ca­mi gier i mno­ży­ła teo­rie. To wszyst­ko wy­da­ło mi się tro­chę cha­otycz­ne. Przede wszyst­kim za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie, cze­mu od li­sto­pa­da zgło­sze­nie leży nie­ru­szo­ne i to Wan­da naj­bar­dziej przej­mu­je się ca­łym pro­ble­mem.

Wró­ci­łem do sie­bie z mnó­stwem prze­my­śleń, ale naj­pierw mu­sia­łem za­jąć się bie­żą­cy­mi obo­wiąz­ka­mi i zgło­sze­nia­mi. Przed dwu­na­stą wy­kre­śli­łem ostat­nie za­da­nie z mo­jej li­sty. Zaj­rza­łem do skrzyn­ki ze zgło­sze­nia­mi, zo­ba­czy­łem parę nud­nych ma­ili, po­sta­no­wi­łem więc naj­pierw zro­bić krót­ką prze­rwę i na­pić się w spo­ko­ju kawy.

Wy­sze­dłem za kur­ty­nę z ro­ślin i prze­sze­dłem w głąb prze­strze­ni biu­ro­wych do kuch­ni. Ona tak­że zo­sta­ła od­no­wio­na i wy­ło­żo­na od góry do dołu bia­ły­mi ka­fel­ka­mi, któ­re może tro­chę za bar­dzo nada­wa­ły po­miesz­cze­niu wy­gląd ba­se­nu z PRL-u. Fron­ty sza­fek były ciem­ne i błysz­czą­ce, przez co uwi­dacz­nia­ły wszyst­kie od­ci­ski pal­ców. Wzdry­ga­łem się za każ­dym ra­zem, kie­dy mu­sia­łem ich do­ty­kać. Kie­dy by­wa­łem sam w biu­rze, spę­dza­łem prze­rwę na szo­ro­wa­niu me­bli środ­kiem an­ty­sep­tycz­nym. Sprzą­ta­nie za­wsze mnie od­stre­so­wu­je.

Włą­czy­łem eks­pres do kawy i wy­cią­gną­łem ko­mór­kę. Już chcia­łem prze­łą­czyć się na kon­to Pa­try­cji, ale usły­sza­łem roz­en­tu­zja­zmo­wa­ne gło­sy Wan­dy i Mil­ki. Wpa­ko­wa­ły się do kuch­ni.

- Pięć­dzie­siąt zło­tych to jak­by pro­mo­cja. A bę­dzie faj­nie! - traj­ko­ta­ła Mil­ka.

- No ja chęt­nie! - Wan­da ro­ze­śmia­ła się. - Za­py­tam przy­ja­ciół­kę.

- Ja­sne! Im nas wię­cej, to czę­ściej będą za­pra­szać ja­kichś faj­nych in­struk­to­rów. O, Krzy­siek! - Mil­ka mnie za­uwa­ży­ła. - Chcesz iść w week­end na warsz­ta­ty z jogi? Przy­jeż­dża taka su­per dziew­czy­na, co po­tra­fi po­dra­pać się sto­pą w czu­bek gło­wy.

Cie­ka­we, jak do­kład­nie myła tę sto­pę.

- Wo­lał­bym nie - od­po­wie­dzia­łem, wy­cią­ga­jąc fi­li­żan­kę z eks­pre­su.

Mil­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Wie­le stra­cisz. Na­praw­dę bę­dzie faj­nie! I będą dziew­czy­ny w ob­ci­słych ubra­niach.

Wzią­łem ostroż­nie łyk go­rą­cej kawy. Jej smak po­wo­li roz­lał się po pod­nie­bie­niu.

- Może kie­dy in­dziej. Chwi­lo­wo jesz­cze po­tra­fię po­dra­pać się ręką.

Wan­da się ro­ze­śmia­ła. Wy­ję­ła ku­bek z po­zła­ca­nym kot­kiem i wsa­dzi­ła do eks­pre­su. Od­su­ną­łem się, żeby zro­bić jej miej­sce, a po chwi­li wy­sze­dłem z kuch­ni. Mia­łem te ma­ile do ob­ro­bie­nia, poza tym nie zniósł­bym na­ma­wia­nia mnie na ja­kieś nie­po­trzeb­ne wy­gi­ba­sy.

