Kociara - Ewa Hofmann-Psuty

Reflow text when sidebars are open.
To był pierwszy cieplejszy majowy wieczór po paśmie niekończących się przymrozków i deszczów. Przeceniłam jednak temperaturę i zmarzłam w cienkich rajstopach oraz letnim płaszczu. Chciałam wyglądać jak najlepiej. Profesjonalnie, jeżeli to spotkanie miało być czysto koleżeńskie. I mimo wszystko seksownie, jeżeli okazałoby się, że to randka. Motyle w brzuchu nie dawały mi spokoju i podsycały wybudzoną z zimowego snu nadzieję.
Kiedy weszłam do eleganckiej restauracji Polka, gdzie umówiłam się z Krzyśkiem, odetchnęłam. We wnętrzu było przyjemnie ciepło i pachniało dobrym jedzeniem. Restaurację zaprojektowano w rustykalnym, polskim stylu. Przypominała rekonstrukcję szlacheckiego dworku z Pana Tadeusza. Ceglane ściany gdzieniegdzie pobielono i ozdobiono haftowanymi obrazami maków i pięknych kobiet w białych sukienkach. Nie zdziwiłabym się, gdyby gdzieś za rogiem hasała Zosia z kurami.
Kichnęłam w ramię. Zbliżający się do mnie kelner stanął na chwilę i zmarszczył brwi.
- Na zdrowie - uśmiechnął się, może zbyt sztucznie. - Czy ma pani rezerwację?
Wyciągnęłam chusteczkę i wytarłam nos.
- Jestem z kimś umówiona.
Rozejrzałam się. Na ciężkich drewnianych stołach stały majestatyczne świeczniki i leżały białe obrusy, a na nich koronkowe serwety. W rogach górowały staromodne szafy i przeszklone kredensy z malowaną zastawą. Tutaj mogliby kręcić polską wersję Bridgertonów.
Przy stoliku koło szerokiego okna, tyłem do wejścia, siedział Krzysiek.
- Z nim! - Pokazałam ręką i uśmiechnęłam się do kelnera. Ruszyłam, a on za mną.
- Hej! - przywitałam się.
Krzysiek odwrócił się i od razu wstał. Miał na sobie granatowy garnitur o kroju idealnie podkreślającym jego smukłą sylwetkę. Ciemne oczy o zimnym odcieniu zdobiła para prostokątnych okularów. Czarne włosy starannie zaczesał na bok. Przypominał Ky?ya z Ouran High School Host Club. Swojego czasu kochałam się w nim i pisałam z Witkiem fanfiki.
- Cześć. - Krzysztof nachylił się sztywno nade mną.
Zaskoczył mnie tym ruchem. Wstrzymałam oddech, kiedy znalazł się blisko. Wychwyciłam delikatny zapach wody toaletowej. Chciałam go mocniej objąć, może nawet musnąć ustami, jakoś dać znać, że on może więcej.
Nie wiem, czy chciał mnie cmoknąć w policzek, ale ostatecznie lekko uścisnął. Jego twarz nie wyrażała niczego. Ani tego, że liczył na coś więcej, ani żalu. Byłam trochę zawiedziona.
Zaraz zaskoczył mnie ponownie, kiedy odprawił kelnera próbującego pomóc mi ściągnąć płaszcz - sam to zrobił. Miałam nadzieję, że podobała mu się moja chabrowa sukienka typu kimono, przewiewna jak diabli.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Przyszłam zziębnięta, więc teraz ciepło lokalu podniosło mi ciśnienie i policzki zaczęły palić. Ukryłam się za menu.
- Coś polecasz? Często tu przychodzisz?
Przełknęłam ślinę. Ceny były tak wysokie, że zdecydowanie nie mógł pozwolić sobie na lunch w czasie pracy. W takim miejscu można bywać raz do roku, tuż po wypłacie premii albo napadzie na bank.
Zerknęłam na Krzyśka, który z wyrafinowanym spokojem studiował kartę. Dlaczego zaproponował spotkanie? Powiedział, że chciałby lepiej poznać mnie i problemy, z którymi muszę się mierzyć w dziale wsparcia klienta. Mógł jednak spotkać się ze mną w pracowej kuchni, jakimś pubie lub kawiarni, a nie od razu w eleganckiej restauracji. Trudno go rozszyfrować. Miał zazwyczaj taki sam poważny wyraz twarzy i bardzo ograniczoną mimikę. Kręciło mnie to. Ja emocje nosiłam jak okrycie wierzchnie.
- Rzadko, a szkoda. Mają tu wyśmienitą kuchnię - odpowiedział swobodnie. - Jakie wino preferujesz? - zapytał, przeglądając kartę win.
- Ehm... - zawahałam się. - Czerwone? Trochę zmarzłam. I zjadłabym coś krwistego.
Delikatnie uniósł brwi.
- Podobno mają dobrego tatara i steka na gorącym kamieniu - powiedział, nie odrywając wzroku od menu z alkoholem.
Zerknęłam w dział "przystawki". Jeżeli wezmę tatara, to Teo będzie musiała zapomnieć o pasztecikach w tym tygodniu. Nie będzie zachwycona, ale polowanie na partnera wymaga zasobów.
Krzysiek chrząknął.
- Ja płacę, oczywiście. Jesteś moim gościem - rzucił nonszalancko, jakby był właścicielem tej restauracji. Rozejrzał się po sali i skinął na kelnera. Ten natychmiast do nas podszedł i zapytał:
- Czy mogę zaoferować coś do picia?
Krzysiek odłożył menu równolegle do granicy stołu. Poprawił zagięty róg kartki. Ciekawe, czy tak samo uważny był w łóżku.
- Czy moglibyśmy prosić o sommeliera? Potrzebujemy porady. - Spojrzał poważnie na kelnera.
- Oczywiście.
Kiedy podszedł do nas siwy mężczyzna, niewyróżniający się szczególnie ubiorem pośród innych pracowników, Krzysiek poprosił o polecenie jakiegoś trunku. Wysłuchał propozycji i podjął decyzję, która niewiele mi mówiła.
- Jeżeli są państwo gotowi, mogę też od razu przyjąć zamówienie - zaoferował superbohater od wina.
Spojrzeliśmy na siebie i kiwnęliśmy głowami.
- Poprosiłabym tego steka na kamieniu - zaczęłam - i wodę.
- W karafce z miętą? - dopytał.
- Poproszę.
- A dla pana? Mamy dzisiaj spoza karty wyśmienitą cielęcinę. Będzie pasować do syraha.
Krzysiek rozciągnął wargi w kwaśnym uśmiechu.
- Jestem weganinem. Co by pan polecił, żeby też pasowało?
Lekko otworzyłam usta.
I szybko zamknęłam.
Nie wiedziałam, że nie je mięsa. Czy mogę wczytać sejwa i wziąć sałatkę? Dlaczego życie to nie gra? Tylko nie jakiś roguelike, tylko visual novel czy otome?
Krzysiek poprosił o placki z surówką z brokuła i sommelier odszedł.
- Opowiedz mi więcej o tym twoim trudnym kliencie. - Oparł się wygodniej o krzesło i założył nogę na nogę. Potoczył wzrokiem po sali, aż zatrzymał go znowu na mnie. Uśmiechnął się uprzejmie.
