Kochanek pani Grawerskiej - Krystyna Śmigielska

Reflow text when sidebars are open.
1
- Czy ty aby nie przesadzasz? - pytał rozwścieczony. - Ogarnij się, zrób ze sobą porządek! Nie myślę ulegać twoim fanaberiom, nie mam czasu na głupie fochy, to dziecinada.
Przysiadł na brzegu łóżka. Położył prawą dłoń na jej głowie, chwilę bawił się włosami, dotykając ich delikatnie, jakby chciał uśpić czujność kobiety, a kiedy uznał, że osiągnął swój cel, zdecydowanym, szybkim ruchem zacisnął palce. Nawijał długie pasma włosów na pięść, jednocześnie przyciskając jej twarz do poduszki. Nie próbowała się uwolnić. W oczekiwaniu na ciosy zamknęła jedynie oczy, wiedząc z góry, że opór na nic się tutaj zda. Rozjuszony sapał ciężko. Niemiarowy świst wypuszczanego przez otwarte usta powietrza przenikał ją całą, napełniając odrazą. Lepkie wargi przylgnęły do jej ucha.
- Pamiętaj, kim jesteś! - krzyknął. - Mnie reprezentujesz, suko, mnie! Rozumiesz?
- Tak, rozumiem... - odpowiedziała, starając się przezwyciężyć niechęć.
Uniósł ramię, otrzepał ręce jak robotnik, który właśnie usłyszał fabryczną syrenę obwieszczającą fajrant. Podniósł się, stanął przed dużym lustrem i starannie poprawiał marynarkę, obciągając ją z przodu i z tyłu. Nie patrząc na leżącą w łóżku żonę, mówił spokojnym, dobrotliwym tonem:
- Masz karty kredytowe, samochód, ładny, duży apartament w centrum miasta. Jesteś swobodna, możesz robić, co tylko chcesz. A obowiązki? Dużo nie wymagam! Kiedy trzeba, masz stać przy mnie i dobrze wyglądać. Zadbana, ślicznie ubrana, uśmiechnięta, to wszystko... Nawet w łóżku nie musisz się starać. Sama wiesz, te sprawy już mnie tak nie fascynują, za bardzo jestem wykończony, zmęczony. W moim wieku potrzeby maleją, a i trudno znaleźć w seksie taką odmianę, która by mnie jeszcze zadziwiła. Nie możesz więc mówić, że ciężko pracujesz na swoje spokojne, dostatnie, wygodne życie. Niejedna ci zazdrości! Czas, abyś doceniła swoje szczęście. Chcesz jechać na kilka dni do spa? Proszę bardzo! Wyjdź tylko z tego wyra i zajmij się czymś. Jak Boga kocham, nie mam pojęcia, od czego, kurwa, ty mogłabyś dostać depresji! I zapamiętaj sobie raz na zawsze, żadnych psychoanaliz i tym podobnych głupot. Wstawaj i wypieprzaj na dwór! Spacerować i dotleniać się. Ratować bezpańskie psy, koty lub kogo tam sobie wolisz. Jak chcesz, to zupę bezdomnym rozdawaj, to dobry pomysł. Telewizję ci załatwię! Reportaż o żonie biznesmena, przyszłego polityka, pomagającej ubogim, chętnie zrobią. Będziesz sławna na całą Polskę... Co mnie podkusiło, żeby się z tobą ożenić? - spytał, wpatrując się w swoje lustrzane odbicie.
- Chciałeś mieć młodą dupę - odpowiedziała, wstając z łóżka. - Popisywać się mną, szczycić. Nie pomyślałeś jednak, a podobno jesteś taki mądry, że lat mi będzie przybywać, zestarzeję się, a moja uroda przeminie bezpowrotnie.
- Masz rację, kurwa, nie pomyślałem! - przytaknął jej, wiążąc krawat. - Jedną taką już miałem. Trzeba było się jej trzymać... Patrzeć na ciebie nie mogę - warknął w jej stronę.
- Czyżby?
Zdjęła nocną koszulę, usiadła w fotelu i uśmiechając się przymilnie, przybrała wyzywającą pozę.
- Nie mam czasu, może wieczorem, ale też nie obiecuję - mówił, kładąc bosą stopę na toaletkę. Nachylił się i powoli, starannie naciągał wełnianą skarpetkę na białą łydkę. - "To wszystko z nudów, wysoki sądzie, to wszystko z nudów..." - zanucił.