3. Wanda

Niemoralna propozycja

Po­cze­ka­łam, aż umilk­ną kro­ki Krzyś­ka, i zwró­ci­łam się do Mil­ki.

- Na­praw­dę my­ślisz, że on szy­ku­je się, żeby zo­stać na­szym sze­fem?

Mil­ka ob­li­za­ła w za­my­śle­niu ły­żecz­kę.

- Przede wszyst­kim nie wia­do­mo, po co do nas do­łą­czył. Tro­chę to dziw­ne, że prze­szedł z we­wnętrz­nych roz­li­czeń do ob­słu­gi klien­ta.

- Za­pro­po­no­wa­li mu przej­ście po tym, jak roz­stał się z Pa­try­cją.

- O, pani! - Prze­wró­ci­ła ocza­mi. Po­wo­li otwo­rzy­ła wiecz­ko jo­gur­tu na­tu­ral­ne­go. - Nie ku­pu­ję tej ca­łej dra­my. Bo jak bę­dzie pra­co­wał po­kój obok, to na pew­no nie bę­dzie już jej oglą­dał! Moja teo­ria jest taka - za­czę­ła, gdy usia­dły­śmy - że za­pro­po­no­wa­no mu awans na me­na­dże­ra. Te­raz po pro­stu spraw­dza, jak wy­glą­da na­sza pra­ca, za­nim nas o tym ofi­cjal­nie po­in­for­mu­ją. A po­tem pyk! - Unio­sła wy­so­ko ły­żecz­kę. - Do­sta­nie­my no­we­go sze­fa, a on ogło­si swo­je za­rę­czy­ny z ha­eró­wą.

Po­czer­wie­nia­łam.

- Prze­cież Pa­try­cja jest z Do­mi­ni­kiem.

Mil­ka mach­nę­ła ręką.

- Ona jest tu­taj ele­men­tem de­ko­ra­cyj­nym.

- Krzy­siek zda­je się już jej nie ko­chać.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- To może bez tego ślu­bu. Oni chy­ba już byli za­rę­cze­ni. Nie za­rę­czy­li się w grud­niu? Albo w stycz­niu? Ale zo­ba­czysz, jesz­cze tro­chę i zno­wu bę­dzie­my tyl­ko we dwój­kę.

- Hmm, on jest taki dość... - prze­łknę­łam śli­nę - ...trzy­ma­ją­cy się za­sad i w ogó­le. My­ślisz, że umó­wił­by się na rand­kę ze swo­ją pod­wład­ną?

Mil­ka na­dal spo­koj­nie ja­dła jo­gurt.

- Nie li­czy­ła­bym na rand­kę z Krzyś­kiem, o ile nie je­steś wy­żej niż sio­strze­ni­ca pre­ze­sa.

- Ga­da­cie o rand­ko­wa­niu z Krzyś­kiem? - Do kuch­ni we­szła Aśka. - Nie li­czy­ła­bym.

Wy­cią­gnę­ła swój wiel­ki ku­bek bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cy że­liw­ny gar­nek, wrzu­ci­ła tam czte­ry to­reb­ki me­li­sy i za­la­ła resz­tą wody z czaj­ni­ka.

Mia­łam po­czu­cie, że twarz za­czy­na mi pło­nąć.

- No... umó­wił się. Ze mną. Wczo­raj. I nie wiem, czy to rand­ka, czy nie.

- By­łaś z nim na rand­ce?! - Mil­ka z brzę­kiem odło­ży­ła ły­żecz­kę i wy­ba­łu­szy­ła oczy.

- No nie wiem wła­śnie.

- Ale spo­tka­łaś się z nim po pra­cy?

- Tak.

- Po co?!

- No, za­pro­sił mnie i po­szłam.