Czyli to jednak spotkanie pracowe. Mogłam się cieplej ubrać.
- OnBoard? - upewniłam się. Moja praca przez ostatnie pół roku to odczuwalnie sami trudni klienci. Od kiedy nasza liderka poszła na macierzyński. - To średniej wielkości holenderska firma, która sprzedaje subskrypcje na planszówki online. Znaczy, była średniej wielkości, bo szybko się rozrasta. Mają użytkowników w całej Europie.
- Dużo sprzedają? - Znowu na mnie nie patrzył, tylko wyglądał przez okno.
- W zasadzie w tym tkwi problem. Oni twierdzą, że są na granicy wypłacalności. Ich rozliczenia na to wskazują, ale współpracujący z nimi wydawcy zarzucają im zaniżanie dochodów z udostępnionych gier. Gdzieś tam majaczy widmo procesu. A Kinga poszła na macierzyński i chciałabym rozwiązać sprawę, zanim wróci.
Złapałam się na tym, że nerwowo przeczesuję włosy i niszczę tym samym starannie zapleciony warkocz.
Krzysiek westchnął. Strzepnął niewidzialny okruszek ze stołu.
- Może trzeba było odejść, kiedy miałem okazję - powiedział jakby bardziej do siebie.
Pracował ze mną od dwóch miesięcy i trzech dni, ale w naszej firmie, EasyAccounting, był już bardzo długo. Przyszedł na praktyki na drugim roku studiów i został na stałe. Pamiętał czasy, kiedy firma działała w niewielkim biurze. Czasy, zanim przejął ją Ben i wpadł na pomysł, żeby oferować model rozliczania subskrypcji, jeszcze zanim to było modne.
- Przepraszam, że pytam - zaczęłam miękko - ale słyszałam różne plotki o twojej próbie odejścia. Mogę wiedzieć, jak było naprawdę?
Poprawił okulary.
- Co słyszałaś?
- Że wpadłeś na Patrycję, kiedy całowała się z Dominikiem. - Oblałam się rumieńcem. Głupio pytać o ex, ale musiałam wiedzieć, jeżeli sama na coś liczyłam.
Parsknął gorzkim śmiechem, jego wyraz twarzy pozostał niezmieniony.
- W istocie, tak było. Zastałem ich całujących się w salce do telekonferencji, którą zarezerwowałem.
- O kurczę! - Znowu zmierzwiłam sobie włosy. - Prawie, jakby któreś to zaplanowało!
- Tak można by pomyśleć.
Zauważyłam, jak nieznacznie zacisnął zęby. Wtedy też podszedł sommelier i otworzył przy nas butelkę.
- Kto z państwa chce sprawdzić?
Krzysiek kiwnął głową, a gdy kelner nalał mu trochę wina, powąchał je i dał znak, że wszystko w porządku. Następnie mężczyzna nalał nam obojgu po kieliszku i zostawił butelkę. Całą.
Poruszyłam się niespokojnie. Ani nie byłam wielkim znawcą win, ani nie łączyły mnie jakieś zażyłe stosunki z Krzyśkiem, żebyśmy mieli we dwójkę obalić prawie litr alkoholu. Chociaż rozmowa o rozliczeniach modelów subskrypcyjnych mogła wymagać procentów.
Wzięłam dwa spore łyki. Wino było cierpkie. Język mi skołkowaciał, a podniebienie zrobiło się suche. Chrząknęłam.
Krzysiek patrzył przez okno na czerwony plac Manufaktury. Pomiędzy krzakami bukszpanu widać było skaczące fontanny. Ceglaną wieżę elektrowni oświetlały silne promienie słoneczne. Jej najwyższe okna odbijały zbliżające się ciemne chmury.
Znowu popiłam wino. Jeżeli nasze spotkanie ma tak wyglądać, faktycznie przyda się cała butelka.
- Na wsparciu mamy sporo kontaktu z programistami. Prędzej czy później możesz natknąć się na Dominika. - Znowu chrząknęłam. - Jakby co, mogę przejąć na siebie kontakty z nim.
- On cię lubi - stwierdził lakonicznie i zastukał długimi palcami w blat.
Wzruszyłam ramionami. Wbiłam wzrok ponad ramieniem Krzyśka, na drzwi restauracji.
- Dominik lubi wszystkich. Nie jest typowym programistą. Rozmawia, chodzi na imprezy, integruje się.
- Źle się wyraziłem. - Krzysiek przygładził serwetę na stole. - Podobasz mu się.
Zamrugałam. Dlaczego mi to mówił?
- Bez przesady. Utrzymujemy przyjacielskie stosunki i chodzimy razem do batomatu. Twierdzi, że przy mnie automat zawsze się myli i wyrzuca więcej batoników, niż kupiliśmy.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że gładzę brodę.
- To prawda? - zapytał, jakby naprawdę go to interesowało. A nigdy nie kupował słodkich batoników.
Nadal pocierałam brodę. Jak nie przestanę, zrobią mi się pryszcze.
- Zdarzyło się chyba dwa razy.
- Wando, on z tobą flirtuje - powiedział rzeczowym tonem.
- Jakby tak było, to całowałby się ze mną, a nie z Patrycją - zauważyłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Oparł się głębiej na krześle.
- Może lubi łatwe zdobycze.
Już miałam zapytać, czemu rozmawiamy na ten temat, a nie dalej o moich trudnych klientach, ale otworzyły się drzwi restauracji i jak na zawołanie stanął w nich właśnie Dominik. Roześmiany, wysoki blondyn o niebieskich oczach. Towarzyszyła mu drobna brunetka o włosach do ramion. Patrycja.
Spojrzałam szybko na Krzyśka. Wyprostował się i zmrużył oczy, ale nic nie powiedział.
Kelner poprowadził nową parę do stolika obok nas. Oczywiście! Patrycja stanęła na nasz widok i lekko pobladła. Jej karminowe usta zadrżały, a wielkie, ciemne oczy się zaszkliły. Biust zafalował od przyspieszonego oddechu.
- Cześć! - Dominik popatrzył na nas i się uśmiechnął.
Rozpromieniłam się, chociaż głos uwiązł mi w gardle. Kiwnęłam tylko głową. Krzysiek przywitał się zwięźle, po czym znowu spojrzał w okno. Patrycja w ogóle nie odpowiedziała. Uciekła wzrokiem i wbiła paznokcie w ramię Dominika, aż pobielały jej kłykcie. Mimo wszystko usiedli.
Kelner przyniósł nasze dania. Krzysiek zajął się posiłkiem, ale ja jakoś nie mogłam. Mięso było naprawdę dobre, jednak z trudem przełykałam każdy kęs. Żołądek zawiązał się w supeł. Sytuacja była co najmniej niezręczna.
- Wszystko w porządku? - Krzysiek spojrzał na mnie znad swoich prawie zjedzonych placków.
- Źle się poczułam. - Odłożyłam sztućce i uśmiechnęłam się przepraszająco. - Najlepiej pójdę do domu.
- Chcesz może herbaty? - Na jego czoło wstąpiła pionowa zmarszczka.
