Kochana Maryś! Listy z Afryki. (Tom II). Kochana Maryś! Listy z Afryki. Tom II. Kongo Belgijskie - Ruanda - Urundi - Rodezja Północna i Południowa - Związek Południowej Afyki - Kazimierz Nowak

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O tomie II

Trasa wyprawy Kazimierza Nowaka nie była z góry zaplanowana, lecz ulegała ciągłym modyfikacjom w zależności od rozmaitych okoliczności, możliwości i przeszkód napotkanych po drodze. Jednak Kongo Belgijskie było od samego początku głównym celem podróżnika. Kraj ten zarówno wówczas, jak i dziś stanowi serce Afryki - tak w sensie geograficznym, jak i mentalnym, kulturowym. Oprócz niewątpliwej egzotyki Kongo pociągało Nowaka ze względu na potencjalne źródło zarobku na dalszą podróż. Belgijska kolonia słynęła bowiem ze złóż złota i diamentów, a tam, gdzie są kopalnie, nie powinno brakować bogatych białych, skłonnych dobrze zapłacić za zdjęcia.

Na początku 1933 roku Nowak przekracza granicę i niemal od razu wjeżdża na złotodajne tereny północno-wschodniej prowincji Konga. Już od dawna liczył na to, że uda mu się tutaj "zahaczyć", czyli znaleźć stałe źródło dochodu. Spotyka go jednak zawód - ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny dotknął także Kongo:

Katastrofalny stan rzeczy, jaki na wstępie do prowincji Katanga spoty­kam, i słyszane opowiadanie o tem, co tam na południu się dzieje, wyklucza zupełnie zahaczenie jakiekolwiek. Kopalnie stanęły, oprócz kopalni złota, platyny i radu, życie zamarło, biali już uciekli lub uciekają, walą się kopal­nie, bankrutują firmy po firmach, a hotele, restauracje, wszystko zresztą pustką świeci. Zostali jeszcze urzędnicy, ale Ci nie pomogą niczem - liczyć na nich nie mogę.

Kazimierz nie ma więc szans na powiększenie i tak bardzo skromnych środków finansowych. Może jedynie liczyć na polską prasę, ale regularne wpływy z tego tytułu odczuje dopiero jesienią.

Tymczasem wykorzystuje każdą okazję, aby pisać. Dzięki tytanicznej pracy lista tytułów stopniowo rośnie. Jego relacje pojawiają się od czasu do czasu w "Kurierze Poznańskim", "Kurierze Warszawskim", "Światowidzie", "Ilustracji Polskiej" i "Naokoło Świata". Jednak to współpraca z redaktorem Mrozem z dwutygodnika "Na Szerokim Świecie" ostatecznie okaże się najbardziej owocna. Chociaż Nowak wolałby, żeby dotyczyło to innego tytułu:

Mam wprawdzie już 2 listy napisane, to jest dla Na Szer. Św. i Ilustracji - oba znośne, brak mi tematu dla Światowida, a ja naprawdę bardziej się cieszę artykułem w Światowidzie jak u Mroza! Światowid zresztą umiesz­cza pięknie moje foto, no i Światowid idzie na świat cały, a mnie naprawdę idzie o reklamę, to dużo na jutro, może nawet na niedalekie jutro!

Środki z honorariów miały służyć wyłącznie utrzymaniu rodziny, ale trudna sytuacja na miejscu w końcu wymusza na podróżniku odstąpienie od tej zasady. Po dotarciu do Ruandy pod koniec maja 1933 roku pisze:

Jeżeli miałabyś możliwość pospieszyć mi z pomocą Kochanie, byłbym naprawdę uratowany kwotą choćby 50 Belga, czyli 50 i coś złotych - czek na Bruxelę.

Brak pieniędzy nie przeszkadza jednak Nowakowi posuwać się dalej na południe, głównie dzięki pomocy licznych ośrodków misyjnych:

Co ja bym zrobił w Kongo, gdybym nie miał oparcia o misję? Od Kigali jestem na utrzymaniu Ojców, im zawdzięczam życie, ubranie, a wszędzie tyle serca znajduję, że ani uwierzysz. Jestem nawet dla misjonarzy starych bohaterem - a że paplam po franc. jak papuga, więc mam o czem gadać przy stole!

Choć wsparcie misjonarzy nie przynosi mu gotówki, to jednak udaje się Nowakowi realizować nawet tak śmiałe przedsięwzięcia, jak choćby wyprawa w góry Ruwenzori, aż do granic lodowca - powyżej 4000 m n.p.m. Paradoksalnie to właśnie brak pieniędzy skłania podróżnika do obrania najtrudniejszych odcinków, których pokonanie dostarczy najmocniejszych wrażeń. Tak było w przypadku trawersu zachodniego brzegu jeziora Tanganika:

Gdy tak sobie oglądam łódź, bestja krokodyl omal jednego murzyna nie pożarł - strzeliłem, dostał porządnie, bo bryznął wodą, znikł i znowu podpłynął, ale w końcu uszedł ranny. Dopiero koło 10tej w nocy było można ruszyć, ucichło nieco wściekłe jezioro, ale to okropne! Pomyśl - aż w dwa pirogi z obsadą 5 ludzi, i to na moją nędzarną kieszeń! Ja, bagaż i 2 wioślarzy - jedna łódź, na drugiej łodzi trzech wioślarzy i mój rower. Pruliśmy fale na przełaj, kołysanka niemożliwa, łódź trzeszczała głucho. Po godzinie może wypadły łaty z drugiej łodzi z mojim rowerem - murzyni krzyczeć zaczęli, że toną, a mnie nie ich żal było, ale roweru! Do brzegu, brzegu!

(...)

Pamiętasz? - dawno jeszcze pisałem, że trzeba tę przestrzeń przebyć okrętem, a jednak pokonałem ją, używając zaledwie kilkukrotnie łódek tu­bylczych, i nie trzeba było wydać 1500 franków!

Pieniądze od żony (80 belga) otrzyma z opóźnieniem - dopiero we wrześniu, kiedy już ich nie będzie potrzebował. Wkrótce bowiem dotrze do Elisabethville, stolicy prowincji Katanga, w której zbierze najlepsze żniwa fotograficzne w całej pięcioletniej podróży. Niebawem więc te pieniądze odeśle, a zgromadzony w mieście kapitał pozwoli mu na bezproblemowe przekroczenie granic angielskich kolonii, których tak się obawiał:

Na policji przeliczono pieniądze z mej kieszeni wyjęte - i odnoszono się z całym respektem, było bowiem aż 31 papierków funtowych i jeszcze trochę srebrniaków oraz czek, który mi moja Marysieńka przesłała ostat­nio! A to nawet dla Anglika dużo pieniędzy!

Kongo nie oszczędzi Nowakowi najbardziej znanej tropikalnej choroby - malarii. Zachoruje już na wstępie, w niecałe dwa tygodnie po wjeździe do kraju. Nawroty tej choroby będą mu towarzyszyć wiernie aż do końca podróży:

Już trzeci dzień leżę w łóżku, choć o wiele dłużej jestem chory. Znowu silny atak malarji - tak silny, że 9 bm. wieczór leżałem zupełnie bezprzy­tomny, częściowo i wczoraj. I mimo najszczerszej chęci wyjazdu jestem cią­gle w Bulawayo, ale jak w takiem stanie ruszyć w podróż?

Być może właśnie z powodu ataków malarii przejazd przez pustynię Kalahari Kazimierz często przyrównywać będzie do trudności, jakie towarzyszyły mu na Saharze. Na środku tej pustyni przyjdzie mu po raz pierwszy samotnie spędzić święta Bożego Narodzenia. Miesiąc później przekracza granicę Związku Afryki Południowej. W jej wielkomiejskich ośrodkach liczy na zdobycie kolejnych klientów na zdjęcia:

Proś Bozię o pomoc dla mnie - o to, by Johannesburg stał się dla mnie choć drugim Elville, bym coś zyskał i dla Was!

Jednak nie pójdzie mu już tak dobrze jak w stolicy Katangi. Przeszkodą będzie brak znajomości języka angielskiego, ale nie tylko. W Bulawayo, Pretorii, Johannesburgu i Kimberley zderzy się ze światem, od którego tak bardzo już odwykł. Dla tego świata Nowak także będzie trudny do zaakceptowania:

Mam pecha - tyle zaczepek, że już mi obrzydza się życie. Naturalnie tu wszystko ogolone, wszystko w strojach europejskich. Rażę, ale co mię ulica obchodzi! Szydzą ze mnie - niech szydzą, ale bo dziś wyszedłszy z mojej herbaciarni miałem zaczepkę tak bezczelną, że musiałem jakiegoś pana nazwać po angielsku osłem. W końcu i do bójki przyszło - biłem, ale tak z całego serca, sam zaś nie odniosłem ani jednego uderzenia, a ulica wzięła moją stronę! Tylko że ręce tak drżą - oj te głupie nerwy!

To wówczas powstaną jego najciekawsze teksty o cywilizacji, pełne emocji i goryczy - jakże aktualne i dziś. Ale podobno nie tego oczekiwali jego czytelnicy:

Piszesz o cywilizacji, aby ją pominąć, ale to niemożliwe Maryś! - zwłasz­cza w tej części Afryki. To jedyny prawie temat - wpływ naszej cywilizacji na życie murzyna i na Afrykę. Polska mało zainteresowana w tej sprawie - nie mamy kolonji, a choć chcemy, nikt nam jej dziś nie da. Minął czas na to! Najwyżej mogę pisać bardziej powściągliwie, ale ja i tak ani części spraw drażliwych nie tykam!

Zbliżając się do południowego krańca kontynentu, staje się świadomy wyczynu, jakiego dokonał:

Wrócę podróżnikiem, znanym w całej Polsce - to mi zapłaci trud tu­łaczki długiej.

Powoli też snuje plany na podróż powrotną:

Cape Town przerzucić się koleją w stronę Wiśniewskich - to jest przez Afrykę, która należała do Niemców, a po odpoczynku i gruntownem prze­studjowaniu map i literatury ruszyć na przełaj od Oceanu Atlantyckiego przez Angolę - ku Zambeze, która niedaleko granic Angoli płynie. Na tej drodze mam przeciekawe, zupełnie prawie nieznane ludy - szczep BAROT­SE. Potem Livingstone jeszcze raz i dalej Tete i Ocean Indyjski przez całą Mozambikę. Licząc od Oceanu Atlantyckiego po Ocean Indyjski (okolice Beira), pochłonęłoby to ze 6 miesięcy czasu, ale podróż zaprawdę ciekawa, a korespondencje poszłyby z całą pewnością. Naturalnie już nie rowerem, ale bardziej urozmajicone za to wrażenia. Cowboy! "Kapitan okrętu", wiel­ki strzelec - słowem miluchna awantura!

Jak wiemy, plany te stopniowo uległy istotnym modyfikacjom, ale z pewnością nie ich rozmach. Nowak jest już pewny, że nie ma mowy o szybkim powrocie do kraju. Choć jego reportaże przynoszą już regularne dochody, to jednak nie uczyniły go bogatym:

Dziś bądź co bądź jestem podróżnikiem, pracuję, piszę, a tysiące prze­ciekawych zdjęć czeka wykorzystania. Nauczyłem się znośnie francuskiego, uzupełniłem język włoski, wszedłem w język arabski i ostatnio szwargocę kiswaili (język murzyński). Teraz powoli wchodzę w język ang., który jest mi koniecznie potrzebny do pracy nad wrażeniami podróży. A gdybym dziś Ci doniósł: wracam! - to na pewno i na Twojim czo­le osiadłaby troska, bo i czy raj mię czeka po powrocie? Przecież od razu urwałyby się dochody z pracy (...).

Osiągając w kwietniu 1934 roku Przylądek Igielny, Kazimierz Nowak dopina swego - Afryka zdobyta! Jednak jest to triumf tylko częściowy. Troska o powodzenie dalszych planów nadal spędza mu sen z powiek. Odpowiedź ma przynieść dopiero wizyta w Kapsztadzie.

Dominik Szmajda

List nr 61 - cd.

Aba, Congo Belge, 13 stycznia 1933

Kochana moja Maryś!

Piszę na ganku domu urzędnika celnego, sympatycznego Belga, który mię na obiad zaprosił.

A więc już jakbym minął granicę - jeszcze kwestja kaucji niezałatwiona, ale to już samo się załatwi. Cło dość przychylne, zaledwie razem około 30 fr zapłaciłem, czyli około 10 zł - za to mam kupę informacji korzystnych, nie zginę!

Wiesz Marysiek? Dostałem zaraz na wstępie do Conga - bo w Aba - Twój Kochany list nr 55 datowany: poczta Boruszyn 30 XII tamtego jeszcze roku, a więc zdążyłaś z życzeniami na 11 stycznia do Juba, ale że ja uciekłem - moja wina! Dziękuję za opis świąt, za trudy, za wszystko razem - i Tobie ślę życzenia serdeczne na dzień imienin oraz Romulowi na dzień 29 bm. i 7 II br. Już raz przesłałem wiązankę życzeń, dziś je ponawiam i w dnie uroczyste będę przy Was pieszczoty moje!

List ten wyślę belgijską pocztą lotniczą, choć następny uda mi się jeszcze wysłać sudańską pocztą - mam jeszcze znaczki rezerwowe. Poślę też cały szereg nowych zdjęć, o ile tu znajdę okazję skopjowania i wywołania!

Aha! Kilo nie ma poczty, zatem adresuj: NIZI Dep. Ituri etc. jak na kopercie.

po południu!...

Obiad był dobry, ale niepotrzebna była "whisky" - głowa trochę ciąży, ale odmówić nie sposób było! Teraz miły Belg udał się na spoczynek, ja dokończę ten list, dziś bowiem odchodzi stąd poczta lotnicza.

Szkoda Maryś mój, że mi nie piszesz, jak wypadły te powiększenia od Gregera! Ja naprawdę nie mogę się zorjentować - a czy te małe ładne kopje? Chcę je w album oprawić i zrobić prezent. Komu? Dziś jeszcze nie wiem, w każdym razie dobroczyńcy.

Ciekawa ta zapowiedź drukowania w Przewodniku - ja wolałbym już cały numer zobaczyć, jak takie "zero", ale czy Ty wiesz Maryś, że ja już wyzbyłem się klisz północnoafrykańskich? Zostały w Juba - nie mogłem dalej tyle kilogramów dźwigać. Zaledwie kilka zostawiłem sobie, takich najmilszych dla mnie! Szkoda, że nie przysłałaś mi opisu posiadanych fotografji - może brak jakichś ciekawych, byłbym skopjował jeszcze, a tak już trudno! Mam dla Ciebie 50 sztuk pocztówek różnych od Gadames do Juba, ale to ani połowa!

Chętnie chciałbym zobaczyć prace Gregera, jedno powiększenie duże i jedną małą kopję - odeślę odwrotnie! Pamiętaj Maryś Kochany, że pierwsze zapłacić każdorazowo Gregera z pierwszego przekazu redakcji.

Jeżeli "Przewodnik" coś wydrukuje, nie monituj o zapłatę zaraz. Idzie mi przede wszystkiem o to, by drukował - to reklama dla mnie, a także potrzebny mi nr z moją koresp., cały, oryginalny. Wysłać możesz jako przesyłkę mieszaną lub coś w rodzaju druku, aby dużo nie kosztowało!

Ale ja na dziś urwę gawędę - i tak marudzę. Jestem w Congo Belgijskim, zdrów i pełen wiary. Zdążam do Kilo - okręgu kopalń złota, w każdym razie choć jako tako zahaczę gdzieś, gdzie - nie wiem. Następny list może się spóźni, nie wiem jak kursuje poczta z Kilo, w każdym razie pamiętam o Tobie, a przerwy koresp. to brak najwyżej możności nadania poczty!

Całuję Cię mocno, a Ty ucałuj ode mnie dzieciny nasze - i tę Kochaną Elżunę dźwigającą chojinkę - biedactwo, i Romulka w dzień urodzin i imienin popieść ode mnie, a dzieci niech Ciebie tak serdecznie ucałują od Tatusia.

Pa! Twój i Wasz

Kazimierz

P.S.

Ks. Prob. w następnym liście odpiszę. Pozdrów Go ode mnie, jak i wszystkich znajomych. Do widzenia, do następnego listu - Pa!

Może dołączę foto - to wolne, jak każde - bez dopisku Marysieńce itd.

List nr 62

Tiriadro, Congo Belg., 13 I 1933

Kochana Maryś!

Dziś pop. wysłałem list do Ciebie - par avion, ale tak drogo jak te Twoje z Polski. Chciałem dołączyć 2 fotogr. - i zaraz o 4 fr drożej, a Ty za nie kto wie czy byś tyle dostała, więc wysłałem tylko sam list. Okropne ceny - pudełko zapałek 75 ct, a wszystko, co z Europy pochodzi, wprost nie do kupienia!

Piszę w Tiriadro, 16 km od Aba, i czekam na jakiegoś Polaka - po belgijsku nazywają go Kapsowicz; kto on i co za jeden - nie wiem. Posłał mię tutaj komisarz belg. policji czy coś w tym rodzaju - idzie bowiem o tę kaucję. Ja mam list z Poselstwa Polskiego w Bruxeli, że sprawa zostanie przychylnie załatwiona przez Belg. Min. Kolonji. Tymczasem w Aba, to jest w granicznem miasteczku, nic o mnie nie wiedzą. Mam zresztą i list polecający z Poselstwa Belgijskiego z Cairo, który mi nasz konsul przesłał stamtąd, i wizę, ale ot jak na granicy - trudności robią i już! Sądzę, że gdy ten Polak przetłumaczy im mój list z Poselstwa naszego z Bruxeli, ruszę naprzód.

Najgorsze, bo spodnie zupełnie zużyte i dziurami świecą kolana, a i rower choć doraźnie zreperować trzeba, a to w kieszeni grosze zaledwie! Zmieniłem dziś funta egipskiego = 121 fr belg. - i już pół setki tylko w kieszeni z tego! Znaczki i trochę papierosów, i ani jadłem, ani piłem - pół setki na fisz, jak mówi Arab. Ale ten sam Arab mówi potem "ma lesz!" (niech sobie!), więc i ja powiadam sobie: ma lesz!

godz. 7ma wiecz.

Pan, na którego czekam, jeszcze nie powrócił. Studjowałem mapę - aż głowa rozbolała, bo do gór Katanga olbrzymi szmat drogi, ciężkiej i skomplikowanej do tego, bo trzeba będzie i częściowo przebijać okrętem przez olbrzymie jeziora, a to i koszt nie lada, zaś przewidzieć trudno, czy coś do kieszeni wpadnie i kiedy. Na Polskę nie liczę wcale - Wy przymieracie głodem, a ja, gdybym nawet całe te moje "dochody z prasy" otrzymał i chciałbym niemi żyć w świecie - nie wiem, czy by na 2 miesiące życia starczyło w roku. Ale co o tem pisać - nie lecę aeroplanem, nie mam kuzynów redaktorów, a gazety polskie są na to, aby "brać", a nie "dać". Mają zresztą kupę bezpłatnych artykułów - choć takich "a la Maniura", ale mają, a więc trzeba się bić z losem.

Gorsza sprawa z garderobą - ani całej koszuli, ani spodni, buty i rower dogorywają, a jak Cię widzą, tak Cię piszą - mówi przysłowie! Mam na te zakupy, ale bez grosza w kieszeni zostanę wtedy, a to najstraszniejsze. Jeżeli znajdę garstkę Włochów, będę uratowany, a od Polaków nic nie wezmę, o nic prosić nie będę, bo potem tysiąc razy by mi wytknęli, a to boli - bo przecież ja nigdy za darmo nie chcę pieniędzy, najwyżej za fotografję, zaś taki WPan potem liczy grosz mi dany, nie licząc mych rozchodów i pracy!

I głowa boli, a do mych osobistych trosk i Wasze dochodzą. Chciałbym duszą całą pomóc - nie umię, nie mogę, a na domiar ta karta Conga mię przeraża i ta przeogromna odległość od Was, i to, że groszy mało, a takie drogie wszystko - nawet poczta! Dziś widziałem tut. misjonarzy - niemili, zresztą nie znam tak języka franc., aby móc dowoli się wysłowić - a to dużo!, dużo!

Raz jeszcze czytałem Twój drogi list 55, dziś otrzymany - biedny mój Maryś się zamęczy! O Maryś!, jak ja bym chętnie Ci pospieszył z pomocą!, lecz jak? - i znowu jak nad mapą Conga głowa boli, bo co warte chęci choćby najlepsze, gdy brak złotych czy funtów? I brak do tego szczęścia?! Tyle trudu, tyle niebezpieczeństw, grozy śmierci, a w zamian ani chleba zapewnić Wam nie mogę. Listy tkwią po redakcjach, a ja naprawdę nie wiem, co pisać, jak, aby uzyskać miejsce. Myślałem, że w Sudanie zwiększą się moje dochody - było to zresztą i logiczne - a tymczasem przeciwnie!

Kryzys! Kryzys! Każdy list z Polski o nim wspomina - straszny kryzys!, a w czasie tego kryzysu ludzie jakoś z głodu nie umierają, przynajmniej nie ci, co o kryzysie piszą!

Kryzys! - ja go ale nie tak nazwę! To chęć nadmiernego zysku raczej! Ludzie przywykli w pierwszych latach po wojnie zarabiać 100 procent dziennie - chłop w lakierki się stroji, baby w jedwabie i kapelusze, a na to zarabiać trudno dzisiaj! Słowem: ludzie żyją ponad stan i jednych stać na wszystko kosztem drugich, którzy nędzę skrajną cierpieć muszą! Trudno! Tak widać musi być!

Przy jednym z najbliższych listów poślę jedną choćby fotogr. dla p. Breit... Nie napiszę ale jej nazwiska, nie wiem bowiem, jak brzmi, ale z dedykacji domyśli się, że to dla niej. Dołączę również życzenia dla Józefa, już zapomniałem, jak się nazywa, ten w Tarnówku - aha: Figlarz. Gdy dyplomatycznie mu oddasz, względnie jego żonie, może pocztówka da Wam choć dzień życia, albo może nawet list napiszę - choć to nie wypada, prawda?! O Maryś! - jak to ciężko pomóc komuś, gdy się jest tak bardzo, bardzo daleko - aż w Congo Belgijskim.

Gdybym w tej chwili był w Polsce, to z "Contaxem" na pewno tyle bym zarobił, żeby i trzewiki było za co kupić, i masełka by nie brakło. Mógłbym obstać pracować 2 poczt. za 1 zł, a to by poszło - choćby od Boruszyna zacząć! Poszłoby!, wiem!, ale ja pod równikiem jestem, daleko!, aż w Congo, i nie znam mego jutra - czy zahaczę, czy wywalczę byt. Boże! Boże!

Pisałbym dużo - ale ja Tobie głowę zawracam mojemi myślami, a to sieczka, bo za to nic nie kupisz!, prawda?

A ten pan, na którego czekam, jeszcze nie przyjechał - jak będzie z noclegiem, ani pojęcia nie mam jak postąpić. Rozbić namiot bez pozwolenia - głupio, a naprawdę zmęczony jestem. Już 4 dni jak opuściłem Juba, ponad 250 km drogi ciężkiej na rozklekotanym rowerze i ta cała przeprawa przez granicę! - a do tego paszport nie w mojich rękach jeszcze, nie mam wizy tutejszego urzędu, a więc nerwy naprężone!

Poczekam jeszcze z godzinę, a potem rozbiję "budę" na podwórzu - przecież i przespać się trzeba! Bo ja przecież z Juba rowerem tu przybyłem, a to szmat drogi prawie taki jak z Poznania do Warszawy; 3 dni tylko jechałem, a więc forsowałem prawdziwie - paliło słońce! Pa, całuję mocno

Tiriadro, Congo Belg., 14 I 33

Kochany mój Marysiek!

Congo! - a więc ostatecznie jestem w Congo. Dziś ostatecznie załatwiłem się z granicą - trudności pokonane!

Badanie lekarskie wypadło bardzo korzystnie - płuca jak dzwon, śpiączki ani śladu, ani malarji. Dużo zawdzięczam Polakowi, który jako urzędnik państwa belgijskiego, znając osobiście oficera imigracji, na podstawie dokumentów przesłanych z poselstwa naszego z Belgji i wycinków z prasy - ostatecznie bez ryzyka - poręczył za mnie, a kryje go list, jaki dostałem z Bruxeli, donoszący, że pomyślnie orzekli mą prośbę gdzie należy.

Cały dzień zbiegł, lecz na pisanie czasu nie było. Rano byliśmy w Aba autem, potem obiad - państwo położyło się spać, ja czytałem cały plik Kurjera Warszawskiego i oprócz artykułu, który mi już posłałaś, znalazłem w dodatku ilustrowanym z 4 grudnia 1932 moją fotografję z Pustyni Nubijskiej z dwoma Buszerinami, ale oni za to nie płacą, a ja boję się ich monitować teraz! Jest to zresztą reklama dla mnie!

W tym samym numerze jest artykuł III pt. Naokoło Świata - jakiegoś p. inż. Janisław Kamieński, ładnie dość pisany, z Buenos Aires (Argentyna koło Brazylji). Pisze o podróży morskiej - zdąża ku "srebrnej rzece", a ja nad drugą ogromną rzeką w Afryce - nad Congiem niedługo się znajdę.

Nie jest to może silny konkurent, choćby ze względu na znajomość tematu, a zresztą Congo nie Argentyna! Artykuł przed chwilą przeczytany najwyżej zachętą jest dla mnie, a sądzę, że ten, który jest w posiadaniu Kurj. Warsz. - w międzyczasie już został wydrukowany.

I tak czytałem dużo i mówiłem dzień cały po polsku - a więc wybacz, że o Tobie mniej myślałem, względnie myślałem dużo - ale bez dowodu!

Potem daleko w góry pojechaliśmy znowu razem autem i po drodze zetknęliśmy się z chmurą szarańczy, ale taką okropną, że aż lęk ogarnia - ciemno całkiem, chmurą leci to obskurne robactwo! I po kolacji znowu czytałem - dawno już po północy, a rano ruszam w drogę, w Alpy kongoskie, ku kopalniom złota - jezioro Alberta - i najwyższy szczyt gór afrykańskich jeszcze przed równikiem spowity śniegiem. Przeciekawa droga przede mną - przeciekawa, przepiękna, romantyczna, straszna, groźna, a przede wszystkiem bardzo, bardzo trudna!

Zobaczymy, jak pójdzie dalej! Chwilowo jeszcze jakoś dam sobie radę. Ot! - choćby i miesiąc jechać. Pocztę nadam obfitą, ale dopiero z okolic Kilo, to jest z NIZI, jakieś 700 km stąd - daleko! Choć z drogi już wyślę obszerny list do Kurjera Warsz - i "Ilustr Kurj. (Krakowski) Codzienny". Oni też (I.K.C.) muszą umieścić choć jeden list - umyślnie dla nich napiszę coś ładnego!

Politycznie pisać będę przychylnie dla Belgji - mam zresztą plany dalsze, a w końcu ja sympatyzuję z Belgami, bliżsi mi jak Anglicy. Ale i Pa! Dobranoc - całuję mocno! Pa.

Aba, Congo Belg., 15 stycz. 1933

Maryś! Maryśko moja!

Dobry wieczór! Wiesz? Taka mię dziś tęsknota owłada, że aż sam nie wiem, co ją potęguje - tak mi tu obco, tak dziwnie - jakbym po raz pierwszy znalazł się za granicą!

Uciekłem od tego Polaka w południe - obrzydł mi wraz ze swoją wielkopańską manierą bicia w mych oczach biednych murzynów - i tak w rozmowie starłem się kilkakrotnie! To zresztą nie towarzysz dla mnie - raz że inżynier, drugie - zarabia tu grube tysiące, ma własne auto i żonę, Belgijkę - brzydką, ale mu auto i inne dobra wniosła, więc i co tam siedzieć miałem? Pomógł mi ominąć trudności graniczne - przeczytasz nawet w Kurj. Warsz., jak ładnie o nim piszę, ale to nie z serca! Zarabiając grube tysiące, mógł mi inaczej dopomóc - choćby zapłacić za 6 zdjęć "Contaxem".

Uciekłem z Tiriadro, jakby mię coś gnało! Wjechałem w puszczę - i lżej mi się zrobiło, weselej.

Jechałem, a w połowie drogi niespodzianka nie lada - burza mię chwyciła, pioruny, ulewa, ale jeszcze nie do nitki mokry skryłem się w jakiejś murzyńskiej porzuconej lepiance. Do Aba przyjechałem o 4tej pop. - wszystko zamknięte, nawet papierosa nie było gdzie kupić.

Udałem się do misjonarzy (Biali Ojcowie). Kościół zamknięty, więc od razu na ganek zaszedłem, przywitałem się i zaczęła się rozmowa po franc. Oj! - ale Twój Kazik tuman nauczyć się nie może po franc. Rozumieli mię jednak dobrze, ale Francuzi jak Francuzi - w końcu jakąś szopę dali mi na nocleg, na ziemi, bez łóżka, nawet na kolację nie zaprosili - przez murzyna tylko posłali mi kosz bananów i pomarańcz, któremi tu świnie się karmi. Poprosiłem murzyna, naturalnie "na migi", o trochę drzewa - przyniósł, zgotowałem herbatę, piję i na wymioty mi się zbiera - głowa rozbolała.

Tak widzisz trzecią już noc spędzam w Congo, trzeci raz na ziemi, bez żadnej wygody - a jutro ruszyć trzeba dalej, daleko. Powlokę się do Kilo najmniej 2 tygodnie, bo po drodze wysokie góry, no i do NIZI stąd według informacji 535 km - a z NIZI do KILO 16 km - szmat drogi!

Może jutro trochę nareperuję rower, kupię z kilogr. mąki i w drogę. Całe szczęście, że duży bagaż zostawię - pójdzie autem aż do Kilo. To dużo dla mnie! Będę forsował do Kilo i w okolicy się zatrzymam. Zrobię dużą wycieczkę do Jeziora Alberta - może w międzyczasie przyjdzie poczta pocieszająca i dużo wycinków z gazet - i to mię pchnie do pracy.

Ja chwilowo dam sobie radę, a może i los się uśmiechnie, może coś po drodze choćby na ubranie zyskam, na buty - byle redakcje Wam coś posłały!

Ale Pa! Coś mi niedobrze - położę się. Dobranoc! Całuję mocno!

Wasz K.

Aba, Congo, 16 I 33

Kochana Maryś!

A więc gotów! - za jakąś godzinę opuszczę Aba. Skończyłem z cłem - bagaż duży nadszedł wczoraj z Juba, musiałem go otworzyć i całe rupiecie pokazać. Wszystko teraz w porządku, a więc jadę dalej! Sprych nie ma, naprawić nie mogę roweru, ale może jakoś dojadę!

Całuję mocno i pieszczę czule - pisz adres NIZI, używaj pocztę zwykłą, nie lotniczą - bo i to grzech moja Maryś po tyle złotych za list wydawać. Ja w miarę możności pisać będę "par avion", a TY, gdy możesz, pozbywaj znaczki, ale za cenę, jaka jest na znaczkach - nie taniej!

W Nizi będę z końcem stycznia, a może znowu w Twoje Imieniny - jak zeszłego roku w Gat na Saharze - zatem całuję Cię raz jeszcze silnie na ten dzień podwójnie uroczysty! A także 29 styczeń będę bliziutko Ciebie i Romula. Oj Maryś! - Chciałbym już naprawdę ucałować, a nie pisać!

Ale i w drogę czas! List ten wysyłam przez Juba, bo mam jeszcze znaczki małe trzy z drogi. Wybacz ewentualną zwłokę - myślę o Was stale, codziennie - zawsze!

A teraz już naprawdę całuję i pozdr. i w drogę się wybiorę.

Wasz Kazimierz

P.S. Pisz co tygodnia - pocztą zwykłą. Pozdrów znajomych. Pa!

Nusi prześlij ucałowania i pozdr. Niech i ona napisze

Pa!

List ten potwierdź osobno.

List nr 63

Congo Belg., 16 stycznia 1933

Ukochany mój Maryś!

Dobry wieczór spod namiotu. Nocuję 50 km od Aba i gdybym był o godzinę wcześniej wyjechał, byłbym nocował może wygodniej w miasteczku Faradje, a tak stanąłem kwaterą wśród murzynów - których języka ani "w ząb", jak to mówią.

Obiad jadłem w pierwszorzędnej restauracji - zostałem zaproszony przez jakiegoś Rosjanina, który znał nawet trochę język polski, ale był i celnik - a tego się bałem, bo tu okropnie ostro z aparatami foto - bezwarunkowo biorą cło, a ja aż 2 posiadam! Ale wcale ich nie kryłem, nie tajiłem - głupstwo zresztą cło!, już zapłaciłem przecież!

Straszna dzicz ci murzyni ze szczepu Logo - panicznie się boją białych, ale gdy się przekonają, że nic złego im się nie zrobi, natrętni, aż wściekłość mię bierze! Już dobrze po 9tej, a ta czarna hołota obsiada mój namiot i wyśmiewa każdy mój ruch. Wiesz? - to trochę aż głupio być zupełnie samotnie wśród tej dziczy! Zgaszę teraz świeczkę, może hołota się rozejdzie! Pa!

Faradje, 17 I 1933

Marysieńko Droga!

Dziś zaledwie parędziesiąt km zrobiłem - ale tak się złożyło. Przyjechałem bez spodni - całkiem podarte, tak że nie sposób było jechać dalej. Miałem list do jednego Greka - jeszcze z Khartum. Grek ten ma tu sklep z różnościami i sprzedał mi parę spodni "khaki" za 60 fr (ostatecznie gratis, bo pieniędzy nie przyjął). W drugim składzie, też greckim, dostałem na szczęście 8 sprych, toteż zabrałem się pilnie zaraz po obiedzie do klejenia gum i założyłem sprychy - znowu bieda połatana!

Obiad był pyszny, syty. Ach! - najadłem się prawdziwie, a i na noc zostanę tutaj, bo dopiero pop. dostałem pozwolenie na poruszanie się w obrębie tak zwanym "Kilo-Moto" to jest w terenie kopalni złota, które mi stają na drodze.

Rankiem ruszę!...

Ciekaw jestem, czy wczoraj wysłany list polecony dojdzie Twych rąk. Posłałem go prywatnie do Misji Kat. w Juba, ofrankowany odpowiednio sudańskiemi znaczkami, jakie mi pozostały jeszcze - i proszę o nadanie polecone. Załączyłem do tego listu 2 fotogr. (wolne!) do ewent. sprzedaży. Może dojdzie!

Najbardziej się cieszę, że mam spodnie nowe i tak tanio! - pomyśl, 0 fr tylko, do tego jeść do syta, rower zreperowany - pójdzie znowu kawałek drogi!

I popatrz - Polak ani groszem nie pomógł, choć byłbym nie przyjął, obcy około 100 fr w towarze i życiu jednego dnia dali. No! - ale Pa!

Batu, Congo Belg., 18 I 33

Drogi mój Marysiek!

Noc spędzam w murzyńskiej podróżnej chacie, na ziemi - pościeliłem, ugotowałem herbatę i jajecznicę z 2 jaj, a teraz, zanim usnę, chwilkę pogawędzę.

Ruszyłem dopiero około 8mej rano z Faradje. Po drodze wpadłem jeszcze do jednego Greka - znajomego od wczoraj, który mi coś obiecał na drogę. Było to 200 papierosów pysznych i ładna cygarniczka z kości słoniowej w kształcie krokodyla.

Mój gospodarz dał pojeść, paczkę dużą herbaty na drogę i pyszny chlebuś upieczony po murzyńsku w garnku glinianym.

Droga ciężka - wstąpiłem do misji kat. (O.O. Dominikanie), parę zdań, 2 zdjęcia i dalej. Wiatr miałem przeciwny, drogę górzystą i rower znowu jęczy - połamane sprychy, tak jakbym wczoraj nie reperował! Upał okropny - ręce pęcherzami pokryte, palą jak ogień. A gdy na chwilkę słońce się kryje, to ziąb idzie na ciele - w rezultacie chrząkam jak łotr Gliński.

Nad wieczorem zbliżała się burza - pioruny trzaskały, ale szczęśliwie uciekłem przed nią i sucho tu działam. Po drodze widziałem słonie i 5 lwów bawiło się niedaleko drogi, ale grzeczne były. I tak widzisz nieciekawy wcale dzień - ot taki sobie.

Myślałem dużo o Was, o Tobie - i dlatego nie jechałem dalej, choć tylko 25 km dzieli mię od miasteczka Watsa. Ale gdybym nie dojechał, mogłoby być krucho - tak lepiej, przynajmniej nocuję we wiosce.

Całuję mocno i Dobranoc. Pa!

K.

Watsa, Congo Belg., 19 stycznia 33

Kochanie Ty moje!

Od południa bawię w Watsa. Droga - tych ostatnich 25 km nad wyraz ciężkie, ale choć pieszo tu dotarłem, nie czuję zmęczenia. Przyjęcie jak najlepsze - zawarłem dobre znajomości i pierwsze 400 fr wpadło do kieszeni. Syty jestem, a i nową silną koszulę kupiłem za 0 fr - drogo, co? Ale Grecy są mili! U nich nocuję całkiem wygodnie, a jutro raniutko wstać trzeba - będę zwiedzał kopalnię złota! Tak moja Maryś! Tu złoto kopią - dużo złota! Cieszę się prawdziwie, że raz zobaczę kopalnię złota - oprócz tego zaproszony jestem na obiad przez dyrektora kopalni - to też coś warte. Oby tylko Bóg Dobry dał natchnienie, abym coś ładnego napisał - a tem samem dostał się mój artykuł na łamy prasy belgijskiej - naturalnie w tłumaczeniu! - byłby to krok naprzód, o tem dziś myślę!

