ROZDZIAŁ 1
Tam, gdzie zachód,
Gdzie skłon morza
Patrzy w mgłę czy wiatr,
Lub gdy zorza
Świeci światu,
Sama jedna trwa.
Tylko stamtąd
Tchnienie słowa,
Stamtąd wdzięk i czar.
THOMAS HARDY, The Riddle
Wiatr wschodni w zatoce Lyme - owym największym kęsie, jaki morze
wyrwało z podudzia wyciągniętej na południowy zachód nogi Anglii - jest
wiatrem bardzo przykrym, toteż ktoś dociekliwy mógłby od razu wysnuć
kilka dość trafnych wniosków na temat pary, która pewnego szczególnie
wietrznego i zimnego poranka pod koniec marca 1867 roku wkroczyła na
molo w Lyme Regis, mieścinie stanowiącej mały, lecz bogaty w historię
eponim zatoki.
Molo ma już co najmniej siedemset lat, zdążyło się więc z pewnością
opatrzyć rdzennym mieszkańcom Lyme Regis, dla których jest to tylko
stary, wygięty na kształt szponu kamienny mur, odpierający ataki morza.
W istocie, ponieważ znajduje się dość daleko od samego miasta, niby
miniaturowy Pireus mikroskopijnych Aten, można by rzec, iż mieszkańcy
odwracają się do niego plecami. Ponoszone przez nich w ciągu wieków
koszty naprawy falochronu usprawiedliwiają do pewnego stopnia tę
niechęć. Widziany okiem nie tyle płatnika podatków, ile znawcy, jest to
bez wątpienia najpiękniejszy łamacz fal na południowym wybrzeżu Anglii.
Nie tylko dlatego, że - jak powiadają przewodniki turystyczne - emanuje
z niego siedemset lat dziejów Anglii, że stąd wypłynęły okręty na
spotkanie Armady, że przy tym nabrzeżu wylądował Monmouth... ale przede
wszystkim dlatego, że jest to wspaniały okaz sztuki ludowej.
Prymitywny, a zarazem kunsztowny, masywny a harmonijny, pełen misternych
wygięć i skrętów niczym dzieło jakiegoś Henry'ego Moore'a lub Michała
Anioła, przy tym nieskazitelny, czysty, klarowny - idealny w swym
bryłowatym ogromie. Przesadzam? Może, ale to rzecz do sprawdzenia, gdyż
falochron zmienił się bardzo niewiele od owego roku, o którym piszę,
czego nie da się powiedzieć o miasteczku Lyme, toteż próba wypadnie dla
mnie niekorzystnie, jeżeli odwrócą się państwo i będą patrzyli w kierunku lądu.
Gdyby jednak w roku 1867 zwrócili się państwo w kierunku lądu na północ,
jak to uczynił mężczyzna owego marcowego dnia, ujrzeliby widok bardzo
pociągający. Około tuzina domków wraz z małą stocznią - w której niby
arka tkwił na blokach stępkowych kadłub lugra - tworzyło stłoczoną,
malowniczą grupę tam, gdzie falochron łączy się z lądem. O pół mili na
wschód, za spadzistymi stokami łąk widniały kryte strzechą i łupkiem
dachy samego Lyme, miasteczka, co przeżyło swój rozkwit w średniowieczu
i odtąd chyli się coraz bardziej ku upadkowi. Na zachód posępne szare
skały, zwane tutaj Ware Cleeves, wznosiły się stromo nad kamienistą
plażą, z której Monmouth wyruszył na swoją idiotyczną wyprawę. Ponad
nimi i za nimi biegły masywne tarasy dalszych skał, zamaskowane gęstymi
lasami. W tym właśnie zestawieniu falochron sprawia wrażenie ostatniego
bastionu broniącego się przed całym owym dzikim, podległym erozji
wybrzeżem zachodnim. To również jest rzeczą do sprawdzenia. Ani jednego
domu nie widać było wtedy, jak również - poza nędzną gromadką domków
campingowych - nie widać dzisiaj w tamtym kierunku.
Miejscowy szpieg - a był taki - mógł wydedukować, że ci dwoje to
przyjezdni, ludzie z wyższych sfer towarzyskich, w dodatku tacy, których
byle wichura nie zniechęci do miłego spaceru po molo. Jednocześnie,
nastawiając staranniej teleskop, mógłby dojść do wniosku, że samotność
we dwoje interesuje ich bardziej aniżeli architektura nadmorska,
stwierdziłby też niewątpliwie, że odznaczają się doskonałym smakiem, gdy
chodzi o prezencję.
