Kochanka Słońca - Sandra Gulland

Reflow text when sidebars are open.
Krótko po pogrzebie Franciszka wysłała Jana do szkoły w Paryżu. Jako osieroconemu synowi oficera kawalerii, rannego w bitwie pod Rocroi, należało mu się stypendium w Kolegium Nawarskim.
- Śmierć twego ojca dała ci miejsce na tej uczelni, ale reszta zależy już od ciebie - poinstruowała syna, zamykając wysłużony skórzany kufer podróżny. - Najlepsza arystokracja wysyła swoich synów do Kolegium Nawarskiego. Zrób, co w twojej mocy, żeby się z nimi zaprzyjaźnić.
To powiedziawszy, sama wyniosła kufer na dziedziniec. Jan miał jechać na starym Hongrze. Poszukiwania Białego okazały się bezskuteczne - Franciszka miała nadzieję, że wymieni tę przeklętą bestię na nadającego się do jazdy kuca, ale niestety, musiał im wystarczyć Hongre. Podróż była długa, na szczęście Jan nie ważył zbyt wiele. Mieli jechać etapami, on na grzbiecie Hongre'a, guwerner na ośle. Po zakończeniu podróży stary koń miał zostać sprzedany na mięso, Franciszki nie stać było na jego utrzymanie.
Jan przytrzymał się grzywy konia i wskoczył na siodło.
- Nie zamierzasz nawet się ze mną pożegnać? - zapytał siostrę, robiąc małpią minę w jej stronę.
Petite położyła rękę na pysku Hongre'a i się odsunęła.
- Co jest z nią nie tak? Dlaczego ona nie mówi? - zapytał Jan.
- To tylko zimna febra - odparła Franciszka, chwytając lodowatą dłoń córki. - Nie martw się o nas. Damy sobie radę.
Machała tak długo, aż syn zniknął jej z oczu, a potem wróciła do domu z Petite. W rzeczywistości w ogóle nie była pewna, czy da sobie radę. Milczenie córki bardzo ją niepokoiło. Uzdrawiacz zasugerował, że na dziewczynkę ktoś mógł nałożyć klątwę, i zaoferował się, że przeprowadzi specjalny rytuał, żeby wypędzić demona. Egzorcyzmy były jednak kosztowne - przekraczały ich możliwości finansowe, zwłaszcza teraz. Franciszka była wściekła na Wawrzyńca: za to, że zmarł, to raz, ale przede wszystkim za to, że zostawił ją zubożałą. Do małżeństwa wniosła sześćdziesiąt tysięcy liwrów1 turońskich - całkiem niezłą fortunę - a teraz, jak ją poinformowano, miała długi w wysokości trzydziestu czterech tysięcy. Wniosek nasuwał się sam: została przez męża okradziona.
Mnóstwo osób przemawiało na pogrzebie Wawrzyńca. Miejscowy kościółek pękał w szwach. Wszyscy twierdzili, że jej mąż był świętym, że zawsze pomagał potrzebującym. Nie skąpił pieniędzy służbie. Przekazał setki liwrów klasztorowi swojej siostry w Tours, pożyczał rozmaite sumy swojemu nieszczęsnemu bratu, ojcu Idziemu. Miał udział w ufundowaniu szpitala, szkoły dla ociemniałych, piekarni, która miała obsługiwać głodujących. Rozdawał nawet pieniądze sąsiadom!
Mogliby zatrzymać dla siebie te swoje nabożne kondolencje. To jej pieniądze rozdawał na prawo i lewo, a ona chciała je teraz odzyskać. Gdyby nie fakt, że nie żył, chybaby go zabiła!
- Dzisiaj przyjdą tu różni panowie, Ludwiko - poinformowała Franciszka swoją milczącą córkę, która usiadła przy oknie z książką. U jej stóp położył się pies. - Notariusz i główny taksator, żeby przeprowadzić inwentaryzację. - Przypisać wartość każdej wytartej zasłonce i każdemu wyszczerbionemu talerzowi.
- Muszę myśleć o przyszłości - ciągnęła Franciszka, przyglądając się w pękniętym lustrze swojej żałobnej szacie. Nie cierpiała małych czarnych czepków, które musiały nosić wdowy. Może mogłaby obwiązać brzeg wstążką? - może brzoskwiniowy jedwab? Ale nie, ci ach-jakże-pobożni sąsiedzi od razu zaczęliby ją obgadywać; ci sami, którzy uważali się za tak szlachetnych, ci, którzy pożyczali od Wawrzyńca i nigdy nie oddali mu ani jednego solida. Ten sąsiad, któremu Agata Balin urodziła dwa bękarty. Ten, który powiesił sobie nowe, brokatowe2 zasłony, bez wątpienia zakupione za pieniądze Wawrzyńca - jej pieniądze. Niech ich wszystkich piekło pochłonie!
Jak ona ma sobie poradzić? Może powinna wybrać się do château w Blois? Książę Orleanu, wuj króla, powrócił do swojej rezydencji. Być może zainteresuje go zakup zmurszałych ksiąg Wawrzyńca.
- Zwłaszcza o twojej przyszłości - dodała, zwracając się do córki.
Petite spojrzała na nią zaskoczona.
Prawdę powiedziawszy, Franciszka martwiła się aż do bólu o córkę. Bez posagu, chroma, a teraz w dodatku niemowa. Jaki mężczyzna może ją zechcieć?
- Ty także musisz rozpocząć naukę - powiedziała, zajmując się paleniskiem. Będzie teraz musiała wyjść do świata, żeby poszukać sobie nowego męża. Musi mieć pełną swobodę, zresztą, tak będzie lepiej dla dziewczynki. - Ustaliłam, że zamieszkasz w klasztorze Urszulanek w Tours - wyjaśniła. Siostra Wawrzyńca, Angelika, była tam przełożoną nowicjuszek, a jego brat mieszkał tam jako kapłan. Franciszka spodziewała się, że będzie w stanie wynegocjować znacznie obniżone czesne (zważywszy na ogromne sumy, jakie jej mąż podarował klasztorowi). - Masz już siedem lat, to całkiem rozważny wiek, z pewnością nauczą cię tam dobrego wychowania - i przekształcą tę wielbiącą konie chłopczycę w prawdziwą damę.
Petite wraz z matką - oraz oraczem w roli stangreta - pojechały do klasztoru Urszulanek w Tours w otwartym powozie. Jechały wyboistą drogą prowadzącą na południe od rzeki - Petite siedziała w milczeniu obok matki i przyglądała się nieużytkom. Kiedy tylko zauważyła jakieś konie, wypatrywała wśród nich dumnego Białego. Gdzież mógł się podziewać? Wiedziała, że już nigdy nie wsiądzie na grzbiet żadnego konia.
Most na rzece się chwiał, więc zaprzęgnięta do powozu klacz zaparła się i nie chciała na niego wejść - Petite musiała ją przeprowadzić. Gdy znaleźli się po drugiej stronie, dziewczynka weszła z powrotem do powozu i ruszyli wąskimi, ruchliwymi uliczkami miasta.
Minęły dwa lata, odkąd Petite była ostatni raz w klasztorze. Wtedy przyjechała tu z ojcem i Janem. W wypełnionym kwiatami parlatorium3 aż roiło się od ludzi. Dziewczynka pamiętała rubasznego stryja Idziego, tutejszego księdza. Opowiadał dowcipy, a ciotka Angelika serwowała cukierki i napoje owocowe. Wspólnie śpiewali hymny i śmiali się z opowieści stryja. Wszyscy zachwycali się Petite. "To dziecko śpiewa jak anioł", wołali. "Zupełnie jak jej ojciec".
Tak dziwnie przyjeżdżać tu bez papy, pomyślała Petite, kiedy bramy klasztorne otworzyły się na ciche ogrody. Ścieżki prowadziły do budynków, które dziewczynka dobrze znała: apteka, infirmeria, rzeźnia, piwnica na wina, piekarnia oraz pralnia. Na wschodnim krańcu stała zakrystia, na południu znajdował się sad, ogród przykuchenny, staw rybny, stajnia oraz wybieg dla drobiu. Świat sam w sobie, jak to opisywał jej ojciec. "Kawałek nieba". Petite zaczęła się zastanawiać, czy papa jest teraz w niebie.
Oracz postawił jej kufer przed wejściem do głównego budynku.
- No cóż - powiedział, przestępując z nogi na nogę. - Lepiej przypilnuję powozu - dodał i odchrząknął. - Niech panienka dba o siebie - dorzucił jeszcze i dotknął rękawiczką brzegu kapelusza.
Petite patrzyła, jak odchodzi, powłócząc nogami. Czasami słowa tak bardzo chciały się z niej wydostać, że odnosiła wrażenie, jakby za chwilę miały ją rozsadzić.
Podczas gdy jej matka rozmawiała z przeoryszą w klasztornym gabinecie, Petite siedziała na swoim kufrze, przyglądając się, kto wchodzi i kto wychodzi. Zakonnice przemieszczały się w milczeniu z opuszczonym wzrokiem albo cicho do siebie szeptały, trzymając dłonie ukryte w przepastnych rękawach habitów. Jedna z zakonnic czytała coś grupce dzieci - od czasu do czasu wszyscy wybuchali śmiechem. Skądś rozchodził się słodki zapach owoców smażonych na marmoladę. Petite słyszała też, jak ktoś gra na lutni, jakaś kobieta śpiewała madrygał.
Franciszka wyszła z gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi tak mocno, że aż huk rozszedł się echem po korytarzu.
- Twoja ciotka czeka na ciebie w parlatorium.
Klasztorne parlatorium przypominało olbrzymi salon, z drewnianymi krzesłami i stołkami ustawionymi pod ścianami. Na dwóch bocznych stołach stały wazony z kwiatami i misy pełne cukierków. Wzdłuż jednej ze ścian ciągnęła się otwarta krata, za którą siedziała siostra Angelika, dziergając koronkę. Na widok Petite odłożyła robótkę i pochyliła się, by otworzyć drzwiczki.
- Witaj - powiedziała.
- No, idź, idź - odparła Franciszka, kładąc rękę na plecach córki. - Teraz zaopiekuje się tobą ciotka Angelika - wyjaśniła, mrugając powiekami, i upchnęła zabłąkany kosmyk pod czepkiem Petite.
- Postępujesz właściwie, Franciszko - odezwała się zakonnica. Jej głos brzmiał nisko i melodyjnie, bardzo przypominał Petite głos ojca. - Ile masz lat? - zapytała dziewczynkę, zapraszając ją do środka. - Sześć?
Petite wystawiła siedem palców. Ciotka pachniała różami.
- Przestała mówić - wyjaśniła Franciszka, zapinając guzik od czepka. - Doktor powiedział, że ma za mało flegmy, że powinna pić więcej wina i wody. Oraz ale4.
Petite chwyciła matkę za rękę.
- Bądź grzeczna - powiedziała Franciszka dziwnie ochrypłym głosem i ścisnęła ją za palce. A potem odwróciła się gwałtownie i wyszła.
- No dobrze. - Siostra Angelika zamknęła drzwi i zasunęła zasuwę. - Pokazałabym ci twoją izbę, ale pewnie wolałabyś najpierw coś zjeść.
Dziewczynka przyjrzała się pociągłej twarzy ciotki, okolonej wykrochmaloną białą podwiką. Zakonnica była bardzo podobna do ojca: ten sam szpiczasty podbródek, te same wysokie kości policzkowe, identycznie łagodne spojrzenie i takie same zmarszczki w kącikach niebieskich oczu.
- Nasza kucharka piecze wspaniałe ciasteczka.
Petite wzruszyła ramionami: nie była głodna. Ruszyła za ciotką przez jedną izbę, potem weszła do kolejnej, starając się nie kuleć. Diabeł został okaleczony podczas upadku z nieba. Ona także zaliczyła swój upadek.
- Mamy dwa konie w stajni, jeden to mały źrebak - powiedziała siostra Angelika, kiedy wyszły na szeroki korytarz. - Możemy je później odwiedzić. Twój ojciec zawsze opowiadał o tobie i koniach, o tym, że czujesz się wśród nich jak ryba w wodzie.
Petite pokręciła gwałtownie głową.
Siostra Angelika zatrzymała się i spojrzała na dziewczynkę w zamyśleniu.
- A więc to prawda, przestałaś mówić - stwierdziła i położyła delikatnie rękę na czepku Petite. - Przeżyłaś wielką stratę, być może to dobry Pan w swojej mądrości poprowadził cię do milczenia. Do swojego świętego języka - powiedziała. Nagle rozległ się dźwięk dzwonów. - A teraz Pan wzywa nas do kaplicy. Może potrafisz śpiewać? "Niech milczy wszelkie ciało" - zaintonowała cicho. - Znasz to? Na pewno znasz. Śpiew to coś zupełnie innego niż mowa.
Petite otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła.
- To już jakiś początek - uśmiechnęła się ciotka, po czym chwyciła dziewczynkę za rękę i poprowadziła przez korytarz. - Chodź, mój aniołku - tutaj śpiewamy całymi dniami i nocami. Dołączysz do nas - będziesz śpiewała w sercu.
Rano, kiedy świecka zakonnica rozpaliła ogień i zabrała nocnik, ciotka Angelika obudziła Petite.
- Panie, dziękuję ci za kolejny przepiękny poranek - modliła się głośno. - Dziękuję za tego cudnego anioła, miej ją także w swojej opiece. Amen.
Potem uszykowała dziewczynce czystą zmianę ubrań: dwie flanelowe halki oraz prostą wełnianą suknię, i pomogła jej zdjąć koszulę nocną oraz czepek. Petite było wszystko jedno. W domu ubierała ją zwykle służąca i czyniła to dość obcesowo.
Dom. Wydawał się teraz tak odległy. Pomyślała o matce, o tym, że do towarzystwa ma teraz tylko służbę i psa. Pomyślała o przeszłości. Nie mogła zmusić się do tego, by myśleć o zwłokach ojca, ułożonych na wielkim stole w salonie. Stała obok podczas modlitw i wstrzymywała oddech. W takich chwilach diabeł krąży dookoła z nadzieją, że uda mu się wykraść duszę, a jego demony zamieszkujące powietrze unoszą się nad zmarłym niczym muchy. Odmawiano modlitwy i palono kadzidło, żeby odpędzić szatana i jego pobratymców.
- A teraz odłożymy twoją koszulę - poinstruowała ją ciotka Angelika, otwierając jej drewniany kufer.
Petite złożyła odzież tak, jak jej kazano, zastanawiając się, czy to ona przyczyniła się do śmierci papy. Podpisała pakt z diabłem, teraz należała do niego. Nocą, w ciemności panującej w izbie na poddaszu, w jej rodzinnym domu, diabeł kucał pod łóżkiem albo za skrzynią. Nie miał brwi, a oczy świeciły mu się w mroku. Jego oddech śmierdział dymem.
Czy diabeł przyjechał za mną aż tutaj?, zastanawiała się, podczas gdy siostra Angelika umyła jej twarz białą szmatką zmoczoną w winie, a potem uczesała jej włosy, upinając długie loki w kok. W nocy słyszała jakieś dziwne dźwięki, poczuła też delikatny zapach dymu. Jej okno wychodziło na północ, na mroczne królestwo diabła. Niepokoiła ją myśl, że Zły mógł przyjechać za nią do klasztoru, i dla ochrony postanowiła spać z figurką Matki Boskiej, którą dostała od ciotki. Figurka została zrobiona z bukwicy, która - o czym Petite wiedziała - miała moc odpędzania złych duchów. Ranny jeleń szukał bukwicy, zjadał ją i zdrowiał.
- No, proszę. - Ciotka spojrzała dziewczynce w twarz. - Jaka słodka i poważna istota - powiedziała z uśmiechem.
Ubrana, w czepku i z chustką wokół szyi, Petite poszła za ciotką do kaplicy na mszę odprawianą z odpowiednio uroczystym zacięciem przez bełkoczącego stryja Idziego, którego oddech stawał się mgiełką na zimnym powietrzu.
Zupełnie jakby unosił się duch, pomyślała dziewczynka. Albo demon.
* * *
Każdego poranka, po mszy i posiłku w refektarzu, składającym się z chleba oraz piwa, Petite pobierała nauki - długie, absorbujące lekcje historii, geografii oraz języków nowożytnych. Była pilną uczennicą, czytała wszystko, co jej zadano, na pytania siostry Angeliki odpowiadała pisemnie. Liczenie przychodziło jej z łatwością. Pewnego razu zadziwiła nawet ciotkę, kiedy poprawnie obliczyła, ile kosztuje osiem metrów koronki, jeśli cena za metr wynosi 35 solidów i 4 denary.