Pokręciłam głową. Zerknęłam na Patrycję i Dominika, którzy sztywno siedzieli przy stoliku obok. Oboje wyciągnęli komórki i przesuwali palcami po ekranach. Krzysiek także na nich patrzył z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Przejechał ręką po włosach i westchnął.
- Wezmę ci taksówkę - zadecydował.
- Nie ma potrzeby. - Machnęłam ręką. - Mam dobre połączenie tramwajowe.
- Nalegam. Blado wyglądasz. Poprosić o zapakowanie steka?
Pokiwałam tylko głową, choć wiedziałam, że już nic dzisiaj nie przełknę. Może Teo będzie miała ochotę. Teraz chciałam tylko jak najszybciej stąd wyjść i znaleźć się w domu.
Krzysiek dał znak kelnerowi i poprosił o rachunek. W ekspresowym tempie zapłacił, pomógł mi się ubrać i już znaleźliśmy się na zewnątrz.
***
Taksówkarz był na szczęście z tych nierozmawiających. Słuchał muzyki, a ja patrzyłam przez okno, chociaż tak naprawdę nie widziałam nic szczególnego. Całe to przypadkowe spotkanie wydawało mi się co najmniej dziwne. Może, podobnie jak to wydarzenie z salą, ktoś to zaplanował? Tylko co Dominik albo Patrycja mogliby osiągnąć, wpadając na nas w restauracji? Zresztą Patrycja była poruszona. No i ja też.
Chyba że sprawę ukartował Krzysiek. Pokazał się ze mną przed swoją byłą, jakby chciał zamanifestować, że już go nie obchodzi. Jeżeli taki obrał sobie cel, to mu się udało. Nieważne, czy byliśmy na randce, czy na spotkaniu, żeby pogadać o głupim kliencie. Ważne, że Patrycja zobaczyła, że Krzysiek poszedł dalej. To mogło mieć sens, chociaż byłoby strasznie małostkowe.
Stanęłam przy drzwiach do mieszkania i kiedy tylko wsadziłam klucz do zamka, usłyszałam miauczenie Teo:
- Gdzieś ty się podziewała! Przecież ja tutaj umieram z głodu! Nic mi nie zostawiłaś!
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam obrażone sześć kilo żywej wagi i drugie tyle szarego futra.
- No wreszcie!
Mieszkałam w socrealistycznym bloku z lat pięćdziesiątych. Miałam do dyspozycji kuchnię, łazienkę i teoretycznie dwa pokoje. Teoretycznie, bo po wyprowadzce Witka zamknęłam jego sypialnię i wstawiałam tam od czasu do czasu rzeczy, na które nie chciałam patrzeć, a szkoda mi je było wyrzucić. Szybko zrobiła się tam graciarnia.
Wąskim korytarzem, w którym każdy wolny centymetr zastawiłam szafkami, pudełkami i przydasiami, przeszłam do maleńkiej kuchni. Moi rodzice, kiedy jeszcze tu mieszkali, zabudowali ją po sufit, a ja pomalowałam na beżowo i próbowałam utrzymać w jakimś porządku. Co nie było proste.
Kuchnia przypominała wieżę Jenga. Gdzie tylko mogłam, poupychałam garnki, talerze, kubeczki, ale także książki kucharskie (z których nie korzystałam), zioła w doniczkach (które już wyschły) i opakowania z suchą żywnością (której nie planowałam zjeść, ale nie chciałam wyrzucać, bo to przecież marnotrawstwo). Zostawiłam tylko kawałek pustego blatu na przygotowywanie posiłków. Obsesyjnie wycierałam go rano i wieczorem, ponieważ przynajmniej to chciałam mieć czyste.
Niewielki stolik w rogu zawsze był zastawiony rzeczami, które nie powinny w ogóle znaleźć się w kuchni, jak książki beletrystyczne, gry planszowe czy segregator z rachunkami. Pod stolikiem stały miseczki Teo. Sprawdziłam, czy były pełne. Połowa chrupek została zjedzona, część porozrzucana po płytkach imitujących jasne drewno. Najważniejsze, że kotce nie groziła śmierć głodowa.
- Nie odpowiedziałaś mi! - Teo przydreptała za mną.
- Na spotkaniu z pracy. Chcesz steka? - Pokazałam jej zawiniątko.
Kotka powąchała ostrożnie. Kichnęła.
- Mało przetworzone. Surowe. Nie wiem, co na ten temat mój żołądek.
- Jesteś kotem! Z natury zjadasz ofiarę zaraz po upolowaniu.
- Szanujmy się! - Prychnęła. - Nie jestem jakimś piwniczakiem.
- Dobra. - Schowałam mięso do lodówki, ale Teo zablokowała drzwi swoim ciałem.
- Jeszcze się nie namyśliłam! Zostaw na stole. Może jednak smak sprosta mojemu wykwintnemu podniebieniu.
Powstrzymałam przewrócenie oczami. Odłożyłam zawiniątko i powlokłam się do łazienki, a potem do sypialni.
Mój niewielki pokoik był graciarnią jak reszta domu. Zaraz przy drzwiach stało biurko, model z PRL-u, z mnóstwem szuflad i szafkami po sufit; zawalone książkami i papierami. Naprzeciwko biurka, na całej ścianie, rozciągała się nowoczesna szafa z przesuwanymi, lustrzanymi drzwiami. Łóżko stało w ostatnim wolnym rogu, dłuższym bokiem pod oknem. Nad zagłówkiem tata przybił parę półek na książki. Ściany pomalowałam na miętowo, ale wyszło bardziej szpitalnie niż nowocześnie.
Przebrałam się w piżamę i weszłam pod kołdrę. Planowałam najpierw pograć w otome i dopiero potem spróbować zasnąć. Wybrałam gierkę, której jeszcze nie znałam, ale miała obiecujące recenzje i grafikę. Po szybkim akcie pierwszym doszło do wyboru partnera do romansowania. Wydawało mi się, że dwóch z sześciu bishów niebezpiecznie przypomina Dominika i Krzyśka.
- Czyli mogę wziąć albo playboya, albo wrednego typa - mruknęłam.
- Dla ciebie chyba wybór jest oczywisty. - Teo wskoczyła na mnie i walnęła mi się na brzuchu.
Jęknęłam. Dobrze, że niewiele zjadłam.
- Szykowałaś się na to wyjście dobre pół dnia - kontynuowała i ugniatała mi jelita. - Próbowałaś poderwać jakiegoś faceta?
- Wcale nie. - Odłożyłam komórkę i odwróciłam się na bok. Teo opadła, zwrócona w stronę okna. - Daj mi spać.
Przymknęłam oczy. Pod powiekami widziałam spokojną twarz Krzyśka. Jego ponure oczy za zgrabnymi oprawkami okularów. Prawie poczułam zapach płynu do płukania. Świeży, jakby powietrze w górach zaraz po burzy.
Leżeliśmy na łące. Za nami stał szlachecki dworek jak z Pana Tadeusza. Nad nami przez błękitne niebo spokojnie dryfowały obłoczki. Krzysiek nachylił się i musnął moje usta cienkimi wargami. Najpierw w policzek, potem w kącik ust, wreszcie przycisnął do siebie. Wydałam z siebie westchnienie. Pogłębiliśmy pocałunek. W pewnym momencie wszedł na mnie. Dotykał, jeździł rękami wzdłuż mojego ciała, aż wsadził długie palce między nogi. Zdałam sobie sprawę, że mam na sobie tylko zwiewną, białą sukienkę. I nie noszę bielizny.