- Okej... - Mil­ka zro­bi­ła bu­zię w pod­ków­kę i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Na­dal cię lu­bię oczy­wi­ście, ale gust masz dziw­ny. Krzy­siek jest taki - za­wa­ha­ła się - sztyw­niac­ki, nu­dziar­ski i strasz­nie taki... so­cjo­pa­tycz­ny. - Po­pi­ła her­ba­tę.

Aśka za­ję­ła miej­sce obok nas.

- Swo­ją dro­gą, masz uro­czy ku­bek. - Wska­za­ła na mój z wy­pu­kłym, po­zła­ca­nym kot­kiem.

- Dzię­ku­ję. Lu­bię koty.

- Krzyś­ka chy­ba też lu­bisz. - Mil­ka par­sk­nę­ła krót­kim śmie­chem.

- Co w tym dziw­ne­go? Jest miły i przy­stoj­ny. Pa­try­cja też go prze­cież lu­bi­ła.

Aśka pod­nio­sła mo­krą to­reb­kę me­li­sy. Przyj­rza­ła się jej i z po­wro­tem za­nu­rzy­ła.

- Ale z nią to co in­ne­go - ode­zwa­ła się z wes­tchnie­niem. - My­śle­li­śmy, że Krzy­siek chce wejść do ro­dzi­ny. Zo­stać zię­ciem, wspól­ni­kiem, ta­kie tam.

Mach­nę­ła ręką za­koń­czo­ną dłu­gi­mi, akry­lo­wy­mi pa­znok­cia­mi. Aśka po­wta­rza­ła, że wy­da­wa­ła całą pen­sję na dzie­ci, a resz­tę na ma­ni­cu­re.

- Krzy­siek to chy­ba nie jest typ, któ­ry robi ka­rie­rę przez łóż­ko - za­uwa­ży­łam.

- No niby nie, ale... ale jest... - Aśka wzię­ła łyk na­pa­ru i do­pie­ro do­koń­czy­ła myśl. - Trze­ba przy­znać, że zro­bił wie­le dla fir­my i utknął na sta­no­wi­sku spe­cja­li­stycz­nym. Nie do­stał awan­su, ale nie wiem, czy się sta­rał. Może my­ślał, że Ben po­wi­nien mu go po pro­stu za­ofe­ro­wać. Do tego nie wy­da­wał się za­in­te­re­so­wa­ny ni­kim in­nym poza sobą. To z Pa­try­cją do nie­go pa­so­wa­ło, bo wy­da­wa­ło się ta­kie wiesz... na chłod­no.

- W sen­sie, że Krzy­siek to ka­rie­ro­wicz?

Aśka wy­pu­ści­ła ze świ­stem po­wie­trze.

- Może nie chciał wy­ko­rzy­stać na­szej Pa­try­cji bez­po­śred­nio do zro­bie­nia eks­pre­so­wej ka­rie­ry. - Za­wie­si­ła się, jak­by jed­nak wła­śnie to mia­ła na my­śli i ana­li­zo­wa­ła ko­lej­ne sło­wa. - Ra­czej, że wiesz... że oni obo­je są in­tro­wer­tycz­ni, me­lan­cho­lij­ni, sku­pie­ni na pra­cy i bli­sko Bena. Do­bra­li się jak w kor­cu maku.

Par­sk­nę­łam śmie­chem, cho­ciaż po­czu­łam szpil­kę w oko­li­cach ser­ca.

- Czy­li byli dla sie­bie stwo­rze­ni?

Aśka szcze­rze się za­śmia­ła.

- No wła­śnie nie! Krzy­siek zda­wał się od­czu­wać po­ciąg tyl­ko do do­brze na­pi­sa­ne­go ma­kro. Pa­try­cja na­to­miast jest wy­so­ko wraż­li­wa. Ona prze­ży­wa do­słow­nie wszyst­ko. Ktoś na nią krzy­wo spoj­rzy i już za­le­wa się łza­mi. Jed­ną im­pre­zę fir­mo­wą prze­sie­dzia­ła, chli­piąc w to­a­le­cie. Bie­dac­two. Wszy­scy my­śle­li, że spi­ła się na smut­no, a tyl­ko mnie po­wie­dzia­ła, co się na­praw­dę sta­ło. No, a to roz­sta­nie było wy­da­rze­niem na całą fir­mę...

