Kochane Lato z Radiem - Roman Czejarek

Kup ebooka

31.90 zł
25.84 zł (25,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O wielu piosenkarkach (a zwłaszcza o jednej, również opisanej w tej książce) zwykło się mówić "królowa polskiej piosenki" albo "królowa jest tylko jedna". Przyjmując, że tamte określenia są prawdziwe, o Maryli Rodowicz trzeba by powiedzieć przynajmniej "caryca", a najlepiej poszukać innego słowa, jeszcze bardziej podkreślającego jej zalety. Tylko czy takie słowo w naszym języku istnieje? Maryla to osoba absolutnie wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Niezniszczalna, niezatapialna, ciągle niedościgniona mistrzyni estrady, zwłaszcza takiej jak Lato z Radiem, zabaw sylwestrowych lub wielkich plenerowych gali. Odkryła to wiele lat temu Nina Terentiew, która najpierw jako szefowa TVP2, a później dyrektor programowa Polsatu zatrudniała Marylę przy każdej ważnej okazji i nigdy się nie zawiodła. Ja tylko skromnie idę tym śladem.

Wiele razy namawiano mnie, by nie zapraszać więcej Rodowicz na trasę Lata z Radiem. Robili to różni moi byli szefowie, argumentując, że czas na młodszych, że to już było albo że to tamta epoka. Nikt z nich nie miał racji, choć czasami musiałem rzeczywiście toczyć wielkie boje o Marylę. Dziwi mnie tylko, że tego nie rozumieli, ale może taka jest uroda niektórych szefów z politycznego klucza... Na szczęście nie wszystkich.

Chociaż rzeczywiście jest tak, że lata mijają, a Rodowicz pozostaje perfekcyjna i niedościgniona. Podobnie jak towarzysząca jej ekipa, przy czym mam tu na myśli nie tylko niezwykłych muzyków, od wielu lat w większości tych samych, ale też jedynego w swoim rodzaju menedżera, czyli Bogdana Zepa. Boguś (bo tak wielu ludzi w branży mówi o nim) i Maryla są po prostu dla siebie stworzeni. Proszę jednak nie myśleć, że się ze sobą nie kłócą. Czasami nawet bardzo. Jeden z takich sporów jakiś czas temu spowodował rozstanie, i to z wielkim hukiem. Minęło kilka lat, obie strony poszły po rozum do głowy, a ja myślę, że po prostu policzyły, ile tracą na tym "rozwodzie", i... znów Maryla z Bogdanem pracują razem.

Rodowicz od lat stosuje podczas występów ten sam bardzo prosty i bardzo skuteczny patent. Po dynamicznej przygrywce robionej przez zespół (my to nazywamy fachowo "intrem"), mniej więcej po minucie, wybiega na scenę wraz z trzema urodziwymi tancerkami i chórzystkami, prezentuje się publiczności oraz fotoreporterom, po czym podchodzi do mikrofonu (ma własny, specjalny, o tym za chwilę) i pyta:

- Co mam zaśpiewać?

Niezniszczalna, niezatapialna, niezastąpiona caryca Maryla Rodowicz. Na każdym koncercie w innym stroju i z innymi piosenkami. Zamość 2012.

Oczywiście w takiej chwili publiczność wykrzykuje wszystkie znane tytuły piosenek Maryli: Małgośka, Remedium (czyli "Wsiąść do pociągu"), Sing-Sing, Niech żyje bal itp. Jest tego tyle, że czasami nawet trudno wyłowić uchem, co dokładnie ludzie wołają, bo choć krzyczą bardzo głośno, to każdy chce usłyszeć co innego i każdy woła po swojemu. Rodowicz staje wtedy na skraju wybiegu (też ma własny, ze specjalnym oświetleniem) i spokojnym głosem stara się odpowiadać:

- Małgośka? Proszę bardzo. Sing-Sing? Ale oczywiście, będzie. "Wsiąść do pociągu"? Zaśpiewam, zaśpiewam, dobrze.

Publiczność to słyszy. Każdy jest przekonany, że to właśnie on dostał odpowiedź i że tak wielka gwiazda uwzględniła jego prośbę. Dziennikarze piszą później w lokalnej prasie, że Maryla Rodowicz śpiewała na specjalne życzenie publiczności. Tymczasem prawda bywa często zupełnie inna. Program koncertu jest mniej więcej ustalony. W planie są oczywiście prawie wszystkie przeboje. Bez względu na to, co zawołają ludzie, te piosenki i tak będą. Ale liczy się efekt. A ten jest znakomity.

