Przedmowa Friedy Lawrence
Odkąd go poznałam, Lawrence chciał napisać
powieść, romantyczną i awanturniczą. Nie bardzo wiem, co to znaczy. Wiem
jednak na pewno, że przez całe życie chciał napisać Kochanka lady
Chatterley.
Tylko Anglik lub mieszkaniec Nowej Anglii mógł coś takiego stworzyć.
Jest to ostatnie słowo purytanizmu. Wiele innych ludów również uznaje
małżeństwo, ale tylko narody śródziemnomorskie do dziś zachowują
homerowską tradycję wiernej Penelopy siedzącej w domu, gdy mężczyzna
wędruje po całym świecie, oczarowany wdziękami Kirke lub Kalipso, aby
wrócić do swojej Penelopy, kiedy sprzykrzą mu się wędrówki. Ona zawsze
tam czeka na niego. Francuzi mają "L'amour", Amerykanie szybkie i łatwe
rozwody oraz inne układy, tylko Anglicy uparcie trwają przy swoim
szczególnym rodzaju małżeństwa. Nie chodzi tu o więzy majątkowe,
przyjaźni, ani nawet o los dzieci, lecz o nakazaną przez Boga
nierozerwalność tego związku. Potęga Anglii w dużej mierze opiera się na
tej głęboko pojętej koncepcji małżeństwa, która jest jedną z podstawowych zasad purytanizmu.
Lawrence bał się, pisząc Lady Chatterley. Pisał ją w górzystej
Toskanii, w cieniu rozłożystych pinii. Nieopodal miejsca, gdzie siadywał
pod ogromnym parasolem rozłożystych piniowych konarów, znajdowało się
sanktuarium San Eusebio. Wewnątrz małej groty stała szeroka kamienna
ława służąca Lawrence'owi za łoże, a mniejszych rozmiarów płaski głaz
był stołem. Tuż obok biło małe, wesołe źródełko. Było to urocze miejsce
i Lawrence codziennie chodził tam pisać, szczególnie wiosną. Pod pinię
miał niedaleko, droga biegła wśród drzew oliwnych. Wzdłuż ścieżki rosły
kępy tymianku i mięty, szkarłatne anemony i dzikie gladiole, krzewił się
mirt i rozciągały dywany fiołków. Białe, powolne woły orały sąsiednie
pola.
Lawrence siedział tam prawie nieruchomo, tylko jego pióro ślizgało się
po papierze. Zachowywał się tak cicho, że przebiegały po nim jaszczurki,
a ptaki skakały tuż przy nim. Przygodny myśliwy mógłby się wystraszyć na
widok tej milczącej postaci.
Garstka wieśniaków mieszkających w pobliżu, w tej zapadłej części
Toskanii, okazywała Lawrence'owi więcej niemego poszanowania, niż zaznał
gdziekolwiek indziej. Nie przyjaźnił się z nimi i trzymał się raczej z daleka. Ale instynktownie czuli, że jest w nim coś niezwykłego. Nie
kpili z niego, a są do tego bardzo skłonni. Gotowi byli wszystko dla
niego uczynić.
Co dzień po obiedzie czytałam, co tego ranka napisał. Zawsze zdumiewał
i fascynował mnie jego twórczy dar kreślenia z takim samym pełnym
zrozumieniem sylwetek sir Clifforda, jak gajowego. Nie robiłam żadnych
uwag... czułam w tym coś nieuchronnego.
Lawrence napisał tę powieść trzy razy i dopiero trzecia wersja ukazała
się w druku1. Ale moją ulubioną jest ta pierwsza. Po napisaniu
The First Lady Chatterley, Lawrence powiedział ponuro: "Będą mówili to
samo, co o Blake'u: że to mistycyzm, ale tym razem im się nie uda. Blake
nie uprawiał mistycyzmu i nie ma go też w mojej książce. W serdeczności
i wrażliwości Blake'a za mało było rozmachu i ducha walki, wszystko było
trochę mgliste". Potem wpadł w inny nastrój i energicznie zabrał się do
swojej powieści od nowa. Chciał ostrzej ukazać kontrast między
cynicznym, wyrafinowanym stosunkiem Clifforda do życia a postawą
gajowego: żywą, spontaniczną czułość jednego mężczyzny i konwencjonalne
traktowanie miłości przez drugiego. Lawrence pisał First Lady
Chatterley tak, jak ją widział w głębi własnej duszy. Tworząc trzecią
wersję, liczył się już z psychiką współczesnego społeczeństwa.
Jeśli się nie mylę, trzy wersje Kochanka lady Chatterley napisał w ciągu trzech lat, od 1925 do 1928 roku, z krótkimi przerwami. Chciał
dobitnie przekazać swoją ideę, że tam, gdzie mówi się jasno, wyraźnie i po prostu, nie ma miejsca na niezdrową tajemniczość. Chciał skończyć z obleśnością powieści pisanych dla taniej podniety. Słowa nie mogą być
złe same w sobie, złymi mogą uczynić je tylko intencje, które im się
nadaje. W dużej mierze mu się to udało. Jego powieść podziałała jak
dynamit. Ci, którzy nie mogli się już zmienić, znienawidzili ją jak
truciznę, ale dla wielu stała się uzdrawiającym wstrząsem i otworzyła im
oczy.
Jest dla mnie ogromną satysfakcją fakt, że pierwsza wersja Kochanka
lady Chatterley ukaże się normalnie, jak wszystkie książki. To tak, jak
gdyby ta książka uzyskała wreszcie samodzielność. Brak kilku stron
rękopisu nie ma znaczenia. Lawrence zostawił je niezapisane, ale zawsze
chciał do nich wrócić i je uzupełnić.
Bardzo mi trudno pisać o Lawrensie. Wydaje mi się, że wszystko już o nim wiadomo, że ćwierkają o nim nawet wróble na dachu, taki był
bezpośredni i prosty. Ale może wróble więcej wiedzą niż skomplikowane
ludzkie istoty. Może ja, która patrzyłam na niego z tak bliska i żyłam z nim na co dzień, czuję każdym nerwem najgłębszą treść jego istnienia.
Ale trudno wyrazić to w słowach. Kiełkują obiecująco, niby pędy młodych
szparagów, lecz kiedy się potem na nie patrzy, nie wyglądają równie
konkretnie i przekonująco jak puszkowane konserwy.
Pomimo wszystko spróbuję. Sądzę, że motorem życia Lawrence'a była
miłość do ludzi, do wszystkiego, co żyje, a przez nią wszystkie
stworzenia stawały się w jego odczuciu jeszcze bardziej realne. Ożywiał
je własnym tchnieniem. Nie można przełożyć Lawrence'a na język
intelektualistów, gdyż w wielu dziedzinach znacznie przewyższał
intelektualistów i myślicieli. Obdarzony był cudowną ludzką mądrością w wielkich i małych sprawach. Widząc, że większość ludzi prowadzi
śmiertelnie nudne życie i apatycznie godzi się z tym, wpadał w rozpacz i jak mógł, starał się na nich wpłynąć, żeby przejrzeli i się zmienili.
Nigdy nie dawał za wygraną i nie zniechęcał się, jak większość
reformatorów. Natychmiast podejmował walkę od nowa. Nigdy nie
tragizował, nigdy w ludzkim życiu nie widział tragedii, tylko istotne
błędy. Wierzył, że prawdziwa mądrość zawsze potrafi im zaradzić. Nigdy
się nad nikim nie litował. Nigdy nikogo nie obraził swoim współczuciem.
Powinniśmy się tego nauczyć. Aż trudno uwierzyć, że zachowując przez
całe życie niezależność, nie przysporzył sobie jeszcze groźniejszych
trudności niż te, które go spotkały. Był atakowany i znieważany.
Irytowało go to, ale nigdy się nad sobą nie litował. Był to bodziec,
żeby walczyć dalej. W kilka lat po śmierci Lawrence'a, wędrując po
ulicach Buenos Aires, zobaczyłam stosy jego książek na wystawie
księgarni. Doznałam wstrząsu. Tutaj, pomyślałam, w miejscu, gdzie nigdy
nie był, ludzie kupują jego książki. Ten niepozorny człowiek zdobył taką
władzę nad światem. Miał żywą świadomość znaczenia czasu, czuł
doniosłość każdej godziny i minuty. Krótki okres naszego istnienia,
między kołyską i grobem, jest wszystkim, co mamy, aby okazać i udowodnić
swoją wartość. Im jest się starszym, tym bardziej się ten czas skraca.