- Mo­gła nie zdra­dzać Krzyś­ka z Do­mi­ni­kiem - wy­rwa­ło mi się.

Mil­ka za­kry­ła usta, żeby stłu­mić chi­chot.

Aśka szyb­ko po­ło­ży­ła rękę na moim przed­ra­mie­niu.

- Wy­bacz, Wan­da, ale nie lek­ce­waż Do­mi­ni­ka.

- A co on ma do tego?

- Po­tra­fi roz­ko­chać w so­bie każ­dą.

Przy­gry­złam war­gi. Mnie ja­koś uda­wa­ło się bez tru­du to, by nie ca­ło­wać się z nim ani w biu­rze, ani poza nim.

- My­ślisz, że Do­mi­nik uwiódł Pa­try­cję, a Krzy­siek nie chciał dać jej dru­giej szan­sy? - za­py­ta­łam, za­in­try­go­wa­na.

Asia przy­ło­ży­ła ku­bek do ust i bar­dzo po­wo­li po­ki­wa­ła gło­wą.

- Hmmm... obi­ły mi się ta­kie plot­ki o uszy. Albo uniósł się ho­no­rem. Cho­ciaż może nie chciał dać jej szan­sy, bo już był za­ko­cha­ny w kimś in­nym? - Mru­gnę­ła do mnie.

Po­wstrzy­ma­łam par­sk­nię­cie, Mil­ka zaś już nie kry­ła się ze śmie­chem.

- Dla­cze­go wte­dy skła­dał­by wy­po­wie­dze­nie?

- Może dla dra­my. - Aśka roz­ło­ży­ła ręce. - Faj­nie, że z nami jest i że otwo­rzył się na nowe opcje.

- Naj­waż­niej­sze: czy Krzy­siek ma zo­stać na­szym no­wym sze­fem? - Mil­ka po­ło­ży­ła otwar­tą dłoń na sto­le.

- Nie... nic mi o tym nie wia­do­mo - stwier­dzi­ła Aśka.

- To da­lej! Bierz go! - Mil­ka po­kle­pa­ła mnie po ple­cach.

Nie by­łam pew­na, czy Krzy­siek był­by za­in­te­re­so­wa­ny bra­niem. W ogó­le ni­cze­go nie by­łam pew­na. Czy chciał spo­tkać się ze mną poza pra­cą, czy chciał się tyl­ko po­ka­zać przed Pa­try­cją? I dla­cze­go to zro­bił? Czy może prze­my­ślał to roz­sta­nie i chciał do niej wró­cić, ale nie wie­dział jak? Chciał spra­wić, aby to ona zro­bi­ła się o nie­go za­zdro­sna i za­wal­czy­ła o nie­go? Po­czu­ła, jak to jest, kie­dy zo­ba­czy się uko­cha­ną oso­bę w ra­mio­nach ko­goś in­ne­go?

***

Po­wo­li koń­czy­łam pra­cę, kie­dy Krzy­siek do mnie pod­szedł. Pod­nio­słam na nie­go zdzi­wio­ny wzrok. Cze­mu zo­stał dłu­żej? Po­sta­no­wił ro­bić nad­go­dzi­ny w pią­tek? A może... może chciał ze mną po­ga­dać o czwart­ku?

Chrząk­nął i po­pra­wił oku­la­ry.

- Czy masz jesz­cze dużo pra­cy?

Prze­je­cha­łam ręką po wło­sach.

- W za­sa­dzie nie. Przy­szłam póź­niej, to mu­szę swo­je wy­sie­dzieć.

Krzy­siek przy­glą­dał mi się z za­gad­ko­wym wy­ra­zem twa­rzy.

- Masz ja­kieś pla­ny na wie­czór? Chciał­bym z tobą po­roz­ma­wiać.

Ser­ce za­bi­ło mi szyb­ciej.

- Nie mam. Wra­cam do domu i kar­mię kota.