A teraz spać - jutro trzeba sił, tyle złota jutro widzieć będę! Złota!

Całuję mocno i pieszczę czule. Wasz duszą całą Kazimierz.

Ciebie specjalnie tulę dziś do serca - już mi naprawdę brak mojej Maryśki. Pa!

Watsa, Congo Belg., 20 I 1933

Ukochana Maryś!

U Was jeszcze ciemno, tu już od godziny świeci słonko jasne - bo to już i 7ma rano! Ja dziś wcześniej wstałem - o 5tej już murzyn przyniósł gorącą wodę do kąpieli, w końcu raz brudy z ciała zmyłem. Po kąpieli ubrałem się spiesznie, dobre śniadanie - i wyszedłem w stronę dyrekcji kopalni na przechadzkę!

Cudowny ranek! Na drzewach mango, "paj-paj" i na kwiatkach róż drżały brylanciki rosy porannej, a piękna panorama gór, przez które przebić się zamierzam, tonęła w błękitnawej mgle poranka. Barwne ptactwo świergotało w gęstej zieleni drzew i miłem gwarem szło po pięknych ogrodach urzędników kopalni.

Urzędnik, który mi ma towarzyszyć, dopiero za 1/2 godz. będzie wolny, zatem siadłem i marudzę. Choć piórem i myślą zbliżam się do mojej Maryśki, która w biednej izbie boruszyńskiej zmarzła i może w tej chwili wstaje ze snu! O! - czemu ja Ci posłać nie mogę tych złotych promieni słońca, tej rosy cudownej, która brylantami drży na rozkwitłych pięknych kwiatkach róż! Czemu choć posłać Ci nie mogę tego bogactwa owoców dojrzewających. Złote banany, duże smaczne "paj-paj", rumiane - niby buzia naszej maleńkiej Elżuni - wonne "mangen", duże pomarańcze, cytryny - i Bóg wie, jak się te smaczności nazywają! Dużo wszystkiego, tanie!, ale co? - ani mię cieszy to wszystko, bo wiem, że Wam brak wszystkiego, a ja posłać nie mogę nie tylko tych pysznych owoców, ale i grosza trochę choćby. Wczoraj zyskany grosz to prawie 100 zł, ale ja rezerwę potrzebuję - czeka mię zresztą jazda okrętem przez olbrzymie jezioro Tanganika, kupno materjału foto - eh, eh. O! - żeby Wam choć redakcje posłały trochę grosza!

noc, 20 stycznia 33

Noc - dopiero wróciłem z obiadu od dyrektora kopalni złota. Dzień cały zbiegł na zwiedzaniu całego szeregu kopalni złota - kupa, kupa wrażeń. Złoto, szarańcza, 100 kilometrów autem, przyjęcia, poczęstunki, zwiedzanie, przepiękna burza tropikalna i jazda około 50 km autem - a po obu stronach drogi trzaskały pioruny - obiad, miła pogawędka - pani dyrektorowa bez przerwy częstowała dobremi czekoladkami, pan domu był więcej jak serdeczny. W końcu jestem w mej izbie - sam, z myślą tylko rwącą się do mej kochanej Maryśki...

Ty mi może pozazdrościsz Maryś, że ja takie luxusowe życie wiodę tutaj - ale bo i też jest czego zazdrościć. Ale to chwilka - to sen! Tam w Sudanie obco było - tu chwilowo tak swojsko, jak mało kiedy w podróży! Ale i dobranoc! Czas spocząć, a naprawdę czuję zmęczenie! Pa! Dobranoc! Dużo ucałować czułych i serdecznych

Wasz K.

noc, 21 stycznia 1933

Kochany mój Maryś!

Jeszcze nocuję dziś w Watsa, choć miałem zamiar rano odjechać. Zbudził mię rano dyrektora sługa, a w pół godziny potem z dyr. kopalni ujeżdżałem autem po okolicy. Zwiedziłem szpital-kwaterę robotników, potem rower zaprowadziłem do reperacji; cały szereg ciekawych zdjęć zrobiłem, w końcu rozlał się deszcz - jechać nie sposób było, zresztą pragnąłem odpoczynku chwilę.

Dyrektor kopalni posłał mi pudełko, dużo smacznych czekolad, keksów i piernika, z bardzo serdecznym listem i życzeniami szczęśliwej podróży. Miły człowiek, ale ja bym wolał pieniądze, o ile mam być szczerym. Czekolady stąd posłać Wam nie mogę! Gospodarz mój dał mi na drogę dużą puszkę herbaty (jakieś 10 zł wartości), 1 kg cukru, 200 dobrych papierosów, zapałki, a więc więcej jak potrzeba - mam już cały magazyn konserw i żywności oraz papierosów, które chętnie bym sprzedał, ale to nie wypada. Wszystko gratis i ze serca dane - prawdziwie ze serca! A jeść to przez te 2 dni zjadłem tyle, że naprawdę nie wiem, gdzie się to zmieściło! A do tego mam apetyt - o!, taki wilczy apetyt!

Byle Bóg Dobry i Wam pomoc zesłał. O Maryś! - mnie tak boli, gdy mam dużo wszystkiego, a myślę, że u Was głodno! To najbardziej boli! Ale i Dobranoc! Całuję mocno, Wasz duszą całą Kazimierz

22 stycznia 1933

Nocuję u urzędnika kopalni złota 65 km od Watsa, które opuściłem dopiero koło 10tej rano. Dziś bowiem niedziela, więc byłem na mszy św. o 8mej, a potem księża Dominikanie zaprosili mię na śniadanie. Droga okropna, rower znowu ledwo dysze - oj! To już rozpacz z rowerem. I taki śpiący jestem, że ani widzę pisać - ale to i 10ta noc. 3 godziny szwargotałem po francusku - trudno! To całe szczęście, że choć trochę znam język franc. - inaczej bym zginął tutaj. No Pa! Dobranoc

23 stycznia 1933

Kochany mój Maryś!

Nad ranem rozszalała burza - taka podrównikowa, straszna! Wstałem o 6tej, ale dotychczas (godz. 9ta) o wyjeździe ani mowy nie ma. Mgły gęste spowiły góry, deszcz leje i leje, grzmi, biją pioruny. Najciekawsze to, że to jest tak zwany "sezon suchy", jak zatem wygląda tutaj "sezon mokry"?, jeżeli co dzień teraz leją deszcze?! Nie narzekam - owszem!, stęskniony jestem deszczu, ale utrudnia to poruszanie naprzód. Wczoraj szczęście miałem, że sforsowałem i przybyłem tutaj - gorzej by było noc pod namiotem spędzić i na wilgotnej leżeć ziemi. Ot - Bozia Dobra, pomaga na każdym kroku.

Deszcz leje, ja wygodnie siedzę sobie na ganku i gawędzę z moją Kochanką! Papierosy, czekolada - chwilami mam wrażenie, że jestem w Karpatach. Powietrze wonne, wilgotne, świeże, a Afrykę przypominają tylko skrzekliwe małpy, które mimo deszczu po wysokich drzewach się gonią i akrobatyczne skoki wyprawiają - jak te tam w ogrodzie zoologicznym w Poznaniu!

24 I 1933

Kochanko!

Dzień dobry i mocne ucałowania dla mojej Trójki. Jest okazja, więc wyślę ten list, choć nie zakończony - tu trudno z pocztą, Bóg wie, kiedy odchodzi. Następny list wyślę może za tydzień wraz z listem do "Kurj. Warsz." - który do połowy napisałem. Pa, całuję mocno

Kazimierz

Adres ten sam. Ucałuj dzieciny i Nusi prześlij pozdr. Pa!

Kopalnia złota w Watsa - przekop przez górę

List nr 64

Adranga, Congo Belg., 26 I 1933

Najdroższa Maryś!

Dotarłem tu nocą dnia 24 stycznia, a jutro dopiero ruszę dalej. Te trzy dni milczałem, nic do Ciebie nie pisałem - i co przeżywałem, wie Jeden Bóg. Do Niego też uciekałem się o pomoc...

Teraz jestem już znowu w posiadaniu "Contaxu", który mimo nadzwyczajnej ostrożności został mi skradziony przez murzynów około 9tej wiecz. - w czasie kiedy po podróży gotowałem kolację.

Wyobraź sobie Maryś, co ja przeżyłem! Dawałem znaleźne - 500 fr w końcu, nic - złodziej tuż koło ogniska siedział i śmiał mi się w oczy.

Cudem ale składało się wszystko - mimo zupełnej nieznajomości języka i okolicy dotarłem do najbliższego komendanta policji, naturalnie autem, daleko bardzo, a po drodze uzyskałem list polecający, i razem w 24 godz. po kradzieży paliłem cygaro w salonie p. Administratora.

Przeziębiłem się wczoraj silnie, a głowy już nie czułem, modliłem się ale... a dziś rankiem 2 auta policyjne z komendantem i 5 żołnierzami jechało do Adranga - i zaczęło się śledztwo! Dla mnie śledztwa to rzecz okropna. Nerwy poszarpane, dochodziłem do okropnego stanu!

A gdy w ręku żołnierza zobaczyłem mój Contax - ucałowałem rękę urzędnika, który tak zgrabnie ujął sprawę i obdarzył mię "Contaxem". Oprócz 22 zdjęć, które były w aparacie, a które zniszczone zostały, wszystko w porządku - żal mi tylko, że nie mogłem stłuc gębę łotra - zrobiła to ale policja, a że to była kradzież z włamaniem, więc złodziej posiedzi sobie najmniej 5 lat (przymusowych robót), a z nim i inni współwinni, którzy nie wydali od razu złodzieja. Mam ale sumienie czyste jak łza - byłbym z radością wyzbył się aż 500 fr, gdyby mi był złodziej od razu oddał, a tak pieniądze w kieszeni, złodziej związany za szyję maszeruje do Aru, a ja mam piękne zdjęcia całej rzeczy, a więc i Ty zobaczysz łotra! Syn szefa!

Sądzę, że razem ze mną się ucieszysz, bo pomyśl! - aparat jeszcze niezapłacony, a już go stracić miałem! Bóg ale Dobry widzi mój trud, nędzę mego życia... Tylko jestem taki zmęczony, taki słabiutki, że ani nie wiem, jak się jutro wydrapię na góry, które autem jadąc widziałem wczoraj! A do tego "pora sucha" niby, a leją deszcze co dzień, takie okropne, tropikalne, które lodem krew ścinają. A ja tak ubrany jestem skromnie! Drżę, to znowu ociekam potem - okropny klimat!

Ale to i wieczór się zbliża, trzeba postarać ogień i coś zjeść, bo naprawdę głód czuję - głód i zmęczenie!

Całuję Cię mocno - Twój biedny Kazimierz. Ucałuj ode mnie dzieciny drogie!

Adranga, 27 I 1933, Congo Belge

Kochana Marysieńko!

Zbliża się wieczór, lecz mimo że wcześniej rankiem się zbudziłem, nie opuściłem Adranga - całkiem po prostu nie mam sił. Nogi drżą pode mną, w oczach ciemno, szum w głowie. Lęk mię ogarnia, tem bardziej że tu lekarza nie ma ani człowieka, z którym mógłbym się rozmówić.

Adranga, 29 I 33

Mój Maryś Jedyny!

Dziś urodziny Romulka, a tem samem rocznica Twych cierpień. Niedziela, a ja na tej samej pryczy leżę - chwilami majaczę, to znowu przytomność wraca. Co mi jest - sam ani nie wiem. Dziś już 5ty dzień bez pomocy leżę w pustym domu. Oj! - ale ta głowa! O Maryś! - czemu Twe drogie ręce tak daleko! I zdrowie by było - Maryś natarłaby, napojiła ziołami, a tak gorączka, znikąd pomocy. Pa!

Kani-Kani, 1 luty 33

Najukochańsza Maryś!

Jutro Twe Imieniny - o tem myślę i o tamtem, a chwilami świat cały zapada się - mam wrażenie niebytu...

Dobry doktor z Watsa, gdy doszła go wieść o mej chorobie, przyjechał wczoraj i tu mię przetransportował, a przede wszystkiem stawił dyagnozę: "bardzo silna malarja". Jest to nie rzecz nowa, bo już od dawna czułem i pisałem słabiutki, aż 26 stycznia przyszedł atak - rzuciła mię z nóg, a że już 8 dni zjada silna gorączka i nic jeść nie mogę, więc jeszcze kryzys nie nadszedł, a o poruszaniu się naprzód przed 1 kwietnia mowy nie ma!

Łzy mi w oczach stają, takim nadludzkim wysiłkiem jest napisanie listu - "oj ta Malarja". Najbardziej się jej obawiałem - przyszła, z nóg zwaliła, całe szczęście, że otoczenie ludzi dobrych zginąć nie da! A trudno! Bóg choroby zsyła - wolę ja przechodzić te okropne cierpienia, byle Trójka moja zdrowa była.

Czeka mię z miesiąc choroby, bądź ale spokojna Maryś, Bóg Dobry - widzi trudne me życie i zginąć nie da.

Całuję Was Troje i pozdrawiam, ale sił już nie ma do pisania. Bądź spokojna o mnie!

Adres NIZI, ale nie wysyłaj "par avion" - i tak mię wcześniej pocztą nie dojdzie aż po chorobie.

Nie wiem, jak wyślę następną pocztę, pamiętaj ale - żyję i nawet zdrów będę.

Całuję Cię mocno i z całego serca proszę - bądź o mnie spokojną. Strony, w których bawię, to królestwo malarji, a łaską niebios to, że poprzednio zrobiłem dobre znajomości i teraz dobrzy ludzie zginąć nie dadzą.

Bozia z Wami. Wasz bezsilny jak niemowlę

Kazimierz

Wybacz, że tak niemożliwie piszę, ale drżę z gorączki. Pa! List zabierze dobry doktor do Watsa.

List nr 65

Kani-Kani, 2 lutego 1933 (Congo Belge)

Maryś Ukochanie!

Wiele ja dziś o Tobie myślę moja Maryś. Dziś oprócz Twych Imienin i rocznica miła, ale pisać?! Oj, choróbsko trzyma i trzyma, a ani tyle siły nie mam, aby przejść przez pokój. 8 dni nic właściwie nie jem, a gorączka, która początkowo przekraczała 40°, zupełnie obezwładniła. Całe szczęście, że Bóg pomoc zesłał, że nie umarłem gdzieś po drodze.

3 luty 33 r.

Zdaje mi się Marysiek, że gorączka spadła, lecz zamiast czuć się lepiej - wręcz przeciwnie! Sługa murzyn wprawdzie dogląda mię znośnie, bo nie mam sił ani sam wstać na stronę, ale co! - włada tylko narzeczem Mongalla i porozumieć się nie mogę. Stolik nocny pełen słodyczy luxusowych - ananas, czekolada, Bóg wie co - a ja gdy spojrzę na te dobre rzeczy, żołądek przez gardło ucieka. O! - co bym dał teraz za litr kwaśnego mleka lub barszczu, lub coś w tym rodzaju, a wszystko do mej dyspozycji - i krów setki, i obsługa - a mój Boy nie umie zrozumieć, co pragnę. Są w okolicy 2 rodziny Białych, ale 5 km stąd - obiecali, że codziennie mię odwiedzą, tymczasem cicho i pusto w mej przygodnej, całkiem wygodnej willi.

Boy - służący - miły murzyn, ale tak cuchnie potem, że się duszę! W ogóle ja przywykłem do przebywania na świeżym powietrzu, a to masz! - już tyle dni opuścić łóżka nie mogę! Wierzę w Boga, w Jego pomoc, i to mię jeszcze przy życiu trzyma. Bo sił nic a nic!

4 luty 1933

Maryś Jedyna!

Noc! Zebrałem się na odwagę i owinąwszy ciepłym pledem, w ciepłej pyjamie i pantoflach siadłem do stołu, by chwilę z Tobą pogawędzić.

Wczoraj wieczorem przyjechał doktor z kopalni Watsa - przywiózł od dyrektora pozdrowienia i papierosy, butelkę wina i czekoladę. Powiedział, że list nadał do mojej Maryśki, nie przyniósł ale recepisu - sądzę ale, że na słowie polegać mogę!

Zbadał mię - gorączka spadła, ale to nie koniec choroby! Krew pełna malarji i choróbsko namęczy jeszcze. Całe szczęście, że proces moczowy w porządku - w przeciwnym razie śmierć. Jest to tak zwana czarna febra - to jest moc pochłania całą krew i w 3 dni najwyżej "koniec pieśni".

Muszę tu pozostać najmniej do 10 lutego, to jest tydzień. Nie wiem ale, czy będę miał w tym okresie tyle sił, aby ruszyć około 200 km do Kilo (NIZI), tam znowu muszę się zgłosić u lekarza (ta sama kopalnia złota) i zbadać krew. I dużo, dużo chininy zjeść trzeba, aby te obrzydliwe robaki, które żrą, zabić!

Lekarz jeść kazał dużo, pić dużo - jeść i jeść, a to jak na złość apetytu nie mam A to, co bym jadł, dostać trudno. Sługa, choć dobry - ale nie znam jego języka, a taki baran, że tak mi krew psuje jak malarja. Pokazuję na migi - lecz nic, nic!

Wczoraj posłałem do weterynarza (Włocha), który 5 km stąd mieszka, i przyniesiono mi z 1/2 l koziego sera. Zjadłem jak kruk, a wieczór kawa i duży kawałek cwibaka oraz 2 pomarańcze.

6 lutego 1933

Najdroższy mój Maryś!

Wczoraj nic nie pisałem. Rano leżałem bez sił, a dopiero w południe obmyłem się trochę, pomodliłem - i znowu leżałem.

Pop. odwiedziły mię 2 rodziny Europejczyków. Rozmawialiśmy z 3 godziny, a wieczorem siadłem do stołu, lecz pisałem do gazety - w końcu byłem bez sił i do łóżka uciekłem.

Dziś od rana jestem prawie na nogach. Zrobiłem sobie nawet spacer jakich 200 mtr. Słabiutki jestem, ale trochę lepiej się czuję - troszeczkę! Brak mi tylko apetytu, a to kiepsko, bo skąd nabyć inaczej siły? Jem na przemoc - trudno, trzeba!

Pisałem dziś do Gregera - zamawiam filmy. Mam już tylko kilka spulek! Życzę mu przy tej okazji imienin. Ciekaw jestem, czy mi pośle i kiedy dojdzie? Chcę zrobić cały szereg zdjęć Contaxem w najbliższym postoju, aby choć z 1000 fr zyskać. Może się uda! No ale Pa! Dobranoc! Całuję mocno!

7 lutego 1933

Kochana Marysieńko!

Dziś Romula imieniny. Biedny mój Kochany synek tak daleko, że ani drobnostki mu przesłać nie mogłem, ani ucałować, ani popieścić! Jestem dziś dzień cały myślą przy nim, ale czy on wyczuwa? Pieszczę jego blond czuprynę, całuję czółko i myślą na kolanach trzymam.

Ze mną bez zmiany - osłabienie okropne, a najgorsze, że brak apetytu! Przysłano mi dziś biszkopty, krem z czekolady, kaszkę. Najbardziej ucieszyłby mię rosół z kurczaka! Jem na przemoc, bo tylko dobre odżywianie wrócić mi może siły. Trudno mi wprost uwierzyć, że tydzień gorączki może z człowieka zrobić czerep - i czem jest to życie nasze?

Dziś byłem na przechadzce, był rano lekarz, była wizyta murzynów. Strach Maryś, patrząc na te nieprzeliczone rzesze zgniłych ludzi! Pomyśl - kilkunastoletnia dziewczyna w ciąży, ciało zjedzone przez syfilis, matka okryta ranami i dziecko przy piersi tak samo - oboje dostają zastrzyki przeciw syfilisowi. Syfilis i syfilis - starzy i młodzi, niemowlęta i dzieci. Inni znowu ranami okryci. Trąd pozjadał nogi, nosy.

A czy wiesz, że do wizyty przyprowadzać ich musi policja? Wolą gnić i siać wokół zarazę - straszni ludzie! Gdybym ja był władcą tych ziem, trułbym to zarażone robactwo - bo i czy to ludzie? Okryci ranami tworzą dzieci i np. jedna silnie chora kobieta ma już 3cie dziecko w czasie choroby. Naturalnie ojciec i dzieci, i matka: syfilis!

Ale ja Ci głowę zawracam - prawda Maryś? A to przecież ani Ciebie, ani mnie nie obchodzi. Ot - taki już świat! Aha! - wiesz? Dziś napisałem list do ambasadora Polski w Waszyngtonie. Znam go z Bruxeli - miły człowiek, nazywa się Tytus Filipowicz i był 5 lat temu posłem w Bruxeli. Proszę go o zainteresowanie mą podróżą kogoś z Polonji amerykańskiej. Ciekaw jestem, czy co z tego będzie? Może! Ucałowań dużo specjalnie Romulowi! Pa!

8 lutego1933

Jedyna moja Maryśko!

Dobry wieczór! Znaczna poprawa w stanie mego zdrowia. Dostałem w nocy apetyt i wiesz? - wstałem, zjadłem kupę sera, popiłem maślanką, a przy tem spory kawałek chleba z masłem zjadłem. Jak tak dalej pójdzie, za tydzień ruszę, ewentualnie zrobię postój po 200 km drogi - to jest w Kilo (koło NIZI - poczta). I tak u lekarza w Kilo muszę wziąć próbę krwi, a tem samem ustalić ilość chininy dziennie, jaką mam zażywać. Obecnie zjadam rano i wieczór po 2 pigułki, a oprócz tego i pastylka aspiryny, jakiś mdły syrop - ponoć idealna rzecz!

W każdym razie Kochanie nie przejmuj się moją chorobą - ludzie zginąć nie dadzą, a i ja sam dbam o siebie, jak mogę - wcale mi się nie uśmiecha umrzeć! Wszyscy Europejczycy tu nad równikiem chorzy są na malarję - nie ja jeden.

Z Kilo wyślę pocztę do gazet i film do Gregera do powiększenia. Ciekaw jestem, jakie wieści przyniesie poczta? Już prawie i czas, aby listy do NIZI doszły. Boże, Boże! - żeby choć redakcje coś Wam nadesłały, aby głodno nie było i chłodno! Ciekaw jestem, czy cała poczta doszła rąk Twojich, bo ja zaledwie jeden list osobiście wysłałem z Conga - inne przez ludzi i nie mam dowodów nadania. Ucieszę się, gdy dostanę potwierdzenie od Ciebie.

Jeżeli Przew. Kat. wydrukował coś mego - to poślij mi cały numer. Ale chwilowo nie monituj o pieniądze - chciałbym bardzo, aby dużo wydrukowali. Przyda mi się jako reklama - bądź co bądź 1/2 miljona czytelników!

Coś Ty pisała Maryś do tego ks. z Panienke? Pisał do mnie - prosi znaczki, ale ja mu posłać nie mogę, bo on chce za darmo. To jakiś sknera - na list, jaki mu posłałem, powinien był przesłać z kilkadziesiąt złotych, a nie zaledwie zwrot mojich kosztów. Puść go w trąbę!

Były święta - ciekaw jestem, czy Maryś moja zrobiła wspólne zdjęcie? Pojęcia nie masz, jak Was pragnę zobaczyć choć na obrazku! Czy Marysiek Elżuna czyta książki? Wyszukaj dla niej coś ładnego, niech Ci w głos czyta - to kształci i urabia duszę, niech dużo czyta! A czy Romul przeskoczy do trzeciej? Czy on się bierze do nauki? Kiedy już sam do mnie napisze? Kiedy twój śp. Ojciec umarł? Śp. Mama Twoja wiem - 23 listop., gdy ja byłem na morzu. Chciałbym dużo, dużo o Was wiedzieć - ostatnie wieści od Ciebie noszą datę 29 grudnia 32 r., już więcej jak miesiąc stare! Ucałuj ode mnie dzieci i Nusi poślij ucałowania ode mnie. Ciebie mocno całuję i tulę do serca. Pa! Twój i Wasz

Kazimierz

List nr 66

Kani-Kani, Congo Belge, Afryka czwartek, 9 luty 1933

Najukochańszy mój Maryś!

Dziś rankiem odjeżdżał asystent doktora, w którego opiece jestem. Zabrał na pocztę do Aru 3 moje listy: do Ciebie, do Gregera i do ambasadora pol. w Ameryce. Nie wiem ale, czy zdążą te listy na kurjer (auto), który odchodzi z Aba do Juba w niedzielę - dziś bowiem czwartek! Tak mi niewygodnie z brakiem urzędów pocztowych, jedyna droga wysyłki listów to przez osoby trzecie - naturalnie gdy jest okazja.

Po wczorajszym mięsnym obiedzie miałem okropną noc - takie sny męczyły, że rano byłem śmiertelnie wyczerpany. Czuję się dziś licho, a na domiar twarz od zęba napuchła. Na dworze rozszalała burza okropna i wilgoć do kości przenika. Zaczynam się nudzić, polotu myśli brak, przez to choćby, że nic nie wiem o mojich sprawach. Ale chwilowo o odlocie nie myślę jeszcze - za mało sił. Jeszcze i czasem pokój kołuje mi w oczach i szum nie ustał w głowie - nie jestem jeszcze zdrów. O! - stracić zdrowie to tak lekko, gorzej potem do sił wrócić, z powrotem uzyskać werwę życia.

Czas tak leci! - dziś miesiąc jak ostatecznie pakowałem moje rupiecie w Juba, a ja za ten miesiąc zaledwie 500 km posunąłem się naprzód - mało! Ale i Pa! Całuję całe Twe Drogie ciało - Twój chory i biedny Kazimierz

piątek, 10 lutego 1933

Najdroższy mój Maryś!

Dziś noc całą śniłem o Tobie - dziwny sen! Uciekałaś przede mną, szukałem Cię ciągle - i tak do ranka. Ząb bolał niemożliwie - właściwie nawet nie ząb, tylko korzeń. Ja już w ogóle zęby straciłem! Czuję się znowu lepiej, ustają zawroty głowy - no! Bo to dziś i 16ty dzień choroby - czas aby już wracać do zdrowia. Jem dużo, choć nie z apetytem, ale z rozsądku. Według zalecenia lekarza powinienem jutro opuścić Kani-Kani, ale jeszcze pozostanę dni parę - boję się paść bezsilny na drodze, do tego bardzo górzystej. Po niedzieli dopiero odlecę! Korci mię poczta, którą spodziewam się zastać w NIZI, a i trzeba filmy wywołać i wysłać korespondencję, aby Wam pomóc.

po południu...

Kochanko moja! Dziś pop. grzebiąc w notatkach znajduję jedną, która nie jest skreślona. Dnia 20 X 1932 z Wadi Halfa wysłałem do Pani nauczycielki nazwiskiem Koberówna (?) w Wągrowcu (sądzę starczy adres: szkoła) 5 pocztówek ze Sahary i proszę o wysłanie na adres Boruszyn 7,60 zł, to jest 5 × 1 zł i 2,60 zł poszło polecone. Jeżeli ta Pani jeszcze nie zapłaciła, to całkiem po prostu zamonituj i grzecznie, ale żądaj zapłaty! Że też ja szczęścia nie mam nawiązać z kimś kontakt taki, aby coś zyskać. Na koresp. więcej straciłem - ludzie podli!

noc!...

Nie kleji mi się pisanie ani spać się nie chce - tak mi czegoś smutno, że miejsca znaleźć sobie nie mogę. W całym domu sam tylko jeden jestem, żeby choć był polot myśli - przynajmniej czas bym jakoś skrócił. Czemu Ciebie tu nie ma Maryśko? O! - byłoby nam tutaj jak w raju, bo i miło tu, ładny pokój i okolica! Całuję silnie i do serca tulę. Pa!

Dobranoc!

sobota, 11 luty 1933

Moja Droga Marysieńko!

Dzień zbiegł - właśnie co dopiero zjadłem kolację. Pojęcia nie masz, jaki jestem duchowo rozbity. Chcę pisać - i nic się nie kleji. Zaledwie 2 listy mam napisane - do Kurjera Warsz. i do Przewodnika. Niedługie - jeden 12, a jeden 15 stron. Nie wiem zresztą, do kogo pisać? Wszystkie gazety mają jeszcze na pewno materjał. Do Światowida napiszę dopiero po wywołaniu filmów i poprowadzę opowiadanie według udanych zdjęć. A naprawdę nie wiem, czy pisać do tych Panów z św. Marcina. Tam tyle listów tkwi! - cała kupa!

Pragnąłem bardzo odpocząć, ale wiesz Maryś, że ten postój w Adranga i tutaj wcale nie jest odpoczynkiem! Dziś rano wziąłem się do uporządkowania bagażu i przy pompowaniu roweru tak byłem już wyczerpany, że omal nie omdlałem. Naokoło oczu czarne obwódki, a taki blady jestem, jakby we mnie ani kropli krwi nie było. A jednak czuję, że gdy ruszę, będzie mi lepiej - tu mię zabija bezczynność zupełna. Nie wiem, w Kilo pójdę znowu do lekarza, zobaczę, co powie - ewentualnie w Kilo będę się jeszcze trochę obijać. Mam zamiar we wtorek najbliższy ruszyć.

Żeby tylko zastać pomyślną pocztę, żeby wiedzieć, że jakieś pieniądze przyszły, że Maryś moja niegłodna i że dzieci chleba nie łakną! Parę wycinków z gazet dla zachęty - byłbym może lepszych myśli! Jedno tylko mię przeraża - do tej poczty aż 200 km drogi górzystej, ciężkiej, a ja taki słabiutki! No! - ale może Bóg sił doda. Na dobranoc pieszczę Was i całuję, a Ciebie czule do serca tulę. Twój i Wasz

Kazimierz

niedziela, 12 luty 1933

Maryśko Jedynie Ukochana!

Dobry wieczór! Po kolacji czekam na herbatę i piszę. Niedziela dziś - spędziłem ją więcej w łóżku jak przy stole. Zęby bolą, trzeba się wygrzać, był zresztą dziś taki chłodny dzień - wściekała się wichura. Pop. pisałem list do Mamy z życzeniami na 25 marca, w końcu wlazłem do łóżka i czytałem geografję Conga, studjowałem mapę - w końcu usnąłem trochę. Gdy się ściemniać zaczęło, przyjechali autem Europejczycy z okolicy, aby mię odprowadzić od planu wtorkowego wyjazdu. Sam nie wiem, co robić. Jestem naprawdę bardzo, bardzo słabiutki, a ten Włoch mi mówi, że gdy się sforsuję, wrócić może gorączka - a to 200 km drogi! W końcu uradziliśmy, że dla wypróbowania sił jutro ich odwiedzę - rowerem coś 5 do 7 km drogi. Może to i lepiej zrobić najpierw małą wycieczkę jak po chorobie ciężkiej od razu stanąć do tury 200 km.

poniedziałek, 13 lutego 33

Mój Marysiek!

Wczoraj tak nagle urwałem gawędę, ale omdlałem przy stole. Położyłem się - poty zimne to gorące mię oblewały i żołądek do gardła się cisnął przemocą. Źle mi było - teraz czuję się słabiutki jak niemowlę. Straszny jednak ten klimat pod równikiem - a ja przecież jestem jeszcze dość wysoko w górach. Jeżeli mi służący rower będzie umiał napompować, to pojadę do Kiri-Kiri, inaczej nie dam rady. Boże! - kiedy znowu wróci zdrowie? Gdzie się podziały moje siły? O głodzie jechałem setki km - a teraz syty i ledwo łażę! No! - ale Pa! Wieczorem znowu nagawędzę. Całuję

Kani-Kani, poniedziałek 13 luty 1933

Kochany mój Marysiek!

Dziś trochę odmienny dzień od tych 20 dni minionych - 20 dni choroby!, 20 dni łóżka. Rano po śniadaniu wybrałem się do sąsiedniej farmy Kiri-Kiri, to jest do tych Europejczyków, którzy mię odwiedzali. Uczucie naprawdę dziwne - szum w uszach, góry się chwiały jak żelatyna mało skrzepła. Siadłem na rower i jakoś jechał, ale kolana drżały - po prostu bałem się tej przestrzeni 7 km, które miałem przed sobą. Słońce paliło, ociekałem potem, drżałem, każdą małą górkę pieszo podchodziłem, ale dotarłem. Wprawdzie bez tchu, śmiertelnie zmęczony, jednak 7 km górzystej drogi przebyłem!

Ucieszyli się mną - rozmowa, potem obiad, potem przyjechał urzędnik policji z okolicy ze swą żoną, a w rozmowie dowiedziałem się, że mieszka tuż przy drodze, którą wypada mi przebyć - z Kani-Kani 27 km. Zostałem zaproszony na nocleg - a więc to będzie pierwszy mój etap, stamtąd potem do następnego etapu 40 km, następnie 60 km i tak powoli jakoś może znowu wejdę w podróż bez narażenia zdrowia i życia.

Dojeżdżając do mej przygodnej rezydencji, spotkałem auto asystenta doktora, który na dwie noce i jeden dzień zjechał do Kani-Kani. Przywiózł mi pozdrowienia z Watsa od dyr. kopalni i doktora oraz 3 recepisy na listy, o których na wstępie listu wspominam. Biedna moja Maryś będzie 2 tygodnie bez mojego znaku życia - ale Bozia świadkiem, że nie moja wina. Kurjer już odszedł do Juba, gdy list dostał się do Watsa.

Niespodzianka oczekiwała mię w mem pokoju - pomyśl, dostałem 3 listy z Kilo z dopiskiem: Nieznany w Kilo - zwrot! Idiota urzędnik - przecież poste restante winne leżeć przez miesiące, a dopiero po tem czasie zwrot, bez dopisku ale nieznany! Poste restante nie potrzebuje być znany - wylegitymuje się i odbiera listy. Muszę zaraz jutro napisać do NIZI, aby mi Twojej poczty nie odesłali z powrotem. Pojęcia nie mam, kto mi te listy przyniósł tu do Kani-Kani, i to mię ciekawi najbardziej! Ciekawe, co?

Jeden list jest z Faradje od tego Polaka, który mi pomógł przekroczyć granicę, a dwa inne z Bruxeli z naszego Poselstwa - jeden na adres: Aba, drugi na adres Kilo - tego samego dnia wysłane "par avion". Oba tej samej treści, ani nie przypuścisz jakiej! Oto - że Ministerstwo belgijskiej Kolonji odmówiło mi pozwolenia na wjazd do Konga Belgijskiego bez złożenia kaucji, a ja akurat miesiąc jak bawię w Congo i mam wszelkie potrzebne dokumenty w ręku i wolną drogę przede mną. A wysiedlić mię mogą po 6ciu miesiącach najwyżej, o ile nie uzyskam przedłużenia, ale wątpię, aby Belgowie odmówili mi pozwolenia na pobyt - nie pracuję przeciw nim, przeciwnie, są mi nader mili. I to właśnie najciekawsze z dzisiejszego dnia! Ciekawe, śmieszne, wprost komiczne!

Wiesz? - cały dziś dzień spędziłem poza łóżkiem. Już gdzieś północ, a ja zmęczony jestem, ale znośnie się czuję. Widać zdrowie wraca - aby Bóg dobry dał! A teraz Pa! Dobranoc. Czule ściskam i całuję - Twój duszą całą Kazimierz. Ucałuj dzieciny ode mnie

wtorek, 14 luty 1933

Maryś Pieszczoto mych myśli!

Zbliża się 19ty marca - rocznica! Nie wiem, jak się złoży z wysyłką poczty, a nie chciałbym spóźnić się z życzeniami na ten dzień pełen najmilszych wspomnień z naszego wspólnego życia - więc już dziś ślę Ci z tej okazji życzenia serdeczne, by Bóg Dobry darzył Cię zdrowiem, a los aby się w końcu uśmiechnął do Ciebie i dopomógł do założenia gniazdka, w którym byłoby nam we czwórkę miło i przyjemnie.

Roku zeszłego przesłałaś mi na ten dzień drogi Kochany pukiel srebrnych włosów! To nic Maryś. Ja tak samo kocham Twe srebrne włosy - może nawet bardziej jak te, które tam na Krzyżowej ulicy czesząc - całowałem i pieściłem. Zresztą i ja tak głowę, jak brodę mam silnie przyprószoną siwizną i postarzałem się, że ani nie uwierzysz.

