Kochanek dziewicy - Philippa Gregory

-
Proszę czekać

Po­nad dwa­na­ście mie­sięcy wcze­śniej:lato 1557 roku

Raz jesz­cze we śnie zo­ba­czył gołe de­ski pod­łogi w pu­stej kom­na­cie, obu­do­wany pia­skow­cem otwarty ko­mi­nek, wy­rze­zane w ka­mie­niu ich imiona i umiesz­czone wy­soko okno z szyb­kami po­łą­czo­nymi oło­wiem. Przy­cią­ga­jąc do ściany długi stół ja­dalny, wspi­na­jąc się nań i wy­krę­ca­jąc so­bie szyje, pię­ciu mło­dych męż­czyzn zdo­łało wy­pa­trzeć w dole skra­wek zie­leni, któ­rym kro­czył wła­śnie ich oj­ciec zmie­rza­jący ku pod­wyż­sze­niu z de­sek, gdzie już cze­kał na niego kat.

Panu ojcu to­wa­rzy­szył ksiądz nowo przy­wró­co­nego w An­glii Ko­ścioła ka­to­lic­kiego. To jemu wy­znał swoje ziem­skie grze­chy, przed nim się uko­rzył, jego wziął za świadka, wy­rze­ka­jąc się swej wiary i za­sad. Uko­rzył się i bła­gał o li­tość, za­po­mi­na­jąc o zło­żo­nych przy­się­gach. Li­czył na zmi­ło­wa­nie. Cały czas ner­wowo się roz­glą­dał, prze­pa­tru­jąc twa­rze zgro­ma­dzo­nych lu­dzi i szu­ka­jąc wzro­kiem tego, kto w ostat­niej chwili zjawi się, by da­ro­wać mu winy.

Miał wszel­kie pod­stawy ży­wić na­dzieję. W ży­łach mo­nar­chini pły­nęła krew Tu­do­rów, a Tu­do­ro­wie wielką wagę przy­kła­dali do po­zo­rów. Poza tym kró­lowa była głę­boko wie­rząca i co za tym idzie, nie mo­gła po­zo­stać nie­wzru­szona w ob­li­czu tak jaw­nie oka­za­nej skru­chy. Wresz­cie co naj­waż­niej­sze, Ma­ria była ko­bietą. Istotą o mięk­kim sercu i nie­wiel­kim ro­zu­mie. Z pew­no­ścią nie star­czy jej od­wagi - my­ślał ska­za­niec - aby pod­trzy­mać de­cy­zję o stra­ce­niu ko­goś tak znacz­nego jak ja. To po pro­stu nie­moż­liwe...

- Wstań, oj­cze - szep­nął Ro­bert. - Akt ła­ski zo­sta­nie od­czy­tany lada mo­ment, nie po­ni­żaj się w ta­kiej chwili, jaw­nie go wy­pa­tru­jąc...

Drzwi za jego ple­cami otwarły się na­gle i do po­miesz­cze­nia wszedł straż­nik. Ro­ze­śmiał się chra­pli­wie, wi­dząc pię­ciu mło­dych męż­czyzn sto­ją­cych na czub­kach pal­ców i wy­glą­da­ją­cych przez okno z przy­sło­nię­tymi dłońmi oczyma w ochro­nie przed ra­żą­cym let­nim słoń­cem.

- Tylko nie skacz­cie - za­re­cho­tał. - Nie po­zba­wiaj­cie za­ję­cia kata, moi piękni. Za­raz przyj­dzie wa­sza ko­lej, ca­łej piątki, i tej mło­dej la­dacz­nicy...

- Nie za­po­mnę tego, co po­wie­dzia­łeś - oznaj­mił drżą­cym gło­sem Ro­bert - i zro­bię z twych słów uży­tek po tym, jak zo­sta­niemy uła­ska­wieni i wy­pusz­czeni na wol­ność.

Nie za­szczy­ca­jąc straż­nika ani jed­nym spoj­rze­niem wię­cej, od­wró­cił się znów do okna. Su­mienny pod­dany kró­lo­wej spraw­dził kraty w oknie, upew­nił się, że więź­nio­wie nie mają ni­czego, co mo­głoby stłuc szyby, po czym wciąż pod­śmie­wa­jąc się na głos, opu­ścił kom­natę i za­mknął sta­ran­nie drzwi.

Po­ni­żej, na pod­wyż­sze­niu z de­sek, ksiądz zbli­żył się do ska­zańca i od­czy­tał mu frag­ment z Bi­blii na­pi­sa­nej po ła­ci­nie. Ro­bert nie mógł nie za­uwa­żyć, że strojne szaty du­chow­nego roz­wiewa co­raz sil­niej­szy wiatr, a poły na­rzu­co­nej na su­tannę pe­le­ryny wy­dy­mają się ni­czym ża­gle nad­cią­ga­ją­cej wro­giej ar­mady. Ksiądz od­stą­pił od ojca mło­dzia­nów rów­nie na­gle, jak się doń przy­bli­żył, pier­wej wy­cią­gnąw­szy rękę z kru­cy­fik­sem, który ska­zany męż­czy­zna na­boż­nie uca­ło­wał.

Ro­berta z na­gła ogar­nął chłód i roz­prze­strze­niał się na całe ciało od czoła i dłoni, któ­rymi w trzech miej­scach opie­rał się o okno - jak gdyby cie­pło opusz­czało go wy­sy­sane przez scenę roz­gry­wa­jącą się w dole. Jego oj­ciec wła­śnie klę­kał przed wiel­kim drew­nia­nym klo­cem. Kat po­stą­pił krok do przodu i za­wią­zał ofie­rze opa­skę na oczach, rów­no­cze­śnie coś mó­wiąc. Męż­czy­zna od­wró­cił głowę i po­ru­szył ustami w od­po­wie­dzi. Wy­da­wało się, że ten ruch go zdez­o­rien­to­wał, bo nie­ocze­ki­wa­nie ode­rwał ręce od kloca i za­czął ma­cać na oślep, nie ma­jąc się czego uchwy­cić. Kat, pod­no­szący w tej sa­mej chwili to­pór, za­stał więc ska­zańca bli­skiego upad­kowi, prze­su­wa­ją­cego się na ko­la­nach ni­czym jał­muż­nik.

Mistrz ma­ło­do­bry krzyk­nął ostrze­gaw­czo, chcąc osa­dzić swoją ofiarę na miej­scu, ta jed­nak jęła szar­pać za opa­skę na oczach. Oj­ciec Ro­berta i jego czte­rech braci za­wo­łał, że po omacku nie umie od­na­leźć kloca, że nie jest jesz­cze go­tów, że kat i jego to­pór mu­szą dać mu wię­cej czasu...

- Oj­cze, prze­stań się krę­cić jak opę­tany! - wy­krzyk­nął Ro­bert, ude­rza­jąc czo­łem o szybę. - Na mi­łość bo­ską, nie kręć się tak!

- Nie, jesz­cze nie!... - wo­łała tym­cza­sem po­stać na spłach­ciu zie­leni po­ni­żej, ma­jąc za ple­cami ro­słą syl­wetkę kata.

- Nie mam się o co oprzeć! Nie je­stem go­tów, nie je­stem na to przy­go­to­wany! To za wcze­śnie!...