Młoda dama ubrana była według ostatniej mody, w roku 1867 bowiem powiał
nowy wiatr, przynosząc bunt przeciwko krynolinie i kapturkowi z szerokim
rondem. Oko przy okularze teleskopu mogło dostrzec karmazynową spódnicę,
zuchwale wprost wąską - no i krótką, bo widać było błyski białych
pończoszek poniżej zielonego płaszcza, a powyżej czarnych bucików
stąpających ostrożnie po kamiennych płytach, oraz przechylony do przodu
nad ujętym w siatkę kokiem mały płaski "pierożek", przybrany z boku
delikatną egretą - majstersztyk sztuki modniarskiej, jakiego panie na
stałe mieszkające w Lyme z pewnością nie odważyłyby się włożyć jeszcze
co najmniej przez rok. Wyższy od swej towarzyszki mężczyzna, w nieskazitelnym jasnopopielatym garniturze, z cylindrem w wolnej ręce,
miał mocno przystrzyżone bokobrody, gdyż arbitrzy angielskiej mody
męskiej rok czy dwa przedtem uznali, że szerokie bokobrody są nieco
wulgarne - czyli, innymi słowy, budzą śmiech cudzoziemców. Kolory
poszczególnych części garderoby młodej damy wydałyby się nam dzisiaj
krzykliwe, ale świat właśnie w tym czasie ogarnięty był zachwytem dla
świeżo odkrytych barwników anilinowych. A przecież każda kobieta,
spragniona rekompensaty za tyle innych narzucanych jej ograniczeń, tego
przynajmniej wymagała od kolorów, żeby były żywe, nie zaś dyskretne.
Jednakże obserwator przy teleskopie byłby w sporym kłopocie, gdyby miał
sformułować jakieś wnioski co do innej postaci na owym posępnym, krętym
molo. Stała ona na krańcu najbardziej wysuniętym w morze, wsparta o lufę
armatnią, ustawioną sztorcem i służącą do przywiązywania lin
cumowniczych. Ubrana była na czarno. Wiatr szarpał jej suknię, lecz ona
wciąż stała bez ruchu, wpatrując się w pusty horyzont. Wyglądała raczej
na żywy pomnik ofiar morza, na postać z legendy, aniżeli na cząstkę
szarego prowincjonalnego dnia.
ROZDZIAŁ 2
W owym roku (1851) Wyspy Brytyjskie zamieszkiwało około 8 155 000
przedstawicielek płci żeńskiej od dziesięciu lat wzwyż na 7 600 000
osobników płci męskiej. Było więc rzeczą jasną, że aczkolwiek
przeznaczeniem dziewczyny wiktoriańskiej w powszechnym przekonaniu jest
zostać żoną i matką, to jednak mężczyzn na dopełnienie tego
przeznaczenia nie wystarczy.
E. ROYSTON PIKE, Human Documents of the Victorian Golden Age
Srebrny żagiel rozwinę i ku słońcu popłynę,
Srebrny żagiel rozwinę i ku słońcu popłynę,
Będzie płakać niewierna, będzie płakać niewierna,
Będzie płakać, ach, za mną, kiedy zniknę, przeminę.
PIOSENKA LUDOWA, As Sylvie was walking
- Kochana Tino, złożyliśmy już hołd Neptunowi. Bez wątpienia wybaczy
nam, jeżeli się teraz odwrócimy do niego plecami.
- Nie jesteś zbyt rycerski.
- Co to znaczy, jeśli wolno zapytać?
- Sądziłam, że będziesz chciał skorzystać ze sposobności i potrzymać
trochę dłużej moje ramię, nie budząc tym zgorszenia.
- Jacyśmy się stali delikatni!
- Nie jesteśmy teraz w Londynie.
- Jesteśmy na biegunie północnym, o ile się nie mylę.
- Chciałabym dojść do końca.
Na takie dictum mężczyzna z wyrazem ironicznej rozpaczy spojrzał w stronę lądu, jak gdyby miało to być jego ostatnie spojrzenie, po czym
znów zawrócił i oboje ruszyli dalej nabrzeżem.
- Poza tym chciałabym się dowiedzieć, co zaszło w czwartek między tobą a papą.
- Twoja ciotka wydobyła już ze mnie wszystkie szczegóły tego miłego
wieczoru.
Panna przystanęła i spojrzała mu w oczy.
- Karolu! Mój Karolu, możesz być sztywny, jakbyś kij połknął, z kimkolwiek chcesz, ale nie ze mną.
- Moje drogie dziecko, przyznasz, że każdy kij ma dwa końce.
- A złe humory zachowaj dla swego klubu. - Panna z surową minką zmusiła
go, żeby szedł dalej. - Dostałam list.
- O! Obawiałem się tego. Od mamy?
- Wiem, że coś zaszło... przy winie po obiedzie.
Uszli kilka kroków, nim Karol odpowiedział; przez chwilę miał ochotę
mówić serio, zaraz jednak dał temu spokój.
- A więc przyznam ci się, że między twoim czcigodnym ojcem a mną doszło
do drobnej różnicy zdań na tematy filozoficzne.