Czy ja wiem zresztą, jak wyrazić to, co serce czuje? Ty mi nigdy nie wierzyłaś, że tylko dla Ciebie żyję i chcę żyć. Czasy tylko ciężkie, pracy stałej znaleźć nie mogę i choć sercem i duszą całą pragnę być z Wami, włóczę się po świecie - nie dla rozkoszy, nie dla tego nawet, aby mię ten świat korcił. Bóg Jeden wie, jak trudne moje obecne życie! Nie piję, nie hulam, kobiety żadnej na świecie nie tykam - żyję dla Was, pracuję, jak umię, jak mogę, kocham Ciebie i dzieciny. Tęsknię - brak mi Ciebie Maryś jedyna! Brak mi Twych ust drogich, brak tych wspólnych wieczorów gawędy, kiedy po pracy wracałem do domu. A jednak los gna mię dalej coraz od Was, a chwilowo ani nie wiem, czy zahaczę tutaj gdzieś, czy dalej jeszcze tułać się trzeba. Wprawdzie tutaj choćbym pracę znalazł - to chyba po to, aby już nigdy stąd nie wyjechać. Klimat okropny, zabójczy wprost - straszne choroby szaleją i śmierć żniwo zbiera obfite. Myślałem i myślę stanąć na południu Conga, w górach Katanga - prawie 2000 km stąd. Tam dużo Europejczyków mieszka, klimat znośny, nie czuć prawie Afryki - ale to jeszcze daleko! 2000 km przez równik, do tego ciężka droga mię czeka!

List ten wyślę jutro przez asystenta lek. Możliwe, że 2 naraz otrzymasz - to jest może ten dogoni poprzedni. Chcę Cię ale pocieszyć, że czuję się co dzień lepiej - zdrowie wraca, za 4 do 5 dni polecę w stronę Kilo. Najbliższą okazję wysłania poczty wykorzystam, ale pamiętaj Kochanie - tu poczta rzadko gdzie i nie zawsze wysłać można. Bądź zatem cierpliwą i rozsądną, nic mi nie grozi! Bóg zresztą Dobry - czuwa nad włóczęgą! Pisz dalej NIZI, listy pójdą za mną, a gdy coś wróciło - wyślij ponownie. Popieść dzieciny ode mnie, uważaj na zdrowie - ono pierwsze! Raz jeszcze serdeczne życzenia - całuję i pieszczę czule, serdecznie, tak jak w 1922 roku. Bądź dobrych myśli - Bóg dopomoże. Miljony pocałunków i pieszczot.

Twój Kazimierz

P.S. Pozdrowienia dla ks. Proboszcza i przychylnych znajomych.

List nr 68

Kani-Kani, Congo Belg., środa, 15 II 33

Drogi mój Marysiek!

Przed chwilą wróciłem z przejażdżki do Kiri-Kiri, gdzie wybrałem się około 9tej rano. Jest to farma duża, własność kopalni złota "Kilo-Moto", a weterynarz jest Włochem - więc mile mi tam czas zbiega. Polecony zostałem przez dyrektora kopalni złota z Watsa, toteż w całym czasie mej choroby tutaj ten Włoch dostarcza mi i mleka, i maślankę, świeże masełko, które naprawdę grubiej na chleb nakładam jak chleba, jarzyny, kartofle, ser etc., etc. Reszta mego jadła to ze spiżarni doktora - też z kopalni Watsa - i gdybym chciał ten wikt opłacić i lekarstwa oraz bardzo miły i wygodny pokój według tutejszych cen, to już grubo ponad 2000 fr. Słowem szczęście w nieszczęściu. Mimo wszystko ale zmarniałem okropnie, a tak wyschłem, że wprost szkielet ze mnie, choć po postoju w Juba przyszedłem naprawdę do siebie i wyglądałem naprawdę dobrze. Co znaczy tych parę dni gorączki - i ta cała głupia malarja!

Jedno, co mię złości najbardziej, to wysyłka poczty. List, który zaklejiłem 8 lutego i rankiem 9 lutego odjechał do Watsa, został przez tego asystenta nadany do Ciebie 13 lutego - choć mógł być nadany 10 lutego rano, a pop. tego dnia - jak się dziś dowiedziałem - szedł kurjer do aeroplanu. Ty będziesz zatem 2 tygodnie bez wieści ode mnie przez podłość tego idyjoty medyka. Wczoraj ten asystent nagle wyjechał do Watsa - był tu ciężki poród z operacją - a że miałem list gotów, więc znowu przez tego Pana posłałem do Watsa - i wiesz? Pop. dziś przyjechał do Kiri-Kiri (wyjechał z Watsa przed 12 poł.) i listy moje miał przy sobie jeszcze - bydlę naprawdę! A na mej drodze znowu taka pustka pocztowa, bo prawie na 1000 km drogi zaledwie 3 urzędy pocztowe, i to takie, że ani nie rozumieją, co znaczy "poste restante" i zamiast według przepisów odczekać miesiąc czasu, a potem list nadawcy zwrócić z dopiskiem: niepodjęte w terminie, pisze: nieznany w Nizi i Kilo - zwrot i to odwrotnie! Oboje zatem musimy być cierpliwi i przygotowani na niespodzianki pocztowe - a może już nawet listy jakie wróciły do Ciebie? Dziś napisałem do NIZI, aby pocztę moją zatrzymali, że niedługo przyjadę - i tak trzeba będzie robić w przyszłości. Jest to trudne dla mnie, bo nie umię pisać po franc., ale co zrobić!

Co Ci jeszcze pisać? - aha, już pożegnałem się w Kiri-Kiri, chcąc wracać do mej kwatery, nagle nadciągła straszna burza - szczęście, że mię na drodze nie złapała! I tak czekałem potem ze 2 godz., dopiero po 5tej wróciłem do siebie zmarznięty na lód. Zęby, które od kilku dni bolą, dokuczają niemożliwie - twarz opuchła, a całe dziąsła w ogniu. Gdybym miał wodę utlenioną, zaraz by było dobrze, ale wypiłem ją na pustyni, konając z prag-nienia, a tu ani rusz znaleźć. A wszystkiemu winne to okropne powietrze podrównikowe - straszne strony Maryś! Zaś w książce pisze, że klimat Ituri jest łagodny i że należy do najlepszych w Congo! A ja tu za żadne skarby pozostać bym nie chciał - a już z rodziną bezwarunkowo nie! Malarja ogólnie grasuje - każdy Europejczyk, który tu przebywa, ją przeszedł, i gdyby przestał zajadać się chininą (lekarstwo), klapa. No! - ale i ściemnia się. Zjem kolację i hyc do łóżka, bo zęby tak bardzo bolą - trzeba wygrzać! Całuję mocno moją Trójkę. Pa!

Wasz Kazimierz

czwartek, 16 luty 1933

Ukochana Maryś!

Po obiedzie położyłem się trochę. Zbudził mię szalony wicher, który szyby wytłacza - zbliża się szalona burza. Kazałem sobie podać herbatę i  robić taki placek na jajach, jak to moja Maryś mi nieraz smażyła do kawy - i piszę. Jedno, co Ciebie i mnie ucieszy, to wracające zdrowie - co dzień jestem silniejszy i wracają siły. Poza tem nudzę się, bo ani rusz sklejić jakiś list do redakcji, ale to nie ucieknie - i tak dopiero w Kilo (NIZI) jest poczta, a przez ludzi nadać list nieznanej wagi trudno, bo jak opłatę powierzyć trzeciej osobie? Dziś rano nastąpiło również polepszenie w ustach - ból ustał, a spuchlizna kleśnie. Wypoczywam dni jeszcze kilka, a po niedzieli zacznę znowu tułaczkę. Jem, co się wlezie - dobrze i dużo. Apetyt wrócił, widać chinina zabiła malarję, ale do czasu jak bawię w stronach gorących trzeba regularnie codziennie zażywać po 2 pigułki. Pioruny walą - dobrze, że nie słyszysz, bo byś z lęku drżała! Całuję mocno, bo herbata na stole! Pa!

pod wieczór...

Deszcz leje i bez przerwy walą pioruny - szaleje burza. Przeglądałem wycinki z gazet i wściekłość mię ogarnia na myśl o Kurjerze Poznańskim. Ostatni mój list, jaki wydrukowali (to jest nr 6ty) w dniach 1, 2, i 3ciego września 1932 (z pustyni Tajta - naprawdę dobra treść!), wysłałem do redakcji ze Sebha dnia 26 II 32 (prawie rok temu!).

Ostatnio posłałem do Kurj. Pozn. list nr 13 (opis Lul i Malakal), zatem w samym Kurj. Pozn. tkwi mojich 7 listów. Dużo ciekawych rzeczy, tyle kart napisanych, a portorja przynajmniej około 40 zł z kieszeni i w rezultacie milczenie - i to od września ubiegłego roku, czyli prawie 1/2 roku! Ostatni list wysłałem par avion dnia 11 grudnia i sam nie wiem, co robić - pisać jeszcze czy nie? Podły naprawdę ten Kurjer Poznański! Tak samo Ilustracja Pol. - po artykule Rowerem przez kraj Faraonów w nr 43 nastąpiło milczenie. Był to list nr 11, zalega zatem w redakcji mój list nr 12, 13 i 14 z całym szeregiem ciekawych zdjęć i opisów.

Wiesz Maryś, że to dla mnie męczarnie - więcej nawet! Gdyby mię powiadomili, że rezygnują z mych opisów, wiedziałbym przynajmniej, że są szczerzy - trudno, powiedziałbym sobie i szukał innego ratunku, a tak tyle czasu straciłem i papieru, a w rezultacie Wy głodni - bieda.

List nr 12 do Kurjera Pozn. wysłałem na adres prywatny p. Jarochowskiego - prosząc go tak serdecznie o zainteresowanie się zaległemi listami. I co? - wszyscy podli! Teraz, gdy jestem tak daleko, że ani mowy nie ma o powrocie, milczą - a przyrzekali pomoc!

Najgorsze, że tu bezwarunkowo zarobić nic nie można. Miałem złe informacje - bo kolonja włoska osiedliła się w kopalni złota w Katanga (2000 km stąd), a nie w okolicach Kilo. Europejczyków tu bardzo mało - pomogli mi już dużo, ale za mało ich, aby fotografją coś zyskać. Jak Wam z pomocą pospieszyć - sam nie wiem. Na powrót rowerem sił nie mam, zresztą to z rok trzeba jechać, a opłacić podróż to jakie 2.000 złotych - więc choćbym zdecydował powrót i tak nic z tego! Więc trzeba bić się z losem dalej - ale jak Wam pomóc?! O Boże!

sobota, 18 luty 1933

Jedyna Maryśko!

Wczoraj nie pisałem do Ciebie, bo byłem tak pesymistycznie usposobiony, że bałem się po prostu pisać. Także na zdrowiu nie czułem się dobrze i do obiadu leżałem - i po obiedzie. Nad wieczorem dopiero siadłem do stołu i pisać zacząłem do I.K.C. (Kraków). Starałem się pisać tak, jak oni lubieją, to jest oprócz krótkiej wzmianki o sobie pisałem wyłącznie o obwodzie Kibali-Ihri, i zdaje mi się dobre to będzie. Do Światowida napiszę zupełnie coś innego, ilustrując dobrze - zobaczę, czy raz w końcu I.K.C. da mi kawałek miejsca! Ponieważ jeszcze do żadnej redakcji nie pisałem z Conga, więc pocztę wyślę wprost, aby udowodnić, że jestem w Congo, a tylko dla Przewodnika wyślę na Twoje ręce. Jednak do Światowida będziesz musiała posłać powiększenia, które do Ciebie od Gregera nadejdą, i to odwrotnie!

Choć lęk mię ogarnia na myśl o podróży, jednak pocieszam się nadzieją otrzymania poczty w NIZI, bo już kupę czasu nic nie wiem o Tobie ani o sprawach, które mię obchodzą. Ostatnio otrzymany Twój list nosi datę 20 grudnia 1932 r. Ty masz ode mnie świeże wieści, choć ostatnie może Cię zmartwiły, ale nie trzeba się martwić Maryś! Raz - że to nic nie pomoże, drugie - bez Woli Boga nic się nie dzieje. Gdyś otrzymała list donoszący o mej chorobie, ja już wracałem do zdrowia, a Bóg, zsyłając na mnie chorobę, zesłał i ratunek - ludzie dobrzy opieką otoczyli i żyję!

Nie wiem, kiedy dotrę do Nizi - w każdym razie forsować mi nie wolno. Pojadę może dni 8-10, byle rower wytrzymał! Wiesz? Znowu nadciągła burza - leje jak z cebra, pioruny walą. Oj to powietrze pod równikiem! Ale Pa! Całuję całą moją Maryśkę i nasze duże już łobuzy!

niedziela, 19 luty 1933

Kochanko moja! Maryś Droga!

Właśnie wróciłem z Kiri-Kiri, gdzie mię deszcz trzymał aż do zachodu słońca. Była to wizyta pożegnalna, a ludzie Ci tak serdecznie opiekowali się mną w chorobie, że naprawdę ktoś z najbliższej rodziny czulszym by nie był. Przypominam sobie, jak raz we Lwowie zachorowałem, a rodzona mama zaczęła się gryźć, co będzie jak umrę we Lwowie! A przecież do śmierci daleko mi było!

Jutro chcę ruszyć - czuję się dużo silniejszy, ale nie znaczy to, że zdrów jestem, bo i malarja to choróbsko rozwlekłe! Dokąd jestem w tropikalnych stronach, co dzień zażywać muszę chininę 2 pastylki dziennie. Nie wolno mi forsować - słowem uważać muszę, tem bardziej że po malarji przyszła anemja. Jestem blady jak kreda - wokoło oczu czarne obwódki. Dużo miesięcy upłynie zanim siły wrócą! Niebezpieczeństwa ale nie ma - nie gryź się stanem mego zdrowia, zmienię klimat i wszystko dobrze będzie.

Dotychczasowe doświadczenie daje mi pewność prawie, że głodu nie zaznam - ludzie gościnni, a żyją tak familjarnie, że wszędzie, gdzie biały człowiek mieszka, jest dla mnie miejsce przy stole, zatem o moje życie kłopotu nie mam - byle Wam z pomocą móc pospieszyć, to chwilowo największa moja troska. Ale Bóg Dobry, a Ty Kochanie ratuj się, jak możesz - ja chwilowo bezradny jestem! Choć i o Was nie zapominam - i proś Bozię, bym trochę pracy zarwał. Ach! W najbliższą środę przyjdzie zwykła poczta z Europy - żeby też dostać od Was wieści i dowiedzieć się, że Trójka moja zdrowa, a przy tem kilka wycinków z gazet i odcinków przekazów! Czy mi wierzysz Maryś Kochany, że mię bardziej cieszy taki odcinek przekazu, który mi prześlesz, jak te pieniądze, które od Ciebie otrzymałem? Mam jeszcze w kieszeni te 2 dolary, które uratowałem z listu pieniężnego wysłanego przez Ciebie do Cyrenajki, i te 2 funty, które w Assuanie odebrałem (choć jeden papierek jest już nie od Ciebie, tylko zastąpiony innym). Ogółem posiadam 3 funty szt. + 2 dolary + 300 i coś fr belg. Cały mój wydatek prawie od miesiąca, to jest od zachorowania, to znaczki poczt. 68 fr (mam jeszcze z tego około 40 fr znaczków). Boy - to jest sługa, który mi gotował i usługiwał w chorobie, coś 20 fr papierosy i 2 fr żywność - tylko na życie wydałem tu 2 fr, dużo - co? Są w tem drogie lekarstwa, wizyty lekarskie, przewygodny pokój i światło, kąpiele i żywność przeobfita, wino etc. Jak widzisz, Bóg czuwa nad tułaczem i choć zesłał chorobę - ale i równocześnie zesłał ratunek!

Wiesz Maryś - dziś po raz drugi spotkałem tego Polaka, który pomógł przekroczyć granicę. Spotkałem go u tego Włocha w Kiri-Kiri. Po drodze już słyszał, że mię okradli i że zapadłem na malarję. Pojechał do Irumu - to jest za Kilo jeszcze, a gdy będzie z powrotem jechać, spotkamy się na drodze.

Teraz po listach, jakie przed paru dniami z Bruxeli otrzymałem, jemu jedynie zawdzięczam, że przekroczyłem granicę - inaczej tkwiłbym rozbity na granicy Sudanu i Conga. Ale ja nudzę - ot, przywykłem do wygodnej izby i ciężko się ruszyć. Znowu trzeba wlec się co dzień ulicami, bez pewności, gdzie do snu głowę złożę. Oj! - obrzydła mi już naprawdę ta tułaczka, na pewno bardziej jak Tobie Boruszyn. Na domiar to okropne powietrze - co dzień leje i leje, burze, huragany - i to niby ma być "pora sucha". Jak zatem żyć tu można w porze deszczowej?

Znowu piszę... Wykąpałem się - umyślnie kazałem przyrządzić gorącą kąpiel, aby siły wypróbować, ale nie czuję osłabienia. Zjadłem kolację - duży sznycel wołowy i duszone kartofle, szklanka wina czerwonego, a od dziś już tylko po jednej pigułce chininy zażywam rano i wieczór, czyli 2 szt. na dzień (poprzednio aż 4 szt. dziennie!). Boy przyniósł herbatę, zjem jeszcze kawałeczek chleba z masłem - ot, jak widzisz, to odżywiam się dobrze, a lekarz tak nakazywał! - "jeść dużo - dużo i pić, jak chce Pan być zdrów - no i regularnie chinina!"

Nic jeszcze nie spakowane, ale to jutro rano zrobię - i tak mam tylko przed sobą na jutro taką drogę jak z Boruszyna do Obornik, tylko bardzo górzystą! Naturalnie duży bagaż jeszcze z Aba posłałem autem do Kilo - względnie z Juba. Ciekaw jestem, czy go odnajdę w Kilo! A teraz wypiję herbatę i hyc do łóżka. No Pa! - całuję tak silnie, tulę czule do serca i z myślą o mej Trójce usypiać będę. Pa!

250 km od Irumu, Congo Belg. 21 luty 1933

Ukochana Maryś!

Zbliża się wieczór. Stanąłem kwaterą w pustym domu przeznaczonym na kwaterę dla "białych", którzy są w podróży. Na środku izby płonie ognisko, przy którym siedzi garstka czarnych chłopaków, którzy mi usługują. Ze wsi przyniesiono mi 8 jaj (2 fr), pryczę i krzesło (2 fr), a posłałem jeszcze po mleko, bo nie mam ani trochę oliwy ani innej omasty.

Wczoraj opuściłem Kani-Kani gdzieś około 11 rano. Nie mogłem się jakoś wybrać, zresztą czekałem aż po nocnej burzy przeschnie trochę. Droga okropna - góry, a z góry jechać nie sposób. Deszcz wypłukał drogę, a ostre ruchome kamienie leżą wszędzie. Wczoraj na drodze kilka razy złapała mię burza - szczęście, że były w pobliżu chaty murzyńskie, a więc nie przemokłem.

Stanąłem kwaterą w "Tata" u tego urzędnika policji. Czekali na mnie - i bardzo serdecznie przyjęli. Rozmawialiśmy do 12tej w nocy, naturalnie po francusku. Żona tego pana jest zapaloną amatorką foto, a więc był temat - korzystam dużo, bo każda rozmowa daje nowe słowa.

Gdy się znalazłem w mojim pokoju, już sił pisać nie miałem. Pojęcia nie masz, jak mię zmęczyło tych 25 km drogi, którą wczoraj przebyłem, a do tego dostałem znowu udar słoneczny - ręce po łokcie okryte pęcherzami, ani usnąć. Na dworze to i lało - waliły pioruny.

Wstałem o 7mej rano, ale ani rusz jechać. Reperowałem tylne koło, które dogorywa - w końcu znowu była 11ta, gdy ruszyłem i tak samo jak wczoraj - raz po raz lało. Ledwo tu dotarłem poprzez góry wysokie.

Strasznie powoli jadę - po 2 dniach jestem zaledwie 50 km od Kani-Kani, ale trudno - deszcze i góry, a do tego po chorobie! Ściemnia się, urwę zatem gawędę. Całuje Cię całą myślą tęskną, a dziecinom ślę dużo pieszczot ojcowskich. Wasz włóczęga - tułacz Kazimierz

środa, 22 luty 1933

Kochany mój Maryś!

Dzień dobry! Wiesz - nie mam co zgotować, bo brak mi tłuszczu. Wypiłem trochę herbaty, mleka mi nie przynieśli wczoraj, herbatę na kolację i śniadanie. A teraz zawołałem murzyna i gotuje mi "maniokę", specjał murzyński - nie wiem ale, czy bez omasty przejdzie przez gardło.

Noc zbiegła - co chwila budziły myszy, które po mnie łaziły, a potem deszcz! Znowu w nocy rozszalała burza - straszna. Wilgoć także pod dachem, ale wszystko mokre. Niemiła taka noc w pustym domu! Zwłaszcza po przeżyciach z Adranga! Śpi się, jak to mówią, jednem okiem tylko! Okna świecą dziurami, drzwi nie ma, a tuż rozlega się puszcza, zatem można się spodziewać i odwiedzin leoparda czy innego zwierza.

Przynieśli mi jednak 1/2 l mleka - ot, choć tyle! Głupio jednak bez oliwy - mam dużo do gotowania, ale bez omasty nic przyrządzić nie można!

Żebyś Ty wiedziała, jak w nocy ogniem paliły ręce! Zwłaszcza prawa cała spuchnięta, a tam, gdzie normalnie sterczą kości, porobiły się wklęsłości - jak u małego dziecka. Przynajmniej prawa ręka pulchniutka! Bo całe ciało kościami sterczy! A nie mam jak ochraniać się przed temi porażeniami słonecznemi rąk! Głowa okryta dobrym kaskiem, pod którego jeszcze nakładam białą chustę, która i kark chroni od piekielnych promieni, koszule ale wszystkie z krótkiemi rękawami - taka tu moda, a zresztą tak i lepiej, tylko że ja ostatnio 26 dni leżałem i stara opalenizna zeszła. Trzeba na nowo ręce do słońca przyzwyczajić, tylko że te pierwsze dnie po chorobie przecierpieć trzeba dużo bólu! No! - ale ja się rozpisałem, a tu i czas przyrządzić się do drogi! No Pa! - całuję mocno

środa, 22 luty 1933, wieczór

Najdroższy mój Maryś!

Znowu jeden dzień włóczęgi minął - ciężki dzień. Dziś przebyłem coś 37 km drogi, ale takie góry, że prawie wszystko szedłem pieszo. Nocuję w takim samym domu wypoczynkowym, ale choć prosiłem, dotychczas drzewa nie mam, i zdaje mi się, że trzeba będzie spać na gołej ziemi.

Strasznie się wlokę - 3 dni jazdy zaledwie 87 km, a jeszcze ze 3 dni drogi, o ile tak jechać będę powoli, do Nioka, gdzie znowu spotkam Europejczyków. A głodno mi - trzeba choćby masła kupić i przetopić, aby było czem przyrządzać bedujińskie potrawy! No! - ale wezmę się do przyrządzania wieczerzy, i tak już się ściemnia. Całuję mocno i dobrej nocy życzę mojej Trójce - Pa! Wasz Kazimierz

czwartek, 23 luty 1933

Kochany mój Maryś!

Dzień dobry przede wszystkiem! Noc minęła - byłem tak zabarykadowany, że bezwarunkowo nikt się dobić nie mógł do mej fortecy bez zbudzenia mię. Toteż rano zbudził mię usługujący murzyn - byłbym go najchętniej jak psa zastrzelił, byłem bowiem taki śpiący jeszcze! Ale sen poszedł i teraz będzie już po 9tej, a ja sił nie mam ruszyć, a trzeba. A więc Pa! - spakuję bagaż, a wieczorem znowu pogawędzę. Pa. Całuję mocno

Nioka, Kongo Belge, 23 luty 1933

Droga Maryś!

Wnet północ - jestem dopiero w mej izbie. Nocuję u weterynarza, Włocha, z polecenia tego Włocha, który mię w czasie choroby odwiedzał i u którego byłem kilka razy w Kiri-Kiri. Pan ten spotkał mię na drodze, a że jechał z Kiri-Kiri, więc od razu na drodze zaczepił i zjedliśmy razem 2gie śniadanie. Czy wiesz Kochanie, że ja dziś już 54 km ujechałem? - i to trudnej bardzo drogi, a poza sennością czuję się dobrze, tylko ręce rozranione od słońca - pęcherze i rany! Ale trudno - to przejdzie, poboli trochę, a potem znowu słońca się nie boję. Jeszcze 100 km do NIZI, a ja jutro robię postój - zwiedzę farmy okoliczne. Warto zobaczyć - będzie kilka ciekawych zdjęć, ale w najgorszym razie 28 bm. powinienem dotrzeć do NIZI.

No! - a teraz Dobranoc. Całuję tak silnie, serdecznie tulę do piersi - a ucałuj ode mnie dzieciny! Pocałunki te oddam Ci, gdy już razem będziemy!

piątek, 24 luty 1933

Ukochana Maryśko!

Druga noc w Nioka. Noc! Ucichła farma, usnęły murzyńskie wioski okoliczne - nawet burza, która od wieczora szalała, ucichła, a migotliwe gwiazdy pokryły strop niebios. Głusza! Słychać zaledwie monotonne ćwierkanie świerszczy... i o czem Ci pisać Maryś? Naprawdę sam nie wiem. Dzień cały ujeżdżałem autem mego gospodarza, ale w rezultacie widziałem niedużo, a gdy się wybrałem robić zdjęcia, przeszkodziło mi zaćmienie słońca, które zaledwie sierpem wąskim świeciło.

Wieczór wypełnia wizyta u dyrektora farmy, a potem obiad wspólny u mego gospodarza. Konwersacja franc. do godz 11 1/2 w nocy, w końcu jestem u siebie w pokoju, sam, z głową pełną trosk, i gawędzę - ale czuję, że bardziej potrzebny Wam czek na kilkaset zł jak mój długi list, a myśl, że nie mam jak z pomocą Wam pospieszyć, przyćmiewa wrażenia i smutno i ciężarnie na duszy! Przede mną tyle trudu, olbrzymia przestrzeń i niepewność sił własnych, bo w końcu gdzie te siły czerpać? Nadzieja chwilami gdzieś znika i tak strasznie wtedy, tak okropnie - wyrazić trudno. Świat chory, praca coraz bardziej staje się przywilejem ludzi ustosunkowanych, a więc co począć Maryś? Jak choćby na chleb dla mojej Trójki zyskać... i nie dość, że smutno mi, że Was nie widzę, to ani z pomocą pospieszyć Wam nie umię. Pa! Dobranoc! Śpijcie zdrowo - Bozia Dobra może pomoc ześle, ja bezradny jestem. Całuję serd. Wasz Kazimierz

sobota, 25 luty 1933

Kochanie moje!

Wiesz Marysiek, że ja jeszcze dziś nocuję w Nioko? Tak! - ale nie z lenistwa, tylko gospodarz mój wcześnie rano wyjechał do dyrektora, a wróci dopiero na obiad. Nie wypada bez pożegnania odjechać, a zresztą upał był okropny i wichura taka, że z nóg zwalała, a od obiadu burza - znowu burza. Poprzednio przez rok cały nie widziałem deszczu, za to teraz leje i leje, a za dni parę przyjdzie sezon deszczów ulewnych, ja zaś jeszcze do równika mam szmat drogi. Myślałem, że ucieknę przed porą deszczową, ale choróbsko przeszkodziło. Gdy tu przed równikiem nastaje pora deszczowa, po drugiej stronie równika nastaje sezon suchy - tak ułożyłem dobrze plan i w Adranga się popsuło! Trudno, trzeba jednak iść dalej mimo wszystko!

Ale dobranoc! Całuję mocno i pieszczę czule moją Maryśkę - dziecinom ślę ucałowanie śpiących buzi Pa! Wasz Kazimierz

Djugu, niedziela, 26 luty 1933

Kochanko moja!

Jutro idzie kurjer do aeroplanu, ale tu poczty nie ma, nie wiem zatem, co robić! Jestem już tylko 55 km od NIZI, ale okropne góry i bezwarunkowo do południa nie zdążę, a tak bym chciał już ten przydługi list wysłać! Dać choćby znak życia.

Dziś przebyłem 45 km - deszcz przeszkadzał, góry, dużo szedłem pieszo, a stanąłem kwaterą u ludzi, którzy mieli tutaj hotel - i zdaje mi się trzeba będzie za nocleg zapłacić z 20 fr, co jest niby niedużo, ale ja powoli wydaję i wydaję, a że nic nie wpływa, więc każdego franka mi żal. Jednak pod gołem niebem pozostać, to jest pod namiotem, ale na mokrej ziemi, nie bardzo mię korci - boję się przeziębić, a noce tu bardzo zimne, w górach wysokich jestem.

Niedziela dziś - a ja chcąc nie chcąc musiałem spędzić ją na rowerze. Ani rano pomodlić się nie było jak, bo trzeba było trzymać towarzystwo z gospodarzem, a że i on w drogę się wybierał - trzeba było ruszyć przed nim.

Zapomniałem Ci wczoraj napisać, że znowu spotkałem się z tym Polakiem, o którym Ci z Aba pisałem. Nie wiem! - nie mogę znieść jego towarzystwa, wolałbym go nie widzieć więcej. Dumny niczem jakiś książę - no przecież to "Jaskold-Gabszewicz" szlachetnego urodzenia - a ja tylko "NOWAK"! On ma własne auto (za pieniądze żony Belgijki), ja tylko rower! Przemówiliśmy się i to dość ostro - naturalnie dyplomatycznie. Poszło o język włoski - byłem przecież u Włocha i miałem prawo mówić językiem gospodarza, tem bardziej że towarzystwo było ot takie: Polak, o którym mowa, i dwu rzeźników, a więc krępować się nie potrzebowałem. Pan ten zwraca mi uwagę, że powinienem z grzeczności mówić po francusku - ale ton żebyś słyszała! Aż się Włoch oburzył - on przecież był tylko gościem, niższym ode mnie, bo ja byłem zaproszonym gościem, on tylko tak wpadł sobie odpocząć. Wiesz? Ja nie cierpię towarzystwo polskie - to towarzystwo inteligentów naszych w Afryce! Dobrze, że choć mam czoło czyste i że ten Polak groźnym nie może być dla mnie - a zresztą Bóg wie!, może to drugi pan spod Kaira!

Koło NIZI, środa, 1 marca 1933

Maryś mój Biedny, Drogi Ukochany!

Wieczór, przed chwilą wróciłem z głównej dyrekcji kopalni złota w Kilo, gdzie się starałem o pozwolenie zwiedzania kopalni w NIZI, a zdjęcia kopalni w ten sposób uzupełnię. Naczelny dyr. przyjął mię serdecznie - w chwil parę był w mych rękach żądany papier. Nie dojechałem ale do NIZI - zanocuję u znajomego z WATSA, kupca Greka, któremu zawdzięczam dochód (400 fr) w WATSA.

Jadąc dziś, znowu udar słońca, ręce jak w ogniu, a zwłaszcza prawa - tak spieczona, aż do mięsa, i zaczyna obierać. Sam już nie wiem, co począć, aby wyleczyć ręce, a koniecznie muszę nosić koszulę z krótkiemi rękawami.

Ale ja kilka dni nic nie pisałem, zacznę zatem od Djugu. Była niedziela, hotelu nie płaciłem, ale noc całą tak okropnie lało, że opisać trudno, a gdy służący koło 8mej rano wzywał do śniadania, ani się wstać chciało, bo z okapu "ciurkiem" ciekły strumienie wody - deszcz lał bez przerwy. Dopiero koło południa wypogodziło się nieco i ruszyłem. Po drodze w urzędzie policyjnym zastałem kurjer-auto jadące do Juba, do aeroplanu (to znaczy list stąd par avion nadany idzie najpierw cały tydzień autem do Juba). Skreśliłem kilka zdań w pośpiechu, zapomniałem nawet podać datę, a że koperty brakło w teczce (już mam 100 szt.), więc jakąś z wilgoci sklejoną otworzyłem - i tak wysłałem bukiecik fjołków, które w Polsce są zwiastunem wiosny, a tu zwiastują nastanie pory deszczowej. Sądzę, że list ten zdąży akuratnie na 19 marca - takie przynajmniej moje obliczenia, a byłbym bardzo rad, gdybyś właśnie w ten dzień otrzymała tych parę kwiatków, które Twój Kazik włóczęga z myślą o Tobie i o miłej rocznicy rwał w puszczy podrównikowej. W dzień tej rocznicy myślą przy Tobie będę, ucałuję, wyściskam - choć myślą tylko, ale prawdziwie serdecznie! 4 fjołki - to Maryś moja, dzieciny nasze - a czwarty Twój tułacz.

Niedaleko od Djugu, bo po 25 km drogi - masz! Burza znowu, piekło! Grad taki duży jak ten swego czasu w Rumunji - i co aby ochronić bagaż i zwłaszcza aparaty, wypadło mi rozbić namiot i w dziewiczym lesie noc spędzić. I to jaką noc! Woda pod namiot podchodziła, lało i lało - ani się okopać, ani ogień nałożyć, ani wyciągnąć się choćby na wilgotnej ziemi. Noc całą dygocząc z zimna trzymałem w pogotowiu oszczep - ot, bo to i puszcza prawdziwa wokoło, i noc; ale ranek przyszedł jakoś - noc zbiegła spokojnie.

Dnia 28 lutego osiągłem w końcu NIZI - i na wstępie wstąpiłem na pocztę. Zastałem tylko 3 Twoje kochane listy - i to nr 56, 56b, 57. Naturalnie całuję mocno za trud, za serce i za troskę o mnie, za wszystko, wszystko razem. Zdziwiło mię tylko, że jeden list był adresowany Aba - a ja Ci ani tego adresu nie podałem, no i przykro mi było, gdy zobaczyłem że aż 3 listy par avion i że Maryś moja okradła sama siebie z takiej kupy pieniędzy - ale nie gniewam się o to; treść listów smutna i wesoła, ciekawa - ale ja mało się cieszę tym "Na Szer. Świecie" - podli jak i Kurj. Pozn., wszyscy jednakowi! Teraz p. Mróz, gdy ja jestem w kraju, gdzie na każdym kroku śmierć grozi, w stronach najciekawszych w Afryce, chce drukować, bo widzi w tym interes. Zapłaci za artykuł po 30 zł - jak za ten sprzed dwu lat - i ot, masz dochód!, zarobek! A kto mi zapłaci ten trud, te konania z pragnienia, te noce grozy po pustyniach i w puszczy? Tę choćby ostatnią chorobę, która gdyby nie dobrzy ludzie i nie to, że miałem szczęście nawiązać korzystne znajomości poprzednio, kosztowałaby najmniej z 2000 fr (tyle koniecznie trzeba było wydać i to najmniej! = 4 wizyty lekarskie autem po 360 km, pokój, wikt, lekarstwa, obsługa), a wiele ja artykułów napisać muszę, aby 2000 fr zyskać? I wiesz Maryś - nic mię nie cieszy. Jedna praca, gdybym ją znalazł, przyniosłaby prawdziwe zadowolenie - żadna redakcja nigdy! Zresztą malarja to nie igraszka, to nie koniec choroby - co dzień zajadać się muszę chininą, uważać na zdrowie, odżywiać się.

A teraz znowu staje przede mną szmat najstraszniejszej puszczy, lasy dziewicze, równik - a ja z oszczepem zaledwie w dłoni stanąć muszę do walki z przestrzenią. Rower dogorywa, trzeba się liczyć i z rozchodem na najęcie tragarzy, buty ostatecznie się kończą, słońce pali, nocą mróz prawie, choć nie poniżej zera - ale bardziej go czuję jak Wy może Wasz polski mrozik 35°.

Bardziej ucieszyło mię, że Przewodnik coś zapłacił, że choć od głodu uratuje na dni parę, i to, że jest nadzieja, że Kraków i Poznań oraz Warszawa coś poślą w najbliższych dniach. Uwierz Maryś, że cała nędza mego życia jest niczem wobec troski o Was - która prawie ani na chwilę nie opuszcza mego mózgu.

Najmilsze dla mnie to list Romula - pierwszy list od syna! - i potem ten list z Warszawy, z doniesieniami, że przyjmują i z ceną, o którą się oprzeć mogę. Jeszcze może i Kurjer Warszawski też coś wydrukuje - to Maryśka trochę się ubierze.

W każdym razie zastosuję się do Twych wskazówek - napiszę do "N S. Świecie" i do "Naokoło Świata", a oprócz tego wyślę i do "I.K.C.", i do "Światowida" i do "Kurj. Warsz." oraz "Przewodnika Kat." - i to jeszcze stąd, to jest z NIZI. Listy wyślę wprost, a Ty poślesz powiększenia - sądzę, że mam kilka ładnych i ciekawych zdjęć! Kurjer Pozn. podły, zażądaj zwrotu tych 6 listów zaległych, może z tego coś do Przewodnika sklejisz - są niektóre á la ten z pustyni Nicości (Tajta). Piszesz słusznie! Może się poczta zwróci, bo 6 listów to najmniej 18 zł - ale na pewno było z 30 zł rozchodu, nie licząc czasu i papieru. Do ks. z Panienke nie pisz, szkoda czasu. Adres mój podać możesz każdemu - nie kradnę przecież i sam go w gazetach podaję. Naturalnie listy bez znaczka na odpowiedź nie załatwiaj - do kosza! Masz dosyć rozchodu na mą konieczną pocztę, a w każdym razie godzę się na Twe załatwienie sprawy. Uważaj tylko, aby listy z dołączoną marką na odpowiedź zostały przez Ciebie ostatecznie załatwione albo z zaznaczeniem (wiele porto opłacił) odesłane do mnie, nie chcę się narazić na posądzenie o wyzysk. Naturalnie znaczek powinien być w wysokości porta zagranicznego, o ile list ma być przeze mnie wysłany, bo Ty opłacisz porto do mnie, a i ja tak samo wydać muszę, więc i tak, o ile dochodu sprawa nie przyniesie, to mamy czysty rozchód. O ile ktoś zwracać się będzie w sprawie fotogr., to cena 1 zł za sztukę (porto na nasz koszt przy 10 sztukach), a możesz sama załatwić - to jest dać do Gregera powiększyć najciekawsze wycinki filmu. Ja jestem zupełnie chwilowo bez papieru foto i klisz mi brak, a więc tylko via Greger i Boruszyn. Gdy ktoś w sprawie znaczków pisać będzie (naturalnie gdy dołączy na odpowiedź), to napisz krótko, że mogę służyć tylko serjami znaczków tych kraji, gdzie bawię - obecnie Congo Belg. oraz Ruanda i Urundi (mandat Belgijski) (przez te kraje przejechać muszę, aby się dostać do Katanga). Naturalnie powinien dany gość przesłać a conto z dokładnem podaniem życzeń - i dopiero takie listy, z podaniem wiele posłał pieniędzy, prześlij mnie - ale o ile była to kwota poważniejsza, to musiałbym dostać choć 3/4, aby móc się wywiązać - chwilowo bowiem większy dochód tutaj niemożliwy, a rezerwę ruszyć trudno. Gdy ale konieczność będzie chleba kupić czy coś konieczniejszego, pamiętaj! - wszystkie pieniądze, jakie nadchodzą, są przede wszystkiem dla Ciebie i dzieci, a ja może jakoś wywiążę się z zobowiązań przez Ciebie podjętych!