Inna rzecz, że Rodowicz, jeśli chce i ma nastrój, potrafi zaskoczyć i zespół, i prowadzących, i nawet menedżera. Biedny Bogdan biega wtedy pod sceną, rwąc sobie włosy z głowy, muzycy zaś wyciskają z siebie siódme poty, by sprostać zadaniu i by szefowa się nie zdenerwowała. Mimo bowiem ustalonego planu Maryla potrafi nagle zażądać zagrania zupełnie innego utworu. Biada muzykowi, który się zgubi lub zagra nie taką nutę. Nie mówiąc już o sytuacji, by ktoś nie wiedział, jak dany utwór zagrać, bo to przy dyscyplinie Maryli i Bogdana jest po prostu nie do pomyślenia. W razie pomyłki caryca potrafi się rozzłościć jak mało kto, choć sama "rozmowa" z niesfornym muzykiem odbywa się dopiero po koncercie, już poza sceną. O dyskrecji trudno tu mówić, bo "wymianę zdań" (raczej jednostronną) dobrze słychać w promieniu wielu metrów. Zwykle jest tak, że muzyk, którego czekają "uwagi" szefowej, wie o tym wcześniej. Zespół więc niby gra dalej spokojnie na scenie kolejne przeboje, ale wszyscy co chwila zerkają znacząco w stronę nieszczęśnika, bo każdy wie, co się stanie, gdy tylko koncert się skończy. I biada mu, jeśli z nerwów pomyli się ponownie. Ma to swoje plusy i minusy.

Koncerty Rodowicz na trasie Lata z Radiem należą zdecydowanie do najdłuższych. Zwykle w standardowej umowie z każdym z artystów zapisuje się szablonowo sześćdziesiąt minut grania i śpiewania plus bisy. Przy czym za bis uznajemy dodatkowe dziesięć, piętnaście minut, czyli jeden, góra trzy utwory. Gdy chodzi o Marylę, to po godzinie koncert dopiero na serio się rozkręca. Jeśli pogoda dopisuje, taka gwiazda gra dwie godziny albo i więcej. Bis też potrafi trwać kolejne kilkadziesiąt minut. Ponieważ każdy koncert ułożony jest według schematu - zaczyna najmniej znany artysta, kończy największa gwiazda - Maryla i jej zespół grają oczywiście na finał, czyli na końcu. I tu jest problem. Proszę sobie wyobrazić, że koncert Rodowicz rozpoczął się na przykład o 21.30. Zgodnie ze scenariuszem każdy inny wykonawca skończyłby o 22.30. Chwilę później na scenie pojawiliby się na kilkadziesiąt sekund prowadzący, zapowiedzieliby bis (niby takie zaskoczenie, bonus dla publiczności, a w rzeczywistości wszystko precyzyjnie zaplanowane) i gwiazda wystąpiłaby ponownie. Kilka lub kilkanaście minut. Później już tylko odliczanie, sztuczne ognie i... do domu, czyli do samochodu i w drogę na następną imprezę.

W wypadku Maryli Rodowicz taki plan nie wchodzi w grę. O 22.30 po prostu nic się nie dzieje, bo gwiazda śpiewa dalej. Około 23.00 zdenerwowany Boguś Zep zaczyna przestępować z nogi na nogę i zwykle drepce tam i z powrotem blisko wejścia na scenę. Około 23.15 Bogdan łapie prowadzących (najczęściej mnie) i szepce:

- Proszę cię, zrób coś! Niech ona już skończy!

Tradycyjnie robię wtedy wielkie oczy, patrzę na Zepa i mówię niby zdziwiony:

- Ja? To ty coś zrób! Jesteś przecież jej menedżerem.

Taki teatrzyk odgrywamy dość regularnie, choć obaj wiemy, że w praktyce to nic nie da. Maryla po prostu skończy dopiero wtedy, gdy uzna, że to już naprawdę koniec. I kropka. Czasami Bogdan wylicza mi, gdzie grają jutro, i dodaje:

- Wiesz, jak to teraz będzie. Ona pójdzie spać, a ja będę jechał i jechał trzysta, czterysta kilometrów!

Cóż mam odpowiadać? Mam dokładnie ten sam problem i zawsze zastanawiam się, jak długo jeszcze Maryla będzie grała.

