Rozdział 1
W ostatnim dniu grudnia 1860 roku przez bramę wjazdową Makowa przetoczyła się czarna kareta. Ciągnęły ją dobrze dobrane rosłe konie, a stangret i lokaj nosili liberie. Pojazd poprzedzał konny z zapaloną pochodnią, siejącą deszcz ognistych iskier.
Nina, siedząc na wytartej aksamitnej poduszce ułożonej na twardej przedniej ławeczce, z największym trudem próbowała utrzymać w granicach przyzwoitości podniecenie, którym tchnął każdy rys jej twarzyczki. Jechała na swój pierwszy w życiu bal, towarzysząc ciotce i wujowi Borutyńskim oraz kuzyneczce Bini. Tego roku, w czerwcu, ukończyła piętnaście lat, a od dwóch tygodni była "śmiertelnie" i beznadziejnie zakochana w wuju Aleksie, kuzynie ciotki Marii - właścicielu Makowa.
Hrabia Aleksander Klonowiecki przebywał od wielu lat za granicą, mieszkając ze swoją słynącą z piękności żoną w Petersburgu i w Paryżu. Powrócił do kraju jesienią, kiedy na ulice miast Królestwa Polskiego wyległy tysiące ludzi, domagając się od cara swobód obywatelskich i reform. Nina nie pamiętała hrabiego z czasów dzieciństwa, kiedy bywał gościem w Jaśminowie, u jej rodziców, i zobaczyła go dopiero przed świętami Bożego Narodzenia. Przybył do Sarnik, aby złożyć wujostwu Borutyńskim kurtuazyjną wizytę, po powrocie z zagranicy. Zaintrygowana zasłyszanymi opowieściami o jego urodzie i bogactwie, Nina pałała chęcią ujrzenia wuja na własne oczy. Lecz ciotka Maria jak zwykle okazała się osobą bez serca, nakazując jej pozostać w swoim pokoju.
Rozgoryczona Nina, którą zżerała ciekawość, z właściwym sobie uporem postanowiła obejrzeć gościa. Usiłowała zajrzeć do salonu przez dziurkę od klucza i szparę w drzwiach. Przyłapana przez nianię na tym karygodnym występku, została przywołana do porządku mocnym klapsem.
- Paskudnica! - z oburzeniem wykrzyknęła niania. - Jak ci nie wstyd? Chcesz, żeby pan hrabia wziął cię za pokojówkę? Marsz do pokoju!
Nina z głośnym szlochem schroniła się na facjatce i tam czatowała przy oknie, podskakując z niecierpliwości i przestępując z nóżki na nóżkę. Po godzinie wuj Aleks wyszedł z dworu, żegnany serdecznie przez Borutyńskich. Wsiadając do karety, odruchowo podniósł głowę i spojrzał w górę. W oknie facjatki dostrzegł przyklejony do szyby nosek Niny i jej zaróżowioną z emocji buzię. Rozbawiony tym uroczym widokiem z uśmiechem skinął jej dłonią. Nina o mało nie zemdlała z wrażenia, a mocne rumieńce i błyszczące oczy dały wiele do myślenia niani i ciotce Marii.
Od tego dnia marzyła skrycie, żeby choć raz jeszcze zobaczyć obiekt swego uwielbienia. O mało nie zemdlała z radości, dowiedziawszy się, że została zaproszona do Makowa na bal sylwestrowy.
Jadąc karetą, cieszyła się, że szalejąca od kilku dni zamieć śnieżna ucichła, a wieczorem nad Górami Świętokrzyskimi niebo usiane było gwiazdami. Kareta przebyła długą aleję lipową i zatoczywszy krąg na cour d'honneur01, zatrzymała się przed monumentalną fasadą pałacu. Stangret powstrzymał spienione konie, a lokaj zeskoczywszy z kozła, otworzył drzwiczki i opuścił stopnie. Wuj Ksawery, obudzony z drzemki mroźnym powiewem, odrzucił otulające go futra i podał rękę żonie, pomagając jej wysiąść. Obie panny pośpieszyły za nimi.
Sień pałacowa zrobiła na Ninie wielkie wrażenie swym ogromem i przepychem. W wysokich lustrach odbijały się światła żyrandola z weneckiego kryształu. Szerokie marmurowe schody, przykryte purpurowym dywanem, wiodły na piętro, do sali balowej i wielkiego salonu. Lokaje, wystrojeni w czarno-czerwone liberie, peruki i białe jedwabne pończochy, pomogli państwu pozbyć się futer i ciepłych botów.