John Du­dley peł­zał w roz­ło­żo­nej wkoło kloca sło­mie, jedną ręką pró­bu­jąc po­lu­zo­wać mocno za­ci­śniętą na twa­rzy opa­skę, drugą zaś - wy­pro­sto­waną, acz drżącą - usi­łu­jąc wy­ma­cać drew­niany klo­cek.

- Nie do­ty­kaj mnie! Do­stanę uła­ska­wie­nie! Nie je­stem got... - Głos urwał się w pół słowa, kiedy kat wziąw­szy za­mach, z im­pe­tem opu­ścił to­pór na od­sło­niętą szyję. Gej­zer krwi try­snął w górę, ska­za­niec od­chy­lił się na bok i za­chwiał.

- Oj­cze! - wrza­snął Ro­bert. - Mój oj­cze!...

Krew wy­le­wała się z ciała sze­ro­kim stru­mie­niem, John Du­dley jed­nak wciąż żył. Prze­su­wał się na czwo­ra­kach ni­czym za­rzy­nana świ­nia, usi­łu­jąc po­wstać, mimo że nogi od­ma­wiały mu już po­słu­szeń­stwa, pró­bu­jąc na­ma­cać so­lidny kształt drew­nia­nego kloca, mimo że dło­nie już mu za­czy­nały drę­twieć... Kat, klnąc wła­sną nie­zdar­ność, uniósł to­pór raz jesz­cze.

- Oj­cze! - za­wył Ro­bert w tej sa­mej chwili, w któ­rej to­pór ru­nął w dół.

- O-o-oj­cze...! - jęk­nął prze­cią­gle.

- Ro­ber­cie? Mój pa­nie? - Czy­jaś ręka de­li­kat­nie nim po­trzą­snęła.

Ro­bert Du­dley otwo­rzył jedno oko i uj­rzał przed sobą Amy. Dłu­gie lśniące brą­zowe włosy miała sple­cione w war­ko­cze, jak za­wsze do snu, piwne oczy sze­roko otwarte, jak za­wsze gdy się bała. Wy­glą­dała nad­zwy­czaj pięk­nie i re­al­nie roz­świe­tlona bla­skiem świecy w mrocz­nej poza tym sy­pial­nej izbie.

- Do­bry Boże! Co za kosz­mar! - po­skar­żył się jej. - Śniło mi się... - urwał. - Boże, chroń mnie przed ta­kimi snami.

- Czy to był ten sam sen co za­wsze? - spy­tała go Amy. - Ten o śmierci twego ojca?

Z tru­dem zno­sił choćby naj­lżej­szą wzmiankę o eg­ze­ku­cji, dla­tego wark­nął:

- Po pro­stu zły sen! - Roz­bu­dził się już, te­raz pró­bo­wał od­zy­skać nad sobą pa­no­wa­nie.

- Ale ten sam co za­wsze? - do­cie­kała Amy.

Ro­bert wzru­szył ra­mio­nami.

- Chyba nic w tym dziw­nego, prawda? Mo­gła­byś przy­nieść mi piwa?

Bę­dąc po­słuszną żoną, Amy od­rzu­ciła przy­kry­cie i wstała z łóżka, cia­śniej owi­ja­jąc się gie­złem. Nie po­zwo­liła jed­nak, by Ro­bert zmie­nił te­mat roz­mowy.

- To znak - po­wie­działa głu­cho, na­le­wa­jąc piwa do ku­fla, i rze­czowo spy­tała: - Mam je pod­grzać?

- Może być zimne - od­parł.

Po­dała mu więc na­czy­nie, a on wy­pił zło­ci­sty płyn do dna. Pot, który zro­dził się na jego ple­cach za sprawą snu, ochłódł na­gle, wzbu­dza­jąc dresz­cze na ca­łym ciele i wstyd w głębi du­szy.

- To ostrze­że­nie - do­dała Amy po chwili mil­cze­nia.

Chciał zbyć obawy żony lek­ce­wa­żą­cym uśmie­chem, lecz nie po­tra­fił się na niego zdo­być. Prze­ra­ża­jąca śmierć ro­dzi­ciela, smu­tek i nie­po­wo­dze­nia ści­ga­jące go od tam­tego czar­nego dnia - to wszystko go prze­ro­sło.

- Prze­stań - rzu­cił pro­sząco.

- Nie po­wi­nie­neś ju­tro ni­g­dzie je­chać.

Zaj­rzał do pu­stego ku­fla, nie chcąc, by uj­rzała strach w jego oczach.

- Zły sen to ostrze­że­nie - mó­wiła da­lej Amy. - Je­stem pewna, że na wy­pra­wie z kró­lem Fi­li­pem grozi ci nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Oma­wia­li­śmy to już ty­siące razy - od­pa­ro­wał. - Do­sko­nale wiesz, że nie mam wyj­ścia. Mu­szę po­je­chać.

- Nie! Nie te­raz! Nie te­raz, kiedy znów przy­śniła ci się śmierć twego ojca... Cóż in­nego może to zna­czyć, jak nie to, że­byś się opa­mię­tał?! John Du­dley zmarł jak zdrajca tuż po tym, jak za­pra­gnął osa­dzić na tro­nie An­glii swego syna. A te­raz cie­bie także zżera duma...

Tym ra­zem Ro­bert zdo­łał się uśmiech­nąć.

- Nie­wiele mi jej po­zo­stało. Mogę ze sobą za­brać tylko swego ko­nia i brata. Mi­zerne to za­gro­że­nie, da­leko mu do siły naj­mniej­szego choćby ba­ta­lionu.

- Wła­sny oj­ciec ostrzega cię zza grobu, Ro­ber­cie! - wbiła w niego oskar­ży­ciel­ski wzrok.

Ro­bert po­trzą­snął ze znu­że­niem głową.

- Amy, nie wy­wo­łuj du­cha mo­jego ojca, to zbyt bo­le­sne. Nie pró­buj też go cy­to­wać. Nie zna­łaś go tak do­brze jak ja. On ni­gdy by mnie nie po­wstrzy­my­wał. Jego ży­cze­niem by­łoby przy­wró­cić na­szemu na­zwi­sku chwałę. Za­wsze za­le­żało mu na tym, by­śmy ro­śli w siłę. Bądź do­brą żoną, skar­bie. Nie znie­chę­caj mnie do czynu, bo oj­ciec na pewno by tego nie ro­bił.

- Nie, Ro­ber­cie - za­pe­rzyła się Amy - to ty bądź do­brym mę­żem. Nie zo­sta­wiaj mnie sa­mej. Gdzie mam się po­dziać, kiedy ty po­że­glu­jesz do Ni­der­lan­dów? Co ze mną bę­dzie?...

- Udasz się do Chi­che­steru - oświad­czył Ro­bert - i za­miesz­kasz z Phi­lip­sami. Zgod­nie z na­szymi usta­le­niami. A je­śli kam­pa­nia się prze­cią­gnie i nie wrócę do domu tak szybko, jak bym chciał, prze­nie­siesz się do domu ro­dzin­nego w Stan­fiel­dzie, do swej ma­co­chy.

Amy tup­nęła nogą.

- Ale ja chcę po­je­chać do swo­jego domu w Sy­der­stone! Chcę, że­by­śmy na­resz­cie za­częli żyć jak mąż i żona.

Choć mi­nęły już dwa lata, od­kąd okrył się nie­sławą, Ro­bert wciąż zgrzy­tał zę­bami na samo wspo­mnie­nie utraty ma­jątku. Z ża­lem mu­siał przy­po­mnieć o tym Amy:

- Skar­bie, wiesz do­sko­nale, że nasz ma­ją­tek zo­stał skon­fi­sko­wany. Nie mamy pie­nię­dzy, Sy­der­stone prze­pa­dło. Nie mo­żemy tam wró­cić tylko dla­tego, że ty tego pra­gniesz!