Prosty fakt "żyję" staje się z każdym dniem cenniejszy. Lawrence był
tego świadomy już we wczesnej młodości.
Dzieliłam z nim wszystkie jego przeżycia. Jego życie duchowe było tak
potężne, że chcąc nie chcąc, musiało się w nim uczestniczyć. Trudno mi
było uwierzyć, że w duszach wielu ludzi nic się nie dzieje, po prostu
nic...
Lawrence wierzył, że wszystkie stworzenia mają swój ukryty byt. Tylko
ludzie często zdają się go zatracać.
Dla Lawrence'a krowa nie była po prostu butelką mleka na progu domu,
ale żywym, wspaniałym zwierzęciem, stworzeniem, z którym trzeba się
liczyć, o czym na swoje nieszczęście boleśnie się kiedyś na własnej
skórze przekonał.
Lawrence gorąco pragnął zwiedzić cały świat, poznać jego wszystkie
oblicza.
Chciał napisać powieść o każdym kontynencie. Ale zdążył tylko o Europie, Australii i Ameryce.
Równie silnie gnała go chęć poznawania coraz to nowych miejsc na
świecie, jak odkrywania tajników ludzkiej duszy. Wszystkie rasy,
wszystkie idee, wszystko, co istnieje, porywało go. Miał bogate życie,
ale bogactwo to tkwiło przede wszystkim w nim samym. Tak wiele można na
świecie przeżyć, a większość nas przeżywa tak mało. Skromna posadka,
mały domek, mała żoneczka ma małego George'a, George się powoli
starzeje, wreszcie umiera i na tym koniec. Przegapił wspaniałe, wielkie
widowisko.
Moim zdaniem największym darem Lawrence'a było poczucie bezmiaru
otaczającego nas świata. Nie uznawał jakichkolwiek granic, ciasnego,
działającego na nerwy towarzyskiego światka i nie zabiegał o sukces. A jednak uważaliśmy, że ten sukces osiągnęliśmy i mając bardzo mało
pieniędzy, czuliśmy się bardzo bogaci. Jeśli ktoś ma obraz Botticellego,
a ja, patrząc na to arcydzieło, przeżywam więcej radości niż jego
właściciel, obraz staje się bardziej moją niż jego własnością. Nie
musimy koniecznie czegoś mieć, żeby stało się nasze. Nasz zachwyt znaczy
więcej niż posiadanie.
Lawrence uosabiał większość zalet Anglików. Brzmi to śmiesznie, ale tak
było. Bezwzględna uczciwość, moralna i materialna, jest w dużej mierze
źródłem wielkości Anglii (jest nie do pomyślenia, by można było
przekupić angielskiego sędziego lub posła), a także poczucie wolności,
duma i przede wszystkim odwaga. Trzeba było nie lada odwagi, żeby pisać
jak Lawrence, na przekór brytyjskim konwencjom. Nie pisał "pour épater
le bourgois"2, ale to, co czuł.
Pochodził z prostej rodziny, co mnie ogromnie wzruszało. Po ciężko
pracujących i borykających się z biedą przodkach odziedziczył szczerość,
zdrowie moralne i nieugiętą odwagę.
Był Anglikiem, lecz nigdy nie stał się angielskim dżentelmenem. Mógł
nim zostać, podobnie jak wielu angielskich pisarzy, ale nie chciał.
Zawsze żyliśmy bardzo skromnie, Lawrence chodził własnymi drogami, a ja
szłam za nim.
Nawet takiego drobiazgu, jak sygnet z wyrytym na topazie herbem
Richthofenów, nie chciał ode mnie przyjąć, bo mógłby się wydać
pretensjonalny. Przyjrzał mu się i widać było, że mu się przez chwilę
podobał. "Nie - powiedział - to nie dla mnie".
Anegdota o Lincolnie i senatorze, który przyłapał go na czyszczeniu
butów i wykrzyknął: "Ależ panie prezydencie, dżentelmen nie czyści sobie
butów!", na co Lincoln odparł: "A komu je czyści?" równie dobrze mogłaby
odnosić się do Lawrence'a.
Lincoln też bywał przezywany. Lawrence'a przezywano "małpą", "pawianem"
i jeszcze inaczej, równie miło. Robiono z niego stracha na wróble. Ale
ptaki nigdy się go nie bały. Niektórzy mówili o nim, że jest zawsze
smutny, ponury i pozuje na męczennika. Rzadko bywał smutny, za to bardzo
często wpadał w pasję. Zazwyczaj był w doskonałym humorze i pełen
animuszu. Ponurym czynili go głównie krytycy.
Nie mógłby dokonać takiego ogromu pracy w ciągu krótkich czterdziestu
czterech lat swego życia, gdyby nie miał niespożytych zasobów energii.
Ale społeczeństwo nie chciało wtedy przyjmować tego, co mu dawał.
Niektórzy nazywali go komunistą. Inni - faszystą. Ani jedno, ani drugie
nie było prawdą. Obie idee były za ciasne dla jego czysto
humanistycznego światopoglądu.
Ale prądy te istniały za jego życia i nie mógł ich nie dostrzegać.
Potem nazywano go także seksualnym zboczeńcem. Czy nim był?
"Ludzie bowiem tylko tak długo skłonni są spokojnie słuchać, gdy się
kogoś chwali, dopóki zdolni są w siebie wmówić, że potrafią dorównać
jego osiągnięciom. Gdy tylko ten punkt zostanie przekroczony, zjawia się
zawiść, a wraz z nią podejrzliwość".
Nikt nigdy nie nazywał Lawrence'a zawodowym pisarzem. Zawsze geniuszem.
Złościło go to: "Przyczepili mi etykietkę. Geniusz! I już jestem
załatwiony".
Wiele osób uważa, że trudno go zrozumieć. Może dlatego, że od bardzo
dawna przyzwyczailiśmy się odbierać wrażenia w tak zawiłej i pośredniej
formie, iż razi nas zbyt nagi i bezpośredni kontakt z życiem, jaki
czytelnikowi dają dzieła Lawrence'a.
Kiedyś dostałam list od pewnego mężczyzny, który napisał: "Wiesz, że
gotów byłbym umrzeć za ciebie". "Co za frazes! - pogardliwie skrzywił
się Lawrence. - Za nikogo nie można umrzeć. Każdy z nas musi przeżyć
własną śmierć, a także życie".
Kiedy mój ojciec zmarł w Niemczech, byłam w Anglii i krzątając się po
małym domku, w którym wtedy mieszkaliśmy, rozpaczliwie szlochałam.
Lawrence zapytał mnie ostro: "Czy wyobrażałaś sobie, że zachowasz ojca
do końca życia?". Tak mnie to zaskoczyło, że natychmiast przestałam
płakać.
Myślę, że spośród wszystkich wad Lawrence'a największą były jego nagłe
zmiany nastroju i humoru. Niezwykle łatwo wpadał w pasję. Barometr jego
uczuć gwałtownymi skokami spadał i szedł w górę. Lawrence niczego w sobie nie tłumił, natychmiast wybuchał i dlatego żyć z nim wcale nie
było łatwo.
Postępowałam po swojemu, ale z reguły przeszkadzały mi w tym jego
reakcje. Nic dziwnego, że kłóciliśmy się. Bezwzględność, z jaką upierał
się przy byle drobnostce, doprowadzała mnie do obłędu. Każde głupstwo
stawało się problemem, który należało rozwiązać zgodnie z jego wolą. Nie
był łatwy we współżyciu. Do wszystkiego podchodził z nieubłaganą
zawziętością.
Kiedy go spotkałam i od razu uparł się, że musi mnie poślubić, wydawało
się to, i rzeczywiście było, czystym szaleństwem. Byłam od niego
starsza, miałam troje dzieci, męża i ustaloną pozycję w świecie. On był
nikim i nie miał grosza przy duszy. Oderwał mnie od wszystkiego, co
posiadałam i musiałam zostać jego żoną, choćby niebiosa się waliły, co
nieomal się stało. Cena, którą musiałam zapłacić, była prawie ponad moje
siły i możliwości. Myśl o opuszczeniu dzieci, którym byłam bezgranicznie
oddana, przeszywała mnie rozdzierającym bólem. Lawrence też cierpiał
męki z tego powodu. Wiem, że często się zastanawiał: "Czy mam prawo
odebrać tę kobietę jej dzieciom?". Wobec mego męża też odczuwał wyrzuty
sumienia. Czy pamiętacie wiersz Spotkanie w górach, w którym opisuje
swoje spotkanie z wieśniakiem o piwnych oczach?
