Kocia szajka i ucho różowego jelenia - Agata Romaniuk

Kup ebooka

26.99 zł
24.29 zł (20,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 
 

Dla Hani i Anielki

 
 
 
 
Rozdział pierwszy

Ciepłe, wiosenne słońce przebijało się przez kwitnącą na różowo magnolię, w cieniu której kotki Lola i Poziomka rozłożyły maty do jogi. Miały zwyczaj ćwiczyć właśnie tu, na wzgórzu zamkowym w Cieszynie, na trawniku przed kawiarnią. Po pierwsze, roztaczał się stąd widok na rzekę Olzę, a po drugie, pianka mleczna z cappuccino, którą pijały po ćwiczeniach, była na wyciągnięcie pazura.

- Poziomka, tylne łapki wyżej! - komenderowała Lola, która była doświadczoną joginką. Od dawna prowadziła zajęcia z jogi nie tylko dla kotów, ale także dla kretów, borsuków i bobrów, które są z natury mniej gibkie niż ich pręgowana koleżanka. Kotka Poziomka zastygła właśnie w pozie wymagającej znacznej zręczności, z tylnymi łapkami skręconymi w precelek. Lola z uznaniem pokiwała głową. Wtedy obie usłyszały świst i głuchy dźwięk.

- Padnij! - zawołała Lola. - Jakieś łobuzy tną z procy. Czołgaj się za ławkę, do jasnej myszery!

- Nie, to chyba nie to - wyszeptała Poziomka, leżąc pyszczkiem w wilgotnej trawie. - Zobacz!

Ze środka kawiarni wyskoczył krępy brodacz, niejaki Anatol Szalbot, zwany przez wszystkich Bobim. Z kijem hokejowym w ręku zręcznie przeskoczył leżak i zatrzymał się koło figury różowego jelenia. Ta od kilkunastu lat zdobiła trawnik przed cieszyńskim Zamkiem.

- Dranie! Utrącili uszko jelonkowi! - krzyknął wzburzony. Jego wzrok padł na Lolę i Poziomkę, które zdążyły stanąć na cztery łapki i otrzepać futerka. Brodacz zrobił na nich piorunujące wrażenie. Miał na sobie czarny T-shirt ze smokiem trzynieckim. Z rozwianą grzywą, zmierzwioną brodą i kijem hokejowym wyglądał naprawdę groźnie. Kotki spojrzały do góry na różowego jelonka. Rzeczywiście, brakowało mu jednego ucha.

- Do stu tysięcy polnych myszy! - Lola zaklęła pod wąsem. - Ale jak to się stało?

Bobi usiadł na trawie i podrapał się po głowie.

- Myłem akurat witrynę kawiarni i patrzę, leci kamień. Trach! Prosto w uszko naszego jelonka. I całe utrącił. Wyskoczyłem od razu, bo myślałem, że coś większego się szykuje, ale cisza i spokój, tylko wy swoje wygibasy robicie - brodacz westchnął ciężko.

- Nie żadne wygibasy... - chciała wyjaśnić Poziomka, ale Lola jej przerwała w pół słowa.

- Masz szczęście, Bobi, że akurat z koleżanką Poziomką byłyśmy na miejscu zdarzenia. Należymy do Kociej Szajki, więc zaraz zaczniemy działania operacyjne - powiedziała poważnym tonem, wyprostowała się, a cień jej wąsów wyznaczył ciemne i groźne smugi na ścieżce.

- Eee... do czego należycie? - zapytał Bobi, którego interesował czeski hokej i amatorskie warzenie piwa, ale nie miał wielkiego pojęcia o kryminalnym życiu Cieszyna.

- Do Kociej Szajki - wyjaśniła uprzejmie Poziomka, wskakując brodaczowi na kolana. - Pomagamy cieszyńskiej policji w sprawach kryminalnych. Takiej jak ta. Będziesz musiał zeznawać, ale nic się nie bój, to nie boli - uspokoiła brodacza i posmyrała go ogonkiem po ręce.