- Czy mogę cię od­wieźć? Chciał­bym cię prze­pro­sić za wczo­raj i ci to ja­koś wy­na­gro­dzić.

Ścią­gnę­łam brwi. Jak kon­kret­nie wy­na­gro­dzić? Tak jak w moim śnie?

- Okej... ale ja nie­da­le­ko miesz­kam. Na Ra­dio­sta­cji.

- To ża­den pro­blem.

- Do­brze. Za­raz skoń­czę, spa­ku­ję się i mo­że­my ru­szać.

By­łam zbyt cie­ka­wa, co ma mi do po­wie­dze­nia, nie by­ła­bym w sta­nie wy­sie­dzieć tych ośmiu go­dzin. Za­mknę­łam lap­to­pa i szarp­nę­łam za ła­do­war­kę. Wrzu­ci­łam do tor­by sprzęt, dzi­siej­sze no­tat­ki, wy­cią­gnę­łam ka­nap­kę, o któ­rej to­tal­nie za­po­mnia­łam. Chwy­ci­łam za ku­bek.

- Tyl­ko go umy­ję i wra­cam! - za­pew­ni­łam i po­bie­głam do kuch­ni.

***

Auto Krzyś­ka nie było nowe, ale wy­róż­nia­ło się nie­ska­zi­tel­ną czy­sto­ścią i lśnią­cą, gra­na­to­wą ka­ro­se­rią. W środ­ku nie za­uwa­ży­łam naj­mniej­sze­go pył­ku. W krat­ce wen­ty­la­cyj­nej tkwił od­świe­żacz po­wie­trza o gór­skim za­pa­chu. Zu­peł­nie jak w moim śnie.

Uchy­li­łam szyb­ko okno, żeby nie po­bu­dzać wy­obraź­ni. Je­że­li Krzy­siek chciał­by... spę­dzić ze mną wie­czór, to po­win­nam dać mu czas na tę "roz­mo­wę", za­nim za­cznę re­ali­zo­wać moje sen­ne ma­rze­nia.

Wy­je­cha­li­śmy z pod­ziem­ne­go par­kin­gu i po­to­czy­li­śmy się w dół uli­cą Na­ru­to­wi­cza. Krzy­siek pro­wa­dził spo­koj­nie, trzy­ma­jąc się za­sad ru­chu dro­go­we­go co do joty. Zwal­niał przed każ­dym przej­ściem dla pie­szych i nie prze­je­chał na żół­tym świe­tle.

Wska­za­łam mu, gdzie może za­par­ko­wać sa­mo­chód.

- Chcesz do mnie wejść czy po­ga­da­my tu­taj? - za­py­ta­łam.

Przez chwi­lę wpa­try­wał się w nie­śmia­ło roz­wi­ja­ją­cy się krzak bzu. Zmru­żył po­wie­ki i do­pie­ro spoj­rzał na mnie.

- Je­że­li nie będę prze­szka­dzał, to chęt­nie wej­dę.

Kie­dy wy­sia­da­li­śmy, ro­zej­rza­łam się do­kład­nie, czy ni­g­dzie nie ma pań z ko­cich fun­da­cji. Jak­by mnie przy­uwa­ży­ły z męż­czy­zną, mo­gły­by nie dać mi po­tem spo­ko­ju.

Teo na pew­no bę­dzie obu­rzo­na, że ko­goś przy­pro­wa­dzi­łam. Tyl­ko za­ha­czy­łam klu­czem o dziur­kę w drzwiach, a ona już za­czę­ła miau­czeć:

- Ten stek był za tłu­sty! Bo­lał mnie brzu­szek, a ty mnie nie wy­ma­so­wa­łaś! Gdzie się po­dzie­wa­łaś?

Krzy­siek oparł się o ścia­nę koło drzwi. Przez cały czas przy­glą­dał mi się swo­imi ciem­ny­mi ocza­mi, ale te­raz zwę­ził je lek­ko i spoj­rzał py­ta­ją­co na drzwi.

- Kot. - Uśmiech­nę­łam się po­ro­zu­mie­waw­czo.