Otworzyłam szeroko oczy. Sen był przyjemny, ale nie widziałam sensu w zagłębianiu się w takie marzenia. Przewróciłam się na brzuch i wsadziłam obie dłonie pod poduszkę.
Wróciłem do domu wcześniej, niż zakładałem. Moje osiedle było jednym z tych bezosobowych developerskich gigantów. Otoczone płotem, z portierem i Żabką w prawie każdym bloku. W moim budynku na parterze mieścił się akurat zakład pogrzebowy. Kiedy kupowałem mieszkanie na trzecim piętrze, z sypialni miałem przynajmniej widok na korony drzew. Teraz mogłem zajrzeć sąsiadowi do talerza. W mieszkaniu panował wieczny półmrok, ponieważ zasłaniałem wszystkie okna grubymi zasłonami. Dobrze, że przynajmniej zdecydowałem się na jasny wystrój. Utrzymywałem absolutny porządek, tak że niebezpieczeństwo, że przez przypadek na coś wpadnę, było znikome. Kiedy zostało mi jeszcze parędziesiąt lat kredytu, żałowałem, że nie kupiłem mieszkania w socjalistycznym budownictwie.
Klątwa i Koszmar stali pod drzwiami i wbili we mnie oskarżycielskie spojrzenia, kiedy tylko wszedłem.
- Porzuciłeś nas - miauknęła Klątwa. Szasnęła długim, wąskim ogonkiem.
- Mówiłem ci, że nie porzucił - syknął Koszmar. - Po prostu zapomniał.
Pogłaskałem oba kotki po główkach.
- Nie porzuciłem ani nie zapomniałem. Byłem na... - zawahałem się - ...na spotkaniu.
- Z samicą? - Koszmar otarł się o moją nogę.
Zdjąłem płaszcz i buty.
- Tak - mruknąłem. - Jestem zmęczony i muszę się położyć.
- Fajna jest? - Koszmar dreptał za mną.
Wanda? Czy Patrycja?
Patrycję już znały i chyba ani ona nie polubiła moich kotów, ani one jej. Twierdziła, że ma przez nie atopowe zapalenie skóry, chociaż kupiłem cornish rex, rasę rekomendowaną alergikom.
Wanda natomiast była... no... miłą koleżanką z pracy. Uśmiechnięta, trochę roztrzepana i nieogarnięta blondynka. Bardzo ładna. Naprawdę ładna. Miała długie, falujące włosy. Wielkie, niebieskie oczy i kształty jak gwiazda ze starego Hollywood. Uciekało mojemu zrozumieniu, czemu Dominik poderwał szczapowatą, wredną Patrycję, a nie ją. Być może była dla niego za bystra. Albo próbował, a to ona go nie chciała. Tym bardziej musiała być naprawdę mądrą dziewczyną. Patrycją także się nie zachwycała, wolała kolegować się z Milką, naszą biurową fanatyczką fitnessu.
Wanda zainteresowała mnie sprawą OnBoard. Ciekawe, co tam się zepsuło.
- To koleżanka z pracy - odparłem.
- No i?
Pchnąłem drzwi do sypialni. Nie musiałem tłumaczyć się kotu.
- Fajna.
- To czemu jej nie przyprowadziłeś?
Wyciągnąłem komórkę z kieszeni spodni i położyłem się ciężko na łóżku. Koszmar i Klątwa od razu mnie otoczyli. Patrzyli szeroko otwartymi oczami.
- Po co? I tak byście się pochowali.
Koty zerknęły po sobie, jakby przetwarzały niepodważalność takiej logiki.
- Po prostu się o ciebie martwimy - miauknęła Klątwa.
- Bardzo mi miło. A teraz marsz spać. - Wskazałem telefonem na ich posłania w rogu sypialni.
Ociągając się, zeszły z łóżka i ułożyły się na nich.
Odblokowałem ekran i wszedłem w komunikator. Przełączyłem konto z mojego na Patrycji. Tak, miałem dostęp do komunikatora mojej byłej. Niezbyt chwalebne. Zalogowała się kiedyś na moim urządzeniu, kiedy jeszcze byliśmy parą, i jakoś nigdy nie usunąłem połączenia. Sam rzadko korzystałem akurat z tej aplikacji (w dzisiejszych czasach prawie z każdym znajomym rozmawia się przez inne narzędzie), tak że od czasu do czasu zerkałem, jak Patrycja zatruwa życie innym, i upewniałem się co do słuszności decyzji o zaprzestaniu walki o tę relację.
Grupowy czat z przyjaciółkami aż kipiał wiadomościami. Patrycja czytała na bieżąco, wszedłem więc bez obawy, że zauważy moją obecność.
Aśka:
Tak mi przykro, że coś takiego cię spotyka!
Luiza:
Baby, jak się czujesz?
Patrycja:
Kiepsko...
Magda:
To co? Seans? Tarot?
Aśka:
Telko? zdzwaniamy się?
Patrycja:
Słabo się czuję...
Luiza:
A czemu wgl nie ma z tobą Domisia?
Uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Dobre pytanie. Zerknąłem na prywatne czaty z każdą z przyjaciółek.
Aśka:
To jak randka?
Patrycja:
?
Aśka:
Ojej! Co się stało?
Patrycja:
Zasłabłam. Dominik musiał mnie odwieźć.
Aśka:
OMG! Czemu? Byłaś na pogotowiu?
Patrycja:
Nie. Może powinnam...
Aśka:
Koniecznie! Jest z Tobą Domiś?
Patrycja:
Nie. Powiedziałam, że sobie poradzę i może wrócić do domu.
Aśka:
Niedobrze. Powinien zostać, jakbyś znowu zasłabła. Ja miewam powtórne omdlenia. Przyjechać do Ciebie?
Z Magdą omawiała inny aspekt spotkania:
Patrycja:
Niby to nie moja sprawa, ale wiesz... jak zobaczyłam go z inną...
Magda:
Złamas! Najpierw deklaruje miłość po grób, a parę tygodni później już ma nową!
Patrycja:
Ech...
Magda:
Baby są okropne! Pewnie czyhała na niego. Już wcześniej zarzuciła na niego sidła. Tylko czekała, jak coś się popsuje, i już go zgarnęła.
Patrycja:
Nic nie widziałam.
Magda:
Wybacz, że Ci to powiem, ale jesteś zbyt dobra i naiwna. Szczególnie do kobiet. Nie ufaj im. Widzisz, czekają tylko, jak się potkniesz, i rzucają się na faceta jak sępy.
Patrycja:
To ja przyjmowałam Wandę do pracy.
Magda:
Widzisz! A ona zgarnęła ci faceta. Zero wdzięczności! Zrobić jej laleczkę voodoo?
Patrycja:
Ona wygląda tak pospolicie, że przez przypadek zranisz kogoś innego.
Magda:
Na przykład Aśkę? ;P Hehehe, małpie się będzie należało.
Uniosłem brwi. Nie musiałem wykupywać żadnego serwisu streamingowego z serialami. Telenowelę miałem za darmo na własnym telefonie.