- To bardzo brzydko z twojej strony.
- Chciałem właśnie, żeby to było jak najuczciwiej z mojej strony.
- Cóż było tematem rozmowy?
- Twój ojciec dał wyraz opinii, że pana Darwina powinno się pokazywać w klatce w ogrodach zoologicznych. Razem z małpami. Usiłowałem przytoczyć
pewne naukowe argumenty, przemawiające za stanowiskiem Darwina.
Usiłowania moje nie odniosły skutku. Et voila tout.
- Jak mogłeś, znając poglądy papy?!
- Byłem pełen szacunku.
- To znaczy, że byłeś wstrętny.
- Powiedział w istocie, że nie pozwoli córce wyjść za człowieka, który
uważa, że jego pradziadem była małpa. Sądzę jednak, że po namyśle
przypomni sobie, iż w moim wypadku była to małpa utytułowana.
Panna spojrzała na niego przelotnie i odwróciła głowę szczególnym,
płynnym ruchem; był to jej charakterystyczny gest, kiedy chciała okazać
zatroskanie - w tym wypadku zatroskanie sprawą, która jej zdaniem
stanowiła największą przeszkodę dla ich związku. Wprawdzie ojciec panny
był człowiekiem bardzo bogatym, ale jej dziadek był kupcem, a dziadek
Karola baronetem. Karol uśmiechnął się i przycisnął urękawiczoną dłoń,
wspartą lekko na jego lewym ramieniu.
- Kochanie, wszystko to już omówiliśmy. Jest rzeczą absolutnie właściwą,
abyś bała się ojca. Ale ja przecież nie z nim się żenię. Zapominasz poza
tym, że jestem człowiekiem nauki. Napisałem monografię, więc chyba nim
jestem. A jeżeli się będziesz tak uśmiechać, poświęcę cały swój czas
skamieniałościom i ani chwili tobie.
- Nie mam zamiaru być zazdrosna o skamieniałości. - Tu z przebiegłą miną
zrobiła pauzę. - Tym bardziej że chodzisz po nich co najmniej od minuty,
a nie raczyłeś nawet ich zauważyć.
Karol spojrzał szybko w dół i równie szybko ukląkł. Niektóre bowiem
części molo wybrukowane są płytami zawierającymi skamieliny.
- Dalipan, spójrz tylko! Certhidium portlandicum. Ten kamień musi
pochodzić ze skały oolitowej w Portlandzie.
- A ja skażę cię na dożywotnie ciężkie roboty w tamtejszych
kamieniołomach, jeżeli natychmiast nie wstaniesz. - Karol usłuchał z uśmiechem. - Widzisz, jaka jestem dobra, że cię tu przyprowadziłam?
Teraz spójrz. - Pociągnęła go na tę stronę falochronu, gdzie szereg
płaskich kamieni osadzonych bokiem w murze tworzył coś w rodzaju stopni
prowadzących na niższy poziom. - To są te same schody, z których Jane
Austen kazała spaść Luizie Musgrove w Perswazjach.
- Niezmiernie romantyczne.
- Panowie mieli romantyczne upodobania... w tamtych czasach.
- A teraz mają upodobania naukowe, tak? Czy zaryzykujemy zejście po tych
groźnych stopniach?
- W powrotnej drodze.
Ruszyli znów naprzód. Dopiero wtedy Karol zauważył postać stojącą na
końcu molo, a w każdym razie zorientował się, że jest to osoba płci
żeńskiej.
- Wielkie nieba, myślałem, że to rybak. Ale to przecież kobieta?
Ernestyna zmrużyła powieki. Miała szare oczy, bardzo ładne szare oczy,
ale wzrok krótki, dojrzała więc tylko ciemną sylwetkę.
- Czy jest młoda?
- Za daleko, żeby można było poznać.
- Ale domyślam się... To musi być biedna Tragedia.
- Tragedia?
- Przezwisko. Jedno z jej przezwisk.
- Jak brzmią inne?
- Rybacy nazywają ją bardzo ordynarnie.
- Droga moja Tino, mnie możesz...
- Nazywają ją... kochanicą Francuza... Francuskiego porucznika.
- Doprawdy? I jest aż pod takim ostracyzmem, że musi pędzić swoje dni
tam, na końcu falochronu?
- Ona jest... trochę szalona. Zawróćmy. Nie chcę się do niej zbliżać.
Przystanęli. Karol patrzył na czarną postać.
- Ale mnie ta sprawa intryguje. Któż to jest ten francuski porucznik?
- Człowiek, z którym podobno...
- W którym się zakochała?
- Gorzej.
- I porzucił ją? Pewno z dzieckiem?
- Nie. Żadnego dziecka chyba nie ma. To wszystko są tylko plotki.
- Cóż ona tu robi?