W takich sytuacjach największe problemy rodzą się jednak w zupełnie innych miejscach. Pierwsza denerwuje się ochrona, później służby medyczne, techniczni i ekipa, która musi posprzątać po koncercie. Na ich oczach misterny plan zakończenia imprezy o planowanej porze wali się w gruzy. Publiczność jest zachwycona, bo gwiazda daje superkoncert, ale obsługa zaczyna kalkulować, do której będzie musiała pracować. Do drugiej, trzeciej w nocy? A może i dłużej? Najbardziej zdesperowani szukają wtedy organizatora (czyli zwykle mnie) i przychodzą negocjować stawki, bo wydłuża im się czas pracy. Szczerze mówiąc, często mają rację. Nie są to miłe chwile i łatwe negocjacje, ale czasami po prostu nie ma wyjścia. Bywa też, że żarty się kończą, gdy przychodzi policja i pokazuje, że zgoda na imprezę masową jest na przykład tylko do północy. I co wtedy robić?

Teraz trochę o sprzęcie Maryli. Wspomniałem wcześniej o mikrofonie. Jest przygotowany specjalnie dla niej. Pozornie nie ma w tym nic dziwnego, bo wiele wielkich gwiazd ma własne mikrofony. Czują się wtedy pewniej, mikrofon ma dostosowaną charakterystykę dźwięku do barwy głosu artysty, często też taki sprzęt jest efektownie wykończony, specjalnie dla konkretnej gwiazdy. Własny mikrofon ma zawsze ze sobą Andrzej Piaseczny (piękny srebrny), Olek Klepacz z Formacji Nieżywych Schabuff (czerwony!), Grzegorz Markowski z Perfectu (ze specjalnym statywem skręconym jak wąż) itd. W wypadku Rodowicz jest trochę inaczej. Nie wiem, czy nie zdradzam teraz wielkiej tajemnicy, ale co tam, zaryzykuję!

Sieje postrach w całej Polsce, bo wszystko drobiazgowo sprawdza. Ale ja go uwielbiam, bo to najbardziej zawodowy menedżer, jakiego znam. Dobry duch Maryli - słynny Bogdan Zep. Rewal 2005.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

O ile Maryla Rodowicz zachowuje pewien dystans, o tyle Krzysztof Krawczyk pozwala na dużo bliższe kontakty. Kiedyś znałem go tylko z ekranu telewizora i transmisji występów w Opolu lub Sopocie, a od początku lat dziewięćdziesiątych znam go osobiście i przyznaję, że jest jedną z najcieplejszych i najbardziej przyjaznych postaci naszej estrady. Być może sprawia to jego rodzina, którą wozi ze sobą prawie w komplecie. Piszę "być może", bo już kilka razy się pogubiłem, kto w tej rodzinie jest kim. Krzysztof co prawda przedstawia zawsze wszystkich grzecznie na scenie, ale która córka jest "prawdziwą" córką, a która tylko "przyszywaną", to już wielka zagadka. Podobnie z synami. Bez problemu można doliczyć się kilku. Tylko czy prawdziwych?

Co do jednej osoby nie ma wątpliwości. Kto był na koncercie, ten oczywiście wie, o kim mowa: to obecna żona Krawczyka, czyli słynna Ewa. O Ewie krążą legendy. Kto szuka kontaktu z Krawczykiem, by zaprosić go na koncert, wie, jak trudno się z Ewą negocjuje. Trzyma wszystko żelazną ręką i jeśli zapisze wszystko w notesie, jest szansa na realizację planów. Jeśli jednak nie ma pod ręką notesu, to trzeba się Ewie przypominać. Ewa pilnuje umów, faktur i tym podobnych dokumentów, przy czym często mam wrażenie, że Krzysztof nawet nie wie, o co w tym w ogóle chodzi. Ale może i dobrze, bo w razie zamieszania on jest tym "dobrym policjantem" i ma na kogo zwalić. Zagadką w tym kontekście pozostaje tylko osoba oficjalnego menedżera artysty, czyli Andrzeja Kosmali. Formalnie to z nim trzeba wszystko załatwiać. Andrzej od ponad roku prowadzi ożywione życie na Facebooku, dokumentując każdy krok Krawczyka (i przy okazji własne życie). Dzięki temu doskonale wiadomo, gdzie są i co robią. Nawet teraz, kiedy późno w nocy piszę te słowa, Andrzej wrzuca kolejne fotki robione w jakieś rybnej restauracji na Teneryfie. Nic tylko zazdrościć.

Z Kosmalą kojarzy mi się historia, która dziś z pewnością znalazłaby się na Facebooku, ale wydarzyła się w czasach, gdy komputery i telefony komórkowe dopiero raczkowały. Połowa lat dziewięćdziesiątych minionego wieku, pod koniec koncertu w Krośnie Andrzej zaczął chodzić wokół sceny wyraźnie zdenerwowany.

- Co ja najlepszego zrobiłem - powiedział na mój widok. - Zatrzasnąłem kluczyki we własnym samochodzie! A zapasowe są w domu. W Poznaniu!

Koncert odbywał się w wolną sobotę. Wszystko pozamykane. Żadnego mechanika, ślusarza. Znikąd pomocy, ale...

- Za dwadzieścia złotych możemy ewentualnie coś zrobić - zaproponowali taksówkarze z pobliskiego postoju.

Dostali kasę. Mniej więcej po godzinie obok naszego wozu transmisyjnego pojawił się sprowadzony przez taryfiarzy "pan Jarek", zawodowy kieszonkowiec i złodziej samochodów.

- Który trzeba otworzyć? - zapytał konkretnie. - Płatne z góry, dla mnie trzy dychy. I bardzo ważne: proszę nie podchodzić, jak będę otwierał. Jak skończę, to sam odejdę - dodał, widząc nasze zaskoczone miny.

Operacja przy klamce wykonywana na oko bez żadnych narzędzi (patrzyliśmy dyskretnie z odległości około piętnastu metrów) nie trwała nawet dziesięciu sekund. Pojazd był otwarty, zamek cały, żadnych śladów manipulacji. Jak on to zobił? Tego nie wiem do dziś.

Tego dnia Mistrz świętował 50 lat na scenie. Krzysztof Krawczyk, jego żona, córka, syn, zespół oraz prowadzący Bogdan Sawicki (z piłką) i ja (robię samolocik). Koniec lata 2013.

Wróćmy jednak do rodziny Krawczyków. Ewa zajmuje na scenie specjalne miejsce. Niby na pierwszym planie jest mistrz Krzysztof Krawczyk wraz ze swoim nieodłącznym barowym stołkiem, ale gdy nadchodzi odpowiednia chwila, ustawiona lekko w tle Ewa biegnie do przodu. Wtedy są ogniste spojrzenia, uściski, zapewnienia o dozgonnej miłości, a na koniec gorący pocałunek. I tak jest od jakiegoś czasu na każdym koncercie. Wiele osób twierdzi, że to działanie tylko na pokaz i pod publikę. Im dłużej znam Krawczyka, tym bardziej jestem przekonany, że to wszystko prawda i nikt tu niczego nie udaje. Ten człowiek naprawdę bardzo się zmienił i to, co teraz robi publicznie, traktuje całkiem na serio. Podobnie jak gorącą wiarę w Boga.

Był rok 2005. Już na kilka tygodni przed koncertem Lata z Radiem w Tarnowie, gdzie właśnie miał się pojawić Krawczyk, znajomi ostrzegali mnie przed jego "nawróceniem".

- Uważaj - mówili. - To teraz zupełnie inny człowiek! Zobaczysz, jak będzie się modlił przed wejściem na scenę. I bądź czujny, by ci nie wykręcił jakiegoś numeru podczas koncertu!

Przyznaję, że byłem tymi słowami bardzo zaskoczony. Od 1992 roku współpracowałem z Krzysztofem na scenie i nigdy, absolutnie nigdy nie miałem z nim żadnego problemu. Wszystko zawsze odbywało się sprawnie, profesjonalnie, zgodnie z kontraktem. Czy coś się ostatnio zmieniło?

Trzeba pamiętać, że Krawczyk przeszedł po powrocie z Ameryki do Polski bardzo trudną dla artysty drogę. Gdy przyjechał, wiele osób nie chciało go tu widzieć. Inni wróżyli mu rychły koniec kariery, bo po co komu taka stara, kojarząca się z minionymi czasami gwiazda. Krzysztof też szukał swojego miejsca. Najpierw nawiązał bardzo ryzykowny romans z disco polo i muzyką zwaną popularnie chodnikową. Dziś myślę, że po prostu nie miał innego wyjścia, ale wtedy wydawało mi się, że robi poważny błąd. Z czegoś jednak trzeba było żyć, a łatwe rytmy dawały łatwe dochody. Później był flirt z muzyką cygańską. Z tego okresu pozostało kilka utworów, które Krzysztof czasami śpiewa na koncertach. I jeżeli dobrze wybierze się moment, by coś takiego zagrać - sukces jest murowany. Wreszcie przypomniał sobie o latach spędzonych za oceanem i nagrał płytę z przebojami Elvisa Presleya. To było wreszcie coś! W międzyczasie nagrywał to, co zawsze dobrze się sprzedaje, czyli kolędy i pastorałki. Ale taka gwiazda jak Krawczyk zasługiwała na dużo, dużo więcej.

