Kochanka pana Brontë - Finola Austin

Kup ebooka

36.00 zł
29.88 zł (25,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tajemniczy "Rękopis Brontë"...

TAJEM­NI­CZY "RĘKO­PIS BRONTË" ODKRYTY W SZKOLE W YORK­SHIRE

York­shire. Bada­czy i wiel­bi­cieli twór­czo­ści sióstr Brontë mocno poru­szyła wia­do­mość o odkry­ciu manu­skryptu mają­cego jakoby opi­sy­wać od dawna krą­żący w sfe­rze domy­słów romans Bran­wella Brontë, nie­szczę­snego brata słyn­nych sióstr, z żoną jego pra­co­dawcy.

Ste­ven Hill, woźny w szkole im. kró­lo­wej Etel­burgi w York­shire, robiąc porządki w maga­zy­nie przed roz­po­czę­ciem roku szkol­nego, natknął się na ręko­pis. "Był mocno pożół­kły i bar­dzo zaku­rzony", powie­dział repor­te­rom, któ­rzy tłum­nie zje­chali do spo­koj­nej wio­ski Lit­tle Ouse­burn. "A na pierw­szej kar­cie wid­niało tylko jedno nazwi­sko - L. Robin­son. Już mia­łem wyrzu­cić ręko­pis razem z resztą śmieci, ale prze­kart­ko­wa­łem go i zauwa­ży­łem w wielu miej­scach dobrze mi znane nazwi­sko Brontë".

Szkoła kró­lo­wej Etel­burgi jest dumna ze swo­ich związ­ków z rodziną Brontë. Została zbu­do­wana w miej­scu, gdzie stał Thorp Green Hall, dom, w któ­rym pra­co­wali Bran­well Brontë oraz jego naj­młod­sza sio­stra Anne, autorka dwóch powie­ści, Agnes Grey i Loka­torka Wild­fell Hall, mniej zna­nych niż Dziwne losy Jane Eyre pióra Char­lotte i Wichrowe wzgó­rza Emily. Na zakoń­cze­nie ostat­niego seme­stru ucznio­wie wysta­wili sztukę inspi­ro­waną powie­ścią Vil­lette Char­lotte Brontë, nato­miast młod­sze klasy opie­ko­wały się czte­rema oswo­jo­nymi mysz­kami o imio­nach Char­lotte, Bran­well, Emily i Anne.

"Wszy­scy jeste­śmy bar­dzo pod­eks­cy­to­wani odkry­ciem ręko­pisu - powie­dział dziś repor­te­rom rzecz­nik szkoły. Oba­wiamy się jed­nak, że nie cała jego treść jest odpo­wied­nia dla dzieci".

Jeżeli ręko­pis jest rze­czy­wi­ście auten­tyczny, ist­nieje szansa ucię­cia trwa­ją­cych od dwu­stu lat spe­ku­la­cji na temat romansu Bran­wella Brontë z Lydią Robin­son, jed­nego z naj­bar­dziej skan­da­licz­nych epi­zo­dów w krót­kim, lecz zna­czą­cym życiu członka lite­rac­kiej rodziny. Eli­za­beth Gaskell, wik­to­riań­ska pisarka i pierw­sza bio­grafka Char­lotte, opi­suje domnie­maną autorkę ręko­pisu Lydię Robin­son jako "kobietę roz­pustną", która spro­wa­dziła na Bran­wella wielką hańbę, ponie­waż za jej sprawą dopu­ścił się zbrodni.

Rada szkolna musi także brać pod uwagę poten­cjalny zysk ze sprze­daży ręko­pisu. Muzeum rodziny Brontë na ple­ba­nii w Haworth, nie cze­ka­jąc nawet na potwier­dze­nie auten­tycz­no­ści manu­skryptu, roz­po­częło zbiórkę fun­du­szy na zacho­wa­nie dla sie­bie tego nie­oby­czaj­nego świa­dec­twa bry­tyj­skiej histo­rii, pod­czas gdy zamożni ame­ry­kań­scy kolek­cjo­ne­rzy już ponoć oble­gają tę senną angiel­ską wio­skę.

Poko­le­nia miło­śni­ków ksią­żek fascy­no­wała "sza­lona kobieta z pod­da­sza" i nie­prze­mi­ja­jąca miłość Cathy i Heathc­liffa na wrzo­so­wi­skach. Czy nowo odkryta rela­cja pani Robin­son dowie­dzie, że fakty mogą być rów­nie dra­ma­tyczne jak fik­cja?

Rozdział pierwszy

***

Sty­czeń 1843

Już wdowa pod każ­dym wzglę­dem prócz nazwi­ska. Po raz kolejny muszę więc nosić się na czarno.

Nikt mnie nie przy­wi­tał po przy­jeź­dzie, lecz Mar­shall przy­naj­mniej o mnie pomy­ślała. Roz­pa­liła nie­wielki ogień na kominku w moim budu­arze i poło­żyła w sypialni świeży strój żałobny, który na tle bia­łej pościeli wyglą­dał upior­nie. Wygła­dzi­łam fałdę, dotknę­łam dziury w woalce. Zdję­łam ten strój zale­d­wie rok temu, a teraz Śmierć wró­ciła, tym razem niczym spo­dzie­wany, choć nie­chciany gość, a nie jak bru­talny zło­dziej nocą.

Cóż to za powrót do domu. Bez męża w drzwiach, bez dzieci bie­gną­cych pod­jaz­dem.

Całymi godzi­nami sie­dzia­łam sama w powo­zie, sku­lona pod kocami, w bez­na­dziej­nej ciszy, mając za towa­rzy­stwo tylko ponure kra­jo­brazy york­shir­skiej wsi, teraz jed­nak nie star­czyło mi cier­pli­wo­ści, by zadzwo­nić na Mar­shall i na nią cze­kać. Z tru­dem zasznu­ro­wa­łam gor­set i zapię­łam haftki, ści­ga­jąc się z zim­nem. Musia­łam się wygi­nać, żeby mi się udało. Palec u nogi zaplą­tał się w rąbek sukni.

Na pode­ście przed moimi poko­jami było pusto. Wzór na dywa­nie rzu­cał mi się w oczy, jak­bym przy­je­chała po tygo­dniach, a nie po kilku dniach nie­obec­no­ści. Dom zawsze wyda­wał się jakiś obcy po powro­cie, przy­po­mi­nał sce­ne­rię ze snu.

Ale nie tym razem.

W Thorp Green Hall pano­wała nie­zwy­kła cisza. Prze­ni­kała cały dom, tylko z holu docho­dziło tyka­nie szaf­ko­wego zegara. Każdy dom ma wła­sną melo­dię. A nasz? Na jego melo­dię skła­dały się trza­ska­nie drzwiami przez naj­star­szą córkę, sprzeczki o głup­stwa mię­dzy młod­szymi dziew­czyn­kami, tupot stóp Neda, naszego syna, zbie­ga­ją­cego po scho­dach, nie­ustanny brzęk wia­der, ron­dli i tale­rzy prze­sta­wia­nych przez słu­żą­cych. Ale nie dzi­siaj. Gdzie oni wszy­scy się podziali?

Zatrzy­ma­łam się przed zamknię­tymi drzwiami gabi­netu i deli­kat­nie zapu­ka­łam, lecz mój mąż nie odpo­wie­dział, a tym bar­dziej nie wyszedł, żeby się ze mną przy­wi­tać. Choć chyba tam był. Zawsze cho­wał się w gabi­ne­cie. Mogłam sobie wyobra­zić, jak usły­szaw­szy chrzęst żwiru pod kołami powozu, zdej­muje oku­lary, krę­cąc głową, patrzy spod zmru­żo­nych powiek przez okno i widząc, że to tylko ja, wraca do swo­jej księgi rachun­ko­wej.

Nie powin­nam ocze­ki­wać niczego innego. Prze­cież nie poże­gna­łam się z nim przed wyjaz­dem. Gdy mi powie­dział, że nie poje­dzie ze mną do Yoxall, po pro­stu odwró­ci­łam się na pię­cie i wyszłam z pokoju.

- Śmierć two­jej matki trudno uznać za nie­spo­dzie­waną - powie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami, i dodał coś o dobrym życiu, jakie przy­pa­dło jej w udziale.

Miał oczy­wi­ście rację, a tę jego opi­nię podzie­lało wię­cej osób. Matka była stara i chora. Wio­dła szczę­śliwe życie, wycho­wała kil­koro dzieci. Mało kto uznał za sto­sowne pła­kać tak jak ja na jej pogrze­bie.

Gdy po nabo­żeń­stwie roz­pro­szona grupa żałob­ni­ków stała nad jej gro­bem, coś mnie mocno poru­szyło, choć nie byłam pewna, czy to w ogóle był żal po śmierci matki. Wył wiatr. Padał deszcz ze śnie­giem. Moi bra­cia stali przy naszym pobla­dłym ojcu z twa­rzami pozba­wio­nymi wyrazu jak u żoł­nie­rzy. Moja sio­stra była poważna; gdy jej mąż dzię­ko­wał pro­bosz­czowi, spu­ściła wzrok. Ale ja czu­łam gniew, taki, który prze­ja­wił się w żało­snych, zmie­sza­nych z desz­czem łzach i wciąż nara­stał.

Nie zapu­ka­łam jesz­cze raz, zamiast tego poszłam do pokoju do nauki, do dzieci. Potrze­bo­wa­łam ich; chcia­łam, żeby każde mnie uści­snęło, dotknęło, abym mogła poczuć, że żyję.

Lecz gdy tam weszłam, nie mogłam stłu­mić roz­cza­ro­wa­nia.

- Ach, panna Brontë - powie­dzia­łam bez­barw­nym gło­sem. - Nie wie­dzia­łam, że pani wró­ciła.