- Mo­gli­by­śmy po­pro­sić moją ma­co­chę, żeby wzięła Sy­der­stone w dzier­żawę. Upra­wia­li­by­śmy wła­sną zie­mię. Nie mu­szę ci chyba udo­wad­niać, że je­stem pra­co­wita. Wspól­nymi si­łami, ciężko pra­cu­jąc, od­zy­ska­li­by­śmy ma­ją­tek i po­zy­cję. Po co ła­ska ja­kie­goś ob­cego króla? Po co ci nad­sta­wiać karku za obce sprawy?

- Wiem, że je­steś pra­co­wita, Amy - przy­znał Ro­bert. - Wiem, że wsta­wa­ła­byś skoro świt i była w polu przed wscho­dem słońca. Tyle że ja nie chcę, żeby moja żona pra­co­wała w polu jak pierw­sza lep­sza chłopka! Nie po to się uro­dzi­łem! Obie­ca­łem twemu ojcu, że bę­dziesz żyła w do­statku. Po co nam tu­zin akrów i krowa, skoro mo­żemy mieć pół An­glii?

- Wszy­scy po­my­ślą, że mnie zo­sta­wi­łeś, bo ci się znu­dzi­łam. - Amy spró­bo­wała in­nej tak­tyki. - Le­d­wie wró­ci­łeś do domu, znów wy­jeż­dżasz, i to jak da­leko! - rze­kła z wy­rzu­tem.

- By­łem w domu dwa lata! - za­krzyk­nął z roz­pa­czą w gło­sie Ro­bert. - Dwa lata! - Opa­no­wał się i już spo­koj­niej cią­gnął: - Amy, zro­zum, to nie jest ży­cie dla mnie. Ostat­nie mie­siące dłu­żyły mi się w nie­skoń­czo­ność. Od­kąd na na­zwi­sko Du­dleyów spa­dła nie­sława, nie mogę ni­czego po­sia­dać. Nie mam prawa nic ku­po­wać ani sprze­da­wać. Wszystko co nie­gdyś na­le­żało do mo­jej ro­dziny, obec­nie jest w po­sia­da­niu Ko­rony. Tak, wiem... - wes­tchnął, wi­dząc, że Amy chce coś po­wie­dzieć. - Wszystko co ty wnio­słaś w po­sagu, rów­nież prze­pa­dło: spa­dek po ojcu, for­tuna matki. Stra­ci­li­śmy nie tylko mój, ale i twój ma­ją­tek. Wła­śnie dla­tego nie wolno mi sie­dzieć bez­czyn­nie. Mu­szę dzia­łać, mu­szę od­zy­skać wszystko do ostat­niego pensa. Dla cie­bie, dla nas...

- Ale nie za wszelką cenę! - za­pro­te­sto­wała Amy.

- Za­wsze po­wta­rzasz, że ro­bisz to dla nas, lecz wiedz, że mnie wcale na tym nie za­leży. Nie ob­cho­dzi mnie, że nic nie mamy, że mu­simy żyć na gar­nuszku u mo­jej ma­co­chy... - za­czerp­nęła tchu. - Nic mnie nie ob­cho­dzi, by­le­by­śmy tylko mo­gli być ra­zem. By­le­byś był w domu u mego boku...

- Amy, na li­tość bo­ską! Nie wy­obra­żam so­bie, żeby wy­ko­rzy­sty­wać wiel­ko­dusz­ność two­jej ma­co­chy! To jak­bym co dzień wkła­dał na stopy buty, które są na mnie za małe. Kiedy mnie po­ślu­bia­łaś, by­łem sy­nem naj­po­tęż­niej­szego czło­wieka w kraju. Jego za­mie­rze­niem... na­szym za­mie­rze­niem było, aby nasz brat oże­nił się z Jane Grey, którą chcie­li­śmy osa­dzić na tro­nie, by osią­gnąć w ten spo­sób wszystko, co czło­wiek może osią­gnąć na tym pa­dole. Tak się jed­nak nie stało. Nie na­leżę do ro­dziny kró­lew­skiej, choć go­tów by­łem po­ło­żyć na szali swoje ży­cie. No bo dla­czego nie? Nasz ród ma ta­kie samo prawo do ko­rony jak ród Tu­do­rów. Tyle że oni nas uprze­dzili, ro­biąc do­kład­nie to, co my chcie­li­śmy zro­bić, trzy po­ko­le­nia wcze­śniej. Nie patrz tak na mnie - rzu­cił groź­nie. - Du­dley­owie mo­gli być na­stępną dy­na­stią w An­glii. Mimo że od­nie­śli­śmy po­rażkę, mimo że nas po­ko­nano...

- I upo­ko­rzono - wpa­dła mu w słowo Amy.

- I upo­ko­rzono jak ni­gdy przed­tem w hi­sto­rii - zgo­dził się Ro­bert - po­zo­sta­łem Du­dleyem do szpiku ko­ści. Zro­dzi­łem się do wiel­kich czy­nów, wiel­kich za­szczy­tów i je­dyne co mu­szę zro­bić, to wy­cią­gnąć po nie rękę. A to ozna­cza także walkę, za ro­dzinę i za kraj. Choć może nie zda­jesz so­bie z tego sprawy, nie chcesz, że­bym był mę­żem jak dzie­siątki in­nych, go­spo­da­ru­ją­cym na pa­ru­na­stu czy na­wet stu nędz­nych akrach ziemi. Nie chcesz, bym sie­dział w domu, grze­jąc ko­ści przy pa­le­ni­sku...

- Ależ wła­śnie tego chcę, Ro­ber­cie! - za­prze­czyła ży­wio­łowo Amy. - Jest coś, czego nie do­strze­gasz, mój mężu. Go­spo­da­ro­wać na stu akrach ziemi upraw­nej, zna­czy czy­nić An­glię po­tęż­niej­szą, i to o wiele udat­niej, niż wal­cząc i in­try­gu­jąc na dwo­rze kró­lew­skim, bo to ostat­nie przy du­żej do­zie szczę­ścia może wyjść na do­bre tylko to­bie i ni­komu in­nemu.

Ro­bert ro­ze­śmiał się.

- To twoja opi­nia, Amy. Nie za­po­mi­naj, że ja my­ślę ina­czej, że je­stem inny. Ani prze­grana, ani na­wet strach przed utratą ży­cia nie zmieni mnie w go­spo­da­rza, który nie wi­dzi da­lej niż ko­niec jego pola. Wy­wo­dzę się z wiel­kiego rodu, przez całe ży­cie by­łem przy­go­to­wy­wany do ob­ję­cia zna­czą­cego urzędu. Może na­wet naj­znacz­niej­szego ze wszyst­kich. Do­ra­sta­łem u boku kró­lew­skich dzieci, bę­dąc im równy. I ja, j a! mam za­ko­pać się w ja­kiejś dziu­rze w Nor­folku i od­dać go­spo­darce? Da­ruj so­bie!... Mu­szę jak naj­szyb­ciej zmyć hańbę ze swego na­zwi­ska, dać się po­znać kró­lowi Fi­li­powi, od­zy­skać wszystko od kró­lo­wej Ma­rii. Mu­szę coś osią­gnąć!