Wreszcie przyszedł dobry i szczęśliwy moment. Gdy u szczytu popularności w Polsce był Goran Bregović, Krawczyk nagrał z nim wielki przebój Mój przyjacielu, śpiewając, jak sam twierdzi, prawdziwe, wzięte z życia słowa:

Mój przyjacielu, byłeś mi naprawdę bliski, Mój przyjacielu, wiesz, że byłeś mi jak brat? Dałem ci wiarę, dałem ci spokój, Dałem gitarę, dałem samochód I dach nad głową, a do sypialni wszedłeś sam.

Mój przyjacielu, przyprowadziłem cię z ulicy I nakarmiłem, i odziałem cię jak brat. Dałem ci wiarę, dałem ci spokój, Dałem gitarę, dałem samochód. Żony nie dałem, żonę wziąłeś sobie sam.

Historia jest w stu procentach prawdziwa, choć jej bohaterem nie jest sam Krawczyk, tylko zupełnie inna osoba. Kilka miesięcy później piosenka wspięła się na listy przebojów i wtedy po raz pierwszy nie musiałem tłumaczyć się szefom, dlaczego kolejny rok z rzędu uważam, że warto na trasę Lata z Radiem zaprosić również Krawczyka. Trop śpiewania w duecie okazał się dobrym pomysłem. Po Bregoviciu nastał czas Edyty Bartosiewicz i słynne słowa "Trudno tak razem być nam ze sobą". Wśród artystów, którzy zaśpiewali z Krzysztofem, był też na przykład Rod Stewart, choć mogę zdradzić, że artyści nawet nie widzieli się w czasie nagrania. Po prostu każdy zarejestrował w studiu własne ścieżki, nagrania trafiły do profesjonalnego studia i tu sprawnie zmiksowano wszystko ze sobą. Ale efekt był, a o to przecież chodziło. Na szczęście dziennikarze dotąd nie pytali o szczegóły.

Skąd więc to straszenie religijnością na pokaz i życzliwe ostrzeżenia przed trasą w 2005 roku? Jeżeli już na siłę szukać jakichś kłopotów, to z Krzysztofem był wcześniej czasami tylko jeden problem: kiepska pamięć! Krawczyk niekiedy zwyczajnie nie był w stanie szybko i sprawnie zapamiętać nowych tekstów. W takiej sytuacji ekipa ratowała mistrza, jak mogła. Najczęściej w najprostszy i najbanalniejszy sposób. Nowy tekst pisano grubym czarnym flamastrem na wielkim kartonie. To wszystko przyklejano na scenie, tuż przy krawędzi, lekko zasłonięte odsłuchami.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że odsłuchy to takie niewielkie głośniki ukryte na scenie, by artysta słyszał dobrze graną muzykę. Publiczność więc takiej kartki nie widziała, a artysta, jeśli zapomniał tekstu, mógł sięgnąć do ściągi, to znaczy zerknąć dyskretnie pod nogi. I Krawczyk tak robił.

Nikt nie jest święty i my też korzystamy ze ściąg. Po prawej mikrofon Bogdana Sawickiego. Co on tam sobie wynotował? Hasła do konkursów!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Gdyby stosować się do zasad, jakich uczą teraz na studiach dziennikarskich, taka audycja nie powinna istnieć. Mądre podręczniki mówią bowiem, że nie da się zrobić programu dla wszystkich, i dla najmłodszych, i dla najstarszych. Tymczasem wbrew teorii Lato z Radiem istnieje od ponad czterdziestu lat i cały czas ma się dobrze. W wakacje kilka milionów ludzi ustawia swoje odbiorniki na Program Pierwszy Polskiego Radia i Lato z Radiem! Audycja regularnie bije rekordy radiowej popularności. Na koncertach plenerowych gromadzi kilkaset tysięcy widzów. I tak jest co roku. Do tego redakcja Lata z Radiem systematycznie wychowuje kolejne zastępy znakomitych dziennikarzy, którzy później stają się najpopularniejszymi postaciami polskiego eteru. Gdzie tkwi tajemnica tego sukcesu? Co takiego magicznego jest w Lecie z Radiem, że poświęcono mu wiele prac magisterskich? Dlaczego wiosną każdego roku polskie gwiazdy i ich menedżerowie stają na głowie, by wystąpić na koncertach Lata z Radiem? Czemu Tadeusz Sznuk, Krystyna Czubówna albo Zygmunt Chajzer mają najbardziej rozpoznawalne głosy w Polsce?