Nina z nieśmiałym zadowoleniem przejrzała się w lustrze. Spod falban szerokiej krynoliny z białej gazy wyglądały czubki jedwabnych balowych pantofelków. Gęste brązowe włosy, upięte á la grecque02, zdobiły bukieciki sztucznych konwalii. Przypomniawszy sobie radę niani, Nina mocno przygryzła usta i nieznacznie uszczypnęła się w policzki. Binia w przypływie siostrzanej czułości mrugnęła do niej porozumiewawczo i troskliwie poprawiła zawiniętą koronkową bertę03. Trzymając się za ręce, wolno wchodziły po schodach, pośród świateł i kwiatów. Serce Niny biło tak prędko, że musiała otworzyć wachlarz i ochłodzić nim rozpaloną twarz. Sędziwy kamerdyner w galowej liberii zaanonsował uroczyście:
- Jaśnie wielmożni państwo Borutyńscy z córką i panną Nałęczowską!
Na progu sali balowej powitała ich piękna brunetka w sukni ze złotawego atłasu, haftowanej drobnymi perełkami. Na jej szyi mienił się feerią barw diamentowy naszyjnik. Diamentowa łza lśniła na czole.
- Oh, chere Paulette!04 - wykrzyknęła ciotka Maria i obie damy wymieniły uściski.
Wuj Ksawery dostąpił zaszczytu ucałowania dłoni hrabiny, a potem ciotka zaprezentowała obie panny, które jednocześnie dygnęły. Pani Klonowiecka podała rękę Bini i obdarzyła ją uśmiechem. Potem jej duże oczy, czarne i ocienione długimi rzęsami, zatrzymały się na Ninie, obrzucając ją zimnym, badawczym spojrzeniem, i hrabina poprzestała na skinieniu głową. Zwracając się do ciotki po francusku, skarżyła się, że po Paryżu ta polska wiocha wydaje jej się grobem.
Nina, podziwiając salę balową, prawie nie zwracała uwagi na toczący się dialog. Przez moment doznała niemądrego młodzieńczego wrażenia, iż ta olśniewająca wystawa jest niejako hołdem dla jej debiutu w świecie salonów. Ochłonąwszy z podniecenia, wzruszyła ramionami, dziwiąc się swojej naiwności. Stwierdziła z goryczą, że ciotka przenigdy nie zabrałaby jej dziś do pałacu, gdyby wuj Aleks nie wyraził chęci poznania córki zmarłej przed laty siostry ciotecznej. Gości przybywało, lecz bal jeszcze się nie rozpoczął, bowiem oczekiwano na przyjazd sędziwej pani wojewodziny, matki chrzestnej hrabiego, oraz gościa zaproszonego przez panią domu.
Naraz z bocznego salonu wyszedł wysoki mężczyzna. Nina rzuciła na niego okiem i na moment wstrzymała oddech. Jego jasne włosy miały odcień czystego złota, wyrazistą twarz o regularnych pięknych rysach ożywiały bursztynowe oczy. Wytworny frak z pewnością wyszedł spod igły paryskiego krawca, podobnie jak biała, jedwabna, plisowana koszula. Atłasowa kamizelka była arcydziełem dobrego smaku. W krawacie tkwiła złota szpila z dużym brylantem. Ujrzawszy Borutyńskich, mężczyzna podszedł do nich z uśmiechem i przywitawszy się, powiedział kilka miłych słów do Bini. Kiedy zwrócił się w stronę Niny, ta oniemiała z wrażenia.
- Nie wiedziałem, że wyrosłaś na taką śliczną pannę - odezwał się uprzejmie.
Nina gwałtownie przełknęła ślinę, dławiąc się i przeklinając swoją nieśmiałość. Rozpaczliwie szukała słów, które nie brzmiałyby banalnie, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. W końcu złożyła mu tylko ukłon i szepnęła:
- Dziękuję panu hrabiemu.
Zarumieniła się przy tym, wyobraziwszy sobie, że zachowuje się jak tępa gęś. Jej maniery zwykle były swobodne, lecz jedno spojrzenie jego oczu sprawiło, iż doznała czegoś na kształt amnezji. Ciotka Maria popatrzyła na nią z dezaprobatą:
- Olesiu - powiedziała z wymuszonym uśmiechem - zechciej mnie odprowadzić do kanapy.