Nasza guwer­nantka była sama. Wycią­gała wła­śnie książkę spod stołu, lecz gdy weszłam, wypro­sto­wała się.

- Przy­je­cha­łam wczo­raj, pani Robin­son - wyja­śniła. - Mam nadzieję, że przyj­mie pani moje kon­do­len­cje.

Czy to źle dopa­so­wana suk­nia żałobna, czy ona jest jesz­cze szczu­plej­sza niż wtedy, gdy widzia­łam ją po raz ostatni? Jej suk­nia miała za luźne man­kiety i wyraź­nie wisiała wokół talii.

- A pani moje - odpar­łam, uni­ka­jąc wzroku guwer­nantki.

Gdy kilka mie­sięcy temu przy­szedł list wzy­wa­jący pannę Brontë do domu, do umie­ra­ją­cej ciotki, zosta­łam w łóżku z powodu bólu głowy. Mia­łam do niej napi­sać, ale jakoś ni­gdy nie było czasu, bo dom, bo Boże Naro­dze­nie. A może puste słowa nie chciały spły­nąć z mojego pióra teraz, gdy sama musia­łam zno­sić tak wiele.

- Gdzie są moje córki? - zapy­ta­łam, pra­gnąc już zakoń­czyć nasze t?te-a-t?te.

Panna Brontë, na pół zasło­nięta tomem Histo­rii Anglii Rapina, gestem wska­zała zegar na kominku. Było pięć po czwar­tej.

- Wła­śnie skoń­czy­ły­śmy dzi­siej­sze lek­cje godziną aryt­me­tyki - odparła, nie odpo­wia­da­jąc na moje pyta­nie. Wes­tchnę­łam i usia­dłam, a wła­ści­wie osu­nę­łam się na niską, zarzu­coną książ­kami kanapę i zapa­trzy­łam się na doga­sa­jący ogień.

Ni­gdy tu nie przy­cho­dzi­łam, nie chcia­łam prze­szka­dzać pan­nie Brontë, nie zna­la­zły­śmy wspól­nego języka, ale poczu­łam się po raz kolejny odrzu­cona. Gdy przy­była do nas trzy lata temu, led­wie prze­stała być dziec­kiem. Blada, o mysich wło­sach, uni­kała mojego spoj­rze­nia. Myśla­łam, że będę dla niej wzo­rem. Mogłam zostać jej pro­tek­torką, zająć się nią, wpro­wa­dzić do towa­rzy­stwa. Ale raz po raz mnie igno­ro­wała. Wolała samot­ność, swoje książki i szki­co­wa­nie.

Nie zaprze­sta­łam życz­li­wych gestów, dopóki pew­nego dnia nie zna­la­złam przy­pad­kiem jej nie­do­koń­czo­nego listu do sio­stry Char­lotte. Nie powin­nam była go czy­tać i nie zro­bi­ła­bym tego, gdyby panna Brontë mnie nie lek­ce­wa­żyła. Lecz gdy w pokoju do nauki zoba­czy­łam poje­dyn­czą kartkę zapi­saną nie­moż­li­wie sta­ran­nym pismem, a na dole słowo prze­rwane w poło­wie, nie potra­fi­łam się powstrzy­mać. Panna Brontë opi­sy­wała mnie w liście jako "pro­tek­cjo­nalną" i "zado­wo­loną z sie­bie" i oba­wiała się tylko, by moje córki nie wyro­sły na kobiety tak powierz­chow­nie wykształ­cone i pre­ten­sjo­nalne jak ja. Była to zło­śliwa kary­ka­tura, lecz nie mogłam zru­gać tej panny, ponie­waż nie powin­nam była czy­tać jej listu. Tak się dowie­dzia­łam, że nasza skromna panna Brontë wcale nie jest takim nie­wi­niąt­kiem.

- A więc gdzie one są? - powtó­rzy­łam pyta­nie ostrzej­szym tonem.

- Wydaje mi się, że dziew­częta poszły do Neda, do stajni.

Pod­czas nie­obec­no­ści panny Brontë te dzieci przez kilka mie­sięcy robiły, co chciały. Teraz, gdy już wró­ciła, naj­mniej­sze, co mogła zro­bić, to znów je uczyć.

- A dla­czego mój syn i dzie­dzic spę­dza dnie w staj­niach? - zapy­ta­łam, choć młody Ned, niech mu Bóg bło­go­sławi, był chłop­cem zbyt wątłym i pro­stym, by zasłu­żyć na tytuł, który mu przy­słu­gi­wał. Nie był odpo­wied­nio ubie­rany. Prze­zię­biał się. Dzieci bar­dzo lubiły pannę Brontë, ale ona nie doglą­dała ich z macie­rzyń­ską tro­ską.

- Sądzę, pro­szę pani... to zna­czy wiem, że zda­niem pana Brontë chło­piec staje się tam bar­dziej uważny - odparła bez mru­gnię­cia okiem.

Pan Brontë. Oczy­wi­ście. Zapo­mnia­łam, że przy­je­chał z nią jej brat. Miał być nowym guwer­ne­rem Neda, czyli że Edmund zała­twił tę sprawę.

Jak na zawo­ła­nie coś zabęb­niło w szybę okienną, a ja mimo tego wszyst­kiego - mojego zmę­cze­nia, samot­no­ści, pra­gnie­nia, by dołą­czyć do matki w gro­bie - zerwa­łam się na nogi. Panna Brontë i ja, sto­jąc jak naj­da­lej od sie­bie, patrzy­ły­śmy przez okno na grupkę zebraną na dole.

Był tam Ned, bez płasz­cza, w roz­pię­tej kami­zelce. Śmiał się, miał brudną twarz.

Była też Lydia, moja naj­star­sza córka i imien­niczka. Bie­gała, co zupeł­nie do niej nie­po­dobne, z pod­ka­saną sukienką i pele­ryną, tak że widać było buty i poń­czo­chy, a jej sta­ran­nie upięte pukle powie­wały teraz, two­rząc aure­olę wokół twa­rzy.

Kilka kro­ków dalej moje młod­sze córki Bessy i Mary chi­cho­tały do sie­bie.

A pośrodku tego wszyst­kiego młody męż­czy­zna pod­no­sił garstkę żwiru, by ją rzu­cić. Miał nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat, sze­roki uśmiech i takie same rudawe włosy, jak nie­gdyś Edmund.

Uśmiech­nął się pro­mien­nie do Lydii, po czym zawo­łał coś nie­zro­zu­mia­łego, zer­ka­jąc w stronę pokoju do nauki. Oczy miał bar­dziej nie­bie­skie niż panna Brontë i w prze­ci­wień­stwie do sio­stry wyda­wał się pełen życia.

Lecz gdy jego spoj­rze­nie napo­tkało moje, gdy jego wzrok ode­rwał się od sio­stry i Lydii - a moja córka wyglą­dała tak jak ja kie­dyś - uśmiech zgasł. Ręka opa­dła. Kamyki prze­sy­pały się przez palce. Mia­łam wra­że­nie, że sły­szę, jak spa­dają na pod­jazd, choć w pokoju do nauki pano­wała śmier­telna cisza.

Pan Brontë wypo­wie­dział bez­gło­śne prze­pro­siny, jego oczy wyra­żały skru­chę. Lydia opu­ściła sukienkę i przy­gła­dziła włosy. Nawet Ned zapiął jeden guzik kami­zelki, choć na nie­wła­ściwą dziurkę, więc nie­równe poły wyglą­dały komicz­nie.

- Prze­pra­szam, że Bran­well...

- Za co pani prze­pra­sza, panno Brontë? - zapy­ta­łam, odcią­ga­jąc ją od okna za paty­ko­wate ramię. - Uważa pani, że nie doce­niam dobrego humoru? Albo że nie obcho­dzi mnie szczę­ście mojego syna?

- Ja...

- Boję się pomy­śleć, co pani opo­wiada o mnie innym, obcym, skoro uważa mnie pani za taką jędzę. - Nie cze­ka­łam na odpo­wiedź, po pro­stu wyszłam, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi.

Zatrzy­ma­łam się przed gabi­ne­tem i mocno zapu­ka­łam.

Mogła­bym wejść, rzu­cić się Edmun­dowi w ramiona i roz­pła­kać, tak jak pła­ka­łam w ramio­nach matki, gdy byłam dziec­kiem. Ale gdy się ma czter­dzie­ści trzy lata, nie można narze­kać, że świat jest nie­spra­wie­dliwy, że uroda prze­mija i że ci, któ­rych kochasz, umie­rają albo co gor­sza, umiera sama twoja miłość.

Nie weszłam do Edmunda. Tej nocy, sama w swo­ich poko­jach, nie pła­ka­łam.

Z roz­pusz­czo­nymi ciem­nymi wło­sami i nagimi ramio­nami, pró­bu­jąc nie dygo­tać z zimna, sie­dzia­łam długo przy toa­letce, patrzy­łam w lustro i wyobra­ża­łam sobie roz­pro­mie­nione oczy tego mło­dego guwer­nera spo­glą­da­jące na mnie w ciem­no­ściach. Bran­well. Tak mówiła o nim panna Brontë. Co to za imię?

Był czas, gdy po obie­dzie wszy­scy zbie­ra­li­śmy się w biblio­tece lub w przy­le­głym pokoju. Gra­łam na for­te­pia­nie. Dziew­czynki prze­wra­cały strony z nutami. Cza­sami śpie­wały. A Edmund spraw­dzał wie­dzę Neda - wska­zy­wał mu na glo­bu­sie odle­głe rejony i pytał o nazwę każ­dego kraju, kolo­nii, portu.

Od dawna już jed­nak tak się nie działo.