- Podobno czeka na jego powrót.
- Ale... nikt się nią nie opiekuje?
- Jest kimś w rodzaju służącej u starej pani Poulteney. Nigdy się nie
pokazuje, kiedy przychodzimy z wizytą. Ale mieszka tam. Proszę cię,
zawróćmy. Ja jej nie widziałam.
Karol uśmiechnął się.
- Jeżeli się na ciebie rzuci, stanę w twojej obronie i dam dowody swej
ubożuchnej rycerskości. Chodź.
Podeszli bliżej do postaci przy lufie armatniej. Kobieta w czerni zdjęła
kapelusz i trzymała go w ręce; włosy miała mocno ściągnięte do tyłu i schowane pod kołnierzem czarnego żakietu - żakiet zaś był dziwaczny,
przypominał raczej męską kurtkę do konnej jazdy aniżeli któryś z damskich żakietów, jakie się nosiło w ciągu ostatnich czterdziestu lat.
Ona także nie miała na sobie krynoliny, było jednak rzeczą jasną, że nie
wchodzi tu w grę znajomość najświeższych nakazów mody londyńskiej, lecz
po prostu obojętność na sprawy stroju. Karol rzucił jakąś zdawkową i głośną uwagę, aby ostrzec kobietę, że nie jest już sama, ona jednak się
nie odwróciła. Młodzi ludzie doszli teraz do miejsca, z którego mogli
widzieć jej twarz z profilu i dostrzec, że spojrzenie ma wycelowane
niczym karabin w najdalszą linię horyzontu. Gwałtowny podmuch wiatru
sprawił, że Karol musiał objąć Ernestynę, aby ją podtrzymać, kobieta zaś
musiała chwycić się mocniej armaty. Gdy wiatr nieco się uciszył, Karol,
sam nie wiedząc czemu - może po to, żeby pokazać Ernestynie, jaki jest
śmiały - zrobił krok naprzód.
- Moja dobra kobieto, nie możemy patrzeć bez lęku, jak tu stoicie.
Silniejszy podmuch wichury...
Odwróciła się, żeby spojrzeć na niego - czy też, jak się Karolowi
zdawało, poprzez niego. Zostały mu w pamięci po tym pierwszym spotkaniu
nie tyle rysy tej twarzy, ile to wszystko, co było w niej inne, niż się
spodziewał, żyli bowiem w czasach, gdy na twarzy kobiecej najchętniej
widziany był wyraz skromności, posłuszeństwa, onieśmielenia. Karol
poczuł się naraz tak, jak gdyby wkroczył na zakazany teren, jak gdyby
falochron należał do tej twarzy, nie zaś do zabytkowego miasta Lyme. Nie
była to twarz ładna jak twarz Ernestyny. Z pewnością też nie była to
twarz piękna, gdyby sądzić ją według kryteriów którejkolwiek epoki
historycznej. Ale była to twarz niezapomniana, twarz tragiczna. Ból bił
z niej w sposób równie naturalny i niepowstrzymany jak woda z leśnego
źródła. Nie było tu żadnej sztuczności, obłudy, histerii, żadnej maski,
a nade wszystko żadnych oznak obłędu.
Obłęd czaił się w pustym morzu, w pustym horyzoncie, w braku powodu do
takiego cierpienia - jak gdyby źródło było naturalne samo w sobie, lecz
nienaturalne przez to, że tryskało na pustyni.
Karol nieraz potem myślał o tym spojrzeniu jako o lancy, a gdy się tak
myśli, określa się nie tyle sam obiekt, ile wywierane przezeń wrażenie.
Poczuł się w owej krótkiej chwili napastnikiem, przebitym na wylot, a zarazem pomniejszonym.
Kobieta się nie odezwała. Spoglądała na intruza co najwyżej przez dwie
lub trzy sekundy, potem znów przeniosła wzrok na południe. Ernestyna
pociągnęła Karola za rękaw; wzruszył ramionami, odwrócił się i uśmiechnął do niej. Kiedy byli już blisko lądu, rzekł:
- Żałuję, że opowiedziałaś mi te niesmaczne fakty. To jest właśnie w życiu prowincjonalnym najgorsze. Wszyscy się znają i nie ma żadnych
tajemnic. Nie ma romantyzmu.
Ernestyna zasypała go natychmiast docinkami: przecież jest człowiekiem
nauki, przecież gardzi romansidłami.
ROZDZIAŁ 3
Ważniejsze jednak jest to, że główna część organizacji każdej istoty
żyjącej bierze się z dziedziczności, że więc, chociaż każda istota jest
bez wątpienia dokładnie przystosowana do swego miejsca w przyrodzie,
wiele narządów nie pozostaje ściśle w bezpośrednim związku z jej obecnym
sposobem życia.
KAROL DARWIN, O powstawaniu gatunków (1859), przeł. Szymona Dickstein
Ze wszystkich dekad naszych dziejów człowiek mądry wybrałby na okres
swej młodości lata tysiąc osiemset pięćdziesiąte.
G.M. YOUNG, Victorian England: Portrait of an Age
Znalazłszy się po lunchu znów w swych pokojach "Pod Białym Lwem", Karol
długo przyglądał się odbiciu swojej twarzy w lustrze. Myśli jego zbyt
były mgliste, aby dało się je opisać. Zawierały wszakże pewne tajemnicze
elementy; niesprecyzowane poczucie klęski, niepozostające zresztą w żadnym związku z incydentem na molo, lecz z jego własnymi błahymi
wypowiedziami podczas lunchu u ciotki Tranter, z pewnymi
charakterystycznymi unikami, jakie czynił; z tym, czy zainteresowanie
paleontologią stanowi dostateczne pole dla jego wrodzonych zdolności; z tym, czy Ernestyna kiedykolwiek potrafi zrozumieć go równie dobrze, jak
on ją rozumie; z ogólnym poczuciem chybienia celu, mającym być może
źródło jedynie tylko - jak doszedł w końcu do wniosku - w perspektywie
długiego, a teraz także deszczowego popołudnia. Bądź co bądź był dopiero
rok 1867. Karol miał dopiero trzydzieści dwa lata. Przy tym zawsze
zadawał życiu zbyt wiele pytań.
Karol lubił myśleć o sobie jako o młodym koryfeuszu nauki i zapewne nie
byłby nadmiernie zdziwiony, gdyby z przyszłości dotarły do niego wieści
o samolocie, silniku odrzutowym, telewizji i radarze; w zdumienie
natomiast wprawiłaby go zmiana stosunku ludzi do samego pojęcia czasu.
Wielkim bowiem nieszczęściem naszego stulecia jest podobno brak czasu;
to właśnie nasze poczucie tego braku, nie zaś bezinteresowne umiłowanie
wiedzy, a już z pewnością nie mądrość, sprawia, że poświęcamy tak
znaczną część pomysłowości i dochodu poszczególnych państw na
znalezienie szybszych sposobów robienia różnych rzeczy - jak gdyby
ostatecznym celem ludzkości nie było zbliżenie się do idealnego
społeczeństwa, lecz do idealnej błyskawicy. Dla Karola jednak i dla
prawie wszystkich jego współczesnych, stojących na tym samym co on
szczeblu społecznym, tempo egzystencji określało się niezmiennie
terminem adagio. Problem nie polegał na tym, aby zmieścić wszystko, co
chciałoby się zrobić, lecz na tym, jak rozciągnąć to, co się ma do
zrobienia, aby jakoś pokryć rozległe połacie wolnego czasu.
Jednym z najpospolitszych objawów zamożności jest dzisiaj niszczycielska
nerwica, w stuleciu Karola objawem takim była spokojna nuda. Wprawdzie
fala rewolucji 1848 roku, wspomnienie o nieistniejących już czartystach
stało za tym okresem niczym posępny cień, dla wielu jednak - a między
innymi również dla Karola - rzeczą najbardziej znamienną w owych
odległych pomrukach grzmotu było to, że nie doprowadziły one do wybuchu.
Lata sześćdziesiąte były bez wątpienia latami tłustymi; dobrobyt, który
objął także przedstawicieli rzemiosła, a nawet klasę robotniczą, kazał
ogółowi - przynajmniej w Wielkiej Brytanii - zapomnieć o jakiejkolwiek
możliwości rewolucji. Nie potrzeba nadmieniać, że Karol nic nie wiedział
o brodatym Żydzie niemieckim, który tego samego popołudnia pracował
spokojnie w bibliotece Muzeum Brytyjskiego i którego praca w owych
ciemnych murach miała wydać tak jaskrawoczerwone owoce. Gdyby państwo
próbowali opowiedzieć o tych owocach lub o skutkach ich późniejszego
powszechnego spożywania, Karol z pewnością by państwu nie uwierzył -
mimo że zaledwie sześć miesięcy po opisywanym tu marcu 1867 roku miał
się ukazać w Hamburgu pierwszy tom Kapitału.
Było też bez liku powodów osobistych, dla których Karol nie nadawał się
do przyjemnej skądinąd roli pesymisty. Jego dziadek baronet zaliczał się
do drugiej z dwóch głównych kategorii ziemian angielskich: opijających
się czerwonym winem fanatyków polowania na lisy oraz uczonych zbieraczy
wszystkiego pod słońcem. Zbierał w zasadzie książki, ale w późniejszych
latach życia poświęcił moc pieniędzy, nie mówiąc już o cierpliwości
rodziny, na rozkopywanie nieszkodliwych pagórków, rozsianych niby
pryszcze po należących do niego trzech tysiącach akrów ziemi w Wiltshire. Dolmeny i menhiry, narzędzia kamienne i groby neolityczne -
tropił to wszystko bezlitośnie, najstarszy zaś jego syn, objąwszy po nim
dziedzictwo, równie bezlitośnie tropił i usuwał z domu wszystkie
ojcowskie trofea, jakie dało się ruszyć z miejsca. Wszelako niebo
ukarało - a może pobłogosławiło - tego syna, sprawiając, że nigdy się
nie ożenił. Zresztą młodszy syn baroneta, ojciec Karola, również
otrzymał po ojcu pokaźną schedę w postaci ziemi i pieniędzy,
zapewniającą mu dostatni byt.
W życiu tego człowieka była jedna tylko tragedia - równoczesna śmierć
młodej żony i nowo narodzonego dziecka, niedoszłej siostrzyczki rocznego
Karola. Przebolał wszakże tę stratę. Otoczył Karola jeśli nie wielką
miłością, to w każdym razie licznym gronem korepetytorów i treserów, i ogólnie rzecz biorąc, lubił go trochę tylko mniej niż siebie samego.
Sprzedał swoją część ziemi, inwestował rozważnie w akcje kolejowe i nierozważnie przy zielonych stolikach (szukał bowiem pociechy snadniej w kasynach niż w kościołach), słowem, żył tak, jak gdyby urodził się
raczej w 1702 aniżeli w 1802 roku, głównie dla przyjemności... i głównie z tego powodu umarł w roku 1856. Karol tedy został jedynym jego
spadkobiercą. Był zresztą nie tylko spadkobiercą uszczuplonej fortuny
ojca - bakarat w końcu wziął górę nad hossą akcji kolejowych - lecz miał
też z czasem odziedziczyć bardzo znaczny majątek stryja. Należy jednak
stwierdzić, że w roku 1867 stryj, mimo zgodnego z tradycją umiłowania
wina bordoskiego, nie zdradzał najmniejszych oznak rychłego zgonu.
Karol lubił stryja, stryj zaś ze swej strony lubił Karola, co zresztą
wcale nie zawsze uzewnętrzniało się w ich wzajemnych stosunkach. Karol
wprawdzie czynił pewne ustępstwa na rzecz sportu myśliwskiego i chodził
na kuropatwy i bażanty, gdy go do tego zapraszano, odmawiał jednak
stanowczo udziału w polowaniu na lisy. Nie chodziło mu o to, że zdobycz
jest niejadalna, czuł po prostu odrazę do rozjuszonych myśliwych. Miał
na sumieniu jeszcze gorsze grzechy: zdradzał wrodzone upodobanie do
pieszych wędrówek, przedkładając je nad jazdę konną, piesze wycieczki
zaś nie są rozrywką godną dżentelmena, chyba że odbywa się je w Alpach.
Koń sam w sobie nie budził w Karolu specjalnych obiekcji, lecz jako
urodzonego badacza przyrody złościła go niemożność obserwowania jej z bliska i bez pośpiechu. Pewnego dnia jesiennego, wiele lat przedtem,
Karol zastrzelił bardzo dziwnego ptaka, który wybiegł ze skraju jednego
z łanów pszenicy stryja. Gdy się przekonał, co to za ptak i jak jest
rzadki, zły był na siebie, zabił bowiem jednego z ostatnich wielkich
dropi na równinie Salisbury. Ptaka wypchano i odtąd niby spaśny indyk
spoglądał paciorkami oczu ze szklanej gabloty w salonie dworu Winsyatt.
Stryj zanudzał składających wizyty sąsiadów opowiadaniami o tym
bohaterskim czynie, a ilekroć miał chęć wydziedziczyć bratanka - czego
ku wielkiej swej wściekłości nie mógł zrobić, gdyż dobra stanowiły
majorat - odzyskiwał równowagę ducha i serdeczne uczucia stryjowskie,
stając przed gablotą i patrząc na nieśmiertelnego Karolowego dropia.
Karol bowiem miał swoje wady. Nie zawsze pisywał co tydzień, kiedy zaś
przyjeżdżał do Winsyatt, wykazywał zgubną skłonność do przesiadywania po
południu w bibliotece, pokoju, do którego stryj prawie nigdy nie
zaglądał.
Miał zresztą jeszcze poważniejsze wady. W Cambridge zgodnie z programem
wykuł klasyków starożytnych, opanował Trzydzieści Dziewięć Artykułów
wiary anglikańskiej, po czym (w przeciwieństwie do większości młodych
ludzi jego czasów) zaczął rzeczywiście czegoś się uczyć. Kiedy był na
drugim roku, popadł w złe towarzystwo, co miało taki koniec, że pewnej
mglistej nocy londyńskiej wszedł w cielesne posiadanie nagiej
dziewczyny. Wyrwawszy się z jej pulchnych plebejskich ramion, rzucił się
prosto w ramiona Kościoła i wkrótce potem wprawił w najwyższe
przerażenie ojca, oznajmiając mu, że pragnie przyjąć święcenia
kapłańskie. Na kryzys tych rozmiarów jedna mogła być tylko odpowiedź:
krnąbrnego młodzieńca wyekspediowano do Paryża. Tam jego ledwie
splamiona dziewiczość została w krótkim czasie doszczętnie unicestwiona,
ale jednocześnie też - jak się zresztą ojciec spodziewał - wniwecz się
obróciły zamierzone zaślubiny z Kościołem. Karol dojrzał, co kryje się
za ruchem oksfordzkim1 - rzymski katolicyzm propria
terra. Nie zechciał tedy wymienić swej miernej, lecz poręcznej
angielskiej duszy - składającej się w równych częściach z ironii i konwenansów - na dymy kadzidlane i omylność papieską. Po powrocie do
Londynu, idąc dalej drogą poszukiwań, przerzucił i przekartkował co
najmniej tuzin będących w obiegu teorii religijnych, lecz zakończył tę
drogę (voyant trop pour nier, et trop peu pour s'assurer) jako zdrowy
na duchu agnostyk2. Jeśli w ogóle potrafił dopatrzyć się Boga
w istnieniu ziemskim, znajdował Go w przyrodzie, nie zaś w Piśmie
Świętym; sto lat wcześniej byłby zapewne deistą, może nawet panteistą.
Będąc w towarzystwie, udawał się w niedzielę na nabożeństwo poranne, sam
jeden czynił to bardzo rzadko.
Wrócił w roku 1856 po półrocznym pobycie w Mieście Grzechu. Ojciec jego
umarł trzy miesiące później. Wielki dom w dzielnicy Belgravia wynajęto,
a Karol przeniósł się do dzielnicy Kensington, do znacznie
skromniejszego domu, bardziej odpowiedniego dla młodego kawalera.
Mieszkał tam obsługiwany przez kamerdynera, kucharkę i dwie pokojówki -
personel, którego szczupłość jak na człowieka o stosunkach i majątku
Karola świadczyła niemal o ekscentryczności. Ale czuł się tam
szczęśliwy, zresztą większość czasu spędzał na podróżowaniu po świecie.
Zamieścił w modnych czasopismach kilka esejów o swoich wojażach do
dalekich krajów; pewien przedsiębiorczy wydawca proponował mu nawet, aby
po dziewięciu miesiącach spędzonych w Portugalii napisał o niej książkę,
lecz pisarstwo wydawało się Karolowi czymś poniżej jego godności, w dodatku czymś nazbyt zbliżonym do wytężonej pracy, wymagającej
długotrwałego skupienia. Bawił się przez jakiś czas tą myślą, aż w końcu
jej poniechał. Ściśle biorąc, bawienie się tymi i owymi myślami
stanowiło główne zajęcie Karola w trzeciej dekadzie życia.
Jednakże mimo iż dawał się nieść powolnej fali czasów wiktoriańskich,
nie był w gruncie rzeczy młodzieńcem frywolnym. Dzięki przypadkowemu
spotkaniu z kimś, kto wiedział o manii jego dziadka, zrozumiał, że to
tylko w rodzinie traktowano w sposób humorystyczny działalność starszego
pana, który po całych dniach tkwił przy wykopkach, nadzorując pracę nic
nierozumiejących wieśniaków. Inni pamiętali sir Karola Smithsona jako
pioniera archeologii Brytanii z okresu przedrzymskiego; okazy z jego
wygnanych zbiorów przytuliło z wdzięcznością Muzeum Brytyjskie.
Stopniowo też Karol zdał sobie sprawę, że z usposobienia bardziej jest
podobny do dziadka niż do któregoś z jego dwóch synów. W ciągu ostatnich
trzech lat interesował się coraz bardziej paleontologią i doszedł w końcu do wniosku, że jest to przyrodzone mu pole działania. Zaczął
uczęszczać na conversazioni Towarzystwa Geologicznego. Stryj z dezaprobatą spoglądał na Karola, gdy ten wyruszał z Winsyatt, uzbrojony
w młotki, siekierki i worek na okazy. Zdaniem starszego pana jedynymi
przedmiotami, jakie dżentelmen mógł nosić na wsi, były pejcz lub
dubeltówka - w każdym razie jednak lepsze to już było od ślęczenia nad
przebrzydłymi książkami w przebrzydłej bibliotece.