Cho­ciaż mo­gło mu się to wy­dać dziw­ne, że tłu­ma­czę mu, co sły­szy. Jak do­tąd nie spo­tka­łam dru­giej oso­by, któ­ra tak­że ro­zu­mia­ła, co mó­wią koty. Ro­dzi­na uwa­ża­ła mnie za dzi­wa­dło, Wi­tek i Goś­ka za­ak­cep­to­wa­li taką, jaką je­stem, ale dla resz­ty świa­ta... dla resz­ty świa­ta koty po pro­stu miau­cza­ły, mru­sza­ły, fu­ka­ły. Ja sły­sza­łam ich wy­po­wie­dzi. W przy­pad­ku Teo - bar­dzo dużo wy­po­wie­dzi.

Upo­ra­łam się z drzwia­mi i otwo­rzy­łam je na moż­li­wą sze­ro­kość. Pra­wie całą wol­ną prze­strzeń ko­ry­ta­rzy­ka zaj­mo­wa­ła Teo. Le­ża­ła bo­kiem, eks­po­nu­jąc swój wy­peł­nio­ny brzuch. Pod­nio­sła się i ob­rzu­ci­ła Krzyś­ka nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- Wol­niej się nie dało? A kto to? Ma sa­sze­ty?

- Prze­pra­szam - bąk­nę­łam do Krzyś­ka. - Nie bo­isz się albo nie masz aler­gii?

- Nie, mam dwa koty w domu. - Wszedł za mną do miesz­ka­nia. Kuc­nął, żeby zdjąć buty, i przy oka­zji wy­cią­gnął dłoń do Teo.

Teo nie była ko­tem, któ­ry od razu się przy­tu­la. Przy­mknę­ła oczy i usia­dła. Krzy­siek mu­siał przy­su­nąć się bli­żej i pod­sta­wić jej pal­ce pod nos do po­wą­cha­nia. Wresz­cie po­zwo­li­ła się ła­ska­wie do­tknąć, jak­by była kró­lo­wą ko­tów udzie­la­ją­cą au­dien­cji dla pleb­su.

- Chcesz her­ba­ty albo coś? - za­gad­nę­łam. Prze­szłam do kuch­ni, bo w trój­kę nie mie­ści­li­śmy się na tak ma­łej prze­strze­ni.

- A mnie nie za­py­tasz, czy mam wodę? - sark­nę­ła Teo. - Od­wod­ni­łam się przez tego ste­ka.

Krzy­siek po­wo­li gła­skał kot­kę i zda­wa­ło się, że do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do nie­go, co po­wie­dzia­łam.

- Coś cie­płe­go może być - od­po­wie­dział. - Jak kot ma na imię?

Włą­czy­łam elek­trycz­ny czaj­nik i wyj­rza­łam z kuch­ni. Krzy­siek na­dal ku­cał przy Teo i de­li­kat­nie gła­dził jej fu­ter­ko. Cho­ciaż był smu­kły, zaj­mo­wał całą sze­ro­kość ko­ry­ta­rza. Jego gę­ste wło­sy od­bi­ja­ły świa­tło z kuch­ni. Opraw­ki oku­la­rów i rzę­sy za­sła­nia­ły tę­czów­ki.

- Teo. To kot­ka. Zna­czy, wy­ste­ry­li­zo­wa­na, ale chy­ba na­dal się li­czy, nie?

- Ja­sne, od razu oma­wiaj z nim in­tym­ne szcze­gó­ły! - prych­nę­ła Teo. - Po to go tu­taj spro­wa­dzi­łaś? Czy ty masz w gło­wie tyl­ko jed­no?

- Chcesz me­li­sy? Albo Earl Grey? Mam też zi­mo­we ja­błusz­ko, roz­grze­wa­ją­ce - szyb­ko prze­rwa­łam Teo, w ra­zie gdy­by Krzy­siek na­gle oka­zał się dru­gą oso­bą na świe­cie, któ­ra ro­zu­mie koty.