Zamiast tego Edmund wyco­fy­wał się do swego gabi­netu, a ja gra­łam z pamięci do pustego pokoju. Nasze córki szyły lub ryso­wały pod okiem panny Brontë długo po tym, jak ich brata ode­słano do łóżka. Wszyst­kie cztery spę­dzały praw­do­po­dob­nie wie­czory, narze­ka­jąc na mnie, choć nie mogłam być tego pewna.

Gdy trze­ciego wie­czoru po powro­cie po raz pierw­szy wybra­łam się do dzieci, w pokoju do nauki pano­wało mil­cze­nie.

Panna Brontë pochy­lała się nad listem napi­sa­nym drob­nym macz­kiem.

Lydia sie­działa z pod­wi­nię­tymi nogami na obi­tym kwie­ci­stą tka­niną fotelu przed komin­kiem.

- Dobry wie­czór, mamo - przy­wi­tały mnie chó­rem, z reszt­kami dzie­cię­cej czu­ło­ści w gło­sach, Bessy i Mary usa­do­wione przy oknie, gdzie czy­tały jakąś powieść.

Lydia mi poma­chała, lecz nie prze­stała patrzeć w ogień.

- Czy może pani zosta­wić nas same, panno Brontë? - zapy­ta­łam.

Ski­nęła głową i prze­mknęła obok mnie wciąż zagłę­biona w liście. Zapewne od "Char­lotte". A panna Brontë jej odpo­wie, opi­su­jąc pry­watne sprawy mojej rodziny i szy­dząc z naszej nie­doli.

Przyj­rza­łam się cór­kom - to już sie­dem­na­sto­latka, szes­na­sto­latka i czter­na­sto­latka. Trudno to sobie wyobra­zić, zwłasz­cza że ich młod­sza sio­stra na zawsze pozo­sta­nie dwu­latką.

Czas powi­nien był się zatrzy­mać w roku, w któ­rym nam ją ode­brano, a zamiast tego pły­nął, na nic nie bacząc, odmie­rzany regu­lar­nie nastę­pu­ją­cymi po sobie porami roku, waka­cjami, posił­kami. W ciągu krót­kich jede­na­stu mie­sięcy moje trzy dziew­czynki roz­kwi­tły, a ja nawet tego nie zauwa­ży­łam. Ale ja też prze­trwa­łam. Pozo­sta­łam sobą w każ­dym cen­ty­me­trze, w każ­dym kilo­gra­mie, choć szar­pały mną uczu­cia, od któ­rych powin­nam zmar­nieć.

- Jak się mie­wa­cie? - zapy­ta­łam chłodno. Zabrzmiało to śmiesz­nie.

Lydia i Bessy spoj­rzały na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo, bo pyta­nie było tro­chę dziwne.

- Mam się dobrze, mamo. Tęsk­ni­ły­śmy za tobą, gdy cię nie było - ode­zwała się Mary, patrząc na mnie spod jasnych rzęs. Była nie­śmiała, naj­bar­dziej uczu­ciowa z moich córek i zawsze wolała mówić to, co jak sądziła, zosta­nie dobrze przy­jęte, a nie prawdę.

Popa­trzy­łam na dwie star­sze dziew­czynki. Lydia pozo­sta­wała jasno­włosą pięk­no­ścią nawet wtedy, gdy zie­wała. Bessy miała ciemne włosy tak jak ja, ale na tym nasze podo­bień­stwo się koń­czyło. W porów­na­niu z resztą nas Bessy była praw­dziwą chłop­czycą - moc­nej budowy, rumiana niczym zażywna paste­reczka. Mary nie była ani dosta­tecz­nie jasna, ani ciemna, aby się wyróż­niać. Nie miała jakie­goś wyra­zi­stego typu urody.

- Cóż, j a się nudzi­łam - oznaj­miła Lydia, zdej­mu­jąc nogi z fotela. - Ale teraz wresz­cie coś się dzieje. - Poma­chała kartką; był to krótki liścik napi­sany dużymi, pochy­łymi zawi­ja­sami. Autor nie pró­bo­wał oszczę­dzać papieru.

- O co cho­dzi? - zapy­ta­łam, gdy teatralne mil­cze­nie mojej córki stało się już nie­zno­śne.

- Nie zgad­nie­cie - rzu­ciła Lydia do mnie i sióstr. Naj­wy­raź­niej Bessy i Mary rów­nież nie zostały dopusz­czone do tajem­nicy. - To od Ame­lii. Thomp­so­no­wie wydają przy­ję­cie w Kirby Hall i my wszyst­kie jeste­śmy zapro­szone. Ale nie ty, Mary. Jesteś za młoda, więc nie biorą cię pod uwagę. Mam nadzieję, że papa nie każe nam wyjść wcze­śniej, tak jak zro­bił w Boże Naro­dze­nie i omi­nęło nas śpie­wa­nie kolęd. Jeżeli będzie chciał iść spać, może nam ode­słać Wil­liama Alli­sona z powo­zem. W końcu od czego jest stan­gret? Ale ja nie mam co na sie­bie wło­żyć. Czarny do mnie nie pasuje, a ta sukienka jest o trzy cen­ty­me­try za krótka. I...

- Lydio - prze­rwa­łam jej na tyle sta­now­czo, że umil­kła. - Nie bądź nie­miła dla Mary. I daj mi to.

Lydia patrzyła na moją wycią­gniętą rękę i przez chwilę nie byłam pewna, czy mnie posłu­cha, lecz w końcu się pod­dała. Gdy czy­ta­łam list, pode­szła do lustra nad komin­kiem i stu­dio­wała swoje odbi­cie, krzy­wiąc się na wysoki czarny koł­nie­rzyk.

- Poje­dziemy? - zapy­tała Bessy, zeska­ku­jąc z ławeczki przy oknie. W prze­ci­wień­stwie do Lydii nie opa­no­wała sztuki uda­wa­nej non­sza­lan­cji.

Mary wpa­try­wała się w powieść porzu­coną na jej kola­nach i uża­lała się nad sobą.

- Nie - odpar­łam.

Mary od razu pod­nio­sła głowę. Cała się roz­ja­śniła.

- Nie? - powtó­rzyła Lydia, teraz gotowa sta­wić mi czoło; już nie uda­wała, że jest znu­dzona.

- Możesz napi­sać do panny Thomp­son, czy raczej do jej ojca, i podzię­ko­wać za zapro­sze­nie. Ale jeste­śmy w żało­bie i nie skła­damy wizyt towa­rzy­skich - wytłu­ma­czy­łam spo­koj­nie, pró­bu­jąc pamię­tać, jaka ja byłam w wieku, gdy samo­lub­stwo jest czymś natu­ral­nym. Moja matka była tylko ich babką, nie odczuły mocno jej utraty.

- Ale... - zaczęła Bessy.

- Nie życzę sobie dys­ku­sji ani sprze­czek.

Lydia zigno­ro­wała moje słowa.

- Ale mamo! - krzyk­nęła. - Od mie­sięcy nie widzia­ły­śmy żad­nych dżen­tel­me­nów z wyjąt­kiem braci Mil­ne­rów...

- Will Mil­ner jest do kitu! - prze­rwała sio­strze Bessy, zaru­mie­niona jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle.

- Uwa­żaj na język, pro­szę. - Wes­tchnę­łam. Po co w ogóle płacę guwer­nantce, skoro Bessy wciąż mówi jak sta­jenny?

Z jakie­goś powodu Bessy uznała słowa Lydii za nie do przy­ję­cia i zaczęła wymie­niać wszystko, co dowo­dziło, że naj­star­szy z braci Mil­ne­rów jest mar­nym dżen­tel­me­nem i jeźdź­cem, od manier po spo­sób, w jaki trzyma się w sio­dle.

- Czyli teraz wcale nie będziemy widy­wały żad­nych dżen­tel­me­nów! - cią­gnęła Lydia, prze­krzy­ku­jąc sio­strę. - To nie jest w porządku!

Skła­da­łam list - robił się coraz mniej­szy, aż w końcu papier nie dawał się już zgiąć - nie prze­ry­wa­jąc potoku słów obu dziew­czy­nek.

- Przy­pusz­czam, że będziemy musiały się zado­wo­lić panem Brontë - powie­działa Lydia, gdy Bessy zamil­kła, by wziąć oddech. - Będę cho­dziła do Monk's House, a on będzie mi czy­tał Byrona.

- Nie zro­bisz niczego takiego - burk­nę­łam, jesz­cze raz pró­bu­jąc zgiąć kartkę.

A więc pan Brontë lubi poezję.

Papier nie dawał się zło­żyć. Wrzu­ci­łam go do kominka; palił się przez chwilę, po czym zamie­nił się w popiół.

- Mój list! - krzyk­nęła Lydia, jak­bym spa­liła coś cen­nego. - Jak mogłaś!

- Och, uspo­kój się. - Wrzu­ci­łam list do ognia, nie myśląc, ale wła­ści­wie nie mia­łam za co prze­pra­szać. I nie mogłam już znieść kome­dianc­twa Lydii. - O tej porze wszyst­kie powin­ny­śmy leżeć w łóż­kach.

- Mogła­byś zostać z nami jesz­cze tro­chę, mamo? - szep­nęła Mary z kąta.

Sio­stry spio­ru­no­wały ją wzro­kiem.

- Nie dzi­siaj - odpar­łam i ski­nę­łam na Mary, by do mnie pode­szła.

Pod­bie­gła i dała mi szyb­kiego, wil­got­nego całusa, tak jak w nie­zli­czone wie­czory wcze­śniej.

Lydia i Bessy stały nie­ru­chomo, zjed­no­czone w akcie małego buntu.

Roze­bra­łam się szybko bez pomocy Mar­shall i zrzu­ci­łam halki, niczym drugą skórę, na pod­łogę prze­bie­ralni.