Ale z kolei, czy potrafię opisać chwilę, gdy rozpoczęliśmy wspólne
życie? Musiało się to stać. To, co ludzie osiągają innymi drogami,
jedność ze wszystkim, co żyje i oddycha, najgłębszy spokój, przechodzący
wszelkie granice, wszystko to zrodziło się między nami i nigdy do końca
nie minęło. Miłość może być sprawą drobną i mało znaczącą, ale może też
być czymś wielkim.
Wszystko, nawet najpospolitsze wydarzenia, stało się cenne. Moje życie
z Lawrence'em nabrało wagi i znamion wielkości.
Po pierwszym, zdumiewającym szoku naszej nagłej bliskości, który jak
gdyby uniósł nas na grzbiecie ogromnej fali, ukazując nowe horyzonty,
zaczęła budzić się we mnie myśl: może mężczyzna, z którym żyję, jest
naprawdę wielkim człowiekiem. Chciałabym wiedzieć, na czym polega
wielkość. Gdyby to było jasne od pierwszej chwili, nie byłoby w tym
żadnej wielkości, gdyż tylko niepowtarzalna odrębność człowieka czyni go
wielkim.
Nie byliśmy sentymentalni, Tristano-Izoldowaci. Nie było czasu na
dramatyzowanie. Zawładnął nami nowo odkryty świat swobody i miłości.
Myśli i impulsy Lawrence'a, czerpane z głębi tych doznań, stawały się
coraz potężniejsze. Żyłam w ciągłym podnieceniu. Nasze przeżycia
oddalały nas od ludzi, którzy czegoś podobnego nigdy nie zaznali. Był to
mur nie do przebicia.
Kłóciliśmy się straszliwie. Ale zawsze otwarcie i bez cienia podłości.
Staliśmy się wzajemnie tak sobie bliscy, że ścieraliśmy się ze sobą,
przed niczym się nie cofając, nadzy i na wszystko zdecydowani.
Te okropne kłótnie bywały czasem obrzydliwe. Moglibyśmy być trochę
rozsądniejsi i wzajemnie się oszczędzać, ale nigdy tego nie robiliśmy.
Braliśmy wszystko straszliwie na serio. Czasem z całą premedytacją
mówiłam coś szczególnie złośliwego i Lawrence tego nie zauważał. Innym
razem, gdy powiedziałam coś, co wydawało mi się zupełnie niewinne,
wpadał w furię. Ale zawsze mogłam być z nim całkowicie sobą. Nie miał
żadnego obmyślonego i niewzruszonego wyobrażenia, jaka powinna być żona.
Byłam, jaka byłam, a jeżeli swoim zachowaniem wywoływałam zamęt, nie
było na to rady.
Zawsze wielką ulgą i pociechą jest dla mnie świadomość, że byłam przy
nim do samego końca. Jestem wdzięczna losowi, że byłam świadkiem, jak
wracał do ziemi, którą ukochał. Uczynił mnie swoją żoną w najpełniejszym
znaczeniu tego słowa, a nawet więcej. Dał mi na zawsze samego siebie.
Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym umrzeć, a on zostałby sam beze
mnie.
Umarł niezłomny. Ani na chwilę nie stracił zachwytu dla życia. Nigdy
nie zrobił niczego, czego by nie chciał - i nic ani nikt nie mógł go do
tego zmusić. Nie napisał ani słowa, w które by nie wierzył. Nigdy nie
zgodził się na najdrobniejszy nawet kompromis. Jeśli kiedykolwiek żył na
świecie wolny, dumny człowiek, był nim Lawrence.
Frieda Lawrence
1944
Kochanek Lady Chatterley
Żyjemy w czasach z całą pewnością
tragicznych, ale stanowczo nie będziemy z tego powodu tragizowali.
Właśnie taką postawę obrała Konstancja Chatterley. Wojna ugodziła ją
straszliwie, lecz postanowiła nie robić z tego tragedii.
W 1917 roku wyszła za mąż za Clifforda Chatterleya, kiedy przyjechał z wojska na urlop. Spędzili miodowy miesiąc, a potem wrócili do Francji. W rok później został ciężko ranny i jako kalekę odesłano go do domu.
Konstancja miała wtedy dwadzieścia trzy lata.
Po dwuletniej kuracji Clifford w pewnej mierze odzyskał zdrowie, ale
dolna część jego ciała pozostała na zawsze sparaliżowana. Nauczył się
poruszać po mieszkaniu w fotelu na kółkach i sporządzono mu inwalidzki
wózek z wbudowanym silniczkiem, którym mógł jeździć po terenach
przylegających do dworu.
Przecierpiał tyle, że w pewnym stopniu utracił wrażliwość na ból. Był
jak dawniej przystojnym, inteligentnym, pogodnym, zamkniętym w sobie
mężczyzną z rumianą cerą i jasnymi niebieskimi oczami, które często
miały zamyślony wyraz. Był tak blisko śmierci, że to, co mu pozostało z życia, wydawało mu się szczególnie cenne. I tak ciężko dotknął go los,
że coś w nim skamieniało i na zawsze utraciło zdolność czucia.
Konstancja, jego żona, miała rumianą cerę, miękkie, puszyste
kasztanowate włosy, zdrowe, silne ciało, trochę kanciaste ruchy, żywe
usposobienie, niski łagodny głos i niebieskie oczy o marzycielskim
wejrzeniu. Sprawiała wrażenie spokojnej, miłej, wiejskiej dziewczyny.
W rzeczywistości była jedną z owych bardzo nowoczesnych kobiet,
wiecznie pogrążonych w zadumie i mozolnie nad czymś medytujących. Przez
pewien czas studiowała w Dreźnie, w Niemczech, i gdy wybuchła wojna,
szybko wezwano ją z powrotem do domu. I chociaż z gorzką ironią myślała
teraz, że to właśnie Niemcy - a w każdym razie niemieckie działa -
zdruzgotały jej życie, w dalszym ciągu wspominała pobyt w Dreźnie jako
najszczęśliwszy okres swojej młodości. Była jednak wtedy może nie tyle
szczęśliwa, co zafascynowana. Fascynowało ją wszystko: życie, muzyka,
typowo germańskie dyskusje na abstrakcyjne tematy, będące pewnego
rodzaju filozofowaniem. Te niekończące się dysputy budziły w niej
najgłębszy oddźwięk. Studenci filozofii, ekonomii politycznej, młodzi
profesorowie literatury, etnologii, filozofii klasycznej lub nauk
przyrodniczych, jakże oni wspaniale mówili i jak ona im odpowiadała! A potem jak jej słuchali i jak ona ich słuchała, dlatego że przedtem oni
słuchali jej!
Przyszła wojna i Konstancja powinna była wszystko to wspominać z goryczą. Ale Clifford, z którym od dawna się przyjaźniła i który
studiował w Cambridge, nie był ciasno myślącym patriotą. Walczył w obronie ojczyzny, ale szczerze współczuł młodym inteligentnym Niemcom,
którzy podobnie jak on dostali się w potężne tryby straszliwej i znienawidzonej machiny. Podczas urlopu w dalszym ciągu chętnie czytał
jej głośno utwory Hauptmanna i Rainera Marii Rilkego. Słuchała go z przyjemnością. Postanowiła "wznieść się ponad wojnę", a przynajmniej
ponad wojenny szowinizm, który doprowadzał ją do rozpaczy.
Ale zanim nadszedł Untergang des Abendlandes3, Clifford
stał się ruiną człowieka, a jej życie też legło w ruinie. Była młoda i niewybaczalnie, nieomal po prostacku zdrowa. Kiedy cios w nią uderzył,
po prostu zamilkła. I pozostała milcząca, wiecznie pogrążona w rozmyślaniach, które do niczego nie prowadziły.
W roku 1920 przenieśli się do Wragby, rodzinnego domu Clifforda. Jego
ojciec umarł i teraz on został baronetem4. Wragby Hall był
niskim, długim, ponurym starym dworem, stojącym w bardzo pięknym parku,
w niedalekim sąsiedztwie licznych, świeżo uruchomionych kopalni węgla. Z oddali dobiegało sapanie pracujących kopalnianych wyciągów i łomot
wielkich sortowniczych sit, a przy silniejszym powiewie wiatru czuć było
w powietrzu swąd siarki, dolatujący z tlących się hałd.