Przeniosłem się na czat z Luizą.
Luiza:
I Domiś tak po prostu Cię zostawił i sobie poszedł?
Patrycja:
Tak...
Luiza:
?To bardzo niepokojące. Co niby powiedział?
Patrycja:
Nic szczególnego.
Luiza.
Kurczę! Ty to masz pecha do facetów, biedactwo.
Patrycja:
Taki mój los ;(
Luiza:
Nie możesz im tak od razu ufać. Daj im czas, żeby pokazali swój prawdziwy charakter. Krzysiek wydawał się ideałem.
Patrycja:
? nie mówmy o tym.
Luiza:
Przepraszam!
Ciężko mi było nadążyć z czytaniem wszystkich czatów, wróciłem więc do ogólnego.
Magda:
Jak ten padalec pozna się na tej całej Wandzie, to będzie Cię błagał na kolanach, żebyś do niego wróciła.
Aśka:
Wandzia z nami pracuje. Jest, noo, anime girl, jeżeli wiecie, o co mi chodzi.
Magda:
Nope. Whatever. Po chuj zatrudniają kobiety? Potem tylko są dramy zamiast pracy.
Luiza:
Może Krzysiek chce do Ciebie wrócić? To dziwne, że tak szybko znalazł sobie nową. I to, jak piszecie, niezbyt bystrą. Może tylko chce wzbudzić Twoją zazdrość?
Aśka:
Nie wracaj do niego! Znowu zrobi dramę na pół biura. Ledwo go przekonaliśmy, żeby jednak został.
Magda:
Pilnuj się Domisia!
Luiza:
Niech Domiś lepiej pilnuje Patrycji.
Odetchnąłem z zadowoleniem i odłożyłem komórkę na stację ładującą. Wstałem i poszedłem do łazienki. Myjąc zęby, rozmyślałem o Wandzie. To naprawdę ładna dziewczyna. Jak dotąd zupełnie niezauważona przez wianuszek intrygantów w osobach Aśki, Patrycji i Dominika. A mogłaby sporo zamieszać, gdyby tylko ją odpowiednio zmotywować...
***
EasyAccounting wynajmowało pierwsze piętro w biurowcu Brama Miasta w Nowym Centrum Łodzi. Był to nowoczesny, elegancki budynek ze szkła, betonu i dekoracji w postaci dużych połaci pordzewiałej stali. Przede wszystkim podobała mi się lokalizacja: w centrum, koło dużych parkingów, przystanków komunikacji miejskiej oraz jednego z najlepszych weterynarzy w mieście. Przyjeżdżałem do biura nawet podczas pandemii i nie potrzebowałem specjalnej zachęty, żeby ponownie tam przychodzić, kiedy zagrożenie minęło.
Miło jednak, że przeprowadzono gruntowną renowację przestrzeni i teraz nasze biuro było dużo bardziej zielone i gadżeciarskie. Dział sprzedaży i obsługi, w którym obecnie pracowałem, zajmował jeden niewielki open space na przedzie piętra. Dostaliśmy szerokie, białe biurka ze ściankami przy nogach. Zaraz od wejścia biegła instalacja złożona z egzotycznych roślin o różnorodnych liściach, która odgradzała nas od ewentualnych odwiedzających i sal konferencyjnych. Po bokach biura ustawiono budki do pracy w ciszy, wykładane pluszową tkaniną tłumiącą dźwięk.
Jedynym minusem było wprowadzenie zasady biura bez papieru i rzeczy osobistych. Pracownikom zabrano szafki, a wszelkie dokumenty od razu skanowano i wysyłano do archiwum. Gwiazdka: nie dotyczyło to oczywiście programistów.
Patrycja była szczególnie dumna z tej akcji, dopóki nie okazało się, że przez nią pracownicy niechętnie wracają z home office i trzymają rzeczy osobiste na blacie lub w kartonowych pudłach (czym zagracają designerską przestrzeń). Teraz nie wolno było wspominać przy niej, że to jej pomysł. Od razu się obrażała.
Przy roślinnym przepierzeniu minąłem się z Aśką, szefową handlowców i tymczasową szefową działu obsługi, od kiedy Kinga poszła na macierzyński. Dziwne, że nie awansowano Wandy albo Milki, ale może potrzebowano doświadczonych ludzi do pracy. Albo kozła ofiarnego, do czego Aśka świetnie się nadawała. Rozkładała się przed wszystkimi jak dywan, a najbardziej przed Patrycją.
- Cześć! - Uśmiechnęła się blado. - Mam spotkania do jedenastej, jakbyś czegoś potrzebował, to jestem w salce. Wanda opowiadała ci, jaki ma problem?
Aśka bardzo nie chciała mieszać się w sprawy naszego działu poza administracyjne minimum. Pewnie dlatego tak bardzo nalegała, żebym do niego dołączył, przecież szczególnie mnie nie lubiła. Na prywatnym czacie chętnie plotkowała na mój temat z Patrycją.
- Dzień dobry. - Kiwnąłem głową. - Tak, już się tym zajmujemy.
Tyłem do wejścia siedziała Milka. Jej wysoki kucyk podskakiwał miarowo, kiedy mocno stukała w klawiaturę.
- Dzień dobry. - Położyłem swoje rzeczy na biurku.
Odpowiedziała mi zdawkowym "cześć". Bardzo dobrze, że jeszcze nie było Wandy i Milka nie gadała z nią o porannym joggingu, rowerkach czy treningu na siłowni. Pech chciał, że po pandemii otworzono siłownię w naszym budynku i obie chodziły tam przed pracą, po czym gadały o tym pół dnia. Czułem się źle, że sam niewiele ćwiczę. Od rana wolałem jednak pić kawę i kontemplować moją złamaną dumę.
Kiedy przeszedłem do wsparcia klienta, trochę się nudziłem. Nasz produkt był tak przemyślany, że praktycznie rozliczał się sam. W dziale obsługi byliśmy więc czymś w rodzaju pierwszej linii wsparcia. Poza zbieraniem zgłoszeń o bugach od klientów pomagaliśmy w fakturach i robiliśmy szkolenia. To znaczy dziewczyny robiły, bo mnie jeszcze jakoś nieufnie dopuszczały do tego zakresu obowiązków. Może nie byłem przemiły i rozgadany jak Wanda albo energiczny jak Milka, ale przecież umiałbym cierpliwie wyjaśniać funkcjonalności naszego portalu. Nawet kotu. Mój mózg potrzebował wyzwań, inaczej za bardzo zagłębiałem się w ponurych myślach, jak nienawidzę świata i ludzi. Może poproszę Wandę, żeby oddała mi sprawę z OnBoard? To mogło być interesujące.
Przyszła jakąś godzinę po mnie. Odczekałem, aż się rozpakuje i zajmie pracą.
- Czy mógłbym ci zająć chwilkę? - zapytałem.
Wanda podniosła na mnie niebieskie oczy.
- Jasne, o co chodzi?
- Mógłbym podejść?
Kiwnęła głową. Uderzyła parę razy otwartą dłonią w niewielki skrawek wolnej przestrzeni na swoim blacie. Jeżeli narzekałem, że pracownicy musieli trzymać rzeczy osobiste na widoku, to mówiłem o Wandzie.