Przeprosił, podał jej ramię i poszli w głąb sali, a obie panny podążały za nimi. Hrabina zaprosiła wuja Ksawerego do bocznego salonu, gdzie znajdowała się palarnia, stół bilardowy i stoliki kryte zielonym suknem. Siedzący przy nich panowie grali ostro o duże pieniądze. Idące za ciotką dziewczęta z rozchylonymi ustami rozglądały się po ogromnej sali. Jej sufit wspierały rzędy marmurowych kolumn, zaś biały jedwab, którym obito ściany, podtrzymywały u góry złocone listwy. Ogromny kominek z chęcińskiego marmuru sięgał niemal stropu. Rokokowe freski zdobiły supraporty05 i podłużne panneau06. Pod kolumnadą stały złocone mebelki, a posadzka, gładka i błyszcząca, przypominała taflę lodu.
Hrabia podprowadził kuzynkę do wielkiej kanapy i ucałowawszy jej dłoń, odszedł witać przybywających wciąż gości. Ciotka usadowiła się wygodnie, wymieniając ze znajomymi paniami hałaśliwe pocałunki. Obie panny dygnęły i przystanęły obok, pod czujnym okiem starszych dam.
Z galerii rozległy się dźwięki skrzypiec rozpoczynające gawota07. Binia poprawiła krótki rękawek sukni balowej z cieniutkiego różowego szyfonu i posłała Ninie kpiące spojrzenie.
- Czy wiesz - szepnęła, potrząsając długimi jasnymi lokami - że wpatrywałaś się w wuja Aleksa cielęcym wzrokiem?
- Nieprawda, bo wcale na niego nie patrzyłam! - skłamała Nina, wydymając pogardliwie wargi.
Jednak nogi zatrzęsły się pod nią i musiała oprzeć się o kolumnę. Chłód marmuru przejął ją dreszczem. Odwróciła głowę, obawiając się, że Binia może domyślić się jej serdecznej tajemnicy. Pomiędzy tłumem gości dostrzegła młodego mężczyznę idącego przez salę. Rozglądał się, jakby kogoś szukał. Miał pewną siebie minę, a w jego piwnych oczach czaiły się wesołe iskierki. Widok przyjaciela ucieszył Ninę. Świetny tancerz był wodzirejem na każdym balu lub zabawie. Z pewnością to właśnie ich szukał.
- O, jak to dobrze! - zawołała. - Spójrz, Biniu! Tadzio Siekielski idzie do nas. Pewnie kompletuje pary do poloneza.
Kanapowe damy w odpowiedzi na wyszukane komplementy młodzieńca przywitały go bardzo mile. Spytał, czy wolno mu zaopiekować się pannami i otrzymawszy łaskawą zgodę ciotki Marii, poprowadził dziewczęta przez salę do kanapki stojącej w cieniu olbrzymiej palmy.
- Dlaczego Jaś nie przyjechał razem z tobą? - zagadnęła go Binia, kiedy usiedli, a lokaj postawił na niewielkim stoliczku kryształowe szklanki z mrożonym sorbetem.
- Przyjedzie trochę później z moim ojcem - odrzekł Tadeusz. - Musiał zająć się Kaziem Bieckim, bo ten oferma skręcił sobie nogę, skacząc z okna pokojówki. Och, przeklęty babiarz, raz się doigra! - urwał i zmieszany dodał: - Chciałem tylko powiedzieć, że Janek się spóźni. No, czego rechoczecie jak dwie żaby w stawku?
- Oj, Tadziu! - Nina roześmiała się głośno. - Przerwałeś w bardzo interesującym momencie, a teraz zachowujesz się jak vieux garçon08.
- Cicho bądź! Dzieci i ryby głosu nie mają - odciął się nadąsany. Lekkie rytmiczne dźwięki walca przerwały im rozmowę. Tadeusz wstał i ukłonił się Bini, upominając się o obiecany taniec. - A do poloneza przyślę ci Wacka Barycza - powiedział do Niny.
Stojący w drzwiach kamerdyner zapowiedział oczekiwaną panią wojewodzinę, a zaraz potem oznajmił przybycie gościa pani Klonowieckiej, pułkownika hrabiego Płatona Mikołajewicza Woroncewa. Oficera przywitał przeciągły szmer. Rosjanie rzadko bywali zapraszani do polskich domów. Galowy mundur pułkownika, mieniący się od złotych haftów, niemal otarł się o żałobne kiry sędziwej damy. Wojewodzina zaledwie raczyła spojrzeć na oficera prezentowanego jej przez zarumienioną panią domu. Równie chłodno i wyniośle przyjęła jej pocałunek. Jedynie dla chrzestnego syna znalazła czuły matczyny uśmiech.
Obserwująca tę scenę Nina rozglądnęła się, myśląc: "Jaki to wspaniały pałac! Ile tu może być pokoi? Czterdzieści, a może więcej. Gdyby ten dom był mój, znałabym każdy jego zakątek". Otrząsnęła się z marzeń i powitała uśmiechem zbliżającego się do niej młodego mężczyznę.
- Dobry wieczór, Waciu. Proszę, usiądź przy mnie.
Stosując się do jej życzenia, usiadł, lecz filigranowa kanapka zaskrzypiała ostrzegawczo pod ciężarem jego atletycznej figury. Poderwał się zawstydzony i niechcący przydeptał skraj gazowej sukni Niny. Stanowczym ruchem wyswobodziła ją spod jego trzewika, a biedny chłopak poczerwieniał i miał taką minę, jakby pragnął zapaść się pod ziemię. Nina zatrzepotała wachlarzem i popatrzyła na niego wyczekująco. On jakby tego nie zauważył i stał przy niej zrezygnowany, wpatrując się w dywan.
- Nie tańczysz, Waciu? - zagadnęła go wprost.
- Non, je ferai tapiserie09 - westchnął cicho. - Podeptałbym ci pantofelki. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- O, bynajmniej! - zapewniła go przez zaciśnięte zęby, myśląc: "Co za bałwan!".
Na skinienie pana domu orkiestra ucięła granego walca i w sali rozległy się melancholijne tony poloneza Les adieux a la patrie10. W Europie, a szczególnie na carskim dworze, wszelkie uroczystości i wielkie bale rozpoczynano zwykle polonezem. Echo świetności upadłego państwa żyło w muzyce, czarując słuchaczy majestatycznym patosem. Ruszył długi barwny korowód par. Nina siedziała smutna i rozżalona. Wymarzony bal przyniósł jej na razie rozczarowanie. Nie tańczyła, a Barycz stał obok, nie zdradzając ochoty do pogawędki. Tylko gdy sądził, że ona tego nie widzi, wpatrywał się w nią z tajonym uczuciem. Nina była na niego zła, wiedząc, że dopóki będzie stał przy niej, nikt nie ośmieli się poprosić jej do tańca, przekonany, że panna odpoczywa. Z zazdrością śledziła wzrokiem mijające ją pary.
Doprawdy to była potworna niesprawiedliwość losu! Na tydzień przed balem wszystkie tańce w karneciku miała zajęte. Tymczasem teraz zamiast się bawić siedziała niczym kwoka na grzędzie i mogła tylko patrzeć. Tak bardzo pragnęła stać się dorosłą, wstąpić w ten zamknięty przed nią krąg wtajemniczenia. W świat namiętnych spojrzeń, sekretnych bilecików, tajemnych uścisków rozpalonych rąk. Marzyła, by wuj Aleks potraktował ją jak dorosłą pannę i powiedział jej coś pięknego. "Ach, mój ty Boże!" - westchnęła i powoli zbierało się jej na płacz.
Pułkownik Woroncew z wrodzoną Rosjanom gracją tańczył z panią Klonowiecką. Jego wzrok, obojętnie prześlizgujący się po sali, zatrzymał się nagle, obejmując badawczym spojrzeniem Ninę. Dostrzegł jej zachmurzoną buzię i płonące buntem oczy. Na sekundę ich źrenice się spotkały. Oficer uśmiechnął się domyślnie, ukazując piękne zęby. Nina prychnęła, ściągnęła brwi i odwróciła głowę, zasłaniając się wachlarzem. Jej złego humoru nie poprawiły nawet przepyszne lody, podane przez lokaja na srebrnej tacy. Zerknęła, czy ciotka nie patrzy i odważyła się sięgnąć po kieliszek wina, ale było wytrawne i wcale jej nie smakowało.