Prze­mknę­łam kory­ta­rzem, boso i tylko w koszuli noc­nej, jak boha­terka romansu, choć to jest prze­cież mój dom i mogę cho­dzić, gdzie chcę. Szłam na pal­cach, aby pod­łoga nie skrzy­piała, i czu­łam się lekka bez warstw mate­riału, które cią­żyły mi w dzień.

- Edmun­dzie? - Otwo­rzy­łam drzwi do sypialni męża na tyle sze­roko, by zaj­rzeć do środka, i osło­ni­łam świecę, którą nio­słam na wypa­dek, gdyby już spał.

- Lydia? - zawo­łał mój mąż. Kon­ster­na­cja w jego gło­sie wyraź­nie świad­czyła, że został wyrwany z głę­bo­kiego snu.

Po moim powro­cie z Yoxall Lodge nasze kon­takty ogra­ni­czyły się do zdaw­ko­wej wymiany zdań. Co rano Edmund pytał mnie znad "Timesa", co będzie na obiad. A co noc leża­łam w łóżku pła­sko na ple­cach, z rękami uło­żo­nymi pro­sto po bokach, cze­ka­jąc na odgłos jego kro­ków za drzwiami.

Tej nocy jed­nak, być może za sprawą czu­łego całusa Mary, zmię­kłam i poszłam do niego.

- Coś się stało? - zapy­tał.

- Stało? Nie, nic. - Weszłam szybko do pokoju i zamknę­łam za sobą drzwi.

Edmund zmru­żył oczy, bo świa­tło go raziło, a potem uniósł się na łok­ciach i oparł o pod­głó­wek.

Usta­wi­łam świecę na maho­nio­wej toa­letce z przy­bo­rami do mycia i prze­su­nę­łam zasłony bal­da­chimu, aby pło­mień nie świe­cił mu w oczy.

- Jestem bar­dzo zmę­czony, Lydio. Mia­łem ciężki dzień - powie­dział Edmund, tłu­miąc zie­wa­nie. Prze­su­nął się jed­nak, by zro­bić mi miej­sce, mogłam więc wśli­znąć się pod ciężką czer­woną koł­drę, nieco wybla­kłą przez lata.

Pod koszulą nocną zmar­zły mi nogi. Edmund się wzdry­gnął, gdy nasze stopy się zetknęły; wzdry­gnął, a potem zesztyw­niał, gdy przy­war­łam do niego jak pijawka i poło­ży­łam głowę na jego piersi.

- Nie zapy­ta­łeś mnie o Staf­ford­shire - powie­dzia­łam po minu­cie czy dwóch, cie­sząc się jed­no­cze­śnie zna­jo­mym dźwię­kiem jego odde­chu niczym stary mary­narz, który czuje się dobrze tylko na morzu.

- O co tu pytać? - zdzi­wił się Edmund. - To było takie trudne?

Z pew­nym wysił­kiem ski­nę­łam głową mocno przy­ci­śniętą do jego piersi. On nie chciał, żebym tu została. Chciał tylko spać, wyczer­pany całym dniem... Czym? Księ­gami rachun­ko­wymi i lek­turą kolumn spor­to­wych? Zapra­gnę­łam uciec jak naj­da­lej, wypu­ścić konie ze stajni, galo­po­wać z nimi, krzy­czeć. Już dość. Dość robó­tek ręcz­nych i uśmie­chów pod­czas nie­zbyt bie­gle wystu­ki­wa­nych arpeg­giów.

- Twój ojciec na pewno wie, że tak było naj­le­piej - powie­dział. - Ona cier­piała...

- A gdyby cho­dziło o twoją matkę? - Tro­chę za późno ugry­złam się w język. Wie­dzia­łam prze­cież, że Edmund nie znosi, gdy mu się prze­rywa.

- Lydio - ostrzegł mnie. Jeśli będę cią­gnęła ten temat, wyprosi mnie z łóżka.

Pod koł­drą zro­biło się jakby zim­niej. Włosy na moich nogach sta­nęły dęba.

- Ludzie rzadko się do mnie teraz tak zwra­cają - zauwa­ży­łam, przy­tu­la­jąc się do jego twar­dej, opor­nej piersi. - To tak, jak­bym oddała swoje imię naszej córce.

Mogłam tutaj uda­wać, że Edmund jest chłop­cem, któ­rego poko­cha­łam; chłop­cem o puco­ło­wa­tych policz­kach i gęstej czu­pry­nie; chłop­cem, który się do mnie zale­cał mimo nie­śmia­ło­ści i tego uro­czego jąka­nia się pod­czas roz­mów z kobie­tami.

Czu­łam taką dumę, gdy obser­wo­wa­łam, jak wygła­szał jedno ze swo­ich pierw­szych kazań. Mówi­łam sobie: To jest mój mąż, ojciec moich synów, choć nie wie­dzia­łam, czy myśl o tym w ogóle prze­szła mu przez głowę. Nie­spełna trzy mie­siące póź­niej był mój.

- Musimy poroz­ma­wiać o dzie­ciach - powie­dzia­łam. Moja ręka zanu­rzyła się pod świeżo wypra­so­waną koszulę nocną Edmunda, by poba­wić się kęp­kami wło­sów rosną­cych od jego serca do brzu­cha. - Lydia uważa mnie za tyrana, bo nie przy­ję­łam zapro­sze­nia na kola­cję do Thomp­so­nów tak szybko po śmierci jej babki.

- Lydia się nudzi - stwier­dził mój mąż. - Powin­ni­śmy gdzieś ją wysłać. Może do two­jej sio­stry Mary albo do lady Scott do Great Barr Hall. Scot­to­wie są chyba bar­dziej towa­rzy­scy niż my.

- Wąt­pię - burk­nę­łam, sztyw­nie­jąc. - Kuzynka Cathe­rine jest scho­ro­wana.

- Ale ma męża baro­neta.

Tyle lat minęło, a to wciąż się we mnie odzywa. W dzień Świę­tego Walen­tego, w Bath, byłam druhną mojej kuzynki Cathe­rine. Nio­słam tren jej sukni, gdy brała ślub z Edwar­dem Scot­tem, dzie­dzi­cem baro­no­stwa swego ojca. Co prawda, baro­net to pomniej­szy tytuł szla­checki, ale w moich oczach Edward był boha­te­rem z bajki.

On byłby mój, gdy­bym była star­sza, myśla­łam, popła­ku­jąc i marząc o kilku latach wię­cej, bo mia­łam ich tylko pięt­na­ście. A teraz? Teraz chcia­ła­bym znów być Lydią Gis­borne, nie mieć zmarsz­czek na czole ani zmar­twień i móc cof­nąć czas tak łatwo, jak cofa się wska­zówki zegara na kominku.

- Jest jesz­cze sprawa Neda - cią­gnę­łam.

- Neda?

- I tego nowego guwer­nera, pana Brontë. Ned wydaje się go lubić.

Moje palce zna­la­zły się teraz niżej, krą­żyły leciutko niczym pająk po wydat­nym brzu­chu mojego męża.

- Lydio, łasko­czesz mnie. - Edmund odsu­nął mnie od sie­bie i usiadł, aby zga­sić świecę. Poprze­kła­dał na nowo poduszki i poło­żył się na ple­cach, prze­su­wa­jąc moją rękę wyżej, na pierś.

I po wszyst­kim. Nasza roz­mowa dobie­gała końca.

Ota­czała mnie ciem­ność. Wyobra­zi­łam sobie smugę dymu ze świecy uno­szącą się do sufitu, ale nie mogłam dostrzec nawet zarysu brody Edmunda. Ze spo­sobu, w jaki oddy­chał, wie­dzia­łam, że mi się wymyka.

- Czy pan Sewell coś o nim mówił? - zapy­ta­łam, prze­bie­ga­jąc pal­cami po piersi męża niczym po kla­wi­szach, aby do mnie wró­cił.

- Hmm...?

- Zasta­na­wia­łam się, czy Sewell skar­żył się jakoś na swo­jego nowego towa­rzy­sza.

Pan Brontë nie spał w Thorp Green Hall, tylko w Monk's House, gdzie miesz­kał nasz zarządca Tom Sewell. Ze względu na dziew­częta nale­ga­łam, aby kwa­tera mło­dego męż­czy­zny nie znaj­do­wała się w naszym domu. I praw­do­po­dob­nie mia­łam rację, ponie­waż skłon­ność do zadumy i zami­ło­wa­nie do poezji wska­zy­wały, że pan Brontë jest roman­ty­kiem.

"Monk's House to mały oso­bliwy dom. Zbu­do­wano go w sie­dem­na­stym wieku - mówił gościom Edmund. - Oczy­wi­ście nie jest tak stary jak Thorp Green Hall. W naszym domu mógł noco­wać sam Hen­ryk Ósmy", doda­wał i duma roz­pie­rała mu pierś.

Moim zda­niem ten dom był zbyt oka­zały dla służby, jeśli się chciało, żeby znała ona swoje miej­sce. Nic dziw­nego, że sio­stra Toma Sewella, nasza gospo­dyni, zadzie­rała nosa. Panna Sewell była pło­chą dziew­czyną, za młodą, by zarzą­dzać gospo­dar­stwem domo­wym, uwa­żała się jed­nak za panią obu domów i co wie­czór prze­sia­dy­wała z bra­tem w Monk's House. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że teraz, gdy w tym domu zamiesz­kał młody, nie­żo­naty dżen­tel­men, będzie bywała tam jesz­cze czę­ściej.

Nie widzia­łam nowego dodatku do naszej rodziny, dopóki pan Brontë nie rzu­cił kamy­kami w okno. Pokój do nauki nale­żał do dziew­cząt, Ned pobie­rał lek­cje w Monk's House. Pogoda oka­zała się zbyt nie­ła­skawa na spa­cery poza domem czy krą­że­nie po staj­niach.

- Nie, nie było żad­nych skarg. - Głos Edmunda był tylko tro­chę gło­śniej­szy od szeptu.