Skwer Kościuszki w Gdyni. To tu padały nasze rekordy frekwencji. Kilka razy było ponad sto tysięcy widzów. Finał Lata z Radiem 2005. W tle "Dar Młodzieży".

W 1991 roku ówczesny dyrektor Programu Pierwszego Polskiego Radia Krzysztof Michalski zaproponował mi kierowanie redakcją Lata z Radiem. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat i byłem młodym dziennikarzem, który z lokalnej rozgłośni Polskiego Radia w Szczecinie przeniósł się do centrali w Warszawie. Lato z Radiem znałem tylko z opowiadań mojej mamy, która słuchała tej audycji i jak wiele innych Polek podkochiwała się skrycie w Tadeuszu Sznuku. Michalski wezwał mnie do swojego gabinetu i powiedział:

- Albo coś pan z tym zrobi, panie Romku, albo trzeba będzie to jakoś po cichu... zlikwidować.

Był to bowiem najbardziej krytyczny moment w historii tej audycji. Po latach olbrzymich sukcesów Lato z Radiem wraz z polską transformacją znalazło się na zakręcie. Ludzie demonstracyjnie odwracali się od symboli PRL-u. Co gorsza, kręcili gałkami odbiorników i masowo przestawiali się na pierwsze komercyjne stacje radiowe, które jak grzyby po deszczu powstawały błyskawicznie na terenie całego kraju. Lato z Radiem musiało albo bardzo się zmienić, albo zniknąć.

Po krótkim namyśle zgodziłem się na propozycję dyrektora. Po pierwsze kusiła mnie nowa praca, po drugie zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, z jak wielką radiową legendą będę musiał się zmierzyć. Pomyślałem też, że to funkcja góra na rok, no może dwa, trzy lata. Rzeczywiście było tak, że pod koniec lat osiemdziesiątych szefowie Lata z Radiem zmieniali się jak w kalejdoskopie. Brakowało dobrego nowego pomysłu na program, nie mówiąc już o imprezach w plenerze. Może czujność redaktorów uśpiły lata "propagandy sukcesu" i niesamowitej popularności Lata z Radiem w pierwszych kilkunastu latach? A może koledzy dość naiwnie sądzili, że wraz z upadkiem dawnego systemu i powstaniem innych stacji radiowych i tak nic się nie zmieni? Życie szybko pokazało, w jak wielkim byli błędzie.

W moim wypadku otrzeźwienie przyszło po kilku dniach. Wszystko, czego dotykałem w Lecie z Radiem, było symbolem. Strofy dla Ciebie i legendarny Krzysztof Kolberger. Kukułka i niezwykła Krystyna Czubówna. Nawet Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego wydawała się nie do ruszenia. Ale jak zrobić zmiany, nie przeprowadzając zmian?!

Od tamtej chwili minęło prawie dwadzieścia pięć lat. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że zwiążę się z Latem z Radiem na ćwierć wieku, na pewno bym nie uwierzył!

Oficjalnie nie wolno, bo menedżerowie zabraniają, ale... dziś każdy nagrywa i fotografuje. Trasa 2013, Śląsk i Czerwionka-Leszczyny. Na scenie Bracia Cugowscy. Jest moc.