Zapytujesz Kochanie, jak wypadają te listy do Krakowa przez Ciebie pisane, i prosisz o szczerość! Dobrze! - całkiem dobrze! Nie trzeba mieć strachu, a wszystko dobrze pójdzie - odpisałaś po mej woli i myśli, zresztą Ty przecież jesteś moją Żoną i znasz me sprawy, a wiesz, o co idzie. Dziwne to życzenie Mroza o listy prywatne nasze, wiesz? Napiszę raz list do Ciebie taki, że możesz go posłać nawet do Mroza! Napiszę może przed świętami jeszcze - "list z podróży do żony i dzieci z opisem podróży i przeżyć, z fotogr." - niech i moja Maryśka wejdzie na widownię, jak we włoskiej gazecie było, i jak w Belgji pisali o mojej madame i dziecinach! Może to i ciekawe będzie, ale wtedy napiszę osobno, że list ten przesłać możesz, dobrze?

Czy wiesz Maryś, że taki chaos, tyle pracy, a ja kątem tylko na krzesłach przesypiam w domu obcym. W NIZI wolno mi tylko jedną noc spędzić - to kopalnia złota, a ewentualnie oprzeć się mogę jakieś 30 km stąd, to znowu tam poczty nie będzie i trzeba będzie dojeżdżać za pocztą aż tutaj. Nie mam ani czasu raz jeszcze przeczytać Twych kochanych listów - chciałbym obszernie odpisać. Ciekaw jestem, co to za artykuł tego pana z okolicy i co ksiądz robi w "Dzienniku Pozn." - to przecież organ BB, a on "bebechami" ich nazywa. Sądzę, że wycinek mi prześlesz - o ile mi szkodzi, bez względu na osoby, poproszę o sprostowanie, a może nawet będzie to korzyścią. Niech sobie ksiądz się cieszy - jestem przecież mu winien 10 dolarów, po potrąceniu przesłanych foto, które prowadź w ewidencji, a gdy drugi artykuł Przewodnik wydrukuje - zrób sobie obliczenie z ks. takie, że przewalutuj moją należność, a dopłać do całego dolara czy do 2 dolarów. Nie będzie to duża kwota - a zobaczysz, jak się ucieszy znowu! Dlaczego Ty ale Maryś tracisz głowę, gdy ksiądz tak czy owak się zachowuje? Trzeba ścierpieć niejedno, księdza zadrzeć nie wolno we wsi poznańskiej. A jesteś moją Żoną, wstydzić się nie potrzebujesz - a że biedny jestem, to co? Nie moja wina! Trzeba pomacać krzesło najpierw, przytrzymać ręką i dopiero siadać. Wiesz co? Widzę Cię, jak w tej chwili wyglądałaś - tak na pewno jak w dzień chrztu naszej córy na Krzyżowej. Zarumieniły się silnie policzki, ale szkoda, że ucałować Cię w tej chwili nie mogę, tak jak wtedy, w ten miły dzień 19 listopada (prawda, że Elżuna chrzczona w ten dzień?) Bądź mężną Maryś - trzeba, naprawdę trzeba. Rób tak jak ja - "lew nie lew - zimna krew", a wtedy nikt Cię nie zdepcze. Pożyczone od p. B. 6 zł czy wyrównałaś? Trzeba Maryś dla opinji i na ewentualne konieczne nieraz pożyczenie ponowne. Najgorsze takie małe długi! Nie myśl Maryś moja, że ja chcę Cię urazić - nie! Ot, taki Twój "gderacz" siadł sobie w obcej chacie pod równikiem prawie i pisze, a pisze - bo tęskno do Maryśki, już bardzo tęskno! Tak bym chętnie zdjął z Twych barek ten ciężar walki o grosz, to postaranie się o chleb, o opał - ale trudno! Chwilowo, choćbym chciał, znaleźć się nie mogę przy Tobie inaczej jak myślą i piórem. Droga daleka przede mną! - o!, tak daleko jeszcze do gór Katanga! Lasy na drodze dziewicze, najwyższe góry Afryki, olbrzymie jeziora, a potem moczary i stepy nad rzeką Kongo - a tam dopiero góry Katanga. Najmniej 4 miesiące drogi! Ale i kolacja - Pa!

Po kolacji już = chinina, kartofle w maśle smażone, 1/2 kury, musztarda, chleb z masłem i herbata. Ot, jak widzisz, spełniam polecenie lekarza - odżywiam się jak mogę najlepiej!, a smakuje wszystko, bo jestem przecież gościem Greków, Włochów czy Belgów, a ci mi nie wytkną nigdy - zresztą jestem zaproszony, a nie sam proszę - tylko mnie. Szkoda, że nie znam języka greckiego, zaledwie 50 słów, ale jakoś sobie radę daję, i począwszy od Sudanu oni tylko przeważnie mi pomagają (Khartum, Malakal, Watsa i NIZI).

Adres nie zmieniam jeszcze - polecone śmiało wysyłać możesz NIZI, pójdą za mną. Według mapki zobacz, jak się będę poruszał, a więc: NIZI - Bunia (+ oznacza misję). Niedaleko Bunia jest miejscowość Makaro - plantacja kawy, Rosjanin, mam do niego list polecający. Potem zjadę z gór aż do Kasenyi (prawdopodobnie autem), aby zwiedzić olbrzymie Jezioro Alberta (rybołówstwo - ciekawe zdjęcia!), następnie wrócić muszę do Bunia, bo nie ma innej drogi, a z Bunia przez Irumu (stolica Kibali - Ituri).

Droga do Irumu ciekawa - dziewicze lasy, kraj karzełków, to jest murzynów wzrostu dziecka 1,20 ctm. Od Irumu kończy się kopalnia złota - wjadę w kraj dziki, kraj misji. Mam zamiar z Beni + zrobić znowu odskok do kraju "wiecznego śniegu" - najwyższy szczyt Afryki nazywa się Ruwenzori, coś 5100 mtr ponad poziom morza. Naturalnie nie będę drapał się na szczyt - co zresztą jest niemożliwe w mojich warunkach, a potem w stronę Rutshuru nad jeziorem Kivu, ale tej miejscowości nie ma na tym wycinku mapy. W połowie drogi od Beni do Rutshuru jest ciekawe Jezioro Edwarda. Ot - plan na jakieś 2-3 mies. najbliższe! Szkoda tylko, że nie mam karabinu, a tyle lwów po drodze! słoni, nosorożców, krokodyli, szympansów - i Bóg wie jakiego zwierza. Nie bój się ale o Kazika - mam oszczep, krew zimną. Atakować nie będę, a zaczepkę Bozia odeprzeć pozwoli - a zdjęcia ciekawe prześlę i Maryś głodna nie będzie! A gdy ktoś Ci będzie krakał - odpal, że więcej ludzi umiera w łóżku, a bez Woli Boga włos z głowy podróżnego nie spadnie - Bóg czuwa!

Gorzej, że rower w agonji - lęk mię ogarnia, gdy tylne koło się rozsypie; i buty wysokie konieczne! - puszcza wymaga, a te choćbym chciał jeszcze naprawić - nie ma szewca. Myślałem, że kupię 2 muły, ale choćbym kupił, to mucha "tse-tse" zabiłaby je w parę dni - wystarczy z góry zjechać w dolinę. Może dopiero muły nabędę koło Kiwu (jezioro), tam już śpiączka (choroba od ukąszenia "tse-tse") nie panuje tak bardzo. Szkoda ale, że brak mi choćby dubeltówki - oj!, mógłbym się odżywiać! Tyle zwierzyny będzie po drodze! - ale będę strzelał "Contaxem", a może choć taki strzał da Wam z 4 zł za foto, a ja dobrych ludzi spotkam i pieczeń zjem z upolowanego zwierza przez inną osobę. Szkoda, że tu misjonarze nie są Włosi - pożyczałbym broń jak w Juba.

Oj Maryś! - tak mi żal, że nie mogłem skóry leoparda Tobie posłać! Taki olbrzymi kot - z takim cudownym strzałem w łeb! Trudno! Gdyby nie pożyczony karabin i nie gratisowy przytułek za żadne pieniądze bym tej skóry nie dał! Ale ja marudzę!, a to trzeba pisać i do Mroza - Maryś moja tak nakazuje!

Aha! - cieszyłbym się bardzo, gdyby i "Tęcza" coś umieściła mego! Idzie mi o to niemało - jest to miesięcznik, który prenumeruje ambasador z Ameryki, do którego pisałem, i żywię nadzieję, że odpowiedź korzystną dostanę! Osoba bardzo wpływowa - chcę przez niego wcisnąć się do prasy polskiej w Ameryce - choćby kilka dolarów i to dobre.

Chcę mieć adres gazety wychodzącej w Brazylji w języku polskim - zdaje się w mieście Kurytybie - i adres gazet polskich wychodzących obecnie we Francji (też po polsku drukowano). Przydałby mi się adres Wujca (Stefana), ale sama żebyś tam nie poszła - bo we Francji mówiłem o Tobie wiesz jak? Szkoła! Może przez kogoś - lepiej ale listem.

Mieszka w Poznaniu - adres W. Państwo Wujcowie, Górna Wilda (tam gdzie Fabryka Agol), nr nie znam. Ale Maryś narzeka, że męczy koresp., a Nusia gałgan aż "korespondentową" przezywa - ale trudno, moja Małżonko XII letnia! Trzeba - Kazik Twój daleko, a Bozia świadkiem, że dlatego obarcza, że chce pomóc! A sam daleko! - i stąd pisać dużo drożej, a ja i tak wydaję dużo na porto, a teraz mam przebić szmat drogi, gdzie ani na dochód nie liczę! A rozchody będą, są co dzień - kapitał maleje! A także gdy się ma w kieszeni groszy trochę, raźniej na duszy, no i "paszport pieniądz". Ale ja marudzę, a czas leci - Maryś się zmęczy czytaniem i jak ja ani spamięta treść.

Aha Maryś! - daj Romulkowi coś uszyć do krawca ze starych rzeczy, a i krawczynie są tanie. Nie zamęcz mi się - proszę Cię na Bozię, szanuj zdrowia! Patrz - ja daleko, wrócić teraz nie mogę, a Boruszyn nie pospieszyłby Ci z pomocą jak mnie w Kani-Kani! Lekarz i lekarstwa droższe od krawca czy krawczyni! A pomyśl o swojej odzieży. Trzewiki kup porządne, abyś mogła w razie potrzeby ruszyć! O mych brakach nie myśl - piszę o nich, aby kiedyś mieć materjał do pracy. Nie narzekam, tylko Bozię proszę, by Wam głodno nie było ani chłodno! Zresztą znajduję urok w tej walce o wszystko - i czuję zadowolenie, że w dalekim świecie daję sobie radę.

Ale już Pa! Na dzisiaj dość - list i tak par avion drogo wypadnie. Może jeszcze coś przypomnę sobie i dopiszę - teraz dobranoc! Całuję czule, serd. tulę do piersi. Twój i Wasz Kazimierz

NIZI, 3 marca 1933

Kochanko moja!

Wczoraj nie pisałem - noc z 1 na 2 marca pisałem, potem spałem, o 10tej śniadanie i obiad, a po obiedzie zjechałem w dół do NIZI. Udałem się do warsztatu mech., aby trochę wyreperować rower - katastrofa, części składowe tylnej osi potrzaskane na kawałki. Zestawiłem - ale to już naprawdę koniec! Do tego i guma każdej chwili grozi explozją - ostatecznie zużyta, straszne to dla mnie! Jedyna droga ratunku to sprowadzić choćby oś tylną w komplecie, i to par avion, oraz choć jedną gumę, ale to jakich 150 zł wydatek. Co zrobić - sam nie wiem! Gdybym znał adres głównej agentury na Polskę firmy Brennabor (może w Poznaniu na Kantaka?), może by w celu reklamy zyskało się coś - tak sam nie wiem, co począć. Katastrofa grozi każdej chwili - i to niebezpiecznie do tego! A gdy rower stanie się nie do jazdy, zupełnie unieruchomiony, czeka mię nie lada wydatek, bo nająć muszę z 5 ludzi do noszenia bagażu i płacić trzeba dziennie około 12 fr belg., a w dodatku prawo mówi, że na dzień wolno tylko murzyna użyć do noszenia przez 25 km drogi - czyli za każde 25 km zapłacić trzeba 12 fr i posuwać się z szybkością żółwia.

Zdaje mi się, że w Polsce jest jakaś fabryka rowerów - może Ty byś list napisała, aby mi pomogli i wysłali kompletne tylne koło np. na adres Beni (Dep. Irumu), Congo Belge, par avion via Egypte - Sudan, rozmiar koła 28 1/2 z hamulcem (kontrapedał) Torpedo, guma bez drutu (a talon).

Adres może w Poznaniu da jakaś redakcja - naturalnie wysyłka tylko par avion mię dojdzie, inaczej 2000 km trzeba iść pieszo, a tragarze dziennie najmniej 12 fr za 25 km, czyli za 2000 km 960 fr i 80 dni marszu!

Naturalnie w zamian zrobię reklamę fabryce i to we wszystkich poważnych pismach polskich, i w miarę możności pokryję koszta z czasem - dziś tylko spieszna pomoc konieczna, inaczej "nici" z tego! Tu dostać mogę tylko koło systemu franc., ale nie nadaje sie do mego roweru, a więc pozostałoby kupić nowe koło, a to 1500 do 2000 fr.

Nie zaprzątaj sobie tem głowę, ale jak możesz, to zrób, co się da, naturalnie abyś pieniędzmi nie szastała, to jest tylko na koszt fabryki, a nie Twój! - pamiętaj! Jeżeli byś mogła odnaleźć adres głównej agentury "Brennabor", a jest w Polsce, można by napisać (po polsku), a jeżeli pomocy nie uzyskam, będę zmuszony zrobić jak największą "kontr-reklamę", która na pewno agenturze na dobre nie wyjdzie, a mam możność. W przeciągu 8 lat podróży grube setki wydałem na reperacje roweru, a jednak przywykłem do koła i chętnie chciałbym na Brennaborze dokończyć mą podróż "wokoło świata". W zamian za pomoc służyć mogę szeregiem zdjęć nadających się do reklamy i osobiście skreślić mogę list odpowiednio zredagowany przez agenturę. Naturalnie przesyłka tylko par avion - inaczej szkoda trudu, bo 3 miesiące idzie paczka zwykła.

Naturalnie to nieduży wydatek dla firmy - a po 8miu latach podróży należy mi się chyba pomoc! Tem bardziej że w kalendarium "Brennabor" wydanym w Polsce reklama była i moje foto - bez żadnego honorarjum oraz użyto na wystawie zdjęcie moje jako pocztówki reklama.

Ale Ty Kochanie pomyślisz sobie: "kat ten mój Kazik, chce mię zamęczyć korespondencją..." - nie mam ale do kogo się zwrócić o pomoc!

Można by się wprost zwrócić i do fabryki Brennabor - Werke Brandenburg (a/d Havel) Alemagne, ale musiałoby to być napisane po niemiecku - i to w tonie grzecznym, ale stanowczym, że będę zmuszony zrobić silną kontr-reklamę, o ile z pomocą mi nie pospieszą. Może Ty wpadniesz na pomysł, kto by Cię wyręczył w napisaniu takiego listu. W każdym liście w tej sprawie proś, aby Cię powiadomiono - a Ty powiadom mię o ewentualnej posyłce - gdzie, kiedy etc., abym mógł odpowiednio się zastosować. Biedny mój Maryśku! Przykro mi naprawdę, że Cię obarczam znowu, ale całkiem po prostu - jak Ci trudno będzie coś zdziałać, nie troszcz się o mnie. Ja się z losem pogodzę i stosownie do konieczności pójdę naprzód. Pamiętaj tylko - bez nerwów, nie gryź się - Kazik twój bez roweru też nie zginie! Chcę ale wiedzieć, czy wystąpić przeciw Brennabor i ten list niegrzeczny z fabryki zużytkować odpowiednio! - a w Polsce wschodniej Brennabor dzięki mnie robi dobre interesy!

noc, już dawno 4 marca

Dzień zbiegł - zwiedzałem kopalnię złota, pisałem do teraz, głodny jestem, zmęczony spać się położę. Całuję mocno i życzę smacznego snu mojej Kochanej Trójce - Pa.

NIZI, sobota, 4 marca 1933

Mój Marysiek Kochany!

Ranek, siedzę w restauracji - rozgrzałem się gorącą kawą, bo naprawdę zmarzłem, niczem Ty w Boruszynie. Kazałem się wczoraj zbudzić 7 1/2 - łajdak murzyn zaczął już o 6tej bębnić w okno i tak niepotrzebnie straciłem prawie 2 godziny snu, a że i tak nad ranem spać się położyłem dopiero - jestem śmiertelnie śpiący. Wiesz? Wcale nie myślałem o tem, że dziś moje imieniny - a tuż przed zbudzeniem śnił mi się Lwów. Zbliżał się wieczór, Cech gdzieś na jakiejś sali tańczył z Zosią Uchmanową, była i Mama moja, i Wisia, i dużo ludzi. Mama podchodzi do kalendarza ściennego i wyrywa kartki, aż pokazuje się 4ty marca i wtedy zbliża się do mnie z życzeniami, i to w imieniu całego Tow. składa mi życzenia - i przeprasza, że dopiero teraz pod wieczór. Ja ale nie przyjmuję tych życzeń, oburzony, że wszyscy najbliżsi ani tyle przyjemności mi nie zrobili. Ot sen. Zerwałem się - w oknie widać było czarną gębę murzyna...

Dziś przyszła poczta z Europy - od okrętu i od aeroplanu. Może coś w prezencie na 4 marca nadejdzie od Marysi mojej. Ciekaw jestem tych wycinków z gazet - aby się zorjentować, co właściwie zrobiono z mojich listów. Wiesz - boli mię to, że listy moje dopiero przerobione zupełnie z dodatkiem danych statystycznych znajdują miejsce. Ponieważ statystyka jest nieraz krańcowo różną od prawdy, zatem zajdą niejednokrotnie niedokładności, które mogą mi zaszkodzić nawet, zwłaszcza teraz, kiedy mam plany dalsze, które nie zna redaktor. Trudno! - dla Was godzę się z postępowaniem redakcji, która samowolnie podpisze mojem imieniem i nazwiskiem nie moją w rzeczywistości koresp.

Godz. 7 1/2 teraz - mam jeszcze przeszło 1/2 godz. czasu, a potem pójdę do biura. Chcę zwiedzić dziś ostatni obiekt kopalni złota, to jest głęboką podziemną kopalnię. Wczoraj zrobiłem cały szereg zdjęć - gdy dobre będą, ładnie zilustruję me opowiadanie. Tylko ja nie zdążę nadać do najbliższej poczty koresp. redakcyjnej, nie mam bowiem wywołanych filmów, a tem samem nie mogę odpowiednio posortować obrazków. To nic ale! Maryś zrozumie zwłokę - napisałem do samej "Na Szer. Św." 43 stron, a ogółem ponad 100 stron. Trzeba przejrzeć jeszcze, porobić notatki i ew. poprawić trochę błędy. Ale Pa! - wezmę się do pisania i frankowania kopert. Całuję mocno!

4 marca, wieczorem, 1933 r.

Maryśku mój Kochany!

Smutno mi, a do tego czuję się licho, słabiutki jakiś. Auto, które dziś przywieźć miało pocztę z Aba, rozbiło się po drodze - i zawód! Cieszyłem się, że właśnie dziś pocztę dostanę, a to masz! - nic z poczty! Głodny do tego jestem - posłałem po jaja, nie przynieśli. Dzień przeżyłem: rano kawa, pop. kupiłem kawałek chleba - drogi okropnie! Trochę cukru i zapałek - 12 fr. Napiłem się herbaty, ale głodny jestem! Niemili ludzie tu w NIZI - nikt nie zaprosi ani na obiad, a tyle znajomości porobiłem! Ale ja marudzę.

Aha Maryś - dn. 22 X 32 wysłałem do Red. Il. Pol. w Pozn. List nr 12. Był tam opis króla Bedujinów z Pustyni Arabskiej i napad w Kam-Ombo - czy to wydrukowane? Jeśli nie, to niech zwrócą, bo nie znajduję notatek z tego czasu, a będzie mi potrzeba nazwy króla i miejscowości. Ciekaw jestem, co będzie z Kurj. i Ilustracją, czy zdobędę się jeszcze na odwagę napisać do nich - chwilowo czekam na wieści od Ciebie w tym kierunku. W najbliższym czasie będę w przeciekawych stronach Konga - ciekawe bardzo! Chciałbym i w Il., i w Kurj. Pozn., i wszędzie, gdzie się da, coś posłać. A co z "Tęczą"? - żeby choć raz wydrukowało coś mego! Byłaby to dla mnie reklama nie lada! Klisze ze Sahary zostały w Sudanie - przepadło! - zatem gdy Przew. zwróci, uważaj już na te zdjęcia. Przydadzą się kiedyś, a ja już klisz nie mam! Nie spodziewałem się, że "Przew. Kat." tak hojnie zapłaci! Jak obliczył właściwie, że tyle aż wypadło? - następną pocztą wyślę znowu list do "Przew. Kat." umyślnie wprost - aby mieli dowód, że stąd wysyłam.

A więc tak: równą pocztą z tym listem idzie par avion również - choć to kupa pieniędzy na znaczki, prawie 3 listy 100 fr - ale niech sobie! Byle wydrukowali, a Maryś przekaz prędko dostała! Do Kurjera Warsz. (list nr 5 wysł. dnia 6 III 33) drobno zapisane 15 stron koresp. oraz do I.K.C. stron 9 i zdjęcie z leopardem. Ucieszę się prawdziwie, gdy raz I.K.C. wydrukuje coś mego i dostanę od mojej Maryśki wycinek! Dochodzi to pismo wszędzie - bądź co bądź najpoważniejsze w Polsce pod względem ilości nakładu. Naturalnie treść listu do I.K.C. inna zupełnie jak do Na Szer. Św., czyli mogłaby pójść. Piszę list rozpaczliwy prawie, bo i położenie moje nieróżowe - prawdę piszę!

Na Szer. Świecie 43 stron

Naokoło Świata Warszawa nie wiem jeszcze jak długi

"Przew. Kat." - już jest stron 12, dojdzie jeszcze oraz list do Gregera z filmami, które po powiększeniu odwrotnie wyślesz według spisu, który w liście następnym Ci podam. Gdy zdjęcia dobrze wypadną i wydrukują wszystko, może choć trochę Maryś się podreperuje! Oby tylko Bozia dobra dała!

Oj - ja się marnie dziś czuję. Byle Bóg dobry chronił od choroby, a klimat straszny na moje płuca, głowa boli, wymioty - paskudne to Afryjczysko pod równikiem!

Na dzisiejszym liście jest jeden drogi znaczek - aż 20 fr; jeżeli dojdzie uszkodzony - donieś. To do naszego zbioru! Ładne te znaczki z Kongo, co? Ogółem mam dla nas kupione razem z przesłanemi 5ciu jeszcze 21 różnych gatunków, a to jeszcze nie wszystko! A oprócz tych, któremi frankować będę listy, mam kupę ostemplowanych, które przygodnie dostałem. Dla mnie znaczki w podróży to Maryś moje kino, teatr, kawiarnia - jedyna przyjemność poza pocztą od Ciebie. Monotonja życia tułaczego jest okropna - tak znaczki rozrywają chwile i zapomnieć choć na chwilę dają o troskach i jutrze...

Równo z nadaniem tego listu ruszę z NIZI, choć nie całkiem ją pożegnam, bo jadę niedaleko stąd - to jest do Bunia, jakieś 25 km. Wysłałem ciężki bagaż na adres misji tamże. Francuzi - nie wiem, czy dadzą kącik na parę dni. Jednego z księży w Bunia znam z Aba. Jeśli nie zahaczę o misję, to mam list polecający do Rosjanina w Makabo, 8 km z Bunia. Gdzieś muszę zahaczyć, aby klisze wywołać, względnie filmy - a mam już 4 razy po 36 szt., z czego ale jeden film prawdopodobnie zepsuty (ten, co złodziej ukradł z aparatu). Po wywołaniu uzupełnię listy redakcyjne i zjadę w dół do Jeziora Alberta, do Kasenyi (może autem). Nadam tam pocztę, potem wrócę do Bunia czy Makabo - i wpadnę następnie do NIZI (też autem). O ile coś będzie dla mnie na poczcie - odbiorę, zmienię adres, wrócę do Bunia czy Makabo i ruszę do Irumu, gdzie około 15 bm. powinienem stanąć. Adres chwilowo NIZI - wolę mieć pocztę za sobą, gdzie mię znają, jak przed sobą, a adres następny podać niedługo (prawdopodobnie Beni - choć pisz jeszcze NIZI!). Adres Beni tylko na ewent. wysyłkę koła tylnego i gumy - chwilowo guma na przednim kole trzyma!

Ja Cię zamęczę takim długim listem, prawda Maryś? Ale wybacz - dziś czwarty marca, nie mam wieści od Ciebie, to przynajmniej sam piszę! A zawsze do czytania weź ołówek do ręki i od razu ważniejsze punkty listu podkreślaj - będzie Ci lżej potem odpisać i załatwić konieczne!

No - ten list i mapka dadzą Ci prawie jasny obraz, gdzie jestem, jakie mam plany najbliższe. Pamiętaj! - tylko polecone przesyłki do mnie, inaczej szkoda pieniędzy. Patrz! Piasecki pisał, że posłał 3 tabliczki czekolady (adres Fabryka Czekolady A. Piasecki - Sp. Akc., Kraków), a do dziś nie nadeszły - albo wróciły, albo zwyczajna przesyłka - przepadła. Uwiadom ich o tem, co piszę - pocztówka starczy. Niech zamiast czekolady poślą opakowania swojich wyrobów, a z czekoladą dam sobie radę (idzie raczej o opakowanie!) i życzone ciekawe zdjęcie reklamowe zrobię! Może choć trochę czekolady dostaniecie. Naturalnie tylko polecone - może na adres Beni (Ituri), ale kolejność adresu niech zachowa - to jest nr N - K - j ouru. Posterest. Nie jest to spieszne, ale zobaczysz - będzie w Boruszynie czekolada! A i o swojej reklamie nie zapomnę! Ciekaw jestem, co mi Greger odpowie. Cieszę się, że zapłaciłaś pierwsze powiększenia - nie zalegaj, gdy tylko możesz. Kredyt u Gregera to dużo dla mnie, bo i aparat do powiększeń mam zamiar nabyć, a teraz filmy na gwałt mi potrzebne! A gdy bogata jesteś, to prześlij z 20 szt., ale 10×15 nie poczt. Ridax weich - ale nie par avion czasem! Chcę tego leoparda skopjować jeszcze - a to tylko "weich" się nadaje! No! - ale urwę na dziś, może spać się położę. Głowa boli, niezdrów dziś jestem! Pa - całuję mocno, silnie i o 19 marca myślę - ale ten list już później przyjdzie. Całuję was Troje

Wasz Kazimierz

NIZI, niedziela, 5 marca 1933

Maryśko Kochana!

Była poczta - nocą przyszła i z Aba, i z Kasenyi. Dla mnie nic nie było - zaledwie z Watsa dowód nadania listu do Ciebie z 20 II przez tego medyka i z Afryki Południowo Zachodniej od p. Wiśniewskiego. Ale choć dobrze przeglądałem kopertę, funta nie było - a co mi z serdecznego zaproszenia, kiedy ja wcale tam nie zdążam. Pan ten oburza się, że ani Il., ani Kurj. Pozn. nic nie drukuje, podaje cały szereg adresów w Rodezji (na południe od gór Katanga - kolonja ang.), ale funta mógł dołączyć!

Czy wiesz Marysiek, że listy par avion od Ciebie przychodzą do mnie aż prawie znad równika - a nie z północy? Lecą do Kampala - miasta nad jeziorem Wiktorja, to jest jakich 40 km od równika, w ang. kolonji, która graniczy z Congiem od wschodu. Potem jadą 3 dni autem, następnie okrętem przez Jezioro Alberta, a z Kasenji (nad Jez. Alberta) 80 km autem do Nizi. List zatem leci dni 14cie aeroplanem - Poznań - Warszawa - Ateny, a potem przez Egipt - Sudan.

Listy zaś zwykłe idą dni 36 do Juba - skąd autem do NIZI dni 8, czyli razem dni 44 tylko! Jestem zatem trochę daleko od Polski, co?

Odesłane listy Twojej szły, jak piszesz, tylko dni 18cie - ale raz, że nadałem do okrętu wprost i tego samego dnia odeszły jeszcze, a drugie - okręty, które wiozą pocztę do mnie, idą prawie 2 razy dłużej przez Nil, płyną pod prąd bowiem, zaś ode mnie z prądem wody, co jest niebo lżej - bo i woda płynie w kierunku Ciebie, i motory, nie mając oporu, idą spieszniej, zużywają do tego mniej paliwa. Próbki, które nadesłałaś do Juba, względnie do Sudanu, nie były wcale otwierane - nawet paczka z lekami doszła w porządku. Tylko sok się wylał - naturalnie do szklanki i pomieszany z wodą z Nilu wlał się do gardła - ale to nic, prawda? Na ten cel posłała mi go Marysia moja.

Niedługo już listy do mnie od Ciebie iść będą nie przez Egipt - Sudan (myślę zwykłe - bo par avion tylko tą drogą właśnie!), ale przez Kanał Sueski - Morze Czerwone i Ocean Indyjski do portu Mambassa - zdaje mi się, że iść będą spieszniej tą drogą - a potem znowu przez inny port, prawie na południowo-wschodnim krańcu Afryki. A potem? - chciałbym już nie listy czytać od Ciebie, ale wziąć na kolana i opowiadać wprost...

Dziś niedziela - ot, przepędzę ją częściowo w mej izbie, a teraz piszę w restauracji, gdzie sobie na kawę pozwoliłem i na chleb z masłem - razem 5 fr, to wcale niedrogo! W domu też tyle bym wydał! A jeść trzeba - lekarz tak nakazywał!

Mieszkam wygodnie w domu rządowym, zwanym "gite" - jest to dom dla przejezdnych urzędników, ale i ja się do niego dostałem. 3 izby - jest stół, krzesła, łóżko pożyczyłem, a światło elektryczne z kopalni gratis i noc całą mogę świecić. Domek pięknie położony na górce z przepięknym widokiem na zielone góry, po których rozlegają się wioski kopaczów złota pobudowane przez kopalnię. Godzinę spoczynku ogłasza trębacz i rano wytrąbia pobudkę - a że dzień cały rozsadzają dynamitem skały, w których jest szczere złoto, więc mimo woli przypomina się żołnierka - czas wojny światowej...

Jutro nadam rano listy i ruszę na południe. Bunia może mię przyjmie inaczej jak NIZI. Pa teraz! Całuję mocno i pieszczę czule

Wasz Kazimierz

pop. 5 marca 33

Głodny - zacząłem rewidować mój bagaż, znalazłem kawałek chleba z Malakal i trochę mąki stamtąd, ale na pół zjedzoną przez termity, z robakami i muszkami; oczyściłem, chleb namoczyłem, a rano za franka przynieśli mi 2 jaja - będą knedle! Ale gdy już ogień roznieciłem, okazało się, że wody nie starczy do gotowania - zaledwie jeszcze szklanka wody była we flaszce. Zamiast knedli zatem zgotowałem taką papkę - omaściłem masłem, jakie na drogę dał mi weterynarz z Nioka, a po zjedzeniu rzuciłem się na barłog - usnąłem...

Śniła mi się moja Maryś i dzieci, ale tak naprawdę sen był wyraźny jak rzeczywistość! Powróciłem do Was - czy Wy do mnie, nie wiem - ale po tygodniu pobytu wspólnie jeszcze nie zbliżyliśmy się ku sobie - była u nas moja Mama - za to raz Romulka, raz Elżunę trzymałem na kolanach, pieściłem, a i z Tobą dużo rozmawiałem... Zbudziłem się - właśnie słońce zgasło, a mrok kładł się po górach - i piszę, ale uwierz - najchętniej sen w jawę chciałbym obrócić, a to dzieli nas tyle świata i z powrotem nawet trudno - niemożliwe wprost! List mój przydługi, a tak do gawędy ciągnie - tak mi to trudno skończyć i zaklejić! Napisałem przed obiadem i do Romula - wielkie to święto list pierwszy od mego synka! Zachęć go - niech częściej pisze, i Elżuna niech pisze - tęskno mi za dziećmi! Tęskno za Wami! Niech ale dzieci piszą samodzielnie - nie dyktuj im, chcę ich choć tyle znać, poznać ich sposób myślenia i wyrażania tego, co czują.

Napisałem i do tego Polaka z Poł. Afryki - p. Wiśniewski. Może załączy z funta - a już piszę za tego funta 3ci list i 4 fotogr. mu posłałem, czyli z jakich 1/2 funta wydałem na niego! Ot - takie moje znajomości z Polakami! Chcieli, bym pisał, posyłał obrazki, znaczki, ale pomóc? Im dobrze!, co ich ja obchodzę!

Szkoda, że tych gazet, o których wspominasz, że wysłałaś, jeszcze nie mam - i kto wie, kiedy dojdą. Nie mogę się zorjentować, co pisać i jak poprowadzić gawędę. No! - ale może choć za tydzień znowu coś się o Was dowiem, a równo z tym listem opuszczam NIZI na tydzień, jadąc do Jeziora Alberta - a z tamtejszej poczty dam znak życia i wyślę wspomniane listy do prasy.

Wózki gruzu wydobyte z podziemnej kopalni czekają na wyładowanie.

Kopalnia złota Kilo Nizi

Po odebraniu wycinka z Dziennika Pozn. napiszę do tej redakcji - odpowiednio do konieczności. Może to ks. nie bardzo ucieszy, ale chcę choć mieć konto czyste - Dziennik Pozn. czyta dużo mojich znajomych, o których mi się rozchodzi! Naturalnie grzecznie nawiążę do treści pióra p. Przyborowskiego. Najciekawsze! - bo przecież Dziennik Pozn. to twierdza Piłsudczyków - co tam robi i Jaśnie wielmożny, i Przewielebny? - ciekawe!

Adresuj jeszcze NIZI, za tydzień podam nowy adres, a adres Beni (Ituri) tylko na ewent. wysyłkę koła i dla Piaseckiego.

Wyślij list do Kozłowskiego i oddaj księdzu - nich Cię nie zdziwi, że piszę do Kozł. A bądź spokojna o mnie - choć sytuacja moja nieróżowa, ale co zrobić! Byle zdrowie wróciło! Najchętniej jeszcze ze sto kart bym napisał, ale mam litość nad moją Maryśką i urwę. Pa! Całuję Cię tyle razy, wiele słów w tym liście, pieszczę, do serca tulę czułą myślą, a Ty za mnie ucałuj łobuzy nasze. Pa!

Wasz i Twój przede wszystkiem

Kazimierz

List nr 69

Mudzi Maria, Congo Belg., 6 marca 33

Maryś Ty mój Kochany!

Piszę w cichej izbie księży misjonarzy w Mudzi Maria, co znaczy "Wioska Marji" po przetłumaczeniu na polskie. Na mapie znaczone: Bunia, która to miejscowość leży 4 km stąd.

Przyjechałem pop., ale do teraz zajęły rozmowy z księżmi, a że rano po prawie bezsennej nocy wstałem wcześnie, więc nie będę się rozpisywać, tylko na dobranoc ucałowanie czułe prześlę mojej Trójce. Pa! - Wasz Kazimierz

Mudzi Maria, wtorek, 7 marca 1933

Ukochana Marysieńko!

Wieczór już - za chwilkę modlitwa, potem kolacja, a potem chcę raz w końcu wywołać filmy i dowiedzieć się, jak wypadły zdjęcia od Juba aż do dziś. Całe 2 miesiące nie wywoływałem, więc uzbierało się sporo. Dziś też zrobiłem kilka ciekawych zdjęć - zobaczysz je niedługo.