Ludzie uwa­żali mojego męża za suro­wego ojca i wiel­ko­dusz­nego wła­ści­ciela ziem­skiego, a przede wszyst­kim za czło­wieka oby­czaj­nego i wier­nego prze­ko­na­niom. Ale moim zda­niem był bez­bronny jak dziecko, ten mój mąż od lat i towa­rzysz w trud­nych chwi­lach. Wie­dziona nie­ocze­ki­wa­nym impul­sem poca­ło­wa­łam go w szyję, poli­czek, nos, jak wędro­wiec na pustyni, który w końcu przy­pad­kiem tra­fił na wodę.

Chrząk­nął.

- Edmun­dzie - powie­dzia­łam, wodząc ustami po jego oboj­czyku i się­ga­jąc ręką do gąsz­czu wło­sów mię­dzy jego nogami.

- Lydio - odparł cał­kiem roz­bu­dzony. Chwy­cił moją rękę i odsu­nął na bok. - Nic z tego nie będzie. - Odwró­cił się na bok, twa­rzą ode mnie, ścią­ga­jąc ze mnie koł­drę, tak że poczu­łam zimno.

Zro­bi­łam głu­pio, podej­mu­jąc tę próbę, skoro to trwa od tak dawna. To okrutne, ale nasze mał­żeń­stwo umarło wraz z naszą córką. Do tej pory powin­nam już była przy­jąć to do wia­do­mo­ści. Leżeć z Edmun­dem to jak leżeć bez niego we wła­snym łóżku, tylko z poczu­ciem więk­szej samot­no­ści. Mieć kogoś, kto nas nie chce, to gor­sze niż nikogo nie mieć.

Edmund już spał, a ja w końcu się prze­mo­głam i mu wyba­czy­łam. Obję­łam go ramie­niem, a on nawet się nie poru­szył, przy­su­nę­łam się na tyle bli­sko, aby czuć jego zapach, nie ryzy­ku­jąc poca­łunku.

Całą noc prze­le­ża­łam na kra­wę­dzi snu w stra­chu, że go obu­dzę. Było zimno, na ramie­niu mia­łam gęsią skórkę.

Rozdział drugi

***

Czy nie chce pani posłu­chać także o Mary? Zro­biła godne podziwu postępy - powie­działa panna Brontë, zakła­da­jąc pasmo wło­sów za ucho.

Sie­dzia­ły­śmy w wyku­szu okna mojego budu­aru wycho­dzą­cego na czę­ściowo zamar­z­nięty staw rybny. Jesz­cze kilka dni mrozu i Bessy dosta­nie to, czego naj­bar­dziej pra­gnie - będzie mogła pojeź­dzić na łyż­wach.

- Jest w niej mało życia. Oba­wiam się, że nie ma uspo­so­bie­nia star­szych dziew­czy­nek - powie­dzia­łam, obser­wu­jąc parę z mojego odde­chu na trój­kąt­nych szyb­kach i prze­kli­na­jąc zimę, któ­rej końca nie było widać.

- Być może Mary bra­kuje wital­no­ści Lydii i Bessy, pro­szę pani. - Panna Brontë ważyła każde słowo i mówiąc, sku­bała luźną nitkę swo­jego szala. - Ale jest wytrwała i spo­koj­nie dąży do celu. Sądzę, że trudno jej nadą­żyć za star­szymi sio­strami.

Panna Brontë była bar­dziej otwarta niż zwy­kle. Całe lata chcia­łam usły­szeć jej opi­nie, które tak ocho­czo przed­sta­wiała w swo­ich listach. Aby prze­rwać nęka­jącą mnie nudę, zgoda, ale także prze­ko­nać się, że nie jestem w tym domu jedyną kobietą o czu­ją­cym sercu i pełną życia. Teraz sprawa przed­sta­wiała się jed­nak ina­czej; nie byłam pewna, czy mi się podoba taka otwar­tość.

- Tak? - zapy­ta­łam tylko.

- Mary nie mówi mi za dużo, ale wyczu­wam to w niej. Ja rów­nież jestem naj­młod­szą córką...

- Mary nie była naj­młod­sza - prze­rwa­łam pan­nie Brontë i wsta­łam. Jak ona mogła tak szybko zapo­mnieć? Ona, która wraz z Mar­shall czu­wała na zmianę przy łóżeczku mojego maleń­stwa, gdy ja musia­łam tro­chę odpo­cząć.

- Oczy­wi­ście, że nie, pani Robin­son. Nie chcia­łam... Ja także stra­ci­łam...

- Dość - rzu­ci­łam. Nie mia­łam zamiaru wysłu­chi­wać jej prze­pro­sin.

Dostrze­głam w jej oczach dez­apro­batę. Osąd. Jej zda­niem moja zamoż­ność, wdzięk i ładna nie­gdyś twarz prze­ma­wiały prze­ciwko mnie tak mocno, jak mocno dzia­ła­łyby na moją korzyść przed każ­dym innym sądem. Łatwo było przed­sta­wiać się jako ofiara - biedna, młoda i nie­zbyt ładna - lecz życie rzadko jest tak pro­ste.

Pod­czas całej roz­mowy przy­go­to­wy­wa­łam się do zada­nia tej pan­nie jed­nego pyta­nia, nie potra­fi­łam się jed­nak na to zdo­być. Pode­szłam do stołu, który słu­żył mi jako biurko, i zaczę­łam prze­glą­dać listy z kon­do­len­cjami.

Guwer­nantka ruszyła do drzwi w prze­ko­na­niu, że została odpra­wiona.

- Panno Brontë! - zawo­ła­łam za nią.

- Tak, pani Robin­son? - Panna Brontë wyko­nała coś mię­dzy pod­sko­kiem a ukło­nem.

- Czy może pani prze­ka­zać panu Brontë, że chcia­ła­bym z nim poroz­ma­wiać?

Lekko zmarsz­czyła czoło, ale powie­działa;

- Oczy­wi­ście.

- Dosko­nale.

Sie­dzia­łam, uda­jąc, że czy­tam, prze­ko­nana, że usły­szę sze­lest jej sukni i zna­jome trza­śnię­cie zamy­ka­nych drzwi, lecz zamiast tego sły­chać było tylko jej oddech, zawsze gło­śny, nie­re­gu­larny i grze­cho­czący jak szyba okienna pod napo­rem wia­tru.

- Życzy pani sobie zoba­czyć go teraz, pani Robin­son? - zapy­tała z naci­skiem na "teraz".

- Naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. - Spoj­rza­łam na guwer­nantkę z naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­cym uśmie­chem, na jaki potra­fi­łam się zdo­być. - Dzię­kuję, panno Brontë.

Ski­nęła głową i wyszła.

Dziwne, że panna Brontë ma taką sła­bość do Mary.

Pierw­sze dziecko jest cudem. Pozna­jesz męż­czy­znę, bie­rze­cie ślub i spro­wa­dza­cie na świat istotę ludzką z nosem, rzę­sami, pal­cami nóg. Wydaje się, że od każ­dego odde­chu tej maleń­kiej dziew­czynki rośnie ci serce. Dopiero teraz wiesz, czym jest miłość.

Dru­gie dziecko, jeśli uro­dzi się znów dziew­czynka, jest roz­cza­ro­wa­niem. Patrząc na nią, czu­jesz się winna, a to boli. Dziecko ma pazno­kietki w kształ­cie pół­księ­życa i meszek na główce. Jest dosko­nałe pod każ­dym wzglę­dem z wyjąt­kiem tego naj­waż­niej­szego.

Na­dal nie ma powodu do nie­po­koju. Jesteś młoda, masz przed sobą całe lata, aby kochać się z mężem i uro­dzić chłopca.

Wraz z trze­cią dziew­czynką szczę­ście się odwraca, tak jak w przy­padku mojej bied­nej Mary. Mężowi rzed­nie mina, gdy sły­szy wie­ści od aku­szerki. Led­wie możesz patrzeć, gdy ukła­dasz dziecko po raz trzeci w tej samej koły­sce. Ciało masz w ruinie, znika cały rok życia, a wciąż nie ma syna, który wszyst­kim spra­wiłby radość, nie ma chłopca, który obda­rzyłby dzier­żaw­ców nie­za­słu­żo­nym wol­nym dniem.

Co gor­sza, gdy dzie­dzic się w końcu poja­wia, wcale nie jest twój, lecz wszyst­kich innych. Stwo­rzy­łaś coś, czym ni­gdy nie mogła­byś być. Wypeł­ni­łaś swój obo­wią­zek, więc jesteś bez­u­ży­teczna, zużyta.

- Pomyśl tylko, Lydio, nie będziesz musiała mieć kolej­nego dziecka - powie­działa moja matka, huś­ta­jąc Neda na kola­nach.

I wtedy zapra­gnę­łam jesz­cze jed­nego dziecka. Bła­ga­łam Edmunda i w końcu mi je dał. Ono byłoby dziec­kiem, które na nowo nas połą­czyło, przy­wró­ciło utra­coną przez nas miłość. Moja naj­droż­sza, naj­słod­sza Geo­r­giana. Dziecko, któ­rego chcia­łam na prze­kór rozu­mowi, nie­mal zaprze­cza­jące logice; córka uro­dzona tylko po to, by kochać i być kochana. I jedyne dziecko, które nam zabrano, jakby na potwier­dze­nie prze­wrot­nego okru­cień­stwa świata.

Puka­nie do drzwi. Pan Brontë. Ści­snęło mnie w żołądku.

- Pro­szę wejść - zawo­ła­łam, ale tak cicho, że musia­łam dwa razy to powtó­rzyć, żeby mój gość wszedł.