Bobi wstał, delikatnie postawił Poziomkę na trawie, wciągnął brzuch i wygładził brodę. Czuł, że sprawa jest poważna. Poza tym naprawdę kochał jelonka. Każdej nocy rozświetlał on Cieszyn różowym blaskiem i było go widać nawet z daleka. Wróble lubiły na nim siadać i robić sobie selfie, a ślimaki i żuki wygrzewały się na jego grzbiecie.

Różowy jelonek trafił na pocztówki i do kolorowanek. Początkowo miał stać przed zamkową oranżerią tylko chwilę. Był jednak taki wesoły, tak się wyróżniał swoim blaskiem w pochmurne i ciemne dni, że kiedy przyszedł czas pożegnania, wszystkim zrobiło się żal. I został na stałe. Zimową porą cieszyniacy zakładali mu szalik i futrzane nauszniki, a jednej, szczególnie ciężkiej zimy nawet getry z pomponami. Bo przecież każdy wie, że różowe jelonki marzną bardziej niż zwykłe, te z brązowym futerkiem. Bobi też dbał o jelonka. Zakutany w wełniany szalik zimą odśnieżał go pracowicie, jesienią czyścił z liści szczotką na kiju, a przez resztę roku polerował do jaskrawej różowości. Teraz na widok utrąconego ucha pękało mu serce i burzyła się krew. Spojrzał więc na kotki i zapytał z nadzieją:

- Czyli znajdziecie drania?

- Nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. - Napuszyła się Lola. - Chodź, Bobi, rozejrzymy się, co i jak na miejscu zdarzenia, a ty, Poziomka, wezwij policję.

 

Poziomka wyciągnęła okrągłą puderniczkę, w której miała zapas mobilnego kociego internetu, i nawiązała połączenie z komendą policji w Cieszynie. Tymczasem Lola i brodacz zaczęli się rozglądać dokoła. Na terenie przed Zamkiem panował zwyczajny ruch, jak w każdy inny wtorek o tej porze roku, kiedy nie ma jeszcze turystów, dzieci są w szkole, a słoneczna pogoda zachęca do spacerów. Pod pomnikiem Ślązaczki stała starsza pani w zielonym berecie z psem na smyczy i przyglądała się wycieczce z podstawówki. Dzieci w parach słuchały nauczyciela, który opowiadał historię książąt cieszyńskich. Nad klombem, uzbrojony w sekator, pochylał się zamkowy ogrodnik Lucjan Kawulok i pogwizdywał wesoło, przycinając krzewy. Na dole podjazdu stały dwie mamy z wózkami i rozmawiały po cichu, żeby nie zbudzić śpiących maluchów. Nikt, przynajmniej w ocenie Loli, nie wyglądał na pierwszy rzut oka podejrzanie.

- Znasz ich wszystkich? - szepnęła do Bobiego dla niepoznaki, ocierając się o jego łydki.

- Tak. Ogrodnik pracuje tu od lat, przyszedł dziś rano, czyścił rynny. Wycieczka idzie chyba zwiedzać Wieżę Piastowską. A ta starsza pani to Mira Heczko, uczyła mnie przyrody. To było dawno temu, ale nadal mam dreszcze, jak pomyślę, że mnie weźmie do odpowiedzi - odszepnął Bobi.

Starsza pani faktycznie wyglądała na surową. Zielony beret zsunął jej się na prawe oko, kładąc cień na połowie twarzy, a usta miała zaciśnięte w wąską kreskę. W dłoni ściskała parasolkę z rączką rzeźbioną w głowę sokoła. Poziomka aż się wzdrygnęła na jej widok.

- Ja też się jej boję - powiedziała pod wąsem.

- No, właśnie. - Brodacz pogłaskał ją po pręgowanym łepku. - Co innego te mamy na dole, bardzo miłe, przychodzą codziennie na spacer. I do mnie do kawiarni na kawę - ciągnął Bobi. - No, tylko tych z wycieczki nie znam. Chyba nie z Cieszyna.

- Zapytajmy - mruknęła Lola i już po chwili prężyła grzbiet na kamiennej podstawie pomnika Ślązaczki. Młody nauczyciel, wysoki blondyn w okularach, nie zwrócił na nią uwagi. Musiała głośno miauknąć.

- Miauuuu... przepraszam, że przeszkadzam, ale szanowna wycieczka to skąd? - zagadnęła Lola.

- Z Bielska-Białej, ze szkoły sportowej, klasa II c - odpowiedział rezolutny chłopiec stojący w pierwszym rzędzie. - Przyjechaliśmy na zieloną szkołę.

- W rzeczy samej - potwierdził wychowawca klasy, który dopiero teraz zauważył kotkę. - Mamy w planie zwiedzanie Cieszyna i spływ kajakowy Olzą.

- A długo stoicie tu przed pomnikiem Ślązaczki? - zapytała Lola, której nie interesował plan wycieczki, ale chciała ustalić fakty kryminalne. Czy dzieci i nauczyciel byli tu, blisko miejsca przestępstwa, dziesięć minut temu, kiedy ktoś rzucił w jelonka?

- Może kwadrans? - zastanowił się nauczyciel. - Opowiadałem właśnie dzieciom o rotundzie piastowskiej, że można ją zobaczyć na dwudziestozłotówce i że jest naprawdę stara... - ciągnął, ale Loli już nie było. Z gracją oddaliła się w stronę jelonka i czekających na nią Poziomki i Bobiego. Ustaliła już przecież to, co chciała.

 

- Dzieciaki z nauczycielem byli tu cały czas, mogli coś widzieć. Panią Heczko sama miałam na oku z powodu psa, nie spodobał mi się od pierwszego wejrzenia, ma taki, jak to ująć, nieszczery ogon.

- Nieszczery? - zdziwił się Bobi. - Jak dla mnie zwyczajny. Przecież to normalny jamnik.

- Nie daj się zwieść pozorom. - Lola zmrużyła oczy. - Może się tylko kamufluje? Nieważne zresztą, grunt, że jego pani cały czas tu była. A te mamuśki na dole?

- One chyba też - zauważyła Poziomka. - Ale nawet gdyby chciały utrącić ucho jelonkowi, to trudno rzucić kamień z miejsca, w którym stoją, pod górę i pod kątem.

- Racja - stwierdziła Lola. - A zresztą po co miałyby to robić? One czy ktokolwiek inny? Na mysie truchło frytowane! Kto chciałby zniszczyć różowego jelonka?

Pytanie zawisło w powietrzu, ale ani kotki, ani Bobi nie umiały znaleźć na nie odpowiedzi. Popatrzyli po sobie zmartwieni. Tymczasem ze strony ulicy Głębokiej wynurzyła się nietypowa para. Szczupła ruda dziewczyna o wielkich stopach i okrągły wąsacz. Ten drugi klął pod nosem, bo oderwano go od drugiego śniadania, na które zaplanował sobie kanapkę ze śledziem. Byli to komisarz Ludwik Psota i młodsza aspirantka Walerka Koczy, kwiat cieszyńskiej policji.

- O, idą komisarz i Walerka, musimy im zdać sprawę z pierwszych ustaleń - stwierdziła Poziomka.

- To ja tu zostanę na straży. Trzeba pilnować jelonka - powiedział Bobi. - A wy zróbcie wszystko, żeby złapać łobuza, bo kto wie, co gorszego może jeszcze robić. Kopytka powyrywa?

- O, do tego nie można dopuścić, wiadoma rzecz - oburzyła się Lola. I wystawiła ostre, różowe pazurki, które, jak przemknęło jej przez głowę, były w kolorze idealnie pasującym do jelonka. To nie mógł być przypadek.