- A je­śli osią­gniesz tylko tyle, że zgi­niesz w walce, co wtedy?

Ro­bert Du­dley za­mru­gał.

- Amy, za­milcz! Wy­ru­szę ju­tro, tak jak za­mie­rza­łem, i nic mnie nie po­wstrzyma. Na­wet twój nie­wy­pa­rzony ję­zyk! Na­prawdę tak źle mi ży­czysz w tę ostat­nią wspólną noc przed wy­prawą? To zły znak!

- Złym zna­kiem był twój sen! - za­krzyk­nęła z pa­sją Amy. Opa­dła ko­la­nami na łóżko, wy­jęła z rąk Ro­berta pu­sty ku­fel, od­sta­wiła na­czy­nie na pod­łogę, po czym po­chwy­ciła obie dło­nie męża w swoje i mó­wiła da­lej, jakby stro­fo­wała nie­sforne dziecko: - Pa­nie mój i mężu, ten sen był złym zna­kiem - po­wtó­rzyła z mocą. - Moje słowa są zna­kiem. Za­kli­nam cię, nie jedź!

- Mu­szę - od­parł Ro­bert, oswo­ba­dza­jąc się z uści­sku. - Wolę być mar­twy i sza­no­wany, niż żyć da­lej jak zdrajca wsty­dzący się wła­snego na­zwi­ska w An­glii pod pa­no­wa­niem kró­lo­wej Ma­rii.

- A co? - syk­nęła Amy, przy­mie­rza­jąc się do rzu­ce­nia mu w twarz wy­zwa­nia. - Może wo­lał­byś żyć w An­glii pod pa­no­wa­niem tej swo­jej Elż­biety?

Po­mimo jaw­nej zdrady stanu kry­ją­cej się za jego sło­wami Ro­bert od­parł:

- Ow­szem, tego wła­śnie bym chciał. Ca­łym ser­cem.

Wzbu­rzona Amy gwał­tow­nie zdmuch­nęła świecę, opa­dła na wznak i okryła się na­rzutą. Parę chwil póź­niej ob­ró­ciła się na bok, ple­cami do męża. Przez długi czas oboje le­żeli w ciem­no­ściach, wpa­tru­jąc się w nie­prze­nik­niony mrok ich sy­pialni i przy­szło­ści i nie mó­wiąc ani słowa.

- To się ni­gdy nie sta­nie - wy­rzu­ciła z sie­bie na­gle Amy. - Ona ni­gdy nie za­sią­dzie na tro­nie An­glii! Kró­lowa może już ju­tro no­sić w ło­nie dzie­dzica tronu, syna Fi­lipa Hisz­pań­skiego, chłopca, który bę­dzie kró­lem An­glii i Hisz­pa­nii! A ona po­zo­sta­nie do końca swo­ich dni księż­niczką, któ­rej los ni­kogo nie ob­cho­dzi, którą wyda się za pierw­szego lep­szego za­mor­skiego księ­cia, byle prę­dzej móc o niej za­po­mnieć.

- Bę­dzie tak, jak mó­wisz - ode­zwał się ci­chym gło­sem Ro­bert - albo cał­kiem ina­czej. Ma­ria może umrzeć bez­po­tom­nie, a na tron po niej wstąpi moja księż­niczka, która z pew­no­ścią bę­dzie pa­mię­tać, kto po­zo­stał jej wierny w chwili próby.

Na­za­jutrz rano nie od­zy­wała się do niego. W mil­cze­niu zje­dli śnia­da­nie, zszedł­szy do ogól­nej sali go­ścińca, po czym Ro­bert zo­stał na dole, ona zaś udała się z po­wro­tem na górę, aby spa­ko­wać ich rze­czy. Kiedy upy­chała do po­dróż­nej sa­kwy ostat­nie dro­bia­zgi, za­wo­łał do niej, sto­jąc u pod­stawy scho­dów, że spo­tkają się na przy­stani. Po­tem po­śpiesz­nie wy­szedł w gwar i za­duch ulicy.

Mia­steczko Do­ver po­grą­żone było w cha­osie z po­wodu przy­go­to­wań do wy­prawy króla Fi­lipa na kon­ty­nent. Wszel­kiej ma­ści rze­mieśl­nicy i kupcy han­dlu­jący czym po­pad­nie wy­krzy­ki­wali na­zwy i ceny ofe­ro­wa­nych dóbr, przy­czy­nia­jąc się do jesz­cze więk­szego zgiełku. Za­kli­naczki pod­ty­kały mi­ja­ją­cym je żoł­nie­rzom swoje amu­lety i de­kokty, ma­jąc na­dzieję na ła­twy zysk. Stra­ga­nia­rze za­chwa­lali bły­skotki, za­pew­nia­jąc, że w sam raz na­dają się na po­że­gnalny po­da­ru­nek, bal­wie­rze pra­co­wali w po­cie czoła pod mu­rami do­mów, uwal­nia­jąc uda­ją­cych się na wo­jaczkę od nad­miaru wło­sów, w któ­rych za­lę­głyby się wszy, i zę­bów, które nie miały szans po­wró­cić wraz z wła­ści­cie­lem na zie­mię oj­czy­stą. Po­śród ciżby zna­la­zło się na­wet paru księży prze­myśl­nych na tyle, by wprost na ulicy usta­wić prze­no­śne kon­fe­sjo­nały i spo­wia­dać drżą­cych o los wła­snej du­szy wier­nych pod­da­nych jej wy­so­ko­ści Ma­rii i kró­lew­skiego mał­żonka Fi­lipa, oba­wia­ją­cych się wy­ru­szyć na wojnę bez od­pusz­cze­nia win. Naj­bar­dziej jed­nak wy­róż­niały się wsze­tecz­nice za­cho­wu­jące się wy­zy­wa­jąco, śmie­jące się chra­pli­wie i obie­cu­jące męż­czy­znom wszel­kiego ro­dzaju ucie­chy cie­le­sne, póki jesz­cze wciąż są żywi.

Na na­brzeżu tło­czyły się także za­cne nie­wia­sty że­gna­jące swo­ich mę­żów i uko­cha­nych, spy­chane na bok przez kwa­ter­mi­strzów do­pil­no­wu­ją­cych, żeby na stat­kach zna­la­zły się wozy i ar­maty. Obok ze swymi końmi wal­czyli sta­jenni, usi­łu­jący prze­ko­nać prze­stra­szone zwie­rzęta, które ner­wowo tań­czyły na tra­pach i rżały prze­raź­li­wie, że wejść na łu­pinkę ko­ły­szącą się na fa­lach to naj­zwy­klej­sza rzecz pod słoń­cem dla woj­sko­wego ru­maka. Ko­nie były wi­dać od­mien­nego zda­nia, gdyż każ­dego mu­siało prze­ko­ny­wać co naj­mniej dwóch do­rod­nych ko­niu­szych - je­den opie­rał się całą swoją mocą o zad zwie­rzę­cia i pchał ile wle­zie, drugi na­to­miast cią­gnął za uzdę, po­sa­pu­jąc z wy­siłku.

Le­d­wie Ro­bert zna­lazł się na ze­wnątrz, zła­pał go za ra­mię jego młod­szy brat.

- Hen­ryku! Na­resz­cie! - za­krzyk­nął Ro­bert, za­my­ka­jąc w niedź­wie­dzim uści­sku dzie­więt­na­sto­let­niego mło­dziana. - Już stra­ci­łem na­dzieję, że od­naj­dziemy się przed wy­prawą. Spo­dzie­wa­łem się cie­bie ze­szłego wie­czora...