- Pani Robin­son - przy­wi­tał się pan Brontë z ukło­nem. Nawet na mnie nie spoj­rzał. Wodził wzro­kiem po moim budu­arze, przy­glą­da­jąc się kobie­cym akcen­tom w pokoju - kwie­ci­stym per­ka­lo­wym zasło­nom, kilku ryci­nom, ciem­no­ró­żo­wemu chod­ni­kowi, który poda­ro­wał mi jeden z moich braci, przy­się­ga­jąc, że pocho­dzi on z Indii, a także fute­ra­łowi na broń Edmunda, umiesz­czo­nemu nad klo­szem lampy i wyda­ją­cemu się dziw­nie nie na miej­scu.

Sto­siki ksią­żek z biblio­teki, listy obwią­zane wstąż­kami, nie­do­koń­czone hafty poka­zy­wały moje życie jak na dłoni. To tym wła­śnie musiały zaba­wiać się kobiety. Prze­zna­czono dla nas nie pasje, lecz zaję­cia, robótki zaczy­nane w wol­nej chwili i czę­sto zarzu­cane. Wszystko tu było jak należy - schludne i na wła­ści­wym miej­scu. Czy pan Brontë roz­my­ślał o róż­nicy mię­dzy tym poko­jem a zaba­ła­ga­nio­nym gabi­ne­tem Edmunda?

- Dzię­kuję, że pan przy­szedł, panie Brontë - powie­dzia­łam. - Pro­szę usiąść.

Na jego widok machi­nal­nie wsta­łam, a teraz, gdy pod­cho­dził do mnie, zauwa­ży­łam, że jest niż­szy, niż oce­ni­łam, widząc go z okna, nie­wiele wyż­szy ode mnie.

Twarz miał jed­nak wyra­zi­stą. Silna szczęka, wydatny nos i bujne kasz­ta­nowe włosy, ciem­niej­sze, bar­dziej rude niż włosy jego sio­stry i mocno krę­cone, co mimo brody nada­wało mu dzie­cięcy wygląd.

Pan Brontë chrząk­nął; cze­kał przy krze­śle naprze­ciwko mnie, aż prze­stanę mu się przy­glą­dać.

- Ufam, że pań­skie pierw­sze tygo­dnie w Thorp Green były przy­jemne, panie Brontë - powie­dzia­łam, sia­da­jąc, i scho­wa­łam dło­nie pod sto­łem, by ich nie widział.

- Bar­dzo przy­jemne, pani Robin­son. Jestem pani winien podzię­ko­wa­nie za to, że zaufała pani reko­men­da­cji Anne. - Pan Brontë uniósł poły swego sur­duta i usiadł.

O, tak. Panna Brontë była kolejną "Anne". Jak Mar­shall i nasza nie­szczę­sna poko­jówka Ellis. Być może dla tego mło­dego czło­wieka słowa "panna Brontë" ozna­czały Char­lotte. A czy nie było tam jesz­cze trze­ciej sio­stry?

- Tym wszyst­kim zaj­mo­wał się mój mąż, zapew­niam pana - powie­dzia­łam szybko. - Ned ma tylko dzie­sięć lat i uwa­żam, że mógłby dłu­żej pozo­stać z dziew­czyn­kami. Nauczyłby się od sióstr łaciny wystar­cza­jąco dobrze, żeby być przy­go­to­wany do Cam­bridge, ale cóż ja wiem o tych spra­wach?

Nie odpo­wie­dział. Jego mil­cze­nie wydało mi się raczej obraź­liwe niż pełne sza­cunku.

Panna Brontë także nie­wiele mówiła pod­czas naszej pierw­szej roz­mowy, ale ona aż trzę­sła się z nie­cier­pli­wego wycze­ki­wa­nia. Wodziła oczami po pod­ło­dze, jakby obser­wo­wała mysz, i odpo­wia­dała mi mono­sy­la­bami albo wyra­żała się z dzie­cię­cym bra­kiem taktu o spra­wach tego świata.

- Panno Brontë, dla­czego porzu­ciła pani swo­ich ostat­nich pra­co­daw­ców, Ingha­mów? - zapy­ta­łam z uśmie­chem, pró­bu­jąc ją uspo­koić.

- Byli dla mnie nie­mili - odparła.

Nie­mili. Przy­znaję, byłam wobec niej chłodna od chwili, gdy odkry­łam, co ona naprawdę o mnie myśli, ale przy­naj­mniej nie można mnie oskar­żyć, że byłam nie­miła.

Jesz­cze raz spró­bo­wa­łam wcią­gnąć brata panny Brontë w roz­mowę, ode­grać rolę pani na wło­ściach, choć pod­czas mojego pobytu w Yoxall Lodge sprawy domowe toczyły się rów­nie gładko jak zawsze, a teraz nawet ten młody czło­wiek był tu bar­dziej potrzebny niż ja.

- Poznał pan wszyst­kie moje dzieci, jak sądzę? - zary­zy­ko­wa­łam.

- Tak. Ned to dobry chło­piec, a pani córki są cza­ru­jące. - Pan Brontë uśmiech­nął się miło.

Prze­łknę­łam swoje roz­draż­nie­nie.

- Ow­szem, panie Brontë. - Splo­tłam dło­nie na bla­cie stołu. - Wła­śnie dla­tego chcia­łam z panem poroz­ma­wiać.

Uśmiech znik­nął. Młody czło­wiek wyda­wał się stra­piony. Przy­glą­dał mi się uważ­nie, od twa­rzy do rąk, a ta imper­ty­nen­cja przy­pra­wiła mnie o rumieńce. Roz­bie­rał mnie na czę­ści i skła­dał w całość, wyra­bia­jąc sobie o mnie opi­nię.

- Tak?

- Moje córki, panie Brontë, są młode i, jak pan to okre­ślił?, cza­ru­jące. Zwłasz­cza panna Lydia Robin­son, moja naj­star­sza, jest uwa­żana za swego rodzaju pięk­ność. - Tak jak ja kie­dyś, omal nie doda­łam, nie mogłam jed­nak nara­żać się na spoj­rze­nie pełne nie­do­wie­rza­nia lub pro­tek­cjo­nal­nej pobłaż­li­wo­ści.

- Pani Robin­son, mam nadzieję, że nie myśli pani... Mówi­łem tylko o ich słod­kich uspo­so­bie­niach - oznaj­mił pan Brontë, pochy­la­jąc się nad sto­łem. Roz­ło­żył ręce, by pod­kre­ślić wagę swo­ich słów; pra­gnął, bym je dobrze zro­zu­miała.

Roze­śmia­łam się.

Mogłam się zgo­dzić, że Lydia jest piękna z tymi swo­imi zło­ci­stymi puklami i błę­kit­nymi oczami i było prawdą, że potra­fiła być cza­ru­jąca. Ale słod­kie uspo­so­bie­nie? Gdyby tylko mło­dzi ludzie mogli zoba­czyć te dziew­częta, gdy snuły swoje fan­ta­zje za zamknię­tymi drzwiami albo po skoń­czo­nych tań­cach. Aż nazbyt czę­sto bolały mnie kąśliwe uwagi Lydii i musia­łam zno­sić jej napady zło­ści. A jeśli cho­dzi o Bessy, moja druga córka wiecz­nie włó­czyła się po posia­dło­ści, spa­dała z koni, zdzie­rała sobie kolana i miała iście chło­pięcy ape­tyt. Gdy­bym pozwo­liła Bessy pójść za gło­sem jej natury, skoń­czy­łaby jako sta­jenna.

- To nie jest upo­mnie­nie, panie Brontë - zapew­ni­łam, pozwo­liw­szy mu przed­tem pocić się przez chwilę. - Chcia­ła­bym tylko pole­gać na panu jako na dżen­tel­me­nie i przy­ja­cielu.

A potem zro­bi­łam coś nie­zwy­kłego. Bez namy­słu poło­ży­łam dłoń na jego dłoni.

Pan Brontë spoj­rzał na moje palce, ale nie cof­nął ręki. Jego dłoń była duża i miękka, a palce popla­mione atra­men­tem.

- Dobrze. - Zabra­łam rękę, pew­niej­sza teraz, że mam nad nim kon­trolę. Wyro­bił sobie zda­nie o mnie, a ja go zasko­czy­łam. - Lydia jest młoda i podatna na wpływy - cią­gnę­łam, cie­sząc się teraz, że jestem star­sza od niego o tyle lat, iż w kwe­stii wieku bli­żej mu do Lydii niż do mnie. - A przy tym ona nie­wiele tu widzi świata. Nawet te dwie wsie, Great i Lit­tle Ouse­burn, leżą co naj­mniej pół godziny pie­szo od nas. Poja­wie­nie się mło­dego i przy­stoj­nego męż­czy­zny mogło ją wpra­wić w nie­po­kój.

Twarz guwer­nera poczer­wie­niała, gdy nazwa­łam go przy­stoj­nym.

- Oczy­wi­ście - zgo­dził się, kiwa­jąc głową. - Rozu­miem.

- Wie­dzia­łam, że pan zro­zu­mie. - Uśmiech­nę­łam się sze­roko i wdzięcz­nie, przy­kła­da­jąc ręce do piersi i krę­cąc nad­garst­kami, pod­eks­cy­to­wana myślą, że on to obser­wuje. - Ma pan prze­cież sio­strę.

- Mam trzy sio­stry. Mia­łem pięć - powie­dział już innym tonem, ostrym, suro­wym. - Ale to było dawno temu.

Te słowa zbiły mnie z tropu.

- Ach tak. - Zaśmia­łam się ner­wowo.