Pod­niósł się po­wo­li i otrze­pał ręce. Sierść unio­sła się jak chmu­ra i opa­dła na jego rę­ka­wy. Po­pra­wił oku­la­ry i jesz­cze przez chwi­lę pa­trzył na Teo. Była ład­na i za­dba­na, cho­ciaż taka wy­ga­da­na.

- A masz zwy­kłą, czar­ną? - Spoj­rzał na mnie.

- Zwy­kła, że w to­reb­kach czy sy­pa­na?

- W to­reb­ce.

Otwo­rzy­łam szaf­kę i od razu wy­sy­pa­ły się na mnie pu­deł­ka róż­nych, na­po­czę­tych już her­bat. Zro­bi­łam unik i zła­pa­łam Lip­to­na. Po krót­kim wa­ha­niu się­gnę­łam po me­li­sę dla sie­bie. Ostroż­nie wy­cią­gnę­łam dwa kub­ki. Nie chcia­łam, żeby jesz­cze ce­ra­mi­ka po­le­cia­ła z sza­fek i roz­bi­ła się na płyt­kach.

W tym cza­sie Krzy­siek schy­lił się i za­czął zbie­rać po­roz­rzu­ca­ne to­reb­ki her­ba­ty.

- Dzię­ku­ję - rzu­ci­łam za­kło­po­ta­na. - Wy­star­czy, że je zbie­rzesz na ja­kąś kupę, a ja je po­tem uło­żę.

Teo wci­snę­ła się obok Krzyś­ka i od nie­chce­nia pa­ca­ła łap­ką jed­ną to­reb­kę. Pa­zur­kiem za­ha­czy­ła o pa­pier. Pod­nio­sła go zde­gu­sto­wa­na i pró­bo­wa­ła strzą­snąć.

- Jak już spro­wa­dzasz fa­ce­tów na wie­czór, to mo­gła­byś za­dbać o feng shui i tu po­sprzą­tać - rzu­ci­ła zło­śli­wie.

Woda skoń­czy­ła się go­to­wać i za­la­łam oba kub­ki. Tro­chę dzi­wi­łam się Krzyś­ko­wi, że nie chciał me­li­sy. Był prze­cież taki po­rząd­nic­ki, a te­raz mu­siał stać w tej cha­otycz­nej kuch­ni! Spo­koj­nie wy­cią­gnął to­reb­kę od her­ba­ty na po­da­ny mu spodek. Na­stęp­nie pod­niósł ku­bek do ust i po­dmu­chał.

- Je­steś pew­na, że two­je­mu kotu nic nie jest? Cały czas miau­czy.

Krzy­siek pa­trzył na Teo sie­dzą­cą mię­dzy nami na ka­fel­kach jak miecz mię­dzy Tri­sta­nem a Izol­dą. Złe po­rów­na­nie. Mię­dzy tym dwoj­giem coś na­praw­dę było. Mię­dzy nami opa­da­ło sza­re fu­tro.

- Cięż­ko znio­sła ostat­nie szcze­pie­nia. - Mach­nę­łam ręką.

Teo się na­je­ży­ła.

- Przy­naj­mniej ja o mo­ich pa­mię­tam. Kie­dy ty się ostat­nio szcze­pi­łaś?

- Teo, idź może po­baw się pi­łecz­ką? Albo mysz­ką? Ku­pi­łam ci ostat­nio taką nową - zwró­ci­łam się do kota. Wła­ści­cie­le prze­cież tak ro­bią. To cał­ko­wi­cie nor­mal­ne.

- Sama się po­baw! Ni­g­dzie nie idę. Ten typ za­raz się zmy­je i bę­dziesz mo­gła mnie na­kar­mić. Wi­dać, że nie jest tobą za­in­te­re­so­wa­ny. Po­ma­gam ci nie zro­bić z sie­bie idiot­ki.

- Prze­pra­szam. - Po­pa­trzy­łam na Krzyś­ka ze zbo­la­łą miną.

Odło­żył ku­bek na wą­skim bla­cie mię­dzy umy­wal­ką a pa­ra­pe­tem. Spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem.

- Za co?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- Za mo­je­go kota - od­po­wie­dzia­łam nie­pew­nie.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.