W tym czasie dzięki pracy w radiowej Jedynce poznałem wszystkie gwiazdy polskiej estrady. Z jednej strony Maryla Rodowicz, Krzysztof Krawczyk, Seweryn Krajewski, Budka Suflera, Perfect, Czerwone Gitary, Urszula, Kora, Lady Pank czy Andrzej Krzywy i De Mono, z drugiej Jacek Stachursky, Afromental, Sylwia Grzeszczak, Andrzej Piaseczny, Ania Rusowicz, Bracia czy Myslovitz. A do tego (wiem, że teraz niektórzy się skrzywią) Bayer Full, Weekend oraz Loka czy na przykład Pan Japa. Mówiąc w skrócie, piosenkarze, aktorzy oraz zespoły ze wszystkich stron Polski. Przeżyłem też kilkunastu prezesów Polskiego Radia i kilkudziesięciu dyrektorów Jedynki. Zdarzały się takie kwiatki, jak telefony z propozycjami nie do odrzucenia od asystenta premiera (zgadnijcie którego?) oraz spotkanie za oceanem z Monicą Lewinsky. Tak, tak, tą Monicą od prezydenta Billa Clintona. To akurat o mały włos nie skończyło się całkiem poważnym oskarżeniem o działanie na szkodę wstąpienia Polski do NATO i naraziło mnie na spore nieprzyjemności. Był największy w Europie garnek, akcja Wielkie Gotowanie, wybory najbardziej piegowatej buzi, najdłuższego jamnika, najbardziej łaciatej krowy, Ptaka Roku (niezła nazwa, prawda?) oraz oczywiście Miss Lata z Radiem, i to nie jedna. Programy z zanurzonego okrętu podwodnego, pokładu śmigłowca, kopalni, a nawet z bazy polskich żołnierzy w Afganistanie. Sama audycja przeszła w tym czasie kilka wielkich rewolucji, ale zrobionych tak, by przywiązani do tradycji słuchacze tego nie zauważyli. Jednym słowem jest co wspominać, a plotkarskie pisma i portale będą miały teraz uciechę z ujawniania pikantnych szczegółów zza kulis Lata z Radiem. Zapraszam!

Pierwsza audycja Lata z Radiem została nadana 1 lipca 1971 roku. Jej pomysłodawcą był Aleksander Tarnawski, twórca również Sygnałów Dnia oraz Czterech Pór Roku. Ten pierwszy program był bardzo krótki i w niczym nie przypominał późniejszych wydań Lata z Radiem. Nowa audycja była po prostu piętnastominutowym przeglądem wydarzeń w Polsce podczas wakacji. Szczerze mówiąc, poza nazwą nie było w tym niczego odkrywczego i pewnie z tego powodu pierwszy program nie zapisał się specjalnie w radiowej historii. Nie zachowały się żadne nagrania, co więcej - nie wiadomo nawet, kto ten program poprowadził. W 1972 roku Lata z Radiem... nie było. Aleksander Tarnawski miał jednak niezwykły radiowy instynkt i czuł, że w samym pomyśle tkwi spory potencjał. Trzeba tylko coś z nim zrobić.

Rok 1976. Zespół Lata z Radiem. Od lewej: Aleksander Tarnawski, Andrzej Jaroszewski, Sławomir Szof, Tadeusz Sznuk i Mieczysław Marciniak.

W 1973 roku Lato z Radiem wróciło na antenę Jedynki, ale w zupełnie zmienionej formie. Tym razem było nowym wielogodzinnym pasmem pełnym przebojowych piosenek z różnych krajów, krótkich wakacyjnych informacji oraz ciekawostek. By zrobić na słuchaczach wrażenie łączności z całym światem, zdecydowano się na nagranie charakterystycznego sygnału wraz zapowiedziami w kilku różnych językach. Oczywiście z wiadomych względów pierwsza zapowiedź była po rosyjsku, dalej kolejno pojawiały się inne "bratnie" języki sąsiednich krajów (wtedy ładnie mówiono: "demokracji ludowej"), między innymi czeski i niemiecki. Na koniec znalazło się jednak miejsce dla francuskiego oraz angielskiego. Krótko emitowana była również wersja z językiem esperanto, lecz szybko z niej zrezygnowano. W tle zapowiedzi słychać było graną na klarnecie polkę Dziadek.

To studio nazywano "klatką słowiczą". Na zdjęciu po lewej stoi Mieczysław Marciniak, siedzą Tadeusz Sznuk oraz Andrzej Matul.

Nowy sygnał błyskawicznie przypadł słuchaczom do gustu. Polka Dziadek stała się na zawsze znakiem rozpoznawczym nie tylko Lata z Radiem, ale i całego Polskiego Radia. Gdy w latach dziewięćdziesiątych zrobiono specjalne badania, okazało się, że jest bardziej popularna niż grany w południe w Jedynce hejnał z wieży mariackiej w Krakowie oraz emitowany o północy Mazurek Dąbrowskiego, czyli hymn Polski! To pozwoliło uchronić ją przed zakusami kilku dyrektorów, którzy na fali zmian chcieli skasować polkę Dziadek raz na zawsze. Co ciekawe, do dziś nie udało się jednoznacznie ustalić autora tego słynnego nagrania. Wiadomo tylko, że jest to dziewiętnastowieczna tradycyjna melodia z pogranicza Polski i Czech. Wbrew pozorom jest trudna do wykonania i tylko prawdziwi mistrzowie potrafią ją zagrać bez większych pomyłek. Proszę zresztą sprawdzić, jakie to skomplikowane. Czy ktoś z Państwa jest w stanie bezbłędnie zanucić ten sygnał? Ale nie kilka pierwszych nut, tylko minimum piętnaście, dwadzieścia sekund? Ano właśnie... Trudne, prawda? Kiedyś robiliśmy nawet specjalny test, prosząc goszczące w studiu gwiazdy muzyki rozrywkowej, by zrobiły to przed radiowym mikrofonem. Właściwie wszyscy się poddali. Bez wpadek zrobiły to tylko dwie wokalistki: Urszula Dudziak i Maryla Rodowicz. Od Maryli zaczniemy więc za chwilę naszą opowieść.