Panna Brontë miesz­kała w moim domu od trzech lat, a teraz jej brat odkrył, że ni­gdy zbyt­nio się nie inte­re­so­wa­łam jej rodziną, choć czę­sto się zasta­na­wia­łam, co jesz­cze guwer­nantka pisze do Char­lotte. Mój ojciec i ona mieli jakichś wspól­nych zna­jo­mych w Cam­bridge i to stało się dla mnie wystar­cza­ją­cymi refe­ren­cjami. Panna Brontë począt­kowo zby­wała krótko moje pyta­nia o rodzinę, aż w końcu się pod­da­łam i prze­sta­łam pytać. Nie wie­dzia­łam nawet, że ma brata, dopóki Edmund, a wła­ści­wie jego matka nie uznała, że Ned jest dosta­tecz­nie duży, by mieć guwer­nera.

- A więc pan wie, jakie mogą być młode damy. Bujają w obło­kach - powie­dzia­łam naj­lżej­szym tonem, na jaki zdo­ła­łam się zdo­być, choć jed­no­cze­śnie wyobra­zi­łam sobie te dwie sio­stry Brontë, które umarły. W mojej wizji były one bliź­niacz­kami Geo­r­giany, miały noski jak guziczki, jak moja córeczka, ale kędziory pana Brontë. Ich małe usteczka spo­czy­wały na podusz­kach, gdy kaszel ustą­pił i mogły wresz­cie ode­tchnąć, lecz zaraz potem ich ide­alne, jasne buzie robiły się fio­le­towe, ponie­waż dziew­czynki z tru­dem łapały powie­trze.

- Nie powie­dział­bym, że moje sio­stry bujają w obło­kach, pani Robin­son. Char­lotte jest naj­mą­drzej­szą kobietą, jaką znam.

Nie wiem dla­czego - dopiero co się pozna­li­śmy - ale to zabrzmiało dla mnie jak napo­mnie­nie. Jego słowa potwier­dzały wszyst­kie moje obawy o to, że nasza panna Brontë jest zupeł­nie taka sama jak Char­lotte - uważa się za lep­szą od innych kobiet, bo prze­czy­tała kilka ksią­żek wię­cej.

Wsta­łam i nie­śpiesz­nie pode­szłam do okna, zmu­sza­jąc w ten spo­sób pana Brontë, by rów­nież się pod­niósł. Wyobra­zi­łam sobie, że stoi w roz­terce za moimi ple­cami, że chciałby, abym znów go dotknęła. Stłu­mi­łam chęć odwró­ce­nia się.

Na zewnątrz Tom Sewell gro­mił sta­jen­nego Joeya Dic­kin­sona, poka­zu­jąc mu kopyto lewej przed­niej nogi Patro­klesa, którą biedny koń to pod­no­sił, to sta­wiał na oblo­dzo­nym żwi­rze. Skru­szony Joey stał ze spusz­czoną głową. Zapewne drżały mu wargi.

Czy ja byłam mądra? Ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wia­łam. Matka chwa­liła mnie za to, że byłam "piękna", "schludna" i "dobrze uło­żona", ale ni­gdy że "mądra".

- Pro­szę opo­wie­dzieć mi o niej wię­cej. O Char­lotte. - Te słowa wymknęły mi się z ust, zanim zdą­ży­łam się zasta­no­wić, czy są roz­tropne.

Za mną tykał stary fran­cu­ski zegar, pre­zent ślubny. Mój gor­set trzesz­czał, bo oddy­cha­łam z tru­dem.

Joey, odpro­wa­dza­jąc Patro­klesa do stajni, ukrył na chwilę twarz w ręka­wie, jakby chciał otrzeć łzy. Tom Sewell przy­glą­dał się Nedowi, który grał przed domem w klasy wyraź­nie zado­wo­lony, że pan Brontë tak wcze­śnie zwol­nił go z lek­cji.

Szar­pała mną prze­można chęć, by się odwró­cić, lecz tego nie zro­bi­łam; fan­ta­zjo­wa­łam tylko, że gdy pan Brontë się ode­zwie, poczuję jego oddech na szyi.

- Może innym razem - odparł rów­nie daleki jak wcze­śniej.

Obej­rza­łam się za sie­bie, gotowa do walki, lecz prze­ni­kli­wość jego spoj­rze­nia nie­mal zaparła mi dech. Od mie­sięcy, a może lat, nikt tak się we mnie nie wpa­try­wał, ale ten chło­piec o oczach z czer­wo­nymi obwód­kami dowier­cił się do mojej duszy. Wola­ła­bym nie wie­dzieć, co tam zna­lazł.

- Dobrego dnia, panie Brontë - szep­nę­łam.

Ski­nął lekko głową i wyszedł.

- Myśla­łam, że umie­ra­łaś z nudów, Lydio - powie­dzia­łam. - Bar­dzo chcia­łaś czymś się zająć.

- Tak było! Tak jest! - krzyk­nęła moja naj­star­sza córka, rzu­ca­jąc na pod­łogę pokoju do nauki swój kape­lusz budkę. - Ale to jest jesz­cze gor­sze. Nie pójdę! Dla­czego panna Brontë nie może pójść sama jak zawsze?

- Panno Brontë, czy może pani zosta­wić nas same? - zapy­ta­łam, wycią­ga­jąc rękę po budkę Lydii, ura­to­waną przez guwer­nantkę od nie­chyb­nego znisz­cze­nia.

Panna Brontë podała mi budkę, dygnęła i wyszła.

- Lydio, takie zacho­wa­nie jest nie na miej­scu i nie­przy­zwo­ite - spró­bo­wa­łam jesz­cze raz. - Naszym obo­wiąz­kiem jest odwie­dzać ubo­gich, cho­rych...

- Nie było cię tu całe mie­siące! - odpo­wie­działa krzy­kiem Lydia, oczy jej pło­nęły niczym demo­nowi o aniel­skich lokach.

Bessy prych­nęła z kąta.

- Pójdę tam dzi­siaj - powie­dzia­łam naj­spo­koj­niej, jak zdo­ła­łam, aby poka­zać, że Lydia nie odzie­dzi­czyła skłon­no­ści do wpa­da­nia w złość po mnie. - Nie mogę cię zmu­sić, żebyś do nas dołą­czyła, wyobra­żam sobie tylko, co by pomy­ślała moja matka, a wasza babka.

- Bab­cia nie żyje! - wrza­snęła Lydia. - I chcia­ła­bym, żeby nasza druga bab­cia też nie żyła. - Wyrwała mi z ręki budkę i wybie­gła z pokoju.

Zamknę­łam oczy, zasta­na­wia­jąc się nad praw­do­po­do­bień­stwem ataku jed­nej z moich migren.

- My jeste­śmy gotowe, mamo - zapew­niła Mary, bio­rąc mnie pod ramię, co przy­wró­ciło mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

- Dobrze. Bar­dzo dobrze - powie­dzia­łam.

Bessy prze­wró­ciła oczami do sio­stry, lecz także do mnie pode­szła.

Wyru­szy­ły­śmy w mil­cze­niu. Szły­śmy z tru­dem drogą błot­ni­stą po kilku dniach desz­czu, który ode­brał dzie­ciom nadzieję na śnieg. Od czasu do czasu musia­ły­śmy omi­jać kałuże, w któ­rych odbi­jał się bal­da­chim sza­rych chmur, i z każ­dym kro­kiem moja suk­nia robiła się cięż­sza. A kosz z darami - starą bie­li­zną poście­lową, świeżo upie­czo­nymi plac­kami, dże­mami ze spi­żarni - zawie­szony w zgię­ciu mojego ramie­nia, był tak ciężki, że wrzy­nał mi się w ciało.

Posta­no­wi­łam jed­nak sta­now­czo coś zro­bić, niczego nie odkła­dać na póź­niej. Zlek­ce­wa­ży­łam więc wszyst­kie trud­no­ści, a także Mary, która się krzy­wiła, ponie­waż mocno pach­niało gno­jem. Jeżeli pan Brontë był rów­nie pobożny jak jego sio­stra, mój chrze­ści­jań­ski uczy­nek z pew­no­ścią zrobi na nim wra­że­nie, gdy usły­szy od Neda o naszej wypra­wie. Choć od dawna podej­rze­wa­łam, że panna Brontë odwie­dza ubo­gich i cho­rych nie tyle z poboż­no­ści, ile z chęci ucieczki z naszego domu i dla przy­jem­no­ści spę­dza­nia wię­cej czasu z wika­rym, wie­leb­nym Gre­en­ho­wem.

Stripe Houses był to rząd brud­nych, róż­no­ra­kich dom­ków; w kilku z nich miesz­kali naj­więksi nędza­rze w tych oko­li­cach, a więk­szość stała opusz­czona.

W pierw­szym domku miesz­kały owdo­wiałe sio­stry, pani Thir­kill i pani Tomp­kins, obie po sześć­dzie­siątce i już pół­głu­che. Kiwały gło­wami i patrzyły głod­nymi oczami na przy­nie­sione im dary. W podzięce zło­żyły głę­bo­kie ukłony dziew­czę­tom i mnie, co spra­wiło nam przy­jem­ność. Aż nazbyt czę­sto biedni ludzie rzu­cają tylko podejrz­liwe spoj­rze­nia, gdy przy­cho­dzi się im z pomocą.

Nie weszły­śmy do następ­nego domku. Na progu stała Beth Bra­dley z jed­nym dziec­kiem na bio­drze i dru­gim ucze­pio­nym jej kostki; wyglą­dała na wyczer­paną. Powie­działa nam, że Ben­ja­min, jej naj­star­szy syn, zacho­ro­wał, a dok­tor Crosby uznał, że to może być szkar­la­tyna.

Nie pozwo­li­łam Mary i Bessy zbli­żyć się do tej kobiety i nikogo innego ze Stripe Houses. A jed­nak gdy ruszy­ły­śmy do Lit­tle Ouse­burn, odwró­ci­łam się i zer­k­nę­łam na górne okna pię­tro­wej cha­łupy jakby w nadziei, że uda mi się zaj­rzeć do pokoju cho­rego chłopca, brzyd­szego niż pokój Geo­r­giany, lecz prze­sy­co­nego takim samym, nie­po­zo­sta­wia­ją­cym wąt­pli­wo­ści zapa­chem wymio­tów, jodyny i potu.