Gdy była ładna pogoda, siostra Angelika pozwalała jej spacerować po zamarzniętych ogrodach, a sama udzielała lekcji uczniom przyjeżdżającym z miasta. Petite uwielbiała te samotne chwile. Kwadraty gołej ziemi wydawały się tak nieskazitelne w jasnym świetle zimowego dnia. Ze stojącego pośrodku pawilonu, pomiędzy połyskującymi szronem gałęziami, widziała odległe pola. Mrużyła oczy w słońcu, wypatrując Białego.
Czy dusza ojca pojechała do nieba na grzbiecie Diablo?, zastanawiała się, szorując stopami po śniegu. A może diabeł, pędząc do tyłu, zabrał go do piekła?
Na szczęście miała sporo nauki i to jej pomagało. Do nauczenia był Anioł Pański, litanie do Najświętszej Panny, Ojcze nasz i Zdrowaś Mario, ponadto modlitwy poranne i na każdą godzinę dnia, modlitwy odpędzające złe duchy, towarzyszące rozbieraniu się wieczorem i szykowaniu do snu, modlitwy za matkę, brata, a zwłaszcza żarliwe modły za duszę ojca. Zadręczała się tym, że zmarł nagle, bez spowiedzi.
Czy to ja go zabiłam? Petite poczuła, że dławi ją w gardle.
Kiedy wróciła do pokoju nauki, gdzie w kominku strzelał ogień, napisała swoje pytania kredą na tabliczce. "Czy niebo naprawdę znajduje się w górze? Jak wygląda Duch Święty? Jak jest w piekle?".
Siostra Angelika przymknęła oczy, zanim udzieliła odpowiedzi.
- Niebo znajduje się wysoko ponad chmurami, Duch Święty przemawia do nas we śnie, a piekło to miejsce pozbawione miłości - powiedziała, po czym otworzyła oczy i patrzyła, jak Petite pisze kolejne pytanie równymi, okrągłymi literami: "Jak wygląda diabeł?".
- To niełatwe pytanie - odparła ciotka, gładząc oprawę ozdobionego złotem mszału. - Zapewne przyjmuje rozmaite kształty i formy, tak by służyły jego celom. Może być kobietą, mężczyzną, a nawet dzieckiem. Święty Paweł ostrzegał, że diabeł może wręcz ukazać się jako świetlisty anioł. Co więcej, może nie przyjąć żadnej formy, ale pojawić się jako sen albo myśl.
Petite zmarszczyła czoło. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że diabeł może być bezcielesny. Poprzedniej nocy miała niepokojący sen o tym, że próbuje mówić - wręcz krzyczeć. Czy to dzieło diabła? Czy to on odebrał jej głos?
- Niektórzy uważają, że przypomina wyglądem i zachowaniem kozę, ale w rzeczywistości rzadko kiedy bywa tak swawolny. Jego serce wypełnia zazdrosna podejrzliwość. Jeśli przybierze ludzką postać, najłatwiej poznać go po oczach - zimnych, pozbawionych skrupułów oraz miłości.
Petite wytarła tabliczkę i napisała kolejne pytanie, łamiąc przy tym końcówkę kredy: "Czy diabeł może odjechać na koniu?".
Siostra Angelika wyjęła tabliczkę z ręki dziewczynki i przeczytała napisane przez bratanicę słowa.
- Czy wydarzyło się coś złego, skarbie? - zapytała w końcu, odkładając tabliczkę bardzo ostrożnie, jakby była krucha niczym szkło.
Petite potrząsnęła przecząco głową.
- Na pewno? Możesz mi zaufać.
Dziewczynka tylko przesunęła tabliczkę w stronę ciotki i spojrzała na nią wyczekująco.
- No cóż... - odparła kobieta, składając dłonie. - Rozumiem, że chodzi ci o coś takiego jak wiedźma jadąca na klaczy?
Petite potwierdziła energicznie.
- No więc... tak, podejrzewam, że to możliwe. Diabeł jest zdolny do wszystkiego - oprócz miłości, rzecz jasna. Nie potrafi kochać, nawet gdyby chciał.
Franciszka de la Valli?re obiecała córce, że będzie ją odwiedzać każdego roku w dzień urodzin dziewczynki, to jest szóstego sierpnia. Tak też robiła, mimo sporych trudności. W pierwszym roku, kiedy Petite skończyła osiem lat, lato było upalne i wilgotne, tak parne, że koń ledwo ciągnął powóz. W drugim roku, w dniu dziewiątych urodzin Petite, przyjechała mimo gwałtownych burz. Ale w trzecim roku pojawiła się dopiero na początku września - a więc z miesięcznym opóźnieniem.
- Byłam w Blois - wyjaśniła, przyglądając się córce, która podrosła, ale nadal była drobna jak na swój wiek. - Jesteś zbyt chuda. Dobrze cię tu karmią? - zapytała, kiedy za kratą pojawiły się siostra Angelika oraz przeorysza. - Córka jest tutaj już trzy lata, a nadal nie zaczęła mówić - oznajmiła zakonnicom, celowo przyjmując oskarżycielski ton. Jeśli wina leży po czyjejś stronie, lepiej żeby był nią klasztor.
- Jak pani wiadomo, madame, dziewczynka została zbadana - odparła przeorysza. - Problem nie leży ani w jej gardle, ani w języku.
- Jest zbyt cicha jak na dziesięcioletnie dziecko - powiedziała Franciszka. Milczenie stanowiło istotną cnotę kobiety (obok czystości, pobożności oraz pokory), ale całkowita niemoc słowna to już zupełnie inna rzecz. - Czy wy tu ją w ogóle karmicie?
- O to nie musisz się martwić, Franciszko - odparła siostra Angelika. - Cukierki figowe zostały sporządzone dzisiaj rano. Zostało też nieco śliwek w cukrze.
Przeorysza pochyliła się na swojej lasce - zagiętej, ze złotą gałką.
- Madame, pani córka nic nie mówiła już wtedy, kiedy ją tu pani przywiozła.
Franciszka powstrzymała się od dalszych uwag. Przeorysza była trudnym przeciwnikiem. Franciszka wyobraziła ją sobie, jak zbiera psie odchody z ulic i nagle spada na nią z okna coś wyjątkowo obrzydliwego.
- Znakomicie opanowała sztukę składania liter - powiedziała siostra Angelika. - Starannie pisze gęsim piórem. Jeśli zaś chodzi o umysł - jest bardzo bystra. Czyta po łacinie, zna nawet odrobinę greki. Nigdy jeszcze nie widziałam dziecka tak... - to mówiąc, zakonnica uśmiechnęła się do Petite, która siedziała cicho pod oknem - ...tak zdolnego.
- Na cóż to wszystko się zda, gdyby miała wyjść za mąż? - zapytała Franciszka. Jej zdaniem zakonnice nie rozumieją tego świata, a już zwłaszcza siostra jej zmarłego męża. - Od początku dawałam wyraźnie do zrozumienia, że moja córka ma stać się odpowiednią kandydatką do małżeństwa z arystokratą - oznajmiła. To znaczy, kiedy już znowu zacznie mówić, ma się rozumieć.
- Być może odpowiadałoby jej życie w pobożności - zasugerowała siostra Angelika. - Jest szczerze oddana Panu.
Przeorysza rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie.
Franciszka zaczęła krążyć przed paleniskiem z niewygasłym żarem, rozcierając ręce, by się rozgrzać. Chociaż niechętnie to przyznawała, siostra jej nieżyjącego męża miała rację. Być może zakon byłby dobrym rozwiązaniem dla dziewczynki.
- Czy takie jest twoje życzenie, Ludwiko? Czy takie życie by ci odpowiadało?
Petite napisała na tabliczce: "Takie jest moje życzenie".
Jej matka odwróciła się w stronę kraty.
- Ile potrzeba, by moja córka mogła zostać zakonnicą? - zapytała. Oprócz posagu trzeba doliczyć na pewno opłatę wstępną, koszt habitu, łóżka oraz innych mebli, nie wspominając o uczcie w dniu ślubów oraz opłacie dla księdza, który wygłosi kazanie.
- To nie jest wyłącznie sprawa pieniędzy - odparła przeorysza, kiedy do izby wszedł chłopiec z naręczem drewna i cisnął je na żar. - Dziewczynka jest bez wątpienia pobożna, ale linia pomiędzy pobożnością a obsesją jest dość cienka. Mieliśmy już przypadki... - zakonnica zawiesiła głos i odczekała, aż chłopiec zamknie za sobą drzwi. - Mieliśmy w przeszłości pewne kłopoty - dokończyła.
Franciszka pokiwała głową. Lata wcześniej jedna z zakonnic zaczęła w nocy słyszeć głosy i przewidywać bieg rzeczy. Książę Orleanu, stryj króla, osobiście przybył tu z Blois, żeby wypędzić demona.
- Dlatego też nauczyłyśmy się ostrożności.
- Ale to się wydarzyło, zanim moja córka przyjechała do tego klasztoru.
- Kandydatka do zakonu musi być zdrowa na ciele i umyśle.
- Może znajdzie się jakieś lekarstwo - zasugerowała siostra Angelika głosem pełnym skrywanych łez.
* * *
Tej nocy Petite długo leżała w swoim wąskim łóżku, wsłuchując się w wycie wiatru. Uwielbiała ciszę panującą w klasztorze, ekscytującą mieszankę nauki oraz kontemplacji, codzienną euforię płynącą z udziału w śpiewaniu, mszy i modlitwie. Czuła się bezpiecznie, nie było tu diabła. Teraz już wiedziała: "Takie właśnie jest moje życzenie".
Petite czytała właśnie w skryptorium streszczenie Etyki nikomachejskiej5, kiedy świecka zakonnica poinformowała ją, że jej matka oczekuje na nią w konwersatorium6. Dziewczynka zamknęła kodeks i się zamyśliła. Była zima, a jej matka przyjeżdżała wyłącznie w pełni lata, więc nie spodziewała się jej wizyty w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Czy coś stało się mojemu bratu?, pomyślała z niepokojem, biegnąc przez ciemne korytarze.
Franciszka stała przy oknie, a wpadające przez kraty promienie światła rysowały na niej świetliste pasy. Drobinki kurzu zatańczyły w powietrzu, gdy poruszyła ręką i zaczęła obracać w palcach sznur pereł. Miała na głowie delikatną koronkę brukselską, a na ramionach szal do kompletu.
Petite ukłoniła się przeoryszy i siostrze Angelice, które siedziały za kratą, a potem ucałowała matkę w upudrowane policzki. Franciszka pachniała słodko wanilią.
- Nadal kulejesz - zauważyła matka. - A co z tym doktorem, który używa krążków i odważników? Zapłaciłam mu, żeby wyprostował ci nogę.
- To były bardzo bolesne sesje, Franciszko - odezwała się smutno siostra Angelika. - Dziewczynka nie była w stanie wytrzymać...
- To prawda, Ludwiko?
Petite chwyciła przytroczoną do pasa tabliczkę i zaczęła pisać odpowiedź.
- Moja córka nadal nie mówi? - Franciszka zwróciła się do zakonnic. - Zapłaciłam niemałą fortunę za specjalne msze.
- Tylko raz na miesiąc - zauważyła przeorysza, wieszając swoją laskę na kracie. - Msza raz w tygodniu przyniosłaby lepsze skutki, tak jak doradzałam.
- Ten klasztor nie wyciągnie ode mnie ani jednego solida więcej. Moja córka wraca do domu!
Petite spojrzała na matkę przestraszona.
- Ale... - Siostra Angelika zakryła usta dłońmi.
- No cóż... - Franciszka uśmiechnęła się, podciągając koronkowe rękawiczki. - Nastąpiła zmiana planów. Przyjęłam oświadczyny - markiza!
1 Francuska jednostka monetarna wartości mniej więcej jednej czwartej dzisiejszego dolara amerykańskiego; ponieważ w ówczesnej Francji nie istniała jedna centralna mennica, wartość tej jednostki różniła się w zależności od prowincji; na przykład liwr paryski był wart cztery razy więcej niż liwr turoński.
2 Brokat - gruba tkanina z domieszką jedwabiu [przyp. tłum.].
3 W klasztorze specjalny pokój do rozmów z osobami świeckimi [przyp. red.].
4 Angielski gatunek piwa [przyp. red.].
5 Dzieło Arystotelesa.
6 Rozmównica w klasztorze [przyp. tłum.].
Kochanka Słońca to dzieło mojej wyobraźni, pobudzonej prawdziwymi wydarzeniami oraz rzeczywistymi postaciami historycznymi. W siedemnastym wieku popularna stała się powieść z kluczem - roman a clef. Była to odmiana powieści, w której przedstawiano prawdziwe postacie pod fałszywymi nazwiskami. Większość bohaterów mojej książki miała swoich odpowiedników w rzeczywistości (Ludwik, Ludwika, Atena, Lauzun, Nikola). Niektórzy są jednak wypadkową historycznych postaci. Gautier został zainspirowany żyjącym naprawdę księciem de Saint-Aignan, ale pozwoliłam sobie potraktować historię jego życia dość swobodnie. Ludwika de la Valli?re kierowała się radami wielu ludzi Kościoła (ojca Rancé, Jacquesa Bouseeta, Louisa Bellefondsa, ojca Césara), jednak ja zebrałam ich w jedną postać, będącą połączeniem cech ich wszystkich: ojca Alphonse'a Patina. Służąca Ludwiki de la Valli?re rzeczywiście nosiła imię Klorynda (Clorine), ale nic poza tym o niej nie wiadomo.
Ludwika de la Valli?re jeździła konno po mistrzowsku - to nie ulega wątpliwości - i z pewnością były w jej życiu szczególne konie. Nie zachowały się jednak żadne wzmianki i dlatego Diablo to postać całkowicie fikcyjna. W swoim dzienniku podróżnym Sebastiano, włoski duchowny odwiedzający Paryż, opisuje akrobacje Ludwiki de la Valli?re i wspomina jej nauczyciela, który był Maurem. Na dworze Ludwika XIV był też podobno jakiś zaklinacz koni, poskramiacz - całkiem możliwe, że on i Maur to jedna i ta sama osoba.
Stan zdrowia Ludwiki de la Valli?re pozostaje tajemnicą. Była kobietą wysportowaną, a jednak cierpiała na napady złego zdrowia (w tym atak ślepoty). Rozmawiałam na temat tego, co o niej wiadomo, z lekarzem, który stwierdził, że być może chorowała na stwardnienie rozsiane - choroba ta istniała w ówczesnych czasach, ale została zidentyfikowana znacznie później. To tylko hipoteza, ale wydaje się trafna.
Żeby odtworzyć historię w utworze fikcyjnym, konieczne są pewne uproszczenia. W prawdziwym życiu było więcej domów i pałaców, więcej skandali, miłości, rozrywek, podróży i wojen - a przede wszystkim więcej ludzi: dzieci, krewnych, przyjaciół oraz służby. Markiz de Saint-Rémy miał córkę z pierwszego małżeństwa, Katarzynę. Z pewnością musiała wprowadzić komplikacje do życia Ludwiki de la Valli?re, ale nie chciałam, by skomplikowała też powieść. Gaston Orleański i jego żona mieli w rzeczywistości upragnionego syna, jednak urodził się z wadami wrodzonymi i umarł w wieku dwóch lat, zanim jeszcze Ludwika pojawiła się na dworze w Blois. Kiedy się tam zjawiła, księżniczki były cztery - ale Maria Anna żyła jedynie trzy lata. Nie wspominałam o kardynale Mazarinim, mimo ogromnej roli, jaką odgrywał zarówno dla kraju, jak i dla samego młodego króla. W powieści zabrakło też miejsca dla innych wyjątkowo barwnych postaci. Z bólem serca musiałam pominąć historię madame de Choisy i jej przebieranego za dziewczynę syna, złej Olimpii Mancini i jej równie paskudnego kochanka, markiza de Vardes, słynnej kurtyzany Ninon oraz uroczo bezpośredniej księżniczki Palatynatu Reńskiego... oraz niejednego barwnego indywiduum ze światka przestępczego. Z pewnością niektóre z tych postaci pojawią się w moich przyszłych powieściach.
Atena, markiza de Montespan, co prawda nigdy nie została oskarżona, ale nadal jest podejrzewana o czary, jak to zostało opisane w Kochance Słońca. Osobom pragnącym poczytać więcej o tamtej epoce polecam książkę Antonii Fraser Miłość i Ludwik XIV. Więcej wiadomości na temat prowadzonych przeze mnie badań, zbierania informacji oraz procesu twórczego znajduje się na mojej stronie: www.sandragulland.com.