Nie zareagowała. Ignorując obecność męża, weszła do łazienki. Cichy zgrzyt przekręcanego w zamku klucza rozgniewał go ponownie.
- Zamykaj się, zamykaj! Jeszcze bym zobaczył, czego nie widziałem... Dopiero co tyłek wypinała jak suka, a teraz gra niewinną lilię. Wrócę późno. Bardzo późno! Nie czekaj na mnie ani z obiadem, ani z kolacją...
- Nie miałam takiego zamiaru - odszczeknęła się półgłosem.
Puściła wodę do wanny. Zdjęła z wieszaka miękki, frotowy szlafrok. Rzuciła go na podłogę, usiadła na nim. Oparła brodę na podciągniętych kolanach. Przyglądała się białej, osiadającej na lustrach, meblach i cienkich, krótkich, zazwyczaj niewidocznych włoskach pokrywających jej ciało, parze. Mikroskopijne kropelki szybko opanowały łazienkę, wypełniając ją ciepłem i wilgocią. Zamknęła oczy, czekając w bezruchu. Ciszę przerywał jedynie monotonny plusk cieknącej z kranu wody. Brak innych odgłosów upewnił ją, że w mieszkaniu jest sama.
Nie czuła strachu, rozgoryczenia ani nawet rozczarowania. Wychodząc za mąż, dobrze wiedziała, na co się decyduje. Nie przewidziała jedynie agresji, tej wściekłej nienawiści wyładowywanej na niej, ale skierowanej zapewne do innego wroga. Widocznie stanowiła coś w rodzaju treningowego worka, na którym bezkarnie można było dać upust emocjom, aby z trzeźwym umysłem ruszać na polityczne barykady. Wierzyła w sukces małżonka. Dobrze radził sobie jeszcze w powiecie... W związku z narastającymi na nią atakami, zaczęła się zastanawiać, co też może ją czekać, kiedy przeniosą się do Warszawy? Na "żonę z obdukcją w ręku" pan poseł, czy senator raczej sobie nie pozwoli.
- Nie będzie tak źle - pocieszała się. - W końcu drobne niedogodności nie mogą przesłonić profitów czerpanych przeze mnie z tej sytuacji.
Wstała. Przetarła dłonią lustro. Przyglądała się uważnie odbitej w mokrym szkle twarzy.
"Trochę czułości pewnie by mi nie zaszkodziło" - pomyślała, zamykając oczy. - "Ciepła i wilgoci jak tutaj... Objęłyby mnie, otuliły, mocno, tak mocno, że zapomniałabym o całym świecie!".
Zakręciła się na pięcie, mając nadzieję, że ruch ten pomoże jej w pozbyciu się złudzeń. Sposób okazał się odpowiedni, bo już tylko przelotnie, całkiem trzeźwo zerknęła w lustro, po którym spływały przeźroczyste krople, te, które jeszcze przed chwilą były cudowną, zwiewną mgłą, teraz zaś odarte z tajemnicy, ciężkie, wchłaniając po drodze mniejsze kropelki, szybko wędrowały po śliskiej tafli, aby zbierać się w cienkie strużki spadające na niewielki gzyms.
- Tak, tak, pani Marto Grawerska - powiedziała. - Żono Marka Grawerskiego, przyszłego posła, nie ma już na co czekać. Trzydzieści lat na karku! Jeszcze może dwa, trzy lata, a i ty zostaniesz wymieniona na nowszy model. Dołączysz do grona zużytych, starych żon biznesmenów i polityków. I jaki wtedy obierzesz sobie cel w życiu? Nie będziesz mogła już zostać ani żoną, ani kochanką. Śmiało możesz wytatuować sobie na czole: "Marta Grawerska - kobieta bez przyszłości"!
2
Niska, wyjątkowo szczupła dziewczyna, stojąc przy sąsiednim stoliku, uniosła zgiętą w kolanie prawą nogę i dyskretnie zsunęła ze stopy pantofel. Przyjmując zamówienie, uśmiechała się do gości, a może bardziej do siebie, bo z mimiki twarzy z łatwością dało się wyczytać chwilową ulgę w dręczącym ją cierpieniu. Po kilkunastu sekundach wprawnym ruchem wzuła but i, jakby popchnięta niewidzialnym palcem, pochyliła się w drugą stronę. Tym razem stojąc na prawej nodze, pozwoliła odpocząć lewej stopie. Czarny pantofel upadł na ziemię z cichym klapnięciem, oddalając się od właścicielki o kilkanaście centymetrów. Dziewczyna, wciąż zapisując w elektronicznym notesie listę wybranych przez klientów dań, przesuwała palce lewej stopy po zimnej kostce tarasu. W końcu namacała zgubę. Zbierając ze stolika jadłospisy, jednocześnie nakładała pantofel.