Złapałem krzesło i przeciągnąłem do niej. Chciałem usiąść i wsadzić nogi pod biurko, ale o coś zahaczyłem. Schyliłem się.
- Co to?
- Moje preperskie pudełko.
- Czyli co?
- Pudło, w którym trzymam dodatkowe skarpetki, rajstopy, termofor, leki, słuchawki i inne potrzebne rzeczy.
Kartonowe pudło na rzeczy. Zamiast porządnej szafki. Powstrzymałem westchnięcie i sięgnąłem po karton. Wanda faktycznie chowała w nim całą dodatkową garderobę, zapas antybiotyków, a nawet kocie chrupki.
- Szykujesz się na apokalipsę zombie?
Przekrzywiła głowę i zajrzała mi przez ramię.
- Nie jesteśmy firmą farmaceutyczną, żeby apokalipsa zaczęła się w naszych tajnych, podziemnych laboratoriach.
Zaśmiałem się krótko.
- Nie słyszałaś, że Ben planuje rebranding? Myślał o nowej nazwie: "Parasol".
Założyła włosy za ucho.
- Nie wiedziałam, że kojarzysz Resident Evil.
- Lubię ociekające krwią gry. - Schowałem pudełko pod biurko. - Opowiesz mi więcej o OnBoard?
- Więcej nie ma do opowiedzenia. Pokażę ci, jak to wygląda w systemie. - Zaczęła szybko otwierać bardzo dużo nowych okienek. - I zgłoszenie do IT. W przyszłym tygodniu mam z nimi spotkanie, to wiesz, jakbyś chciał, mógłbyś ze mną na nie pójść.
- Mogę przejąć od ciebie sprawę.
Na chwilę zatrzymała myszkę.
- Nie... nie musisz. - Przełknęła ślinę. - Ale twoje wsparcie się przyda. Zobacz tutaj.
Do jedenastej rozmawialiśmy praktycznie tylko o tym. Wanda skakała między oknami, wydawcami gier i mnożyła teorie. To wszystko wydało mi się trochę chaotyczne. Przede wszystkim zadawałem sobie pytanie, czemu od listopada zgłoszenie leży nieruszone i to Wanda najbardziej przejmuje się całym problemem.
Wróciłem do siebie z mnóstwem przemyśleń, ale najpierw musiałem zająć się bieżącymi obowiązkami i zgłoszeniami. Przed dwunastą wykreśliłem ostatnie zadanie z mojej listy. Zajrzałem do skrzynki ze zgłoszeniami, zobaczyłem parę nudnych maili, postanowiłem więc najpierw zrobić krótką przerwę i napić się w spokoju kawy.
Wyszedłem za kurtynę z roślin i przeszedłem w głąb przestrzeni biurowych do kuchni. Ona także została odnowiona i wyłożona od góry do dołu białymi kafelkami, które może trochę za bardzo nadawały pomieszczeniu wygląd basenu z PRL-u. Fronty szafek były ciemne i błyszczące, przez co uwidaczniały wszystkie odciski palców. Wzdrygałem się za każdym razem, kiedy musiałem ich dotykać. Kiedy bywałem sam w biurze, spędzałem przerwę na szorowaniu mebli środkiem antyseptycznym. Sprzątanie zawsze mnie odstresowuje.
Włączyłem ekspres do kawy i wyciągnąłem komórkę. Już chciałem przełączyć się na konto Patrycji, ale usłyszałem rozentuzjazmowane głosy Wandy i Milki. Wpakowały się do kuchni.
- Pięćdziesiąt złotych to jakby promocja. A będzie fajnie! - trajkotała Milka.
- No ja chętnie! - Wanda roześmiała się. - Zapytam przyjaciółkę.
- Jasne! Im nas więcej, to częściej będą zapraszać jakichś fajnych instruktorów. O, Krzysiek! - Milka mnie zauważyła. - Chcesz iść w weekend na warsztaty z jogi? Przyjeżdża taka super dziewczyna, co potrafi podrapać się stopą w czubek głowy.
Ciekawe, jak dokładnie myła tę stopę.
- Wolałbym nie - odpowiedziałem, wyciągając filiżankę z ekspresu.
Milka wzruszyła ramionami.
- Wiele stracisz. Naprawdę będzie fajnie! I będą dziewczyny w obcisłych ubraniach.
Wziąłem ostrożnie łyk gorącej kawy. Jej smak powoli rozlał się po podniebieniu.
- Może kiedy indziej. Chwilowo jeszcze potrafię podrapać się ręką.
Wanda się roześmiała. Wyjęła kubek z pozłacanym kotkiem i wsadziła do ekspresu. Odsunąłem się, żeby zrobić jej miejsce, a po chwili wyszedłem z kuchni. Miałem te maile do obrobienia, poza tym nie zniósłbym namawiania mnie na jakieś niepotrzebne wygibasy.
Poczekałam, aż umilkną kroki Krzyśka, i zwróciłam się do Milki.
- Naprawdę myślisz, że on szykuje się, żeby zostać naszym szefem?
Milka oblizała w zamyśleniu łyżeczkę.
- Przede wszystkim nie wiadomo, po co do nas dołączył. Trochę to dziwne, że przeszedł z wewnętrznych rozliczeń do obsługi klienta.
- Zaproponowali mu przejście po tym, jak rozstał się z Patrycją.
- O, pani! - Przewróciła oczami. Powoli otworzyła wieczko jogurtu naturalnego. - Nie kupuję tej całej dramy. Bo jak będzie pracował pokój obok, to na pewno nie będzie już jej oglądał! Moja teoria jest taka - zaczęła, gdy usiadłyśmy - że zaproponowano mu awans na menadżera. Teraz po prostu sprawdza, jak wygląda nasza praca, zanim nas o tym oficjalnie poinformują. A potem pyk! - Uniosła wysoko łyżeczkę. - Dostaniemy nowego szefa, a on ogłosi swoje zaręczyny z haerówą.
Poczerwieniałam.
- Przecież Patrycja jest z Dominikiem.
Milka machnęła ręką.
- Ona jest tutaj elementem dekoracyjnym.
- Krzysiek zdaje się już jej nie kochać.
Wzruszyła ramionami.
- To może bez tego ślubu. Oni chyba już byli zaręczeni. Nie zaręczyli się w grudniu? Albo w styczniu? Ale zobaczysz, jeszcze trochę i znowu będziemy tylko we dwójkę.
- Hmm, on jest taki dość... - przełknęłam ślinę - ...trzymający się zasad i w ogóle. Myślisz, że umówiłby się na randkę ze swoją podwładną?
Milka nadal spokojnie jadła jogurt.
- Nie liczyłabym na randkę z Krzyśkiem, o ile nie jesteś wyżej niż siostrzenica prezesa.
- Gadacie o randkowaniu z Krzyśkiem? - Do kuchni weszła Aśka. - Nie liczyłabym.
Wyciągnęła swój wielki kubek bardziej przypominający żeliwny garnek, wrzuciła tam cztery torebki melisy i zalała resztą wody z czajnika.
Miałam poczucie, że twarz zaczyna mi płonąć.
- No... umówił się. Ze mną. Wczoraj. I nie wiem, czy to randka, czy nie.