Zresztą Karol zdradzał brak skłonności w innym jeszcze kierunku, co
najbardziej stryja irytowało. Żółte wstążki i żonkile, symbole Partii
Liberalnej, były w Winsyatt wyklęte; baronet był torysem do szpiku kości
i bardzo się polityką interesował. Jednak wszelkie próby nakłonienia
Karola, żeby kandydował do parlamentu, spotykały się z uprzejmą, lecz
stanowczą odmową. Karol twierdził, że w ogóle nie ma przekonań
politycznych. W skrytości ducha żywił niejaki podziw dla Gladstone'a, w Winsyatt jednak Gladstone był arcyzdrajcą, człowiekiem, którego nazwiska
się nie wymieniało. W ten oto dogodny sposób szacunek dla stryja i lenistwo w sprawach społecznych zamknęły przed Karolem karierę, do
której z urodzenia był właściwie przeznaczony.
Muszę tu wyznać, że lenistwo było w ogóle najbardziej charakterystyczną
cechą Karola. Podobnie jak wielu jego współczesnych dostrzegał, że
poczucie odpowiedzialności początków wieku dziewiętnastego zamienia się
stopniowo w poczucie własnej ważności - że pobudką wszelkich poczynań
nowej Brytanii jest coraz bardziej chęć zachowania cnotliwych pozorów,
nie zaś czynienie dobra dla samego dobra. Wiedział, że jest nazbyt
wymagający. Ale jak tu tworzyć dzieła historyczne, mając tak świeżo za
sobą wielkiego Macaulaya? Jak pisać powieści lub wiersze pośród
największej plejady talentów w dziejach literatury angielskiej? Jak
kusić się o własne teorie naukowe, gdy Lyell i Darwin jeszcze żyją? Jak
być mężem stanu, gdy Disraeli i Gladstone polaryzują całą dostępną
przestrzeń?
Widzą więc państwo, że Karol mierzył wysoko. Inteligentni próżniacy
zawsze wysoko mierzą, aby usprawiedliwić własne próżniactwo przed własną
inteligencją. Słowem, Karol cierpiał w całej rozciągłości na bajroniczny
splin, nie mając na tę dolegliwość żadnego z leków, jakimi rozporządzał
Byron - ani geniuszu, ani cudzołóstwa.
Ale chociaż śmierć może zwlekać z nadejściem, jak rozważały nieraz matki
mające córki na wydaniu, w końcu jednak zawsze litościwie przychodzi.
Przy tym Karol nawet bez dalszych swych sperand był bez wątpienia
atrakcyjnym młodzieńcem. Wprawdzie liczne podróże starły z niego,
niestety, znaczną część owej patyny całkowitego braku humoru (zwanej
przez ludzi z epoki wiktoriańskiej powagą, prawością moralną, godnością,
uczciwością i tysiącem innych bałamutnych mian), wymaganej jako pierwszy
warunek od prawdziwego dżentelmena angielskiego tamtych czasów.
Wprawdzie znać było po nim pewien cynizm, niezawodną oznakę rozkładu
moralnego, ilekroć jednak wszedł do salonu, matki rzucały mu przymilne
spojrzenia, ojcowie klepali go po ramieniu, a panny na wyścigi się do
niego wdzięczyły. Karol lubił ładne dziewczęta, toteż wcale chętnie
czarował zarówno panny, jak i ich ambitnych rodziców. Zyskał w ten
sposób reputację człowieka wyniosłego i oziębłego, co było zasłużoną
nagrodą za zręczność - nim jeszcze skończył trzydzieści lat, zakasowałby
najbardziej szczwanego lisa - z jaką obwąchiwał przynętę, a następnie
omijał ukryte kleszcze groźnych pułapek matrymonialnych, rozsianych na
jego drodze.
Stryj nieraz łajał go za to, ale jak mu Karol z miejsca wytykał, sam nie
był bez winy. Starszy pan mruczał gniewnie:
- Nie znalazłem nigdy odpowiedniej kobiety.
- Brednie. Nigdy jej stryj nie szukał.
- Szukałem, dalibóg szukałem. Kiedy byłem w twoim wieku...
- Miał stryj w głowie tylko charty i sezon polowania na kuropatwy.
Stryj wpatrywał się smętnie w swoje wino. W gruncie rzeczy nie żałował,
że nie ma żony, odczuwał tylko dotkliwie brak dzieci, którym mógłby
kupować kuce i strzelby. Widział już, jak tradycje ziemiańskie
przemijają bez śladu.
- Byłem ślepy. Ślepy.
- Kochany stryju, ja mam doskonały wzrok. Niech się stryj pocieszy, ja
też szukam odpowiedniej panny. Dotychczas jej nie znalazłem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ruch religijny, zwany pierwotnie traktarianizmem, zapoczątkowany w Oksfordzie w roku 1833. (Wszystkie przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Sam wprawdzie nie użyłby tego określenia z tego prostego powodu, że zostało ono ukute (przez Huxleya) dopiero w 1870 roku, w którym to czasie było już bardzo potrzebne. [wróć]