Miło tu w "Wiosce Marji". Dziś zwiedziłem niedaleką misję Ojców Białych, ale na zdjęcia w pełnym ruchu za mało światła miałem! Chmury chodziły prawie po ziemi - nadszedł już prawdziwy sezon deszczów, właśnie teraz, kiedy mam takie przecudne krajobrazy gór i jezior! Ale co robić - przeczekać sezon deszczów nie można, bo to całych 3 miesiące czasu!

Jest tu u "Braci Marji" brat Polak, właściwie Ślązak - stary, jakich lat 60, ale miły. Bracia Ci mają dużą szkołę - przepiękne budynki - a że już dawno znajomi Włosi mię tu polecili, czekano na mnie. Chcieli poznać szaleńca, który rowerem przewala Congo, a więc miło mi tu. Tu też odnalazłem mój bagaż, nadany jeszcze z Juba - wszystko w porządku. Była to wielka pomoc dla mnie, że lżej się przebyło tych 1200 km od Juba. Na te 1200 km drogi zużyłem właściwie miesiąc czasu, zatem forsowałem bardzo - i to może przyspieszyło moją chorobę! Tu pod równikiem wszelki wysiłek fizyczny jest kilkakrotnie cięższy, a ja na miesiąc czasu przebyłem rowerem aż 1200 km! - łobuz ten Twój Kazik! Winę ale ponosi szosa i brak broni, bo nie chcąc się dać zjeść lwom czy leopardom, szukałem schroniska w domach białych - i dlatego na dzień robiłem kupę kilometrów na rowerze.

Najgorszy ale kawałek drogi stoji teraz przede mną dopiero - gorszy od Sahary, od błot Sudanu, od dotychczasowej trasy w Congo przebytej. Chwilami ogarnia mię lęk - wbiję się w ponury las podrównikowy, równik z jego kaprysami, chorobami i przebogatą kolekcją drapieżników. Jakieś 800 do 1000 km drogi bezludnej prawie - zaledwie kilka stacji misyjnych! Żeby choć cudem zestawić rower, aby można jechać, i żeby ktoś miał do sprzedania choćby zwykły rewolwer - tu składów broni wcale nie ma, najwyżej amunicję drogo nabyć można!

Jest przede mną trasa, do której przebycia trzeba szaleńczej odwagi, a wprost bohaterstwa nawet! Zresztą przeczytasz może dokładniej o wszystkiem w gazetach - trudno mi pisać 2 razy to samo. Pomyśl - krótko streszczone dnie od Malakal do Nizi to makiem zapisane 43 strony, a to tylko szkic, bez przeżyć prawie! Bez nędzy prawie, bez walki o chleb - ot, tylko zarys tych dni trudnych. A trasa przebyta wobec tej, która staje przede mną, to igraszka raczej... Gdy Bóg szczęśliwie przeprowadzi przez równik, odetchnę z ulgą, a może z tego stworzę coś kiedyś.

Bądź ale spokojną o mnie, nie gryź się - Bóg dobry sił doda i od złego uchroni. Proś najwyżej o zdrowie dla mnie i siły do pokonania trudów i ominięcia niebezpieczeństw...

gdzieś po północy już...

Wywoływałem filmy - i wiesz? Ten, co złodziej z aparatem ukradł, choć podarł część filmu, jednak wszystkie zdjęcia nieuszkodzone - mam zatem dobre ilustracje całej kopalni "Kilo-Moto" - kiedyś do odczytu dobra rzecz. Właściwie wszystkie zdjęcia znośne albo bardzo dobre - część ich w parę dni po tym liście zobaczysz i sama osądzisz. Jutro jeszcze dokończę film zaczęty i też wywołam tutaj. Będą to ciekawe zdjęcia! - zwłaszcza dla Przewodnika i dla Warszawy i Krakowa! Będzie i Kazik! Z ostatnich trzech paczek klisz z Kaira, to jest z tych "bezpłatnych próbek" po 4 szt. w pudełku, jedną paczkę, którą miałem w teczce na rowerze, wyrzuciłem - zamiast klisz znalazłem mak (ale nie do "kutji"). Upadłem kilka razy i wtedy się zbiły! Nabiłem 4 szt. - chcę się sam odklasnąć w tow. kobiety, która zamiast warg dziób raczej ma - to jest od dziecka coraz większe krążki jej wkładano w rozciętą odpowiednio wargę. Jest to typ najciekawszy w Afryce - już na wymarciu - może będzie dobre do reklamy dla mnie. Przeczytasz, dlaczego tak się okaleczały te kobiety, w gazecie - długa to historja.

Mam zatem jeszcze ogółem 8 klisz - ale że to "extrarapid", więc chyba "coś będzie widać na obrazku"! Zamówiłem u tego polskiego fotografa (w stolicy Conga mieszka - 2000 km stąd), o ile nie jest w podróży, to może dostanę materjał, a naprawdę już mi tęskno do dobrych klisz, i trochę może się da gdzie zarobić choćby na życie moje i opędzenie wydatków postoju okropnie drogich - po 20 do 50 fr za list do redakcji! - a trzeba spiesznie wysłać, bo tam, gdzie chcą drukować, nic nie ma! Kurjer Pozn. i Ilustr. zjadła wszystko - a Maryś moja i dzieciny czekają pomocy. Czy Ty Maryś notujesz każdy wpływ z mej strony, to jest przede wszystkiem z redakcji, a także za foto czy inne - które to spowodowuję? Zwłaszcza wpływy z red. trzeba koniecznie notować i o każdym przekazie donieść mi musisz, abym odpowiednio do redakcji pisał! A także notuj rozchody pocztowe i inne, jakie dla mnie pośrednio czy bezpośrednio ponosisz, a więc porta, Greger i ew. wyjazdy do Pozn. Będzie to kiedyś ciekawe do mej może broszurki, choćby "Dochód z redakcji". Śmieszne, co? Ładny dochód - że wszyscy czworo głodem przymieramy!

Ale wyjmę filmy z wody i spać - jestem jednak już nie ten silny Kazik, który noce całe pracować umiał, a rano siadał na rower... i dalej pracował. Pa! Całuję czule i do serca tulę myślą tęskną i Ciebie, i dzieciny nasze.

środa, 8 marca 1933

Maryś Ukochana!

Nigdy się nie gryź Kochanie, gdy ja o jakimś piekącym braku wspominam, bo często - prawie zawsze - zanim list mój Twych drogich rąk dojdzie, Bóg Dobry pomoc zsyła. Tak było z funtami w Sudanie, z chorobą w Kongo - tak teraz z mojim rowerem, który znowu w porządku - uśmiecha się razem ze mną, gotów do drogi. Pomyśl! - tu, w takiej dziurze, wśród bezbrzeżnych puszcz, pod równikiem prawie, dostałem dziś całkiem nową oś razem z torpedem - nowiuteńkie, błyskotliwe.

Nigdzie w Afryce nie ma żadnych części składowych do rowerów niemieckiego systemu, ale tutaj mają kilka rowerów niemieckich w misji i sprowadzono części zapasowe do nich. Dowiedziałem się od brata Łazarza - Ślązaka, poprowadziłem odpowiednio rozmowę przy stole - i ku uciesze przełożonego, brata Łazarza, a przede wszystkiem mojej, rower chodzi jak zegarek i znowu jakiś czas wytrzyma.

Teraz ale gumy - jedna choćby i to na gwałt. Tak naprawdę koniecznie par avion do Beni (Ituri). Guma rozmiar 28 1/2 bez drutu (a talou), to jest taka, jak używałem zawsze (bo są i z drutem!). Jest w Poznaniu fabryka gumy - zdaje mi się "Pe-Pe-Ge" czy coś w tym rodzaju, ale żebyś nie wydawała pieniędzy - niech dla reklamy mi pomogą, i to koniecznie zaraz jedna tylko: par avion do Beni (Ituri) posterest. par Egypte - Sudan - Uganda. Cudu takiego jak z osią nie będzie z gumą! A 2 sztuki niech wyślą zwykłą pocztą do:

RUTSHURU (KIVU) posterest. par Mombassa - Congo Belge.

Jeżeli da się całe koło zyskać, to dobrze - ale już teraz niekoniecznie i nie par avion, tylko zwykłą pocztą na adres RUTSHURU etc., a tutaj tylko z drutem - trzeba by było całą obręcz zmieniać i wszystkie sprychy!

noc...

Wywoływałem obrazki Contax, aby się zorjentować, komu jakie posłać. Myślałem, że mam więcej zdjęć ciekawych, a to zaledwie 21 sztuk nadaje się do gazet, może 25 szt. najwyżej - reszta to do odczytu kiedyś. Jeszcze kilka zdjęć przybędzie, gdy jutro dokończę film, jaki mam w aparacie. Dużo zdjęć z wczoraj wywołanych filmów to dla dyrektora, dla doktora, który mię leczył, i dla innych osób, które mi pomogły finansowo czy gościli bezinteresownie, ale poślę tylko film bez odbitki - nie mam papieru. Pa! Dobranoc - zmęczony jestem, już po północy!

Mudzi Maria, niedziela, 12 marca 1933

Kochany mój drogi Marysiek!

4 już dni nie piszę do Ciebie - wykańczałem pocztę redakcyjną i inną w sprawach mojich. Myślałem przy pracy stale o mych utęsknionych Pieszczochach - o mej Marysi, Elżuni, Romulu, a że dla Was pracowałem - więc najpierw praca!

Dziś (wieczór już) jestem gotów do odjazdu - rano ruszę w drogę. Jestem zmęczony postojem, ale zdrów.

Podaję nowy adres - na osobnej kartce, abyś na widocznem miejscu powiesić mogła i mieć pod ręką każdej chwili.

Równą pocztą wysyłam listy do

"Naokoło Świata" Warszawa

"Światowid" Kraków

"Przewodnik Kat." Poznań

"Na Szerokim Świecie" Kraków

oraz

Greger Poznań 71 zdjęć do powiększenia

Działaj ze spokojem - po nadejściu powiększeń poślij zaraz polecone odpowiednie powiększenie do redaktorów - jako dołączniki do listu Twego męża wysłanego dnia ...... z miejscowości ....... (Congo Belg.), polecone, par avion. Nie wiem, gdzie nadam i kiedy - wszystkie ale listy będą razem nadane, a więc datę nadania i miejscowość znajdziesz na kopercie tego listu.

Do Przewodnika nie spiesz - może nadejdą zwroty z redakcji, a tem samem będzie więcej obrazków.

Na wszelkie przesyłki adres Rutshuru - jak na kartce podaję, a więc ani Beni, ani Irumu, ani NIZI. Rutshuru leży jakieś 700 km stąd, a więc miesiąc drogi - odwrotnie odpisane dojdzie może razem ze mną (naturalnie avion).

Pilne! Choćby jedna opona na rower (wierzchna guma - bo kiszki mam!) par avion - ale tylko gratis, to jest reklamowe, a 2 zapasowe mogą posłać zwykłą pocztą na ten sam adres! No i wycinki z prasy oraz wszelkie informacje, może choćby informacja! (avion).

Czy wiesz Marysiek Kochany, że odjeżdżam bez poczty od Ciebie? Myślałem, że choć list będzie - jestem wprost niespokojny o Was; a także tych zapowiedzianych gazet nie ma - nic, nic! Świat zapomniał o mnie tego roku ani Maryś moja na 4 III nie napisała!

Nie wiem, czy zdążę z drugim listem przed świętami jeszcze, dlatego już dziś ślę serdeczne Wesołego Alleluja i całuję osobno całą moją Trójkę na te dnie świąteczne.

Ja spędzę święta w jednych ze stacji misyjnych nad jeziorem KIVU (Kiwu) w okolicy Rutshuru. Sądzę, że głodny nie będę - Bozia dobra. Gdy pieniądze z redakcji nadejdą, ze sercem lekkim wydaj na potrzebne - ja postanowiłem sobie iść o siłach własnych!

Najgorsze, że nastał czas deszczów tropikalnych, a ja wjeżdżam w najdzikszą część Konga. Mam ale namiot i lancę - da Bozia wszystkie trudności pokonam!

Pamiętaj Kochanie, że teraz poczta coraz dłużej iść będzie - za tydzień już może przekroczę równik i znajdę się na drugiej półkuli. W miarę możności wysyłać będę pocztę, więc gdy czasem nie będzie wieści tygodnie, nie martw się - widać nie było okazji wysyłki! Najbliższa poczta to Rutshuru - szmat drogi, więc tylko okazjami wysyłać będę!

Nie wiem, jak redakcje przyjmą moje listy - sądzę, że są znośnie pisane i ciekawe. Napisałem i do Światowida - po tym z października wydrukowanym w Światowidzie mojim liście ma już redakcja moje 3 listy, dziś idzie 4ty. Po jakichś 2 tygodniach zapytaj - ja przymieram głodem i pomoc więcej jak konieczna - jestem w najtrudniejszych stronach Conga!

A co z Kurj. Pozn. i Ilustracją - będę miał dużo nowych wrażeń - równik, Ruwenzori, Jezioro Alberta, Edwarda, Kivu - do kogo pisać? Informuj wyczerpująco w tej sprawie.

Ale co z Wami? Boże! - znowu cały miesiąc najmniej bez żadnych wieści od Ciebie. Żebym dziś miał wieści, jakoś lżej by było! - ale trudno, nie ma!

po kolacji, 9ta wiecz.

Piszę dalej, a jeszcze i spakować się trzeba. Kupa pracy z pakowaniem, a cały kram prawie nic niewart! Papieru foto nic ani dobrych klisz - zaledwie parę spulek filmu (dokładnie 6 spulek po 36 zdjęć), trochę łachów i rupieci.

Oj Boże! - że też ja nie umię dorobić się niczego! Zamiast posłać Ci choćby na życie znośne, obarczam jeszcze pracą i trudzę mojemi sprawami! Wybacz ale Maryś - życie chętnie poświęciłbym dla Waszego dobra, nie umię ale wypłynąć na wierzch, zaś za życie moje nikt grosza nie da!

Jutro w drogę daleką - bardzo daleką! Już teraz naprawdę na "drugą półkulę"! Pisz Maryś - abym choć w Rutshuru miał pocztę!

Raz jeszcze Wesołego Alleluja! - i dużo, dużo serdeczności na dnie świąteczne! Dzień 19 marca spędzę prawdopodobnie w Beni i pomodlę się o pomoc dla Was. Czynię to zresztą codziennie!

Całuję czule, tulę myślą tęskną do serca, opiece Bozi polecam. Ucałuj dzieciny - nich piszą do mnie, brak mi ich! Tęskno nieraz do szaleństwa.

Jeszcze raz przeczułe pocałunki.

Wasz Kazimierz

Pozdr. dla ks. prob. i innych wsp. znajomych. Nusi poślij tę kartkę - niech i ona napisze do mnie.

List nr 70

Mudzi Maria, Congo Belge wtorek, 14 marca 1933

Ukochany mój Maryś!

Co Ty sobie pomyślisz mój Maryś, że ja się tak długo zatrzymuję po drodze? I mimo że wczoraj miałem już wyjechać, dziś jeszcze jestem tutaj? Ale widzisz Kochanie - nie moja to wina! Nie jestem silny, a przecież przyznasz, że powinienem od śmierci chronić twego Męża...

Wczoraj, spakowany zupełnie, chciałem jeszcze się przekonać, czy coś w NIZI na poczcie nie znajdę od Ciebie, ale choć telefonowałem i oświadczyła ta "pani pocztarka", że nic nie ma - pojechałem, bo i pocztę nadać miałem, i po drodze zaproszony byłem do jednego kolonisty, który ma murzyna u siebie umiejącego szyć buty, a moje całkiem poprute. Pojechałem rano, zaraz po mszy św., po drodze zostawiłem buty i w pożyczonych mesztach pojechałem do NIZI, naturalnie autem. Całe szczęście, bo na drodze przyszła szalona burza - byłbym nie zdążył na pocztę, która w południe odchodzi do NIZI. Nadałem listy - coś 120 fr - kupa pieniędzy! I wiesz? - znalazłem list względnie polecone gazety od Ciebie - choć tyle, ale przecież ta "pani" poprzednio twierdziła, że nic nie ma! Trafiło się auto, wróciłem do butów mojich, czyli na farmę kolonisty, byłem zaproszony na obiad.

Jadłem mało, ale jadłem, bo przecież trzeba się odżywiać, choć apetytu ani za franka! Zaraz po obiedzie zaczęło mię kręcić - ból głowy, w końcu wymioty, i o odjeździe mowy nie było - byłem bezsilny, trup po prostu! Położyłem się, naznoszono mi lekarstw, kupę kłopotu ludziom zrobiłem. Koło 4tej pop. zaczęło całe ciało obsypywać - jakieś plamy białe, jak po pokrzywie, paliło ogniem, swędziało. Przeraziłem się, a to coraz więcej tych plam - formalnie całe ciało pokryte.

Wymioty, swędzenie, lęk - w końcu wyczerpany usnąłem, budząc się rano trochę silny, a plamy znikły. Ubrałem się, porobiłem ciekawe zdjęcia i wróciłem do misji. Tu zastałem lekarza z Irumu - opowiedziałem mu przejście wczorajsze. Orzekł, że to zatrucie konserwą. Jadłem śledzia - ale i wszyscy go jedli - i ja się tylko zatrułem! To dziwne! Tak wygląda z bliska życie tutaj! Tysiąc chorób nowych - pojęcia nie masz, jakie piekło! Jakieś "kimputu" - owady śmiercionośne, jakieś pchły, które spowodowują gangrenę, jakieś paskudne malarje, febry - Bóg wie, co za choróbska!

A lekarz znowu to samo! Nie forsować, uważać!, dobrze się odżywiać!, chinina co dzień!, noce wysypiać się - tysiące rad i przestróg, a ja najchętniej uciekłbym do Boruszyna, do Maryśki mojej, ale to daleko, bardzo daleko!

Dziś już mi odjechać nie pozwolono - wyglądam też jak z krzyża zdjęty, oczy tylko błyszczą z silnych czarnych obwódek... ale Bozia dobra - dobrych ludzi spotykam, jakoś przebiję to piekło.

Ucieszyłem się choć temi gazetami od Ciebie, ale tak bardzo pragnąłem wieści nowych - niepokój ogarnia!... Oj Maryś - jak to źle w świecie, takim dalekim świecie do tego!

Przewodnik ale zrobił mi niespodziewaną reklamę! - i to wwalił mię na pierwszą stronę! Chyba Kłosa tam już nie ma! Ale też aż rok cały czekałem na te trochę miejsca! - żeby ale i dalej drukowali. Czy oni zapłacili za te 2 fotogr., które już dawno były umieszczone? Jak płacą? Jak obliczają? Idzie mi bardzo o "Przewodnik Kat." - to duża reklama dla mnie, duża reklama na niedalekie jutro! Staraj się jak najlepiej zilustrować moje opisy - może poślesz dodatkiem do listu, jaki 1 I 33 posłałem na Twój adres, fotografje ilustrujące puszczę, okolice Lul - pamiętaj ale, nie poślij "Nuerów".

Ostatni list, wczoraj (13 III) wysłany z NIZI = Treść rzeka Kibali, kopalnie złota, szarańcze, z życia murzynów. Nadają się przede wszystkim zdjęcia: piasek złotodajny, rzeka Kibali, "karjera", młyn, koryto, na dnie którego osiada złoto - zresztą wszystkie zdjęcia ładne i ciekawe!

Zdjęcia szczepów WALENDU, WABITA i WAHEMA to zatrzymaj jeszcze - na Twoje ręce poślę do nich opis, łącząc z opisem Jeziora Alberta. Dużo ciekawych szczegółów opracuję.

Kurjer Poznański podły, 100× podły - tyle ciekawych opisów przepadło, tyle możności skromnych honorarji, trudno! Napiszę wtedy do nich, gdy mi doniesiesz coś pewnego, inaczej szkoda pracy! Nie jest to ani cały list z Malakal - list był długi, pełen treści, podczas gdy w nr z 25 stycznia br. jest właściwie "nic" - nie napisane ani o Malakal, ani o Szillukach - ot!, woleli nic nie umieścić!

"Na Szerokim Świecie" zamiast ucieszyć mię - zdenerwował po prostu! To nie mój artykuł - bezwarunkowo moje gryzmoły lepsze były od tych "redaktorskich" poprawek. Do tego artykuł pełny błędów ortograficznych, niektóre zdania wprost wypadają karykaturalnie!

Artykuł Przyborowskiego wcale byłby znośny - niepotrzebnie pisał o pomocy Tobie, a trochę niegrzecznie, bo dla niego nie jestem ani "Kaźmierz" ani "Nowak" - bo przecież u niego nie byłem "fornalem", ale dam spokój! - niech sobie! On też potrzebuje zarobić - zarobił prof. Richter, niech zarobi Przyborowski!

Taki już świat! Trzeba się pogodzić ze stanem rzeczy. Może ale i ja napiszę do "Przyborowskiej" gazety! Na pewno nie rzucą do kosza! - a napiszę tak, że Przyborowski zblednie ze swym piórem!

Ciekaw jestem, czy Kurjer Warszawski umieścił już mój list wysłany 1 I 33? Już drugi list odszedł tamże 6 marca br. i to aż 13 stron! Ucieszę się, jak mi doniesiesz, że tak.

Za kalendarzyk mocno obie łapki całuję - ale myślałem, że choć się podpiszesz w nim, a to zaledwie "Szczęść Boże" i miljony pocałunków od mojej Trójki. Tamtego roku byłaś bardziej szczodrą, bo Maryśkę mi posłałaś w kalendarzu! A czy "Rycerz Niepokalanej" mam przeczytać? Czyś miała jakąś głębszą myśl, dołączając tę gazetkę?

Ciekaw jestem, dlaczego poczty nie ma od Ciebie - ciekaw i naprawdę niespokojny! Oj Marysiek! - ciężko i tak, a jeszcze być bez wieści! Ale pocieszam się tem, że może zwykłą pocztą wysłałaś list i dlatego zwłoka, bo piszesz, że za 2 tyg. wyślesz paczkę - a że gazetki teraz dopiero nadeszły, więc list dopiero byłby tutaj za 2 tygodnie!

Ale ja marudzę - spać się jednak położyć trzeba. Pa! Dobranoc! Całuję silnie, pieszczę czule i życzę Dobranoc! Dzieciom ucałowanie czółek. Pa! Wasz Kazimierz

P.S. Jak możesz, składaj osobno Przewodniki Kat. z mojemi artykułami, bo te, co mnie posyłasz, uszkodzą się w podróży - a ładne reprodukcje obrazków!

Bogoro, nad Jeziorem Alberta Congo Belg., 15 marca 33

Maryś mój!

Przed chwilką przyjechałem do Bogoro, skąd przepiękny widok na olbrzymie Jezioro Alberta, do którego stąd jeszcze 25 km - ale "z pieca na łeb", to jest około 1000 mtr w dół. Dlatego dziś już nie jadę dalej, bo tam na dole piekło i śmierć, tak zwana: "kimputu". Określę Ci to "kimputu", którego bardziej się boję jak lwa czy leoparda, czy nawet malarji. Jest to najstraszniejsza choroba tropikalna, a ustrzec się można tylko wielką ostrożnością, przy Bożej pomocy. Murzyni nazywają tak tę chorobę i owada z rodziny pluskwy, którego ukąszenie spowodowuje okropnie silną gorączkę, która co 4 dni się powtarza i każdorazowo trwa dni kilka. Jest to choroba mało znana, leczą ja podobnie jak syfilis, to jest silnemi dawkami arszeniku - lecz mimo wszystko choroba ta jest prawie nieuleczalną i spowodowuje ślepotę zupełną! Owad "kimputu" potrafi żyć lat dużo w szczelnie zamkniętej butelce, do której wsypano trochę piasku. Żyje normalnie w ścianach domu, jak pluskwy, a w nocy wychodzi na żer. Czując człowieka poniżej, spada z sufitu i jad wszczepia... Straszna jest Afryka!

Uchronić się można, śpiąc pod namiotem - w miejscach wilgotnych. A niech Bóg broni w domach próżnych lub domach murzyńskich - śmierć pewna lub straszna, nieuleczalna prawie choroba!

Od 2 miesięcy jestem w górach wysokich - tu jeszcze wytrzymać można, zawsze chłodniej i bezpieczniej, bo np. tuż nad jeziorem, to jest 1000 mtr poniżej, upały dwakroć silniejsze, a razem z upałem choroby wszystkie, jakie w tych stronach grasują! Jutrzejszy dzień chcę spędzić nad jeziorem, ale przed nocą ucieknę w góry.

Wczoraj w łóżku przeczytałem "Rycerza Niepokalanej" - czy po to mi Maryś moja posłała to pisemko? Czytałem długo w noc, myśląc o Marysi mojej, a potem spałem do 8mej rano, a po śniadaniu w drogę. Ciężka przeprawa przez góry - prawie połowę trzeba było leźć w górę jak po drabinie, a potem szalone zjazdy - aż oliwa w osiach się paliła. Może jutro parę zdjęć zrobię do gazet - po to wybrałem się do Kasenyi, skąd znowu wrócę do Mudzi Maria - i dopiero dalej...

Mudzi Maria, Congo Belg. piątek, 17 marca 33

Kochanie moje!

Noc ciemna dziś, księżyc późno wschodzi. Koncert żab i świerszczy idzie od gór wilgocią deszczy przepojonych. Klasztor już śpi, ja pogawędzę chwilkę. Pop. wróciłem z Kasenyi, gdzie wczoraj rano wyjechałem z Bogoro, a mimo woli wypadło mi w tym piekle noc spędzić! Nocowałem w hotelu u Greka - i jakoś "KIMPUTU" nie było, ale za to paliło słońce, a nocą dusiłem się w łóżku! - tak gorąco było. Zaledwie jedno zdjęcie - mglisto było, a więc jezioro wcale nie fotografowałem, ale trudno! Wróciłem częściowo pieszo, częściowo autem, a po przybyciu tutaj wybrałem się z braćmi na "Drogę Krzyżową" i dopiero sobie po powrocie uprzytomniłem, że to już post wielki się zaczął - i że Popielec był 1 marca! Ja naprawdę zaczynam tracić rachubę czasu i wszystko mi się miesza w głowie od nawału wrażeń i przeżyć, a przy tem niepokój o Was i te troski, czasem lęk przed jutrem i przed trudami, jakie pokonać trzeba, aby się przebić na południe! Oj Maryś! - jak to źle, gdy się musi takie tułacze wieść życie! Ale Pa. Dobranoc! - dużo ucałowań serdecznych i pieszczot czułych. Wasz Kazimierz

sobota, 18 marca 1933

Marysiek mój Jedyny!

Dziś 18ty marca, a więc za godzin parę minie lat 11cie, jak Maryś mój po raz pierwszy podpisał się: Nowakowa - jutro rocznica ślubu... O Boże! - dlaczego nie mogę Cię już raz znowu zobaczyć, ucałować, popieścić? Gdybym w tej chwili był gdzieś we Francji czy Belgji - wsiadłbym do pociągu i jutro byłbym z Tobą razem, nie tylko myślą! - ale dziś pół świata nas dzieli! U Was jeszcze słońce nie wyglądło zza pól - tu już żarne jego promienie całują okoliczne góry i włóczą się wśród wiosek murzyńskich, ożywiając ich monotonję fantastycznemi cieniami... Pół świata nas dzieli Maryś - aż mi straszne jakoś, gdy o tem myślę!

U Was nagiemi szkieletami sterczą na tle szarego nieba drzewa owocowe - tu rumiane pomarańcze dojrzewają, złocą się owoce bananów, "paj-paj" i różne inne - zielono, kwietno, a jednak tęskno mi do tych szarych marcowych dni Waszych, mglistych i chłodnych, śnieżnych może i mroźnych!

Dziś poczta nadchodzi - i ta od Nilu, która wlecze się długo małym okręcikiem, i ta, która górą nad szmaragdowym Egiptem leci, nad Sudanem, i która idzie przez angielską Ugandę autem - potem okrętem przez Jezioro Alberta do Kasenyi. Czy to będzie coś dla mnie? - czy choć listem odwiedzi mię moja Kochanka biedna? Ostatni raz czytałem krótką karteczkę (z listem Romula drugostronnie!) Twą drogą ręką skreśloną w pośpiechu, a data na niej 3 II 33, czyli 1 1/2 miesiąca temu! Od tego czasu nic o was nie wiem! - straszne to! A ja zamiast się zbliżać, oddalam - coraz dłużej wlec się będzie poczta! Żebym choć wiedział, żeście Wszyscy zdrowi, że niegłodno! - niechby i to cierpienie było! Ale mnie strasznie, gdy myślę, że u Was zimno, że braki, że głodno może - a ostatnie listy moje niewesołe były, obarczyły Twą głowę troskami i pracą... Oj Maryś! - a ja duszą całą pragnę, by Marysi mojej pomóc, uprzyjemnić życie, osłodzić choćby w biedzie - nie umię ale, nie mam, jak to mówią, szczęścia, nie umię znaleźć pracy i choćby groszem pomóc!

Maryśko, Maryśko! - wybacz! Bóg świadkiem, że duszą całą Cię kocham, że mam względem Ciebie jak najlepsze zamiary, że dlatego stanąłem u ołtarza z Tobą, aby Ci życie uczynić miłe, opieką i miłością otoczyć. Czasy ale straszne nastały, pracy nie było, a wiesz, że praca dla mnie to rozkosz, że nie z lenistwa ją straciłem, ale przez podłość ludzką! A w świat ruszyłem nie dla zabawy, nie dla rozkoszy, ale z konieczności. Męczę się, trudno mi, ale nie narzekam, znoszę wszystko cierpliwie - byle Wam na chleb zarobić!

Maryś! - co z Wami? Czy dziś przyjdzie od Ciebie poczta? Czy choć tyle pocieszenia i osłody jutrzejszej rocznicy? Jak doczekać wieczora - sam nie wiem! Dla poczty tylko dziś się zatrzymałem jeszcze w MUDZI MARIA i dlatego, aby jutro być na mszy św. A zresztą jestem we "Wiosce Marji", a Marja Twoja patronka - zdaje mi się, że w tej cichej misyjnej wiosce murzyńskiej pod równikiem jakoś mi lżej na sercu, jakoś bliżej Ciebie... "Wioska Marji" - izba miła, względnie nawet 2 pokoje zamieszkuję - elektryka, słońce, stół dobry, a bracia ojcowską opieką otaczają, serdeczni - widząc me wyczerpanie, zatrzymać się starają, abym do sił powrócił!

po południu, 18 marca 33

Maryśko Jedyna, Drogi mój Maryś!

Przed chwilą skończyłem czytać Twój Drogi list nr 59, który kurjer pocztowy przywiózł mi z Kasengi (port nad Jeziorem Alberta), choć list adresowany był do NIZI. Ale poprosiłem o to, bo do NIZI już jechać nie chcę więcej.

List Twój wcale mię nie uradował - to jest treść jego, choć przeczucie mówiło mi, że Maryś mój chory, i prawie byłem pewny takich wieści. Boże! - jak Ci pomóc Maryś! Jak Ci ulżyć w Twem trudnem życiu - jak?! Wrócić, choćbym chciał, nie mogę - za daleko jestem i najpierw pracę znaleźć muszę, a potem dopiero mógłbym być u Was znowu, a Ty Kochanie zmarnujesz mi się! I co mi potem z życia?, co mi potem ze wszystkiego?

Ot - i ja chory byłem, bardzo chory, ale tu, wśród obcych, opieką czułą mię otoczono - dano wszystko! Lekarza, leki drogie, izbę czystą, obsługę, wikt taki, jakiego nigdy nie miałem w życiu, a i teraz tu w misji bracia, widząc mię, współczują, zatrzymują, odżywiają, i powracam do zdrowia, choć to sprawa długa z tą malarją... Ale po co Ty Kochanie moje posłałaś mi pieniądze?! Po co Maryś?! Ja przecież Ci pisałem, że postanawiam sam się utrzymać. Bozia dopomaga - mam przecież i Twoje 2 dolary jeszcze, i 2 funty ang., i około 200 fr gotówki tutejszej, a Ty Kochanie posyłasz mi taką kupę pieniędzy! Po co Maryś? - to przecież nie moje pieniądze, ale Twoje i dzieci. Ja w świecie nie zginę - Wam brak wszystkiego! Maryśko Kochany! Czemu Cię przerażają rozchody konieczne, czemu się gryziesz, że kupę pieniędzy wydałaś - czy to wydałaś na hulankę czy na pijatykę?

Oj Maryś TY mój biedny! Piszesz, że kupa pieniędzy, a nie liczysz, że tyle miesięcy ani grosza nie było! A mnie aż przykro, boleśnie, że Ty z tych nędzarnych groszy posyłasz mi jeszcze pieniądze - po co Maryś? Ja w świecie daleko!, ale Bóg dobry czuwa nad tułaczem, widzi mój trud i pomoc zsyła. Ty sama piszesz, że obco Ci w Boruszynie, że "sama jesteś wśród swojich".

I nie wiem, co mam zrobić! Odesłać Ci ten czek - nie chcę Ci przykrości sprawić, a naruszyć go serca i sumienia nie mam! Odłożę go do dolarów i funtów chyba - to pieniądze mojej Maryśki! - O Maryś Ty mój Kochany! Żeby Bóg Dobry zdrowie Ci zwrócił i żebym ja pracę znalazł już raz i mógł Ci życie bezpiecznem uczynić - i już raz być koło Ciebie znowu, abyś nie potrzebowała na swych wątłych barkach dźwigać ciężar nad siły utrzymania domu przy nędzarnych dochodach!

Ale już teraz Maryś mój Kochany pamiętaj! - mnie nie posyłaj! Pieniądze, jakie do rąk Twych dojdą, Tobie się należą. Aby tylko Bóg dobry dopomógł mi napisać coś dobrego, aby chcieli za mą pracę płacić i drukować moje gryzmoły! Ja w świecie nie zginę - dam sobie radę przy pomocy Boga. Nędzy ani biedy się nie boję, nieobca mi - i nawet zżyłem się z nią tak dalece, że ani jej nie czuję. O ile czasem piszę coś o mych brakach, to dlatego tylko, aby nie przepadły wrażenia chwili - odżyją, gdy kiedyś do pracy zasiądę, lżej - gdy czytać będę me listy do Ciebie wysłane! Chcę, byś o sobie więcej myślała jak o mnie, bo ja jeden - Was Troje! Dla mnie dom każdy otwarty - ludzie podziwem darzą, chlebem, jestem dla otoczenia bohaterem, bo zrozumieć umieją, co znaczy rowerem toczyć przez piekło Południa! To wysiłek nadludzki!

Co Ci pisać, abyś zrozumiała mnie i wyczuła, co myślę?! Ja Maryś dla Was żyję, a każdy grosz, jaki Wam dać mogę w jaki bądź sposób - to wprost radość moja! Wtedy mi lżej trochę, weselej, bo przecież to mój święty obowiązek - dać Wam chleb! A zresztą nie obowiązek tylko! - ja Was kocham, pracować dla Was to przyjemność moja!

Otrzymałem dziś list nr 59 - a brak nr 58! Może nadałaś zwykłą pocztą i nadejdzie później. Z treści dzisiejszego listu wynika, że były tam życzenia imieninowe, że był jakiś bilecik Elżuny... może i inne informacje - szkoda, że nie mam tego listu, ale w drogę już naprawdę czas! I tak długo już siedzę prawie że na miejscu, ale stan zdrowia polepszył się nieco, a i bezczynnie nie siedziałem! Pracowałem nawet pilnie, wysłałem obfitą pocztę, a i nową przygotowuję - znowu ciekawe zdjęcia, a przede mną najciekawsze strony Afryki! Muszę ubić jeszcze ładnego lwa - zapoluję trochę, naturalnie nie lancami! - pożyczę gdzieś karabin, a zdjęcia z polowania ciekawe zawsze!

Maryśko! Kochanko moja! Pamiętaj - bądź spokojną o mnie! Ja pamiętam o Was - dla Was żyję i żyć chcę. Dbaj o siebie, odżyw się, nie żałuj groszy na żołądek! Wybacz, że braki są, że było nieraz głodno, ale gdy grosz nadejdzie jaki, niech Ci żal nie będzie wydać - na to przecież pracuję! Myśl przede wszystkiem o sobie - Ty pierwsza, bez Ciebie Twoja Trójka zmarnieje - i dzieci, i Twój Kazik! Mnie wystarczy Wasza modlitwa - z sytuacji tylko Bóg wyprowadzić może!

Przeczuwałem, że Kłosa już nie ma w redakcji - inaczej nie wydrukowałby twego Kazika na pierwszej do tego stronie "Przewodnika". Cieszę się, że trochę się prasa ruszyła - już i czas! Żebym tak cudem jeszcze zyskał gdzieś karabin, oj Maryś! - wtedy i pół życia by było, i skóry ładne dochód by dały - a zdjęcia przeciekawe! A tu tyle zwierza! Ale może i ten piekący brak pokonam!

Co do pierwszeństwa zdjęć w Przewodniku, to i owszem, mam przecież "Contax", ale pierwszeństwo powinno iść w parze ze szybkim drukowaniem! Zresztą artykuły moje w Przewodniku to dużo dla mnie! - to reklama dla mnie nie lada, da mi wykorzystać moją podróż finansowo! Gdy po stu artykułach zjawię się wśród czytelników z mojim "Contaxem", nie braknie klijentów - a zresztą, czy ja wiem, gdzie mię jutro rzuci? "Może za morze"... a i tam Przewodnik!