- Byłaś z nim na randce?! - Milka z brzękiem odłożyła łyżeczkę i wybałuszyła oczy.
- No nie wiem właśnie.
- Ale spotkałaś się z nim po pracy?
- Tak.
- Po co?!
- No, zaprosił mnie i poszłam.
- Okej... - Milka zrobiła buzię w podkówkę i wzruszyła ramionami. - Nadal cię lubię oczywiście, ale gust masz dziwny. Krzysiek jest taki - zawahała się - sztywniacki, nudziarski i strasznie taki... socjopatyczny. - Popiła herbatę.
Aśka zajęła miejsce obok nas.
- Swoją drogą, masz uroczy kubek. - Wskazała na mój z wypukłym, pozłacanym kotkiem.
- Dziękuję. Lubię koty.
- Krzyśka chyba też lubisz. - Milka parsknęła krótkim śmiechem.
- Co w tym dziwnego? Jest miły i przystojny. Patrycja też go przecież lubiła.
Aśka podniosła mokrą torebkę melisy. Przyjrzała się jej i z powrotem zanurzyła.
- Ale z nią to co innego - odezwała się z westchnieniem. - Myśleliśmy, że Krzysiek chce wejść do rodziny. Zostać zięciem, wspólnikiem, takie tam.
Machnęła ręką zakończoną długimi, akrylowymi paznokciami. Aśka powtarzała, że wydawała całą pensję na dzieci, a resztę na manicure.
- Krzysiek to chyba nie jest typ, który robi karierę przez łóżko - zauważyłam.
- No niby nie, ale... ale jest... - Aśka wzięła łyk naparu i dopiero dokończyła myśl. - Trzeba przyznać, że zrobił wiele dla firmy i utknął na stanowisku specjalistycznym. Nie dostał awansu, ale nie wiem, czy się starał. Może myślał, że Ben powinien mu go po prostu zaoferować. Do tego nie wydawał się zainteresowany nikim innym poza sobą. To z Patrycją do niego pasowało, bo wydawało się takie wiesz... na chłodno.
- W sensie, że Krzysiek to karierowicz?
Aśka wypuściła ze świstem powietrze.
- Może nie chciał wykorzystać naszej Patrycji bezpośrednio do zrobienia ekspresowej kariery. - Zawiesiła się, jakby jednak właśnie to miała na myśli i analizowała kolejne słowa. - Raczej, że wiesz... że oni oboje są introwertyczni, melancholijni, skupieni na pracy i blisko Bena. Dobrali się jak w korcu maku.
Parsknęłam śmiechem, chociaż poczułam szpilkę w okolicach serca.
- Czyli byli dla siebie stworzeni?
Aśka szczerze się zaśmiała.
- No właśnie nie! Krzysiek zdawał się odczuwać pociąg tylko do dobrze napisanego makro. Patrycja natomiast jest wysoko wrażliwa. Ona przeżywa dosłownie wszystko. Ktoś na nią krzywo spojrzy i już zalewa się łzami. Jedną imprezę firmową przesiedziała, chlipiąc w toalecie. Biedactwo. Wszyscy myśleli, że spiła się na smutno, a tylko mnie powiedziała, co się naprawdę stało. No, a to rozstanie było wydarzeniem na całą firmę...
- Mogła nie zdradzać Krzyśka z Dominikiem - wyrwało mi się.
Milka zakryła usta, żeby stłumić chichot.
Aśka szybko położyła rękę na moim przedramieniu.
- Wybacz, Wanda, ale nie lekceważ Dominika.
- A co on ma do tego?
- Potrafi rozkochać w sobie każdą.
Przygryzłam wargi. Mnie jakoś udawało się bez trudu to, by nie całować się z nim ani w biurze, ani poza nim.
- Myślisz, że Dominik uwiódł Patrycję, a Krzysiek nie chciał dać jej drugiej szansy? - zapytałam, zaintrygowana.
Asia przyłożyła kubek do ust i bardzo powoli pokiwała głową.
- Hmmm... obiły mi się takie plotki o uszy. Albo uniósł się honorem. Chociaż może nie chciał dać jej szansy, bo już był zakochany w kimś innym? - Mrugnęła do mnie.
Powstrzymałam parsknięcie, Milka zaś już nie kryła się ze śmiechem.
- Dlaczego wtedy składałby wypowiedzenie?
- Może dla dramy. - Aśka rozłożyła ręce. - Fajnie, że z nami jest i że otworzył się na nowe opcje.
- Najważniejsze: czy Krzysiek ma zostać naszym nowym szefem? - Milka położyła otwartą dłoń na stole.
- Nie... nic mi o tym nie wiadomo - stwierdziła Aśka.
- To dalej! Bierz go! - Milka poklepała mnie po plecach.
Nie byłam pewna, czy Krzysiek byłby zainteresowany braniem. W ogóle niczego nie byłam pewna. Czy chciał spotkać się ze mną poza pracą, czy chciał się tylko pokazać przed Patrycją? I dlaczego to zrobił? Czy może przemyślał to rozstanie i chciał do niej wrócić, ale nie wiedział jak? Chciał sprawić, aby to ona zrobiła się o niego zazdrosna i zawalczyła o niego? Poczuła, jak to jest, kiedy zobaczy się ukochaną osobę w ramionach kogoś innego?
***
Powoli kończyłam pracę, kiedy Krzysiek do mnie podszedł. Podniosłam na niego zdziwiony wzrok. Czemu został dłużej? Postanowił robić nadgodziny w piątek? A może... może chciał ze mną pogadać o czwartku?
Chrząknął i poprawił okulary.
- Czy masz jeszcze dużo pracy?
Przejechałam ręką po włosach.
- W zasadzie nie. Przyszłam później, to muszę swoje wysiedzieć.
Krzysiek przyglądał mi się z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Masz jakieś plany na wieczór? Chciałbym z tobą porozmawiać.
Serce zabiło mi szybciej.
- Nie mam. Wracam do domu i karmię kota.
- Czy mogę cię odwieźć? Chciałbym cię przeprosić za wczoraj i ci to jakoś wynagrodzić.
Ściągnęłam brwi. Jak konkretnie wynagrodzić? Tak jak w moim śnie?
- Okej... ale ja niedaleko mieszkam. Na Radiostacji.
- To żaden problem.
- Dobrze. Zaraz skończę, spakuję się i możemy ruszać.
Byłam zbyt ciekawa, co ma mi do powiedzenia, nie byłabym w stanie wysiedzieć tych ośmiu godzin. Zamknęłam laptopa i szarpnęłam za ładowarkę. Wrzuciłam do torby sprzęt, dzisiejsze notatki, wyciągnęłam kanapkę, o której totalnie zapomniałam. Chwyciłam za kubek.
- Tylko go umyję i wracam! - zapewniłam i pobiegłam do kuchni.
***
Auto Krzyśka nie było nowe, ale wyróżniało się nieskazitelną czystością i lśniącą, granatową karoserią. W środku nie zauważyłam najmniejszego pyłku. W kratce wentylacyjnej tkwił odświeżacz powietrza o górskim zapachu. Zupełnie jak w moim śnie.
Uchyliłam szybko okno, żeby nie pobudzać wyobraźni. Jeżeli Krzysiek chciałby... spędzić ze mną wieczór, to powinnam dać mu czas na tę "rozmowę", zanim zacznę realizować moje senne marzenia.