- Nie z wła­snej winy się spóź­ni­łem, bra­cie. Am­broży nie po­zwo­lił mi opu­ścić domu, za­nim mój koń nie zo­stał na nowo pod­kuty. Wiesz, jaki on jest. Jak so­bie coś po­sta­nowi, nie ma na niego moc­nego. Na­gle ode­zwały się w nim bra­ter­skie, by nie rzec: oj­cow­skie uczu­cia. Wy­obraź so­bie, że mu­sia­łem mu skła­dać obiet­nice, iż będę na sie­bie uwa­żał, a i to­bie nie dam zgi­nąć na polu walki!

Ro­bert ro­ze­śmiał się ru­basz­nie.

- Cóż, mam na­dzieję, że po­dej­dziesz po­waż­nie do swego za­da­nia...

- Przy­by­łem z sa­mego rana i cały czas cię szu­ka­łem - rzekł Hen­ryk, po­stę­pu­jąc krok do tyłu i przy­glą­da­jąc się uważ­nie bratu.

Ro­bert był odeń za­le­d­wie o cztery lata star­szy, jed­nakże wy­da­wał się doj­rza­łym męż­czy­zną ze swą nie­zwy­kle przy­stojną twa­rzą i mu­sku­lar­nym cia­łem. Je­śli kie­dy­kol­wiek ota­czała go aura ze­psu­tego dzie­dzica for­tuny i dziecka szczę­ścia, ule­ciała wraz z cier­pie­niami, które stały się jego udzia­łem. W ostat­nich la­tach zmęż­niał, utra­cił nie­wie­ściość dwo­raka, coś w jego oczach i po­sta­wie ka­zało wszyst­kim się z nim li­czyć. Kiedy wszakże uśmie­chał się do Hen­ryka, jego srogi wi­ze­ru­nek zni­kał.

- Jakże się cie­szę, bra­ciszku, że w końcu się po­ja­wi­łeś! Po­myśl tylko, co za przy­goda nas czeka!...

- Dwór także już jest na miej­scu - po­in­for­mo­wał go nie mniej pod­eks­cy­to­wany Hen­ryk. - Mi­ło­ściwy pan spraw­dza, czy jego sta­tek zo­stał wy­po­sa­żony jak na­leży, jej wy­so­kość kró­lowa Ma­ria szy­kuje się nas po­że­gnać, jest tu na­wet księż­niczka...

- Elż­bieta? - wpadł mu w słowo Ro­bert. - Na­prawdę jest tu­taj? Mia­łeś oka­zję z nią po­roz­ma­wiać?

- Wszy­scy są na no­wym statku, "Fi­li­pie i Ma­rii" - za­pew­nił brata Hen­ryk. - Jed­na­ko­woż naj­ja­śniej­sza pani nie try­ska hu­mo­rem.

Ro­bert ro­ze­śmiał się.

- Za­tem księż­niczka Elż­bieta jest we­soła jak szczy­gie­łek.

- Za­iste - po­twier­dził Hen­ryk i na­gle się za­fra­so­wał. - Księż­niczkę za­wsze cie­szą tro­ski mi­ło­ści­wej pani. Czy to prawda, że Fi­lip wziął ją so­bie na swoją na­łoż­nicę?... - za­py­tał, ści­sza­jąc głos i roz­glą­da­jąc się ner­wowo na boki.

- Ją? Skądże znowu! - za­prze­czył z wielką pew­no­ścią sie­bie Ro­bert Du­dley, który księż­niczkę Elż­bietę znał od naj­młod­szych lat i wie­dział o niej pra­wie wszystko. - Acz­kol­wiek cho­dzi u niej na pa­sku, w czym nie ma nic dziw­nego. Tylko w ten spo­sób Elż­bieta może so­bie za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo na dwo­rze przy­rod­niej sio­stry. Po­łowa pa­nów rady pod­pi­sa­łaby się z ra­do­ścią pod wy­ro­kiem skró­ce­nia jej o głowę, gdyby nie to, że Fi­lip za nią prze­pada. Ale Elż­bieta na pewno nie jest w nim za­ko­chana. Ob­róci tę sy­tu­ację na swoją ko­rzyść, lecz ni­gdy nie po­zwoli mu się po­siąść. To za­cna i mą­dra nie­wia­sta. Jakże chciał­bym ją zo­ba­czyć, nim wy­ru­szymy za mo­rze...

- Ona pew­nie czuje to samo. Za­wsze jest dla cie­bie miła... - wy­szcze­rzył się Hen­ryk. - Cie­kawe, czy zdo­łasz przy­ćmić mi­ło­ści­wie nam pa­nu­ją­cego króla Fi­lipa.

- Być może, lecz nie wcze­śniej, nim będę miał jej coś do za­ofe­ro­wa­nia - od­parł Ro­bert z po­nu­rym gry­ma­sem na twa­rzy. - To prze­bie­gła sztuka, niech Bóg ją pro­wa­dzi. - Ro­zej­rzał się wo­kół, do­strze­ga­jąc jesz­cze więk­sze niż do­tąd po­ru­sze­nie. - No, bra­cie, go­to­wyś wsiąść na po­kład?

- Cze­kam tylko na cie­bie, bra­cie - od­po­wie­dział z prze­kor­nym bły­skiem w oku Hen­ryk. - Mój koń już zo­stał za­okrę­to­wany, przy­sze­dłem po two­jego, a po­tem już pora na nas...

- Za­tem chodźmy!

Dwaj mło­dzi męż­czyźni prze­szli pod łu­kową bramą, uda­jąc się na tyły go­ścińca, gdzie stała drew­niana staj­nia dla koni po­dróż­nych.

- Kiedy ostat­nio ją wi­dzia­łeś? Mam na my­śli księż­niczkę - uści­ślił Hen­ryk.

- Kiedy oboje by­li­śmy nie­mal u szczytu chwały - od­parł w za­my­śle­niu Ro­bert. - Były święta Bo­żego Na­ro­dze­nia... Mi­ło­ściwy król Edward pod­upa­dał na zdro­wiu i całe dnie spę­dzał w za­ciem­nio­nej kom­na­cie sy­pial­nej, pod­czas gdy nasz oj­ciec spra­wo­wał fak­tyczną wła­dzę w An­glii, choć bra­ko­wało mu ty­tułu króla. Elż­bieta była uko­chaną sio­strą naj­ja­śniej­szego pana, w chwale prak­ty­ku­jącą pro­te­stantką. Oboje try­ska­li­śmy en­tu­zja­zmem i opty­mi­zmem, a Ma­rii nie było ni­g­dzie wi­dać... - wes­tchnął do wła­snych wspo­mnień. - Tak było, bra­cie, pa­mię­tasz?

- Le­dwo, le­dwo - wzru­szył ra­mio­nami Hen­ryk. - By­łem wtedy bar­dzo młody, a poza tym ja­koś nie mam głowy do dwor­skich gie­rek...

- Za­pew­niam cię, Hen­ryku - oznaj­mił nad­spo­dzie­wa­nie po­waż­nym gło­sem Ro­bert - że gdyby nie na­gła od­miana losu, wszyst­kiego byś się na­uczył. Mu­siał­byś się na­uczyć, je­śliby na­sza ro­dzina po­zo­stała u wła­dzy.