Receptą na wielki sukces Lata z Radiem 1973 było to, że po raz pierwszy w historii Polskiego Radia zdecydowano się nadawać taki program naprawdę na żywo. Dotąd wszystko było wcześniej nagrywane i montowane. Nawet bardzo popularny wtedy kultowy program Muzyka i Aktualności, o którym wszyscy słuchacze myśleli, że jest robiony na żywo, w rzeczywistości był rejestrowany z wyprzedzeniem i sklejany z kilku różnych odcinków. Prawdziwy "żywy" program wydawał się wielu redaktorom nie do zrobienia. Po pierwsze ze względu na ciągle prymitywną radiową technikę, po drugie z powodu konieczności cenzurowania wszystkiego, co trafiało na antenę. Tarnawski postanowił zaryzykować i okazał się skuteczny w przekonaniu najważniejszych szefów, by wyrazili zgodę na taki eksperyment. Co więcej, wpadł na pomysł, by w czasie audycji spróbować łączyć się telefonicznie ze słuchaczami i pozwolić im na swobodne wypowiedzi na antenie! W 1973 roku była to sensacja i... nieprawdopodobne ryzyko. Za każdą antenową polityczną wpadkę Tarnawski i jego podwładni mogli zapłacić głową, czyli utratą jakichkolwiek szans na dalszą radiową karierę.

Lipiec 1973 roku. Audycja z plaży w Kołobrzegu. Od lewej: Andrzej Jaroszewski, Mieczysław Marciniak, Piotr Sadowski, Grzegorz Dziemidowicz i Tadeusz Łączyński.

Trudno w to uwierzyć, ale przez wszystkie te lata żaden ze słuchaczy, będąc już na radiowej antenie, nie naruszył zasady gry i nie powiedział niczego niepoprawnego. Z najgroźniejszych sytuacji dawni koledzy wspominają chwilę, gdy jeden z telefonicznych rozmówców zakończył rozmowę zaskakującym "szczęść Boże", na co prowadzący audycję, wykazując się refleksem, natychmiast odrzekł lekko żartobliwym tonem "Bóg zapłać". W tym wypadku skończyło się na szczęście tylko na pogrożeniu palcem przez wszechwładnego prezesa Radiokomitetu, ale poza tym nic się nie stało. Wszyscy powinniśmy być ówczesnym słuchaczom bardzo wdzięczni. Gdyby ktoś zaryzykował i, korzystając z "żywej" anteny, rzeczywiście zrobił coś wbrew ówczesnej propagandzie, Lata z Radiem z pewnością dawno by już nie było. Ale na szczęście nic takiego się nie stało i audycja trwa w najlepsze.

Aleksander Tarnawski odszedł z Jedynki wraz z falą zmian w 1980 roku. Rozgoryczony wydarzeniami oraz tym, jak potraktowano go po latach pracy, wyemigrował z Polski i na długie lata osiadł za naszą zachodnią granicą. Przez kolejne kilka lat audycją kierowali między innymi Sławomir Szof, Tadeusz Cichomski, Andrzej Matul, Bogdan Chruścicki oraz Antoni Mielniczuk, a dużo później krótko również Magda Jethon i Marta Kielczyk. Zmiany szefów następowały jednak bardzo szybko, niekiedy nawet co roku. Najdłużej w zespole Lata z Radiem (prawie czterdzieści lat!), choć nie na stanowisku kierownika, ale sekretarza redakcji, pracował Piotr Sadowski, dziś radiowy emeryt i kopalnia wiedzy o historii audycji oraz radiowej Jedynki. A tego, co wydarzyło się od 1971 roku, wystarczy na napisanie kilku takich książek. Czas więc zaczynać...