Konstancja była teraz lady Chatterley, żoną kalekiego właściciela
posępnego starego dworu w zeszpeconej, pospolitej okolicy, dysponującą
skromnym, raczej niewystarczającym dochodem. Postanowiła sobie jak
najlepiej z tym poradzić. Mogła pracować, czytać i medytować do woli,
jako samotna, wszechwładna pani tych dóbr. Rozsądne prowadzenie
gospodarstwa, dające możność związania końca z końcem, sprawiało jej
satysfakcję. Lubiła przyjmować gości, każdego, czyje towarzystwo
odpowiadało Cliffordowi. Ale on wolał samotność. Żyła tak z dnia na
dzień, bez perspektyw, pogrążona w wiecznie tych samych, monotonnych
zajęciach. Zewnętrznie pozostała zdrową, spokojną, pozornie nieśmiałą, a w gruncie rzeczy zamkniętą w sobie młodą, urodziwą kobietą. Zasklepiona
we własnym świecie, była bezsporną panią wszystkiego, co ją otaczało.
Clifford nie był jej ciężarem. Wypełniał sobie czas, czytając, pisząc,
malując, poruszając się samodzielnie w inwalidzkim fotelu po starym
parku, lub powoli, ostrożnie, tocząc się przez park w swoim motorowym
wózku do sąsiedniego lasu. Wydawał rozporządzenia ogrodnikom, drwalom i gajowemu. Doglądał swego państewka. Jesienią jeździł czasem, bardzo
powoli, do lasu i tam, ze strzelbą w ręce, czatował na bażanta. Niekiedy
odważał się nawet zabierać z sobą malarskie przybory i próbował
namalować jakiś obrazek. Dawniej malował dużo i z zapałem, teraz rzadko
się na to zdobywał. Ale robił wrażenie nieomal szczęśliwego,
szczęśliwszego niż przed katastrofą.
Niepokoił się tylko czasem o Konstancję. Była dla niego bardzo dobra,
kochała go w swój szczególny, bezosobowy sposób. A on oczywiście nie
mógłby bez niej żyć. Byli prawdziwymi przyjaciółmi, jak dawniej, przed
małżeństwem.
Ale niewątpliwie spotkała ich straszliwa tragedia. Clifford nie mógł być
dla niej prawdziwym mężem. Żyła z nim jak zamężna zakonnica, siostra w Chrystusie. Było to tym trudniej znieść, że oczywiście przez jeden
poślubny miesiąc byli normalnym małżeństwem. Clifford wiedział, że była
z natury zmysłowa. Nie mógł o tym zapomnieć.
Nie był zdolny snuć ponurych rozważań. Miał tak silnie rozwinięty
instynkt samozachowawczy, że wzruszały go i obchodziły tylko przyjemne
strony życia, inaczej wpadał w apatię. Zdarzały mu się całe dnie
głębokiej apatii, w ciągu których tajało i rozpływało się w nim to, co
groziło goryczą i męką. Potem wracała chęć życia. Znów jeździł wtedy
motorowym wózkiem do lasu. Jeśli siedział zupełnie nieruchomo, udawało
mu się czasem podpatrywać wiewiórki gromadzące na zimę orzechy lub jeża
węszącego wśród zeschłych liści. Za każdym razem czuł, jakby udało mu
się wyrwać jakiś niewielki łup ze szponów losu. Triumfował wtedy z odniesionego zwycięstwa nad losem, śmiercią, a także nad samym życiem.
Prawie nigdy jednak nie zapuszczał się poza bramę parku. Nie mógł znieść
współczującego wzroku górników. Nie czuł się skrępowany wobec
ogrodników, drwali i gajowego. Byli jego płatną służbą.
Czasem Konstancja, idąc obok, towarzyszyła mu do parku lub lasu. Siadała
pod jakimś drzewem i dziwna, zwycięska radość Clifforda, że jest żywy w otoczeniu ludzi i natury, kojąco działała na jej nerwy. Znów czytał
Platona i lubił rozmawiać z nią o greckich dialogach, często trzymając
jej dłoń w swoich rękach.
- To bardzo zabawne, właściwie dopiero teraz widzę - mówił - w jakie
śmieszne podniecenie wprawiała ich dyskusja oraz pojęcia rozumu i myśli.
Podobni byli do małych chłopców, którzy właśnie odkryli, że potrafią
myśleć i z radości nie panują nad sobą. Są tak olśnieni, że wszystko
inne przestaje się liczyć, ważne są tylko myślenie i wiedza. Sądzę, że
dawno, bardzo dawno temu człowiek w podobny sposób odkrył w sobie pociąg
płciowy i myśl o tym zawładnęła nim bez reszty. Liczyła się świadomość
tego, nic więcej, tylko mentalna świadomość. Odkrycie Ameryki przez
Kolumba było niczym w porównaniu z odkryciem dokonanym przez
starożytnych Greków, że posiadają logicznie myślący umysł. Wzrusza mnie
to, nawet teraz. Gdyż moja dłoń, obejmująca twoją, wydaje mi się równie
realna jak myśl. A tobie? Jest równie ważna, jak jakaś cząsteczka
wiedzy, nie sądzisz? Uścisk naszych dłoni. Przecież to także jest życie.
I coś, czego człowiek nie będzie mógł czynić po śmierci. Umysł ludzki
będzie zdolny myśleć, gdy umrze ciało. Może będę dalej mógł myśleć i jak
Sokrates wierzę, że moja wiedza będzie jeszcze pełniejsza. Ale nie będę
mógł trzymać twej dłoni. W każdym razie nie w sensie fizycznym. Choć
oczywiście nie można wykluczyć, że zachowa się między nami jakaś
łączność, jakiś szczególny uścisk, może nawet nieporównanie
istotniejszy. Może będę mógł nadal trzymać cię za rękę, kiedy już umrę.
Co o tym sądzisz?
Jego duże, błyszczące niebieskie oczy patrzyły dziwnie twardo, gdy tak
siedział ze wzrokiem utkwionym nieruchomo w jej twarzy. Jego dłoń mocno
obejmowała jej rękę w niesamowitym uścisku. W jego oczach dostrzegła
wyraz zwycięskiego triumfu. Odniósł nad czymś nieznanym jakieś
niesamowite zwycięstwo!
Ale wybuch jego triumfalnego uniesienia przeszył ją lodowatym dreszczem,
jak gdyby zmroził ją nagle jego zimny egoizm. Czy naprawdę odniósł aż
taki triumf? A co z nią? Z jej życiem, z fizycznym życiem jej ciała? Co
z dłonią uwięzioną w jego uścisku, jak gdyby była trofeum, które
zamierza zabrać ze sobą aż poza grób? Poczuła chłód, przygnębienie i rozpacz. Ostatecznie ona nie miała powodu do triumfu - poza znaczną
poprawą jego zdrowia. Ale skoro on został potwornie okaleczony, jaka
będzie jej przyszłość? Jej ciało nie doznało żadnych uszkodzeń. Nie
wydobyła się cudem z grobu. Przeciwnie, czuła się, jak gdyby właśnie
teraz po pas zakopywano ją w ziemi, żeby dotrzymywała mu towarzystwa.
Siedziała zatopiona w milczeniu, nie reagując na jego słowa. Gniewny
skurcz, jak gdyby cień rozżalenia przemknął mu przez twarz.
- Wiem, kochanie - powiedział - że w pewnym sensie ty zostałaś
najbardziej skrzywdzona. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo jestem od ciebie
zależny i w pewnym sensie żyję twoim kosztem.
- Wiesz, że chcę tego - szepnęła.
- Wiem! Ale nie da się ukryć, że zostałaś na zawsze pozbawiona bardzo
ważnej części życia. I fakt, że zostałaś tego pozbawiona, może poza
twoją świadomością coraz silniej oddziaływać na ciebie i wyrządzić ci
wielką krzywdę. Chcę o tym mówić z tobą teraz, żebyś wiedziała... Nie
chcę, żebyś czuła, że się dla mnie poświęcasz. Nie chcę tego, gdyż nie
sądzę, żebyś była kobietą, która może tej części życia się wyrzec.
Mówiąc otwarcie, ożeniłem się z tobą, bo byłaś... zmysłową kobietą.