Wielu osobom przypadła rola akuszerki tej powieści: tak jak w wypadku słoni, także i tu ciąża trwała osiem lat. Kochanka Słońca nigdy nie powstałaby bez udziału następujących osób:
Mojej pierwszej czytelniczki, którą jest zawsze Jackie Kaiser.
Moich wspaniałych wydawców: Iris Tupholme i Trishi Todd, a także Dana Semetanki i Fiony Foster.
Mojej błyskotliwej, oddanej redaktorki głównej Noelle Zitzer, redaktorki z działu produkcji Allegry Robinson, a także redaktorek i korektorek: Allyson Latty, Becky Vogan oraz Debbie Viets.
Członków grupy pisarzy San Miguel, którzy dopingowali mnie gorąco przez cały proces powstawania kolejnych poprawionych wersji: Susan McKinney i Beverly Donofrio.
Członków grupy Wilno Women Writers: Pat Jeffries, Joanne Zommers i - przede wszystkim - Jenifer McVaugh (która pamięta jeszcze moje pierwsze twórcze próby opowiedzenia tej historii dwadzieścia lat temu).
Moich bezcennych czytelników i konsultantów, którymi są (w kolejności alfabetycznej): Susanne Dunlap, Jude Holland, Juliann Krute, Gary McCollim, Mary Sharratt, Merilyn Simonds, Victorii Zackheim.
Dwóch klubów książki, które recenzowały rękopis: "Books Et Al" w Oakland w Kalifornii (Chere Kelley, Akemy Nakatani, Robyn Papanek, Marianna Sheehan, Mary Sivila, Monique Binkley Smith, Leslie Tobler) oraz "19 girls and a boy(s)" w Toronto (Carrie Gulland, Rebecca Snow, Fiona Tingley, Morwenna White i Al Kellett).
Chciałabym podziękować także grupie osób, które przez lata dzieliły się ze mną swoją wiedzą i pomocą: Nanci Closson, która pozwoliła mi skorzystać ze swojego mieszkania w chwili twórczej desperacji; asystentom naukowym i doradcom Brunonowi i Anne Challamelom; Simone Lee za dostęp do książki na temat szkolenia koni w siedemnastym wieku; dr. Johnowi McErleanowi za najświeższe informacje; dr. Robowi Adamsowi za konsultacje medyczne; dr Karen Raber i Trevie Tuckerowi za wiadomości na temat jazdy konnej w siedemnastym wieku; dr Elizabeth Rapley za konsultacje w sprawie życia w siedemnastowiecznych klasztorach; Williemu i Lobowi za wspaniałą muzykę, przy której mogłam pisać; Bernardowi Turle za podarowaną mi dawno temu książkę o Wersalu.
Moim konsultantom historycznym: M. Ludart za pomoc w przebrnięciu przez historyczne labirynty Paryża; Patrickowi Germainowi za jazdę (konną!) wzdłuż zamków nad Loarą; Ghislain Pons za niezmordowane oprowadzanie mnie po Wersalu i bogatą wiedzę.
I na końcu, ale absolutnie nie dlatego, że to najmniej ważne, dziękuję moim największym fanom: Richardowi, Carrie i Chetowi.
Cyganka w szkarłatnej sukni miga widzom przed oczami, stojąc na grzbiecie galopującego konia. Jej korona z indyczych piór trzepocze w pędzie, oświetlana promieniami palącego letniego słońca.
- Dzika Kobieta! - przedstawia ją prowadzący, kłaniając się czarnym kapeluszem.
Tłum wiwatuje, gdy spieniony wierzchowiec przyspiesza jeszcze bardziej. Zwierzę zarzuca łbem, rozpryskując dookoła krople potu i śliny. Macha ogonem, a jego kopyta uderzają głucho o ziemię.
Dzika Kobieta prostuje ręce, sprawiając, że półprzezroczysta suknia powiewa jej za plecami. Powoli unosi ramiona ku bezchmurnemu niebu i wydaje z siebie przenikliwy okrzyk bojowy.
Dziewczynka - blada i tak mała, że ledwo widzi cokolwiek ponad barierką - przygląda się temu jak urzeczona. Wyobraża sobie, że to ona rozkłada ręce, że to jej stopy stoją pewnie na szerokim końskim grzbiecie.
Zachwycona dziewczynka przyciska dłonie do policzków. Ach, ten pęd wiatru!
Był rok 1650, ósmy rok panowania Ludwika XIV, czas głodu, zarazy i wojen. Ludzie umierali w swoich chatach, jaskiniach i lasach z braku pożywienia, a wszędzie królowała przemoc. Dziewczynka skończyła niedawno sześć lat.
Była niewielka jak na swój wiek i często brano ją za czteroletnie dziecko - przynajmniej dopóty, dopóki się nie odezwała, przemawiając z rzeczową dojrzałością, zupełnie do niej nieprzystającą. Miała na głowie dopasowany kapelusik, zawiązany pod brodą wstążkami, a złote loki opadały jej na plecy i sięgały aż do pasa. Jej szarą sukienkę z szarszy1 zdobił naszyjnik, wykonany przez nią z zębów jeża. Ludzie czasem nazywali dziewczynkę skrzatem, co zawdzięczała niskiemu wzrostowi, jasnej urodzie i żywemu spojrzeniu.
Mała nie spuszczała wzroku z Dzikiej Kobiety, kiedy ta zeskoczyła z grzbietu konia i ukłoniła się na zakończenie występu. Gdy woltyżerka pomachała widzom pióropuszem i zniknęła z pola widzenia, dziewczynka zaczęła przeciskać się przez tłum. Zignorowała dwóch żonglerów, klowna maszerującego na szczudłach oraz fikającego koziołki karła, po czym skręciła w stronę chaotycznego skupiska wozów cygańskich, stojących na odległym stoku wzgórza. Dzika Kobieta polewała splątane włosy wodą ze skórzanego bukłaka. Metalowe cekiny zdobiące jej suknię połyskiwały w promieniach słońca.
- A niech to piorun, ależ skwar! - zaklęła cyrkówka. Jej srokaty koń z różowymi powiekami stał obok, uwiązany do wozu ciągniętego zwykle przez woły. - Czego chcesz, aniołku? - zapytała poprzez ociekające wodą kosmyki.
- Chcę jeździć na koniu tak jak pani - odparła dziewczynka. - Na stojąco.
- Doprawdy? - zdziwiła się kobieta, wycierając rękoma mokrą twarz.
- Jestem opętana przez konie - powiedziała dziewczynka z powagą. - Tak mówi mój ojciec.
Kobieta zaśmiała się.
- A gdzie on teraz jest?
Koń uderzył kopytem w ziemię, wzbijając tumany kurzu. Cyganka pociągnęła za postrzępione lejce i powiedziała coś w obcym języku. Koń uniósł swój brzydki łeb i zarżał: odpowiedziało mu chóralne rżenie.
Konie.
- Są tam, na polu - rzuciła kobieta, przeganiając dziewczynkę.
Ta ruszyła po cichu pomiędzy wozy i namioty, kierując się w stronę polany, na której pasły się cztery konie zaprzęgowe, osioł oraz łaciaty kuc. Uwiązana klacz podniosła łeb na jej widok, ale zaraz wróciła do przeżuwania bochnów spleśniałego chleba, który zrzucono zwierzętom na kupkę. Lato było suche, więc rzadko gdzie rosła trawa.
Wtedy właśnie dziewczynka dostrzegła jeszcze jednego konia, stojącego samotnie wśród drzew - młodego ogiera, co poznała po dumnej postawie. Odgrodzono go od pozostałych, a do przedniej nogi przywiązano mu skórzany pasek.
Był biały, wysoki w kłębie. Miał smukłą szyję, wąski łeb, a jego postawione pionowo uszy były niewielkie i szpiczaste. Dziewczynka przypomniała sobie od razu słowa Biblii: "ujrzałem niebo otwarte: a oto biały koń"2. Zwierzę popatrzyło jej prosto w oczy. Śpiewajmy Panu!
Pomyślała o historiach, które opowiadał jej ojciec - o Neptunie, poświęcającym słońcu swoje białe konie, o uskrzydlonym Pegazie. "Wyrównajcie drogę Temu, co cwałuje na obłokach!".3 Pomyślała o królu, chłopcu niewiele od niej starszym, który tłumił zamieszki w Paryżu, wjeżdżając w tłum na Białym Koniu. "A Ten, co na nim siedzi, zwany Wiernym i Prawdziwym".4
Znała tego konia: był to wierzchowiec z jej snów.
Przeszła przez polanę i stanęła przed zwierzęciem.
- Witaj, kochany - powiedziała, wyciągając rękę.
Ogier położył po sobie uszy, grożąc, że rzuci się na nią z kopytami.
Wawrzyniec de la Valli?re skręcił skrzypiącym powozem na usiane kamieniami pole, po czym ześlizgnął się z kozła i wyprostował, kładąc dłoń na krzyżu. Na głowie miał wojskowy kapelusz, poplamiony, ale za to z piórem. Ubrany był w skórzany, spękany kaftan5 z doszytymi wełnianymi rękawami. Jego pikowane pumpy oraz opadające pończochy wyszły z mody jakieś pół wieku wcześniej, a do tego były mocno połatane i pocerowane. W wysokich butach z ostrogami i szpadą wiszącą u boku wyglądał jak oficer kawalerii, który czasy świetności ma już dawno za sobą.
Mężczyzna przywiązał konia do niskiego dębu i ruszył w stronę zbiegowiska. Przy ścieżce na pniaku siedziała potężna Cyganka - jak się domyślił, pilnująca wejścia. Co prawda nie uważał, że wszyscy Cyganie to zapijaczeni włóczędzy, ale większość z nich uznawał za podejrzane typy. Poklepał skórzany kaftan, próbując wyczuć pod palcami różaniec, który zawsze trzymał blisko serca - sznur prostych, drewnianych paciorków, uświęcony dotykiem świętej Teresy z Ávila. Panie, wypędź z mojej duszy wszystkie mroczne myśli i pozwól mi cieszyć się jasną nadzieją. Amen.
- Monsieur de la Valli?re - przedstawił się, uchylając kapelusza. Cieszył się sporym respektem w okolicy, był ceniony jako lekarz i dobroczyńca, ale Cyganie to lud wędrowny, więc z pewnością go nie znali. - Szukam dziewczynki - powiedział.
Nagły powiew wiatru przyniósł w jego stronę zapach uryny.
- Dziewczynki, powiada pan? - Kobieta uśmiechnęła się szeroko, ukazując braki w uzębieniu.
- Mojej córki. - Wawrzyniec wyciągnął ramię z dłonią skierowaną w dół, określając wzrost dziecka.
- Jasne włosy, bez dwóch zębów na przedzie?
- A więc jest tutaj. - Dzięki Bogu. Szukał jej całe popołudnie. Przeczesał dworek, a potem stodołę, gołębnik, spichlerz, mleczarnię, zajrzał nawet do kurnika. Obszedł okoliczne lasy i pola, z trwogą przespacerował się wzdłuż brzegów rzeki, po czym zaprzągł klacz i ruszył do miasta. Dopiero w sklepiku z pasmanterią w Reugny usłyszał o Cyganach i ich kucach. Dziewczynka miała bzika na punkcie koni.
- Jest tam daleko, na polu - tam, gdzie Diablo - dodała kobieta i zaśmiała się gardłowo.
Z Diabłem? Wawrzyniec przeżegnał się szybko i ruszył pomiędzy wozami i namiotami na wzgórze. Na polu dostrzegł córkę, która kucała w pyle.
- Petite! - zawołał. Dziewczynka była otoczona masywnymi końmi.
- Ojcze, popatrz - powiedziała, wstając, gdy podszedł bliżej, i pokazała ręką na białego konia stojącego na skraju lasu.
- Gdzieś ty się podziewała? - Teraz, kiedy wiedział, że mała jest bezpieczna, ogarnęło go przerażenie. - Mogłaś przecież... - Wszędzie aż roiło się od włóczęgów. Nie dalej jak tydzień wcześniej na drodze do Tours zamordowano dwóch pielgrzymów. Pochylił się nad córką i wziął ją za rękę. Panie, przyjmij, proszę, moje żarliwe dziękczynienie za łaskę, jaką mnie obdarzasz. Amen. Jego zwykle blade policzki były teraz zaczerwienione. - Nie możesz tak uciekać, maleńka - powiedział. To było impulsywne, emocjonalne dziecko, o wielkiej odwadze i dużym poczuciu niezależności, na swój sposób chłopięce z natury. Jego żona nie patrzyła przychylnie na te cechy. Traktowała dziewczynkę surowo, zmuszała ją do długich godzin haftowania - cóż mógł jednak powiedzieć? Wychowywanie córki to rzecz kobieca.
- Nauczę się stać na galopującym koniu - powiedziała Petite, sepleniąc przez szpary między zębami, i rozstawiła szeroko ręce, a w jej niebieskich oczach pojawił się błysk.
Czy to Duch Święty przez nią prześwieca, czy szatan?, zastanawiał się Wawrzyniec. Ciężko było rozróżnić.
- Tak samo jak Dzika Kobieta - dodała dziewczynka.
Wybujała wyobraźnia małej była niepokojąca. Tej wiosny wzniosła za stodołą prymitywną budę z kamieni - klasztor, jak to nazywała. Tam pielęgnowała zranione zwierzęta, ostatnio salamandrę plamistą i jastrzębia gołębiarza.
- Obiecali, że mnie tego nauczą.
- Chodźmy już - odezwał się, chwytając ją za rękę. - Mam w wozie bułeczki. - O ile Cyganie ich nie ukradli.
- Ale Diablo... - Petite obejrzała się za ogierem.
- On należy do tych ludzi.
- Powiedzieli, że go tanio sprzedadzą.
- W przyszłym tygodniu pojedziemy na targ do Tours. Znajdziemy dla ciebie kuca, tak jak zawsze chciałaś. - To prawda, mała była gotowa jeździć na wszystkim, co miało cztery nogi. W ubiegłym roku nauczyła cielę skakać.
- Mówiłeś, że konie z targu ledwie stoją na nogach. Mówiłeś, że nie mają mięśni.
- Rzeczywiście, to nie jest dobry rok dla koni - potwierdził. Z powodu niekończącej się wojny z Hiszpanią i ciągłych powstań trudno było znaleźć przyzwoitego wierzchowca. Wszystkie zwierzęta, które nie pracowały, zostały zarekwirowane przez wojsko lub rebeliantów, a do tego w czasach głodu przestała obowiązywać wcześniejsza nietykalność końskiego mięsa. - Ale zawsze jest jakaś nadzieja. Będziemy się modlić, a wtedy dobry Pan spełni nasze życzenie.
- Ale ja się modliłam o tego właśnie konia, ojcze - powiedziała Petite, patrząc na ogiera. Nadal stał nieruchomy niczym posąg i tylko im się przyglądał. - Modliłam się o tego Białego.
Wawrzyniec się zamyślił. Ogier miał proste nogi i długie łopatki, łeb zaś wąski jak taran: idealna budowa. Mimo chudości wydawał się szeroki w klatce piersiowej. Konie tak rzadkiej, mlecznobiałej maści przypominały podobno wodę: miały charakter, lecz były łagodne. Bez wątpienia, jeśliby go wyczyścić i wyczesać, nabrałby prawdziwej urody. Wawrzyniec musiał przyznać, że jego córka ma dobre oko do koni.
- Ile za niego chcą?
Potrzeba było czterech silnych mężczyzn - cyrkowych atletów - żeby uwiązać ogiera z tyłu powozu. W czasie szamotaniny poluzował się pas na jego nodze.
- Odsuńcie się - wrzasnął jeden z siłaczy, gdy bestia uwolniła się, kopiąc z furią.
Co jest nie tak z tym ogierem?, zastanawiał się Wawrzyniec. Nawet koń urodzony pod złą gwiazdą nie miałby w sobie takiej dzikości. Czyżby to wojna tak na niego wpłynęła? Ostatnio częste były podobne wypadki, ale Wawrzyniec nie zauważył żadnej blizny na skórze Białego, żadnej wiele mówiącej rany zadanej bronią.
- Pan wybaczy...
Wawrzyniec odwrócił się gwałtownie. Stojący za nim młody człowiek miał twarz czarną jak skrzydła kruka, tunikę z łatami na łokciach, a głowę owiniętą lnianym płótnem. Maur6? U pasa mężczyzny wisiała przytroczona sznurem sakwa z frędzlami, ale Wawrzyniec nie widział ani szpady, ani noża. Wzniósł więc pospiesznie modlitwę błagalną do świętego Jerzego, pogromcy Maurów, po czym zlustrował swój oręż: zardzewiałą szpadę u boku i stępiony nóż w prawym bucie. Odetchnął z ulgą na widok niewielkiego krzyża zawieszonego na szyi Maura.
- Doradzam wielką ostrożność - ciągnął przybysz. - Ten ogier jest niespotykanie narowisty - zły, jak mówią niektórzy, ale ja nie używam takich słów, zwłaszcza w odniesieniu do zwierząt.
Ogier zarżał przenikliwie.
- Papo? - odezwała się niepewnie Petite, na wpół ukryta za ojcem.
Koń rzucił się na jednego z siłaczy, obnażając ostre zęby. Mężczyzna upadł, drąc sobie przy tym skórzany kaftan.
- Diabelskie nasienie! - zaklął, podnosząc się na nogi w bezpiecznej odległości.
Trzech urwisów dołączyło do zbiegowiska, przyglądając się scenie i wydając głośne okrzyki, zupełnie jakby był to kolejny krwawy element pokazu.
- Nie bez powodu nosi imię Diablo - zauważył Maur i ręką nakazał chłopcom, by się odsunęli.
Wawrzyniec potarł szczecinę na podbródku proszącym się już o cotygodniowe golenie. Zaskoczyła go klarowność wypowiedzi Maura. Do tej pory nosił się z przekonaniem, że poganie to bardziej zwierzęta niż ludzie.
- Rozumiem, że znacie tego konia - powiedział. Być może Maur jest koniuszym - kiepskim, co prawda, gdyby tak było. Sądząc po długich, potrzaskanych kopytach i splątanej grzywie, zwierzęciem najwyraźniej od dłuższego czasu nikt się nie zajmował.
- Jestem Azeem, poskramiacz. Tresuję konie.
- To pan nauczył tego osła siadać jak pies? - zagadnęła go Petite.
- Podobała ci się ta sztuczka? - Mężczyzna uśmiechnął się, ukazując rząd prostych białych zębów.
- Ja nauczyłam kozę wchodzić po drabinie - pochwaliła się dziewczynka.
Ojciec chwycił ją za rękę. Poskramiacze przychodzą na świat, kiedy zegary wybijają pełną godzinę, czy nie dysponują w związku z tym szóstym zmysłem?
- Ten koń nie wygląda na poskromionego - zauważył.
- Cyganie zszyli mu uszy, kiedy był źrebięciem, ale to tylko wzmogło jego narowistość.
Wawrzyniec cmoknął z dezaprobatą. Zszywanie końskich uszu było uważane za sposób na uspokojenie zwierzęcia - na przykład żeby nie wierzgało podczas podkuwania - ale jego zdaniem nie było w tym zwyczaju żadnej magii. To tylko odwracało uwagę zwierzęcia, zajmowało jego umysł. Tak samo nieskuteczne było podwiązywanie jednego kopyta.
- Narowisty, powiadacie? - Sznur wrzynał się w szyję Białego. Ogier ciągnął tak mocno, że Wawrzyniec zaczął się obawiać, iż złamie sobie kark.
- Ano właśnie tak. Teraz tylko magia kości mogłaby go zmienić - odparł Maur, wzdychając.
Wawrzyniec zmarszczył brwi. Słyszał już wcześniej o magii kości - człowiek, którego znał, zastosował ją u swojego konia, ale niestety, sam stracił przy tym rozum. "Uciekł do rzeki, kręci się wokół wody i strumieni", jak szeptali między sobą sąsiedzi. Wystarczyło, że zapukał do drzwi swojej stajni, a otwierały się szeroko, jakby stał za nimi sam szatan. Podobno widział tego konia w nocy przy swoim łóżku.
- Ojciec Karoliny stosował magię u swojej kulejącej klaczy - oznajmiła Petite.
- Monsieur Bosse? - Jego klacz zdobyła aż trzy sakiewki. Ale nie, Wawrzyniec nie pochwalał hazardu.
- To była magia wodna, ale może to coś innego niż magia kości - wyjaśniła dziewczynka.
- Pan wybaczy, monsieur - Maur skierował swoje słowa do Wawrzyńca. - Nie powinienem był mówić o takich rzeczach przy dziecku - to powiedziawszy, pochylił się nad dziewczynką. - Mademoiselle, jakkolwiek to zwą - czy to magią kości, magią wodną, czy magią ropuch - nie wolno panience mieć z tym nic wspólnego. Zrozumiano?
- Nie zajmujemy się czarami - Wawrzyniec przyciągnął córkę do siebie, z dala od Maura. Koń był uwiązany, czas ruszać dalej.
- To bardzo mądrze z pańskiej strony. - Poskramiacz wyprostował się, po czym zgiął w ukłonie, przyciskając rękę do krzyża na piersi. - Magia to siła szatana, a szatan niczego nie oddaje za darmo.
Krępa klacz ciągnęła powóz porytą koleinami drogą. Petite siedziała obok ojca i spoglądała niespokojnie do tyłu, na krnąbrnego ogiera. Początkowo zapierał się mocno, ale klacz ciągnąca zaprzęg była silna, a sznury nie puszczały. Ciągnięty przez jakiś czas za powozem dał w końcu za wygraną i podążył za nimi.
Petite chciała usiąść z tyłu powozu.
- Żeby sobie nie pomyślał, że Bóg go opuścił - powiedziała.
- Daj mu spokój - odparł Wawrzyniec ze znużeniem. Ogier był piękny, ale jego stan budził litość - mężczyzna wiedział, że żona nie zostawi tego bez komentarza. - Tylko go wyprowadzisz z równowagi.
Petite usiadła z powrotem obok ojca, machając nogami, i zaczęła jeść bułkę.
- Czy ten poskramiacz był Maurem?
- Tak mi się wydaje - odpowiedział Wawrzyniec. Dojeżdżali właśnie do Reugny, nad szczytami drzew widać było iglicę niewielkiego kościółka. Zaczął się zastanawiać, czy czekają na niego jakieś wieści. Sądząc po położeniu słońca, było koło siedemnastej, więc goniec pocztowy z Tours mógł już przyjechać. Z tego, co słyszał ostatnio, w leżącym na południu Bordeaux wzniecono rewoltę przeciwko dworowi i wojska królewskie przystąpiły do oblężenia miasta. Jeśli Bordeaux zwycięży, wszystko będzie możliwe. Król być może skryje się w murach Paryża i odda prowincje pod władanie skłóconych książąt. O co jeszcze będzie walczyć? Francja przypomina rozbitą wazę, lud łączy już tylko bieda. Chłopi mogą uznać, że mają szczęście, jeśli za dzień pracy dostaną piętnaście solidów7 - tyle, ile wynosi cena kosza jaj.
Jak tu żyć w tak niespokojnych czasach? Wawrzyniec wymacał ręką miedzianą monetę wszytą w podszewkę kaftana, przedstawiającą wizerunek Henryka IV Burbona. Śmierć tego wspaniałego władcy dała początek stuletniemu chaosowi. Co wieczór Wawrzyniec modlił się, by młodziutki chrześcijański monarcha zakończył odwieczny rozlew krwi. Przecież król jest reprezentantem Boga, musi więc zatriumfować.
- Zmierzałam do ziemi Maurów - odezwała się nagle Petite, wyrywając go z zamyślenia.
- Ach tak? - rzucił z roztargnieniem, wjeżdżając powozem na puste miejsce naprzeciwko pola komunalnego. Coś tam się działo: obok jednego z drzew ze stryczkiem zgromadził się spory tłumek. Rozległ się chóralny śmiech, a potem syknięcie. Czyżby walki kogutów?
- Dzisiaj rano - ciągnęła dziewczynka.
- Zmierzałaś dzisiaj rano do ziemi Maurów?
- Żeby mnie ścięli - odparła. - Jak świętą Teresę w książce. Ale ten Maur był poskramiaczem, nie miał miecza ani toporka.
- Świętą Teresę w książce? - Wawrzyniec nie rozumiał, o czym dziewczynka mówi. W ciągu wielu lat zgromadził niewielką biblioteczkę - teksty na temat hodowli zwierząt, książki historyczne, ale przede wszystkim traktaty religijne oraz filozoficzne. Była wśród nich relacja z życia świętej Teresy, cienki wolumin oprawiony w skórę. Skąd córka mogła wiedzieć o jego istnieniu? - Monsieur Péniceau ci o niej czytał? - zapytał. Guwerner jego syna był kiedyś skrybą na dworze królewskim, potrafił znośnie czytać i pisać, ale teologia z pewnością nie była jego mocną stroną.
- Sama czytałam, ale jestem dopiero na szesnastej stronie.
- Potrafisz czytać? - Wawrzyniec odwrócił się i popatrzył na córkę z niedowierzaniem.
- Niektóre słowa są trudne.
- Kto cię nauczył? - Mała była nad wiek rozwinięta, dobrze sobie z tego zdawał sprawę, ale jego syn Jan, dwa lata od niej starszy, jeszcze nawet nie poznał liter.
- Sama się nauczyłam - odparła, wstając i rozglądając się dookoła. - Ktoś tam jest w dybach.
- Zostań w powozie - polecił, obiecując sobie, że wróci jeszcze do tematu. - Muszę odebrać leki od aptekarza.
- A Diablo? Nic mu nie będzie? - zapytała dziewczynka, patrząc na Białego.
- Nie wolno go nigdzie puszczać. - Na szczęście, sznur trzymał mocno. - I nie pozwól nikomu się do niego zbliżać.
Odszedł zaledwie kilka kroków, kiedy usłyszał wołanie.
- Papa!
Dobrze zbudowany chłopiec biegł pomiędzy ciżbą ludzi z wędką w jednej ręce i siatką na przynętę w drugiej.
- Janku! - zawołała brata Petite.
- Zakuli w dyby Agatę Balin - powiedział zdyszany, po czym odwrócił się i wskazał na tłum.
- Dlaczego? - zapytała dziewczynka.
- To nie twoja sprawa - uciął ojciec ostrzegawczo.
- Za cudzołóstwo, papo. Z monsieur Bosse'em, jak wszyscy twierdzą. Idź popatrzeć, papo, jest cała opluta. - Jan aż się zaczerwienił.
- Monsieur Bosse, ojciec Karoliny? - zapytała Petite.
Wawrzyniec popatrzył groźnie na syna.
- Powinieneś mieć teraz lekcje.
Chłopiec rzucił worek i wędkę na tył powozu.
- A skąd się wziął ten koń? - zapytał, obchodząc zwierzę dookoła. Koń prychnął i zaświecił białkami oczu. - Jest dziki?
- Odsuń się, synu - ostrzegł go Wawrzyniec.
- O matko! - wykrzyknął Jan, odskakując, by uniknąć celnie wymierzonego kopniaka. - A to wredne stworzenie!
- On jest mój - powiedziała Petite. - Wymodliłam go sobie.
- Maleńka, to nie jest koń dla dziewczynki - odparł Wawrzyniec, zmierzając już do aptekarza.
- Co znaczy "cudzołóstwo"? - zapytała, przesuwając się, żeby zrobić miejsce starszemu bratu.
- Jaki jest pożytek z konia, który nie nadaje się ani do jazdy, ani do pracy? - gderała madame Franciszka de la Valli?re. Ręce miała zakrwawione, bo właśnie zabiła królika na niedzielny obiad - najpierw odcięła mu głowę, a potem złamała nogi, by pozbyć się stóp. Była to urodziwa kobieta, o pełnych policzkach i z dołeczkiem w brodzie. Jej wąskie, wyskubane brwi były rozdzielone głębokimi bruzdami.
- Jeszcze nigdy nie spotkałem ogiera, na którym nie udałoby mi się jeździć - przekonywał Wawrzyniec z udawanym optymizmem. Potrzebna była pomoc oracza i trzech parobków, żeby zaciągnąć bestię do stajni - musiał przy tym użyć wideł oraz bicza.
- Próbował mnie kopnąć - odezwał się Jan.
- Nie ma żadnych wieści z Bordeaux - powiedział Wawrzyniec, spuszczając ze smyczy sukę myśliwską, która od razu pobiegła do swoich szczeniąt, siedzących w koszu przy kominku.
- Mademoiselle Balin została zakuta w dyby - rzucił Jan.
Blanka, pomoc kuchenna o ospowatej twarzy, spojrzała na niego swoim jednym zdrowym okiem.
- Agata Balin?
- Naprawdę? - Franciszka uniosła brew w zdziwieniu.
- Za cudzołożenie z monsieur Bosse'em, tak wszyscy mówią.
- Z żonatym. - Franciszka rozcięła lędźwie królika. - Ta dziewczyna ma w sobie szatana od dnia, w którym przyszła na świat. - To rzekłszy, wyjęła naczynie na odpady i odcięła ogon, a następnie jednym zręcznym ruchem ściągnęła całą skórę.
- Wszyscy na nią pluli, a pies lizał ją po twarzy - dodał Jan, wyciągając dwa węgorze z worka i wkładając je do miedzianej misy. - Szkoda, że nie słyszeliście, jak wrzeszczała, kiedy połaskotałem ją w stopy.
- Niezły połów - zauważyła Franciszka i nakazała służącej, by zabrała węgorze na zewnątrz do oczyszczenia.
- A ty powinieneś modlić się za zbawienie duszy tej dziewczyny, a nie dokładać się do tortur - westchnął ojciec.
- Przecież wszyscy to robili - usprawiedliwił się Jan i wyszedł z domu za służącą.
- To tylko chłopak - powiedziała Franciszka, rozcinając powłokę brzuszną królika i wyciągając jego wnętrzności.
- Miał się uczyć.
- A ona miała zająć się szyciem. - Franciszka spojrzała przez ramię na Petite, która głaskała psa. - Ucieka nie wiadomo gdzie, a potem oboje wracacie z koniem. Co to ma być za dyscyplina?
- Prawdziwy Biały to rzadkość - odparł Wawrzyniec. Ogier miał nawet niebieskie oczy - coś, o czym mężczyzna słyszał, ale czego nigdy nie widział. - Szlachetna rasa - dodał, myśląc o starodawnym napisie wyrytym nad kominkiem w sypialni: Ad principem ut ad ignem amor indissolubilis. "Dla króla miłość jest wieczna jak ogień płonący na ołtarzu". To właśnie na te słowa spoglądał zaraz po obudzeniu i tuż przed zaśnięciem. To było motto jego rodziny od wielu pokoleń. Praprapradziadek jego ojca jechał konno u boku Joanny d'Arc. W trudnych chwilach król zawsze mógł liczyć na członków rodu Valli?re. Ale Franciszka należała do Provostów, rodziny, która zwykle czerpała korzyści z trudnych czasów. Nigdy nie zrozumie, ile wart jest taki koń: prawdziwy Biały, piękny cheval blanc8, wierzchowiec królów. Nie wszystko można zważyć i zmierzyć, nie wszystko ma cenę.
- I ma sylwetkę - powiedziała Petite, kryjąc twarz w sierści jednego ze szczeniąt.
- Ma dobrą sylwetkę - poprawił ją ojciec. Jego stary kawaleryjski wierzchowiec, Hongre, ledwo dawał radę kłusować. Wawrzyniec już sobie wyobrażał siebie na grzbiecie Białego.
- Ojciec go rozmnoży.
- To nie jest odpowiedni temat do rozmowy z małą dziewczynką - mruknęła Franciszka do męża. - Zresztą ona i tak spędza zbyt wiele czasu z końmi. Czas, żeby zaczęła się zachowywać tak, jak przystoi damie. - To powiedziawszy, kobieta wbiła nóż w pierś królika, jednym ruchem dzieląc ją na dwie części.
Następnego ranka, przy trzecim pianiu koguta, Petite bezszelestnie wymknęła się tylnym wyjściem z suchą skórką chleba w ręku. W nocy padało, na niebie widać było jeszcze księżyc, który oświetlał budynki, zamglone ogródki kuchenne i potężne drzewa w tle - milczący krajobraz półmroku. Kogut znów zapiał, odpowiedział mu głos szpaka. Petite włożyła drewniane saboty i ruszyła przez kałuże pokrywające wybieg dla kur.
Pchnęła drzwi stajni, unosząc je na tyle, na ile potrafiła, by zardzewiałe zawiasy nie zaczęły skrzypieć. Nie chciała obudzić oracza, który spał na stryszku. Nagle obok niej przeleciały trzy jaskółki. Dziewczynka stała w ciemności, wdychając ciepły zapach koni, wyczuwając ich obecność i czujność. Stary Hongre zarżał cicho. Oracz poruszył się na swoim posłaniu, ale po chwili znów zaczął chrapać.