Polonez się skończył. Siekielski odprowadził Binię, pytając ze zdumieniem Barycza, dlaczego nie tańczyli. Nina, znając porywczy charakter Tadeusza, wyjaśniła pośpiesznie, że pragnęła jeszcze chwilę odpocząć.
- Rozejrzyjcie się panowie, czy Jaś nie przyjechał - poprosiła, udając, że nie widzi wdzięcznego spojrzenia Wacława.
Zadyszana Binia klapnęła na kanapkę i z balowego ridicules11 wyjęła maleńką chusteczkę, którą otarła wilgotną twarz. Odsapnęła i skinęła na przechodzącego lokaja.
- Mam ochotę na coś słodkiego - oznajmiła, biorąc z tacy czarkę pełną cr?me br?lée z malinami. - Widziałaś, jaką hrabina ma toaletę? Znać Paryż! A wuj Aleks jest naprawdę charmant12. Wyobraź sobie, że kontredansa zamówił u mnie pan hrabia Popiel z zamku w Kurozwękach. Został mi przedstawiony jeszcze w lecie, na raucie u książąt Druckich-Lubeckich w Bałtowie. Prawda, że bardzo rasowy? Hélas13 nie dla mnie - z cichym westchnieniem oblizała łyżeczkę z kremu.
- Ależ Biniu, jesteś przecież zaręczona - przypomniała jej Nina. - Co by na to powiedział pan Edward Świerczyński?
Binia zachichotała.
- Mamcia uczyła nas, iż od przybytku głowa nie boli!
Orkiestra zagrała galopa, a kanapkę otoczył tłum młodych panów, przekrzykujących się, aby dać się usłyszeć w tym hałasie. Nina już nie miała powodu do narzekań, bo obie panny cieszyły się wielkim powodzeniem. Za to biedny Tadeusz jako wodzirej musiał taszczyć po sali korpulentną damę. Kiedy galop się zakończył, odprowadził partnerkę na miejsce, a sam, ciężko dysząc, opadł na fotel.
- Jezu, zgrzałem się jak przy rąbaniu drewna! - jęknął. - To barbarzyństwo, żeby człowiek zmuszony był dźwigać te kanapowe relikty. Voila, idzie Jaś!
Poprzedzany przez służącego, zmierzał ku nim młody mężczyzna w mundurze studenta Akademii Medyko-Chirurgicznej. Niedawno założona warszawska uczelnia prędko zasłynęła w kraju z buntowniczych nastrojów młodzieży. Jaś Borutyński był wysoki i szczupły. Miał śmiejące się błękitne oczy, jasna czupryna opadała mu w lokach na czoło. Obie panny z głośnym piskiem rzuciły się w jego szeroko rozpostarte ramiona. Przytulił je i kolejno ucałował.
- Zamów sobie taniec u Niny, bo potem się nie dopchasz - poradził Tadeusz. Napił się zimnego sorbetu i wstał. - Biniu, zapraszam do walca. Kontredansa tańczę z Niną i mam już wspaniały pomysł na figurę w kotylionie. Jaka szkoda, że le réveillon14 bywa tylko raz w roku.
Jaś tańczył doskonale, prowadząc Ninę pewnie i mocno obejmując jej szczuplutką talię. Wspięła się na paluszki i prędko stawiała drobne kroczki. Szeroka spódnica, uniesiona wirowym ruchem, odsłaniała jej smukłe nóżki.
- Kazio jeszcze żyje? - Odchyliwszy w tył głowę, ze śmiechem patrzyła mu w oczy.
- Żyje i mocno chrapie, bo zaaplikowałem mu koniak. Do jutra będzie zdrowy. Ale z Tadka jest gaduła!
- On powiedział o tym tylko nam. Co u ciebie nowego? Dawno nie pisałeś. Może już zaręczyłeś się z jakąś mieszczką?
- Touche15! Oświadczyłem się warszawskiej syrence, ale dała mi kosza. Kotku, po diabła mi żona? Wystarczy, że moje matczysko zamartwia się o mnie.
Nina pokiwała głową. Od dawna się domyślała, że Jaś tkwił po uszy w nielegalnych studenckich organizacjach, oddelegowany w tym celu z kijowskiej uczelni, gdzie studiował medycynę. Był niesłychanie zdolny, a wybór medycyny okazał się jego powołaniem. Z natury opiekuńczy, nie mógł obojętnie patrzeć na cierpienie człowieka czy zwierzęcia.