Ciekaw jestem, co mi Ameryka odpisze?! Oj! - żeby też tam trochę miejsca na koresp. znaleźć - dolar zawsze dolarem! Przy najbliższej okazji napiszę do "Domenika Ilustrata" w Italji (Niedziela Ilustrowana), płacą dobrze, a gdy klisze dobre zyskam, zacznę posyłać zdjęcia do Belgji i tak może pójdzie jakoś - trzeba w każdym razie szukać, "a kto szuka ten znajdzie".

Tylko żeby mi Maryś moja zdrowa była! Oj Boże!

Zacząłem pisać coś dla nowej gazety (Warszawa), kilka stron dobrych - może się coś skleji. A chciałbym bardzo pracować dla dużo gazet - czem więcej, tem lepiej! Rezultat może być korzystny dla mnie - jestem zresztą w sercu Afryki, w stronach jak najciekawszych, w piekle Czarnego lądu! Tylko żeby gdzie okazja była nabyć karabin! - oj karabin tutaj to pół życia! A także aby nadeszły filmy od Gregera. Prosiłem, aby wysłał choć 5 spulek (a 36 zdjęć) avion. List dostał około 4 marca - ciekaw jestem czy pośle! Filmy się kończą - gwałtem potrzeba uzupełnić braki!

Wjadę za dni parę w lasy dziewicze, w świat karłów - a tam dalej przepotężny Ruwenzori (góra) i równik, zdjęcia i zdjęcia - trzeba wykorzystać!

Ale to już po kolacji - godz 9ta. Urwę, pobazgram jeszcze trochę dla gazet - z myślą o mojej biednej Kochanej Maryśce. Może w ten sposób czek zwrócę! Ale naprawdę Maryś Kochany już mi pieniędzy nie posyłaj - proś najwyżej Bozię o zdrowie. Całuję silnie i do serca tulę

Kazimierz

"Wioska Marji", 19 marca 1933

Moja Kochana Żonko!

Maryś Ty mój! Właśnie wróciłem z kościoła po mszy św. Rocznica! - myśl ma przy Tobie bawi, przy Żonce mojej Kochanej. Zaczynamy 12ty rok naszego małżeństwa i na wstępie całuję Cię serdecznie i tulę do serca czule, jak wtedy, jak w roku 1922, życząc z całego serca dużo zdrowia i raz w końcu dożycia chwili wspólnej, we własnym gniazdku - miłem, wygodnem, przytulnem...

Maryś! Ciężko mi, smutno i tęskno, że nie mogę Cię w tej chwili zobaczyć, popatrzeć Ci w oczy - abyś wyczuć mogła nie tylko słowem czy piórem, ale i duszą całą, że Kazik Twój kocha jak wtedy, gdy przed ołtarzem w dzień św. Józefa mieniał obrączkę...

Noc... burza szaleje za oknami - ostatnia noc w Mudzi Maria. Nowe troski głowę obsiadły - nadeszły telegramy o mobilizacji we Francji, w Belgji, a tem samem nastąpi pewnie mobilizacja w Polsce... i całkiem poważnie zanosi się na wojnę. Wypadki w Niemczech bezwarunkowo nie przejdą bez echa, a z chwilą mobilizacji liczyć trzeba z wybuchem najstraszniejszej rewolucji... O Maryś! - gdy myślę o tem, coś strasznego ze mną się dzieje! Co wtedy począć? Wrócić czy tu pozostać - albo ja wiem?!

Pamiętaj w razie wybuchu rewolucji czy wojny, że ja o Was pamiętam, że z Wami jestem duszą całą i w miarę możności z pomocą pospieszę, a Ty powiadom mię o adresie - o wszystkim, przez Szwajcarię, przez Czerwony Krzyż - a także pamiętaj, że ostatni mój adres ważny wtedy, a opuszczając nawet Congo czy kraj inny - nie zapomnę odpowiednio zabezpieczyć mą pocztę. Pociesza mię to tylko, że w razie wybuchu wojny nie grozi mi internowanie - jestem bowiem w państwie zaprzyjaźnionem z Polską.

Sądzę, że dla Was najlepiej byłoby uciec przed Niemcami, choćby zupełnie bez niczego - hordy niemieckie okropne harce wyprawiać będą w Poznańskiem, a wrogów dużo! Ty zaś jesteś przybyszką...

Najbezpieczniej wtedy by było w Krakowie - choćby półnago, na ulicy - lepiej jak w Poznańskiem, zresztą Kraków nie okupują zaraz i walk tam nie będzie. W razie wybuchu wojny uciekaj z dziećmi i Nusię zabierz do Krakowa, a wszystko w domu poniszcz - zabierz dokumenty tylko! Złącz się ale z Nusią - będzie bardziej bezpiecznie, jedna drugiej pomoże, ja zaś, jeżeli wrócę, to pracę znajdę, a i drogę posłania pieniędzy przez państwo neutralne.

W razie rewolucji komunistycznej bezwarunkowo wrócę do Polski, bo gdy taka rewolucja wybuchnie, świat cały zapłonie. Lepiej być wtedy wspólnie - nieobce mi te zamęty, zresztą już przeżyłem rewolucję komunistyczną na Węgrzech - biednym nic ona złego nie zrobi!

Piszę o tem wszystkiem, bo sytuacja naprawdę poważna. Pamiętaj - w razie wybuchu wojny uchodź do Krakowa i nie zapomnij powiadomić mię przez "Czerwony Krzyż" czy państwa neutralne, gdzie jesteś. Myśl tylko o uratowaniu życia, reszta niech przepada - zresztą ten barłóg i rupiecie boruszyńskie nic niewarte! Bądź mężną wtedy - ratuj życie Wasze i zdrowie szanuj, Bóg dobry Was nie opuści, a nic się wbrew Jego Woli nie dzieje na świecie! I pamiętaj, że choć daleko jestem, wszystkich sposobów użyję, aby pośpieszyć z pomocą - lub może nawet wyrwę Was wtedy z Europy!

W razie wybuchu wojny w Congo Belg. będzie dużo pracy - kopalnie miedzi, cynku i inne materjały wojenne stąd wyrywać będą - będzie wtedy i praca dla mnie, a i droga się znajdzie wywieźć Was z Polski!

Nie przejmuj się tem, co piszę - licz się ale z możliwością wojny i rewolucji razem... Boga Wola!

Ale ja jeszcze spakuję moje rupiecie i spać - rano w drogę! Całuję Cię silnie i tulę do serca czule, polecam opiece Boga, aby Was od złego chronił. Bądź ale mężną! Bez rozpaczy czy lęku - uciekaj tylko przed bandami niemieckiemi, które bez litości będą! W każdym razie do miasta - wieś okropna w razie rozruchów.

Raz jeszcze całuję czule w dzień naszej rocznicy i ślę życzenia "Wesołego Alleluja", zdrowych Świąt i smacznej święconki. Ja święta może spędzę w jednej ze stacji misyjnych, a więc ani głodno nie będzie, ani zbyt smutno - byle tylko wieści nadeszły pomyślne, że nie będzie zawieruchy wojennej! Pa! Dobranoc - całuję mocno moją Trójkę

Wasz Kazimierz

koło Irumu, Congo Belg. poniedziałek, 20 marca 33

Marysiek TY mój!

Ruszyłem, choć przyznam się - trudno mi było opuścić "Wioskę Marji". Raz - przypominała mi ona moją "Marję" (Maryśkę myślę), drugie - apartament mój składał się z wygodnej sypialni i pokoju do pracy, obsługa, kilka kroków dalej duży salon, biblioteka, pokój stołowy, kaplica, a i 2 km tylko do kościoła. Bracia mili byli - zaś Dyrektor był więcej jak przychylny, czuły i serdeczny. A jednak czas już było w drogę.

Przebyłem dziś 54 km bez żadnego zmęczenia, co jest oznaką, że zdrowie wróciło trochę, a stąd tylko 6 km do Irumu, jednak umyślnie już koło 5tej stanąłem kwaterą w farmie jakiegoś Belga - kolacja, pogawędka, wygodny pokój - a najważniejsze, że za wszystko rano powiem: dziękuję i do widzenia. W Irumu trzeba by ze 100 fr zapłacić za pokój i za kolację (20 Belgów), ale położę się teraz. Pa!

Całuję myślą tęskną moją trójkę

Wasz Kazimierz

pop. 21 marca 33

Za chwilkę ruszam w stronę Beni. Piszę na poczcie i ślę mej Kochanej Marysi i dziecinom drogim ucałowań krocie oraz życzenia "Wesołego Zdrowego Alleluja".

Wasz Kochający mąż i ojciec

Kazimierz

P.S. Nusi pozdr. i ucałowanie. Pa!

List nr 71

W dziewiczym lesie pod równikiem, Kongo Belg., 22 marca 1933, środa

Marysieńko Ukochana!

Piszę dziś dla odmiany pod namiotem - w dziewiczym lesie. Noc! Koncert przepotężny lasu, ale wcale źle się nie czuję. Żeby tylko w nocy nie mieć odwiedzin lwa czy leoparda!

Wczoraj po nadaniu listu do Ciebie opuściłem Irumu. Chciałem coś kupić na drogę do jedzenia, ale taka drożyzna, że naprawdę szkoda grosza! Kupiłem zaledwie znaczków poczt. za 110 franków i 2 × 20 szt. papierosów, a po drodze piję herbatę i jem banany i maniokę jak murzyn. Droga ciężka, rozmokła - deszcze leją co kilka godzin, ale jakoś od wczoraj pop. ujechałem 70 km - to dużo! Droga biegnie przez dziewiczy las, taki piękny, że naprawdę siąść i patrzeć długo, długo, aby czarem się upić, ale czasu nie ma. Trzeba forsować - może jutro wieczorem dotrę do misji protestanckiej. Zawsze Europejczyk choćby dobrej wody się napije!

Wczoraj spałem w wiosce murzyńskiej wśród najdzikszych mieszkańców podrównikowego lasu. Spałem i nie spałem! - bo w domach tubylców czaji się śmierć, której na imię "kimputu", a więc siedziałem tylko pod dachem i paliłem ognisko noc całą. Las jęczał, wył, skowytał - słychać było ryki lwa raz blisko. Rano ruszyłem taki zmęczony, że myślałem ani km nie ujadę - a jednak szmat drogi przebyłem. Całuję mocno. Pa! Dobranoc!

czwartek, 23 marca 33

Ukochany mój Maryś!

Dzień dobry! Wstałem przed wschodem słońca, ale o jeździe do teraz mowy nie ma, namiot bowiem od wilgoci nocy cały mokry - tak jak po deszczu! Spałem doskonale, choć śniło mi się dużo strasznych rzeczy - dzikie zwierzęta ręką dusiłem...

Jeszcze gotuję śniadanie - ostatki prawdziwie, następne 50 km pojadę zupełnie bez jadła. Nic nie mam - tylko herbaty dużą paczkę i trochę cukru na raz czy 2 razy.

Za to po pięknych drzewach małp roje harce wyprawia - las śpiewa radośnie, a słonko poprzez gąszcz ciekawie zagląda, grzejąc swem jasnym promieniem.

I co Ci jeszcze pisać Marysieńko? Sam nie wiem. Pięknie tu! - pięknie aż radośniej jakoś. Las każdy przypomina mi Wagowo czy Boruszyn i do Was zbliża wyobraźnią!

Wezmę się ale do roweru i bagażu. No Pa! Niech Wam wesoło zbiegnie dzień.

Ucałowanie Tobie i naszym dziecinom drogim. Pa! Wasz Kazimierz

Beni, piątek, 24 marca 1933

Maryś Ty mój!

Osiągnąłem Beni! Przygód bez liku, szczęśliwie ale minąłem dziewiczy las, okropnie niebezpieczny! Opisać trudno wszystko - przeczytasz więcej w dziennikach.

Mój obóz wśród leśnych ludzi podrównikowego boru

Ale dotarłem tu tak jak bez roweru - to jest 10 sprych wywaliłem, a w końcu złamała się oś od przedniego koła. Szczęście, że nie pękła w czasie zjazdu z góry, bo kosztowałoby to życie na pewno! Gdy pękła oś, miałem jeszcze 6 km drogi do misji w Beni. Noc zapadała, a w wysokiej trawie rojno od leopardów - groźne wprost położenie. Żal porzucić rower, prowadzić nie sposób, nadludzkim wysiłkiem dotarłem jednak... Teraz nie wiem, skąd wezmę nową oś! Oj Maryś! - że to ciągle coś brak, ciągle to jedno, to drugie się psuje. A ja w Afryce, tuż u stóp Ruwenzori o pięknym szczycie wybielonym śniegiem. Dobranoc! Całuję mocno. Wasz Kazimierz

St. Gustave, Beni, Kongo Belg. sobota, 25 marca 1933

Maryśko moja Kochana!

Wieczór! Ostatnie jego brzaski. Idzie noc druga w Beni. Dzień przeszedł, nic nie zdziałałem mądrego. Szukałem ratunku dla mego roweru, ale tu nic znaleźć nie sposób. Nie wiem, jak dam sobie radę. Chcę się wybrać trochę w okolicę, ale z bronią trudno - kupić nie sposób, a pożyczyć trudno! A powinienem trochę zwiedzić okolicę! Niewesoło mi dziś, smutno i bardziej tęskno. Chwilami owłada mię jakiś niepokój - dlaczego ani nie wiem!

Byłem dziś rano na mszy św. i wieczorem - prosiłem Bozię o zdrowie dla mej Maryśki, a teraz już ciemno! Pa!

poniedziałek, 27 marca 33

Maryś Ukochany!

Wczoraj nic do Ciebie nie pisałem, choć dużo myślałem o Was. O zbliżających się świętach, o wszystkiem, co Was dotyczy.

Byłem na sumie, potem w towarzystwie rozmowa biegła, obiad, a następnie pisałem coś do gazet, nieszpory, a po nabożeństwie z księdzem wybrałem się pieszo do odległej bardzo mieściny Beni - i znalazłem oś do przedniego koła. Choć starą i od innego roweru, ale jakoś zestawiłem dzisiaj. Pojedzie się dalej, ale niedługo. Trzeba całkiem oba koła zmienić, gumy, koła zębate i łańcuch, a wtedy będzie możliwy jeszcze rower. Tak daleko nie ujadę, nie myślę ale o tem - i tak to nic nie pomoże. Ufam w pomoc Boga, może znajdę potrzebne części składowe gratis lub korzystnie - bo kupić tutaj, to trzeba by około 200 zł wydać na reperację!

Chwilowo ale pojedzie się jakoś - może dotrę do Rutshuru.

Pamiętaj tylko Kochanie - nie kupuj dla mnie żadnych części składowych do roweru. Szkoda pieniędzy. A gdy możesz spowodować pomoc bezpłatną, to chętnie skorzystam - ale tylko na koszt całkowity fabryki czy firmy. Szkoda pieniędzy - tem bardziej że nie wiem, jak daleko dotrę na mojim klekocie. A gdy nie będzie można jechać dalej, to tu na miejscu kupię przez siłę wyższą - to, co dostanę.

Żadnych wydatków dla mnie. Pamiętaj na zdrowie - gdy trochę grosza dostaniesz, kup jaj, mleka dużo, a potem ubierz się i to łóżko jakoś zrób możliwe. Takie wydatki ucieszą mię bardzo.

Czy Greger posłał mi filmy? (do Contaxu). Ostatkami gonię, a zamówione u Polaka płyty nie nadeszły, nawet odpisać nie raczył. Ot! - Polak! I to do tego niby jakiś pułkownik w rezerwie - fotograf - boji się, bym mu konkurencji nie zrobił!

Filmy do "Contaxu" koniecznie potrzebuję choć z 5 spulek i to par avion, a z 15 spulek nich wyśle łaskawie pocztą zwykłą - też do Rutshuru. Gdy zostanę bez filmu - katastrofa! Klisz 10 × 15 tu nie dostanę, a na sprowadzenie z Europy wydać trzeba bardzo dużo! Wolę filmy "Contax"!

Gdy tylko nadejdą, odwrotnie za nie zapłacę, ewentualnie Maryś moja zapłaci za mnie. To niedużo pieniędzy, a ja filmy potrzebuję do ilustrowania opisów, inaczej nie będzie ratunku dla Was!

Wysyłaj mi odcinki gazet - a osobno w liście informuj o prasie! - a także wycinki przekazów!

Stoję niespełna 50 km od równika. Jeszcze troszkę trudu i przekroczę tę granicę drugiej półkuli. Kiedy opuszczę Beni, nie wiem jeszcze. Jutro wybieram się pieszo w góry, biorę przewodnika murzyna. Cel: Ruwenzori, choć nie jego szczyt, bo to niemożliwe dotrzeć do szczytu w mych warunkach - choć tak bardzo korci mię śnieg, który pokrywa szczyty tej przepięknej góry! Najmniej zabawię w górze 6 dni, może więcej - zależy od tego, jakie oparcie tam znajdę. Jest misja protestancka - Niemiec! - może zahaczę u niego, i załatwię korespondencję. Potem wrócę do Beni, wywołam filmy i po nadaniu poczty ruszę w stronę równika - i znowu trochę zatrzymam się w Lubero - misja kat. Niebotyczne dzikie góry - zdjęć trochę, a potem Rutshuru!

Tu w Beni poczty nie ma, a ten list dziś wysłać muszę, aby za tydzień dotarł do aeroplanu w Kampala (leży nad jeziorem Viktorja w angielskiej Uganda na połudn. wschód od Kasengi). Zatem list ten iść będzie najmniej 3 tygodnie - więc już po świętach dojdzie Twych rąk. Ponieważ wątpię, czy przed poniedziałkiem wrócę do Beni, nastąpi zwłoka dwutygodniowa w koresp. Wybacz Marysiek - nie z mojej winy! Bądź spokojną o mnie. Teraz coraz trudniej będzie z pocztą - tak z wysyłką, jak i z odbiorem!

Najważniejsze: zdrowie ratuj i niczem się nie przejmuj. Bóg Dobry pomoże! Filmy, o ile nie wysłał jeszcze Greger - na miłość Boga, niech spiesznie wyśle! Ale tropikalne opakowanie, inaczej nic mi z nich, a Greger takich filmów nie ma na składzie! Papiery Geverta, choć nie tropikalne, są możliwe - płyty ale i filmy tylko tropikalne!

Trzeba list kończyć - posłaniec czeka, a ja tyle jeszcze chciałbym Ci napisać, popieścić choćby listem - ale trudno! Bądź dobrych myśli, uważaj na swoje zdrowie, nie gryź się jutrem - ono w ręku Boga!

Informuj o prasie - to ważne Maryś. Niedługo wyślę pocztę do wszystkich gazet - dużo, dużo tematu! Uważaj, aby redakcje za każdy artykuł zapłaciły. A co z Kurjerem i z Ilustracją? - czy będą drukować? Ale tylko pod warunkiem, że będą drukować spiesznie, a ewentualnie może niech odrzucone moje listy odwrotnie zwracają Tobie, a Ty prześlesz je innej gazecie!

A teraz Pa! List następny za 2 tyg., w razie ale zwłoki jeszcze dłuższej bądź spokojną, bo mam zamiar zahaczyć w górach, o ile się da!

Ładnie ucałuj dzieciny nasze, a niech i one piszą każdorazowo do mnie. Tęskno mi do Was - już tyle miesięcy pędzę dnie tułacze! Niech i Nusia pisze, ten niegrzeczny leniuszek.

Adres Rutshuru, aż dokąd nowego nie podam, ale nie zwlekaj z listami, pisz dużo - ale nie nocami!

Całuję Cię mocno, czule tulę do serca - Twój i Wasz

Kazimierz

List nr 72

W drodze do Ruwenzori, Congo Belg. Kaparata, wtorek, 28 marca 1933

Ukochana Maryś!

Dziś rano opuściłem misję w Beni i wyruszyłem w stronę Ruwenzori. Zabrałem murzyna, który mi niósł mój skromny bagaż, a zarazem służył za przewodnika.

Obecnie stoję kwaterą w domu odpoczynkowym, a że cała kupa murzynów zbiegła się pod ganek i gapi się - jestem zdenerwowany i cały polot myśli gdzieś pierzchł!

Ja tak lubię ciszę, samotnię. Chciałbym po prostu być sam i podziwiać raczej przyrodę i ten przecudny krajobraz. Murzynów mam już dość - zwłaszcza od Adranga patrzę na nich całkiem inaczej jak poprzednio.

Wioska Kaparata u stóp Ruwenzori

Wśród stepu, na ścieżynie prowadzącej do stóp Ruwenzori, spotkałem karawanę wracającą z gór. "Białych" nieśli murzyni w wygodnych "TIPOI" (lektyki) i jakichś 100 tragarzy niosło łóżka, krzesła, stoły, namioty, ba! - nawet wannę do kąpieli! Tak tutaj podróżują ludzie - odkrywcy Ruwenzori! - a nic pieszo jak Twój Kazik! Artykuły ich redakcje belgijskie złotem zapłacą, a rząd opieką otoczył. Nawet wojsko jako konwojenci im towarzyszyło!

Ja piechotą, z jednym zaledwie człowiekiem z oszczepem w ręku - ot, Twój Kazik włóczęga! A górą widać poprzez zwały chmur biały lśniący śnieg i on właśnie niby magnez ciągnie. Śnieg! Żebyś Ty Maryś przeczuła, jak mi tęskno za śniegiem!

środa, 29 marca 1933

Dobre południe Marysi mojej i pieszczotom naszym! Krótki odpoczynek, obiad - 4 jaja i herbata - a za chwilę dalej. Tuż, tuż Ruwenzori! Tylko chmury mi nie pozwalają zrobić ładnego zdjęcia. Rano deszcz padał, a teraz słońce, które ogniem pali, chmurami przesłania ten przepiękny owal górski! No, ale Pa!

Kalonge, Ruwenzori, Congo Belg. 30 marca 33

Maryś Ukochanie moje!

Wczoraj dobrze już po południu dotarłem do stóp potężnej góry Ruwenzori. W schronisku zastałem urzędnika administracyjnego p. Treres ("Trer"), bardzo sympatycznego młodego człowieka. Rozmawialiśmy do 11tej w nocy, a przy dobrej kolacji i kawie ubiłem interes nie lada: kupiłem w końcu karabin, całkiem dobry, i 35 patronów za cenę - zgadnij?! Korzystnie - bardzo korzystnie, to jest gratis.

Mam więc w końcu utęsknioną broń, a tem samem wyzbyć się mogę mojich oszczepów i po ludzku iść dalej. Pozostaje zaledwie wydatek 50 fr za pozwolenie noszenia broni, ale to drobnostka - a może jeszcze w misji w Beni odkupię trochę naboji - ten sam kaliber.

Dopiero około południa opuściłem miłego p. Treres i sympatyczne schronisko w Mutwanga. Mam dwu najętych murzynów tragarzy, bo droga daleka, a przede mną śniegi i mroźne noce pod gołem niebem. Pan Treres pożyczył mi wszystko, co potrzebne do spania, a więc i wygodnie będzie. Murzyn, którego zabrałem z Beni, leniuch - zapłaciłem 2 dni, to jest po 2 fr dziennie, czyli 4 fr, i poszedł z powrotem.

Lżej ale myślą wdrapać się na górę jak nogami. Zaraz w pierwszej godzinie marszu brakło tchu w piersiach, a całe ubranie zupełnie mokre od potu. Po trosze rozruszałem się i już potem szło jakoś. Mutwanga leży nad rzeką Talja, 1.186 mtr ponad poziom morza, zaś nocuję w Kalonge, to jest 2.138 mtr n.p.m., czyli wdrapałem się 1000 mtr prawie w górę.

Nie wiem, jak nazwać tę moją wycieczkę - śmiała bądź co bądź - ale ten głupi śnieg, który górą się bieli, tak ciągnie Maryś, że trudno się oprzeć. A to nie śnieg taki zwykły jak tam w Polsce - to śnieg koło równika, pod żarnem słońcem tropikalnej Afryki.

Droga początkowo biegła przez step porosły trawą wysoką na jakie 3 1/2 mtr, a potem przez las - taki czarowny, niby bajka złudna. Splątany gąszcz omszonych drzew, tu i tam drzewa paproci, cisza śpiewna lasu, wilgoć parna, duszna nieco, ale tak miło, tak jakoś radośnie! Pierwszy Polak wdrapuje się na szczyt potężnej góry i to po ekspedycji zaraz - pierwszy turysta! Oby Bozia dopomogła dobre zdjęcia porobić, a będzie grosz i reklama niecodzienna, a i wrażeń bez liku, bo i sam śnieg tutaj nad równikiem - to przeciekawa rzecz.

Słońce tonie wśród chmur, poza góry się wciska, trzeba przerwać gawędę. Pa! - z Bozią. Pieszczę i ściskam czule, całuję mocno, a podziel się z dziecinami. Pa! - Wasz Kazimierz

piątek, 31 marca 1933

Maryś mój Drogi!

Rozbiłem obóz na szczycie jednej z gór. Poniżej i powyżej płyną gęste chmury - jestem zatem w obłokach.

Kartofla się gotuje, a ja piszę, lecz o czem Ci pisać - nie wiem! Droga okropnie ciężka - jak po schodach względnie po drabinie cały dzień brnąłem w "poto-poto", a las niby bajka! Najpierw różne drzewa, potem las bambusowy, a potem cedry obrosłe zwieszającym się mchem - niby starce brodate. A "poto-poto" zapadało się nieraz pod nogami i wybrnąć trudno było - a jednak coraz wyżej się piąłem, coraz wyżej!

Ale ja piszę "poto-poto", a Maryś moja wiedzieć nie będzie, co to jest właściwie. Oto tak nazywają murzyni błoto. Przemokły buty, a taki chłód, że szedłem owinięty kocem. Żeby choć jaki zwierz się pokazał - przynajmniej karabin nie byłby niepotrzebnym balastem, ale na tej wysokości tu i tam zaledwie zabłądzi ptaszę.

Mchy wilgotne, z których ledwo ramiona wystają, i mchem obrosłe cedry - zda się z mchu utkany raj, o barwach od seledynowej do rudej. Czasem paprocie przerywają jednostajność lasu, to znowu jakiś kwiatuszek wyrasta.

Murzyni - znowu inni - leniwi jak w ogóle murzyni. Pomyśl - ani mi wody przynieść nie chcą, a ja przecież po wodę sam nie pójdę, bo musiałbym dźwigać cały bagaż, inaczej by mi zrobili rewizję - a tej nie pragnę. Tu właśnie przydać się może karabin... Całuję mocno! Pa!

31 marca pod wieczór

Wiesz Maryś, że wolałbym być sam tu na podniebnej polanie, jak z tymi czarnemi djabłami. Gapią się, zaglądają w usta - chcieliby papierosy, ale ja będę taki jak oni. Nie mam wody na herbatę - z pragnieniem jak na pustyni spać się położę, ale im też zapłacę jak najmniej, to jest według cennika, choć miałem zamiar zapłacić powyżej.

Gdyby nie murzyni, byłoby mi tutaj naprawdę swojsko, miło i przyjaźnie - i naprawdę żałuję, że się sam w góry nie wybrałem. Co mi z murzynów? - musiałem im dać koc i duży celt do nakrycia. Sam nocować będę pod gołym niebem - zaledwie jeden luxus, mam siennik, względnie materac. Ot! - ale teraz trudno już coś zrobić. Zawrócić szkoda - jeszcze jeden dzień, a dotrę do śniegu. Właściwie to mógłbym ich zmusić do usługi, ale dam spokój.

No! - a teraz słońce już zachodzi, więc przerwę bazgranie. Ślę myślą tęskną dużo ucałowań serdecznych i pieszczę czule moją Trójkę - Wasz włóczęga z Ruwenzori

Kazimierz

Odpoczynek wśród lasu cedrowego na wysokości ponad 3000 m

sobota, 1 kwietnia 1933

Zbliża się wieczór, a ja dopiero przed chwilką osiągnąłem główny obóz belg. misji z roku 1932, która 3 miesiące tu spędziła, robiąc odkrycia. Pisać ale trudno - ręce krzepną - tuż kilkaset mtr wyżej leży śnieg, lecz nie wiem, czy go dotknę jeszcze, bo jeden z murzynów zachorował i głód się zakrada, a zresztą w noc minioną rozpadał się deszcz. Przemokłem do nitki i taki mokry brnąłem w mchu i w błocie dzień cały. Drzewa brak zupełny, to jest - jest drzewo, ale takie nic niewarte. Palić się nie chce - moczar wysokogórski! Oj ta noc miniona! Tak się pięknie zapowiadała! Na gwiezdnem niebie tak jasno migotał "Wielki Wóz" - o Tobie myślałem. Potem znowu cudownie zachodził księżyc, a gdy pokazał się "Krzyż Południa", wiatr namiótł chmury i lać zaczęło - mroźno i mokro!

Ciekaw jestem, czy choć zdjęcia będą dobre, inaczej szkoda było trudu! Może ale Bozia dobra pomoże! Ale Pa! Murzyni to jednak bydło! - gospodarzą się mojem naczyniem bez pytania, trzeba się ruszyć. Pa! Dobranoc! Całuję czule - Twój i Wasz

Kazim.

Kalonge, Ruwenzori, niedziela 2 kwiet. 33

Ukochanie Ty moje!

Jestem z powrotem w Kalonge - po forsownym marszu ledwo że nogi czuję. Minioną noc opisać trudno. Wilgoć i jak ogień mroźny wicher wiał od lodowca, którym najeżony jest Ruwenzori. Roznieciłem ogień i sam trochę drzewa przyniosłem - ale murzyny, paskudne leniuchy, zamiast też na noc trochę drzewa postarać, przysiedli przy mojim ogniu i zatruwali swym odorem powietrze. Poszedłem zatem daleko od ognia, pościeliłem i ułożyłem się spać. Niedługo zaczął deszcz padać - z koca i materaca gnój, ale leżałem dalej, bo i tak ognisko wygasło.

Po deszczu padać zaczął śnieg. "Niech choć raz nasycę się śniegiem" - pomyślałam sobie i usnąłem.

Zbudziła mię jasność ranka. Choć słońca ani śladu, ale wszystko wokoło białe, bielusieńkie. Murzyny owinęły się w celt i mój koc (który śmierdzi - muszę dać wyprać) i gwarzyli. Żal mi ich trochę było, boso - a to śnieg, ale lepiej boso jak w butach przemoczonych, bo prawą nogę odmroziłem minionej nocy.

Zrobiłem zdjęcie mego "łóżka" w śniegu i murzynów, ale nie wiem, czy co z tego będzie - byłem bowiem na wysokości "MONT BLANC", to jest ponad 4000 mtr, i nie wiem jak naświetlać, a do tego chmury czarne, gęste spowiły świat, zaś skostniałemi rękami ani rusz dostać się do statywu, aby czasowe zdjęcie zrobić.

Zaczęliśmy pakować obóz. Wszystko mokre, ciężkie okropnie. Owinąłem się kocem i ruszyliśmy. Nogi stanęły w grząskim błocie przyprószonym śniegiem. Nóg nie czułem od mrozu, ręce skostniały. Tak w drogę bez ciepłej strawy, ale trudno w taką zadymkę śnieżną ogień rozniecić z mokrego drzewa. Jednak jakieś 1000 mtr poniżej stanąłem i zgotowałem herbatę, bo już i wymioty męczyły, i mdłości. Potem dalej - padaliśmy to ja, to murzyni, jeden nawet poważnie zranił nogę, a jednak tak mnie, jak murzynów ciągła Kalonge. Oni tu dom mają - ja dach nad głową, a zresztą o niebo cieplej i nie ma wilgoci!

I dotarliśmy - ja nawet obcasów nie pogubiłem, choć nieraz "z pieca na łeb" jechałem po błotnych zboczach. Wypłaciłem drabów 2× po trzy dni, to jest 24 fr (czyli prawie 5 Belga). Byli zadowoleni. No pewnie! - przepłaciłem! Ale oni się też namarzli, nadźwigali. Trzeba być i dla obcych człowiekiem, prawda Maryś? A mnie też nieraz ludzie pomagają - trzeba się podzielić!

Zgotowałem zaraz po powrocie kładzione kluski (3 jaja, 4 łyżki mąki), ale żal mi było wodę odlać - pomaściłem masłem, którego nie kupiłem, herbata. Potem suszyłem materac i koc - i piszę. Pisałbym dużo jeszcze, ale co zrobić, kiedy lampa słoneczna gaśnie, a innej nie mam. Pa zatem! Całuję mocno i tulę myślą tęskną do serca - twój Kazimierz. Ten, który ma swój własny karabin! - a to dużo! Teraz już ani lwa, ani leoparda bać się nie będę - byle Bozia dała celne strzały! Zapoluję na krokodyle po drodze do Beni i tem się cieszę. Ten pan, który mi karabin sprezentował, zaprosił mnie na polowanie. Oj - takie ładne zdjęcie z krokodylem! Ale Pa! Całuję Was silnie na dobranoc!

Mutwanga, u stóp Ruwenzori poniedziałek, 3 kwietnia 1933

Maryś Jedyna!

Pod wieczór! - znowu dzień marszu przez góry - zmęczyłem się porządnie, a nóg po wczorajszym marszu nie czuję. Do tego bezsenność dokucza - a już nade wszystko denerwują murzyni, na których łaskawe usługi zdany jestem. Ot - dziś znowu innych "fundi" nająłem rano, znowu 4 fr zapłaciłem, a idą dalsze dnie!

Robiłem dziś kilka zdjęć - o ile się udały, zobaczysz i mnie, i mój nowy sprzęt podróżny, to jest karabin, z którego, mimo że go mam już 4 dni, ani razu nie strzelałem. Tu bowiem oprócz słonia nic nie mam, a strzelać do murzynów to niebezpiecznie - choć uwierz, bez wyrzutów sumienia ubiłbym co dzień kilku.

Nocuję dziś w domu dla "białych", tak zwanymi "gite d'etape". Wygodnie, tylko sam sobie muszę dziś gotować. P. Treres wyruszył dalej na północ, może go za dwa dni zobaczę znowu. Właśnie ku niemu kieruję kroki, a z nim chcę zapolować na krokodyle.

Ale i zachód - nie mam żadnego światła, zatem z kurami spać trzeba, bo tu co dzień przez rok cały dzień trwa po 12 godz. dziennie. Słońce stale wschodzi o 6tej i o tej codziennie wieczór zachodzi. Ale i pa! - ucałowań dużo Tobie i dziecinom naszym - Pa.

Wasz Kazimierz

W dziewiczym lesie podrównikowym Karasabanga, wtorek, 4 kwiet. 33

Drogi mój Maryś!

Kazik Twój to prawdziwy włóczęga - dziś stanąłem obozem w opuszczonej osadzie leśnych ludzi w dziewiczym lesie.

Wczoraj wieczorem usnąć w żaden sposób nie mogłem i w końcu około północy wstałem i roznieciwszy ogień gotować zacząłem kartofle w łupach - a gdzieś nad ranem usnąłem dopiero. Ciągle miałem wrażenie, że śpiewają chórem: "od powietrza, głodu, ognia i wojny..." - i sam nie wiem, czy to cisza śpiewała, czy może tęsknotą podrażnione nerwy.

Rankiem zamówieni "fundi" (tragarze) umyślnie tuż pod mem oknem zaczęli tak głośno rozmawiać, że zbudzili mię - wstałem. Kłopot z ubraniem trzewików, bo skarpety - te jeszcze, co mi posłałaś do Tripolitanji (rok dawno minął!) - podarły się, tak że już naprawdę włożyć trudno na poranione od marszu nogi - jednak jeszcze ubrałem jakoś. Zgotowałem śniadanie i ruszyłem.

W miejscowości MWENDA jest misja protestancka. Wstąpiłem - nie zastałem ale misjonarza, tylko żonę jego i dzieci, a ta tylko po angielsku mówi. Jednak serdecznie zaprosiła odpocząć, nakryła do stołu. Najadłem się raz znowu i to do tego były truskawki i pomidory - mało - dobry chleb, a już tyle dni chleba nie jadłem. Szkoda, że męża nie zastałem. To Niemiec amerykański - byłbym może dostał trochę naboji, ma ten sam rodzaj karabinu co mój (w tej myśli odwiedziłem misję). Pani ta na drogę dała mi kosz jarzyn, chleb i słojik smażonych truskawek, a synek odprowadził mię kawał drogi, aby pokazać obóz karłów. Są to ciekawe małoludy - karzełki prawdziwe, a żyją lasem, to jest polowaniem i grzybami. Zrobiłem kilka zdjęć ciekawych i w las się wgłębiłem. Tragarze moji pokazywać mi zaczęli, że brzuchy próżne - lecz co to mię obchodzi? Zapłaciłem każdorazowo ponad taxę i im zapłacę - a przecież konfitur im nie dam. Zburczałem i omal jednego nie pobiłem, wstrzymałem się jednak - bicie niemiłe!

I znowu się ściemnia, noc idzie. Las rozbrzmiał wieczorną gwarą świerszczy i ptasząt, gdzieś drą się małpy zwołujące się na spoczynek.

Murzyni ogień rozniecili w szopie, w której dziś noc spędzić wypadło, i pieką niedojrzałe banany. Ja przed szopą siedzę i marudzę - ale taki już Twój Kazik. A gdyby nie to, że całkiem się ściemniło, pisałbym dużo jeszcze, a tak: Dobranoc! - czułe pocałunki i uściski mej Żonce i dziecinom z głębi dziewiczego lasu pod równikiem - oraz ładne Pa!