Przez okienko w przeciwległej ścianie do wnętrza wlewało się blade światło. Musiała upłynąć chwila, zanim Petite zaczęła rozróżniać kształty koni i dwóch mlecznych krów. Na ścianie, nad uzdami, wisiała brzozowa witka odpędzająca demony, by nocą nie jeździły na koniach.
Łeb Białego ukazał się w narożnym boksie, ale zaraz zniknął. Petite przecisnęła się pomiędzy skrzyniami na paszę i stosami drewna do miejsca, w którym stał. W bladej poświacie przypominał zjawę.
- Witaj - szepnęła. Diablo uniósł łeb. Był rzeczywiście piękny - najpiękniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widziała. Zaiste piękny jesteś, miły mój, o jakże uroczy!9, pomyślała, przypominając sobie werset Pieśni nad Pieśniami. Tak bardzo pragnęła rozczesać jego splątaną grzywę, umyć i natłuścić oliwą jego biały ogon, w którym tkwiły rzepy. Strupy na skórze z pewnością zeszłyby przy odrobinie starania - gdyby tylko pozwolił jej się do siebie zbliżyć.
- Kochany - szepnęła. Słowo zabrzmiało groźnie, ale i ekscytująco.
Koń postawił uszy.
Włożyła skórkę chleba pod pachę, by przesiąkła jej zapachem, a potem podała mu na wyciągniętej dłoni - jak prezent i zarazem przekupstwo. Ogier odwrócił się do niej zadem i machnął ogonem.
Włożyła do ust kawałek skórki i rozgryzła z hałasem. Z satysfakcją patrzyła, jak Diablo poruszył do tyłu prawym uchem. Cierpliwość jest towarzyszką mądrości, jak często mawiał ojciec, cytując świętego Augustyna. Petite ponownie wyciągnęła rękę.
Diablo zakręcił się dookoła, po czym rzucił się na dziewczynkę z zębami.
1 Tkanina o ukośnym splocie z ukośnymi prążkami [przyp. red.].
2 Ap 19:11 [w:] Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Warszawa 1980. Wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z tej publikacji [przyp. red.].
3 Ps 68:5 [przyp. red.].
4 Ap 19:11 [przyp. red.].
5 Okrycie męskie często wykonane ze skóry.
6 Dawniej muzułmański mieszkaniec Półwyspu Iberyjskiego [przyp. tłum.].
7 Jednostka monetarna; 1 liwr = 20 solidów [przyp. nieoznaczone inaczej pochodzą od autorki].
8 Biały koń.
9 Pnp 1:16 [przyp. red.].
Jesień była tego roku burzowa. W deszczowe dni, kiedy trzeba było zostać w domu, Petite lubiła odkurzać książki w niewielkim gabinecie ojca - najlepiej wtedy, gdy jej brat Jan miał lekcje w salonie. Dzięki temu mogła słuchać przy pracy, ucząc się łaciny, a nawet poznając odrobinę historii. W ten deszczowy listopadowy poranek w palenisku trzaskał ogień, a monsieur Péniceau czytał na głos O pocieszeniu, jakie daje filozofia, tłumaczenie dzieła Boecjusza Consolatio Philosophiae.
"Szczęśliwa jest ta śmierć, która nie spotyka człowieka w najlepszych latach", recytował guwerner wysokim, zduszonym głosem.
Przez uchylone drzwi Petite dostrzegła Jana, który siedział przy stole z głową podpartą dłonią i z zamkniętymi oczami. Z zadartym nosem, dołeczkami w policzkach i ciemnymi lokami przypominał cherubina i zarazem swoją urodziwą matkę.
Petite otworzyła okiennice, wpuszczając światło do pomieszczenia, i przysunęła sobie wysoki stołek, żeby móc przejrzeć grzbiety książek stojących najbliżej okna. Zauważyła tom łacińskich strof na temat polowania. Inny wolumin - Histoire naturelle des quadrup?des - był oprawny w świńską skórę i miał złocony grzbiet. Petite domyśliła się, że wszystkie książki na tej półce zawierają raczej praktyczne teksty - na temat chowu zwierząt, uprawy ziół oraz drzew.
Wyjęła księgę o zagiętych rogach - ojciec często zaglądał do porad lekarskich, kiedy opiekował się chorymi i głodującymi. Petite dobrze znała ten tom, gdyż papa często zabierał ją ze sobą na obchód. Poprzedniego dnia odwiedzili kobietę z trójką dzieci, mieszkającą w jaskini wykutej w skale. Najmłodsze dziecko zraniło się w nogę, zakładając sidła, i ojciec Petite opatrzył ranę czystym płótnem. U wezgłowia posłania z suchych liści znajdował się krzyż zrobiony z gałązek. Kobieta pokłoniła się nisko jej ojcu, gdy wychodzili, i położyła sobie jego rękę na czole, jakby prosząc o błogosławieństwo.
Księga, tak często używana, nie była pokryta kurzem, ale Petite i tak przetarła ją szmatką, po czym wsunęła na miejsce.
"Kiedy to w cichości sam na sam rozważałem", ciągnął guwerner, "dostrzegłem niewiastę o wielce dostojnem obliczu, która stanęła nade mną. Oczy miała gorejące i ponad zwykłą u ludzi możliwość przenikliwe".1
Petite wyjęła następną księgę i podsunęła ją pod światło, szukając oznak zabrudzenia. Tom był większy od pozostałych, ale nie miał grzbietu. Cienkie, pożółkłe kartki zostały zszyte szpagatem. Na tekturowej okładce niestarannie odciśnięto tytuł: Jeździec. Tekst został wydrukowany, a nie napisany odręcznie, dzięki czemu łatwiej było jej odczytać słowa.
Zaczęła ostrożnie odwracać kruche stronice: Rozmnażanie koni, Jazda konna, Chody konia, Jazda spacerowa, Hodowla koni. Przez wiele popołudni spokojną poobiednią porę spędzała w stajni, zabierając ze sobą garść ziarna albo wykradziony cukier, i próbowała zdobyć sympatię ogiera. Przemawiała do niego przyjaźnie, karmiła końskim chlebem, który sama upiekła, a mimo to traktował ją wrogo. Co wieczór przed pójściem spać modliła się za niego, prosząc o łaskę u świętych.
Dlaczego moje modlitwy nie zostają wysłuchane?, pomyślała, przeglądając karty książki i odczytując tytuły rozdziałów: Jak naprawić złe ruchy, Prostowanie narowistości, O czarach i nocnych marach. Serce zaczęło jej mocniej bić, kiedy ujrzała tytuł O magii kości.
Zerknęła przez drzwi na brata i jego nauczyciela. Jan spał z szeroko otwartymi ustami. "Precz z wami, Syreny", czytał guwerner, "gdyż uwodzicie tylko i sprowadzacie zgubę". Petite otworzyła księgę na dziale dotyczącym magii kości - jej zastosowaniach oraz składnikach.
"Strzeż się", przeczytała.
Usłyszała, jak otwierają się drzwi wejściowe, a potem rozległy się głosy: to ojciec powrócił z miasta. Wsunęła książkę z powrotem na półkę i podeszła do drzwi. Monsieur Péniceau przerwał lekturę, a Jan podniósł głowę i przecierał zaspane oczy.
- Wspaniałe wieści - odezwał się Wawrzyniec de la Valli?re, gdy tylko wkroczył do salonu. Z długich włosów spływały mu krople deszczu. - Król pokonał buntowników w Bordeaux.
- Brawo! - zawołał guwerner piskliwym głosem.
- Brawo - powiedział Jan, wstając. - Czy przestało już padać? Mogę iść na ryby?
- Nie tak prędko, synu. Mamy mnóstwo do zrobienia. W drodze powrotnej do Paryża cały dwór zatrzyma się w Amboise.
- Król przyjeżdża do Amboise? - zapytała Petite, wchodząc do salonu.
- Tak jest, maleńka. Król oraz królowa matka. Mam zgotować im powitanie. Wasza matka będzie musiała jechać ze mną, by pomóc obsłużyć królową matkę, a ty... - Wawrzyniec odwrócił się do Jana - ty też pojedziesz. To będzie doskonała okazja, żebyś dał się poznać na dworze, może nawet zostaniesz przedstawiony królowi i jego bratu, w końcu są w podobnym wieku.
- A ja nie? - zapytała Petite, zupełnie przybita.
- Ty jesteś jeszcze zbyt mała, Ludwiko - powiedziała Franciszka, grzebiąc w kufrze.
- Mam już sześć lat - próbowała oponować dziewczynka.
- Dwór nie lubi, jak dzieci kręcą się pod nogami. Blanka się tobą zajmie.
- Jan jedzie, chociaż ma dopiero osiem lat.
- Osiem lat to dojrzały wiek, a sześć - nie. Zresztą to zupełnie co innego, bo Jan jest chłopcem - odparła Franciszka, potrząsając fiołkoworóżową suknią z aksamitu. - Będę musiała założyć żółte jedwabie - oznajmiła ze smutkiem, mówiąc raczej do siebie niż do córki. - Dlaczego nie zajmujesz się szyciem? - zapytała.
- Przestało padać. Mogę pomóc ojcu przy koniach?
- Idź, idź - rzuciła Franciszka niecierpliwie i otworzyła szkatułę z klejnotami. - Mon Dieu!2 - zawołała.
Wawrzyniec de la Valli?re był w stajni u swojego starego kawaleryjskiego wierzchowca, kiedy nagle pojawiła się Petite i pociągnęła go za rękaw.
- Matka kazała powiedzieć, że zginęły jej perły - powiedziała.
Mężczyzna westchnął.
- Później z nią porozmawiam - odparł, podnosząc przednie kopyto Hongre'a.
- Mam nadzieję, papo, że nie zamierzasz zabierać go do Amboise - odezwał się Jan, który siedział na barierce. - Jest stary i ma płaski pysk, wszyscy będą się śmiać.
- Hongre to szlachetny wierzchowiec, synu. Służył mi wiernie, ale wolałbym nie jechać na nim do Amboise. - Wawrzyniec postawił nogę konia na ziemi i pogłaskał go po grzbiecie. - Robi się już za stary na tak długie podróże.
Nagle rozległo się parsknięcie konia. Wszyscy się odwrócili.
- Dlaczego nie pojedziesz na Diablo? - zapytała Petite.
- Gdybym tylko mógł go oswoić - rozmarzył się Wawrzyniec. Pomimo wysiłków nie udało mu się nawet zbliżyć do Białego.
Petite podeszła do narożnego boksu z garścią ziarna.
- Trzymaj się z dala od tego konia - ostrzegł ją ojciec. - Idź zebrać jajka.
Dziewczynka rzuciła ziarno do boksu i wybiegła ze stajni.
- A ty - Wawrzyniec zwrócił się do syna - wyczyść mi Hongre'a na jutro. Będę musiał zabrać go do Amboise.
- Dlaczego oracz nie może tego zrobić? - zaprotestował Jan, zeskakując z barierki i otrzepując spodnie. - Zobacz, papo, jak zapuścił boks Białego, ile nieczystości się w nim nagromadziło.
- Synu - ojciec wymacał palcami paciorki różańca - oracz naprawia koło u wozu. - Zgromadzone w narożnym boksie odchody sięgały już kolan. Zazwyczaj czysta stajnia teraz okropnie cuchnęła.
Co zrobić z tym koniem?, zastanawiał się Wawrzyniec, idąc przez podwórze do domu. Odkąd zwierzę się u nich pojawiło, przynosiło im same kłopoty. Wieprz zdechł na odrę. U jednej z klaczy pociągowych pojawiły się parchy, z grudkowatych wyprysków na grzbiecie sączyła się ropa, przez co nie można jej było zaprząc. On sam zranił się w nogę o ostrze pługa. Dzięki Bogu, rana się zagoiła, ale dopiero wtedy, kiedy wyprosił łaskę u świętego Jerzego, a pług został posmarowany miksturą nabytą na straganie w Reugny - sporządzoną z mchu, który porastał czaszkę niepochowanego mężczyzny. Oracz, doskonale obeznany w tego typu sprawach, przekonywał, że to Biały przyniósł ze sobą złe moce. Splątana, pełna kołtunów grzywa była na to wystarczającym dowodem. Wawrzyniec zapłacił proboszczowi dziesięć solidów, by ten odczarował konia i stajnię, ale na nic się to zdało.
Diablo, w rzeczy samej. Diabelskie nasienie, pomyślał, przystając przy drzwiach. Na wspomnienie zaginionych pereł poczuł ucisk w żołądku.
Franciszka była w kuchni, wyciągała właśnie z wrzątku zielone jabłka.
- Przykro mi z powodu pereł - powiedział, wieszając kapelusz na kołku i zdejmując płaszcz.
- To sprawka tej pomywaczki - odparła Franciszka, wkładając jabłko do drewnianego cebrzyka z wodą studzienną. - Palce jej się lepią do wszystkiego.
- To nie ona, Franciszko - zaprzeczył Wawrzyniec, zsuwając robocze buty. - To ja je wziąłem.
Franciszka obróciła się na pięcie i spojrzała na męża. W jednej ręce trzymała jabłko, w drugiej - nóż.
Wawrzyniec pochylił głowę przepraszająco.
- Zastawiłem je - przyznał.
- Zastawiłeś moje perły? Perły, które odziedziczyłam po babce?
- Obiecuję, że odzyskam twój naszyjnik.
- Nie miałeś prawa - Franciszka była bliska łez.
- Uspokój się - szepnął, wskazując głową na kuchnię, w której pracowała Blanka wraz z pomywaczką. - Komuś potrzebne były pieniądze.
- To my potrzebujemy pieniędzy.
- Przepraszam - zaczął, ale przerwało mu walenie do kuchennych drzwi.
- Czy ten oracz musi zawsze tak łomotać?
- Ja mu otworzę, Franciszko.
- Panie, chodzi o Białego - powiedział sługa. Na zimnym powietrzu jego oddech zamienił się w obłoczek pary. - Kopał tak mocno, że wypadły dwie deski.
- Jest bezpiecznie zamknięty?
- Tak, ale...
- Zaraz będę.
- Ten koń musi stąd zniknąć, Wawrzyńcu - zażądała Franciszka, kiedy jej mąż zamknął drzwi, żeby nie wpuszczać zimnego powietrza do środka. - Sprzedaj go na targu.
- Nie będzie łatwo go tam zaciągnąć. - Mężczyzna sięgnął po płaszcz.
- W takim razie czas pomyśleć o najbardziej oczywistym rozwiązaniu - odparła, zgrabnie obierając jabłko i tworząc przy tym długą spiralę skórki. - Nie rozumiem, dlaczego nie zgadzasz się, żebyśmy karmili służbę koniną. Mięso ma doskonałe wartości odżywcze, a...
- Nie zrobię tego i nie wracajmy do tematu.
W drzwiach ukazała się Petite z koszem jaj.
- Rozmawiacie o Hongrze?
- Nie należy przerywać starszym, mademoiselle - oznajmiła Franciszka, dzieląc jabłko na pół i wycinając gniazdo nasienne. - Ale nie, nie mówiliśmy o Hongrze - chociaż, tak na marginesie, Wawrzyńcu, jego też powinieneś się pozbyć. Ten stary koń nic nie robi, tylko je.
- Jeszcze nie teraz, Franciszko - odparł Wawrzyniec, wzdychając.
- Mówiliście o Diablo. - Petite postawiła gwałtownie koszyk na ziemi.
- Ostrożnie. - Franciszka zaniepokoiła się na widok dwóch rozbitych jaj.
- Maleńka, twoja matka ma rację. Podchodzi do sprawy praktycznie.
- Ale ojcze - nie Diablo!
Wawrzyniec naciągnął kapelusz na uszy.
- Jutro wyjeżdżamy do Amboise. Kiedy wrócimy, trzeba będzie się tym zająć.
Kra! - rozległo się ostrzegawcze krakanie wrony.
Petite, otulona utkanym w domu wełnianym pledem, podniosła wzrok. Trzy granatowoczarne wrony siedziały na gałęziach wiązu pod skupiskiem gniazd ulepionych z patyków i błota.
Kra! Kra!
Dziewczynka odwróciła się, żeby popatrzeć, jak ojciec sprawdza uprząż zamocowaną do odkrytego czterokołowego powozu.