Pragnęłaś mnie, zanim się to ze mną stało, prawda? - Konstancja
przytaknęła cicho. - Tak, wiem, i to jest bardzo gorzka prawda. A także
wiem, że będziesz tę żądzę nadal czuła, choć pod tym względem zostałem
na zawsze z tego życia wykreślony. To okropne, ale musimy jakoś się z tym uporać. Chcę ci zatem powiedzieć: jeżeli spotkasz innego mężczyznę,
którego zapragniesz, i naprawdę będziesz chciała mu się oddać, niech cię
nie powstrzyma myśl o mnie. Zrób to i żyj własnym życiem. Mnie grozi to,
że mógłbym kiedyś stać się podobny do przysłowiowego psa leżącego na
kupie siana. Tego nie chcę. I dlatego mówię: wiem, co się dzieje z kobietami, które w młodości tłumią w sobie zmysły. Płacą później za to
prawdziwym piekłem. Nie chcę, żebyś poszła w ich ślady. Nie chciałbym
też, żebyś stała się lekkomyślna. I wiem, że będziesz się starała, żeby
nie było to dla mnie zbyt ciężkie. Ale jeśli kiedykolwiek spotkasz
mężczyznę, którego gorąco fizycznie zapragniesz, weź go sobie. Miej
kochanka, jeśli tak musi być.
Mówił to odważnie i prawie jednym tchem. Widać było, że wszystko
przedtem przemyślał. I równie wyraźnie było widać, że wszystko, co
powiedział, było dla niego tylko hipotezą: abstrakcyjny romans z abstrakcyjnym mężczyzną. Łatwo mu było uwolnić się od tej myśli.
Konstancja siedziała na zwalonym drzewie, z opuszczoną głową, trzymając
go za rękę, bez słowa. Wzbierały w niej dziwne uczucia.
Mogłoby się wydawać, że otaczająca ich, naładowana niezwykle silnymi
emocjami atmosfera przywabiła inne żywe stworzenia, bo z leśnej ścieżki
wybiegł nagle duży spaniel, dotknął miękkim pyskiem ręki Konstancji, a potem, węsząc nerwowo, podniósł łeb w górę. Jednocześnie usłyszeli
czyjeś kroki. Z bocznej ścieżki wyszedł na drogę gajowy Parkin.
Konstancja wysunęła rękę z dłoni męża. Clifford obejrzał się i obudził z apatii, w którą przed chwilą zapadł. Gajowy dotknął kapelusza,
zmierzając w poprzek drogi ku ścieżce po przeciwnej stronie. Gwizdnął
cicho, przywołując psa.
- Zaczekajcie, Parkin - powiedział Clifford, unosząc się trochę w fotelu.
- Słucham pana? - odparł gajowy, przystając.
- Obróćcie mój wózek i ustawcie go w koleinie. To mi pomoże.
Gajowy podszedł do nich wielkimi krokami, nie odzywając się ani słowem.
Sprawiał wrażenie silnego, ale jak na leśnika był niski i niezwykle
spokojny. Konstancja wiedziała, że niedawno opuściła go żona dla
sąsiada-górnika, zostawiając go w gajówce z pięcioletnią córeczką. Odtąd
żył samotnie, stroniąc od ludzi, a dziecko oddał pod opiekę swojej
matce, mieszkającej w pobliskiej wsi.
Parkin przewiesił strzelbę przez ramię i bez słowa położył ręce na
oparciu fotela sir Clifforda. Jego bystre piwne oczy tylko przelotnie
spoczęły na twarzy Konstancji stojącej obok. Ich spojrzenia spotkały się
na sekundę, ale Konstancja, wciąż jeszcze dziwnie wzburzona, zaledwie go
zauważyła. On jednak, choć jak zawsze milczący i daleki, dostrzegł
nieokreśloną udrękę w błękitnych oczach młodej kobiety. Ale jego twarz
natychmiast znów przybrała swój zwykły obojętny wyraz i usta zacisnęły
się mocno pod bujnymi, nastroszonymi wąsami.
Ostrożnie obrócił wózek i wprowadził w koleinę, po której lżej było
jechać.
- Popchać pona czy sam da pon radę? - zapytał z silnym miejscowym
akcentem.
- Możecie popchać, jeśli macie ochotę - odparł sir Clifford.
- Ano powiozę.
Ruszyli w milczeniu. Każde z nich bez słowa patrzyło prosto przed
siebie. Brązowy spaniel biegł przed nimi, węsząc. Z drzew opadały
ostatnie pożółkłe liście.
Wyszli na skraj lasu i ujrzeli otwartą przestrzeń parku, zbocze
porośnięte rozłożystymi bukami i pasące się na trawie owce. W szarym
świetle pochmurnego dnia stary dwór na szczycie zbocza wydawał się
odwieczny i opuszczony.
Gajowy wciąż patrzył prosto przed siebie i ostrożnie pchał wózek,
starając się nie zwracać na siebie uwagi. Wydawało się, że rude wąsy
zawadiacko go wyprzedzają. Ale nie przestawał myśleć o błękitnych,
pełnych nieokreślonego cierpienia oczach mylady. Ba, jest przecież tylko
młodą dziewczyną. Ano, wojna ciężko dotknęła szlachtę. Z takim kaleką
jak sir Clifford ani nie cieszy się mężem, jak to młoda żona, ani nie ma
co myśleć o dzieciach. Słowo daję, ma smutne oczy biedactwo! I wszyscy
tak dobrze o niej mówią!
Pomyślał o własnej żonie, która zaczęła się puszczać, kiedy był na
wojnie. A przecież nie musiała znosić tego, co to młode stworzenie. Nie!
Gdyby miała więcej zmartwień, może by sobie nie poszła, jak byle dziwka,
z pijakiem-górnikiem. Ale dobrze, że sobie poszła i niech nie wraca.
Baba z wozu, koniom lżej. Jeszcze są dobre kobiety na świecie, dość
spojrzeć na to młode stworzenie, żonę sir Clifforda! Jaka spokojna i jaki miły ma głos. Ano tak! Nie on jeden ma się czym martwić. Ta biedna
dziewczyna oberwała gorzej od niego. A taka spokojna i łagodna, wcale
nie jak wielka dama. Takiej jak ona mężczyzna musiałby dziś daleko
szukać. Cóż, każdy musi dźwigać swój krzyż i łykać swoją porcję
utrapienia.
Konstancja otrząsnęła się wreszcie z obezwładniającego ją otumanienia i zdała sobie sprawę z obecności Parkina, który w milczeniu pchał ciężki
inwalidzki wózek. Był czerwony z wysiłku, ale nadal zachowywał się
obojętnie. Pomimo tej rezerwy wyraźnie wyczuwało się jego obecność i Konstancja przypomniała sobie, że zawsze odcinał się od tła,
gdziekolwiek go spotkała. Ta jego odrębność i wyrazistość postaci
budziła w niej wrażenie szczególnego piękna, rzadko spotykanego u mężczyzn. Nie był przystojny, szpeciły go zbyt bujne wąsy. Ale cechująca
go wyjątkowa odrębność miała coś wspólnego z nieskrępowaną swobodą
dzikich zwierząt i ptaków. Konstancja zastanawiała się, czy kochał swoją
żonę, krzepką, pospolitą kobietę. Musiała go razić i drażnić
ordynarnością, choć zapewne nie zdawał sobie z tego sprawy. Żył teraz
zupełnie samotnie, z dala od ludzi, w kamiennym domku na skraju lasu.
Nic o nim nie wiedziała, traktowała go jak jednego ze służących swego
męża. Słyszała, że był bardzo czujnym gajowym.
Sir Clifford apatycznie pozwolił się wieźć i po przyjeździe do domu
zaraz się położył, aby odpocząć przed podwieczorkiem.
Jesienne dni upływały monotonnie, zbliżała się zima. Konstancja starała
się tego nie dostrzegać. Jeżeli czas mija niepostrzeżenie, tym lepiej.
Miała swoje domowe obowiązki i była odpowiedzialna za niektóre sprawy w życiu wsi. Oprócz tego był Clifford. Musiała wciąż dbać i troszczyć się
o niego, nieomal jak o małe, bezradne dziecko.
Dokuczały jej tylko dziwne, nagłe i nieobliczalne napady zdenerwowania.