Jaś nie był z Niną spokrewniony. Będąc jedynym synem nieżyjącego kuzyna wuja Ksawerego, od najmłodszych lat stał się jego oczkiem w głowie i nadzieją na odrodzenie starożytnego rodu Borutyńskich. Z Niną znali się od dziecka i byli sobie ogromnie bliscy, jak brat z siostrą. Młody student nie lubił mówić o sobie i zaraz zmienił temat:
- Spójrz, kotku - szepnął jej do ucha. - Co tu robi ten Moskal i czemu się nam tak przygląda?
Nina spostrzegła, że oficer, tańcząc tym razem z ciotką Marią, zręcznie manewrował, ani na moment nie spuszczając jej z oczu. Z politowaniem wzruszyła ramionami. Doprawdy jakiś dziwak!
Zaledwie odpoczęła po walcu, kiedy zagrano kontredansa. Tadeusz podał jej rękę i wyprowadził na środek sali. Rozległy się delikatne dźwięki muzyki, a ustawieni w dwuszeregu damy i panowie postąpili ku sobie. Zaszeleściły jedwabne krynoliny, zalśniły klejnoty na szyjach i w uszach kobiet, dyskretnie zadzwoniły srebrne ostrogi oficera. Stali z Siekielskim vis-á-vis hrabiny i Woroncewa. Tadeusz złożył ukłon Pauli, pułkownik ukłonił się Ninie i podał jej rękę w białej rękawiczce. Panowie zamienili się partnerkami.
Rosjanin patrzył na Ninę, obejmując wzrokiem jej smukłą postać. Z obłoku przezroczystej gazy wychylały się toczone ramiona, krągła szyja i dziewczęce piersi. Duże oczy o przedziwnej barwie skrzyły się radością, gdy oddawała się przyjemności tańca, wykonując lekko i zwinnie skomplikowane figury.
Nagle poczuła, że Woroncew mocno ścisnął jej dłoń. Początkowo uznała to za odruch, lecz gdy uściski stawały się coraz dłuższe, wyrwała rękę i posłała mu spłoszone spojrzenie. Byłby przystojny, ale szpeciły go wąskie oczy o przeszywającym wzroku. Finał kontredansa Nina powitała z ulgą. Była zarumieniona i zawstydzona, bowiem odniosła niemiłe wrażenie, jakby spojrzenia oficera ją obnażały.
W przerwie pomiędzy tańcami lokaj poprosił ją do ciotki, siedzącej w towarzystwie pani wojewodziny. Nina o mało nie zemdlała, usłyszawszy, że pan hrabia Woroncew poprosił o pozwolenie zatańczenia z nią popisowego mazura. Nie czuła do Rosjan żadnego uprzedzenia, ale pułkownika się bała. Był antypatyczny, a jego palący wzrok uświadomił dziewczynie, że nie jest już podlotkiem, lecz stała się kobietą. Na samą myśl, że ich popisom tanecznym przypatrywać się będzie wuj Aleks, podjęła stanowczą decyzję, iż raczej padnie trupem, niż zatańczy z pułkownikiem. Potem oświadczyła ciotce, że ma skręconą kostkę i nie może na razie tańczyć. Opór siostrzenicy zirytował panią Borutyńską. W jej osądzie młoda panienka nie powinna mieć swojego zdania, a tym bardziej głośno go wyrażać.
- Cóż, w takim razie... - rzekła ciotka ze złowrogim spokojem - idź na swoje miejsce i siedź tam do końca balu!
Nina popatrzyła na nią za strachem, odwróciła się gwałtownie i połykając łzy, pobiegła przed siebie. Sędziwa wojewodzina w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie. Dopiero kiedy Nina odeszła, staruszka podniosła się z kanapy i patrząc z góry na zaperzoną damę, odezwała się półgłosem:
- To biedne dziecko ma więcej taktu od ciebie, Maryniu - westchnęła, a potem podpierając się laską, poszła szukać chrzestnego syna i jakiś czas z nim rozmawiała.
Tymczasem zbliżała się północ i Nina czuła się jak Kopciuszek, do którego nie przyszła wróżka. Proszona do tańca odmawiała, nawet przemówiła się z Tadeuszem, który nie rozumiał jej dąsów. Patrzyła na tańczące pary przeświadczona, że do końca balu skazana jest na siedzenie, niczym staruszka stojąca nad grobem. Poszukała wzrokiem wuja Aleksa. Rozmawiał z jakimś starszym panem. W tym momencie wodzirej zapowiedział mazura, a Nina o mało nie wybuchła głośnym płaczem. Najwidoczniej hrabia usłyszał, że odmawiała proszącym ją do tańca panom, i dostrzegł jej pełne łez zrozpaczone oczy, bo przeprosiwszy swego rozmówcę, przebrnął przez gęsty wianuszek zawiedzionych kawalerów okupujących kanapkę i ujął ją za rękę.
- Ten taniec już dawno był mnie obiecany! - oświadczył i nie czekając na jej zgodę, dał znak muzykom.
Zdawało się Ninie, że zaraz umrze z radości, i tylko modliła się, żeby z emocji nie dostać czkawki. Byłaby to już ostateczna kompromitacja.
- Musiałem zapobiec rozlewowi krwi - mruknął Aleks z udawaną surowością. - Ci młodzi ludzie już patrzyli na siebie wilkiem i niezawodnie wysłaliby sobie wzajemnie sekundantów, gdybyś którego z nich wyróżniła.
- Aż tak drastyczne wydarzenia nie miałyby miejsca, ponieważ ciotka zabroniła mi tańca do końca balu - wyznała z całą otwartością.
Uśmiechem dał jej do zrozumienia, że doskonale o tym wiedział.
Pułkownik zrozumiał rzucone mu wyzwanie, bo pobladł i odruchowo sięgnął do boku, jakby tam szukał szabli. W zamian otrzymał wyniosłe spojrzenie i pan domu odwrócił się do niego plecami. Mazur stał się popisem polskiego temperamentu i rycerskości, a Nina, zupełnie zapomniawszy o zakazie ciotki, ogarnięta słodkim szaleństwem, tańczyła radosna i wdzięczna swojemu wybawcy. Inne pary, zachęcone przez wodzireja, przyłączyły się do mazura. Okrzyki mężczyzn mieszały się ze śmiechem kobiet, a rozwiane suknie dam otaczały tancerzy barwnym obłokiem.
Przed północą muzycy musieli odpocząć, zaś panie poprosiły hrabiego, by zechciał pokazać gościom słynny ogród zimowy. Zeszli na parter, idąc za lokajem długim korytarzem wysłanym dywanem. Lokaj otworzył drzwi i ze wszystkich ust wyrwał się okrzyk zachwytu. Pod szklanym dachem oświetlony kolorowymi lampionami ogród zimowy tonął w soczystej zieleni. Sztywne liście palm i dracen rzucały długie cienie na marmurową posadzkę. Na środku dużej sadzawki wielkie miedziane żaby, pokryte zielonkawym nalotem, wyrzucały z pysków strumienie wody. Kolorowe rybki zwinnie przemykały pomiędzy kielichami lilii wodnych, ciągnąc za sobą welony płetw. W tropikalnym upale powietrze ciężkie było od zapachu kwiatów i egzotycznych roślin. Pomiędzy kwitnącymi krzewami mimozy, kamelii i azalii oraz drzewek pomarańczowych i laurowych stały wygodne kanapki, wprost wymarzone do miłosnych schadzek.
Młodzież rozbiegła się po ogrodzie, grając z sobą w zielone. Aleks podprowadził Ninę do kanapki ukrytej pod krzewem kwitnącego seledynowego bzu i pomógł jej usiąść.
- Chciałbym poznać cię bliżej - powiedział, siadając przy niej. Skinął na lokaja roznoszącego owoce i napoje chłodzące i wybrawszy dużą złocistą pomarańczę, zaczął ją obierać nożykiem. - Czy zawsze zachowujesz się tak cichutko? - spytał, podając jej cząstkę pomarańczy.
***
01 fr. dziedziniec honorowy
03 Szeroka falbana przy dekolcie sukni.
04 fr. Och, droga Paulinko!
05 Umieszczone nad drzwiami płyty, ozdobione płaskorzeźbami lub freskami.
06 Charakterystyczne dla epoki baroku i rokoka prostokątne płaszczyzny dekoracyjne.
07 Taniec modny w XVIII i XIX wieku.
09 fr. Nie, będę podpierał ściany.
10 Słynny polonez autorstwa księcia Kleofasa Ogińskiego.
15 fr. trafiony; zwrot używany w szermierce