Wyjechaliśmy z podziemnego parkingu i potoczyliśmy się w dół ulicą Narutowicza. Krzysiek prowadził spokojnie, trzymając się zasad ruchu drogowego co do joty. Zwalniał przed każdym przejściem dla pieszych i nie przejechał na żółtym świetle.
Wskazałam mu, gdzie może zaparkować samochód.
- Chcesz do mnie wejść czy pogadamy tutaj? - zapytałam.
Przez chwilę wpatrywał się w nieśmiało rozwijający się krzak bzu. Zmrużył powieki i dopiero spojrzał na mnie.
- Jeżeli nie będę przeszkadzał, to chętnie wejdę.
Kiedy wysiadaliśmy, rozejrzałam się dokładnie, czy nigdzie nie ma pań z kocich fundacji. Jakby mnie przyuważyły z mężczyzną, mogłyby nie dać mi potem spokoju.
Teo na pewno będzie oburzona, że kogoś przyprowadziłam. Tylko zahaczyłam kluczem o dziurkę w drzwiach, a ona już zaczęła miauczeć:
- Ten stek był za tłusty! Bolał mnie brzuszek, a ty mnie nie wymasowałaś! Gdzie się podziewałaś?
Krzysiek oparł się o ścianę koło drzwi. Przez cały czas przyglądał mi się swoimi ciemnymi oczami, ale teraz zwęził je lekko i spojrzał pytająco na drzwi.
- Kot. - Uśmiechnęłam się porozumiewawczo.
Chociaż mogło mu się to wydać dziwne, że tłumaczę mu, co słyszy. Jak dotąd nie spotkałam drugiej osoby, która także rozumiała, co mówią koty. Rodzina uważała mnie za dziwadło, Witek i Gośka zaakceptowali taką, jaką jestem, ale dla reszty świata... dla reszty świata koty po prostu miauczały, mruszały, fukały. Ja słyszałam ich wypowiedzi. W przypadku Teo - bardzo dużo wypowiedzi.
Uporałam się z drzwiami i otworzyłam je na możliwą szerokość. Prawie całą wolną przestrzeń korytarzyka zajmowała Teo. Leżała bokiem, eksponując swój wypełniony brzuch. Podniosła się i obrzuciła Krzyśka niechętnym spojrzeniem.
- Wolniej się nie dało? A kto to? Ma saszety?
- Przepraszam - bąknęłam do Krzyśka. - Nie boisz się albo nie masz alergii?
- Nie, mam dwa koty w domu. - Wszedł za mną do mieszkania. Kucnął, żeby zdjąć buty, i przy okazji wyciągnął dłoń do Teo.
Teo nie była kotem, który od razu się przytula. Przymknęła oczy i usiadła. Krzysiek musiał przysunąć się bliżej i podstawić jej palce pod nos do powąchania. Wreszcie pozwoliła się łaskawie dotknąć, jakby była królową kotów udzielającą audiencji dla plebsu.
- Chcesz herbaty albo coś? - zagadnęłam. Przeszłam do kuchni, bo w trójkę nie mieściliśmy się na tak małej przestrzeni.
- A mnie nie zapytasz, czy mam wodę? - sarknęła Teo. - Odwodniłam się przez tego steka.
Krzysiek powoli głaskał kotkę i zdawało się, że dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedziałam.
- Coś ciepłego może być - odpowiedział. - Jak kot ma na imię?
Włączyłam elektryczny czajnik i wyjrzałam z kuchni. Krzysiek nadal kucał przy Teo i delikatnie gładził jej futerko. Chociaż był smukły, zajmował całą szerokość korytarza. Jego gęste włosy odbijały światło z kuchni. Oprawki okularów i rzęsy zasłaniały tęczówki.
- Teo. To kotka. Znaczy, wysterylizowana, ale chyba nadal się liczy, nie?
- Jasne, od razu omawiaj z nim intymne szczegóły! - prychnęła Teo. - Po to go tutaj sprowadziłaś? Czy ty masz w głowie tylko jedno?
- Chcesz melisy? Albo Earl Grey? Mam też zimowe jabłuszko, rozgrzewające - szybko przerwałam Teo, w razie gdyby Krzysiek nagle okazał się drugą osobą na świecie, która rozumie koty.
Podniósł się powoli i otrzepał ręce. Sierść uniosła się jak chmura i opadła na jego rękawy. Poprawił okulary i jeszcze przez chwilę patrzył na Teo. Była ładna i zadbana, chociaż taka wygadana.
- A masz zwykłą, czarną? - Spojrzał na mnie.
- Zwykła, że w torebkach czy sypana?
- W torebce.
Otworzyłam szafkę i od razu wysypały się na mnie pudełka różnych, napoczętych już herbat. Zrobiłam unik i złapałam Liptona. Po krótkim wahaniu sięgnęłam po melisę dla siebie. Ostrożnie wyciągnęłam dwa kubki. Nie chciałam, żeby jeszcze ceramika poleciała z szafek i rozbiła się na płytkach.
W tym czasie Krzysiek schylił się i zaczął zbierać porozrzucane torebki herbaty.
- Dziękuję - rzuciłam zakłopotana. - Wystarczy, że je zbierzesz na jakąś kupę, a ja je potem ułożę.
Teo wcisnęła się obok Krzyśka i od niechcenia pacała łapką jedną torebkę. Pazurkiem zahaczyła o papier. Podniosła go zdegustowana i próbowała strząsnąć.
- Jak już sprowadzasz facetów na wieczór, to mogłabyś zadbać o feng shui i tu posprzątać - rzuciła złośliwie.
Woda skończyła się gotować i zalałam oba kubki. Trochę dziwiłam się Krzyśkowi, że nie chciał melisy. Był przecież taki porządnicki, a teraz musiał stać w tej chaotycznej kuchni! Spokojnie wyciągnął torebkę od herbaty na podany mu spodek. Następnie podniósł kubek do ust i podmuchał.
- Jesteś pewna, że twojemu kotu nic nie jest? Cały czas miauczy.
Krzysiek patrzył na Teo siedzącą między nami na kafelkach jak miecz między Tristanem a Izoldą. Złe porównanie. Między tym dwojgiem coś naprawdę było. Między nami opadało szare futro.
- Ciężko zniosła ostatnie szczepienia. - Machnęłam ręką.
Teo się najeżyła.
- Przynajmniej ja o moich pamiętam. Kiedy ty się ostatnio szczepiłaś?
- Teo, idź może pobaw się piłeczką? Albo myszką? Kupiłam ci ostatnio taką nową - zwróciłam się do kota. Właściciele przecież tak robią. To całkowicie normalne.
- Sama się pobaw! Nigdzie nie idę. Ten typ zaraz się zmyje i będziesz mogła mnie nakarmić. Widać, że nie jest tobą zainteresowany. Pomagam ci nie zrobić z siebie idiotki.
- Przepraszam. - Popatrzyłam na Krzyśka ze zbolałą miną.
Odłożył kubek na wąskim blacie między umywalką a parapetem. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Za co?
Wzruszyłam ramionami.
- Za mojego kota - odpowiedziałam niepewnie.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.