- Pa­mię­tam za to - mó­wił Hen­ryk, nie słu­cha­jąc słów brata - że księż­niczkę Elż­bietę uwię­ziono w To­wer za zdradę w tym sa­mym cza­sie, kiedy my­śmy tam prze­by­wali. - Przez jego twarz prze­mknął mroczny cień.

- Ale za­raz ją uwol­niono - przy­po­mniał Ro­bert.

- Jak za­wsze po­szczę­ściło jej się... Cza­sem my­ślę, że za­warła pakt z dia­błem...

Jego ostat­nie słowa za­głu­szyło rże­nie wiel­kiego czar­nego ogiera. Ro­bert pod­szedł doń szyb­kim kro­kiem i po­gła­dził zwie­rzę po chra­pach.

- Już do­brze, mój śliczny - prze­mó­wił ła­god­nym to­nem - już do­brze, Ra­tunku.

- Jak go na­zwa­łeś? - zdzi­wił się Hen­ryk, za­chwy­ca­jąc się wspa­nia­łym ko­niem.

- Ra­tu­nek - od­po­wie­dział Ro­bert. - Bo wiesz, jak nas wy­pusz­czono z To­wer i wró­ci­łem z Amy do domu, to zna­czy do domu jej ma­co­chy, a ona się do­wie­działa, że stra­ci­łem wszystko, co po­sia­da­łem, usły­sza­łem od niej, że nie wolno mi na­wet ku­pić czy choćby po­ży­czyć ko­nia, na któ­rym mógł­bym jeź­dzić...

Hen­ryk gwizd­nął ci­cho.

- My­śla­łem, że w Stan­fiel­dzie żyje się cał­kiem nie­źle.

- Nie zię­ciowi, który wła­śnie wy­szedł z lo­chu. - Ro­bert po­krę­cił głową. - Za­tem nie mia­łem in­nego wy­boru, jak udać się pie­szo na naj­bliż­szy koń­ski jar­mark, gdzie go zwy­czaj­nie wy­gra­łem. Na­zwa­łem go Ra­tu­nek, po­nie­waż ura­to­wał mnie od po­pad­nię­cia w czarną roz­pacz. Był pierw­szym kro­kiem na dłu­giej dro­dze od­zy­ski­wa­nia na­leż­nej mi po­zy­cji - za­koń­czył wy­ja­śnie­nia.

- A ta wy­prawa bę­dzie dru­gim. Dla nas obu - za­uwa­żył przy­tom­nie Hen­ryk.

Ro­bert po­tak­nął.

- Je­śli uda nam się wkraść w ła­ski króla Fi­lipa, bę­dziemy mo­gli wró­cić na dwór. Wszel­kie prze­winy pójdą w nie­pa­mięć, o ile po­mo­żemy mu utrzy­mać Ni­der­landy dla Ko­rony hisz­pań­skiej, a może na­wet za­jąć więk­szy ka­wa­łek Fran­cji.

- Du-dley! Du-dley! - za­krzyk­nął Hen­ryk, na­śla­du­jąc za­pa­mię­tany z dzie­ciń­stwa ro­dzinny okrzyk bo­jowy. Po­tem otwo­rzył drzwi stajni i wy­pro­wa­dził ogiera brata na dzie­dzi­niec.

Idąc ra­mię w ra­mię, po­wie­dli zde­ner­wo­wane zwie­rzę ulicz­kami Do­ver wprost ku przy­stani, gdzie usta­wili się w ko­lejce męż­czyzn i koni cze­ka­ją­cych na za­okrę­to­wa­nie. Fale roz­bi­jały się z plu­skiem o de­ski po­mo­stu, a Ra­tu­nek wy­dy­mał chrapy, pró­bu­jąc uchwy­cić nie­znany mu za­pach mor­skiej wody. Kiedy przy­szła ich ko­lej, czarny ru­mak po­sta­wił pew­nie przed­nią nogę na tra­pie, po czym za­marł bez ru­chu.

Woj­skowy sta­jenny pod­biegł od tyłu z unie­sio­nym bi­czem.

- Nie!! - za­bro­nił do­no­śnym gło­sem Ro­bert, prze­krzy­ku­jąc ogólną wrzawę.

- Aleć, pa­nie... On ni­jak nie wli­zie na sta­tek, jak go nie sma­gnem.

Ro­bert po­krę­cił sta­now­czo głową. Po­tem wy­mi­nął ko­nia i ru­szył przed sie­bie. Ra­tu­nek strzygł uszami i rzu­cał głową na boki, pa­trząc za swoim pa­nem. Prze­stę­po­wał przy tym z nogi na nogę, wsze­lako nie zro­bił ani kroku da­lej. Kiedy Ro­bert znik­nął w przy­bu­dówce na statku, za­gwiz­dał gło­śno. Ra­tu­nek roz­luź­nił się i do­stoj­nie prze­szedł przez trap, ufa­jąc, że jego pan nie wy­sta­wiłby go na nie­bez­pie­czeń­stwo. Zo­stał wy­na­gro­dzony za od­wagę piesz­czo­tami, po czym Ro­bert wła­sno­ręcz­nie przy­wią­zał lejce, ogra­ni­cza­jąc ru­chy zwie­rzę­cia w i tak cia­snym po­miesz­cze­niu.

Na przy­stani po­ja­wiła się Amy nio­sąca jego sa­kwo­jaż. Zbiegł do niej po tra­pie, wo­ła­jąc:

- Je­ste­śmy już pra­wie go­towi do drogi! - Ujął jej małą chłodną dłoń i przy­ło­żył do swo­ich warg. - Wy­bacz mi - po­pro­sił. - Zły sen uczy­nił mnie ner­wo­wym, nie po­wi­nie­nem był tak na cie­bie na­ska­ki­wać. Nie walczmy już wię­cej, roz­stańmy się jak przy­ja­ciele.

W jej oczach wez­brały łzy.

- Och, Ro­ber­cie, pro­szę, nie jedź - szep­nęła.

- Amy - wy­pu­ścił jej rękę - do­sko­nale wiesz, że mu­szę. Ale będę przy­sy­łał ci cały swój żołd, że­byś mo­gła mą­drze za­in­we­sto­wać te pie­nią­dze w imię na­szej wspól­nej przy­szło­ści. Je­śli nie wrócę szybko, sama ro­zej­rzyj się za ja­kimś go­spo­dar­stwem do ku­pie­nia. Im prę­dzej sta­niemy na nogi, tym le­piej. Li­czę na cie­bie, Amy...

Uśmiech­nęła się przez łzy.

- Ro­ber­cie, wiesz prze­cież, że ni­gdy cię nie za­wiodę. Ale...

- Barka kró­lew­ska! - krzyk­nął Hen­ryk i w tej sa­mej chwili każda nie­wia­sta i każdy męż­czy­zna sto­jący na przy­stani wy­ko­nali głę­boki ukłon.

- Po­zwól, Amy...

Ro­bert i Hen­ryk wbie­gli na sta­tek, chcąc le­piej wi­dzieć prze­pły­wa­jącą w po­bliżu barkę. Wład­czyni sie­działa na ru­fie pod bal­da­chi­mem w bar­wach kró­lew­skich, księż­niczka Elż­bieta zaś, w ra­do­snych ko­lo­rach Tu­do­rów bę­dą­cych wszel­kimi od­cie­niami zie­leni i bieli, stała na dzio­bie, wy­glą­da­jąc jak nie­by­wa­łej urody ga­lion, który przy­cią­gał wzrok wszyst­kich i spra­wiał, że serca męż­czyzn za­mie­rały, a oczy ko­biet po­tniały. Nie­odrodna córa Tu­do­rów uśmie­chała się i ma­chała ręką do zgro­ma­dzo­nego na na­brzeżu tłumu.

Wio­śla­rze bar­dzo się sta­rali, żeby barka pły­nęła sta­tecz­nie; kiedy zrów­nała się ze stat­kiem, na któ­rym stali Du­dley­owie, Ro­bert i Hen­ryk mo­gli po­pa­trzeć na nią z góry, jako że była o wiele niż­sza od okrętu wo­jen­nego.

Jakby czu­jąc na so­bie ich spoj­rze­nia, Elż­bieta za­darła głowę i za­wo­łała:

- Du­dley! - Jej głos od­bił się dźwięcz­nym echem od wody, a uśmiech stał się jesz­cze szer­szy, kiedy spo­glą­dała na Ro­berta.

- Wa­sza ksią­żęca wy­so­kość - skło­nił głowę, po czym szybko zwró­cił ją ku kró­lo­wej, która igno­ro­wała jego obec­ność. - Wa­sza kró­lew­ska mość...

Do­piero te­raz Ma­ria unio­sła dłoń w chłod­nym ge­ście po­wi­ta­nia. Na szyi miała kilka sznu­rów pe­reł, w jej uszach po­bły­ski­wały ogromne bry­lanty, a kor­net był przy­stro­jony im­po­nu­ją­cej wiel­ko­ści szma­rag­dami, jed­nakże z przy­mru­żo­nych oczu i za­cię­tych ust wy­zie­rał ból. Kró­lowa wy­glą­dała tak, jakby nie pa­mię­tała, jak to jest uśmie­chać się.

Nie zwa­ża­jąc na po­wagę naj­ja­śniej­szej pani, Elż­bieta pod­bie­gła do burty i wciąż za­dzie­ra­jąc głowę, za­wo­łała:

- Ro­ber­cie, wy­bie­rasz się na wojnę? Masz za­miar zo­stać bo­ha­te­rem?

- Tak! - od­krzyk­nął. - Będę słu­żył mi­ło­ści­wej pani, wal­cząc pod roz­ka­zami jej kró­lew­skiego mał­żonka w za­mor­skich do­mi­niach, ma­jąc na­dzieję, że oboje spoj­rzą na mnie z więk­szą ła­ską.

Ogniki w oczach Elż­biety za­tań­czyły.

- Och, je­stem pewna, że nie ma w kró­le­stwie bar­dziej lo­jal­nego pod­da­nego! - Za­śmia­łaby się gło­śno, gdyby nie su­rowe spoj­rze­nie sio­stry.

- Ani bar­dziej uro­kli­wej pod­da­nej! - zre­wan­żo­wał się jej kom­ple­men­tem Ro­bert. Elż­bieta za­krztu­siła się ze śmie­chu i z naj­więk­szym tru­dem za­pa­no­wała nad sobą. - Czy wa­sza ksią­żęca wy­so­kość cie­szy się do­brym zdro­wiem?... - za­py­tał z tro­ską.

Wie­działa, co ma na my­śli.

Po pierw­sze: czy nic jej nie do­lega. Dla­tego, że gdy się bała, roz­wi­jała się u niej pu­chlina ata­ku­jąca szcze­gól­nie palce u rąk i kostki u nóg, tak że nie­raz by­wała zmu­szona uciec przed wścib­skimi oczyma do wła­snej kom­naty, gdzie czuła się jak wię­zień.

Po dru­gie: czy jest bez­pieczna. Dla­tego, że po­zo­sta­jąc w cie­niu kró­lo­wej, rów­nie bli­sko miała do tronu jak do ka­tow­skiego pieńka, zwłasz­cza kiedy jej je­dyny so­jusz­nik na dwo­rze, król Fi­lip, wy­ru­szał na wy­prawę wo­jenną poza gra­nice An­glii.

Po trze­cie wresz­cie - i naj­waż­niej­sze: czy tak jak on cze­kała na lep­sze czasy, mo­dląc się, by na­de­szły jak naj­prę­dzej.

- Ależ tak! - od­po­wie­działa. - Nie na­rze­kam, jak ni­gdy zresztą. Pewne rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają. A co u cie­bie, Ro­ber­cie?

Wy­szcze­rzył się do niej w szel­mow­skim uśmie­chu.

- Święte słowa, wa­sza ksią­żęca wy­so­kość. Pewne rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają. Po­dob­nie jak ja.

Nie mu­sieli so­bie nic wię­cej mó­wić.

- Niech Bóg cię bło­go­sławi, Ro­ber­cie, i za­chowa w do­brym zdro­wiu!

- Cie­bie rów­nież, księż­niczko! - od­krzyk­nął, w du­chu do­da­jąc: i niech nam obojgu przy­nie­sie to, na co za­słu­gu­jemy.

Psotny błysk w jej oku po­wie­dział mu, że do­sko­nale wie, o czym on my­śli.

Jak za­wsze zresztą.

Al­bo­wiem pewne rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Je­sień 1558 roku

Wszyst­kie dzwony w Nor­folku roz­brzmiały ku czci Elż­biety jed­no­cze­śnie, od­bi­ja­jąc się bo­le­snym echem w gło­wie Amy; naj­pierw roz­krzy­czał się świ­dru­ją­cym so­pra­nem naj­mniej­szy z nich, wkrótce do­łą­czył doń chór dzwo­nów wszel­kiej ma­ści, brzę­czą­cych me­ta­licz­nie i płacz­li­wie za­wo­dzą­cych bez ja­kiej­kol­wiek nuty prze­wod­niej, aż w końcu roz­legł się głu­chy od­głos bi­cia naj­więk­szego dzwonu ob­wiesz­cza­ją­cego, że cały ten zgiełk za­raz roz­pocz­nie się od nowa. Amy przy­kryła głowę po­duszką, usi­łu­jąc od­ciąć się od har­mi­dru, nada­remno jed­nak. Dźwięk na­dal prze­są­czał się do jej uszu, do­no­śny tak, że zdo­łał wy­pło­szyć z gniazd gaw­rony, które wzbiły się w po­wie­trze i ko­ło­wały na nie­bie ni­czym zły omen, a na­wet wy­bu­dził ze snu nie­to­pe­rze za­miesz­ku­jące za­ka­marki dzwon­nicy, po­sy­ła­jąc je w świa­tło dnia, jak gdyby świat sta­nął na gło­wie, jak gdyby dzień miał za­mie­nić się w wieczną noc.

Amy nie miała wąt­pli­wo­ści, co jest przy­czyną rej­wa­chu. "Umarła kró­lowa, niech żyje kró­lowa!" Du­cha Bogu od­dała biedna chora kró­lowa Ma­ria, na tron wstę­po­wała do­tych­cza­sowa księż­niczka Elż­bieta nie ma­jąca ry­wali do ko­rony. Chwalmy Pana, na wieki wie­ków... Każdy pod­dany w An­glii po­wi­nien się ra­do­wać. Nowy władca od­wróci się od pa­pie­skiego Rzymu, znów wbi­ja­jąc lud w dumę. Jak kraj długi i sze­roki roz­le­gną się ko­ścielne dzwony, na ulice zo­staną wy­to­czone beczki z pi­wem, otwo­rzą się bramy lo­chów i kar­ce­rów, ga­wiedź bę­dzie tań­czyć na ryn­kach. An­glicy od­zy­skali swoją pro­te­stancką kró­lową, do­bie­gły końca krwawe dni pa­no­wa­nia ka­to­lic­kiej Ma­rii. Hip, hip, hurra! Wi­wat Elż­bieta!...

Cie­szyli się wszy­scy z wy­jąt­kiem Amy.

Roz­gwar za oknem, który w końcu spra­wił, że mu­siała wy­śli­zgnąć się z ob­jęć snu i sta­wić czoło rze­czy­wi­sto­ści, nie wy­wo­łał w jej du­szy ra­do­ści. Ona jedna nie miała po­wo­dów do świę­to­wa­nia zwy­cię­stwa księż­niczki Elż­biety, od dawna dą­żą­cej do prze­ję­cia berła. W jej uszach dźwięk dzwo­nów bi­ją­cych na chwałę no­wej kró­lo­wej brzmiał jak krzyk wście­kło­ści, szloch roz­pa­czy, wark­nię­cie za­zdro­ści po­rzu­co­nej i opusz­czo­nej ko­biety.

- Niech Bóg ją po­kara! - Amy prze­klęła wstę­pu­jącą na tron kró­lową Elż­bietę, czu­jąc, jak głowa puch­nie jej od ha­łasu. - Niech sczeź­nie w mło­do­ści, w kwie­cie wieku. Niech nie­biosa od­biorą jej urodę, uczy­nią ją łysą i szczer­batą, niech spra­wią, że bę­dzie żyła w sa­mot­no­ści. Jak ja...

Mi­nął dzień, po­tem ty­dzień. Amy nie do­stała żad­nej wia­do­mo­ści od swego nie­obec­nego w domu męża i po praw­dzie żad­nej się nie spo­dzie­wała. Do­my­ślała się, że na wieść o śmierci kró­lo­wej Ma­rii opu­ścił Lon­dyn i po­gnał co koń wy­sko­czy do pa­łacu kró­lew­skiego w Hat­fiel­dzie, żeby być pierw­szym - tak jak to so­bie dawno temu za­pla­no­wał - który uklęk­nie przed księż­niczką i po­wie jej, że zo­stała kró­lową.

Amy po­dej­rze­wała także, iż księż­niczka Elż­bieta od rów­nie dłu­giego czasu ma przy­go­to­waną mowę na tę oka­zję i wy­braną pozę, w ja­kiej przyj­mie wy­cze­ki­waną wia­do­mość, Ro­bert zaś w skry­to­ści du­cha li­czył na so­witą na­grodę za swą wier­ność i od­da­nie. Być może wła­śnie w tej chwili, kiedy Amy o tym my­ślała, oboje - jej mał­żo­nek Ro­bert i księż­niczka Elż­bieta - wspól­nie świę­to­wali wy­wyż­sze­nie, ja­kiego za­znali od losu i sie­bie na­wza­jem.

Idąc ku rzece, aby przy­pro­wa­dzić z łąki krowy, które trzeba było jak każ­dego ranka wy­doić i opo­rzą­dzić (Amy mu­siała zro­bić to sama, gdyż pa­ro­bek za­cho­rzał, a w jej ro­dzin­nej po­sia­dło­ści za­wsze bra­ko­wało rąk do pracy), za­trzy­mała się i za­pa­trzyła na po­łu­dniowy za­chód, w kie­runku Hat­fieldu, do­kąd gnany je­sien­nym wi­chrem Ro­bert po­dą­żył, żeby zło­żyć hołd swo­jej kró­lo­wej. Wi­dok prze­sło­niła jej lekka mgiełka w oczach oraz wir żół­to­brą­zo­wych li­ści ze­rwa­nych z po­bli­skiego wiel­kiego dębu i po­nie­sio­nych wia­trem ku ziemi ni­czym naj­gęst­sza śnie­życa.

Wie­działa oczy­wi­ście, iż po­winna być wdzięczna Opatrz­no­ści, że tron obej­muje kró­lowa, która bę­dzie przy­chyl­nym okiem pa­trzeć na jej mał­żonka. Zda­wała so­bie sprawę, iż po­zy­cja jej ro­dziny i jej wła­sna wzro­śnie wraz z wy­nie­sie­niem Ro­berta do god­no­ści, o ja­kich wcze­śniej na­wet nie mo­gło mu się śnić. Była świa­doma, iż być lady Du­dley to nie byle co, zwłasz­cza że wią­zało się z tym od­zy­ska­nie po­sia­dło­ści, miej­sce na dwo­rze, być może na­wet ty­tuł hra­biny. A jed­nak nie po­tra­fiła z sie­bie wy­krze­sać ra­do­ści. O wiele bar­dziej cie­szy­łoby ją, gdyby okrzyk­nięty zdrajcą Ro­bert spę­dzał dnie i noce u boku swej pra­wo­wi­tej mał­żonki, za­miast bry­lo­wać na dwo­rze nowo ko­ro­no­wa­nej kró­lo­wej jako jej nie­ziem­sko przy­stojny mi­ło­śnik. Amy była za­zdro­sną żoną, mimo że za­zdrość w oczach Boga ja­wiła się grze­chem.

Otrzą­snęła się z po­nu­rych my­śli i ru­szyła da­lej przed sie­bie, ku le­żą­cej w dole łące, na któ­rej przez cały ra­nek pa­sły się krowy, nie­zgrab­nymi ko­py­tami za­mie­nia­jące wil­gotną zie­mię ko­loru se­pii i le­żące w niej białe ka­mie­nie w jed­no­litą burą masę.

- I na co nam przy­szło? - wy­szep­tała, wie­dząc, że usły­szy ją tylko ciemne niebo na­brzmiałe od cięż­kich chmur gro­ma­dzą­cych się nad Nor­fol­kiem. - Mimo że ko­cha­li­śmy się jak nikt inny na świe­cie, mimo że by­li­śmy dla sie­bie wszyst­kim... Jak mógł mnie zo­sta­wić tu­taj samą, że­bym zma­gała się z tru­dami co­dzien­nego ży­cia, po to tylko, by być z n i ą? Jak moje ży­cie mo­gło roz­po­cząć się tak wspa­niale, w bo­gac­twie i sła­wie, by za­koń­czyć się w bie­dzie i sa­mot­no­ści?...

Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nału: The Vir­gin's Lo­ver
Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładkiNA­TA­LIA TWARDY
Ilu­stra­cje na okładce? to­mertu/Shut­ter­stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC, PA­TRYK MŁY­NEK
Re­dak­cjaBIURO USŁUG WY­DAW­NI­CZYCH "DINA"
Ko­rektaIWONA WY­RWISZ
SkładZA­KŁAD USŁU­GOWY "STU­DIO P"
Ori­gi­nally pu­bli­shed in the En­glish lan­gu­age by Har­per­Col­lins Pu­bli­shers Ltd. un­der the ti­tle The Vir­gin's Lo­ver ? Phi­lippa Gre­gory 2004 Phi­lippa Gre­gory as­serts the mo­ral ri­ght to be ack­now­led­ged as the au­thor of this work All ri­ghts re­se­rved
Cy­taty z Pi­sma Świę­tego w prze­kła­dzie Ja­kuba Wujka
For the Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A., MMIX, MMXXII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
ISBN 978-83-271-6451-3
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­znica@pu­bli­cat.pl