Obserwowanie kelnerki stanowiło jedyne zajęcie siedzącej samotnie przy restauracyjnym stoliku Marty. Z zazdrością śledziła szybkie ruchy dziewczyny, wykonywane jakby od niechcenia. Każdy jej krok, zdawkowy uśmiech, uprzejmie wypowiedziane słowo raniło piękną Grawerską - żonę miejscowego biznesmena, znudzoną, rozleniwioną z braku własnych zajęć. Upalny dzień, tłok na pobliskim chodniku, krzątająca się między stołami kelnerka, a przede wszystkim poranna rozmowa z mężem spowodowały narastającą w niej frustrację, chęć zrobienia czegoś nienaturalnego, co mogłoby sprawić, że chociaż przez chwilę poczułaby się wolna. Dlatego najdyskretniej, jak tylko potrafiła, zsunęła z nóg szpilki i z niekłamaną rozkoszą przesuwała stopami po tarasie, uważając jednak, aby nie podrzeć cienkich pończoch. Czuła stopniowo rozchodzący się po całym ciele chłód, przenikający, ale jednocześnie dający siłę, pchający do działania. Bezmyślnie, pragnąc rozładować wewnętrzne napięcie, wystawiała bosą stopę spod stołu. Kto wie, może ta rozkoszna, uśmiechająca się do wszystkich kelnereczka potknie się o jej nogę i ku radości obecnych w restauracji gości, wywróci, a niesiona przez nią taca z łomotem uderzy o nierówną kostkę tarasu. Prawdopodobieństwo takiego wypadku było duże...
- Ojojoj, nieładnie!
Cichy, niski głos zganił jej poczynania. Odruchowo rozejrzała się. Przy sąsiednim stoliku siedział młody mężczyzna (z całą pewnością nie przekroczył jeszcze trzydziestki). Uniósł przeciwsłoneczne okulary na czoło i puścił do niej porozumiewawcze oczko. Marta uśmiechem pokryła lekkie zażenowanie, została bowiem przyłapana na gorącym uczynku. Szybko schowała stopę pod stół. Ukradkiem spoglądała na sąsiada, starając się rozszyfrować jego charakter, zawód, zawartość portfela. Ot, taka niewinna zabawa w detektywa posługującego się jedynie metodą dedukcji. Dzięki przelotnym spojrzeniom upewniła się, że to już nie chłopak, nie jakiś zahukany, biedny studencik. Ubrany był odpowiednio do pory dnia i panującej pogody, w firmowe ciuchy, dobrane starannie, co u mężczyzn zdarza się rzadko. Na palcach żadnych obrączek, pierścionków. Czarne, bardzo krótko przystrzyżone włosy i wysokie czoło mogły sprawiać wrażenie, że mamy do czynienia z człowiekiem o dużej, wewnętrznej sile, ale przeciętna muskulatura przeczyła tej tezie. Twarz okrągła, z dobrze zarysowanymi kośćmi policzkowymi, na których podczas uśmiechu pojawiały się zabawne fałdki sugerujące, że mężczyzna ten jest łagodnym i ciepłym człowiekiem. Nos cienki, prosty. Usta dobrze zaznaczone, mięsiste z uniesionymi kącikami. Na stoliku przed nim stał otwarty laptop, obok którego leżał gruby kalendarz, a może notes, kluczyki samochodowe i telefon komórkowy.
"Zadbany, niewątpliwie inteligentny..." - pomyślała. - "Przygoda z nim z całą pewnością byłaby ciekawym doświadczeniem. No, śmiało!".
Mężczyzna, jakby słysząc zaproszenie, zamknął laptopa i patrząc na Martę, bez zbędnych ceregieli zapytał:
- Wypije pani ze mną kawę? Mogę się przysiąść?