Wasz Kazimierz

sobota, 8 kwietnia 1933

Ukochany Maryś!

Tyle dni nic do Ciebie nie napisałem - choć dużo, dużo myślałem o Tobie, o Was. Ale jak cygan co nocy gdzie indziej, a że forsowałem, więc o  zachodzie słońca dopiero stawałem kwaterą. Brak lampy nie pozwolił pisać - zresztą znudziła mię ta włóczęga z murzynami, bez języka, obrzydło mi wszystko! Buty zupełnie podarte, obcas sznurkiem przywiązałem, bielizna i ubranie cuchnie niemożliwie, wysmarowane jak murzyn, ręce i nogi poranione. A na domiar żywności brak i papierosów, a pieniądze idą jak woda - sami tragarze kosztują już ponad 70 fr., a to jeszcze do Beni 2 dni. Choć zwierzynę jaką zobaczyć - mam karabin - ale tylko małpy po drzewach skaczą! Jak nie miałem karabinu, była zwierzyna... Tak zawsze!

Święta wypadnie mi spędzić w Beni. Dziś sobota - za tydzień Wielkanoc! Bajka, gdzie spędzę dnie świąteczne, ale poczta w Rutshuru będzie, a ja w Beni, zaś do Rutshuru daleko! - coś 300 km drogi okropnie górzystej i ciężkiej. Kazałem sobie pocztę z NIZI wysłać do Beni - o ile coś było, to może w misji w Beni czeka.

Tak to na włóczędze! - a ja naprawdę mam jej już dosyć! A już najbardziej dokucza brak poczty i brak swobodnego nadania listu. Nie wiem, czy zdążę wysłać ten list przed świętami, a w poniedziałek trzeba w urzędzie złożyć, aby odszedł we wtorek rano do Irumu, skąd znowu do Kasenji, potem okrętem i znowu autem do Kampala - dalej dopiero aeroplanami do Poznania! Strasznie to daleko do Was!

Ale i zachód słońca, las wokół, murzyny i ich smród, komary dokuczają, a świerszcze monotonnie ćwierkają w gąszczu, że oszaleć można! Nie wiem, czy znajdę choć trochę manioki czy kartofli - a taki głodny jestem! Ale Pa! Całuję czule i pieszczę myślą tęskną

Twój i Wasz Kazimierz

Beni (Misja), 11 kwietnia 33

Maryś Ty mój Ukochany!

Nareszcie znowu w Beni! Dziś właśnie mija 2 tygodnie, jak wyruszyłem w góry, ku śnieżnym szczytom Ruwenzori.

Zastałem pocztę - 2 listy drogie od Ciebie, ten z życzeniami imienin szedł zatem do poczty NIZi dni 40ci. Lecz choć na czas życzenia nie zdążyły, wdzięczny Ci jestem za pamięć - nie Twoja przecież wina, że ja tak daleko jestem! Jest to list nr 58, a drugi nr 60 pocztą lotniczą wysłany z życzeniami również z okazji 19 marca. Ale że Ty chory Maryś - nic mię nie cieszy i tak przeraźliwie smutno jakoś, tak strasznie.

Oprócz Twych drogich listów zastałem dwa inne - jeden z poczty Juba z zapytaniem, co zrobić mają z paczką czekolady wysłaną na Gwiazdkę przez Piaseckiego. Niech sobie zjedzą - to już Wielkanoc idzie! A zresztą przez przesyłkę z Juba tutaj powstałyby koszta i to dość znaczne - potem cło! Pominę milczeniem to pismo poczty - prawda, że tak najlepiej. A w razie czego to nie przyznam się, że coś było z poczty - paczka nie doszła i koniec! A gdy Ci czas pozwoli, to napisz do Piaseckiego, że paczka czekolady awizowana do Juba nie doszła rąk mojich i jeżeli chcą ładne egzotyczne zdjęcie z czekoladą Piaseckiego, to niech wyślą etykiety, zaś czekoladę to kupię - do innych paczek włożę tekturki czy deszczułki.

A czwarte pismo zdenerwowało mię i naprawdę wstawiło w położenie niewesołe wcale. Pisałem Ci, że mam karabin - a tymczasem dostaję zawiadomienie, że urząd wyższy nie godzi się na zmianę właściciela karabinu. List ani nie podaje powodu. Słowem - nie wolno mi mieć broni! A że w zamian za karabin zostawiłem mą lancę (to jest 10 dni marszu stąd), jestem zupełnie bezbronny, a karabin oddać muszę! Jest to intryga urzędnika, który chce nabyć ten sam karabin - i też gratis. Niech sobie! - widać już tak być musi! Piszę Ci o tem, abyś w razie wypadku wiedziała, że winę ponosi urząd belgijski z Conga - podpisane "Z/L Administrateur Territorial R. MORIAME", data pisma 4.IV. 33.

Wróciłem zmęczony śmiertelnie, obdarty niemożliwie, brudny, głodny, a na domiar to głupie pismo w urzędowej kopercie! Spóźniłem o cały dzień z wysłaniem tego listu. Wybacz Maryś, chcąc nawet zdążyć, nie sposób było - szmat drogi przebyłem w tych dniach pieszo, ponad 250 km.

A jeszcze jeden kłopot - nie wiem dlaczego mój bagaż z Mudzi Maria jeszcze nie nadszedł. Potrzebuję filmy wywołać, a tam mam wszystko potrzebne. I tak mię wszystko razem rozbiło, że ani nie mam chęci do życia - a to i pisać do gazet trzeba, i to barwnie, ciekawie, mózg skupić trzeba, a w mózgu dwie myśli uparcie się usadowiły = Maryś moja chora - i karabin mój - "nie mój". Pokój mój to jest izba w szopie - ani stołu nie ma, ani lampy, przy której by pisać można było, ale może jakoś wybrnę - nie tracę nadzieji. Bywało gorzej, minęło - i teraz minie, a jutro może uśmiechnie się los do mnie!

Niech Cię tylko nie smuci me położenie - Bóg dobry, widzi mój trud, zlituje się.

Chwilowo napisać do "Rycerza" nie mam polotu myśli - zrobię jak chcesz. A co do "uśmiechu", to Maryś mój mię jeszcze nie zna! Wierzę w Boga, modlę się, a że należę do chrześcijan niepraktykujących - trudno Maryś Kochany! Chcę - ale nie umię! Mam sumienie czyste - żyję tak nędzarnie, nie narzekam, nie klnę, poddaję się woli Bożej - lecz trudno mi się skupić, trudno myśleć nieraz.

Tak bym chciał Maryś Kochany zahaczyć - przybić do portu życia, znaleźć stałą pracę. Wtedy inaczej życie bym ułożył. Dziś na tułaczce tak trudno, że nikt nigdy nie uwierzy! Ja jeden może dać umię sobie radę i brnę przez świat - samotny, biedny i taki nieraz bezsilny, że aż sam się dziwię, skąd znowu przychodzą siły i chęć czynu. List Mamy ucieszył mię - biedna Mama! Napiszę znowu do Niej. Ale i zachód słońca. Oj! - żeby to mieć własną cichą izbę, aby móc pracować! No Pa! Całuję mocno!

Twój i Wasz

Kazimierz

Beni, Wielki Czwartek, 13 kwietnia 33

Moja Kochana Maryśko!

Maryśku mój! Wczoraj nie pisałem - takie ruchliwe dnie na postoju, że aż Ci dziwnie może. Postój mój to ale trud, zaprawdę większy jak trud posuwania - to walka o chleb.

Wczoraj rano wybrałem się do Beni - miasteczka w pożyczonych starych trzewikach. A że franki się kończyły, zmieniałem Twój czek 130 belga. Dostałem o 10 fr poniżej wartości, to jest ok. 640 fr belgijskich, czyli kongoskich. Wróciłem zmiażdżony wieściami ze świata - pojęcia nie masz, jak działa na mnie ujemnie, gdy słyszę o tym sztucznym szatańskim kryzysie! Obiad, potem pisałem do Przewodnika, potem ot tak obijałem się niezdolny do czynu. Noc - sny okropne - a zbudziła mię "powódź" niby taka - jak Romul czy Elżuna. Przemęczony byłem, zbiedzony. Ot! - to nic!, już wyschło.

Po chwili dzwoniono na mszę. Ubrałem się - pożyczone buty, spodnie - poszedłem do kościółka. Potem śniadanie, dałem prać ubranie i koszulę, pisałem dalej do Przewodnika, a potem przyszła poczta! Od Ciebie nic, ale Ty pewnie już do Rutshuru posłałaś - trudno! Byle Bozia dobry zdrowie Ci wrócił! Przyszedł ale mój bagaż z Mudzi Maria, czem się bardzo ucieszyłem, i list od Gregera oraz dwie próbki z hemikaljami - polecone. Pisze mi, że 1 marca było coś mego w Kurjerze Pozn. Życzy mi również z okazji imienin oraz pisze, że napisał do fabryki po Ridax, podając mój adres NIZI, oraz że napisał w sprawie soczewki do mego Contaxu do zdjęć roślin owadów i zwierząt. Chciałbym bardzo taką soczewkę nabyć - cuda zdjęcia mogę osiągnąć, ale Ty może masz mi za złe, że ja tak na kredkę nabieram u  Gregera! To nic Maryś - kredyt na warsztat pracy to nie wydatek, to kapitał w kieszeni, a Greger dla mnie dobroczyńcą naprawdę. Jemu zawdzięczam, że mogę fotografować - nigdzie dostać materjału do 10×15 nie mogę!

W liście Gregera (z 1 marca br.), który szedł zwykłą pocztą dni 41, jest i faktura firmy Zeiss-Ikon. Fabryka wysłała wprost do NIZI dnia 24 lutego br. 20 spulek filmu i ten przyrząd do wywoływania paczką pocztową, która Bóg wie kiedy dojdzie - o ile czekolada z grudnia jeszcze nie nadeszła! - a mnie kończy się film - 2 spulki jeszcze, a piękne i ciekawe strony przede mną! Greger posłał na Twe zlecenie te filmy - a więc te, które listem prosiłem go wprost - aby per avion kilka spulek posłał nie nadejdą. Może Bozia dopomoże otrzymać spiesznie paczkę, ale znowu cło kieszeń zgoli - przynajmniej 200 fr cła policzą! Ot! - takie życie!

Pa! Dobranoc!

Sposób noszenia dzieci w Beni

Wielkanoc, 16 kwietnia 1933

Marysiek Ty mój!

Jestem śmiertelnie zmęczony - tak, że ledwo patrzę, a w głowie szum, z nóg opadam. Po forsownych marszach w okolicy zabrałem się do pracy - pisanie, wywoływanie i kopjowanie obrazków, któremi także za życie płacę wszędzie, a do tego rygor klasztorny. Jestem na łasce misji, zatem trzeba o 6tej rano być na mszy, o 8ej śniadanie, o 12tej obiad, o 4 pop. kawa i kolacja, a dopiero prawdziwie wolny jestem po 9tej wiecz. - więc na spanie pozostaje zaledwie w tych ostatnich dniach 2 do 3 godz. dziennie, a ja już tych nie mam co dawniej, oj nie!!

Tyle że modliłem się i byłem na wszystkich ceremonjach kościelnych od W. Czwartku do dziś, ale choć było co jeść i stół gościnny, apetytu prawie żadnego - nic nie smakowało! Najchętniej i z korzyścią dla zdrowia w łóżku bym przeleżał całe święta, a to nie można. Przychodzą księża i nawołują do stołu...

Takie moje święta Maryś - chwilami tak bezsilny się czuję, że ani o Was myśleć nie mam siły, głowa boli, huczy w niej, niby burza jakaś, zmęczenie - a to ani się położyć na chwilę, ani odpocząć!

Jutro trzeba listy nadać, nie gotowe jeszcze - kupa pracy czeka, a to i wyjechać trzeba w stronę Rutshuru! Jutro zatem wyślę zaledwie ten list do Ciebie - redakcyjne dopiero poślę następną pocztą wraz z filmami do powiększeń do Gregera. Część poczty wyślę wprost, inne listy na Twoje ręce - będziesz miała kupę pracy z wypisywaniem treści na zdjęciach - za to zobaczysz swego Kazika włóczęgę jak po Ruwenzori się włóczył, jak spał, a potem jak koło mnie wyglądają karzełki z tutejszego lasu.

Zdjęcia nie wszystkie udane - miałem pechowatą pogodę, ale na ogół ładne i ciekawe; byle Greger dobrze powiększył i wydobył efekt chmur i gór. Mam jeszcze na szczęście 4 spulki filmu, więc chwilowo jeszcze nie grozi katastrofa - może w tym czasie i paczka nadejdzie z nowym zapasem.

Najgorsze, że sił tak mało, a to jak na złość dużo ich potrzeba. Wjadę w najwyższą część Konga, a droga nierzadko sięga wysokości 3000 mtr, rower zaś słabszy o wiele ode mnie, a gumy każdej chwili grożą eksplozją i katastrofą. Buty stare podarował mi ksiądz. Trzeba będzie nowe kupić, a te długie tu naprawić nie można - trzeba by zresztą kapy i spody nowe. Niedługo kolacja! - podarowałbym ją chętnie, aby zaraz się położyć, jednak trudno! Trzeba być u stołu. Całuję Cię serdecznie i dzieciny nasze. Wasz Kazimierz

Poniedziałek Wielkanocny 17 kwietnia 1933

Marysiek Jedyny!

Czas zakończyć ten list - za chwilę poniesie go murzyn, a potem zacznie swą daleką podróż na Północ.

Poczta do redakcji odejdzie następną pocztą, to jest za tydzień. Także do Nusi napiszę i prześlę jej parę obrazków - dziś brak już czasu. Pozdrów ją ode mnie, a gdy jeszcze z Wami, to ucałuj.

Może we środę, to jest pojutrze, najdalej w czwartek opuszczę Beni. Kiedy stanę w Rutshuru, pojęcia nie mam - daleko, droga okropnie ciężka, a zresztą zależy to w dużej mierze od mego roweru, który naprawdę, o ile gumy nie nadejdą, trzeba będzie porzucić.

Pisz na adres Rutshuru - aż dokąd nowego adresu nie podam. Informuj o prasie i donoś o wszystkiem, co interesuje Twego włóczęgę, a zwłaszcza o stanie Twego Drogiego zdrowia.

Na dziś tyle. W załączeniu obrazki dla Marysieńki mojej i dla dzieci - rozdaj odpowiednio, a list dla Ks. Prob. prześlij - choć spóźniony.

Całuję Was czule - a Tobie pieszczoty stęsknionego męża. Pa!

Wasz Kazim.

List nr 73

Beni, Misja św. Gustawa, Kongo Belg. 18 kwietnia 1933

Maryś Ty mój!

Siedzę przy stole z silną gorączką, która mię pop. dziś chwyciła - aż lęk ogarnia. Pracy tyle, a i ruszyć trzeba, a to masz!

Minęły święta - nie czułem się zdrów, ale minęły, dziś wtorek. Ledwo rano z łóżka wylazłem, rozruszałem się ale po obiedzie, gdy murzyn doniósł, że duży wąż rano porwał psa. Nikt się nie kwapił - wziąłem sam dubeltówkę i dalej na węża.

Znalazłem - jeden strzał i głowa strzaskana, wąż ale długo jeszcze wił się całem cielskiem. A nieduży - zaledwie 4 mtr długości - zobaczysz zresztą na fotografji, zrobiłem bowiem ładne, ciekawe zdjęcie pożyczonym aparatem 9×12. Zdjęcie to będzie dla mnie reklamą nie lada, a tem samem i dla Was dziś na chleb zarobiłem omaszczony; i gdyby nie gorączka, która myśl mąci - choć się bronię, jak mogę, napisałbym dziś coś ładnego. Ale wyjmę film z wody i w łóżko. Na dworze deszcz leje i biją pioruny, a mnie tak jakoś strasznie - cały w ogniu - jak tam w nieszczęsnej Adranga. Pa! Całuję mocno moją Trójkę

Wasz Kazimierz

19 kwietnia 1933

Kochany mój Maryś!

Lepiej mi dziś - gorączka wczorajsza to przeziębienie, a nie atak malarji dzięki Bogu - a więc pojutrze w drogę.

Dziś wykańczałem pocztę do Redakcji i to: do Ilustracji Polskiej i do Przewodnika Kat. Dwa te listy posyłam na Twój adres.

Oprócz tego posyłam równą pocztą wprost do:

Naokoło Świata Warszawa

Na Szerokim Świecie Kraków

Naturalnie trzeba posłać spiesznie powiększenia, które równą pocztą wysyłam do Gregera celem wykonania. Może jeszcze jutro zdążę napisać do Kurjera Warszawskiego.

Północ minęła dawno, kopjowałem trochę - zobaczysz i mego węża olbrzyma, którego wczoraj zastrzeliłem, i Twego włóczęgę, uginającego się pod ciężarem gada. Kilka kopji dołączam do listu - wiele, w ostatniej chwili dopiszę.

Żeby tylko Przewodnik spiesznie drukował. Tam już kupa materjału leży - dwa listy, a ten trzeci, wszystkie zaś długie - może Proboszcz przyspieszy? Sądzę, że ciekawe są listy do Przewodnika pisane - co?

No ale dobranoc na dziś - dużo ucałowań. Pa!

Wasz Kazimierz

20 kwietnia 33

Ukochany mój Marysiek!

Wieczór - ostatni w Beni, jutro ruszę, ale jeszcze cały kram wykończyć, spakować, kupa pracy!

Dziś napisałem i do Kurjera Warsz. Idzie równą pocztą 3 listy wprost do redakcji, to jest Naokoło Świata, Na Szerokim Świecie i Kurjer Warszaw. - oraz w tym liście znajdziesz 2 listy do Il. Polskiej i Przewodnika.

W nocy skopjowałem kilka razy mego węża i Twego męża - załączam 5 odbitek z dedykacją, rozdziel jak należy. "Dla Wielmożnej Pani" - rozumie się dla p. Breit., prześlij ale w kopercie. Ja wyglądam ot tak sobie, wąż bowiem w trakcie zdjęcia się prężyć zaczął - myślałem, że udusi, i uginałem się pod ciężarem! Mam kilka zdjęć - zobaczysz je ale w następnej poczcie do redakcji.

Do Gregera wysyłam 67 filmów Contax i jeden obcym aparatem, a ze 2 szt. kazałem po 2× powiększyć, więc nadejść powinno 70 powiększeń ogółem i małe odbitki też - przydadzą się choćby do naszego albumu, a w końcu można je choćby spieniężyć. Proszę Cię Kochanie, gdy przyjdzie więcej grosza, płać rachunki Gregera - on człowiek naprawdę dobrodziej dla mnie! Gdyby bowiem nie Contax, nie miałbym w ogóle możności fotografować , a tak mam zdjęcia dla prasy, no i czasem doraźnie też na życie zarabiam - to dużo Maryś!

Dziś całkiem niespodziewanie dostałem pop. Twój kochany list nr 62, który wcale nie był w NIZI, tylko wprost z Kosenyi przesłał go urzędnik znajomy. Szedł dni 24, zatem życzenia spóźnione, ale dziękuję za nie serdecznie, jak i za trud pisania. Biedny mój Maryś ciągle jeszcze niezdrów - a ja tak z serca całego życzę Ci zdrowia i Bozię proszę! Dbaj ale o zdrowie - uważaj Maryś na Siebie, uważaj przede wszystkiem na Siebie - gdy jest grosz, nie żałuj. Teraz już wiosna u Was za progiem, mleka dużo, jaja - a bezwarunkowo nocą nie wysiaduj, słońca dużo, a gdy coś uszyć trzeba, daj zrobić - złoty czy dwa wydasz, zdrowie droższe!

Opisujesz naszą Elżunę - gałgan mały; żal mi Ciebie i żal mi Elżuny! Wszyscy cierpicie braki, a ja nędzarz jestem i nie mogę Wam dać koniecznej choćby wygody. Proszę Cię Kochanie, nie psuj sobie nerwów dziećmi, na zdrowie bacz swoje, a zrozum i dzieciny - one biedne jak i my, ciasno im, głodno nieraz i zimno, biedactwa nasze! Pragnąłem ich, nie przeczuwając, że przyjdą takie strasznie ciężkie czasy. Boli mnie jedno - że serca dla Ciebie nie mają, ale trudno! Może z Elżuną jakoś pójdziesz naprzód bez bicia i karania, może ją to już nie kara - zacznij inaczej. Rozmową, tłumaczeniem - może obudzą w niej serduszko! To nasza przecież dziecina - pierworodna. Pamiętasz, jak taki mały pędrak trepotał nam w swojich nowych butach po izbie i szczebiotem rozweselał? Patrz na dzieci, by Cię kochały, a czasem do rozumu przyjdą i okażą Ci miłość. Nie przejmuj się zbytnio ich łobuzerją - wyszumią, czas ich młodości i dzieciństwa minie jak życie motyla, a zacznie się twarda dola człowiecza. Czy ja wiem zresztą, co Ci poradzić, Maryśko Kochana?! - najchętniej wziąłbym i Ciebie, i Elżunę, i Romula na kolana i pieścił, całował, do serca tulił, bo mi naprawdę już tak ciąży życie bez Was! Tak długo, a do Was daleko jeszcze, tak tęskno strasznie, że ani myśleć chwilami nie mogę. Za dwa dni przekroczę granicę drugiej półkuli, będę jeszcze dalej, ale cieszę się, bo bliżej znowu jestem celu, choć czy uda się zahaczyć - Bóg jeden wie! Ale w każdym razie, jeżeli nie zahaczę, to choćby powrócę do Was - i raz już ostatecznie skończę włóczęgę, która obrzydła mi ostatecznie.

Rano trzeba wyjechać. Czy Ty wiesz Maryś, jak to trudno opuścić nędzarną choćby izbę po to, aby znowu dzień w dzień wlec się ulicą - bez pewności, czy wieczór będzie gdzie głowę do spoczynku złożyć? Czy będzie co zjeść na kolację? Straszne tu życie Maryś - zwierzęta dzikie, żmije, węże i choroby straszne, a ja sam, bezbronny do tego zupełnie. Ale Bozia dobra, prawda Maryś? Nie moja wina, że jestem bezbronny - w kącie mej izby stoji karabin, zabrać go ale nie wolno, bo nie mam pozwolenia na broń! To więcej jak smutne - myślałem, że tylko Anglicy robią mi trudności, a to widocznie kolonjalni urzędnicy takie bestje wszędzie. Trudno!

Marysiek mój! Proszę Cię bardzo - postaraj się o wycinki z gazet, tak abym każdy odcinek dostał do rąk. Do dziś jeszcze nie mam tego drugiego art. z Na Szer. Św. ani z Kurjera, który 1 marca coś drukował, jak pisze mi Greger, ani z Warszawy - Naokoło Świata. Nie podałaś mi wycinka z Kurjera Warsz., za który dostałaś 48 zł - pewnie jest i dod. ilustr. fotografja z leopardem i dlatego posyła 48 zł, czyli za artykuł 40 i 8 za foto. Ilustracja też pewnie już coś drukowała tego roku - a ja nie mam! Mama wspominała też coś o I.K.C.

Urządź się jakoś Maryś, abym te wycinki dostał - każdy wycinek zachęca mię do pracy, dodaje sił, a i jest prawie konieczny, aby odpowiednio poprowadzić następne artykuły, bo ja nie mam kopji, zaledwie krótką notatkę robię, a piszę przecież do tylu gazet, że trudno mi się zorjentować czasem.

Męczę Cię Maryś, trudzę - ale naprawdę ja już ostatecznie wyczerpany jestem tą włóczęgą, a do kogo mam się zwrócić o choćby takie wycinki z Polski? Przyjaciół nie mam, rodziny tak jakbym nie miał - biedni lub egoiści, albo bogatsi, ale niedostępni - sam zaś chętnie bym załatwiał me sprawy, ale stąd pisać wprost do dużo miejsc drogo - i tak bym się nie doczekał odpowiedzi może. Ciężko Tobie Maryś, ale i moje życie nieróżowe. Tkwię w świecie, zdany zupełnie na łaskę losu, a że i zdrowie nietęgie, uginam się prawdziwie.

Ale gdy wysyłasz odcinki, to tylko polecone, zwłaszcza teraz, kiedy ani podać nie mogę adresu naprzód. Nie wiem bowiem, jak poruszać się będę dalej, opuściwszy Rutshuru. Najgorsze, że zraziłem się do Belgów i do tych ich urzędniczych despotów, a przecież wiesz, że jestem na łasce losu, nic nie zarabiam i gdybym chciał żyć znośnie przez tydzień - zostałbym bez grosza w kieszeni, bez jednego franka. Wysłanie samej poczty, którą jutro wyślę, to już jakieś 120 fr (24 belga), i tak ciągle Maryś wszystko drogie strasznie - cudem, że żyję.

Podróżnik rozmawiający z Ojcem misjonarzem w misji św. Gustawa (Beni). W głębi tartak

Brak papieru foto, a także i filmy się kończą. Filmy wysłane, ale jeszcze ani słychu, gdzie są - o ile w przeciągu miesiąca nie nadejdą, straszne dla mnie! Jeśli paczka poszła na adres, jaki Gregerowi podałaś, to jest przez Egipt - Sudan, to iść będzie jak czekolada Piaseckiego! 3 miesiące z Krakowa do Juba! To straszne! - a z Juba do Rutshuru to jeszcze miesiąc jazdy autem pocztowem. Życie trudne, ale żebyś Ty choć zdrowa była - ja pokonam wszystko przy pomocy Bozi. Bądź mi tylko zdrową, a i niech Ci smutno nie będzie - nie przejmuj się niczem, a wtedy i mnie raźniej będzie. Płyń z falą - przeciw nikt płynąć nie może, chyba miljoner, a my biedacy...

Robię, co mogę - pracuję, jak się daje, a że czas taki trudny, pozostaje jedno - poddać się woli Bożej, jak się i modlimy: "bądź wola Twoja..."

Z zimną krwią tylko, bez przejmowania się trudnościami czy złością ludzką, a wtedy lżej dźwigać krzyż - Bozia dopomoże, zlituje się...

Rower mój w okropnym stanie, dogorywa - zwłaszcza gumy! Może by za jakich 100 belga nabyć można tutaj 2 nowe koła, ale gdzie? Czy coś w Rutshuru znajdę, Bóg wie, a dalej rower w tym stanie nie pociągnie. Jeżeli coś wysłałaś, ucieszę się, ale nic nie kupuj - wyłącznie reklamą nabyte. Ostatecznie najmę tragarzy i piechotką pójdę, dokąd pomocy nie znajdę na miejscu. Pamiętaj tylko, nic nie wydaj na mój rower, bo Tobie grosz potrzebny, a gdy nic nie nadejdzie - to pogodzę się z losem.

Do tego ksiądz z Panienke nie pisze - raz jeszcze mu napiszę i poślę tutejszych znaczków, których mam dużo. Napiszę tak, że albo grosz przyjdzie choć na mendel jaj, albo urwie się korespondencja.

List 61 jeszcze nie nadszedł - dostanę w Rutshuru dopiero może z nową pocztą. Oj teraz ta poczta idzie! List od Gregera szedł długich dni 40ci!

Trzeba się ale położyć, północ już. Pa! Dobranoc. Całuję i pieszczę czule - a dzieciny ucałuj ode mnie i Nusi podziękuj za życzenia świąteczne, choć właściwie to nie od niej, tylko od Ciebie - zatem odpowiedniej osobie podziękuj. Ciekaw jestem, jak święta zbiegły mej Trójce względnie czwórce, jak zdrowie Twoje i stan prasy - czy co drukują. Przewodnik trzeba nadusić - wraz z listem dzisiejszym kupa materjału tam leży! A co Kraków? Za co płacił Światowid tego roku? Też nie mam wycinka! No Pa! Naprawdę Dobranoc i dużo pieszczot myśli mojej Żonce - Marysieńce mojej. Pa!

Twój i Wasz Kazimierz

P.S.

Dołączam 6 małych obrazków jeszcze!

Beni, piątek, 21 kwietnia 1933

Noc już. Wstałem rano, o 6tej byłem na mszy św. - ale nie wyjechałem potem, nie miałem sił. Tak mi okropnie trudno ruszyć jakoś, a czas już. Trzeba! Pakowałem rupiecie, sortowałem i prawie już gotów jestem. Jeszcze z godzinka pracy rano - i w drogę! W imię Boże! Tuż-tuż równik. Ślę na zakończenie listu dużo serdeczności i pieszczot mojej Trójce, a Tobie specjalnie czuły pocałunek stęsknionego męża i pieszczoty czułe oraz serdeczne życzenie powrotu do zdrowia. A czekam wieści z utęsknieniem! Pa!

Wasz Kazimierz

List nr 74

Butembo, Congo Belg. niedziela, 23 kwietnia 1933

Ukochany Mój Marysiek!

Wczoraj o 12tej w południe ruszyłem w końcu z Beni. Mam ale kłopot, który mi humor psuje - zapomniałem bowiem w misji Beni mój statyw, który wprawdzie już połamany, stary, ale jeszcze do użytku. Wyniosłem z izby, ale nie upiąłem do roweru. Przypomniałem sobie dopiero 25 km w Karibumba, to jest tam, gdzie nocowałem wczoraj. Ciekaw jestem, czy mi go odeślą!

Droga ciężka, góry, ledwo się wlokę, bo rower skrzypi, piszczy. Wczoraj 25 km, a dziś 35 km zaledwie, zaś do Rutshuru jeszcze 270 km. Jeżeli tak dalej pójdzie, to może za 10 dni tam dotrę!

Wczoraj już w misji obiadu nie jadłem, a na całą drogę zabrałem zaledwie 1/2 kg cukru i tyle mąki, herbaty i takiej oliwy palmowej, jaką murzyni maszczą swoje potrawy za 30 centimów, to jest ani 10 groszy. Ciekawie wygląda ta oliwa - raczej do czerwono-żółtej, gęstej farby podobna. Służy ona do wyrobu mydła, a Europejczyk jej w gębę nie bierze.

Wieczór głodny byłem - a murzyny bestje zaledwie mi kurczaka przynieśli, ale ja drobiu nie lubię i nie wziąłem. Już ciemno było zanim trochę fasoli się doprosiłem i 5 jaj. Długo trwało, zanim zjadłem trochę tej fasoli, którą jeszcze przesoliłem, i jak pies położyłem się spać w rozwalonej budzie.

Ruszyłem rano, zaraz po śniadaniu - odgrzana fasola z jajami, w południe postój chwilę, zupa z kluskami "zafarbowana" oliwą i wlokłem się piechotką jak skazaniec. Mroźny prawie wiatr dął w twarz z taką siłą, że wywracał. Droga wężowo wspinała się coraz wyżej, sił tak mało Maryś! Chwilami uciekała dusza!

Dotarłem jednak tutaj, kopalnia złota - dyrekcja! Ale wiesz co? Tu w kopalni złota kryzys! Śmieszne! - robotnik za darmo, złoto jest, a w rezultacie redukcja, zastój, słowem kryzys! Czy naprawdę koniec świata się zbliża? Co robią ci mocarze kapitału?! Wiesz? Ja już resztę chęci do walki tracę i resztę nadzieji, bo kryzys nawet w kopalni złota!

Prosiłem o pokój, dali mi. Jest nawet łóżko, stół, krzesła, leżaki, ale lampa popsuta i przy świeczce piszę. A gościnność! - ani gdzie zgotować trochę herbaty, trzeba całkiem bez kolacji iść do łóżka, i taka moja niedziela, niewesoła wcale... tułacza.

Jestem na samym równiku, albo go już przekroczyłem... Pa! Dobranoc! Całuję czule moją Trójkę. Pa.

Wasz Kazimierz

poniedziałek, 24 kwietnia 33

Kochany mój Marysiek!

Dziś rano głodny ruszyłem z Butembo, wybierając krótszą, kopalnianą drogę. Różnica między drogą państwową a kopalnianą szalona, bo całe 20 km - jednak możliwe, że państwowa lepsza, tu cały dzień szedłem pieszo. Względnie nie cały dzień, bo gdzieś na 20tym kilometrze, była może 1-wsza po południu, złapałem deszcz, ale taki okropny, że zanim zdołałem rozpiąć rzemienie, którymi był przyczepiony namiot do roweru, byłem zupełnie mokry i cały bagaż. I do tego nie było gdzie ustawić ten namiot. Z jednej strony drogi prostopadła ściana - z drugiej przepaść.

Lało okropnie 4 do 5 godzin. Siedziałem w kucki drżąc z zimna, a gdy przestało w końcu padać, nie było już co jechać. Dotarłem do pierwszej wioski i stanąłem w pustym, na wpół zgnitym domu kopalnianym. Kupiłem trochę stęchłej fasoli, gotowałem i suszyłem się, ale fasola strasznie długo się gotuje! Jadłem z wilczym apetytem, popijając herbatą, a teraz rzucę się na tapczan przespać. Dziś już nocuję na pewno na południowej półkuli, czyli równik nas dzieli Maryś! A więc po raz pierwszy całuję Cię z tej strony ziemi. Góry i zimno jak w grudniu u nas.

Lubero, wtorek, 25 kwietnia 33

Maryś Ukochana!

Piszę w domu odpoczynkowym w Lubero, hen wysoko w górach. Zimno! - ale na kominku płonie ochoczo ogień, który do tego sam roznieciłem, i raźniej jakoś.

Lubero - ojczyzna wytępionego prawie dziś goryla, który objęty jest ochroną. Niedawno gościł następca tronu belgijskiego, który ale goryla nie miał szczęścia tu widzieć, choć na ten cel kupił specjalnie lampę!... Położenie wprost cudowne - gdzieś 17 km w bok jest misja katolicka, ale nie odwiedzę jej, pojadę dalej.

Ale dziś znowu lało jak z cebra. Przyjechałem mokrusieńki, bo pomyśl - 10 km ostatnie przed Lubero panu deszczowi zachciało się padać, a mnie znowu ani rusz namiotu rozbić się nie podobało, zaś chaty wszystkie pobudowane wysoko na szczytach gór - ledwo że pieszo się wdrapać można, ale gdzie podziać rower?

Zawarłem w osiedlu znajomość z kupcem Grekiem. Wpisał się do albumu i włożył 100 fr - choć tyle! Ale żeby wszyscy, co się wpisują do mego albumu, coś włożyli! Ale to nic! Pozwoliłem też sobie z tych pieniędzy kupić 1 kg mąki i 1/2 kg cukru, a także 2 × 20 szt. papierosów i 1 świeczkę za 50 groszy, która mi dopomaga gawędzić z Tobą. Zapas ten to wszystko, co zabieram na drogę do Rutshuru - 200 km stąd, a z tego 100 km pod górę. Możliwe, że do najbliższego miasteczka, gdzie dopiero znowu spotkam Europejczyków, pojedzie się i dni 10, może 12-cie - Bóg wie! Rower nietęgi, a i ja podobnie. Droga ciężka, a i deszcze - bestje przeszkadzają. Co zrobić ale, kiedy trzeba!

Ostatnie 2 noce mam okropne sny. Pierwsze śniło mi się, że z karabinu strzelałaś do ś.p. Ojca mego, a potem do Stefana - zabiłaś ich, ale choć postać była Twoja, jednak oczy jakieś straszne, nie te Drogie oczy mojej Marysi! Dziś znowu śniła mi się Twoja ś.p. Mama - chciała mnie pocałować, a z ust Jej płynęła gęsta krew, cała krwią ociekała! Zbudziłem się, ciemno jeszcze było, tylko murzyn jakiś już bzdrąkał na cymbałach - zbliżał się ranek!

Sen mię ogarnął, a usnąć nie mogłem już. Wieś budzić się poczęła i gwar się wszczął taki murzyński. Chmury po ziemi się włóczyły i ziąb taki, że wziąłem się do ogniska. A wiesz, co ugotowałem? - kluski z gotowanych ziemniaków, pomaszczone "farbowaną oliwą". Część odłożyłem na obiad, a do herbaty zimna fasola od wczoraj wieczór!

Jednak nie myliłem się - wczoraj nocowałem już na południowej półkuli, a ten deszcz zesłało psotne bóstwo "równik" zwane! Zatem dziś druga noc za równikiem! Pociesza tylko to, że od kominka ciepło idzie, bo poza tem poczty nie zastałem, a prosiłem o nią pocztę w Rutshuru - widać nic tam jeszcze nie nadeszło. Może ale za to zastanę świeżą, pomyślną - oby tylko! Ale i Pa! Trzeba spocząć, choć sam nie wiem jak posłać, bo łóżka nie ma ani tapczanu żadnego, choć mieszkanie luksusowe: są stoły, krzesła, kredens, 2 izby, kominek. Tylko tu taki brzydki zwyczaj, że Europejczycy auta mają i zawsze w drogę zabierają łóżko polowe i swoje "czarne żony" afrykańskie, i dużo służby, której płacą miesięcznie od 20 do 25 zł bez życia i ubrania, a sami zarabiają grubo ponad 1000 zł miesięcznie, więc stać ich na służbę liczną i sezonowe żony, i łóżka polowe. Ja ani na życie dla Was nędzne choćby zarobić nie umię, choć tyle trudu ponoszę, że nikt nie uwierzy! - ale trudno! Jestem dumny z siebie - byle Wam pomóc. Oj Maryś! - czy Wy choć nie głodni? Całuję mocno.