Deszcz znów zaczął padać, a wła­ści­wie kro­pić. Nie dość ulewny, by zwol­nić nas z pozo­sta­łych wizyt.

- Mam mokre stopy - oznaj­miła Mary. Sta­nęła na jed­nej nodze, żeby mi poka­zać dziurę w lewym bucie.

- Naprawdę, Mary, rośniesz tak szybko, że dorów­nasz swo­jej sio­strze - powie­dzia­łam, ski­nąw­szy na Bessy, która szła przo­dem przez kałuże. - Bóg wie, czym pani Sewell cię karmi.

Gdy byłam w wieku Lydii, sznu­ro­wano mnie tak mocno, że mia­łam w talii czter­dzie­ści sześć cen­ty­me­trów. Matka była z tego dumna, ja rów­nież. Pochwa­li­łam się kie­dyś tym Lydii, a ona nie jadła całymi dniami tylko po to, by móc powie­dzieć to samo. Udało jej się, lecz pod­dała się godzinę po tym, jak Mar­shall zasznu­ro­wała ją w jed­nym z moich gor­se­tów. Poko­nana, blada i z tru­dem łapiąca oddech, krzy­czała, żeby­śmy "zdjęli z niej tę prze­klętą rzecz".

Bessy, choć ciem­no­włosa jak ja, można by jed­nak uznać za przed­sta­wi­cielkę innego gatunku niż reszta z nas. Była wyż­sza, tęż­sza, moc­niej zbu­do­wana. Trudno było sobie wyobra­zić męż­czy­znę, który uwa­żałby ją za pełną gra­cji.

- Mary, co się dzi­siaj dzieje z Lydią? Wiesz? - zapy­ta­łam cicho, żeby nie sły­szała nas jej sio­stra, i prze­ło­ży­łam kosz na drugą rękę.

Bessy i Lydia nie były do sie­bie podobne, a mimo to o wszyst­kim, co powie­dzia­łam jed­nej, zawsze wie­działa druga, lecz nie czter­na­sto­let­nia Mary, którą sio­stry uwa­żały za dziecko.

- Lydia jest zde­ner­wo­wana, bo nikt nie wysłał jej walen­tynki - wyja­śniła Mary po chwili waha­nia, patrząc na mnie wcale nie zmie­szana, mała zdraj­czyni.

Walen­tynki? W pierw­szych latach naszego mał­żeń­stwa Edmund zosta­wiał na mojej poduszce bukie­ciki, ale dzi­siaj nie pamię­tam nawet o tej dacie. Omal się nie zaśmia­łam z naiw­no­ści dziew­cząt, przy­po­mnia­łam sobie jed­nak pana Brontë, jego usta, uśmiech w oczach i to, że nazwał Lydię "cza­ru­jącą".

- Od kogo spo­dzie­wała się walen­tynki? - zapy­ta­łam, przy­śpie­sza­jąc nieco kroku, ponie­waż Bessy znik­nęła za zakrę­tem obsa­dzo­nej żywo­pło­tem drogi.

- Nikogo szcze­gól­nego, mamo. Ale mówi, że gdyby miała wybór, wybra­łaby Harry'ego Thomp­sona - odparła Mary. Pod­ska­ki­wała, żeby jesz­cze bar­dziej nie zamo­czyć stopy.

Ramiona mi opa­dły. Zwol­ni­łam kroku. Dzie­dzic Kirby Hall miał dwa razy tyle lat co Lydia i wąt­pliwe, czy w ogóle o niej sły­szał. Poza tym Edmund mi powie­dział, że zano­siło się na korzystne mał­żeń­stwo mię­dzy Har­rym Thomp­so­nem a córką pew­nego kupca, który otrzy­mał tytuł baro­neta w Kent.

- Zde­ner­wo­wała się, bo Bessy dostała walen­tynkę od Willa Mil­nera - cią­gnęła Mary, wyraź­nie prze­jęta. - Lydia uznała to za nie­spra­wie­dliwe, bo jest star­sza i ład­niej­sza, a teraz, po śmierci babci, wszyst­kie musimy uni­kać towa­rzy­stwa i ona w ogóle nie widuje dżen­tel­me­nów, więc gdzie ma zna­leźć swoją szansę? W kościele? Lydia mówi, że wie­lebny Lascel­les jest taki nudny, że zabiłby każdą nadzieję na romans. I że będzie stara i zanie­dbana, zanim skoń­czy się żałoba, zwłasz­cza jeśli któ­re­goś dnia umrze nasza druga bab­cia i wszystko zacznie się od początku. Och, czy ja będę taka ładna jak Lydia, gdy będę miała sie­dem­na­ście lat? Wiem, że nie powin­nam tak się o to mar­twić, ale się mar­twię. To nie­go­dziwe, ale nic nie mogę na to pora­dzić. - Dzie­cinne wyzna­nia popły­nęły jedno za dru­gim. Mary miała błoto na policzku i abso­lutną szcze­rość w oczach.

- Nie ma nic złego w modle­niu się o urodę, Mary - zapew­ni­łam, wycie­ra­jąc chu­s­teczką błoto z jej policzka - choć nie powinna to być naj­więk­sza zaleta, któ­rej pra­gniesz.

Być może nie było potrzeby uczyć Bessy lep­szych manier lub ogra­ni­czać jej por­cji obia­do­wych, skoro młody Will Mil­ner był jej tak oddany. To dziwne, że dzie­cięce przy­wią­za­nie zro­dzone ze wspól­nej miło­ści do koni prze­trwało, gdy chło­piec dorósł. Gdy­bym była Lydią, też by mnie to draż­niło. Jej młod­sza sio­stra mia­łaby wszystko, czego może pra­gnąć dziew­czyna - pie­nią­dze, męża star­szego zale­d­wie o kilka lat i posia­dłość odda­loną tylko o krótką prze­jażdżkę konną od naszej. Bessy nie zro­biła nic, żeby na to zasłu­żyć. A Lydia mar­no­wała swoje wdzięki, miz­drząc się przed lustrem w sypialni albo być może przed panem Brontë.

- O, wresz­cie są mama i Mary! - krzyk­nęła Bessy, gdy skrę­ci­ły­śmy za róg. Huś­tała się na drew­nia­nej bra­mie dla krów obok pobli­skiego domu i pro­wa­dziła gło­śną roz­mowę z Elizą Wal­ker.

Eliza stała w drzwiach domku, chro­niąc się przed gęst­nie­ją­cym desz­czem. Była synową Geo­rge'a Wal­kera, wie­śniaka, który leżał na łożu śmierci, od kiedy bli­sko dwa­dzie­ścia lat temu przy­by­łam do Thorp Green Hall jako pani tego domu. Ludzie z mia­sta twier­dzili, że Wal­ker wkrótce skoń­czy sto lat. Eliza odby­wała co dzień nie­miłą piel­grzymkę z Lit­tle Ouse­burn, mniej­szej z dwóch wio­sek, by go doglą­dać, ponie­waż uparty sta­rzec nie zamie­rzał opu­ścić swo­jej nisz­cze­ją­cej cha­łupy, gdzie miesz­kał kil­ka­dzie­siąt lat z żoną, dziś już nie­ży­jącą.

Niebo prze­szyła bły­ska­wica, a zaraz potem roz­legł się grzmot. Deszcz lał tak mocno, że kro­ple odbi­jały się od ziemi. Pobie­gły­śmy do domku, aby się schro­nić, i wpa­dły­śmy tam, zanim Eliza zdo­była się na odwagę, by nas zapro­sić.

Przy­zwy­cza­je­nie do pół­mroku zajęło nam kilka minut. Jedyna izba w tej rude­rze była gęsta od tor­fo­wego dymu, który gryzł mnie w oczy i osia­dał w gar­dle.

Mary, zapo­mi­na­jąc zupeł­nie o dobrym wycho­wa­niu, uklę­kła na jedno kolano, by zdjąć i obej­rzeć dziu­rawy but. Bessy stała w drzwiach, obser­wo­wała burzę, napa­wa­jąc się wido­kiem bły­ska­wic i hukiem pio­ru­nów.

Nie mia­łam siły, by zbesz­tać je obie. Przy­naj­mniej wybrały się ze mną. I nie wyty­kały mi, jaki straszny był to błąd, co zro­bi­łaby Lydia, gdyby była w wieku, gdy mogłam wytar­gać ją za uszy i cią­gnąć ze sobą. Co mi przy­szło do głowy, żeby włó­czyć się po oko­licy po to, by zro­bić wra­że­nie na cią­gle jesz­cze chłopcu? Czyż­bym tak długo była samotna, że uwaga ze strony jakie­go­kol­wiek męż­czy­zny mogła wpra­wić mnie w zachwyt?

Eliza roz­wią­zała moją pele­rynę i powie­siła ją na jed­nym z dwóch grubo cio­sa­nych drew­nia­nych krze­seł przy kominku. Na dru­gim spał, ciężko oddy­cha­jąc, jej teść.

- Przy­nio­sły­śmy wam... - prze­rwa­łam zakło­po­tana, lecz poda­łam jej prze­mo­czony koszyk.

Podzię­ko­wała dygnię­ciem i umknęła, chcąc go od razu roz­pa­ko­wać.

Pode­szłam do kominka, aby się wysu­szyć, lecz z pale­ni­ska biło takie gorąco, że musia­łam się odsu­nąć. To praw­dziwy cud, że stary Geo­rge Wal­ker nie uległ mumi­fi­ka­cji przez te wszyst­kie lata, gdy tam sie­dział, cze­ka­jąc na śmierć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki