Kaskady, monstrum i 45 pocałunków
W nowej sytuacji nie idzie mi najlepiej, kiedy znajduję się pod presją. Do dziś pamiętam pierwszy dzień w nowej szkole, do której poszedłem jako uczeń siódmej klasy. Niespodziewanie zetknąłem się z nieznanymi sobie wcześniej wynalazkami, takimi jak plan zajęć, semestry, zamykane szafki z cyfrowymi zamkami na kod. Nic mi nie szło, pociłem się przez cały dzień. Po zmarnowaniu ośmiu minut na otwarcie szafki, spowodowanego pomyleniem kodu zamka, usiłowałem wydostać książki do matematyki wraz z ołówkami, cyrklem, kątomierzem i nagle dźgnąłem się w rękę ołówkiem, łamiąc jego zaostrzony grafit. Zaczęła mi lecieć krew i wylądowałem u szkolnej pielęgniarki, która powiedziała mi, że nie ma powodu do obaw, i dodała, że pewnie zrobiłem sobie pierwszy tatuaż. Spodobało mi się jej przypuszczenie, że będzie ich więcej. Nie pomyliła się, a na prawej dłoni nadal widnieje ślad po nieradzeniu sobie z nowymi sytuacjami.
Mój pierwszy dzień w HSVB udał się tylko trochę lepiej. Dokuczał mi gorszy kac niż zwykle. Denerwowałem się (jak pamiętacie, nakłamałem, żeby zatrudniono mnie w schronisku) i poprzedniego wieczoru zadbałem, żeby zaaplikować sobie dodatkową dawkę syropu przeciwkaszlowego, trawki i czerwonego wina tylko po to, by zasnąć. Chociaż wcześniej dostałem materiały szkoleniowe i podręcznik, opisujący krok po kroku moje poranne obowiązki, to wraz z przekroczeniem progu schroniska ogarnął mnie paniczny lęk, podobny do tego, jakiego zaznałem w siódmej klasie. Pocieszające było to, że miałem ręce pełne roboty i do piątej po południu poważne błędy stały się rozmytym ciągiem komedii omyłek.
Nauka nie idzie w las. Kiedy ktoś padł bez czucia na podłogę pięć godzin wcześniej, a teraz wchodzi do pomieszczenia, w którym wycie setki wygłodniałych zwierzaków tłucze człowieka po głowie, to łapie subtelną aluzję, że może lepiej zmodyfikować wieczorne i nocne rytuały albo przynajmniej skorygować asortyment branego towaru. Ta myśl olśniła mnie, zanim poczułem smród. Boksy i klatki dla psów i kotów oraz podwórko to specyficzne zaułki piekła, jeśli chodzi o zapachy.
Najpierw skierowano mnie do Allison, która zajmowała się adopcją psów i miała mnie zapoznać z procedurami obowiązującymi w schronisku. Po kilku chwilach przekonałem się, że Allison szybko traci cierpliwość, a ja już zdążyłem się spocić. Pomieszczenie było wielkie i przeraźliwie akustyczne, ściany zostały wyłożone kafelkami, a u szczytu jednej z nich umieszczono okienka. Przegroda z żużlowych bloków oddzielała dwa długie sektory z wybiegami dla psów, żeby nasi podopieczni nie widzieli zwierząt po drugiej stronie. O ile pamiętam, było dwanaście podłużnych psich wybiegów po obu stronach tego murku. Pośrodku wybiegów znajdowały się metalowe przegródki, które przydawały się do karmienia psów w jednej przegrodzie i czyszczenia w drugiej wtedy, gdy w schronisku nie było kompletu zwierząt. Gdy wolnych miejsc brakowało, przegroda służyła za ściankę oddzielającą dwa wybiegi adopcyjne.
W bardzo wilgotnym powietrzu i równie dotkliwym smrodzie i hałasie, mając na sobie zakładane na buty kalosze, krótkie spodnie i specjalną gumowaną kurtkę, jeszcze przed lunchem czułem się tak, jakbym miał się rozpaść. Zwierzęta sprawiały na mnie takie wrażenie, jakby wiedziały, że jestem świeżo przyjętym frajerem. Kilka psów uciekło z wybiegu, nadeptując mi na kalosze w ramach psiego buntu, zadowolone z siebie niczym Paul Newman w filmie Nieugięty Luke. Nie potrafiłem poradzić sobie z wielokolorowymi nylonowymi zaciskowymi smyczami, którymi doświadczeni opiekunowie zwierząt posługiwali się jak lassami, przerzucając je sobie przez ramię i obwiązując się nimi pod pachą. Wyglądali jak dzielni wodzowie z krajów czwartego świata. Ci weterani psich wojen, których od razu rozpoznałem i których starałem się trzymać, Suzanne, Dustin, Kim, a nawet budząca postrach Allison, poruszali się pewnie, operując smyczami, odsuwając groźniejsze psy tyczkami z chwytakami i przytrzymując zdziczałe koty. Pozazdrościłem im tych umiejętności, gdy wszystko, od czworonogów po miski z nierdzewnej stali, leciało mi nieustannie z rąk.
- Jezu - rzuciła Allison, widząc, że trzeci raz z rzędu źle nałożyłem nylonową smycz - zupełnie jakbyś nigdy tego nie robił.
- Cóż, ja...
- Dobra, nieważne. Po prostu zrób to, jak należy.
Na szczęście, resztę tego dnia zapamiętałem jako pasmo rozmytych zdarzeń.
Przez pierwsze sześć miesięcy pracy w schronisku czułem się jak na kołowrocie zarówno w sensie fizycznym, emocjonalnym, jak i psychicznym.
Pracownicy Animal Welfare Associates3 najpierw szkolili się na zapleczu, stykając się bezpośrednio ze zwierzętami. Przed południem czyściliśmy klatki, karmiliśmy podopiecznych, szykowaliśmy do otwarcia strefę adopcyjną. Wszystko to w szybkim tempie. Spoufalanie się ze zwierzętami, okazywanie im miłości, ograniczało się do czasu spędzanego na przenoszeniu ich z klatki do klatki, zostawianiu im jedzenia i zabieraniu misek. Mieliśmy niecałe trzy godziny od czasu przywleczenia tyłków do pracy do otwarcia strefy adopcyjnej, a do tego czasu każdy zwierzak musiał być wyczyszczony i nakarmiony, a pomieszczenie wysprzątane. Nie było wolnych chwil. Zaciągaliśmy się papierosami, wynosząc resztki jedzenia świniom i kogutom. Wkrótce zacząłem funkcjonować nie tylko na zapleczu; odbierałem oddawane i bezpańskie zwierzaki, nadzorowałem wizyty składane przez opiekunów, których ulubieńców trzymano u nas z rozmaitych powodów, brałem udział w konsultacjach adopcyjnych, dopasowując ludzi do zwierząt, oraz w tym, co w schronisku najlepsze - wynajdywaniu naszym rezydentom nowych domów, byle dalej od tej piekielnej placówki.
W rezultacie stworzyliśmy grono, które zbierało się w domu jednego z pracowników, aby maksymalnie odbić sobie szkody doznane w schronisku. W godzinach pracy byliśmy nabuzowani adrenaliną, po opuszczeniu schroniska trzeba było korzystać z pewnych substancji chemicznych i próbować przylepić nasze stopy z powrotem do ziemi. Zbieraliśmy się u Lonniego - który nadzorował to, co działo się w widywanej przez odwiedzających części schroniska - żeby ostro się nawalić. Potem brałem prysznic, bo po robocie wracałem do magazynu, gdzie nie było bieżącej wody, a stamtąd przemieszczałem się na próbę kapeli.
Był to naprawdę radosny okres. Pracowałem nie po to, żeby wrócić do domu z czekiem, ale dlatego, by ochraniać i kochać podopiecznych. Sprzątałem, zapewniałem wygodę, podnosiłem na duchu, szukałem nowych domów, pomagałem w nawiązaniu więzi między ludźmi a zwierzętami.
Chodziło nie tylko o to, żeby nauczyć się wykonywać te wszystkie czynności. Rzecz w tym, by robić to z empatią i oswoić się ze śmiercią zwierząt albo przynajmniej umieć jakoś to znieść. Zdaje się, że już pierwszego dnia czyściłem krematorium, załadowałem je na nowo i zapoznałem się ze swądem spalenizny. Trwało lato i liczba rozjechanych na drogach zwierząt szybko wzrastała.
Praca w schronisku uczy człowieka wszystkiego, co trzeba wiedzieć o wojnie toczonej w okopach, zmuszając do nieustannego skupiania się na tym, co bezpośrednie. Wszystko, co znajduje się dalej, rozprasza. Po zatrudnieniu w schronisku bardzo szybko zaczyna się szkolenie w przeprowadzaniu eutanazji. Od razu ma się do czynienia z zabijaniem, ponieważ żadne schronisko nie ma ochoty na marnowanie czasu i energii na kogoś, kto szybko się wypali. Zwykle wiadomo, czy ktoś świeżo przyjęty wkrótce odpadnie. Łatwo krytykować pracowników schronisk i uważać ich za bezduszne automaty. Może się to wydawać mało wiarygodne, ale szczerze mówiąc, nigdzie nie poznałem nikogo tak zaangażowanego, nieugięcie oddanego podopiecznym, jak ludzi, którzy codziennie troszczą się o zwierzęta i także często są zmuszeni je zabijać.
Lekarka kliniki sterylizacyjnej, gdzie przechodziłem ogólne szkolenie w pierwszych tygodniach, była osobą całkowicie wypaloną i właściwie nie powinna pracować w miejscu, przez które przewijało się tyle istot. Byłem nowicjuszem, ale tylko ślepy nie dostrzegłby w niej ogromnej niechęci do pracy. W okropnym laboratorium pomagałem w zabijaniu niedonoszonych miotów (zwłaszcza w przeprowadzanych na ostatnią chwilę aborcjach). Suka miała sześć albo siedem szczeniaków; lekarka wyciągała te szczenięta w ich embrionalnych woreczkach, po czym wstrzykiwała im pentobarbital sodu, nazywany przez nas niebieskim sokiem. Embriony robiły się sine, a potem... Było to piętnaście lat temu, a nadal pamiętam, z jakim odgłosem zabijane szczenięta lądowały w misce z nierdzewnej stali. Zamierzałem udowodnić, że daję sobie radę z tego rodzaju rzeczywistością. Nie chciałem wydać się naiwny i zadawać pytań w rodzaju: "Po co zabijać szczeniaki, które zaraz wybiegłyby przez drzwi, gdyby jeszcze tylko trochę podrosły?".
Podczas gdy robiłem zastrzyki nienarodzonym szczeniętom, lekarka zaczynała do mnie przemawiać zimnym tonem, najwyraźniej powtarzając to, co mówiła już tysiąc razy wcześniej.
- Przypomnij mi, jak się nazywasz.
- Jackson. - Pacnięcie embriona o stal.
- Dobra, Jackson...
Pogarda zaczynała się sączyć z kącika jej ust. Wypowiadała moje imię tak, jakby tak samo nazywał się jej postrzelony wujek, który ją lał, kiedy była dziewczynką.
- Jackson, do tego właśnie dochodzi, gdy ludzie nie sterylizują swoich zwierząt.
Martwy psi embrion znowu pacnął o stal miski. Dla lekarki ten odgłos był znakiem interpunkcyjnym. Wewnętrzne drżenie, które wywołało u mnie mdlący strach, przechodziło w narastającą wściekłość. Nie pracuję w szczenięcej rzeźni, ty ździro, pomyślałem. Jestem z tych dobrych chłopaków.
Nagle przypomniałem sobie określenie "zmęczenie empatyczne", z którym poprzedniego wieczoru zapoznał mnie Lonnie, kiedy wziąłem sztacha z jego ponadpółmetrowej ceramicznej fajki. Moim zdaniem ta lekarka była wzorcowym przykładem zmęczenia empatycznego. Wiedziałem, że niezależnie od tego, jak długo będę pracował ze zwierzętami, właśnie ona zilustruje to hasło w moim mentalnym słowniku. Lonnie powiedział mi, że to zjawisko dosyć typowe u pracowników schronisk. Wiedział z doświadczenia, że w pewnym momencie dopadało ludzi, po czym ich niszczyło. Po latach całej tej cholernej roboty odgłos pacnięcia zabijanych embrionów w miskę wykorzystujesz dla podkreślania własnych wypowiedzi i przepadłeś. Troszczysz się o zwierzęta, którym służysz, i odczuwasz do nich empatię, a ciągle przywożą nowe, napływają bez ustanku. W końcu masz dość i szukasz kogokolwiek, by zwalić na niego winę za to cierpienie. Empatyczne zmęczenie ogarnia cię powoli, codziennie po trochu, niezauważalnie.
Naturalnie, wówczas nie groziło mi wypalenie. Znajdowałem się w na wpół histerycznym stanie, mknąc przez życie obrońcy zwierząt, jak gdyby wszystkie one należały do mnie. Rzecz jasna, drobne kłamstwa, którymi żonglowałem jak najlepszy na świecie aktor-sprzedawca, miały mnie wkrótce dopaść.
Denerwowałem się jak cholera, widząc swoje nazwisko na wywieszanym codziennie planie E/K (eutanazji/kremacji). Kręciło mnie podjęcie się roli strażnika, opiekuna całego mnóstwa istot bytujących poza moją samolubną egzystencją. Natomiast uśmiercanie ich budziło we mnie niepokój. W każdym kącie stała śmierć i wyczekiwała, aż przestaniemy walczyć i ulegniemy temu, co nieuchronne. Przyrzekłem sobie, że stanę się równoprawnym członkiem zgranego zespołu, a właśnie usypianie zwierząt czyniło nas w ich oczach takimi samymi istotami. Rzecz dokonywała się w ostatnim pomieszczeniu, za ciężkimi metalowymi drzwiami, które w pewnym momencie otwierały się i prowadziły do krematorium. Trzeba było przemycić martwe zwierzęta tylnym wyjściem ze schroniska, żeby przypadkiem żaden gość nie natknął się na nas w holu, i upakować je w krematorium.
Pierwszym zwierzakiem, w którego uśpieniu asystowałem, był pies, mieszaniec pitbulla z labradorem. Wówczas, tak jak obecnie, pitbulle i pokrewne mieszańce stanowiły znaczny odsetek psów uśmiercanych w schroniskach. Tamten bardzo się bał. Zawleczono go do pomieszczenia za pomocą bosaka z chwytakiem, bo był bezpański i nieobliczalny. Starałem się nie zwracać większej uwagi na to, co robiłem, aby spróbować znieść uczestnictwo w tym procederze. Nie zapomniałem kombinacji cyfr do sejfu, z którego wyjąłem środek uspokajający. Pamiętałem, jaką dawkę należało podać psu o takiej masie, po czym odczekałem, aż zadziała. Używaliśmy mieszanki ketaminy i rompunu. Jednym z denerwujących skutków ubocznych tego koktajlu było wprawianie ofiary w stan dysocjacji, rytmicznych halucynacji. Zwierzak kręcił łbem na boki, jak gdyby oglądał mecz tenisowy. Nakazałem sobie w myślach: Mów do psa, pomóż mu choć trochę w tych najtrudniejszych dla niego chwilach. Weź się w garść, Jackson, powiedziałem sobie w duchu. Oddychaj, kurwa, równo i powoli, bo mimo środka uspokajającego ten pies wyczuje, czy cię ponosi, a wtedy i jego poniesie. Teraz wciągnij do strzykawki niebieski sok. Ile trzeba go zaaplikować? Jeszcze nie tak dawno zwierzęta masowo zabijano w komorach dekompresyjnych albo gazowych, a my podnosiliśmy poprzeczkę w zakresie zapewniania im komfortu. (Robiliśmy to po ciemku czy przy zapalonym świetle? Sami czy z innymi?) Ucz się opanowania, delikatnie odsuń psi łeb na bok, żeby zwierzak nie zahaczył zębami ważniaka z Animal Welfare Associates, który wykonuje zastrzyk. Przypomnij sobie, jak wyczuć żyłę, wymacaj ją u szczytu łapy. Jak się nie uda, to znajdź żyłę w zadzie.
Podczas lat spędzonych w schronisku nauczyłem się robić zastrzyki w praktycznie dowolne miejsca: i.p. (zastrzyki dootrzewne), i.m. (domięśniowe), a nawet ukłucia w serce, gdy zwierzę właściwie już nie żyło, ale jego tętno nadal było wyczuwalne. Zdobyłem wprawę we wbijaniu igły pod takim kątem, żeby nie rozwalić żyły. (To było koszmarne, zwłaszcza gdy zwierzę usypiało się w obecności opiekuna. Nie wolno doprowadzać do konieczności szukania nowej żyły u starego zwierzaka, zwiększając jego męki, gdy obok stoi zrozpaczony opiekun). Zależało nam na tym, żeby zwierzę odeszło ze świata w spokoju. Mimo że wydaje się to czymś marginalnym, w takich chwilach robi się, co tylko możliwe. Tamten mieszaniec pitbulla oparł łeb i kark na moich rękach. Audrey zrobiła zastrzyk i poczułem, jak sapnął. Uszło z niego życie. W milczeniu ułożyłem go ostrożnie na przygotowanym wcześniej ręczniku. Od tamtego momentu wyrobiłem sobie taki nawyk. Niezupełnie na znak żałoby, bardziej jako oznakę poszanowania, danie zwierzęciu trochę czasu na wejście w nową rzeczywistość. To pomogło mi i nadal pomaga widzieć w życiu i śmierci etapy przejściowe. Wyczuwałem uchodzącą życiową energię tyle razy, że naprawdę nie zliczę, jednak nigdy nie uznałem tego za coś oczywistego, ani w przypadku moich zwierząt, ani pupili innych. Muszę zaznaczyć, że śmierć jest okropna. Wciąż stosowane zabijanie wspaniałych zwierząt z powodów prewencyjnych jest przerażające, a ja stopniowo uświadamiałem sobie, że się z tym nie godzę. Musiałem wykonać należące do mnie obowiązki i się nie uchylałem, ale jednocześnie robiłem, co w mojej mocy, aby zmienić przyczyny takiego postępowania ze zwierzętami. Poświęciłem się akcji propagowania sterylizacji i pracowałem na rzecz zmiany zasad obowiązujących w schroniskach, na które mogłem mieć wpływ. Chciałem uchronić żywe stworzenia od unicestwiania ich energii i ducha, do czego dochodziło w rezultacie wciągania ich na codzienne listy E/K (do uśpienia) w zimnym, wilgotnym pomieszczeniu.
***
Podczas pewnej imprezy wdałem się po raz pierwszy w intelektualną dyskusję na temat eutanazji nie z pracownikiem schroniska dla zwierząt, tylko, jak facet sam to ujął, z "obrońcą praw zwierząt". W efekcie poczułem się zraniony. Rozmowa przybrała dziwny obrót, kiedy stwierdził: "Wiem to z doświadczenia, nigdy nie natknąłem się na zwierzę, które musiało zginąć w schronisku". Zdarzyło mi się, że ktoś, wiedząc, że jestem pracownikiem schroniska, nazwał mnie nazistą. Wiedziałem, że znajomych w innych schroniskach obraźliwie określano robotami, ludźmi bez serca, mordercami. Tym razem jednak słowa tego faceta odebrałem jako okrutną obelgę, udającą żarcik. Wtedy zrodziła się we mnie uraza.
Moja dobra przyjaciółka Lily, pracująca jako wolontariuszka w schronisku, pod koniec lat dziewięćdziesiątych usłyszała o organizacji Best Friends Animal Sanctuary4 i dała się oczarować. Przekazywała na jej cel sporo pieniędzy i radziła ludziom, którzy myśleli o oddaniu czworonogów do HSBV, żeby przejechali się do stanu Utah, do Best Friends Animal Sanctuary. Zwierzęta przebywały w wielkim kanionie, należącym do tej organizacji, bez wiszącego nad ich łebkami widma eutanazji. Pamiętam, że ta wiadomość sprawiła, iż poczułem się urażony, a może zazdrosny albo jedno i drugie - tego nie jestem pewien. W każdym razie zachciało mi się tam podjąć pracę. Nadal jednak zwierzęce sanktuaria, w których nie zabija się zwierząt, czyli modelowe schroniska, to nieosiągalny cel, nie rzeczywistość. Dlatego ktoś musi się zajmować ofiarami naszego społeczeństwa, które wszystko i wszystkich wyrzuca.
Zmierzamy we właściwym kierunku. Liczba zwierzaków zabijanych co roku w amerykańskich schroniskach spadła z dwunastu milionów w tamtym okresie do obecnych czterech milionów. Niestety, choć aż mdli mnie, gdy to mówię, wiele stworzeń w schroniskach dla zwierząt źle kończy, bo wciąż jest ich za dużo, a przyjaznych domów za mało.
Naturalnie, nie chodzi mi o tak zwane kocie kolonie. Takie koty to nasi na wpół dzicy towarzysze. Łapiemy je, sterylizujemy i wracają do swoich miejsc. Żyją zdecydowanie krócej od kotów domowych, a jednak nie wyłapujemy ich po to, by je zabić. Należą nie tylko do nas. Mam na myśli zwierzaki, które są porzucane na łaskę losu, oraz uciekinierów z domów czy obejść. Trafiają pod opiekę pracowników schronisk, przy czym wiele z nich jest zastraszonych, zdziczałych i agresywnych. Brakuje nam miejsca i środków na próby ich resocjalizacji. Mogą tylko albo w miarę humanitarnie umrzeć pod naszym okiem, albo chore, połamane, wygłodzone, niekochane i samotne skończyć na ulicy. Wprawdzie okazujemy im miłość tylko przelotnie, ale jest ona prawdziwa.
Początkowo wielkie ruchy społeczne karmią się przede wszystkim matczynym mlekiem słusznego oburzenia. Ten wstępny okres to czas wrzasków zaczerwienionych z emocji twarzy i wskazywania palcami. Nie szkodzi. Powinniśmy wyrażać niezadowolenie, aby dążyć ku systemowym zmianom. Na późniejszym etapie kończy się wskazywanie palcami, a zaczyna się praca, a ta z reguły przebiega chaotycznie. Obecnie rozwijają się ruchy przeciwko zabijaniu, a organizacje w rodzaju Best Friends Animal Sanctuary zamierzają zmienić zastaną sytuację, zamiast wyrażać niezadowolenie czy oskarżać innych. Nadal są i tacy, którzy zebrawszy wystarczająco dużo informacji, grożą, a potem pienią się, że to, co uznali za celowe zaniedbania, niekompetencję i, co najgorsze, bezwolność, rujnuje schroniska. Ludzie tego pokroju obrzucali mnie wyzwiskami, takimi jak nazista, i codziennie obrażają innych. Oskarżacie administrację schronisk i ich pracowników o zabijanie? Serio? A dlaczego? Czy według waszej oceny są bezwzględni i leniwi?
Naiwność to jedno, ale naiwność ubrana w przekonania o własnej nieomylności to co innego. Zwracam się do wszystkich tego typu krzykaczy z tamtych czasów i na szczęście mniej licznych z obecnych, szkalujących pracowników schronisk, gdzie umierają zwierzęta. Wrzaskiem sprzeciwiacie się zabijaniu, ale nie podejmujecie żadnych działań zmierzających do rozwiązania problemu. Wobec powyższego: chrzańcie się. To samo mówię schroniskom, które twierdzą, że u nich się nie zabija, ale nie przyjmują ślepych kotów albo starych, dwunastoletnich psów, żeby nie psuły statystyk. Podwójne "chrzańcie się" przeznaczam dla tych, którzy z pogardą traktują schroniska, choć przeprowadza się w nich eutanazję, żeby oni mieli czyste ręce.
Miłośników zwierząt, którzy są naszymi potencjalnymi obrońcami, nie należy rozpieszczać i przekonywać, że ich dotacje z ciężko zarobionych pieniędzy rozwiążą problem. Z natury nie jestem czarnowidzem. Uważam jednak, że nie można poprzestać na wołaniu o niezabijanie w schroniskach. Wkurzacie się na ten system, to zróbcie coś, żeby go zmienić. Opiekowaliśmy się zwierzakami w schroniskach, ponieważ kochaliśmy je tak samo, jeśli nie bardziej, od większości ludzi. Wierzcie mi, każdy z nas z całego serca pragnął doczekać dnia, gdy już nie musielibyśmy usypiać zwierząt. Jeśli wątpicie w moje słowa, to też się chrzańcie.
***
Usypianie zwierząt było mocno obciążającym przeżyciem. Natomiast wysłuchiwanie osób, które przekazywały nam mające wkrótce zginąć zwierzaki, przyprawiało nas o silny ból głowy. Serio. Oddano nam czternastoletniego kota, bo miało przyjść na świat dziecko... Psy chore na raka przywożono do schroniska z powodu... raka. W złe dni czuliśmy, że miarka się przebrała.
