1 W złym czasie, pod złym adresem
Luty 2024, Wrocław-Krzyki, Sky Tower
Jeszcze przed chwilą Patrycja Maciążek tonęła w mocnych męskich ramionach. Jeszcze chwilę temu Mariusz Chaberek wplatał palce w jej włosy, chłonąc zapach mocnych perfum o nutach bergamotki, brzoskwini i neroli. Jeszcze przed chwilą wtulali się w siebie, jakby nikt poza nimi się nie liczył, choć oboje wiedzieli, że to nieprawda.
Na moment pozwolili, by uczucia przeważyły nad rozsądkiem, a prawda nie miała dla nich znaczenia. Nie zwracali na nią uwagi, tak jak na wyrzuty sumienia. Mimo że podskórnie ich gryzły, uwierały jak kamień w bucie, ignorowali je, spychali je poza świadomość. Ta chwila zapomnienia była krótką, bezczelną ucieczką od nieuniknionego: obowiązku, winy i wstydu. Oni odstawili rozum na boczny tor, dając się ponieść żądzy. Z każdym kolejnym pocałunkiem, z każdym przeciągnięciem palców po drżącej z ekstazy skórze, zatracali się w sobie. Jednak prawda - nieprzyjemna i uparta - pozostawała niezaprzeczalnie oczywista: byli samolubni, a ich nagła namiętność sprawiała, że zapomnieli nie tylko o bożym świecie, ale i o własnej moralności.
Każde z nich tłumaczyło sobie w duchu, że kilka ostatnich, cholernie trudnych dni dało im prawo do chwili zapomnienia. Oboje wiedzieli jednak, że przyjdzie im słono za to zapłacić, a rachunek nieuchronnie zostanie im wystawiony.
Zanim Mariusz zdążył rozpiąć guziki jej białej, żakardowej bluzki, zanim ona ściągnęła mu przez głowę bluzę z kapturem, donośne walenie do drzwi ściągnęło ich na ziemię.
- Spodziewasz się kogoś o tej porze? - zapytał, zerkając na duży metalowy zegar ścienny, którego wskazówki zbliżały się do dziewiątej.
Pokręciła przecząco głową, równie zaskoczona. Nie skłamała - odkąd jej mąż się wyprowadził, była jedyną lokatorką trzynastki.
- Pewnie ktoś się pomylił. Udajmy, że nikogo nie ma. Może sobie pójdzie - szepnęła, kładąc dłonie na pasku Mariusza i pociągając za sprzączkę. Łomot nie ustawał. Chaberek westchnął i wypuścił ją z ramion. Zapinał ponownie klamrę, gdy zza drzwi dobiegło ich głośne, bełkotliwe:
- Otwieraj, kurwo, bo cię zajebię! Słyszysz? Otwieraj!
Pożądanie zniknęło z twarzy Patrycji, ustępując miejsca przerażeniu. W oczach Mariusza błysnęła wściekłość. Delikatnie odsunął ją, zacisnął pięści i ruszył w kierunku drzwi.
- Proszę, nie otwieraj. - Złapała go za rękę. - To na pewno pomyłka. Ktokolwiek się dobija, w końcu odpuści.
Zmierzył ją wzrokiem.
- Nie bądź dzieckiem - warknął. - Nie mam ochoty chować się jak szczur po kanałach.
Próbowała go zatrzymać, ale się wyrwał.
- Mariusz, proszę...
Patrycja zakryła dłonią twarz, a oczy jej się zaszkliły.
- Jeśli to twój mąż, to jak Boga kocham, przysięgam, że mu...
Nim dokończył, z impetem otworzył drzwi - gotów do konfrontacji twarzą w twarz z dziennikarzem lokalnej prasy, z którym nie tylko prywatnie, ale i zawodowo pozostawał na wojennej ścieżce. Po tym, jak bezceremonialnie wkroczył w ich robotę, o mało nie rujnując ostatniego śledztwa, Chaberek tylko czekał aż ich drogi ponownie się przetną.
Po drugiej stronie nie stał jednak Igor Maciążek. Z zawieszoną w powietrzu dłonią, gotową, by znów załomotać do drzwi, sterczał podchmielony sześćdziesięciolatek. Ledwo trzymał się na nogach, koszula wyłaziła mu ze spodni, krawat był poluzowany. Gdy dotarło do niego, że drzwi mieszkania numer trzynaście otworzyły się, jego dłonie mocniej zacisnęły się w pięści, gotowe, by zadać cios tej, którą spodziewał się zobaczyć. Widok dobrze zbudowanego Mariusza sprawił jednak, że uścisk się rozluźnił. Jedna ręka skryła się w sporej kieszeni kurtki, a druga przeczesała siwosrebrne włosy, zapominając, że jeszcze chwilę temu była gotowa do ataku.
- Czego chcesz?! - huknął na pijaczynę Chaberek, ale ten i bez tego stracił wcześniejszy animusz.
- Przepraszam... ja... myślałem, że... - bełkotał. - Ja...
- Ty co? - Mariusz zablokował wejście i zrobił krok do przodu, zmuszając mężczyznę do cofnięcia się w głąb korytarza. - No mów, zanim wpierdol ci spuszczę.
- Ja... - intruz nie mógł wydobyć z siebie słowa - ja... szukam swojej żony - wydusił wreszcie.
Mariusz zerknął na Patrycję, ale ta jedynie wzruszyła ramionami.
- To chyba pomyliłeś pan adresy. Nie wiem, kim jest pańska żona ani gdzie jest, ale zapewniam, że tu jej nie ma i z pewnością nie jest nią ta pani.
- Tak, tak, widzę. Ktoś przysłał mi SMS-a, że jest tutaj... że się kurwi... - tłumaczył się nieudolnie. - I nawet zdjęcie przysłał z dopiskiem: "Kurwa zawsze zostanie kurwą". To ja... musiałem to sprawdzić. Ona przysięgała, że mnie nie zdradzi...
Chciał dodać coś jeszcze, ale nie zdążył, bo po klatce schodowej poniósł się krzyk:
- Jezus Maria! Jezus Maria!
Cała trójka odruchowo spojrzała w stronę schodów. Chaberek złapał za kaburę z bronią, Patrycja w pośpiechu schowała bluzkę za pasek czarnych, materiałowych spodni. Wiedziona ciekawością śledczej i odruchem służbowym, chciała natychmiast ruszyć na pomoc, ale Mariusz rzucił do niej gniewnie:
- Zaczekaj tutaj! Sprawdzę najpierw, co się dzieje!
Prychnęła jak wściekła kotka.
- Chyba sobie jaja robisz! Nie mam zamiaru na nic czekać, a już na pewno nie na twoje pozwolenie! - fuknęła. - Jakbyś zapomniał, to ja tu mieszkam!
Pokiwał tylko głową z politowaniem. Nie było sensu teraz się z nią kłócić. I tak by nie wygrał.
- Dobra, chodź, ale trzymaj się blisko.
Ruszyła za nim w nasuniętych w pośpiechu crocsach, zostawiając za sobą otwarte drzwi.
Lament mężczyzny dobiegał z piętra niżej.
- Jezus Maria! Boże jedyny, taka tragedia! - rozchodziło się echem po klatce niczym mantra.
Chaberek przeskakiwał po dwa stopnie. Maciążek starała się dotrzymać mu kroku, ale klapki utrudniały sprint po terakocie. Kiedy wreszcie dobiegli do lamentującego mężczyzny w uniformie ochroniarza, widok jego rozpaczy zbił ich z tropu. Stał z czołem przytkniętym do znajdującego się na półpiętrze przeszklenia. Odgłosy zbliżających się do niego kroków sprawiły, że odruchowo obejrzał się za siebie, a jego zapłakana twarz nie pozostawiała złudzeń, że coś boleśnie go dotknęło. Na widok Patrycji wydusił z siebie:
- Pani Prokurator, dobrze, że nic pani nie jest... Myślałem, że to u pani... kiedy
- głos ponownie mu się załamał - kiedy zobaczyłem...
Zbity z tropu Chaberek zatrzymał się, puszczając przodem Patrycję.
- Co się stało, panie Wiesławie? - Położyła mu dłoń na plecach i delikatnie poklepała dla otuchy.
- Niech pani spojrzy... co za tragedia... co za tragedia.
Mariusz wyjrzał przez okno ułamek sekundy wcześniej niż Patrycja.
- Ja pierdolę - wyrzucił z siebie.
- Jasna cholera - dodała ona.
Na chodniku, tuż przed wejściem do budynku, leżało ciało kobiety. Biała halka nasiąkała krwią.
- Dzwonię po Wydrzyckiego. Ściągamy go tu na cito. Warcabską i Kiszkę też. Daria z technikami nie będą się tu nudzić, bo Karol to już tylko stwierdzi zgon i zabierze ciało na sekcję. - Chaberek wszedł w tryb zadaniowy, planował kolejne ruchy. Dopiero teraz coś jeszcze do niego dotarło: - Znałaś ją? - zapytał Partycji.
- Nie wiem. Jak się przyjrzę, to ci powiem. Widzimy się na dole. Idę po płaszcz i twoją kurtkę. I - zerknęła na swoje klapki - zmienię buty.
Przytaknął i zwrócił się do ochroniarza:
- Panie Wiesławie, pan pójdzie ze mną. A ta moczymorda co dobijała się do mieszkania pani prokurator - rozejrzał się po korytarzu - gdzie jest?
Mężczyzna, który chwilę temu awanturował się na progu, zniknął. Byli pewni, że podążał tuż za nimi. Ślad po nim zaginął.
- A chuj mu w oko - burknął Mariusz. - Może zszedł drugą klatką. Sprawdzimy potem kamery.
Maciążek szybkim krokiem wróciła do mieszkania. Zaniepokoił ją widok otwartych na oścież drzwi, podobnie jak leżąca na wycieraczce pękata koperta wielkości zeszytu szkolnego, z wypisanym na niej wielkimi literami jej imieniem i nazwiskiem. Zanim ją podniosła, weszła ostrożnie do mieszkania. Sięgnęła po długi parasol ze szpiczastym końcem - gotowa w razie czego pchnąć - i stąpając najciszej, jak tylko mogła, przeszła przez przedpokój. Cisza. Nikogo oprócz niej nie było, ale kolejne odkrycie sprawiło, że serce mocniej jej zabiło. Na konsoli, pod wiszącym w przedpokoju sporym lustrem, leżała jej krwistoczerwona pomadka ze złamanym sztyftem. Na szklanej tafli widniał napis: "Pilnuj się. Widzę każdy twój ruch".
Zadrżała. Wiedziała, że powinna zostawić wszystko tak, jak zastała, mimo tego kopnęła kopertę do środka mieszkania, tak że ta poleciała aż do salonu. Wsunęła na nogi adidasy z trzema paskami stojące pod wieszakiem, chwyciła za pikowany płaszcz z kapturem i skórzaną kurtkę Mariusza, po czym zaryglowała drzwi i dwa razy sprawdziła, czy są zamknięte. Kiedy biegła na dół, obiecała sobie, że jak tylko nadarzy się okazja, o wszystkim powie Mariuszowi. Teraz musiała jednak wejść w rolę śledczej - cała reszta mogła poczekać, nawet jeśli intuicja podpowiadała jej, że tym razem powinna się wycofać, póki jeszcze mogła. Gdyby tylko jej posłuchała...