Nie spodziewała się takiego szybkiego, odważnego ataku. Nagle cała sytuacja wydała się jej niedorzeczna i krępująca. Odpowiedziała krótko, bardzo stanowczym tonem:
- Nie!
- Na kawę "nie"? Czy "nie" ogólnie?
Mężczyzna chciał doprecyzować otrzymaną odmowę.
- Ogólnie! - powiedziała ostro, zbyt głośno. - Nie cierpię zaczepek, idiotycznego podrywu. Proszę mi wybaczyć i spróbować szczęścia gdzie indziej.
Ledwie to powiedziała, zdała sobie sprawę z popełnionego błędu. Rozpoczęcie rozmowy, wdanie się w pozornie niewinną wymianę zdań stanowiło niebezpieczny precedens. Nie kochała Marka, była jednak lojalną żoną i nie zamierzała tego zmieniać. Przez te kilka lat ich małżeństwa unikała wszelkich przygód. Gwałtowny charakter męża z całą pewnością przyczynił się do jej wierności. Problemy to ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała, dlatego nawet przymilny uśmiech tego przystojnego mężczyzny nie był w stanie skłonić Grawerskiej do dalszej konwersacji, a może nawet przyszłej bliższej znajomości.
- Rozumiem obiekcje. Nie znamy się, a czasy mamy niebezpieczne, lepiej uważać, z kim się człowiek zadaje. Pozwoli pani, oto moja wizytówka. Na odwrocie napisałem numer prywatnej komórki, gdyby się pani jeszcze dziś zdecydowała, no, może już nie na kawę, ale na lampkę wina, proszę zadzwonić. O każdej porze jestem do pani dyspozycji - mówiąc to, nieznajomy podniósł się z krzesła i położył na jej stoliku mały kartonik.
Wrzuciła wizytówkę do torebki. Nie czekając na kelnerkę, zostawiła obok filiżanki dwudziestozłotowy banknot, wstała, kierując w stronę mężczyzny niedbałe, ledwie słyszalne:
- Do widzenia...
Opuściła restauracyjny ogródek. Idąc na parking, dyskretnie spoglądała za siebie, chcąc sprawdzić, czy przypadkiem ten natarczywy przystojniak jej nie śledzi.
- A mogło być tak romantycznie - mówiła sama do siebie, siedząc już w samochodzie. - Potajemne schadzki, wyznania, nocne porwanie, a potem seks do utraty tchu. Niestety, wszystko odbyło się prozaicznie. Wizytówka i po sprawie. Mężczyźni nie zadają sobie już trudu, aby zdobyć kobiece serce. Chcesz, to chodź, a jak nie - spadaj! Masz tu numer telefonu, kotku, reszta zależy od ciebie. Nie ma czasu ani miejsca na krygowanie się, nadskakiwanie, miłosne podchody. Gadka jest krótka: dziś "jestem do dyspozycji", jutro - "szukaj innego jelenia".
Jadąc głównymi ulicami miasta, obserwowała motocyklistę, który z głośnym warkotem silnika ścigał się z nią, czekając na kolejnych światłach, aż ustawi swoje auto obok jego maszyny. Zaglądając bezceremonialnie do wnętrza samochodu, puszczał do niej oczko i przyjaźnie machał dłonią. Zgubiła go dopiero przed galerią handlową. Motocyklista, pozdrawiając ją mrugnięciem świateł, nie kontynuował pościgu, a ona, już bez asysty, zjechała na podziemny parking. Nie wysiadła jednak od razu. Poprawiając makijaż, dała sobie chwilę na zastanowienie.
"Może to nie ostatni dzwonek..." - myślała, patrząc w lusterko. - "Czas jednak leci, a okazji coraz mniej. Medalu za cnotę i wierność już nie dostanę. W Warszawie trudno mi będzie poznać smak miłości. Działaj z rozwagą, a wszyscy będą zadowoleni" - upominała samą siebie.
Schowała kosmetyczkę do torebki. Zanim wyjęła z niej dłoń, długo przesuwała nią po dnie, aż namacała nieduży kartonik. Nawet na niego nie spojrzała, zdecydowanym ruchem wcisnęła go do kieszeni lnianych spodni. Wysiadła z auta. Rozejrzała się. Nie zauważyła nikogo podejrzanego, nie było ani faceta z restauracji, ani nachalnego motocyklisty.
- No, to ruszaj po to swoje szczęście - szepnęła i wolnym krokiem, przeciskając się pomiędzy ciasno ustawionymi samochodami, doszła do oświetlonego wejścia prowadzącego do galerii.
Nie chciała odwetu, zemsty, chociaż ciągle wracało wspomnienie wypowiedzianej przez zaciśnięte zęby "suki". Właściwie zgadzała się z mężem. Pilnowała domu jak wierna suka, która zapomina o swoich potrzebach, gotowa dać się zabić, aby ochronić ukochanego pana przed najmniejszym nieszczęściem. Ale on nie widział w niej takich psich zalet. Chodziło mu o skundloną, napastowaną, po wielokroć zgwałconą, tę, którą każdy może sponiewierać, a ona nie ma prawa odszczeknąć się, warknąć na oprawców. Z cichym przyzwoleniem powinna stać i cierpliwie czekać, aż wszystkie psy zaspokoją samcze chucie, bo prowokowała długimi nogami, rozchodzącą się od niej wonią, falującym na wietrze ogonem. Za to, że jest piękna, za to, że roznieca w mężczyznach palący ogień, a właściwie za to, że on nie potrafił jej kochać, powinna ponieść karę. Suka!
"Dostanie, czego chce" - pomyślała. - "Nie będę dłużej cierpiała bez powodu. Gość z restauracji na księcia z bajki też nie wygląda... Pozbyłam się złudzeń, ale krótkie spotkania, dyskretne zaloty, może nareszcie normalna, zwyczajna rozmowa dobrze mi zrobią. Niczego sobie nie obiecuj i staraj się nie angażować uczuciowo, a będzie dobrze. Potraktuj tego faceta jak antidotum, lekarstwo lub jeszcze lepiej... Jak suplement diety!".
Zaśmiała się do własnych myśli. Stukając obcasami, wyprostowana, pewna siebie, z torebką przewieszoną przez ramię, dłońmi włożonymi do kieszeni spodni szła w stronę toalet. Będąc tu na zakupach, zapewne nie skorzystałaby z tego przybytku, teraz nie przeszkadzała jej nawet kolejka czekających na wejście do kabiny kobiet. Ustawiła się w ogonku, bezmyślnie rozglądając po pomieszczeniu, w którym jedną ścianę zajmowały zawieszone rzędem umywalki, pojemniki na papierowe ręczniki, na drugiej zaś zobaczyła relikt minionej epoki - automat telefoniczny, obok którego stał nieduży stolik, a przy nim na okrągłym stołeczku siedziała babcia klozetowa, do której Marta uśmiechnęła się przyjaźnie. Opuściła kolejkę i wolnym krokiem podeszła do stołu. Na talerzyku na drobne bez słowa położyła dwadzieścia złotych.
"Trochę za dużo. Szastam dziś pieniędzmi" - przemknęło jej przez myśl. - "Trudno, może inwestycja się opłaci, kto wie".
Pisuardessa wprawnym, szybkim ruchem schowała w dłoni banknot. Małymi oczkami spojrzała na Martę, bacznie oceniając strój i wiek klientki.
- Co? Papier, podpaski, pisemko czy może kibelek wyczyścić? - próbowała odgadnąć.
- To działa? - Marta wskazała głową na automat.
- Działa! - z dumą stwierdziła babcia klozetowa.
- Chciałabym zadzwonić... Co powinnam zrobić?
- Kupić kartę - rzeczowo odpowiedziała rozmówczyni.
- A gdzie kupić? - Marta lekko wykrzywiła twarz w zjadliwym uśmieszku.
- A dołoży dwie dychy, to jej sprzedam - pisuardessa ściszyła głos.
- A to rozbój w biały dzień - Grawerska, przedrzeźniając ją, starała się targować.
- Rozbój? - Kobieta poczuła się urażona. - Nie przeszkadza ludziom w pracy, bo ochroniarza zawołam. Chce, to niech szuka, pewnie jeszcze jakiś kiosk na mieście ma stare zapasy kart, ale nie wiadomo, czy do tego modelu automatu będą pasowały...
- Okej. - Sięgnęła do torebki po pieniądze. - Zgoda - dodała na wszelki wypadek, żeby zostać dobrze zrozumiana.
- Znam angielski - spokojnie poinformowała ją babcia klozetowa.
Podniosła rąbek leżącej na stole ceraty i z małej, bocznej szufladki wyciągnęła kartę telefoniczną. Obejrzała ją, obracając w palcach z dużą wprawą, a następnie podała Marcie. Widocznie uznała sprawę za zakończoną, bo bez słowa zaczęła zliczać bilon z talerzyka.
Grawerska podziękowała lekkim skinieniem głowy. Z toalety nie korzystała zgodnie z jej przeznaczeniem. Oparta o cienką ściankę przyglądała się otrzymanej od nieznajomego wizytówce. "Doradca finansowy Piotr Michalski". Lakonicznie - pomyślała.
Na odwrotnej stronie kartonika znajdował się odręcznie napisany numer telefonu. Dziewięć znaków, które należało zapamiętać. Przypisując kolejnym liczbom odpowiednie znaczenie, zaszyfrowała i zapamiętała je bez najmniejszego problemu.
- Wiek Marka, mój wzrost, hołd pruski. Doradca finansowy Piotr Michalski, łatwiej być nie mogło! - szeptała drąc wizytówkę, a następnie spuszczając pozostałe po niej mikroskopijne kawałeczki w muszli klozetowej.
Nie chcąc narażać się na wścibskie spojrzenia i komentarze babki klozetowej, zadzwoniła ze stojącej przy przystanku tramwajowym budki. O dziwo, znajdował się w niej taki sam automat telefoniczny.
- Dzień dobry. Spotkaliśmy się dziś w restauracji... Miło, że pan pamięta. ... Dobrze, ale tylko kawa. Proszę nie liczyć na nic więcej! Będę! Do zobaczenia...
Odwiesiła słuchawkę. Automat cicho pisnął i po kilku sekundach wypluł ze swojego wnętrza lekko porysowaną w trakcie rozmowy kartę.
3
- Macie chore pomysły - Marcin śmiał się kpiąco. - Do takiego przekrętu trzeba być urodzonym bandytą, a wy co? Fajki w sklepiku u Tadka rąbnęliście i to kiedy, jak byliśmy w podstawówce. Nie mogę uwierzyć... Jak to sobie wyobrażacie? W każdym fachu trzeba mieć podstawy teoretyczne i praktykę. Złapią was za pierwszym zakrętem. Wielcy gangsterzy! W łeb się, kurwa, puknijcie!
- Filo wszystko super wymyślił. Zobaczysz, że się uda, a my obłowimy się tak, że do końca życia nie będziemy pracować - Porno próbował go przekonać.
- W to akurat uwierzę, bo pracy tu nie ma i nic nie wskazuje na to, że kiedykolwiek będzie.
- A ty co, taki, kurwa, mądry jesteś? To czemu tu siedzisz? Z ciebie to dopiero fachowiec jak z koziej dupy trąba. Informatyk z bożej łaski, z innych się naśmiewa, a sam zarobić nie potrafi.
Marcin próbował go uspokoić. Kamila znał od dziecka, wiedział więc dobrze, że racjonalne argumenty nie przemówią do jego wyobraźni. Co innego, gdyby miał mu objaśnić którąś z seksualnych pozycji. To zrozumiałby od razu, dlatego od kilku lat przylgnęła do niego ksywka Porno.
- Okej, Porno. Nie ma co się tak unosić. Za taką zabawę można dostać z dziesięć lat, jak nie lepiej. Spadam, a ty powiedz Filowi, żeby dał mi znać, kiedy wróci do domu. Umówimy się, wypijemy, pogadamy. W końcu jesteśmy kolegami, a kumplom trzeba pomagać. Ta meta daleko?
- Pod Lublinem czy jakoś tak... Ty, Marcin, nikomu się nie wygadaj. Morda w kubeł, bo jak nas wsypiesz...
- Porno, kurwa, opamiętaj się. Ty mnie straszysz? Całkiem ci odpieprzyło. Szkoda, że Boniek siedzi u Fryców na saksach, on by się do takiej roboty nadał. Niech Filo się do mnie odezwie. Trzym się.
4
- Podam pani wazon - zaproponował kelner.
Grawerska potakująco skinęła głową. Sztucznie uśmiechnięty Piotr Michalski nadal stał przed jej stolikiem. Czekał, aż chłopak włoży bukiet do wody i ustawi go na najbliższym okiennym parapecie.
- Proszę usiąść, panie Piotrze - ośmielała go. - Nie chcę zdradzać mojego nazwiska, jestem mężatką... Myślę, że łatwiej będzie się nam rozmawiało, kiedy przejdziemy na "ty". Mam na imię Marta.
- Tak, słuszna uwaga. Jestem Piotr. Bardzo się ucieszyłem, bo prawdę mówiąc, bałem się, że wyrzuciłaś moją wizytówkę do pierwszego lepszego kosza.
- Powinnam była tak zrobić - przyznała. - Widocznie jednak nie mijałam żadnego, dlatego włożyłam ją do torebki.
Zapadło krępujące milczenie. Starali się nie patrzyć na siebie, błądząc wzrokiem po sporej, o tej porze prawie pustej, sali. Obiadów jeszcze nie podawano i pewnie z tego powodu goście pijący kawę lub zimne piwo woleli usiąść przy rozstawionych przed restauracją stolikach.
- Na co właściwie liczy mężczyzna zaczepiający nieznajomą w kawiarni? Flirt, przelotną znajomość, jednorazowy seks czy może przyjaźń? To fascynujące zagadnienie, nie sądzisz? - niespodziewanie zapytała Marta.
Michalski wdzięczny był młodemu kelnerowi, który jakby w tajemniczy sposób wyczuwając, że inny samiec potrzebuje natychmiastowej pomocy, zjawił się przy ich stoliku z gustownie oprawionym menu w ręku. Krótka chwila wypełniona poprawianiem obrusa i rozdaniem gościom kart dań okazała się dla Piotra zbawienna. Przybierając poważną minę, kątem oka śledził wprawne ruchy chłopca, jednocześnie rozważając, jak w tej sytuacji powinien się zachować. Wiedział, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze, dlatego też skupił się, chcąc udzielić odpowiedź konkretną, ale jednak dwuznaczną. Mądrą, ale jakby z lekkim przymrużeniem oka.
- Oczekujesz zapewne, że wybiorę przyjaźń. Twierdząc tak, nie byłbym z tobą szczery. Jednorazowy seks - owszem, tylko nie w każdym przypadku. Kobietą z twoją klasą nie można nasycić się pośpiesznie. Jak ci to wytłumaczyć? - zrobił pauzę, dobierając odpowiednie słowa. - Niekiedy człowiek wypije setkę i jest zadowolony, ale czasem jest mu potrzebny cały litr, żeby zaspokoił swoje pragnienie.
Marta spuściła głowę, wpatrując się w kartę menu. "Młodszy od Marka, przystojniejszy, szczuplejszy, a mentalność ma taką samą. Mój Boże, czy oni wszyscy rzeczywiście postrzegają świat jedynie przez pryzmat butelki i babskich cycków?" - pomyślała.
Pragnąc widocznie ocalić chociaż mizerne resztki marzeń o wspaniałym, prawdziwym mężczyźnie, ignorując zupełnie poprzednią wypowiedź Piotra, starała się sprowadzić rozmowę na inne tory.
- Zostawmy to - zaproponowała. - Zresztą, zobaczymy, do czego nas ta znajomość doprowadzi - dodała, widząc niezadowolenie na twarzy Michalskiego. - Czas mi udzieli odpowiedzi. Piękny bukiet - pochwaliła przyniesione przez niego kwiaty. - Niestety, nie będę mogła zabrać go do domu. Myślę, że zrozumiesz i wybaczysz mi ten nietakt.
- Oczywiście, oczywiście... - potwierdził. - Trochę jednak szkoda, takie ładne, całkiem jeszcze świeże kwiaty wyrzucać...
- To prawda - powiedziała, jednocześnie ruchem dłoni przywołując młodego kelnera.
Chłopiec szybkim truchtem przemierzał już salę. Zatrzymał się przy stoliku, wyprostował i ze znudzoną miną na twarzy oczekiwał na złożenie przez gości zamówienia. Życzenie Marty bardzo go zdziwiło, a nawet zawstydziło.
- Mam do pana wielką prośbę, niech pan ten bukiet podaruje swojej dziewczynie. Ma pan dziewczynę, prawda?
Kelner lekko się zarumienił, ściszonym głosem potwierdzając przypuszczenia Grawerskiej.
- Mam. Tylko, że te kwiaty są takie ładne... Bukiet duży! Mogę go zabrać?
- Tak. - Uśmiechnęła się. - Jeden warunek. Kwiaty będą tu stały, dopóki my stąd nie wyjdziemy. A teraz poproszę o filiżankę czarnej herbaty.
Pozbycie się niechcianego, bardzo niewygodnego prezentu wprawiło ją w dobry nastrój. Starannie unikając niezręcznych dla siebie tematów, rozmawiała z nowym znajomym z lekkością i humorem. Z nieukrywaną przyjemnością wpatrywała się w jego twarz, dużo młodszą od twarzy Marka, delikatniejszą i, co najbardziej ją zdziwiło, ciągle uśmiechniętą. Piotr nie pozował, mówił o sprawach błahych, codziennych, modulując głos i wydobywając jego najcieplejszą barwę. Nie było ważne, o czym mówił, ale w jaki sposób to robił. Grawerska oparła brodę na splecionych dłoniach i nie spuszczając wzroku z jego ust, śledziła wolne ruchy męskiego języka wysuwającego nerwowo swój koniuszek. Przesuwając nim po dolnej, a następnie po górnej wardze, nawilżał je, sprawiając jednocześnie, że lśniły w blasku palącej się w lichtarzyku świeczki.
- Lubię podróżować - mówił Piotr. - W atrakcyjnym miejscu przyjemnie jest spędzić weekend albo parę dni. Jak się ma odpowiednią ilość gotówki, można nawet nie wychodzić z hotelu. Dziś wszystko masz na miejscu, restauracje, sklepy, baseny, dyskoteki, kręgielnie, masaże, lodowiska. Żyć, nie umierać!
- A zwiedzanie?
- No, jak ktoś ma takie parcie na krajobrazy, to się przespaceruje po okolicy, tylko po co? Szkoda czasu.
- Prawda, przecież piwko czeka - zażartowała.
Michalski nie wyczuł kpiny w jej głosie. Zacierając dłonie, ciągnął bliski jego sercu wątek.
- Lubisz piwo? - zapytał.
- Czasem, ale musi być dobrej marki.
- Po maturze wyruszyliśmy na pieszą wędrówkę, nazwaną przez Marcina "Patriotycznym rajdem szlakiem polskich browarów". To była wyprawa! - westchnął.
- Patriotyczny rajd, bardzo zabawne. Kim jest Marcin?
Starała się okazać zainteresowanie, chociaż w gruncie rzeczy pijackie eskapady młodocianych patriotów nic a nic jej nie obchodziły.
- Znamy się od żłobka i zawsze trzymamy się razem. Teraz też szykujemy grubszy interes, jak wszystko pójdzie po naszej myśli, zgarniemy dużą kasę.
- To popularne imię, zwłaszcza wśród naszych rówieśników. Przez kilka kolejnych lat wszyscy rodzice uważali za swój obowiązek nadać dziecku modne imię. Dziewczynki musiały być Martami, chłopcom natomiast znakomicie wtedy pasowało imię Marcin. Do mojej klasy w liceum chodziło aż czterech Marcinów. Nie lubię tego imienia - stwierdziła.
Nerwowo spojrzała na zegarek, najwyraźniej uznała, że na pierwszej randce dziecięce wspomnienia nie powinny mieć miejsca. Zerknęła na bukiet, aby jeszcze raz nasycić się jego urokiem.
- Piękny! Bardzo dziękuję.
- Mam pomysł, zrobimy mu zdjęcie, co ty na to?
- To zły pomysł - broniła się.
Michalski mocno chwycił ją za nadgarstek. Spojrzała na niego z naganą, szybko jednak uzmysłowiła sobie, że to nie tego mężczyzny się obawia. Piotr nie mógł wiedzieć o jej lękach, o prawdziwym powodzie dzisiejszego spotkania.
- Nie znoszę przemocy - syknęła.
- Przepraszam... Poniosło mnie. Wyobraziłem sobie, że tak bez słowa wyjdziesz i nigdy się już nie zobaczymy... Nie rób tego... Nie opuszczaj mnie, jesteś dla mnie wyjątkowym skarbem. Taką moją wygraną na loterii.
Wstała, jednocześnie podając mu rękę na pożegnanie. Musnął ją lekko wargami.
- Pójdę pierwsza. A co do naszej dalszej znajomości, daj mi dwa dni - powiedziała. - Jeżeli nie zadzwonię... No cóż, życie toczy się dalej. Miłego dnia, Piotrze.
- Do zobaczenia, Marto! Do zobaczenia...