Pewnego dnia facet przywiózł pięknego afrykańskiego psa na lwy (rodezyjskiego ridgebacka), którego przyjęła moja przyjaciółka Martha.
- Ogromnie mi smutno, ale nie mam wyjścia, muszę go oddać - powiedział.
Martha zarzuciła psu na szyję schroniskową smycz i przyklękła, żeby pomasować mu szyję.
- Dlaczego nie może go pan zatrzymać? - spytała, wstając, aby odprowadzić psa do boksu.
- Przeprowadzam się.
W pierwszej chwili Marthę zamurowało.
- A gdzie niby, do cholery, pan się przeprowadza? Do Chin?
Nie wytrzymała zbyt długo w schronisku.
W takich dniach uświadamialiśmy sobie, co wbijano nam do głów od pierwszych dni pracy: że ci ludzie przynajmniej przyprowadzają zwierzęta do nas, nie porzucają ich na ulicy, nie wywożą daleko od domu, nie zostawiają w opuszczonym mieszkaniu. A trzeba podkreślić, że nadal z szokującą regularnością dochodzi do takich przypadków. Muszę przyznać, że zdobyta w schronisku wiedza na temat tego, jak na świecie postrzega się i traktuje zwierzęta, była o wiele bardziej przygnębiająca od aktu uśmiercania porzuconych stworzeń. Byłem jedynie posłańcem. Wieść nadchodziła z miejsca, gdzie uznano, że żywa istota, która nie mówi ani nie porusza się na dwóch nogach, w ogóle się nie liczy. Czy mogło to nie wpłynąć na dokonane przeze mnie wybory w kwestii życiowych celów? Być opiekunem bezpańskiego psa w ostatnich chwilach jego życia, ukołysać go w ramionach, przekazać mu, że jest kochany, spróbować, by poczuł, że rozstaje się z życiem pełnym miłości... Towarzyszyła mi świadomość, że czynię ten postawiony na głowie świat trochę lepszym, a nie jeszcze gorszym.
Każdy dzień przepracowany w schronisku był inny; nie dało się zaplanować zajęć. Nie mogłem rano powiedzieć sobie: "Dzisiaj zrobię to i tamto". W HSBV zdarzyć się mogło wszystko i często tak się działo. Pewnego dnia zaspałem, mimo że nastawiłem budzik. Poprzedniego wieczoru, do późna, moja kapela pod nazwą Pope of the Circus Gods grała na imprezie w Hill, czyli centrum życia studenckiego w Boulder. Tym, co mnie budziło, jeżeli zawiódł budzik, był pełny pęcherz i wychodzące zza gór słońce, nieprzyjemnie nagrzewające metal klapy magazynu, w którym mieszkałem. Łapałem jakąś butelkę albo wybiegałem na zewnątrz, w ukryte miejsce, po drodze chwytając okulary słoneczne, żeby nie rozbolała mnie głowa od nagłego wyjścia na oślepiający blask dnia. W magazynie nie mieliśmy naziemnej linii telefonicznej, a wówczas nie było telefonów komórkowych. Kiedy połapałem się, że zaspałem, popędziłem do pracy, bo naprawdę nie chciałem jej stracić. Zdałem sobie sprawę, że udało mi się przebiec na bosaka z magazynu do wozu i dojechać do schroniska po piaszczysto-kamienistym podjeździe dopiero wtedy, gdy znalazłem się na miejscu. Nie mogłem wrócić do swojego lokum po buty, bo zdezorganizowałbym poranne zajęcia w schronisku, przepracowałem więc cały dzień w wielkich gumowcach w rozmiarze uniwersalnym, które zakładaliśmy na buty. Wydawały komicznie pierdzące dźwięki za każdym razem, gdy stawiałem kolejny krok, mając coraz bardziej spocone stopy. Zaangażowanie niezwiązane z zaspokojeniem własnych bieżących potrzeb było czymś nowym i zaskakującym. Tego dnia wykonywałem zwykłe obowiązki - karmiłem zwierzaki, podawałem im leki, poświęcałem im uwagę, znajdowałem dla nich nowe domy.
Nie było tak, że prawdziwe powołanie odkryłem w opiekowaniu się kotami. Nie uważałem się za miłośnika kotów. Wychowywałem się z psem, pierwszego kota przygarnąłem w czasach college'u, ale żaden nie miał mnie na własność aż do czasu podjęcia uzupełniającego kształcenia. Jednak nawet wówczas nie uważałem opieki nad zwierzęciem za powołanie, za życiowy cel. Nie bez przyczyny we wczesnym okresie życia postanowiłem poświęcić się muzyce.
Przekonałem się, że w schronisku, w którym byłem zatrudniony, a także w innych, do których zajrzałem, psy pozostawały w centrum uwagi. Rzecz nie w tym, że celowo lekceważono koty albo że kochano je mniej. Psy dużo lepiej rozumiano i uważano, że łatwiej wpływać na ich zachowanie. Dla zainteresowanych prowadziliśmy zajęcia z tresury psów. Zachęcaliśmy też do wyprowadzania psów na długie spacery po krętych ścieżkach za schroniskiem. Te zabiegi miały przyspieszyć adopcje zwierzaków. Nasze schronisko stwarzało wiele okazji do wzięcia psa.
Z kotami było gorzej. Siedziały w pojedynczych klatkach z nierdzewnej stali, w otoczeniu potencjalnych zagrożeń w postaci przemykających palców, nóg i zapachów. Dla miłośników kotów nie było niczego w rodzaju krętych ścieżek do wyprowadzania na spacery, najczęściej więc kończyło się na czesaniu kotów w klatkach albo na wynoszeniu ich do akurat wolnego pomieszczenia. Nie niwelowało to silnego zaniepokojenia, jakie koty odczuwały z nadmiaru wrażeń. W przeciwieństwie do większości psów, wariujące w zamknięciu koty zamykały się w sobie: przywierały plecami do krat klatki, kuliły się w kuwetach, zagrzebywały w koce, próbując się schować w kryjówkach, których nie było. Potencjalni nowi opiekunowie, którzy spędzali przeciętnie cztery sekundy przed klatką, uznawali takie zachowanie za objaw smutku. A kto chciałby wziąć smutnego kota? Kota, który nie chciał spojrzeć na wizytującego schronisko potencjalnego opiekuna, niepotrzebnie usypiano.
Wszystko o kociej magii
Ciekawe otoczenie jest niezbędne dla dobrego samopoczucia kotów. Zapoznaj się wstępnie z realiami kociego mojo, czyli z tym, jak patrzeć na świat przez szkła o kociej barwie.
Kot musi polować. Zabawa i łowy to dla niego to samo. Jeśli twój kot nie poluje, to znaczy, że nie ma swojej przestrzeni. W tej sytuacji wprowadź interaktywne zabawy. Niech podczas nich kot poluje, łapie, zabija, je. CODZIENNIE. Koty potrzebują własnego terytorium. Wytyczają je śladami zapachowymi i wizualnymi. Zapewnij mu dużo miękkich posłań, koców, słupków do drapania i podobnych rzeczy i rozstaw je w ważnych miejscach - to znaczy tych, które pachną tobą. Kot widzi każde pomieszczenie trójwymiarowo. Nie powinien ograniczać się do podłogi. Udostępnij mu kanapę, siedzenie taboretu, zlew, regały na książki. Zapewni to kotu wyższy poziom poczucia terytorialnego bezpieczeństwa.
Wypominany przez odwiedzających smutek kotów stał się dla mnie bodźcem do poszukiwania innych sposobów. Zacząłem czytać na temat kociego zachowania wszystko, co wpadło mi w ręce. Wręcz chłonąłem każde słowo. Przysięgam, jak na kogoś, kto nie lubi czytać niczego, co nie ma obrazków, był to niezły wyczyn. Jak tylko z lektury czegoś się dowiedziałem, mogłem od razu pójść na zaplecze schroniska i zaobserwować opisane zachowanie. Najwcześniejsze doświadczenia z terapią zabawową i pozytywnymi wzmocnieniami wzięły się z obcowania z kotami, które tak wariowały w klatkach, że trafiły na listę zwierząt do uśpienia. Zajmowałem się nimi po godzinach pracy, eksperymentowałem. Chciałem się zorientować, jaki rodzaj zabaw najbardziej im służy albo jak zastosować wobec nich teorię uwarunkowań instrumentalnych czy metodę treningu z klikerem (CT). Chodziło o to, żeby dały mi przez kraty zachęcający znak, kwalifikujący je do adopcji przez nowych opiekunów, lub przynajmniej podeszły do przodu klatki. Gdy wypróbowałem jedną z metod, sięgałem po inną. Każdy na tym zyskał. Nawet Cheeks, żywa maskotka schroniska, przeszedł próbę, chociaż posprzeczałem się z niektórymi współpracownikami. Uganianie się za hordą myszy, które mieszkały w murach schroniska, i zjadanie ich pomogło mu w cukrzycy, o czym przekonywałem uparcie, kiedy ktoś próbował powstrzymać go, wyciągając kawałki myszy z jego zaciśniętego pyszczka. Zacząłem z entuzjazmem popierać takie nastawienie, nalegając, żeby pracownicy, wolontariusze i właściwie każdy, kto się napatoczył, przypatrywał się, jak Cheeks zdrowieje i cieszy się życiem.
Koty można wychować!
Trening z klikerem (CT) to system szkolenia oparty na pozytywnych wzmocnieniach, wypróbowany ze znakomitym skutkiem na różnych gatunkach zwierząt, od wielorybów i delfinów, po kurczęta, gołębie, koty i psy (patrz książka Karen Pryor Clicker Training for Cats). Chociaż nie jestem fanem stosowania tej skutecznej techniki do nauki sztuczek, które wydają się upokarzające dla zwierząt (np. przeskakiwania przez obręcze czy jazdy na rowerze), to jednak taki trening przydaje się do:
Osiągnięcia pożądanych rezultatów w lepszym porozumiewaniu się z kotem, np. żeby czekał spokojnie, kiedy przygotowuje się posiłek. Nawiązania kontaktu emocjonalnego z kotem za pomocą konkretnych działań. Wplecenia obu powyższych do treningu zręcznościowego, obejmującego ćwiczenia kociego umysłu i ciała, jednocześnie zacieśniając więź między wami.
Właśnie wtedy odkryłem głębszy poziom kociego poznania od poznania, które wcześniej postrzegałem w sobie. Wiedziałem nie tylko, że koty są smutne, ale też, dlaczego. Pozostające pod naszą opieką psy nie tłumiły emocji. Nie zamierzam urazić psów, wprost przeciwnie - psy umieją zmusić człowieka do reakcji. Towarzysząc ludziom, ewoluowały w trakcie rozwoju mniej więcej tak samo jak ludzie ewoluują w otoczeniu innych ludzi. W mniej wymyślny sposób można powiedzieć, że psy wiedzą, jak nas podejść. Natomiast w rozwoju udomowionego kota nie stanowiło to ważnej kwestii, więc koty nie rozwinęły tego talentu.
Zaczynałem wyczuwać, że gdy patrzyłem na jakiegoś kota, którym się opiekowałem, zaczynała się między nami rozmowa. Od razu wyjaśniam, że nigdy nie zagadnąłem kota: "Powiedz, Charlie, co jest grane?", a on nie odpowiedział: "Jezu, Jackson, dzięki, że zapytałeś. Trochę mnie denerwują te fluorescencyjne światła i bądź tak dobry i wymieć mi ten złom, w który muszę się załatwiać. Poza tym jakoś leci, no nie? Nie mogę narzekać, kolego".
Na czym polega porozumienie ze zwierzętami? Definicja komunikowania się brzmi następująco: "Dzielenie się albo wymiana informacji lub nowin; skuteczne wyrażanie odczuć i idei lub dzielenie się nimi". Czy coś komunikuję? Oczywiście, że tak. To jedyne, co mam, poza nirwaną występów przed widownią, a co kojarzy mi się ze świętością, spokojem, który inni mi opisywali, wspominając o swoich praktykach medytacyjnych. Z każdym mrugnięciem powieki, każdą wymianą subtelnych sygnałów, rozszerzonymi albo zwężonymi źrenicami wyczuwamy wzajemne wibracje. Ktoś wstrzymuje oddech, ja też go wstrzymuję. Stają mi włoski na ramionach, to samo dzieje się z tobą dziesięć metrów dalej. Unoszę podbródek, a ty się rozluźniasz i mnie poznajesz. Walisz się głową w ścianę koło łóżka, a ja zaczynam płakać. Żadne z nas nie znaczy więcej albo mniej. Wzajemna komunikacja to zrozumienie, sprowadzenie czasu i przestrzeni do wspólnego mianownika, tej pajęczej sieci, łączącej dwie żywe istoty. Nie ma to nic wspólnego z językiem, który znamy. Na przykład angielski w odniesieniu do takiego kontaktu jest nie tylko groteskowo nieścisły, wręcz w tym przeszkodzi.
Klienci wywierają na mnie presję, która mnie uwiera. Żądają, żebym wyjaśnił, jak koty się czują, a kiedy tego nie potrafię, często są rozczarowani i sfrustrowani. Umiem interpretować ruchy, zmiany aury energetycznej, ale reszty nie da się uchwycić ani wytłumaczyć. Nie próbuję niczego ukrywać przed pytającymi, przechwalać się, że znam ich kota lepiej niż oni sami. Zwyczajnie nie potrafię wyjaśnić, posługując się angielskim, tego, co kot przekazuje w kocim języku. Chciałbym, żebyście dołączyli do mnie w tych niezwykłych przeżyciach, bo nie są zastrzeżone dla wybranych. Jeśli już coś przypominam, to może rodzaj latawca, przez sznurek którego błyskawica przepływa do skóry. Nie mogę - nikt tego nie potrafi - tchnąć życia w zwierzęce doświadczenie, odwołując się do ludzkich przeżyć. Zapewne dlatego dwunożni towarzysze czworonogów niecierpliwią się i szukają drogi na skróty. Gdy po okresie spędzonym z kotem ponownie wchodzę w ludzką atmosferę, nie wiem, jak odpowiedzieć na pytanie: "O czym Ralphie myśli?".
Naturalnie, początkowo wiedziałem jedynie, że chcę być obrońcą zwierząt i urządzać im życie. Mogłem to robić i namawiałem do tego wielu innych. Miałem świadomość, że nie potrafię przełożyć kociego języka na ludzki bez pomocy ludzkiego słownictwa, wyników badań naukowych i temu podobnych uwarunkowań. Mogłem iść w góry i krzyczeć, że zawarłem rodzaj paktu z kocim światem, ale z powodu nazwiska, tatuaży i brody wydawałem się wystarczająco zwariowany i bez tego. Uznałem, że jeżeli rzeczywiście zamierzam coś zmienić, to muszę się podeprzeć dowiedzionym uzasadnieniem.
W ciągu paru miesięcy awansowałem na kierownika recepcji. Wyobraźcie sobie tylko! Rotacja na tym stanowisku była cholernie duża, bo utworzono je dla tych, którzy się wypalili. Każdy rodzaj pracy w schronisku był trudny i uciążliwy, jednak to kierownik recepcji musiał się użerać między innymi z ludźmi podrzucającymi zwierzęta, które mieli od wielu lat, a ostatnio zabrakło dla nich miejsca. Wyznaczenie do pracy w recepcji oznaczało, że miało się więcej dyplomatycznego je ne sais quoi od innych, co w gruncie rzeczy było dwuznacznym komplementem. Nerwowa atmosfera panująca w recepcji była wyczuwalna. Dotychczasowy kierownik recepcji, Lonnie, przypominał zawór bezpieczeństwa w szybkowarze. Fachowo rozładowywał trudne sytuacje, a i nas z powodzeniem uspokajał. Stawało się jednak widoczne, że zaczynał mieć dość. Zamykał za sobą drzwi i kopniakami wybijał dziury w tynku albo w fotokopiarce. Potem zaczął prawić kazania mnie i innym współpracownikom. Pewnego dnia miarka się przebrała. Wściekł się jak diabli na coś, co, choć mało ważne, przepełniło jego czarę goryczy. Najpierw ciskał papierami, potem złapał główny klucz od kasy, który wieszał na szyi niczym recepcyjny klejnot, i zaczął nim wywijać. Jestem pewien, że niechcący, ale zdzielił mnie nim w tył głowy, a następnie opuścił budynek na dobre. Nazajutrz wespół z przyjacielem, który zatrudnił się w tym samym tygodniu co ja, zacząłem kierować recepcją.
Każdy zna to uczucie, przynajmniej mam taką nadzieję, bo nie chciałbym myśleć, że tylko ja go doznałem. Oto osiąga się cel i... okazuje się, że nie o to chodziło. Nie o tę pracę, którą chciało się zdobyć, nie o to mieszkanie i miasto, w którym chciało się usadowić. Człowiek budzi się pewnego dnia i mówi sobie: "Boulder to miejsce dla mnie. Tu będę najbardziej kreatywny, odnajdę natchnienie, tutejsi ludzie będą mnie inspirować, no i pokocham te góry...". Ktoś wyobraża sobie, że osiągnie szczyt osobistych możliwości w krainie położonej pośród górskich szczytów. A jeśli się nie uda, cóż, nerwowe załamanie można przejść gdziekolwiek. Po przemieszkaniu całego lata w samochodzie, żeby móc pozwolić sobie na przeprowadzkę, po zainwestowaniu wszystkiego, dosłownie i w przenośni, jakiegoś poranka człowiek patrzy z głębokim, ale chłodnym podziwem na ośnieżone szczyty gór w sąsiedztwie, a potem na siebie i mówi: "To nie jest... to".
Cóż, mój awans należał do tych, które nie spełniły oczekiwań. Przyniósł tonę papierkowej roboty i równie ciężki ból głowy. Nie cierpiałem administrowania. Musieliśmy odsyłać z kwitkiem ludzi, którzy chcieli wziąć zwierzaki. Trzeba było zbierać jak najwięcej pieniędzy od opiekunów, których zwierzaki zaginęły i zostały gdzieś złapane i zamknięte. Musiałem ostrożnie manewrować wśród masy osób czerwonych na twarzy, z żyłami wychodzącymi na wierzch na szyi, tryskających mi ze złości śliną na szkła okularów, żeby uniknąć zbiorowych napadów szału. Oczywiście, ułatwialiśmy adopcję zwierząt, dopasowywaliśmy czworonogi do nowych opiekunów, ale czułem, że znalazłem się na granicy. Zacząłem się obawiać rozwścieczonych ludzi, a za sprawą nadwrażliwej natury rozpoznawałem ich na pierwszy rzut oka, jak tylko się pojawiali. Najlepiej, jak umiałem, wykorzystywałem zdolności uprawiania słownej szermierki, żeby ściągnąć negatywną energię i w chwili nieuwagi krzykacza pozwolić jej przelecieć przeze mnie, ale to wszystko, na co było mnie stać.
- Nie do wiary! - wrzasnął na mnie facet, gdy poinformowałem go, że będzie musiał zapłacić za odzyskanie psa rasy corgi, który przepadł, ale został schwytany.
Rozejrzał się wokół - w ruchliwe soboty w recepcji ustawiała się kolejka - zupełnie jakby starał się zebrać swoją bandę. Tłumek był na tyle liczny, że nie udało mi się używać uspokajającego głosu didżeja.
- Ależ, proszę pana...
- Wolelibyście wsadzić mojego psa do komory gazowej niż mi go zwrócić!
Miał zapłacić pięćdziesiąt dolarów, a na ręku nosił roleksa, który na pewno kosztował więcej, niż ja miałem zarobić w ciągu najbliższych dwóch miesięcy.
- Nie sądzę, żeby...
- Wy nazistowskie gnojki!
Miarka się przebrała i puściły mi nerwy. Zachowałem się jak Lonnie. Wyskoczyłem zza kontuaru, żeby złapać go za szyję. Na szczęście cofnął się o krok i runąłem na podłogę. Jeden ze współpracowników wyprowadził mnie do sali konferencyjnej. Opadłem na krzesło i przypomniało mi się, jak w tym samym miejscu niecałe sześć miesięcy wcześniej Audrey przeprowadzała ze mną rozmowę kwalifikacyjną. Pół roku wystarczyło, żebym się posypał. Uznałem, że pora orzec, iż to nie jest to, i zrobić krok naprzód. Zrozumiałem, jakiemu wyższemu celowi mógłbym służyć.
Zacząłem spędzać dużo czasu z Daisy, koordynatorką pomocy społecznej dla zwierząt, która miała dar edukowania ludzi bez traktowania ich z góry. W przeciwieństwie do wypalonej lekarki od sterylizowania czworonogów Daisy była podekscytowana rolą obrończyni zwierząt. Opowiadała o znaczeniu tej działalności z takim entuzjazmem, że na skórze jej twarzy i szyi występowały czerwone plamy. Propagowała okazywanie zwierzętom współczucia w czasie, kiedy PETA5 w oczach opinii publicznej niewiele się różniła od terrorystów. Podczas szkolnych pogadanek Daisy opowiadała o sterylizacji i sprzeciwianiu się okrucieństwu wobec zwierząt, apelując o okazywanie empatii nie tylko domowym czworonogom, ale wszystkim zwierzętom. Czasami posiłkowała się drastycznymi, nieoficjalnymi nagraniami wideo zrobionymi przez PETA. Rozmawialiśmy z uczniami różnych klas, od szóstej po dziesiątą, którym można było przedstawić problem z nowej perspektywy w przełomowym, rozwojowym okresie ich życia. Daisy i ja często mówiliśmy o potrzebie organizowania zwierzakom życia, tłumacząc, że nie jesteśmy ich właścicielami, a one nie są przedmiotami. Jesteśmy ich opiekunami. W tamtym okresie to przede wszystkim Daisy wpłynęła na przyjęcie przeze mnie określonej postawy wobec zwierząt, z którymi razem zamieszkujemy świat.
Daisy bardzo słusznie, z karmicznego punktu widzenia, wyjaśniła, dlaczego postanowiła odejść. Zostało to dogadane, zanim na ten temat zaczęły krążyć plotki. Bez namysłu postanowiłem ją uhonorować poprzez kontynuowanie jej misji. Problem tkwił w tym, że koordynowanie trochę mnie przerastało, podobnie jak to było z obowiązkami kierownika recepcji. Zazwyczaj jednak uświadomienie sobie tego braku mnie nie powstrzymywało. Wiedziałem, że jestem mocno zaangażowany w sprawę i że wiara w określone idee pozwoli mi nadrobić wyraźny brak zdolności organizacyjnych.
Podobnie jak tuż po podjęciu pracy w HSBV, postępowałem tak, jak gdyby wykonanie kolejnych zadań nie stanowiło dla mnie problemu. Wpasowałem się w postać koordynatora pomocy społecznej dla zwierząt w HSBV i przekonałem zwierzchników, że idealnie się do tej działalności nadaję. Pod wieloma względami ta trudna rola uwypukliła moje wrodzone talenty. W teatrze czuję się jak u siebie w domu, a występy publiczne to dla mnie coś naturalnego. Wypruwałem z siebie flaki, począwszy od klas w szkołach podstawowych, poprzez sale posiedzeń kierownictw firm, a skończywszy na wielu innych miejscach, przekonując o potrzebie sterylizowania zwierząt, o naszej roli jako ich opiekunów oraz misji towarzystw opieki nad zwierzętami. Umiejętność nawiązywania ze sceny kontaktu z widownią łatwo przełożyła się na występy w salach pełnych dzieci, gabinetach dyrektorskich, na spotkaniach z dziennikarzami lub tam, gdzie akurat danego dnia trafiłem. Wiedziałem, co słuchacze mogą strawić i znieść, jak gdyby ktoś napisał mi to wielkim drukiem, i naciskałem publiczność, aż prawie pękała - chociaż nie do końca. Przekazywałem im posłanie na takie sposoby, których wcześniej nie znali albo nie czuli.
Mój umysł działa spontanicznie. Rzucam pomysł, a jeśli ktoś go podchwyci, tym lepiej. Najczęściej jednak chwytam je tylko ja i pomysły idą na marne. Nie przydawałem się w projektach, które wymagały długotrwałych koncentracji i planowania. Potrafiłem wyobrazić sobie, dajmy na to, ostateczny wygląd dwudziestominutowej prezentacji w programie PowerPoint, ale przygotowanie jej było dla mnie niewykonalne. Jeśli moją uwagę cokolwiek odwróciło, to mogłem zagłębić się w godzinnych poszukiwaniach w internetowej ofercie Office Warehouse idealnego wiecznego pióra, od którego zależało powodzenie projektu. Administracji HSBV należy się podziękowanie i szacunek, bo wspierała moje poczynania. Zaangażowała zawodowego organizatora, zatrudniła dla mnie asystę, dała mi mnóstwo czasu na osiągnięcie wytyczonych celów i nie dociskała śruby, dopóki pracownicy schroniska nie poczuli się do tego zmuszeni.
Nawet podczas częściowego wypełniania zadań koordynatora pomocy społecznej dla zwierząt, tylko pracując z kotami, czułem się jak najbardziej na miejscu. Właśnie wtedy przekroczyłem niewidzialny próg.
W tamtą czerwcową noc, około drugiej nad ranem, byłem tam, gdzie zawsze, gdy zbliżał się końcowy termin wykonania określonego zadania: w schronisku. Zimny pot skapywał mi do kawy pod wpływem znanej mi i przygnębiającej świadomości, że jeśli chcę utrzymać tę pracę, to muszę się nią zajmować wtedy, gdy w miarę możliwości nic mnie nie rozprasza. Po długotrwałej suszy we wschodnich rejonach Kolorado wreszcie nadeszła burza i zaczęło padać. Ze strachem słuchałem dudniącego o dach deszczu, bo schronisko znajdowało się w samym środku terenów zalewowych i w razie ulewy mielibyśmy cholerne kłopoty. Pomysły na prezentację rozmywały się i siłą woli zmuszałem się do wysiłku, wiedząc, że każda bezpłodna minuta oznacza kolejne pół godziny bez snu i dużo więcej stawiającego na nogi towaru, który wezmę rano po to, by w porę dotrzeć do pracy. Na dobitkę wokół mnie było bardzo głośno. W taką noc z deszczem i grzmotem piorunów wystarczyło przejść z dziesięć kroków w dowolną stronę, żeby usłyszeć rozpaczliwe, błagalne odgłosy dochodzące z rozlicznych pomieszczeń dla zwierząt. Jak poszedłem się wysikać, usłyszałem złapane psy, które uciekły z domów. Automat, z którego chciałem wziąć coś do picia, znajdował się tam, gdzie odbywała się adopcja psów przez nowych opiekunów. Kopiarka stała w pobliżu miejsca adopcji kotów. Kiedy tak tkwiłem przy biurku, wgapiony w powiększające się plamy wody w rogu sufitu, czując narastające rozdrażnienie od nadmiaru kawy i innych pobudzaczy oraz niewyspania, kroplą, która przepełniła miarę wytrzymałości, były odgłosy z pomieszczeń dla wyłapanych kotów - one wrzeszczały.
Znajdując się w stanie silnego pobudzenia nerwowego, zrozumiałem, dlaczego rodzice małych dzieci liczą dla uspokojenia do dziesięciu, żeby nie wykonać zbędnego gestu. Wiedziałem, że przybyły nowe kotki z małymi, które przyjęliśmy do pękającego w szwach schroniska. Poza tym mieliśmy swoje koty - bezpańskie i oddane przez opiekunów. Wszystkie darły się wniebogłosy. Drażniły je odgłosy burzy i skoki ciśnienia atmosferycznego. W miarę pogarszania się pogody koty stawały się coraz bardziej nieznośne, bo musiały wyrazić swój niepokój. W uszach dzwoniło mi głośniej niż zwykle, bo skoczyło mi ciśnienie. Dawno temu nabawiłem się poważnych szumów usznych, ponieważ podczas koncertów na estradzie występowałem bez zatyczek do uszu. Pamiętam, że tamtej nocy w pewnym momencie z desperacji huknąłem głową w blat biurka, a gdy ją uniosłem, zaświtał mi pewien pomysł.
Anitra Frazier z Nowego Jorku należała do moich pierwszych mentorów. Początkowo byłem dosyć bojaźliwy i niepewny. Nie odważyłem się dzwonić do nielicznych osób z ustaloną pozycją w dziedzinie opieki nad zwierzętami i porozumiewania się z nimi. W związku z tym pochłaniałem odpowiednie książki i prowadziłem wyimaginowane rozmowy z tymi, którzy myśleli podobnie do mnie. Anitra wydawała mi się kimś w rodzaju Mary Poppins w dziedzinie holistycznego podejścia do kotów. Udzielała konsultacji, jeżdżąc rowerem do kolejnych klientów po ulicach Nowego Jorku, przy których spędziłem dzieciństwo. Stosowała różne metody terapeutyczne i nie bała się łączyć specjalistycznej wiedzy behawiorystycznej z niewzruszoną pewnością, że jej empatyczny instynkt działa prawidłowo.
Jeden z projektów realizowanych przez Anitrę nosił nazwę Kocie, Kocham Cię. Chodziła po ulicach Manhattanu, pisała artykuły do magazynu "The Natural Cat", wędrowała od kamienicy do kamienicy. W oknach widokowych pokazywała kotom swoją twarz, żeby przedstawić się im, i witała je powolnym mrugnięciem, jednocześnie przekazując im w myślach słowa "Kocham was".
Kiedy po raz pierwszy wyczytałem o tej sztuczce, od razu wypróbowałem ją na Velourii, jednym z pięciu kotów, z którymi wtedy mieszkałem. Zgodnie z przewidywaniami Anitry zadziałało, bo kot odpowiedział mi mrugnięciem i wyraźnie się odprężył.
Znaczenia techniki pod nazwą Kocie, Kocham Cię oraz jej wariantów, które próbowałem stosować, nie da się przecenić. Ogromnie ułatwia ona wejście człowieka w świat kociej komunikacji. Koty wydają z siebie głosy najwyraźniej zaadresowane do człowieka. Zasadniczo nie miauczą na siebie nawzajem; miauczenie kierują do nas, aby coś uzyskać. Zatem powinniśmy ich posłuchać i spróbować zrozumieć, nawet jeśli oznacza to przeskoczenie na ich stronę przez płot wzajemnej komunikacji.
Jako początkujący koci behawiorysta, sądziłem, że technika Kocie, Kocham Cię może się stać czymś w rodzaju kociego kamienia z Rosetty6. Choć tamtej czerwcowej nocy byłem wyczerpany i zestresowany, niemal na granicy histerii, pomyślałem, żeby nie martwić się o brak snu ani prezentację, tylko przede wszystkim uspokoić koty. Postanowiłem trochę poeksperymentować.
Ledwie wszedłem do pomieszczenia dla wyłapanych kotów, rozległ się potężny grzmot pioruna. Każdy kot, który się tam znajdował, wydarł się najgłośniej, jak potrafił, reagując na podwójne zagrożenie: nie tylko ze strony burzy, ale i człowieka. Włączyłem światło, co po chwili okazało się poważnym błędem. W pomieszczeniu nie było okien, a koty uznały, że nadszedł poranek i czas na karmienie. Zaczęły się więc drzeć jeszcze głośniej.
Naliczyłem tam czterdzieści pięć kotów. Pomieszczenie było małe i kwadratowe, jakieś pięć na pięć metrów, a rzędy nierdzewnych stalowych klatek przy ścianach sprawiały, że wydawało się jeszcze ciaśniejsze. Doszedłem do wniosku, że lepiej nie kręcić się, bo wolałbym nie wnerwić kota, którego wcześniej udałoby mi się uspokoić. Postanowiłem więc zacząć od rzędu klatek znajdujących się najbliżej pomieszczenia dla wyłapanych psów, co było poronionym pomysłem. Psy wyczuły moją obecność przez cienkie drzwi wahadłowe i jeden za drugim przystąpiły do wariackiego szczekania. Cała ta sytuacja skojarzyła mi się z przemykaniem przez pole minowe. Zdecydowałem, że przejdę od prawej, potem w lewo, a następnie zajmę się dolnym rzędem klatek po prawej. Było to istne wyzwanie z powodu moich problemów ze skupieniem uwagi. Jak skoncentrować się na jednym kocie, skoro wszystkie wrzeszczą?
Wziąłem głęboki oddech i zrobiłem krok naprzód. Stanąłem przed kotem o krótkiej sierści, czarnym z białą szyją. Szeroko otworzyłem oczy i powiedziałem w myślach: "Ja". Powoli zamknąłem oczy - "kocham". Znowu uniosłem powieki - "cię".
I nic.
Kocie, kocham cię
Metoda Anitry, Kocie, Kocham Cię, jest użyteczna nie tylko dla kocich behawiorystów. Wypróbuj ją sam. Najpierw spójrz na swojego kota. Popatrz łagodnie i usuń wszelkie trudności, jakie miałby on z percepcją. Ważne: należy uchwycić różnicę między wpatrywaniem się a patrzeniem łagodnym wzrokiem. Potem dopasuj tempo mrugania powiekami do niemego zdania "Ja kocham cię" w następujący sposób:
Oczy otwarte: "Ja". Powolne zamknięcie oczu: "kocham". Powolne uniesienie powiek: "cię".
Jeśli jesteś naprawdę odprężony, skupiony i szczery w swoim zamiarze porozumienia się, kot zareaguje najpierw poprzez mrugnięcie, potem odpręży się i stanie się odrobinę mniej czujny.
"Ja... kocham... cię".
W odpowiedzi niemilknący koci wrzask.
Wziąłem głęboki, oczyszczający oddech. Wyrzuciłem z siebie frustrację. Przepływała przeze mnie intencja uzdrowienia.
"Ja... kocham... cię".
Pomyślałem: Chcę cię uspokoić, do cholery, nie czujesz tego? Uzdrowię cię, czy ci się to podoba, czy nie!
Zaraz, chwileczkę, to nie działa.
"Ja... kocham... cię".
Pauza. Oddech. Powtórz to, Jackson. Uwierz w swoje słowa.
I wtedy mnie olśniło! To kot, ale także mój widz. Trzeba przekonać widownię o tym, czego się dla niej pragnie.
"Ja... kocham... cię".
Właśnie tak. Nie odpowiedział mrugnięciem, ale na chwilę przestał się straszliwie bać, w jego oczach pojawiło się odprężenie. Źrenice trochę się zwęziły.
"Ja... kocham... cię".
(Plus kolejny oczyszczający oddech).
Wreszcie kot powoli odwzajemnił mrugnięcie, a ja miałem świadomość, że niezupełnie zyskałem przyjaciela, raczej zmęczyłem wroga. Sygnał mechanizmu alarmowego walki lub ucieczki w końcu się wyłączył pod wpływem obietnicy bezpieczeństwa, którą mu przekazałem.
"Ja... kocham... cię".
Teraz poszło łatwiej. Jesteśmy ze sobą na koleżeńskiej stopie. Rozpaczliwie chciałem wyciągnąć rękę i przypieczętować nasze porozumienie dotykiem, ale pedagogiczne wyczucie, które w niewytłumaczalny sposób się pojawiło, przeważyło emocjonalny odruch. Miałem pilnie coś do zrobienia; z jednym się udało, zostały jeszcze czterdzieści cztery koty.
Nagle wróciło wspomnienie pozornie odległego poranka, spędzonego w rozklekotanym wozie dostawczym w samym środku lutego w Kolorado; później posłużyło mi ono do napisania udanej piosenki. Czas zaczął płynąć wolniej i dokonałem właściwego wyboru. To owoce z wiecznie rodzącego je drzewa. Różnica tkwiła w tym, że tym razem nie miałem do czynienia z melodią, tempem, tekstem piosenki i bardzo chwytliwym refrenem. Operowałem dopiero rozwijanym językiem, w którym odkryłem kilka cennych, zrozumiałych słów. Deszcz nie ustawał, a ja musiałem opowiedzieć wszystkim kotom, że jeżeli mi zaufają, nie zostawię ich i wszystko będzie dobrze. Uwierzcie mi, koty, zobaczcie, jaki jestem zrelaksowany w obliczu potencjalnego zagrożenia, i odpowiedzcie mi tym samym.
Tamta noc toczyła się niczym odjazd na kwasie, chwilami spokojnie, a chwilami strasznie, ale w ramach jednej i tej samej myśli. Moim zadaniem było uspokojenie kotów i przekazanie im spokoju poprzez "Ja... kocham... was". Pamiętam, jak w pewnym momencie rozebrałem się do bielizny, bo musiałem nosić te same ciuchy następnego dnia roboczego, a nie chciałem, żeby były tak mokre jak ja. Podobała mi się też swoboda przebywania sam na sam z kotami, w końcu zupełnie bez skrępowania. Przemawiałem różnymi niemymi tonami do kolejnych kotów, od starych kocurów po kocięta, od samotnych kotów po kotki z małymi. Byłem obecny duchem dla każdego z nich z osobna. Kiedy tylko zaczynałem się upewniać, że nabieram wprawy, następny kot brutalnie wpędzał mnie w pokorę i na nowo nauczony skromności, podchodziłem do kolejnego.
Jak długo to trwało? Wiem tyle, że kiedy w pomieszczeniu zrobiło się cicho, osunąłem się na podłogę pod ścianą, zupełnie wykończony. Rozkoszując się ciszą, po przejściu do biura zauważyłem przez okno, że słońce wschodzi. Upłynęło wiele godzin i w pewnym momencie wyczułem obecność niektórych z czterdziestu pięciu kotów, siedzących we wspaniałym milczeniu i tak samo jak ja zdumionych wylewem wzajemnego wsparcia i nowo odkrytych zdolności językowych.
Znalazłem w sobie energię i skupienie, żeby dokończyć przygotowanie prezentacji, gdy kilka godzin później stawiła się w schronisku załoga, by zająć się karmieniem i sprzątaniem. Wokół mnie panowało poruszenie, ale ja odkryłem technikę spowolnienia, jak ta znana w medytacji. Gdy ktoś ma ogólnie do czynienia z kotami albo zadaje się z nimi po kolei, spowolnienie jest bezcenne. Koty wpadają w taki stan, gdy obserwują ptaki - są tym całkowicie pochłonięte, ale jednocześnie oszczędzają energię, aż wydają się nieruchome. Tamtej nocy pomogłem im przejść do najbardziej dla nich naturalnego stanu uspokojenia. Z kolei ja zyskałem intuicyjną wiedzę o tym, jak wygląda pewny siebie kot. Nawet w klatce, bez milimetra własnego terytorium, bez rodziny czy osobnego miejsca poza półmetrową klatką, koty potrafią przejawiać pewność siebie. Doprowadzając ich do takiego stanu, nie tylko pomogłem sobie, zyskując ciszę, ale także przywróciłem podopiecznym kocią pewność siebie, którą dziś nazywam kocim mojo. Pozwala ono mnóstwu tych stworzeń przejść przez życie w schronisku bez widocznych urazów i sprzyja zaprezentowaniu się tak, żeby szybciej trafiły do dobrych domów.
Chwila olśnienia to łut szczęścia, który się podwaja, jeśli ktoś jest na tyle przytomny, żeby go docenić. Jednak w moim przypadku nie doszłoby do przełomowego momentu bez wizji dubeltówki naładowanej lękiem i wątpliwościami. Nie tak to powinno wyglądać, pomyślałem sobie. "A niech to diabli!", syknąłem. Odczułem to jak chwilę przelotnego, nic nieznaczącego romansu, gdy nagle pocałunek staje się rozkoszny i znajomy, jakby zaznało się go wcześniej, może w poprzednim życiu. Człowiek przestrzega się w duchu: Nie wchodź w to, nie dopuść, żeby tak się stało. Jednak wbrew najlepszemu kawalerskiemu rozsądkowi odsuwasz powoli głowę i patrzycie sobie prosto w oczy i, niech to diabli, już jesteś zakochany. Na pewno przełomowe momenty są wspaniałe, ale jeśli jest się na tyle upartym jak ja, by nadal wierzyć, że życie potoczy się zgodnie z przyjętym planem, to wydają się one przerażające.
W każdym razie wszechświat potraktował mnie łagodnie, prosząc, żebym docenił zarówno uśmiech losu, jak i poczucie, że zostało się wrobionym. Tak też postąpiłem. Robię to na nowo za każdym razem, kiedy opowiadam historię tych czterdziestu pięciu pocałunków albo, tak jak teraz, gdy siedzę o trzeciej nad ranem w odmiennym stanie umysłu, po piętnastu latach bardzo wyboistej drogi, i piszę o tym. Tamte koty, niezależnie od tego, gdzie wylądowały (kocięta są już starymi kocurami), przekazały mi dar.
Dzięki Bogu, bo dar był mi potrzebny w związku z tym, co miało się wydarzyć.
3 Animal Welfare Associates (ang.) - Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami (przyp. tłum.).
4 Best Friends Animal Sanctuary (ang.) - Sanktuarium Najlepszych Przyjaciół (przyp. tłum.).
5 PETA, People for the Ethical Treatment of Animals (ang.) - Ludzie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt (przyp. tłum.).
6 Kamień z Rosetty - fragment stali z czarnego bazaltu z inskrypcją w trzech językach: hieroglifach, piśmie demotycznym i alfabecie greckim, odkryty w 1799 roku w Egipcie, obecnie w British Museum (przyp. red.).