Miewała powtarzające się straszliwe sny o koniach, o jakiejś spokojnie
pasącej się klaczy, która nagle wpadała w szał. Wstawała rano opętana
złością, i gdyby nad sobą nie panowała, gotowa była okrutnie znęcać się
nad służbą, a nawet bezlitośnie szydzić z Clifforda. Na końcu języka
miała straszne, obelżywe słowa, które chciałaby mu powiedzieć, patrząc,
jak siedzi w łóżku podparty poduszkami, chłodny i czujny, bądź leży
pogrążony w apatii.
Nigdy ich nie wypowiadała. Ale była tego coraz bliższa i w końcu za
każdym razem, gdy obudziła się w takim demonicznym nastroju, wybiegała
do parku i długo po nim chodziła, żeby się uspokoić. Jej twarz
wykrzywiał wówczas grymas nieokiełznanej złości, a w szeroko otwartych
oczach malował się obłędny strach przed samą sobą. Jestem opętana, wiem,
że jestem opętana - powtarzała smutno i przyśpieszała kroku, pchana
jakąś nieubłaganą siłą szalejącą w jej piersi. Gotowa była coś, kogoś,
zabić. Wzbierało w niej niepohamowane okrucieństwo.
W parku i na skraju lasu wracało to samo wspomnienie. To tutaj coś
kiedyś się stało. Rozglądała się wokoło, szukając rozwiązania tajemnicy.
I wtedy wracał sen, jej sen o koniach. Na pewno gdzieś tutaj jest stado
koni i klacz, która za chwilę wpadnie w furię i rzuci się na nie,
grzmocąc je kopytami i rozrywając potężnymi zębami na strzępy.
Zatrzymywała się, zmrożona strachem. Ale nigdzie nie było koni.
Nagle z lasu dobiegł ją huk strzału, niby echo jej własnego szaleństwa.
Zaczęła schodzić w dół leśną, wilgotną drogą, depcząc mokre, gnijące
liście. Idąc, usłyszała czyjś głos i płacz dziecka. Zatrzymała się w miejscu, nadsłuchując. Dziecko szlochało i ktoś je cicho pocieszał.
Ruszyła szybko w tamtą stronę, a jej dotychczas bezprzedmiotowa złość
znalazła ujście w podejrzeniu, że ktoś krzywdzi dziecko. Biegła z wypiekami na twarzy i błyszczącymi oczami, bliska utraty tchu.
Zobaczyła ich na wąskiej dróżce. Szlochającą dziewczynkę w czerwonym
płaszczyku i kapturku z kretów i schylonego nad nią gajowego Parkina.
- Na pewno nie kcesz, żeby zagryzoł małe króliczki, a potem je zjodał?
Nie kcesz, żeby się rzucoł na bażancice siedzące na jojkach i przegryzał
im szyjki, co? On był zły. Popatrz na niego i potem płacz. Tylko na
niego popatrz.
Gajowy mówił niezwykle czule, lecz jednocześnie z wyraźną irytacją, a dziecko nie dawało się pocieszyć. Konstancja podeszła do nich, wciąż
jeszcze pełna gniewu, przekonana, że dziecku stała się jakaś krzywda.
- Co się tu dzieje? - zapytała ostro.
Gajowy wyprostował się szybko i dotknął kapelusza.
- Zastrzeliłem tego starego kocura, co tu łaził, jak mu się podobało,
miesiąc albo i dwa - powiedział szorstko, wskazując zewłok ogromnego
pręgowatego kota, rozciągnięty na ścieżce. - A moja mała myśli, że jest
nad czym beczeć. No, dość już tego - zwrócił się do dziecka. - Jaśnie
poni na ciebie patrzy. A bądźże cicho.
Nadal mówił do dziecka łagodnie, ale w jego głosie wzbierało
zniecierpliwienie, a wzrok robił się twardy. Widać było, że dziecko się
go boi.
Konstancja pochyliła się nad dziewczynką.
- Co ci się stało? Powiedz, malutka. Nie płacz już. To było wstrętne,
złe kocisko, szarpał pazurami małe króliczki i mordował je. No, nie
płacz. - Własną chusteczką delikatnie otarła łzy z buzi dziecka
porzuconego przez matkę. Dziewczynka z całą pewnością bała się
mężczyzny, który był jej ojcem. Konstancja poczuła do niego niechęć. Nic
dziwnego, że żona go opuściła. Pomyślała, że w gruncie rzeczy Parkin nie
lubi swojej córeczki.
- Będzie z wami przez cały dzień? - zapytała.
- Matka jest w domu - powiedział, szybko obracając głowę w stronę
gajówki. - Przychodzi zwykle w sobotę, żeby trochę posprzątać.
Konstancja czuła, że gajowy zmusza się do uprzejmości, lecz jej nie
lubi, dlatego że jest kobietą.
- Zaprowadzę małą do domu, do babki. Jak się nazywasz, kochanie?
Dziewczynka zerknęła na nią nieufnie. W jej ciemnych oczach Konstancja
dostrzegła upór i niechęć.
- Connie Parkin - odparła.
- No to chodźmy - powiedziała Konstancja, uśmiechając się do niej. -
Zaprowadzę cię do domu, a tymczasem Parkin... a tymczasem twój ojciec
skończy swoją robotę.
- Nie trzeba, psze pani - zaprotestował gajowy.
- Zaprowadzę ją - powtórzyła Konstancja, biorąc małą za rączkę.
Czuła, że Parkin stoi i patrzy za nimi z niechęcią. Nie lubił kobiet i gardził nimi. Był po prostu głupi.
W gajówce mała, energiczna staruszka, ze smugami sadzy na nosie,
czyściła palenisko. Wzdrygnęła się, gdy dziewczynka niespodzianie
podbiegła do niej. Odwróciła się i zobaczyła Konstancję.
- Coś takiego! - wykrzyknęła.
- Dzień dobry - powiedziała Konstancja. - Przyprowadziłam pani wnuczkę.
Bardzo się przestraszyła, kiedy jej ojciec zastrzelił kłusującego kota.
- Coś takiego! Bardzo pani łaskawa, pszę pani. Co się pani mówi za to,
że cię psyprowadziła do domu, Connie?
- Dziękuję - powiedziała Connie, śmiało patrząc na Konstancję ciemnymi
oczami, ale jednocześnie z zakłopotania wkładając palec do ust.
- Dziękuje wielmożnej pani - pouczyła ją babka.
Ale dziewczynka odwróciła się i nie chciała powtórzyć. Górnicy nigdy nie
mówili "mylady", jeśli mogli tego uniknąć. Dziewczynka wzdragała się
nawet powiedzieć "wielmożna". Była wyraźnie onieśmielona.
- Wiedziałam, że będzie awantura, jak ją weźmie z sobą do lasu. Trudno z nim wytsymać, nawet kiedy jest w najlepsym humoze. Bardzo dziękuję, ze
jom pani psyprowadziła. Bardzo dziękuje.
Staruszka była wyraźnie oszołomiona odwiedzinami Konstancji, ale
jednocześnie niezadowolona, że przyłapano ją przy czyszczeniu paleniska,
w dodatku z nosem usmarowanym sadzą.
Konstancja wróciła do dworu, głęboko świadoma dystansu między nią i tymi
ludźmi. Nie byli do niej wrogo usposobieni, ale czuli wyraźną ulgę, gdy
ich pożegnała.
Z zadowoleniem wróciła do Clifforda i własnego środowiska. Nie wiadomo
dlaczego ci ludzie złościli ją. Jakie zuchwałe oczy miało dziecko
Parkina!
Tego wieczoru z prawdziwą przyjemnością siedziała w gabinecie Clifforda,
kiedy głośno jej czytał. Uspokajało to jej urażoną dumę.
W następną sobotę Clifford miał jakąś sprawę do Parkina. Ale poprzedniej
nocy padał ulewny deszcz i nie można było wyjechać wózkiem. Po południu
Konstancja poszła więc pieszo, żeby przekazać polecenie męża. Lubiła
mieć cel dla swoich spacerów.
Frontowe drzwi gajówki były zamknięte i nikt nie wyszedł ich otworzyć.
Okrążyła więc dom i nagle zobaczyła Parkina myjącego się na podwórku.
Zwyczajem górników zdjął koszulę, odwinął spodnie na biodrach i zanurzył
głowę w miednicy z wodą. Konstancja wycofała się natychmiast i wróciła
do lasu, żeby jeszcze chwilę pospacerować.
Ale w wilgotnym półmroku lasu zaczęła drżeć, nie mogąc się opanować.
Biały tors mężczyzny uparcie majaczył jej przed oczami i wydawał się
niezwykle piękny. Białe, muskularne, cudowne ciało, obleczone gładką i mocną jak jedwab skórą. Cóż znaczy jego twarz, nastroszone wąsy i nieprzyjazne, zuchwałe oczy. Cóż znaczy jego głupota. Jego ciało było
bosko piękne i rozświetlało mrok jak objawienie. Clifford nawet w swoim
najlepszym okresie nie miał tak pociągająco gładkiej i jędrnej skóry i nie był tak nadludzko piękny.
Z trudem przemogła się, żeby wrócić do domku i zapukać do drzwi. Stojąc
na progu, drżała z tłumionej emocji. Nigdy dotąd ani przez chwilę nie
pomyślała o Parkinie inaczej, jak o podwładnym gajowym. Wydało się jej
niemal występkiem, że jego ciało może być tak nieskalanie piękne.
Posłyszała, że schodzi po schodach. Przebierał się przed pójściem do
miasta. Słowa uwięzły jej w gardle, gdy stanął przed nią w czystej
koszuli, nowym krawacie i odświętnych spodniach. Jąkała się, przekazując
mu polecenie męża, a on słuchał, patrząc na nią zimno hardymi oczami.
Nie podobała jej się jego twarz. Zdała sobie sprawę, że obrzydły jej
twarze prostaków, ich bezduszność oraz nudne, wulgarne sprawy
zaprzątające ich myśli. Czy możliwe, żeby pod tą śmieszną czystą koszulą
i krawatem kryło się tak piękne ciało samotnego mężczyzny?
- Tak jest, mylady - powiedział. - Wiem, czego życzy sobie sir Clifford.
Zajmę się tym.
Konstancja odwróciła się i odeszła. Wchodząc w mrok lasu, czuła, że
Parkin za nią patrzy. Na pewno myśli coś głupiego i wulgarnego. Niech
sobie myśli. Jest niczym. Pomimo ukrytego piękna swego ciała, jest
niczym. Ci głupi prości ludzie obrzydli jej do ostateczności.
Ale wieczorem, w sypialni, przyglądała się swemu nagiemu ciału,
zastanawiając się, czy i w nim ktoś mógłby dostrzec to zjawiskowe
piękno, jakie ona przez krótką chwilę dostrzegła w tamtym człowieku. Czy
jakiś mężczyzna ujrzy w niej takie samo piękno?
Przygnębiona, narzuciła nocną koszulę. Po co to wszystko? I tak nic z tego. Clifford, który był kulturalnym mężczyzną, w sensie fizycznym był
dla niej stracony. A mężczyźni o pięknych ciałach mieli pospolite,
głupie twarze, które jej nie interesowały i pospolite, głupkowate głosy,
których wolałaby nigdy więcej nie słyszeć.
Clifford czytał jej głośno prawie co wieczór. Czasem bywał zmęczony.
Jego kalectwo wywoływało stany znużenia, które działały na niego jak
naturalna narkoza. Ale czytanie głośno sprawiało mu wielką przyjemność,
obojętnie jakiej książki. Ostatnio najbardziej odpowiadały mu zabawne
powieści. Czytał Hadżi Babę. Konstancja słuchała ze schyloną głową,
szyjąc lub haftując. Długie, lśniące, kasztanowate włosy bujnym węzłem
swobodnie leżały na jej karku. Clifford nie podejrzewał, jakie myśli
snują się w jej pozornie niewinnej dziewczęcej głowie. Pogrążony w lekturze czuł się szczęśliwy, że ma ją przy sobie, stale czymś zajętą i nienarzekającą na los.
Śmiał się serdecznie z Hadżi Baby, gdy tego walecznego bohatera
przejmował odrazą widok obnażonych twarzy angielskich kobiet. Och, gdyby
te kobiety zakryły twarze, jaki ogień namiętności rozpaliłby serce
Hadżiego! Ale nieprzystojna nagość ich oblicza gasiła w nim ogień
pożądania.
Clifforda niesłychanie to bawiło. Konstancja uniosła głowę i spojrzała
na niego dużymi, niebieskimi oczami, pełnymi smutku i zadumy.
- Czy nie uważasz, że naprawdę szkoda, iż u ludzi nie widzimy nigdy nic
innego, tylko ich twarze? - zapytała. - Czy nie sądzisz, że twarz jest
chyba najmniej udaną częścią ciała większości ludzi?
- Chcesz przez to powiedzieć, że lepiej byłoby, gdyby zakryli twarze i chodzili nago? - Zaśmiał się. - Wspaniały pomysł! Przypomina mi Renoira.
Mówił, że zawsze stara się pozbawić twarze znaczenia i uczynić je po
prostu jednym z mało istotnych fragmentów postaci.
- Tak - odparła. - Dlaczego zawsze mamy widzieć tylko czyjąś twarz, a nie całą postać? Jestem pewna, że to błąd.
- Być może. Wydaje mi się jednak, że właśnie w twarzy odzwierciedla się
osobowość każdego z nas.
- Ale jest może w nas jeszcze coś poza osobowością? Coś, co się nigdy
nie uzewnętrznia.
Zastanowił się nad tym: jeszcze coś poza osobowością? Poczuł ogarniający
go niepokój. Spojrzał uważnie na żonę. Ale ona nadal szyła z niezmąconym
spokojem.
- Co może w nas być poza osobowością? - zapytał. Podniosła głowę i spojrzała na niego z zadumą w niewinnych błękitnych oczach.
- Czy ciało nie może mieć własnego życia, może nawet autentyczniejszego
niż osobowość?
- Ciało... to znaczy żołądek, serce, płuca? - zapytał. Ale ona myślała o czymś innym.
- Dlaczego tors często bywa w rzeźbie taki piękny, bez głowy? Żyje
własnym życiem.
- Możliwe - zgodził się z nią, urywając dyskusję. Poczuł się na
niebezpiecznym gruncie i wyostrzony zmysł samozachowawczy powstrzymał go
przed dalszą rozmową. Znów zaczął czytać.
Lecz ona miała nowy mglisty temat do rozmyślań: ciało żyjące czystym,
niepokalanym własnym życiem, niezależnie od twarzy, deformowanej tak
wielu różnymi uczuciami, frustracją lub wręcz wulgarnością. Twarze
prawie zawsze są pospolite. Nawet jej własna wyrażała rozgoryczenie, z czego Konstancja zdawała sobie sprawę.
Zakryła ją gęstą woalką, jak mahometanka, zostawiając odsłonięte tylko
oczy. Potem stanęła przed lustrem i patrzyła na swoje leniwe, złociste,
milczące ciało. Też było niewinnie piękne i przemawiało utajoną
tęsknotą. Jej piersi były oczami, a pępek ustami stulonymi w tęsknym
oczekiwaniu. Wszystko to mówiło swoistym milczącym językiem, bez tanich
słów.
Ale wkrótce ten nastrój znów ją opuścił i całkowicie zapomniała o swoim
ciele. Nadeszło Boże Narodzenie, a z nim mnóstwo rozmaitych obowiązków.
Była teraz niezwykle trzeźwa, rozsądna i zapracowana. Nie przyszło jej
nawet na myśl wracać do tamtych obłąkanych rozważań o ciele. Dzięki Bogu
skończyła z tymi bzdurami. Miała tysiąc spraw do załatwienia.
W czasie świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku mieli gości, głównie
przyjaciół i krewnych Clifforda. Wszyscy byli bardzo mili i Clifford był
w dobrej formie. Panował miły, wesoły nastrój, przypominający niemal
czasy przedwojenne. Lady Ewa Rolleston, ciotka Clifforda, spędziła u nich kilka dni. Pozostało w niej coś z dawnej grande dame, gdyż
pochodziła z jednego z najznakomitszych angielskich rodów. Utraciła
jednak dobrą reputację z powodu namiętności do kart i pociągu do
alkoholu.
Była teraz wdową, wysoką, szczupłą damą, pozornie powściągliwą i odrobinę roztargnioną. Jej niebieskie oczy wydawały się trochę
bezmyślne, a kształtny arystokratyczny nos był lekko zaczerwieniony.
Mimo to pozostała grande dame. Pozornie prosta i bezpośrednia, nadal
potrafiła wymuszać szacunek dla swojej osoby. Sączyła swoją brandy z dystyngowaną obojętnością, nie przejmując się szeptanymi po cichu
komentarzami.
Konstancja lubiła ją, ale czuła się w jej towarzystwie onieśmielona.
Lady Ewa, stale ubrana na czarno i oryginalnie naiwna naiwnością w stylu
niemal ujmująco dziewczęcym, wyglądała jak zjawa z innego świata. A jednak za tą jej dziewczęcą prostotą tkwiła zdecydowana i bezwzględna
nieustępliwość. Wewnętrznie nieczuła i nieprzystępna, była jak
Matterhorn - i to przede wszystkim charakteryzowało lady Ewę.
Swoją siostrzenicą Konstancją trochę gardziła. Jej zamglone niebieskie
oczy często z chłodną obojętnością patrzyły na młodą, ładną kobietę.
Konstancja zawsze serdecznie, niemal czule odnosiła się do ciotki, która
nie odwzajemniając tych uczuć, lekceważyła ją. Córka starego
kontradmirała nie pochodziła z klasy panującej. Nie potrafiła władać.
Mogła być bardzo dobrą panią domu. Umiała wymagać, ale nie władać, to
nie leżało w jej naturze. Pod tym względem Clifford był lepszy.
Konstancja wiedziała, że grande dame będąca jej ciotką w istocie żywi
dla niej wzgardę. Ale ta grande dame to był tylko ostatni trik ciotki
Ewy, jej ostatnia atutowa karta.
Choć tylko do pewnych granic. Z chwilą gdy przestawano się litować nad
piękną, trochę skompromitowaną lady, jej "grande damerie", jak to
nazywał Clifford, w ogóle przestawały być jakimkolwiek atutem.
- Jesteś naprawdę cudowna, kochanie - powiedziała lady Ewa, siedząc z Konstancją w jej saloniku.
- Dlaczego? - zapytała Konstancja, lekko zaniepokojona, gdyż spodziewała
się jakiejś zasadzki.
- Ten twój stosunek do Clifforda. Jest naprawdę wspaniały! Musisz mieć
cudowną naturę.
- Dlaczego? - powtórzyła Konstancja.
- Biedny chłopiec, tak strasznie okaleczony. Można powiedzieć, że
została z niego połowa mężczyzny. Oczywiście, ta właściwa dla takich
osób jak ja. Jest taki dowcipny i zajmujący. Ale nie wiem, czy żonie to
może wystarczyć.
- Clifford jest bez zarzutu, zapewniam ciocię - odparła Konstancja. -
Jest nieomal doskonałym mężem.
- Na pewno, zauważyłam to. Ogromnie się stara zachować twoje uczucie.
Dobrze wie, co robi. Gdyby nie ten wypadek na wojnie, byłby na pewno
ideałem męża. Ale tak jak się rzeczy mają, musisz bardzo boleśnie
odczuwać brak pewnej dziedziny życia. Zostałaś jej pozbawiona.
- Wcale nie! - wykrzyknęła Konstancja. - Nie zostałam pozbawiona
niczego, czego mogłabym pragnąć. Proszę mi wierzyć.
Lady Ewa spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- W takim razie bardzo się cieszę - powiedziała. - Byłoby okropne,
gdybyś cierpiała z tego powodu. Nie ma nic gorszego, jak wyrzec się
czegoś w młodości, odżywa to potem w człowieku, kiedy jest już za stary.
Nie ma nic gorszego dla kobiety w średnim wieku niż uczucie, że ją coś
ominęło. Może właśnie coś najważniejszego.
- Ale co jest w życiu najważniejsze? - zapytała Konstancja.
- Tego nie wiem. Ale ma to jakiś związek z mężczyznami. Byłam wierna
swemu mężowi. Nie mówię, że tego żałuję. Ale czasem ogromnie mi
brakowało, że nie zaznałam czegoś innego. To straszliwa rzecz czuć, że
się umrze bez zakosztowania tego, po co w pewnym sensie zostało się
stworzonym.
- Lecz po co zostaliśmy stworzeni? - z przymusem zapytała Konstancja. -
Wydaje mi się, że dla bardzo wielu celów. A może bez żadnego celu w ogóle. To kwestia prywatnego sądu każdego z nas.
- Nie wiem, nie jestem tego pewna - powiedziała lady Ewa. - Kiedy byłam
młoda, chciałam wprowadzać reformy, myślałam o polityce i innych tego
rodzaju sprawach. I zdobyłam to, czego chciałam. Oboje z mężem byliśmy
tak po uszy zagłębieni w polityce, że właściwie wszystko inne ginęło nam
z oczu. Oczywiście pobraliśmy się z miłości... i mamy troje dzieci. Ale
pod koniec, mając około czterdziestu sześciu lat, poczułam, że żyłam
absolutnie nadaremnie. Nigdy nie zaznałam jedynej rzeczy, której
naprawdę pragnęłam. A potem już było za późno. Nie może spotkać kobiety
nic straszliwszego. Myślę, że powinny więcej eksperymentować. Nabijamy
sobie czymś głowy i pozostajemy głuche na wszystko inne. Gdyby kobiety
miały szersze spojrzenie i więcej eksperymentowały w poszukiwaniu tego,
czego naprawdę chcą, na pewno by coś znalazły.
- Ale co? Co można znaleźć? - zapytała zdumiona Konstancja.
- Nie wiem. Ale zawsze czymś zaprzątamy sobie głowę. Ja wmówiłam w siebie, że chcę romantycznej miłości i polityki... jak gdyby z powieści
George'a Mereditha. Osiągnęłam jedno i drugie. I wcale nie było to tym,
czego pragnęłam. Kobiety powinny być bardzo ostrożne, gdy w grę wchodzą
sprawy, o których na pewno wiedzą, że ich pragną najbardziej. Prawie
zawsze się mylą i kiedy wreszcie spełnią się ich pragnienia, spotyka je
gorzkie rozczarownie.
- Ale co ciocia mogłaby mieć takiego, co by ciocię uszczęśliwiło?
- Nie wiem dokładnie. Ale myślę, że gdybym swego czasu ucięła sobie mały
romansik z przystojnym, wesołym policjantem, czułabym się dziś lepiej. W każdym razie teraz mi się wydaje, że właśnie tego chciałam.
Konstancja zaczęła cicho się śmiać.
- Jakie to się wydaje proste - powiedziała.
- Nieprawdaż? - odparła lady Ewa. - Ale jak byłam młoda, równie łatwo
byłoby mi zacząć fruwać. Nigdy nie mogłabym wesołemu, młodemu
policjantowi pozwolić na to... to znaczy dopóki bym go nie przemieniła w coś innego, co nie byłoby już wesołym, młodym policjantem. Po prostu nie
mogłam. A teraz tego żałuję. Czy nie wydaje ci się to absurdem w ustach
starej kobiety?
Lady Ewa nie była stara, brakowało jej jeszcze kilka dobrych lat do
sześćdziesiątki. Ale uważała swoją młodość za skończoną.
- Rzeczywiście wydaje się to trochę dziwne - powiedziała Konstancja.
- Dlatego chciałam cię ostrzec. Próbuj i bierz, czego pragniesz, za
młodu. Starzejąca się kobieta, opętana daremnymi żalami, to gorsze, niż
gdyby opętał ją diabeł.
Konstancja spojrzała badawczo na ciotkę.
- Dziękuję za ostrzeżenie - powiedziała. - Ale ja naprawdę myślę, że mam
wszystko, czego chcę. Czy nie sądzisz, ciociu, że kobiety są
utrapieniem... nawet dla siebie samych? Nie przypuszczam, żeby naprawdę w mniejszym lub większym stopniu miało to związek z symbolicznym
policjantem. Wszystkie czujemy się zawiedzione, zbliżając się do
pięćdziesiątki, niezależnie od tego, co miałyśmy w życiu. Jestem pewna,
że żony policjantów też się tak czują, może nawet bardziej niż my.
- Nie wiem - zastanowiła się lady Ewa. - Nie sądzę. Ale ty jesteś ode
mnie o tyle mądrzejsza.
- Wcale nie jestem mądra - zaprzeczyła Konstancja. - Tylko myślę, że mam
wszystko, czego pragnę... - Ostatnie zdanie zabrzmiało trochę niepewnie i lady Ewa spojrzała na nią z niedowierzaniem, wiedząc, że jej
siostrzenica kłamie. Więc jednak coś ukrywa! Spodziewała się, że musi
tak być.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki