Rozdział 1
Lena. Trzy miesiące wcześniej
Lena wstała z łóżka i pospiesznie zaczęła się ubierać. Leżący w pościeli mężczyzna przyglądał się jej z lekkim uśmiechem w kącikach ust.
- Szkoda, że nie masz pończoch. Scena jakby wyjęta z filmu Absolwent - mruknął.
- Przypominam ci aktorkę Anne Bancroft czy może postać pani Robinson, kobiety starszej od swojego kochanka o dwadzieścia kilka lat?
- Ależ skąd! - zaprzeczył. - Po prostu uwielbiam piosenki z tego filmu i tak mi się jakoś skojarzyło. Nie jesteś podobna do Anne Bancroft, a tym bardziej do postaci przez nią granej. Hmm, przypominam ci, jakbyś zapomniała, że jestem od ciebie starszy.
- Jedno mamy wspólne z missis Robinson. Ja też mam córkę w podobnym wieku - palnęła, ale jakby pod wpływem znaczenia słów wzdrygnęła się i szybko dodała: - Hmm, tylko ja bym cię za taki numer, jaki wyciął jej kochanek, po prostu zamordowała.
- Naprawdę?
- Tak. A wcześniej wykastrowała.
Mężczyzna uśmiechnął się do Leny.
- Ostra z ciebie babka. - Mówiąc to, chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie na łóżko. - Może zaliczymy jeszcze jeden numerek, co?
- Nie mam czasu. Muszę zrobić rodzinie spaghetti po bolońsku.
- No to kiedy do mnie przyjdziesz?
- Nie wiem. Zapomniałeś, że jutro idziemy na grilla? Musimy pogadać o rejsie.
- O czym tu deliberować? Jeśli chcesz jakichś wskazówek dotyczących żeglowania, to służę radą. Może nawet znam tego skippera. Jak się nazywa?
- Nie pamiętam, ma na imię Hubert.
- Hubert Kobus?
- Nie wiem.
- To chyba on, bo wśród sterników nie ma wielu Hubertów.
Przytulił ją do siebie.
- Nie idź jeszcze - zamruczał jej do ucha.
- Muszę.
- Kiedy znowu do mnie przyjdziesz?
- Nie wiem, kiedy będę miała czas.
- O nie! Przecież do wyjazdu jest jeszcze kupa czasu.
- Ale muszę więcej uwagi poświęcić córce. Za trzy dni zdaje maturę.
- Nie przesadzaj. To ona zdaje maturę, nie ty. Proszę, znajdź dla mnie chociaż godzinkę co drugi dzień.
- Zobaczymy.
- Przyjdziesz w poniedziałek?
- Nie dam rady. Mam spotkanie.
- Z kim?
- Czy to ważne?
- Umawiasz się jeszcze z jakimś innym facetem? - Jego głos zabrzmiał chłodem.
- Nie - powiedziała, całując go w policzek.
Lena weszła do przedpokoju. Zerknęła na wieszak i buty. Wszyscy byli już w domu. W dużym pokoju na kanapie siedzieli Emil i Iga. Mąż z długopisem i kartką w dłoni tłumaczył coś córce, a ona niepewnie przytakiwała głową.
- Cześć, kochani. - Lena podeszła do kanapy i pocałowała w policzki najpierw męża, a potem córkę. - Jak idzie nauka?
- Mamuś, a jak może iść, gdy się jest tępą od urodzenia? - mruknęła Iga. - Ojczulku, chyba nie ty mnie spłodziłeś, bo to niemożliwe, żeby wykładowca robotyki na uniwersytecie, konstruktor maszyn sterujących zrobił tak ograniczoną umysłowo latorośl.
- Kochanie, jesteś ograniczona matematycznie, a nie umysłowo - odparła Lena. - Wdałaś się we mnie, a twój brat w ojca.
- Nie zdam tej cholernej matury - westchnęła dziewczyna.
- Zdasz. A jeśli nie zdasz, to przystąpisz do niej w następnym roku.
- Jeszcze jeden rok stracony?! O nie! I tak jestem spóźniona o rok w porównaniu z moimi rówieśnikami. Niedługo zaczną na mnie wołać "babciu". Oprócz tego nie ma mowy, żebym zdawała maturę razem z tym dzieciuchem Nikodemem.
- To nie twoja wina, że zachorowałaś i musiałaś iść do szkoły rok później.
U Igi, kiedy miała siedem lat, wykryto nowotwór. Wyleczono ją, ale datę rozpoczęcia nauki przesunięto o rok.
- A co będzie z rejsem, gdy nie zdam matury?
- Będziemy topić żal w Morzu Egejskim - odparła Lena spokojnie. - A propos, gdzie jest Nikodem? W swoim pokoju?
- Nie, poszedł na siłkę.
No tak, na siłownię mój syn zakłada inny strój niż do szkoły - pomyślała Lena.
- Tylko się przebiorę i zaraz przygotuję sos do spaghetti.
- Kochanie, sos już zrobiłem. Trzeba ugotować jedynie makaron. Niko wraca za pół godziny, masz więc trochę czasu. - Mężczyzna uśmiechnął się do żony.
Emil Wolski był szczupłym, dość wysokim czterdziestotrzylatkiem o szpakowatych włosach i inteligentnym spojrzeniu w szaroniebieskich oczach przysłoniętych okularami. Miał na sobie popielate chinosy i granatową koszulkę z kołnierzykiem. Już sam jego wygląd zdradzał profesję naukowca - tak uważała nie tylko Lena, lecz także jej znajomi. Chociaż nie był przystojniakiem w typie hollywoodzkiego macho, jego aparycja chłopaka z sąsiedztwa wzbudzała sympatię ludzi i zainteresowanie kobiet. Iga, mimo rysów twarzy podobnych do ojca, była dużo ładniejszą jego kopią, bo po matce odziedziczyła jej główne atrybuty: zgrabną sylwetkę i długie, bujne brązowe włosy - Lena jednak ubarwiała ich monotonię pasemkami balejażu. Zarówno córka, jak i matka, mimo że nie miały spektakularnej urody gwiazd filmowych, prezentowały się całkiem dobrze i wyróżniały w tłumie innych kobiet, zwracając uwagę swą miłą dla oka powierzchownością. Długie za ramiona i przeważnie rozpuszczone włosy Leny, jej szczupła sylwetka oraz młodzieżowy styl ubierania sprawiały wrażenie, jakby była starszą siostrą Igi, a nie jej matką.
Czterdzieści minut później cała czteroosobowa rodzinka siedziała przy stole i zajadając spaghetti w sosie bolońskim, rozprawiała o czekającym ich rejsie.
- Nie rozumiem, dlaczego ja też muszę z wami jechać - prychnął przystojny ciemnowłosy osiemnastolatek z twarzy podobny bardziej do matki niż ojca. - Zanudzę się na śmierć. Co ja tam będę robił?
- To co my. Będziesz żeglował, opalał się, pływał i jadł pyszne greckie jedzenie - mruknęła Lena. - Zaproszono nas na ekskluzywny jacht, nie wiadomo, czy będziemy mieli drugi raz okazję czymś takim popłynąć. Szef taty wszystko nam funduje, a więc musimy się cieszyć.
Jej mina wcale nie wyrażała tej obowiązkowej radości.
- Ale wy dodatkowo będziecie żłopać wino i piwo, a mnie i Idze na pewno nie pozwolicie tego robić - stwierdził z przekąsem chłopak. - Zanudzę się na śmierć - powtórzył.
- Przecież będzie tam Oskar, syn prezesa - zauważyła Lena.
- Jest ode mnie starszy o trzy lata. Nie będziemy mieli o czym ze sobą gadać.
- Nie przesadzaj. Ty i Iga będziecie mieli towarzystwo. Oskar jest bardzo miły. Gdy rok temu prezes Tarnowski robił firmowego grilla, całkiem dobrze się bawiliście.
- Tak, bo miał fajną grę w telefonie. Na rejsie chyba nie będzie nam wolno grać.
- Nie marudź, ja się bardzo cieszę z tego wyjazdu - stwierdziła Iga. - Nigdy nie byliśmy na rejsie. Tylko żebym zdała tę cholerną maturę.
Lena wolała nie wdawać się w dyskusję, ale podobnie jak syn nie miała ochoty na taką formę odpoczynku. Wolałaby, żeby szef jej męża zafundował im zwyczajne wczasy w zwyczajnym hotelu, a nie na łódce - chociaż ta łódka podobno nie była zwyczajna, bo był to wygodny, wręcz ekskluzywny jacht z mnóstwem udogodnień.
Musiała przyznać, że decyzja męża o zmianie pracy i rezygnacji z dość prestiżowej posady naukowca i wykładowcy przyniosła rodzinie same korzyści. Najpierw kilka lat pracował w Mielcu w Polskich Zakładach Lotniczych, a od dwóch lat pełnił funkcję głównego konstruktora w spółce Poldronika, która specjalizowała się w produkcji urządzeń samosterujących. Prezesem spółki był Borys Tarnowski.
Jesienią przystąpiono do pracy nad nowym projektem, z którym wiązano duże plany i oczekiwania. Ze względu na spodziewane apanaże Tarnowski postanowił w formie premii za dobrą pracę zafundować dwóm najważniejszym konstruktorom, Emilowi Wolskiemu i Zenonowi Karnasowi, oraz ich rodzinom dwutygodniowy rejs po Zatoce Sarońskiej.
Lena z niechęcią myślała o tej wycieczce. W swoim czterdziestojednoletnim życiu tylko trzy razy pływała jachtem i były to krótkie kilkugodzinne podróże. Nigdy nie pływała jachtem po morzu, a tym bardziej nie spała w kajucie. Nie umiała nawet pływać! Obawiała się zarówno choroby morskiej, jak i utonięcia. Zgodziła się na tę wycieczkę tylko ze względu na męża, bo wiedziała, że nie wypada odrzucić tak wspaniałomyślnego prezentu. Odmowa mogłaby zostać źle odebrana przez szefa męża i zaszkodzić Emilowi w karierze. Kilka razy spotkała już Borysa Tarnowskiego i zrobił na niej bardzo pozytywne wrażenie - w przeciwieństwie do jego żony. Cóż, Anastazja Tarnowska była wyjątkową osobą. Na samą myśl, że będą skazani na dwutygodniowe towarzystwo tak nieznośnej i uciążliwej kobiety, przez plecy Leny przelatywały ciarki niepokoju.
- Emilku, a gdybym tak złapała covid? - zapytała męża, gdy siedzieli przed telewizorem.
Wolski zmarszczył brwi.
- Słonko, musisz jakoś wytrzymać te kilkanaście dni. Prezes się obrazi. Nikt nie uwierzy w żadną twoją nagłą chorobę, przecież jesteś znana z tego, że nigdy nie chorujesz. To ja łapię co chwilę grypę, anginę i covid, ciebie żadne wirusy się nie imają. Proszę, nie rób mi tego. - Spojrzał na nią błagalnie.
Lena westchnęła.
- No dobrze, tylko tak mi się powiedziało.