- Kiedy wrócicie? - zapytała i wyciągnęła rękę, by pogłaskać szyję starego konia należącego do papy. Hongre drzemał w promieniach porannego słońca, lejce zwieszały się przez szprychy koła. Zakryta dwukółka była już gotowa do drogi, wypakowana kuframi i pościelą.
- To zależy - odparł Wawrzyniec. Przesunął skórzany pas o dwie dziurki bliżej i pociągnął, by upewnić się, że trzyma.
Petite spojrzała prosto w blade oczy ojca.
- Nie chcę, żebyś zabijał Diablo, ojcze.
- Koń musi być przydatny.
- Można go oswoić. Modliłam się za niego.
- Jest niebezpieczny. Nie chcę, żebyś cokolwiek przy nim robiła - rozumiesz? Zabraniam ci - dodał, po czym pochylił się nad córką. - Nie wolno ci się do niego zbliżać. A teraz wracaj do środka, bo się rozchorujesz.
Petite podbiegła do prowadzących do dworu schodów i ukucnęła, obejmując się za kolana. Na kocich łbach, którymi wyłożono dziedziniec, leżało pełno kolorowych, jesiennych liści. Pomiędzy nagimi gałęziami drzew dziewczynka dostrzegała zarys rzeki, z brzegami porośniętymi mchem i paprociami.
Nagle otworzyły się wielkie drzwi frontowe i z wnętrza buchnęło ciepłe powietrze, pachnące wanilią.
- Tutaj jesteś - powiedziała Franciszka karcącym tonem. Pod suknią i płaszczem miała fiszbinowe obręcze, więc była zmuszona odwrócić się bokiem, by zmieścić się w drzwiach. Tuż za nią pojawili się guwerner oraz Jan, sztywny w swoim niedzielnym stroju - znoszonym dublecie3 z żółtego aksamitu oraz przyciasnych pantalonach.
- Ale wcale nie jest mi zimno, matko - odparła Petite, szczękając zębami. Przesunęła się szybko, żeby zrobić miejsce wychodzącym.
- Pozwól tu, Janie - zawołał Wawrzyniec, wkładając bat w uchwyt.
Jan pospieszył w stronę ojca, a guwerner pomógł Franciszce zejść po schodach. Usztywniona fiszbinami suknia podnosiła się i opadała przy każdym stopniu. Na dole schodów kobieta się odwróciła.
- Sprawuj się dobrze, Ludwiko - powiedziała, wskazując na nią dłońmi ukrytymi w mufce z cętkowanej króliczej skórki. - Żadnych psot. Żadnego wspinania się na drzewa. Żadnych szaleństw.
Kra! Kra! - odezwały się czarne wrony i odleciały.
1 Boecjusz, O pocieszeniu..., przeł. ks. dr T. Jachimowski, Poznań 1926 [przyp. tłum].
2 Mój Boże! [przyp. red.].
3 Rodzaj kaftana, z rękawami lub bez [przyp. tlum.].
Kiedy wszyscy wyjechali, zrobiło się niezwykle cicho. Blanka postawiła na żółtym kuchennym stole naczynie dla Petite. Dziewczynka wybierała łyżką jedwabisty budyń i modliła się: Panie, potrzebne mi wskazówki. Zamknęła oczy, czekając na jakiś znak.
- Skończyła panienka z książkami ojca? - zapytała Blanka, zabierając drewnianą miskę.
Ta książka o koniach. Oczywiście.
- Już idę skończyć - powiedziała, podskakując.
W gabinecie ojca panowała ciemność. Petite po omacku doszła do okna i przez chwilę mocowała się, by otworzyć okiennice. Promienie słońca oświetliły posążek Maryi Panny obciążający stertę papierów w rogu biurka papy.
Jeździec stał tam, gdzie go ostatnio widziała, wepchnięty pomiędzy Lekarza domowego a Sztukę jazdy konnej - na półce przy oknie. Petite przeżegnała się i sięgnęła po tom.
Mimo że gruby, nie był wcale ciężki. Przysunęła trzcinowe krzesło do okna, żeby mieć więcej światła, i usiadła wygodnie. Otworzyła położoną na kolanach księgę, przewracając stronice tak długo, aż trafiła na rozdział zatytułowany O magii kości. Większość tekstu udało jej się przeczytać - a przynajmniej zrozumieć, jak działa czar. Zabij ropuchę lub żabę... Ułóż ją w krzewie głogu... Podczas pełni księżyca...
Strzeż się.
Petite poczuła zniechęcenie - ale i zaniepokojenie. Czy czary nie są dziełem szatana? Przypomniała sobie ostrzeżenia, jakich jej udzielano, strzępy rozmów, które do niej docierały, i już chciała odłożyć książkę na miejsce. Ognie piekielne płoną złowrogo. "Nie wolno panience mieć z tym nic wspólnego" - tak powiedział ten Maur.
A co z Diablo? Jak ma go ocalić? Próbowała skusić go ziarnem, kawałkami chleba i jabłka. Modliła się do Jezusa, Maryi Panny i każdego świętego, który przychodził jej do głowy - ale Diablo nadal wierzgał i kopał. Maur mówił, że tylko magia kości mogłaby go zmienić. Czy poskromienie konia może być grzechem?
Następnego ranka po porcji robótek ręcznych (wyszywanie próbnika z trzema cnotami: czystością, pokorą i pobożnością), wypełnieniu obowiązków w stajni i kuchni oraz rytualnym już odstaniu pod boksem Diablo Petite ruszyła wąską ścieżką w stronę rzeki. Mgła opadła, ale dzień nadal był zachmurzony i nienaturalnie ciepły, co groziło deszczem. Szara powierzchnia wody pobłyskiwała srebrem. Jakiś rybak przysnął na drewnianej łodzi po przeciwnej stronie mostu, a długa żyłka wędki zaplątała się w łodygi pałki wodnej.
Dziewczynka ruszyła w górę rzeki do miejsca, w którym jej brat często stawiał sieci. Przy sękatym dębie podkasała spódnicę i włożyła ją za pasek fartucha, po czym zaczęła przedzierać się przez bagniste zarośla. Tuż przy brzegu zdjęła saboty i pończochy, a zimna maź zaczęła przepływać między palcami jej stóp.
Było ślisko. Ostrzegano ją, by trzymała się z dala od wody, słyszała opowieści o Białej Damie, duchu kobiety z Vaujours, odrzuconej przez mężczyznę, która utopiła się z rozpaczy. Jej smutny duch zaciągał dziewczęta do stawów i rzek, topiąc je w podwodnym grobie. Ostatniej zimy, w święto ku czci świętej Katarzyny, zmarła dziewczynka. Sąsiadka Petite, Karolina, widziała Białą Damę niedaleko stawu dla bydła i słyszała jej śpiew - jak twierdziła, przypominał odgłos sowy. Karolina uciekła, ale na plecach czuła dotyk palców zjawy - "jak ugryzienia chrząszcza", powiedziała.
Petite upchnęła pończochy w sabotach. Według księgi musi najpierw zabić żabę lub ropuchę. Śmierć zwierząt nie robiła na niej większego wrażenia - już wcześniej zakładała pułapki na wiewiórki i myszy, żeby karmić nimi zwierzęta, którymi się opiekowała. Polowała z ojcem i bratem na sarny, króliki, wydry, a nawet koty. Tym razem jednak było to coś zupełnie innego. Teraz nie chodziło o łowy dla mięsa.
Ukucnęła w zaroślach, modląc się po cichu. Nagle, jakby w odpowiedzi, zauważyła dwie ropuchy - jedna tkwiła tuż przy kępie mchu, druga wygrzewała się na skale. Gdyby tak sięgnąć po tę bliższą...
Ropucha zsunęła się do wody.
Cierpliwości, napomniała samą siebie Petite. Czekała przez chwilę bez ruchu, a potem powoli sięgnęła po zaspaną ropuchę na kamieniu.
Udało się! Stworzenie próbowało walczyć, ale dziewczynka trzymała je mocno. Z trudem pohamowała okrzyk, bo odrazą napawała ją oślizła skóra ropuchy, jej niemrawe, wijące się - zaskakująco silne - ruchy. Petite przydepnęła mocno nogę zwierzęcia i podniosła kamień. Ropucha zaczęła się gwałtownie wić, próbując odzyskać wolność. Dziewczynka zamknęła oczy i uderzyła. Ropucha drgnęła, po czym zastygła w bezruchu. Petite, trzęsąc się, otworzyła oczy - z pękniętej czaszki płaza sączyła się jakaś ciecz. Nagle noga zwierzęcia drgnęła, więc dziewczynka odskoczyła do tyłu. Zwymiotowała w trzciny, a po policzkach popłynęły jej łzy.
Dopiero po chwili ropucha zupełnie przestała się ruszać. Petite wolała się jednak upewnić. Podniosła ją za nogę, ale zaraz upuściła, bo stworzenie wierzgnęło. Dziewczynka trąciła je patykiem - było martwe, co nie ulegało wątpliwości. Ponownie podniosła ropuchę, tym razem chwytając ją przez fartuch, żeby nie dotykać śliskiej skóry, i ruszyła w stronę domu.
Według księgi powinna zostawić ją na noc w krzaku - koniecznie głogu. Wiedziała, że głóg rośnie obok kurnika.
Kiedy weszła do kurnika tylnym wejściem, okazało się, że w środku jest pomywaczka. Petite owinęła ropuchę fartuchem, żeby ją ukryć.
- Blanka wszędzie szukała panienki - odezwała się pomywaczka. Kury dziobały ją po stopach.
- Brat poprosił, żebym zdjęła jego sieci - skłamała dziewczynka. Kiedy tylko służąca się odwróciła, szybko upchnęła ropuchę pomiędzy gałęziami głogu.
Następnego dnia o świcie pochowa ją pod mrowiskiem. Wtedy pozostanie jej już tylko czekać na pełnię księżyca.
Kolejne dni - i noce - mijały powoli. Petite często wymykała się po ciemku z łóżka, by obserwować księżyc ze swojego okna na poddaszu, zupełnie jakby miała nadzieję, że to przyspieszy jego przemianę. Nów, sierp, pierwsza kwadra, księżyc garbaty: zbliżała się właściwa pora.
Wreszcie któregoś dnia o zachodzie słońca Petite dostrzegła, jak nad odległymi wzgórzami wstaje księżyc w pełni. Odmówiła modlitwy i położyła się do łóżka, czekając, aż pomywaczka zaśnie i w domu zapanuje cisza.
Wydawało jej się, że czuwa całą wieczność. Wreszcie rozsunęła zasłony wokół łóżka. Podeszła na palcach do okna i otworzyła okiennice. Księżyc był widoczny w całej swej okazałości, oświetlając okolicę nieziemską poświatą. Zabrała saboty i pelerynę i wymknęła się po schodach na dół.
Ciemne kontury drzew otaczały stajnię niczym strażnicy. Petite wzięła głęboki oddech, wypełniając płuca nocnym powietrzem, uspokajając serce, kołaczące na myśl o nocnych zjawach. Minąwszy trzy słupki ogrodzenia za bramą i wykonawszy dwa potężne susy, znalazła się przy mrowisku. Tak długo grzebała w nim palcami, aż trafiła na ropuchę, z której zostały tylko kości. Poczuła ulgę, że mrówki dobrze wykonały swoje zadanie. Strzepnęła kilka owadów, które przykleiły się do małego szkieletu, i oczyściła go z piasku. Poczuła czyjś oddech na karku, usłyszała, jak za plecami trzasnęła gałązka. Mimo przerażenia zmusiła się, by nie spoglądać przez ramię. Pamiętała dobrze, co mówiła księga: nie wolno jej spuszczać szkieletu z oka, nawet na sekundę.
Niełatwo było dotrzeć w ten sposób do rzeki, skoro cały czas musiała wpatrywać się w drobne kosteczki. Dwukrotnie się potknęła, raz nawet upadła na kolana. Zmroziło ją zawodzące pohukiwanie sowy - nawoływanie Białej Damy - ale i tak nie spuściła ich z oka.
Dotarła do brzegu rzeki i przytrzymując się jedną ręką gałęzi olchy, wpuściła szkielet do wody. Popłynął wraz z nurtem w dół rzeki i zniknął. Ukucnęła, modląc się, patrząc, czy płynie do niej z powrotem, ale niczego nie widziała. Czarna tafla wody błyszczała w świetle księżyca.
Panie, Stwórco świata, całe życie jest w Twoich rękach, modliła się rozpaczliwie. Wiedziała, jaki los czeka Diablo: poderżnięte gardło albo pistolet przystawiony do głowy. Widziała to już wcześniej, przyglądała się powolnym, zdecydowanym ruchom ojca, jego zaciśniętym szczękom. Pamiętała chwilę ciszy, która potem następowała, widok ręki papy na głowie zwierzęcia, kiedy czekał, aż przestanie się ruszać, aż zaniknie pulsowanie jasnej krwi.
Czy zwierzęta mają duszę? Czy Diablo pójdzie do nieba? "Celem życia jest przygotowanie do śmierci", uczył ją papa - uniknięcie ognia piekielnego, doświadczenie radosnej śmierci. Petite nie chciała, żeby Diablo umarł. Ocierała załzawione oczy wierzchem dłoni, gdy nagle dostrzegła jakiś biały kształt tuż przy brzegu rzeki, coś, co utkwiło między kamieniami.
- Dziękuję ci, Panie - szepnęła, był to bowiem fragment kości ogonowej, tak jak nakazywała księga.
- Na targu mówili, że królowa matka jest bardzo chora w Amboise - powiedziała pomywaczka, dokładając do paleniska w kuchni.
- Może więc ojciec będzie musiał zostać dłużej - odezwała się Petite, obserwując drzwiczki pieca. Upchnęła kość ropuchy za żeliwnym naczyniem i teraz musiała ją wyjąć tak, by żadna z dwóch służących tego nie zauważyła.
- Panienka mówi tak, jakby nie chciała powrotu rodziny - skarciła ją Blanka i uszczypnęła dziewczynkę w policzek. - Niech panienka nie myśli, że nie widzę, jak się panienka wszędzie kręci.
- To przez tego Białego - wyjaśniła pomywaczka i upiła łyk ciepłego piwa, zanim postawiła je na stole przed dziewczynką.
- Na widok tego konia cała się trzęsę ze strachu - powiedziała Blanka. - On jest opętany.
- Oracz mówi, że nasz pan poderżnie mu gardło po powrocie - odparła pomywaczka i otarła usta wierzchem dłoni. - Twierdzi, że panienka układa w boksie święte przedmioty.
- Co panienka robi? - Blanka chwyciła Petite za ramię.
- Nic - odparła dziewczynka. Muszę przeczekać, aż wyjdą, pomyślała.
Później, kiedy Blanka i pomywaczka rozmawiały przy drzwiach z domokrążcą sprzedającym proszek do zębów, wstążki oraz inne towary, Petite udało się wyjąć kość z nagrzanego pieca. Tylko skąd miała mieć pewność, że kość jest dobrze wypieczona? Dziewczynka ją powąchała - nie wyczuła żadnego zapachu, ale uznała, że następnego dnia - dla pewności - jeszcze ją podpiecze.
Jednakże rano napotkała poważne trudności. Po tym, jak do pieca włożono ciasto na chleb, służąca wraz z pomywaczką krzątały się po kuchni, przygotowując kurczaki do uwędzenia na zimę. Na kamiennym palenisku stał wielki gar do oparzania drobiu. Do jednej misy wkładano pióra, do kolejnej wnętrzności, a w dużym zbiorniku przy drzwiach lądowały nóżki. Powietrze wypełniał piżmowy zapach pierza.
Petite trzymała się z dala od tego zamieszania. Usiadła w kącie, segregując rajskie jabłuszka. Wrzucała zgniłe owoce do wiadra dla świń, jednocześnie czekając, aż nadarzy się stosowna okazja. Ukryła kość za słojem z suszonym rozmarynem, stojącym na półce przy palenisku. Teraz musiała jakoś umieścić ją w piecu. Wreszcie Blanka wyszła tylnym wyjściem za potrzebą, a w kuchni została tylko pomywaczka.
Dziewczynka podniosła najsłabsze szczenię z miotu, które zostawili, i przycisnęła je do twarzy, warcząc wraz z nim dla zabawy.
- Oj! Ugryzł mnie! - zawołała i upuściła szczeniaka do balii z piórami.
- Co panienka robi najlepszego? - Pomywaczka zaczęła machać zakrwawionymi rękoma, by odpędzić latające pierze. - Ależ bałagan.
Kiedy służąca rzuciła się za psem, Petite wyjęła kość zza słoika.
- Uwielbiam patrzeć, jak chleb się piecze - powiedziała, otwierając wielkie drzwi pieca, po czym wsunęła kostkę za naczynia. - Nec cesso, nec erro - szepnęła po łacinie, by dodać sobie pewności: "Nie słabnę, nie błądzę".
* * *
Kiedy Blanka wraz z pomywaczką wieszały kurczaki w wędzarni, Petite wymknęła się do kuchni, żeby wyjąć kość. Zaniepokoił ją widok trzech bochnów chleba wyłożonych na parapecie do ostygnięcia. Otworzyła drzwi pieca. Nadal był ciepły, ale... pusty.
Gdzie jest kość? Petite wyciągnęła ruszt i zaczęła macać tłuste brzegi formy.
- Panienka stąd ucieka - usłyszała za plecami grzmiący głos Blanki.
Dziewczynka wstała z rękoma oblepionymi sadzą.
- Na litość boską, co panienka robiła? - Blanka spojrzała na Petite swoim jedynym zdrowym okiem.
- Blanko! - zawołała pomywaczka z podwórza.
Petite wbiła wzrok w podłogę. Jest! W szczelinie między deskami dostrzegła fragment kości. Szybko nakryła go stopą.
- Blanko! Koza poleciała za psem!
- Mon Dieu! Jak nie jedno, to drugie - mruknęła służąca i wyszła, trzaskając drzwiami.
Petite ukryła się w ciemnej spiżarni i utłukła upieczoną kość w marmurowym moździerzu, w którym jej matka zwykle kruszyła zioła. Dodała odrobinę oliwy i łyżką przełożyła miksturę do pudełka na szpilki, które opróżniła trzy dni wcześniej. Następnie przeszła na palcach do swojej izby na poddaszu i ukryła pojemnik w obcasie sabota. Jutro, pomyślała, wsuwając drewniak pod łóżko.
Piejący kogut wytrącił Petite ze snu i dziewczynka zeszła po cichu na dół, starając się nie obudzić Blanki, która spała na sienniku w kuchni. Przez chwilę stała na stopniach, drżąc i nasłuchując duchów. Aż się zachłysnęła, słysząc łopot skrzydeł. Jak się okazało, znad lasu uniósł się potężny ptak. Serce biło jej jak oszalałe. Chwyciła pudełko na szpilki zębami, a sama przeżegnała się i pobiegła przez podwórze do stajni. Otworzyła skrzypiące drzwi i weszła do środka.
W stajni panował mrok. Petite nie widziała Diablo, ale słyszała, jak uderza ogonem o deski. Oczy zaczęły jej łzawić, gdy poczuła gryzący zapach moczu. Blask księżyca wpadający do środka przez niewielkie okienko oświetlił wnętrze i dziewczynka zauważyła w jego poświacie łeb ogiera.
Ruszyła po omacku w stronę boksu i zatrzymała się przy wejściu, czekając, aż jej wzrok przyzwyczai się do ciemności. Może powinna wejść po barierce? Wtedy znalazłaby się poza zasięgiem jego kopyt - ale też bliżej zębów.
Nie, nie ma łatwego rozwiązania, żaden sposób nie był bezpieczny. Odmówiła modlitwę i odsunęła zasuwę. Weszła do boksu, zatapiając się po kostki w odchodach. Koń położył uszy do tyłu i przyglądał się jej nieufnie.
Dziewczynka otworzyła pudełko.
- Witaj - powiedziała cicho, wcierając miksturę w palce. - Nie bój się - dodała, wyciągając drżącą rękę. - Mogę cię ocalić - szepnęła i zrobiła ostrożny krok do przodu. A potem drugi.
Wreszcie znalazła się u jego boku. Był wyższy, niż sobie to wyobrażała.
- Witaj. - Petite czuła, że go zna. - Witaj, mój piękny i odważny.
Powoli, tak by go nie przestraszyć, podstawiła tłusty palec pod jego nozdrza.
- Witaj, śliczny - powiedziała. Włożyła mu palec do pyska i wyczuła język. - Ukochany - szepnęła, wcierając tłustą maź w pysk i klatkę piersiową konia.
Pochylił nad nią łeb, a ona przytuliła twarz do jego szyi, wdychając zapach. Ogarnęła ją fala radości. Czar zadziałał, odtąd Diablo należał do niej. Poskromiła go - teraz będzie jej posłuszny.
Dziękuję ci, Panie, pomyślała. Wiedziała jednak, że to nie Bogu należą się podziękowania, lecz diabłu.
Petite siedziała na grzbiecie Diablo, kiedy przed boksem pojawił się stary oracz.
- Cccooo...! - zaczął, upuszczając wiadro z wodą. - Que diable!1- dodał i szybko się przeżegnał.
Petite się wyprostowała. Biały zarżał cicho i zgiął szyję, żeby powąchać jej stopę. Pogłaskała go po uszach, a potem chwyciła za grzywę i ześlizgnęła się na dół, szukając sabotów w stercie łajna.
- Teraz będzie można wyczyścić jego boks - powiedziała do oracza i pogłaskała Diablo po szyi. - Na pewno spodoba mu się dzisiaj na zewnątrz - dodała, rozczesując palcami skłębiony lok na czole konia.
Zadzwonił kuchenny dzwonek.
- Mademoiselle, jak panienka... - wyjąkał mężczyzna, zupełnie oniemiały.
- Mówiłam przecież, że da się go oswoić.
- Blance nie spodoba się widok peleryny panienki - zauważył, spoglądając na poplamioną dolną krawędź.
- Muszę teraz zjeść owsiankę - odezwała się Petite do Białego. - Chodź, wyprowadzę cię na zewnątrz. - To powiedziawszy, otworzyła drzwi boksu, a koń ruszył z nosem tuż przy jej ramieniu i wkrótce znalazł się na rozświetlonym porannym słońcem podwórzu.
Kiedy mijali oracza, ten na wszelki wypadek odskoczył do tyłu.
- Zaprowadzę go na wybieg - tam, gdzie zwykle pasie się Hongre - powiedziała.
- Coś panience spadło. - Oracz podniósł pudełko po szpilkach.
- Dziękuję - odparła i zaczerwieniona podbiegła odebrać zgubę.
Później, po owsiance i małym piwie, po wysłuchaniu długiego łajania i utyskiwania, po obowiązkach, obowiązkach i jeszcze raz obowiązkach, Petite wyczyściła Białego, uczesała mu grzywę i ogon, a blizny na zadzie posmarowała maścią. Niechętnie wróciła do domu na posiłek, a potem znów wymknęła się do stajni i dopiero gdy w domu zapłonęły świece, powiedziała ogierowi dobranoc, wchłaniając jego ciepły zapach.
Wieczorem zapadła w głęboki sen, z pudełkiem po szpilkach wepchniętym pod poduszkę.
Obudził ją pomruk - ale nie warczenie psa, tylko jakiś głębszy dźwięk, niemal wyrażający zadowolenie. Usiadła na łóżku. Coś było w jej izbie.
- Mademoiselle? - zawołała pomywaczkę. Nikt jej nie odpowiedział.
Pomruk dochodził spod łóżka. Zawołała znowu, ale z posłania służącej nie dochodziły żadne dźwięki. Pewnie się gdzieś wymknęła i Petite była sama. Coś przeleciało z trzepotem tuż przy jej głowie. Dziewczynka drżącymi rękoma chwyciła wiszący nad łóżkiem krzyż, po czym schowała się pod pierzyną i wpatrywała w ciemność, kurczowo przyciskając do siebie krucyfiks.
Gdy obudziła się rano, miała wrażenie, że śniło jej się skrzydlate stworzenie o żelaznych szponach. Nawiedził ją demon.
Zanim zebrała jajka, zakopała pudełko po szpilkach w ziemi, przy swoim kamiennym domku, i przykryła je kamieniami. Święty Michale, chroń mnie przed złymi duchami. Błagam. Amen. A potem poszła do swojego konia.
1 Co u licha! [przyp. red.].
Wawrzyniec de la Valli?re zbliżał się do swojej posiadłości na grzbiecie starego Hongre'a. Tuż za nim, w otwartym powozie, jechali Franciszka, Jan oraz jego guwerner.
Ostatnie trzy tygodnie obfitowały w wydarzenia. Królowa matka przybyła do Amboise rozpalona gorączką i trzykrotnie trzeba było upuszczać jej krew. W pewnej chwili sprawiała wrażenie opętanej i jej służba wezwała kapłana, żeby odpędził demony. W noc poprzedzającą przyjazd królewskiego orszaku we wsi zauważono diabła pod postacią kozy. Dzięki Bogu, Wawrzyniec pomyślał o tym, żeby zabrać ze sobą łapę królika. Zarządził więc wyjęcie kostki brukowej przed wejściem do château1 i tam spalił talizman. Był niezwykle podekscytowany myślą, że być może ocalił życie królowej matki.
Jego żona nie była jednak w najlepszym nastroju. Poprzedniego wieczoru Wawrzyniec został przez nią srodze zrugany. To prawda, że na skutek niefortunnych okoliczności Franciszka nie została przedstawiona Jej Wysokości - ale czy można było mieć o to pretensje? Królowa matka cierpiała na napady choroby i gorączki. Jeśli zaś chodzi o Jana, zrozumiałe, że król i jego brat nie mogli zadawać się z miejscową szlachtą. Sam Wawrzyniec zaledwie kilka razy miał okazję zobaczyć monarchę. Mówiło się, że Jego Królewska Mość - mimo młodzieńczego wieku - wyleczył setki ludzi z królewskiej choroby2, a deformujące kark narośla ustępowały pod jego dotykiem. (Ach, cóż to musiał być za widok!).
A potem Franciszka żołądkowała się o pieniądze. To prawda, że Wawrzyniec puścił sporą sumę na przywitanie rodziny królewskiej - wynajął muzyków, zamówił chorągwie i czapraki - ale był to przywilej, zaszczyt. Tego jednak jego żona nigdy nie zrozumie, gdyż to trzeba mieć we krwi.
- Skoro już musiałeś wydać pieniądze, powinieneś był odzyskać moje perły - powiedziała, żądając, by wyprosił łaskę u królowej matki. W końcu uratował Jej życie i należało mu się pewne uznanie. Tylko czyż służba Jej Wysokości nie była wystarczającą nagrodą?
Wawrzyniec patrzył z podziwem na osławione drobne dłonie królowej matki złożone do modlitwy, kiedy leżała na łóżku, wsparta na jedwabnych poduszkach z frędzlami. Mimo podeszłego wieku i tęgiej sylwetki widać było od razu, że kiedyś musiała być piękną kobietą. Wawrzyniec został poproszony o zakup gęsto tkanej pościeli dla monarchini. "Kolejny wydatek", marudziła Franciszka. Ale pomyśleć: królowa matka spała na pościeli, której on dotykał własnymi rękoma.
Wawrzyniec poklepał dłonią skórzaną sakiewkę, w której trzymał różaniec. Włożył do niej monetę - podarunek od królowej matki. Złoty luidor3 wyślizgnął jej się z ręki i potoczył po posadzce, aż w końcu podniósł go sam młody król. Królowa matka - cóż za święta kobieta - kazała przekazać ją "temu dobremu człowiekowi". Dłoń króla musnęła jego własną.
- Tylko jeden marny luidor? Tylko tyle ci dała? - płakała Franciszka. - Straciłeś ze sto! Mogliśmy wykorzystać te pieniądze na naprawę przeciekającego dachu, wymienić zbitą szybę w salonie, naprawić komin, żeby można było rozpalić ogień bez wędzenia się w dymie, albo...
Albo wykupić perły Franciszki. Wawrzyniec pobudził Hongre'a ostrogami, aby szybciej przebiegł przez most. Franciszka. Była taka młoda i jak zawsze śliczna, Wawrzyniec bardzo chciał, żeby była szczęśliwa. Jednak po stracie dziecka ulegała ciągłym wahaniom nastroju.
- Papa? - usłyszał wołanie syna. Zbliżali się już do bramy posiadłości.
Wawrzyniec obejrzał się. Franciszka stała w powozie, przytrzymując się ramienia Jana.
- Zrób coś, Wawrzyńcze! - wskazała na dom i wybuchnęła płaczem.
Mężczyzna odwrócił się i z wrażenia aż mu dech zaparło. Przy wjeździe na dziedziniec zobaczył bowiem swoją córkę - na grzbiecie Białego.
Wawrzyniec przeżegnał się. Mon Dieu! Cóż za cudowny widok! To był Biały, ale wyczesany, umyty, z kolorowymi wstążkami wplecionymi w grzywę i ozdobną derką zrobioną ze starej chusty Franciszki. Ogier unosił wdzięcznie kopyta i poruszał się lekkim krokiem.
- Tak, ojcze - to Diablo - zawołała Petite, uśmiechając się z dumą. Jechała na oklep, bez siodła, z suknią podciągniętą do ud. Na grzbiecie tak potężnego zwierzęcia - tak potężnej bestii - wyglądała niczym skrzat.
- Wawrzyńcze, ten koń ją zabije - usłyszał za plecami płacz żony.
- Zsiadaj! - wrzasnął, przytomniejąc.
- Czyż on nie jest piękny?
- Uciekaj! - zawołał Wawrzyniec, czując, jak ogarnia go panika.
- Ale przecież on jest teraz łagodny - odparła Petite, chwytając luźno wodze. Biały posłusznie schylił łeb, stawiając jedno ucho do tyłu.
- Mówiłem, zsiadaj! - zakomenderował Wawrzyniec. Nagły ból przeszył mu serce.
- Ojcze? - zawołała Petite, kiedy upadł. - Ojcze!
Petite przyglądała się zdezorientowana, jak ojciec zgina się wpół i powoli osuwa z konia. Jedna stopa zaczepiła o strzemię. Dziewczynka zeskoczyła z grzbietu Diablo i podbiegła do ojca. Był blady i trzymał się za pierś.
- Nic mi nie będzie, maleńka - powiedział powoli.
Petite starła dłonią krople potu z jego czoła.
- Papa? - Tuż obok nich pojawił się Jan. Wyplątał but ojca ze strzemienia i przejął wodze Hongre'a.
- Wawrzyńcze! - Zawołała Franciszka.
Petite podniosła wzrok: matka biegła w ich stronę, podtrzymując fiszbiny sukni.
- Ten koń - szepnął ojciec, z trudem próbując usiąść.
Petite poczuła na karku ciepły oddech Diablo.
- Witaj, mały - powiedziała, dotykając jego nosa. - Do tyłu - zarządziła, podnosząc dłoń. Biały cofnął się o pięć kroków i stanął nieruchomo.
Wawrzyniec przeżegnał się, nie spuszczając wzroku z wierzchowca.
- Wawrzyńcze, nie możesz umrzeć - odezwała się Franciszka, dysząc po biegu. Uklękła przy mężu. Po jej upudrowanej twarzy spływały łzy.
Umrzeć? Petite zamknęła oczy i zaczęła się cicho modlić.
W ciągu kolejnych mrocznych dni Wawrzyniec powoli wracał do zdrowia.
- Mówiłem, że nie wolno ci zbliżać się do tego konia - skarcił córkę z łóżka.
- Wybacz, ojcze - odparła Petite, układając drwa w wielkim kamiennym kominku. Po chwili wstała i przejechała palcem po napisie wyrytym na półce nad paleniskiem: Ad principem ut ad ignem amor indissolubilis. "Dla króla miłość jest wieczna jak ogień płonący na ołtarzu".
- Maleńka?
Petite odwróciła się.
- Podejdź tu - powiedział i poklepał łóżko.
Petite wspięła się na łoże i usiadła obok ojca, żując końcówkę warkocza. Na świeczniku obok łóżka widniał wizerunek Najświętszej Panienki. Tuż obok stała zamknięta zatyczką butelka, w której matka przygotowała mężowi wodę z paznokciem, puklem jego włosów, a także dwoma gwoźdźmi i dwoma kolcami z krzaku róży. "To zniszczy złego ducha, który próbował zabić ojca", powiedziała do córki. Petite bała się jednak, że to ona jest tym złym duchem, i dlatego dwukrotnie otworzyła butelkę, podczas gdy papa spał.
- Powiedz mi, jak ci się udało - odezwał się ojciec, wyjmując jej włosy z buzi. - Z Białym.
Petite wzruszyła ramionami i zaśmiała się. (Wiedziała, że ojciec nie oprze się jej urokowi).
- Modliłam się i po prostu się stało - odparła. W tym, co powiedziała, było trochę prawdy, jednak głównie kłamstwo.
- To ci się chwali - odparł ojciec. - Ale obiecaj mi jedno: nie będziesz na nim jeździć, dopóki nie wydobrzeję i cię nie nauczę!
Trzy dni później Wawrzyniec zszedł powoli po krętych schodach, przytrzymując się ramienia żony. Jan, Petite, guwerner oraz cała służba powitali go radosnym okrzykiem.
- Patrzcie i podziwiajcie! - powiedział, jakby powstał z martwych, po czym uniósł szlafmycę niczym kapelusz. Był nieogolony i wyglądał jak rozbójnik.
Petite nie posiadała się z radości. Wkrótce znów będzie mogła jeździć na Diablo.
Petite jeździła na padoku pod bacznym okiem ojca. Z dumą poprowadziła Diablo przez stęp, kłus i galop. Poruszał się gładko, nie szarpał ani nie uderzał kopytem o kopyto.
- To koń dla księcia. - Wawrzyniec potrząsnął głową.
To mój koń, pomyślała dziewczynka. O ile pozwalało na to zdrowie papy, szkoliła Diablo każdego popołudnia. Koń był nie tylko nad wyraz żywy, ale także bardzo chętny do pracy. Potrafiła już wykorzystywać jego energię, by uczyć go, jak kroczyć w dużym okręgu, jak zatrzymywać się, cofać i ruszać do przodu. Ku zdumieniu ojca opanował sztukę wykonywania kaprioli4, umiał nawet podskoczyć w górę na wszystkich czterech nogach (co Petite najbardziej lubiła). Po każdej lekcji delikatnie gładziła go z włosem po szyi.
W połowie kwietnia, kiedy trawa była już zielona i oświetlona promieniami słońca, Diablo został wyprowadzony na pastwisko na tyłach posiadłości, a do paszy dodano mu upieczone bochny z mączki i grochu. Wtedy też, wypełniając polecenia ojca, Petite przez godzinę-dwie dziennie przyzwyczajała ogiera do nierówności terenu - najpierw w chodzie, potem kłusie, a na końcu w galopie, od czasu do czasu także przyspieszonym. Wreszcie Wawrzyniec uznał, że wierzchowiec może biegać po świeżo zaoranym polu, i zaczęła się prawdziwa nauka jazdy w terenie, tak by nigdy się nawet nie zachwiał.
- Tylko nie zasłaniaj mu oczu - ostrzegł córkę Wawrzyniec któregoś dnia, leżąc na łóżku z gorącą cegłą na klatce piersiowej. - Wiem dobrze, że tak postępuje monsieur Bosse i niektórzy z naszych sąsiadów, ale pozbawienie źrebaka możliwości widzenia odbiera mu radość i wzbudza nadmierny lęk.
- Tak, ojcze - powiedziała Petite, pragnąc ze wszystkich sił wyjechać z Diablo poza pastwisko. Tak bardzo chciała zobaczyć, jak szybko można na nim jeździć.
- Dość już tej końskiej gadki - przerwała Franciszka, wchodząc do izby z koszem do robótek. - Ludwika ma już prawie siedem lat, czas, żeby zaczęła zachowywać się, jak przystało na dziewczynkę. - To powiedziawszy, podała córce niedokończoną robótkę.
- Czystość, pokora, pobożność - jęknęła Petite.
Petite ze śpiewem na ustach szła w górę wąskiej ścieżki prowadzącej do wybiegu, na którym pasł się Diablo. Wiosenny las był usiany konwaliami, barwinkiem, a pośród ostrokrzewów rosły niebieskie orchidee, które Petite nazywała "spełniającymi życzenia". Dziewczynka zauważyła wąskie ścieżki, wydeptane przez króliki i ginące wśród skał, a także ślady kopyt w miejscach, gdzie jelenie wskoczyły na dróżkę. Melodyjne ćwierkanie wiosennych ptaków mieszało się z rytmicznym postukiwaniem dzięcioła i wrzaskiem sójek.
Diablo zarżał, kiedy Petite wynurzyła się z lasu. Dziewczynka przeszła przez ogrodzenie i stanęła, czekając, aż do niej podbiegnie. Wykonała gest dłonią, a on przed nią uklęknął - powoli i niezgrabnie. Przycisnęła twarz do jego szyi, pogłaskała go po aksamitnym pysku, a potem wślizgnęła się na jego grzbiet i poleciła, by wstał, gołymi łydkami ściskając jego boki. Przez chwilę siedziała spokojnie, napawając się widokiem łagodnie opadających wzgórz, rzeki, lasu. Czuła się jak bogini Diana, nieustraszona i silna.
Nie musiało upłynąć wiele czasu, by Petite zorientowała się, że wystarczy, iż pomyśli "wolniej", a Diablo zwalnia, gdy pomyśli "galop" - galopuje, a "cwał" - zaczyna pędzić niczym koń wyścigowy. Tak samo szybko zorientowała się, że nie potrzeba jej wędzidła, nie wspominając o ogłowiu, że Biały reaguje na najlżejszy nawet dotyk jej łydek. Na jej polecenie był gotów pokonać każdą przeszkodę, czy to kępę krzaków, czy rów. Ufał jej bezgranicznie. Tego dnia uznała, że opuszczą pastwisko, pojadą w górę wzgórza, prosto w las.
Przećwiczyła z nim wszystkie kroki, a potem kazała mu galopować, kierując go w stronę obniżonego ogrodzenia.
- Tak, tak - powiedziała i złapała go za grzywę, kiedy poszybował ponad płotem, a potem popędził w górę ścieżki. Od pędu powietrza oczy zaszły jej łzami. Zupełnie jakby frunęli w powietrzu! Na grzbiecie wzgórza Diablo zwolnił, a potem się zatrzymał. Petite opadła mu na szyję, osłabiona od nadmiaru emocji.
Jakiś szmer przestraszył konia, więc dziewczynka obejrzała się za siebie: to ten cherlawy szczeniak biegł leśną dróżką, dysząc i machając ogonem. Petite jęknęła: będzie musiała odprowadzić go do domu. Zawróciła Diablo w stronę ścieżki, która kończyła się za stajnią.
Diablo zwolnił do zupełnie spacerowego tempa. W drodze powrotnej Petite zaczęła śpiewać Ave Maria, a jej nogi kołysały się z każdym krokiem wierzchowca. Szczeniak truchtał tuż za nimi, trzymając się z dala od kopyt ogiera. Pokonali cierniste krzaki, a potem błotniste zagłębienie, którego dziewczynka nigdy wcześniej nie widziała. Dzik, który się tu wytarzał, musiał być pokaźnych rozmiarów, wytarł się bowiem o pnie drzew i ślady błota dochodziły bardzo wysoko. Petite postarała się zapamiętać to miejsce: około pięciu susów na północny wschód od kasztanowca, który został ścięty na klepki. Ojciec na pewno będzie chciał o nim wiedzieć. Wraz z trzema znajomymi - mieszkającymi po sąsiedzku szlachcicami - wybierał się zwykle na polowanie w dzień świętego Michała Archanioła, kiedy dzikie świnie były najtłustsze.
- Psiaku! - zawołała, spoglądając za siebie. Cienie wydłużały się, a Petite była na tyle mądra, by wiedzieć, że o zmierzchu lepiej nie zbliżać się do miejsc, w których żerują dziki.
Diablo gwałtownie zastrzygł uszami. Zawróciła go i pojechała tą samą drogą, którą przyjechali. Na zakręcie zauważyła szczeniaka, który na coś warczał. Nagle z zarośli wyskoczył dzik. Uderzył szczeniaka kłem i podrzucił w powietrze, aż krew rozprysła się na liściach. Diablo gwałtownie zahamował, a wtedy Petite przeleciała mu ponad łbem.
Próbowała wstać, jednak ugięła się pod nią lewa noga. Dzik opuścił głowę i spojrzał na nią swoimi małymi oczami. Jeden z jego kłów ociekał jasną krwią. Dziewczynka przycisnęła twarz do ziemi. Zabije ją.
Poczuła, jak ziemia się trzęsie, usłyszała dudnienie i podniosła wzrok. Diablo stanął dęba naprzeciwko dzika i uderzał w niego kopytami. Po każdym ciosie tamten chrząkał i cofał się w las. Ostatecznie Diablo odwrócił się i kopnął, celując prosto w łeb bestii.
Nawet ptaki zamilkły. Diablo podszedł do ciała dzika, powąchał je, a potem odwrócił się do Petite. Dała mu znak, by uklęknął, i niemal mdlejąc z bólu, wdrapała się na jego grzbiet. Ruszyli powoli w stronę domu.
W ciągu kolejnych długich tygodni Petite nie wiedziała, co gorsze: marudne reprymendy matki czy bolesne zabiegi felczera, który najpierw nastawił jej złamaną kostkę, a potem upuścił jej krew ze stopy.
Przez ponad dwa tygodnie Petite leżała w salonie na sofie z nogą w łubkach, wspartą na poduszkach. Dni bardzo się jej dłużyły. Gdyby nie lekcje z papą (postanowił, że nauczy ją czytać po łacinie), chyba umarłaby z nudów.
Później przez ponad miesiąc kuśtykała o kulach z nogą unieruchomioną między deseczkami. Wreszcie można było zdjąć łubki. Petite wsparła się na lasce z drewna orzechowego i przeniosła ciężar ciała na obie nogi. Od razu przewróciła się na bok.
- Jak wiejski głupek - zaśmiał się Jan.
- Synu! - rzucił Wawrzyniec ostrzegawczo.
Franciszka zalała się łzami.
Petite odwróciła się w stronę matki. Gdyby tylko potrafiła uspokoić ją tak samo łatwo, jak poszło jej uspokajanie konia. Dobrze chociaż, że zdjęto jej te okropne łubki i wreszcie mogła stanąć. Zrobiła dwa ostrożne kroki.
- Wawrzyńcze, dlaczego ten doktor nie potrafił nastawić jej nogi? - zapytała Franciszka. - Przecież dobrze mu zapłaciliśmy.
- Wszystko będzie dobrze, Franciszko.
- Ale jej lewa noga jest krótsza. Będzie chroma.
- Po prostu potrzeba jej ćwiczeń. Jak się czujesz, maleńka?
- Nie boli mnie - skłamała dziewczynka. - Mogę znów jeździć na Diablo?
- Już nigdy więcej nie wsiądziesz na tego konia - odparła matka.
- Ale przecież Biały ocalił życie naszej córki - zaoponował Wawrzyniec.
- Zaczynam podejrzewać, że oboje jesteście zaślepieni - powiedziała Franciszka, szurając w kominku szczypcami. - Nic by się nie stało, gdyby Ludwika zajęła się robótkami zamiast koniem.
- Franciszko, uspokój...
Ale Franciszka uderzyła szczypcami o kamienne palenisko.
- Przestań mi mówić, żebym się uspokoiła! Nic nie jest tak, jak powinno być, odkąd przyprowadziłeś tego konia. Najpierw ty i te twoje bóle, a teraz nasza córka jest chroma. To zwierzę sprowadziło przekleństwo na nasz dom i doskonale sobie z tego zdajesz sprawę!
Petite siedziała w salonie nad kanwą do haftowania, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Miała recytować dziesięć przykazań podczas pracy (nie będziesz miał bogów cudzych, nie będziesz brał imienia Pana Boga swego nadaremno, dzień święty święcić, czcić ojca swego i matkę swoją, nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij...), zamiast tego jednak marzyła o Diablo, wyobrażała sobie, jak w przyszłym tygodniu na targu we wsi bierze udział w wyścigach i wygrywa główną nagrodę. Przekazałaby pieniądze matce, a ta z pewnością pochwaliłaby Diablo (i ją przy okazji).
Pukanie nie ustawało.
- Ja otworzę, matko - zawołała Petite, rozglądając się w poszukiwaniu kuli. Był szczególny dzień, piąty września, i dziewczynka sądziła, że pukanie ma coś z tym wspólnego. Tego dnia król kończył trzynaście lat. Osiągał pełnoletność, jak wyjaśnił jej ojciec rano przed modlitwą. Tego dnia królowa matka miała uklęknąć przed swoim synem i ucałować jego dłoń. Nawet w tak odległej wiosce jak ta, w której mieszkali, planowano uroczyste świętowanie.
- Cóż za łomot - powiedziała Franciszka, schodząc po krętych schodach. To ona jako pierwsza dotarła do drzwi. Na schodach stał stary oracz, trzymając w dłoniach podarty filcowy kapelusz. - Po cóż tak walicie w drzwi? - zapytała matka. - Zresztą, macie przychodzić od kuchni.
- Tak zrobiłem, madame, ale nikt nie otwierał, więc przyszedłem od frontu. Pan Wawrzyniec de la Valli?re - jest w stajni. On... - Starszy człowiek ukrył oczy w zgięciu ręki. - On... nie żyje.
Franciszka zamarła.
- To niemożliwe - odparła gniewnie.
- Przed chwilą go znalazłem. Jest zimny jak lód.
Petite upuściła kanwę i rzuciła się biegiem do stajni. Przez podwórze podskakiwała z pomocą kuli. Niech to nie będzie prawda... Niech to nie będzie prawda... Boże, błagam, żeby to nie była prawda.
Drzwi od stajni stały otworem. Petite zatrzymała się na chwilę, żeby uspokoić oddech. Wiatr szumiał w drzewach, trzy kury podeszły, gdacząc i wpatrując się w niebo. Petite miała wrażenie, że znów słyszy ten głuchy warkot, i obróciła się na pięcie z bijącym sercem. Błotniste podwórze omiótł cień jastrzębia.
Dziewczynka weszła do stajni.
Ojciec leżał na posadzce, zwinięty w kłębek. Miał na sobie odzież stajenną. Obok klęczał Jan, na jej widok podniósł głowę i spojrzał na nią zszokowany.
- Nie odzywa się - powiedział zduszonym głosem, po czym usiadł, opierając się o ścianę. - Chyba nie żyje.
Petite zebrała się na odwagę i spojrzała na twarz ojca. Miał na wpół otwarte oczy i wpatrywał się w Jana, jakby był zaskoczony. Miał też otwarte usta, ale wydawały się wykrzywione grymasem bólu. Dziewczynka dostrzegła coś czerwonego na wargach ojca. Krew.
- A ten twój koń uciekł - odezwał się Jan.
Drzwi od boksu Diablo były otwarte. Petite spojrzała ponownie na ojca. Naprawdę nie żyje? Otworzyła usta, ale wydostał się z nich tylko zdławiony jęk.
Petite schroniła się w gołębniku, kucając w ciemności. Ptaki na chwilę zamilkły, ale potem znów rozległo się ich rytmiczne gruchanie. Ojciec umarł, a Diablo zniknął - dziewczynka wiedziała, że to ona ponosi za to wszystko winę. Jej serce stwardniało niczym kamień.
- Niech panienka wyjdzie - usłyszała męski głos. To stary oracz stał w blasku słońca przed gołębnikiem. Odsunął pajęczynę i wszedł do środka.
- Panienki ojciec leży już w domu. Wygląda spokojnie - powiedział, po czym wziął głęboki, drżący oddech. - Mademoiselle, panicz Jan pojechał do miasta po księdza Barouche'a. Pomyślałem sobie, że panienka chciałaby być w domu, kiedy przyjedzie, żeby odmówić modlitwy i w ogóle.
Petite otworzyła usta, ale nie wydostał się z nich żaden dźwięk. Miała poczucie, że dławi się powietrzem, że za chwilę się udusi.
- Nic ci nie jest, dziecko? - Oracz przysunął się bliżej i spojrzał na nią z zaskoczeniem.
Dziewczynka zamachała palcami przed swoją twarzą. Co jest z nią nie tak? Zaczęła otwierać i zamykać usta niczym umierająca ryba.
- Nie możesz mówić? - zapytał oracz i położył delikatnie rękę na jej ramieniu.
Petite ukryła twarz w dłoniach. Nawet jej płacz był teraz bezgłośny.
1 Zamek [przyp. tłum.].
2 Skrofuloza, gruźlica węzłów chłonnych.
3 Złota moneta francuska [przyp. tłum.].
4 W ujeżdżaniu figura, w której koń wybija się w górę z czterech kończyn i w powietrzu wyrzuca tylne nogi do tyłu.
Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Część I. CZARY
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Część II. SPOWIEDŹ
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Część III. UWODZENIE
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Część IV. ZŁA MIŁOŚĆ
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Część V. UKOCHANY
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Epilog. Maria Anna, 6 czerwca 1710
Od autorki
Podziękowania
Wydawnictwo Bukowy Las poleca
Skrzydełko
Okładka