środa, 26 kwietnia 1933

Maryś Kochanie!

Przebyłem dziś 35 km, bardzo górzysty teren, jechałem trochę - trochę pieszo. Niedużo to, a jednak trudu dużo! Lubero opuściłem około godziny 10tej rano. Nie miałem co jeść, a do tego w nocy, gdy ognisko na kominku wygasło, spać nie było można - tak mroźno, a do tego na gołym stole! Przemarzłem okropnie i z prawdziwą radością siadłem do stołu u znajomego od wczoraj Greka. Ani byś zgadła, co jadłem na śniadanie! - oto gołąbki ze słodkiej kapusty nadziewane ryżem z baraniną, potem herbata i chleb z masłem - całkiem jak kiedyś dawno u Marysi mojej.

Droga choć ciężka - ale piękny, górski krajobraz. Urozmajica ją nieco kilka wiosek murzyńskich, malowniczo pobudowanych na wzgórzach, z kościółkiem skleconym z prętów bambusowych. Wygląda raczej jak fantazja malarza, a nie rzeczywistość. Domki czyste, schludne, pobielone z zewnątrz. Kobiety niosą drzewo na noc, przyodziane w skóry, bo zimno, choć jasne słońce świeci i pali skórę na brązowo. Wysokość ale robi swoje - 2000 do 3000 mtr ponad poziom morza.

Las bajka - drzewa paproci, dużo krzewów fantastycznych, miejscami las bambusowy, a drzewa obwisają kiściami seledynowego mchu - jak tam wysoko na Ruwenzori. Las pełny małp, które czując, że są objęte ochroną w tej strefie, spacerują nawet po ulicy i sejmują w swojej małpiej gwarze, której ale nie rozumię wcale. Jest i goryl, tylko ten w dzień nie pokazuje się na ulicy, drzemie zaszyty w dziewiczy bór. Tu i tam na szczytach widać wioski, zda się niedostępne, a stoki pokrywają zagony jarzyn, ziemniaków i kukurydzy. Banany znikły - za zimno im tutaj.

Stanąłem w domu odpoczynkowym na kilometrze 295 od Irumu licząc. Właśnie w jednej z tych malowniczych wiosek murzyńskich z kościółkiem bambusowym kupiłem ziemniaków, jaj, a teraz w izbie siedzę po kolacji i gawędzę. Piecyk zrobiony z żelaznej beczki grzeje trochę, miło, zacisznie. Cały wieczór towarzyszyła mi grupka młodych chrześcijan, miłych jak i ich wioska wśród gór. Usługiwali pilnie, toteż dałem im łyżkę "sukari" (cukru) - cmokali z zadowolenia. Zaczynam trochę gadać w narzeczu kiswaili. Trudno, trzeba! Ale i dobranoc! Całuję silnie, Wasz

Kazimierz

czwartek, 27 kwietnia 1933

Maryś Ty mój!

Dziś Twój Kazik nocuje pod jednym dachem z murzynką - "bezrobotną żoną" po belgijskim kapitanie, który po trzyletniej służbie w Kongo uwiózł ze sobą dwie pół-czarne córeczki, a matka ich mieszka w domu odpoczynkowym, gdzie wypadło mi noc dzisiejszą spędzić. O Maryś! - jaki to obszerny temat, ta moralność kolonjalna, te sezonowe żony, które potem zostawia się, a często i biedne dzieci! O tej cywilizacji białej rasy, którą niosą ciemnym ludom władcy Afryki, napiszę kiedyś dużo, dziś zbieram temat, chwytam szczegóły...

A więc pod jednym dachem z murzynką dziś nocować będę, ale nie miej obawy! Ja wstręt czuję do czarnych w ogóle, a w szczególności do kobiet tego rodzaju - zresztą zdrowie mi milsze! Przebyłem dziś 45 km okropnie górzystej drogi, do tego pokrytej ruchomemi kamieniami, i noc dopiero zagnała mię do tej chaty (na 340 km od Irumu). Sługa mej "czarnej gospodyni" gotuje fasolę, a ja siedzę i piszę.

Jeszcze jeden dzień, a dotrę do płaszczyzny pełnej zwierza - najbardziej niebezpieczny kawałek drogi, a już stąd widać niebotyczne góry piętrzące się nad jeziorem Kivu. Wulkany już też widać - zobaczysz je na obrazku. Ciekaw jestem, jak mi powodzić się będzie w Kivu i czy znajdę ciekawe tematy do zdjęć i artykułów? - zobaczymy. Całuję Cię mocno i dzieciom ucałowanie buziaków. Pa, Twój i Wasz Kazimierz

piątek, 28 kwietnia 33

Droga Maryśko!

Noc. Tuż obok groźnie pomrukuje "pan Simba", to jest król okolicy: lew. Minąłem w końcu góry Kabasha i szalonym pędem ponad 20 km zjechałem w dolinę, na której leży Rutshuru. Przebyłem dziś 60 km i to na moim rozklekotanym rowerze! Dzięki Bogu!

Jestem jeszcze 1 dzień odległy od osiedla Rutshuru i może Bóg dopomoże i jutro tam stanę, a w końcu z pewnością w niedzielę. Może nawet zdążę nadać ten list na kurjer, który gdzieś w niedzielę wychodzi z Rutshuru. Dziś spotkałem na górze auto pocztowe z pocztą z NIZI-Beni - ciekaw jestem, czy było coś dla mnie.

Pisałbym dużo, ale zmęczony jestem, przespać trzeba, aby rano mieć siły dotrzeć do Rutshuru. No Pa! - całuję mocno i pieszczę czule. Pa!

Wasz Kazimierz

sobota, 29 kwietnia 1933 Rutshuru, Congo Belg.

Maryśku Kochany!

Osiągnąłem pod wieczór Rutshuru, przebywszy 60 km od ostatniego noclegu. Eksplodowała guma - oś pękła, przyszedłem pieszo, resztkami sił, tak jak bez roweru. Poczty od Ciebie żadnej nie zastałem - i to mię najbardziej strapiło. Sytuacja prawie bez wyjścia, ciężko myśleć o jutrze! Stanąłem w hotelu, a teraz położę się, może gdy dobrze się wyśpię, wpadnie do głowy myśl jaka, bo naprawdę nie widzę drogi wyjścia! No Pa! Całuję silnie moją Trójkę - Wasz zawodowy włóczęga po turze Beni - Rutshuru, to jest 320 km w tygodniu i to na rowerze - pożal się Boże!

Kazimierz

Rutshuru, 30 kwietnia 1933

Maryśko moja!

Południe! Niedziela. Deszcz lał w nocy i teraz pada, głowa tak okropnie bolała, że spać nie mogłem. Dobrze, że choć w izbie mogłem się wyciągnąć w łóżku, po tylu nocach spędzonych w podróży.

Jeszcze nie ustaliłem dalszej drogi, w każdym razie pojadę przez sąsiednie kraje, to jest Ruanda i Urundi, a potem przez jezioro Tanganika przebiję się z powrotem do Conga Belgijskiego - jedyna droga, jaka mi pozostaje.

Adresuj Rutshuru aż do podania nowego adresu, pamiętaj ale, że mam dwa adresy:

par avion: via Egypte -Sudan - Kampala

i adres na pocztę zwykłą

via Mombasa

Jest to ważne, bo poczta zwykła przez Mombasa dojdzie mię spieszniej jak droga Nilem przez Sudan, a idzie mi o wycinki z gazet, które koniecznie potrzebuję.

Maryśko! Brak poczty działa na mnie okropnie i grozi upadkiem. To jedyna moja rozrywka duchowa! - a wycinki z gazet to bodziec do pracy, a więc staraj się choć tyle mi ulżyć.

Odwrotu nie mam innego jak posuwać się dalej. Siły się wyczerpały, a pojęcia nie masz, jakie przeszkody wyrastają przede mną! Brak klisz i papieru nie pozwala choćby coś trochę zyskać, a buciki podarowane z misji Beni zupełnie zdarte. Ubranie dogorywa, bielizna zdarta, rower w kawałkach - aby choć trochę się podźwignąć, trzeba kupę pieniędzy. Oszaleć można w takim położeniu, a do tego ani wieści od Ciebie, i ten deszcz, który przygnębia do reszty!

Maryśko moja! - jeśli chcesz mi podać rękę, pisz do mnie, to jedyna karma duchowa na tułaczce!

Nie wiem, kiedy wyślę następną pocztę, w ogóle jestem bez planu działania. Prawdopodobnie stanę w górach u stóp wulkanów, aby odczekać choć następnej poczty, która za tydzień przychodzi. Spróbuję żyć po murzyńsku. Całuję mocno i ślę dużo serdeczności. U Was już pewnie wiosna, cudowny maj, a ja na drugiej półkuli - daleko! Pa!

Wasz Kazimierz

List nr 75

Dolina Rutshuru, Congo Belg. 1 maja 1933, poniedziałek

Maryś Kochana!

Wstałem dziś bardzo wcześnie, bo przed wschodem słońca, i udałem się na pocztę, aby list do Ciebie nadać. Potem reperowałem rower, a w południe ruszyłem przed obiadem - z gorączką do tego! Nogi drżały, siadłem jednak na rower i ruszyłem z górki. Wtem sznur, którym podrutowałem gumy, zahaczył o błotnik, a ja runąłem jak długi - szczęśliwie, bo ani rowerowi nic, ani mnie, poza lekkim zwichnięciem kciuka u lewej ręki.

O jeździe ale nie było mowy. Rower piszczał, jęczał, ledwo go ciągnąłem. W końcu szukać zacząłem kwaterę, ale natrafiłem na farmera chorego na tyfus, a pani bała się dać mi noclegu choćby w szopie. Pod namiotem z gorączką i do tego deszcz pada, więc w murzyńskiej kołybie przemocą zakwaterowałem - taki chory, że ledwo dyszę. Malarja to albo płuca - nie wiem, chory jestem. Przebyłem dziś 20 km, a zdążam do misji, jeszcze 12 km stąd, ale i Pa, Dobranoc, całuję Was

Kazimierz

Lulenga, wtorek, 2 maja 33

Kochany mój Marysiek!

Resztkami sił dotarłem do misji Białych Ojców w Lulenga. Całe ubranie oblane potem, a wiatr chłodny, bo znowu wysokie góry zaczynam przebijać. Byli właśnie przy obiedzie, zaprosili do stołu, ale jacyś ludzie nieserdeczni! Jadłem z apetytem, mimo że chory jestem, ale po wczorajszym śniadaniu nic w ustach nie miałem.

Murzyni, u których przemocą zakwaterowałem, ani wody przynieść nie chcieli, ani jaj, ani nawet kartofli, a jak na złość zapomniałem i nie kupiłem nawet cukru, więc ani się rozgrzać nie mogłem choćby herbatą.

Po obiedzie dano mi izdebkę dobrze przewiewną, a jednak czuć stęchliznę. Jakiś tapczan przyniósł chłopak, zasłałem go moim namiotem i drżąc z  zimna nakryłem się kocem i położyłem się trochę.

Potem poszedłem na nieszpory do kościółka, lecz nikt z księży ani słowem się nie odezwał do mnie, ani na kawę nie zaprosił, a od gorączki drżę jak żelatyna i do tego Lulenga leży 1825 mtr ponad poziom morza, a tuż obok sterczy wygasły wulkan i poniżej skrzepła lawa.

Najgorsze, że cukru nie mam, tak mi okropnie zimno, a herbata rozgrzałaby trochę. Naprzeciw misjonarze jedzą kolację, smakuje im - ja głodny spać się położę w mroźnej izbie! Nie zawsze misjonarze są wyznawcami Chrystusa!

Oj Maryś - jaki szczęśliwy jest murzyn w porównaniu ze mną! Teraz wieczorem siedzi u ogniska w ciepłej kapanie i zajada z apetytem nie przysmaki europejskie, ale ową maniokę, banany czy fasolę. Wokół ogniska widzi swą rodzinę - żonę, dzieci, gawędzi, wesoło mu!

A mnie tak smutno, taki jestem sam, gorzej od naszego dziada - żebraka.

Lulenga, środa, 3 maja 33

Maryś Jedyny!

Dziś w Polsce święto - 3 MAJ - powiewają chorągwie, a miłe majowe powietrze balsamem wpływa do płuc. Tu mroczno, ponuro i chłodno, a przede wszystkiem obco tak bardzo, że wysłowić nie sposób. Dziś zaproszono mię do stołu, tłumacząc, że wczoraj nie chciano mi przeszkadzać w spoczynku, bo widzieli moje śmiertelne zmęczenie, ale stół taki obcy! - a jednak tu zaczekam do soboty lub niedzieli, może choć list od Ciebie jaki nadejdzie. Zresztą rower już naprawdę w takim stanie, że jechać prawdziwie niebezpiecznie, a i zdrowie moje nietęgie, więc kilka dni odpocznę - i tak przede mną tyle trudu jeszcze, sił trzeba!

Chwilami ogarnia mię lęk przed jutrem. Dotychczas Ty Maryś podtrzymywałaś mię na duchu, ale od czasu Twej choroby taki sam się czuję, taki nędzarnie biedny, że trudno mi żyć - sił ani chęci nie ma!

Brak wycinków z gazet utrudnia mi pracę - sam nie wiem, co pisać i do kogo, nie wiem, czy macie choć kawałek chleba - nic właściwie o Was nie wiem! List Twój ostatnio otrzymany nosi datę poczty Boruszyn, 27 III 33, a dziś 3 maja!

Co Ci pisać ani nie wiem - deszcz chlapie, mroczno i ponuro, a taki samotny się czuję, że aż strasznie! Pa!

4 maja 1933

Kochany mój Maryś!

Piszę jeszcze w Lulenga, które opuszczę dopiero w niedzielę, dziś czwartek. Jutro rankiem idzie stąd piechotą czarny sługa po pocztę do Rutshuru, więc i ten list nada, a może coś dla mnie będzie, to razem z pocztą misji tutejszej przyniesie. Oby tylko coś było!

W załączeniu przesyłam rękopis - list i 2 fotogr. dla Kurjera Poznańskiego, prześlij jak uważasz i kiedy chcesz. Ot, taki sobie szkic, a fotografję Remo, murzynka-sierotki, poślę razem z innymi filmami do Gregera. Napisz szczerze, czy to naprawdę nie nadaje się do druku?

Mam tylko jeden wycinek Kurjera Pozn. z tego roku, to jest z 25 stycznia br. Wyd. por., a w zestawieniu dochodu podajesz Kurjer za styczeń, za luty, zaś Greger pisze, że coś było 1 marca. Maryś mój! - wycinki mi konieczne, a już chyba o Kurjer Pozn. Ci nietrudno! Nie chcę Ci życie trudniejszym robić, ale to przecież potrzebne mi do dalszej pracy - dla Was!

wieczór...

Wróciłem z kościółka i piszę dalej. Nieszpór nie ma tutaj - choć to maj przecież - jednak i w ciemnym kościółku pomodlić się można.

Ciekaw jestem Marysieńko, co się dzieje z mojemi obszernemi listami wysłanemi 13 marca z NIZI, a także jaki los spotka listy moje do Redakcji wysłane z Beni przez pocztę Irumu 26 IV br. Kupa listów, moc fotografji - czy drukują? Czy płacą?! Oj! - że to prawie 2 miesiące trwa list tam i odpowiedź! To tak męczy! Ty potwierdzasz list mój nr 68 swojim listem nr 62 - a ja już wysyłam list nr 75! Od Ciebie mam list 62 - 61 jeszcze nie nadszedł, ale zwykła poczta najmniej idzie dni 40ci, nawet dłużej!

Brak mi nr 50 i 51 - prosiłem Cię, abyś mi napisała, co wysłałaś pod tym numerem - nie mam odpowiedzi! Napisz mi proszę! Może to była książka o Congo Belg. i przesyłka Ridaxu?

Informuj spiesznie w sprawach prasy. Wyślij odcinki gazet, które zdobyłaś - inne postaraj. Czy Kurjer Warszawski nie przesłał Ci numeru ze stycznia - za ten jakiś artykuł zapłacił 48. zł - więc pewnie jest i foto w dod. ilustr. Idzie mi bardzo o to, co drukował I.K.C. - Mama coś wspomina. Tobie Maryś trudno, ale wiesz, że mi potrzeba tych wycinków do prasy, a także to zachęta dla mnie - to jedyny bodziec do pracy! Tego roku otrzymałem od Ciebie 1 wycinek z Kurjera Pozn 25 I i jeden Na Szerokim Świecie artykuł Iszy z 1933 r. oraz 3 artykuły w Przewodniku nr 2 Tygodnikach, to jest nr I, II i III - poza tem nic!

Poślij również odcinki przekazów - muszę się mieć czem wykazać, skąd czerpię fundusze (śmieszne! - co?). Właściwie to cała podróż w Afryce kosztuje mię 2 dolary - bo resztę mam w kieszeni - żyję zatem tanio! Ot i ubranie moje! - kask kolonjalny podarowany przez misjonarza w Atbara, bo mój kupiony w Assuan nic niewart był. Ubranie: spodnie darowane w Feradje, koszulka w Watsa, owijacze w Gat na Saharze sprezentował mi jeden podoficer, trzewiki darował ksiądz z Beni, skarpety p. Treres po powrocie z Ruwenzori. Jedynie od Ciebie mam na sobie koszulę przesłaną do Bengasi czy na adres Gialo - i medalik Matki Bożej. Ot! i dlaczego żyję tanio! Tu jedną oś darmo dostałem, tam drugą, fabryka do Tobruk posłała gumy, okręt płacili Grecy, karmili Włosi, Arabi, Grecy, Belgowie, czasem garść fasoli, jaj czy kartofli dokupiłem, na znaczki dali Grecy również czy Włosi. Ja tylko zdrowia dołożyłem dużo do mej podróży - oj, bo i malarja to psia choroba! Tydzień roweru - i znowu wraca gorączka, ale chinina pomaga! Ot! - Twój Kazik naprawdę włóczęga, ale nie żebrak Maryś! Wszystko, co mi dają - płacę!, nie pieniędzmi, ale zdjęciami i opowiadaniem - o nic nie proszę! Tu np. w Beni choćbyś 1000 fr. chciała za trzewiki zapłacić - nie ma ich, ani szewca nie ma; stare leżały w szopie, dziurawe już - oczyściłem, poklejiłem gumą i noszę. Dziś znowu sam reperowałem - i znowu dalej je nosić będę. Ot! - życie włóczęgi w Afryce!

Przykro mi tylko, że nie mogę wykorzystać częstej okazji dochodu, bo brak mi klisz 10×15 i papieru, ale klisz sprowadzić nie sposób, paczka idzie 4 miesiące do Juba - a co dopiero tu, na drugą półkulę - "avion" za drogie! Może jednak i ten piekący brak uzupełnię - może znajdę okazję sprowadzić z sąsiedniej ang. kolonji. Oj! - naprawdę bym się cieszył, bo mógłbym i Marysi mojej choć na 100 kop jaj posłać!

Contaxem trudno zarobić na "export" - ot zaledwie płacę nim za noclegi, za stół, i to dużo - a powiększeń tu robić nie można, brak światła elektr. Może w Katanga nabędę aparat do powiększeń!

Chętnie posłałbym Ci moje włosy i brodę, aby fryzjer w Boruszynie za złotego je obciosał - zarośnięty jestem jak dziad kościelny, a tu fryzjera nikt nie zna! Golą się sami lub rosną brody po pas - ale niech sobie, to Afryka!

Ja marudzę - a to już czas oddać list księdzu. Jutro odejdzie "par avion", ale najpierw piechotą, potem autami, okrętem i znowu autami - a dopiero z Kampala poleci do Maryśki mojej!

Przesyłam dużo serdeczności, pieszczot i ucałowań Tobie i łobuzom naszym oraz życzę Ci z całego serca powrotu do zdrowia, o które Bozię proszę! Odcinki przekazów, wycinki gazet i choćby kilka wierszy Twą ręką Drogą skreślonych koniecznie w odpowiedzi na ten mój list.

Całuję Cię raz jeszcze miljon razy.

Twój i Wasz Kazimierz

Nowy adres:

Wszystko jak zwykle - poczta: UVIRA - (KIVU)

avion: par Egypte - Sudan - Kampala

zwykła par MOMBASA. Africa

Uwira leży nad jeziorem Tanganika!

List nr 76

Lulenga, Congo Belge piątek, dnia 5 maja 1933

Maryś mój Kochany!

Zaczynam pisać list 76ty, choć naprawdę nic ciekawego do pisania nie mam. Wstałem przed 6tą rano, byłem na mszy św. śpiewanej - dziś pierwszy piątek miesiąca - na Twoją intencję.

Potem rzuciłem się na mój barłóg - jakiś zmęczony się czuję, słabiutki, w nocy prawie nie spałem. Rozszalała sie burza - lało okropnie - tuż przed obiadem ustała dopiero. Po obiedzie łatałem spodnie i koszulę, potem prać dałem, a wdziałem na siebie pożyczone spodnie i białą wełnianą koszulkę podarowaną w Zella przez doktora (tam koło Czarnych Harug, gdzie z pragnienia konałem!) i drugą wierzchnią koszulę podarowaną przez Greka w Luxorze (Egipt).

Wybrałem się na zdjęcia, nic ale ciekawego nie znalazłem. Wróciłem na nieszpory, a teraz przy ostatnich blaskach dnia piszę do mej Maryśki, która tak bardzo daleko ode mnie! Wypogodziło się - widać potężne wulkany i piękną zieleń pól i ogrodów oraz stepu, który pokrywa przepastne pola lawą zalane! Ot! i ciemno już - ledwo widać!

Całuję i pieszczę czule Ciebie i dzieciny nasze. Pa

Wasz Kazimierz

Lulenga, 6 maja 33, sobota!

Maryś mój Kochany - Drogi Maryś!

Całuję Cię mocno, serdecznie tulę do serca za list kochany, który dziś wieczorem przyniósł z Rutshuru murzyn. Biedaczko! - ja Cię rozumię, nie gniewam się, żalu żadnego nie mam do Ciebie, ale czasem i mnie opuszcza cierpliwość - odchodzę wprost od zmysłów. Łaknę wieści od Ciebie - czy to zresztą dziwne? Pragnę choć listem dowiedzieć się o Was - a psi los na kroku każdym utrudnia to trudne i tak do bezgranic życie!

Patrz Kochanie - Tyś list wysłała nr 63 dnia 31 marca 1933. Wydałaś kupę pieniędzy, aż boli, aby mię pocieszyć - a stemple pocztowe mówią: Boruszyn 31 III, Poznań 31 III, Warszawa 1 IV, Ateny 4 IV, Kampala, a więc koło równika, już 12 IV, Rutshuru 15 IV. I wiesz co? - wściec się można!

Przyjechałem do Rutshuru 29 kwietnia, zaraz byłem na poczcie - nie było nic! W niedzielę 30 IV też nic! Odjechałem 1 maja - też nic, zmieniłem adres i wiesz co - dziś 6 maja dostałem list z Rutshuru, który już tak leżał od 15 kwietnia, czyli najpierw wyleżał się 21 dni na biurku urzędnika poczty - i tak wygląda poczta w Congo! A ja ani użytku nie robię - bo co? Czekać będę na inne listy jeszcze dłużej ze zemsty! Urzędnik pocztowy tutaj zarabia 5.000 fr mieś., czyli ponad 1.100 zł. Wolne mieszkanie - pałac, co trzy lata bezpłatna jazda do Europy i z powrotem - 1/2 roku urlopu. A poczta tutaj to 2 listy polecone na tydzień, 3 gazety, 2 zwykłe - ruch okropny! Nie może podołać pracy - naturalnie! Kochanki czarne, polowanie, whisky, karty, fotoamator - stać go na to! Ma 5000 fr na rok - okrada murzyna. Maryś moja! - oszaleć można, patrząc na świat dzisiejszy. Zrozum mnie, gdy kiedy cierpki zgrzyt w mojim liście znajdziesz - mnie strasznie źle w świecie, tęskno za życiem wspólnym, a to ani listu, a ten 21 dni leży na poczcie w Rutshuru, a ja milczeć muszę, aby tego pana nie obrazić - bo na drugi list pół roku czekać będę! A w dodatku poczta zjada miesięcznie kilkaset fr. Chcesz się przekonać, jaka poczta tutaj, patrz na znaczki i wagę listów - jeden urzędnik oblicza za 5 gr 8 fr, inny 10, a przy większej wadze różnica sięga i 20 fr, czyli 5 zł. Ta sama waga, do tego samego kraju, ta sama poczta - urzędnik inny, a urzędnik tutaj to książę - to bóg!

Obawy Twoje co do tego Polaka z Aba i do trudności ewentualnych niepotrzebne Maryś. Ten Polak, gdyby mię mógł utopić, na pewno by to uczynił - ale w tym wypadku jest bezbronny. Obecnie nic mi zrobić nie mogą, najwyżej na koszt urzędnika z Aba i tego Polaka wysiedlić, to jest odesłać do Europy, do Belgji - tego nie zrobią! Raz że nie dam powodu, zresztą to za drogie, a w końcu ja umię dać sobie radę, zaś Europy się nie lękam. W tym kierunku bądź spokojna o mnie Maryś!

Troska moja jedyna: to aby drukowali, abyś Ty z głodu nie zapadła jeszcze bardziej na zdrowiu. Cały świat podły, jednakowy, wszędzie dla pracy miejsca nie ma, protekcje, stosunki - uczciwy człowiek skazany na śmierć głodową!

Ale trzeba być mężnym - czem ciężej, tem wyżej głowę. Bój jest - przyjdzie kiedyś sprawiedliwość, a nie, to nie! Byle zarobić na życie choć dla Was!

Maryś!, proszę Cię bardzo - jak mi trochę chcesz ulżyć, uspokój się! Ludzie niech szczekają - psia to czynność - a jak im miło, to niech sobie. Kryzys im powiedz. Trudno! - gdy chcą zapłaty, niech czekają! I ja czekam. Jedwabji nie nosisz, nie pijesz, nie hulasz za ich pieniądze. Psy! Nie przejmuj się - i ja gorsze chwile czasem przeżywam, a ciężko - to wtedy myślę o Maryśce mojej i weselej zaraz. A gdy chcesz, pożal się przede mną - popieszczę choć myślą i listem. Co ja temu Maryś winien jestem, że nie umię na chleb zarobić? - ale nie nie chcę!

Znaczki niech Cię nie kłopocą - w ogóle nie myśl o nich ani odpisuj nikomu. Ja znaczki kupuję - za darmo nie dam, niech leżą! A jak masz przyjemność, to w naszym albumie poszperaj. Ot! - dla przyjemności! W ogóle dbaj tylko o sprawy prasy, o pieniądze, aby zdrowie ratować - o mnie na końcu zawsze. Mnie czem ciężej, tem lżej mi o Was myśleć - ani czuję przykrości. Zdrowie nietęgie - wytrzymam ale! Rower mi wbija klin w głowę, to znowu paszport się kończy za parę tygodni, filmy nie nadeszły jeszcze. Niedługo stanę goły, bez roweru, bez materjału, w dalekim świecie - strasznie, ale Bóg Dobry.

Dobranoc - gdzieś już 3 rano, a o 6tej trzeba wstać. Całuję

Pa!

niedziela, 7 maja 33

Kochanie moje!

Dobry wieczór! Tak, już wieczór ostatni w Lulenga. Byłem na sumie, na nieszporach - fotografowałem typy kobiet, mężczyzn, dzieci. Ot! - coś 15 zdjęć, niektóre może ciekawe są i ładne. Gorzej, bo znowu wykończyłem jedną spulkę i nową zacząłem - katastrofa, o ile materjał na czas nie nadejdzie, a właśnie teraz mam tyle typów prawdziwie ciekawych. To kiedyś ciekawa kolekcja będzie! - to tak jak pieniądze w kieszeni! Bacz tylko, żeby filmy, które przychodzą via Greger, nie uszkodziły się, bo są jeszcze wcale niewykorzystane. Porobię z nich kiedyś piękne powiększenia na artystycznym papierze, najnowszym sposobem - i zobaczysz, przyniesie grosza sporo! Zabezpieczaj przed wilgocią i zmianą temperatury - to część mego życia tułaczego! A może jaką inną jeszcze drogę znajdę do spieniężenia mej pracy!

Staraj się Marysiek nie szyć - daj lepiej zarobić. I tak masz kupę czynności z mojemi sprawami. Nie musisz dać w Boruszynie - ot, masz znajomą w Poznaniu, zapłać, skórę nie zedrze!

Cieszy mię, że już na tyle silna jesteś, że aż na przechadzkę wyszłaś - kwiatuszka ale, o którym wspominasz, w liście nie było! Tylko źle robisz, siadać jeszcze nie pora - powietrze zdradliwe na wiosnę! Uważaj na mą Maryśkę!

Co do podglądania - to zrób jakąś zasłonę na okna, kup coś w rodzaju gazy czy organtyny, przyda się na muchy, a koszt minimalny. To lepiej jak dziecinę zostawiać - niech choć z Tobą trochę ogłady nabierze!

Wspominasz o przeniesieniu do Poznania! Oj Maryś! Co ja bym dał za to! - życie tańsze, wygodniej i dzieci szkołę inną by miały, ale jak Ci pomóc? Coraz mniej nadzieji na korzystną pracę na miejscu, a choć piszę dużo do gazet i tyle ciekawych zdjęć dołączam do wyboru, jak sama widzisz, obce zdjęcia idą - słowem nie idzie mi! O Maryś! - dla mnie to dużo, abyś w Poznaniu mieszkała, a nie w Boruszynie! Ta kontrola i wszystko, wszystko razem męczy, trapi, ale jak to przeprowadzić! Skąd wziąć pieniądze, kiedy pracy nie mogę znaleźć, a kraść nie umię? Oglądaj się - może cud się stanie! Ja jestem za tem - choćbym nawet w najcięższym był położeniu, bardziej bym się cieszył wieścią, że mieszkasz w Poznaniu, jak pomocą!

Zwłaszcza dzieci marnieją w tem chłopskim otoczeniu, do tego przewrotnym - bo to właściwie nie chłopi tylko zgangrenowana ludność (bydło) wiejska! Co chcą od Ciebie? Że im nie płacisz? - po prostu nie masz czem, a nie nie chcesz; że z nimi nie żyjesz - bo to ludzie inni, chłop z chłopem - a tyś nie chłopka! Krów nie masz ani gęsi, ani morgi - więc o czem będziesz rozmawiać?! Oj Maryś! Żebym ja mógł choćby już być w Boruszynie, nie dałbym Ci krzywdy robić - ale ja tak bardzo daleko, bez widoków do tego na jutro. Tu i kryzys w kopalnię złota wkroczył - ten fałszywy - ale staje praca, ludzie masowo uciekają do Europy, a ja choćbym chciał uciec stąd, nie mam możności! Biednemu wiatr w oczy zawsze!

Dziękuję Ci serd. za wysłane wycinki, które naturalnie dobrze, że wysłałaś pocztą zwykłą polecone - wystarczy, nie przepadnie! Przy sposobności upewnij się, czy co w I.K.C. Nie było może choć foto w dod. ilustrowanym - delikatnie zamonituj należność. Ja już nie będę monitować nigdy o pieniądze, chyba że Ty napiszesz mi, że trzeba. Zostawiam Ci wolną rękę! A co z Przewodnikiem? Może raz sama się tam przejdź, poproś, powiedz, że ja po chorobie, pieniędzy mi trzeba - miesięcznie sama chinina zjada 80 fr. Chcieli, żeby mi tylko dać pierwszeństwo druku mych fotografji - ale ja jestem daleko w świecie i obcych żebrać o pomoc nie będę, a życie drogie - opłaty cła, Bóg wie jakie rozchody. Niech choć co 2 tygodnie dadzą mnie kawałek miejsca lub niech w końcu określą, wiele tego miejsca mi dadzą, abym wiedział, jak stoję? A czy te zdjęcia dedykowane "Marysieńce mojej" zwrócili? - klisz już nie mam, a potrzebuję je!

A może wspomnisz o kliszach cynkograficznych, które wykonują do Przewodnika z mych fotografji. Niech je składają - odkupię po powrocie do tego, co chce wydać, a co wydrukuję u nich. Mam tyle tematu, brak mi tylko podręczników do opracowania i potem kogoś do wygładzenia, bo jak Świat pisze: że styl zły! Niech sobie! Treść ale dobra - i ciekawa!

Ciekaw jestem Marysieńko, co robi Na Szer. Świecie? Po serdecznym liście powinni drukować. Materjału dużo przesłałem, około 60 stron - to na jakich 6 artykułów, gdy się doda fotografje - a były i ciekawe! A czy zwrócili resztę? Czy wiesz Maryś, że nie tylko drugi art. w Na Szerokim Św., ale i ten pierwszy, który już czytałem, to karykatura tego, co pisałem - po prostu zmienili nie styl, ale treść samą, a jednak nie wolno mi ich zadzierać - niech robią karykatury ze mnie nawet, ale niech Wam posyłają pieniądze!

po kolacji, noc

Głowa pełna myśli, ale i pisanie trzeba przerwać, trzeba się spakować - rano nieodwołalnie w dalszą drogę i to zaraz po mszy św! Niech Cię Maryśko nie zniechęca pisanie listów do mnie, mimo że czasem list leży na biurku urzędnika 21 dni, bo inaczej nigdy poczty nie odbiorę, a wtedy rozbiję się i Kazika nie będzie! - a wiesz, że Kazik Twój żyć powinien! Pisz regularnie, o ile możesz - choćby tylko ważne wieści przez lotniczą linię, jak podaję na kopercie tego listu. Poczta przez Mombasa ponoć idzie 35 dni tylko, najwyżej 40, ale niech Bóg broni zwykłą pocztą wysyłać drogą przez Egipt, zwłaszcza teraz - kiedy sezon Egiptu i Sudanu się skończył i raz na miesiąc idą okręty po Nilu! A nie zapominaj podać

par MOMBASA - INDIAN-OCEAN

bo jest drugie czy nawet więcej Mombasa - w różnych zakątkach ziemi. Podkreśl grubo albo czerwono tę drogę listu i pisz duże. Ot np. co 2 tyg. list 5 gr avion, reszta polecone zwykłą pocztą - a będę zadowolony.

No ale i Pa! Całuję serdecznie tak silnie jak dawno temu. Pa - Twój i Wasz Kazimierz

Kisenyi, Ruanda, Afryka poniedz., 8 maja 1933

Kochany Maryś!

A wiesz, co się stało? Opuściłem dziś Congo Belgijskie i stanąłem w cudownie położonem "umarłem osiedlu" nad jeziorem Kivu, a więc jestem w Ruanda już, a zdążam przez Kigali - Kitega - Usumbura do Uvira, dokąd adres podałem w poprzednim liście. Zwiedzę zatem Ruandę i Urundi - zupełnie coś innego od Conga, choć oba te państewka murzyńskie rządzone przez własnych królików są pod zarządem Belgji tak jak Congo. Congo ale jest kolonją - te dwa państewka, kiedyś kolonja niemiecka, są tak zwanym mandatem Ligi Narodów, czyli chwilowo dane w zarząd Belgji - jutro liga ta może dać innemu państwu.

Scena z rynku murzyńskiego w Kisenyi (nad jeziorem Kivu)

Trudno mi tu opisać wszystko - dowiesz się dużo z artykułów, ciekawe - a tak tu cudownie, jak chyba w raju tylko było (naturalnie bez ludzi!). Liczyłem się z trudnościami granicznemi, ale minąłem je - już wszystko w porządku. Byłem na proszonej kolacji, nocuję w schronisku na pryczy - jest lampa, stół, krzesła!

Dziś św. Stanisław - imieniny śp. Ojca, a zapomniałem o tem dziś rano, choć za dusze naszych Rodziców odmówiłem po mszy św. Anioł Pański, pamiętam o nich - i chwilami żałośnie mi, że już ani mego Ojca, ani Twej Matki nie zobaczę. Ale Oni szczęśliwsi od nas, już spokojni - chleba nie łakną! A imieniny śp. Mamy Twej z końcem maja też pamiętam Maryś - brak mi Twej Rodzicielki! Tak stają przed oczyma różne momenty, jak Dobra śp. Matka Twoja pieściła moje dzieci, jak Cię w chorobie usługiwała, jak zmęczona drzemała pod piecem, a na lekkie poruszenie chorej Elżuny zrywała się i już tuliła ją czy inne potrzebne robiła. A jak z ostatnich groszy choćby cukierek dzieciom mojim dała po przyjeździe - smutno mi Maryś i aż wierzyć nie mogę, że Jej już nie ma!

Szczerze piszę Maryś - czasem była dysharmonja między nami, ale ze serca kochałem Twą Mamę za to, że dziecinę moją tuliła, to łagodziło wszystko. Kochała Cię, choć może nie umiała być sprawiedliwą co do dzieci swojich - ale to serce Matki!

W dzień Jej Imienin i ja, choć daleko i choć nie wiem, gdzie spoczęła na wieki, pomodlę się - bo to jedno tylko dla Niej zrobić mogę!

W okolicy Kisengi zatrzymam się do soboty, aby odebrać ewentualnie pocztę, a może znajdę coś do mego roweru. Zdjęć kilka porobię, napiszę kilka listów do redakcji - nie wszystkich, ale napiszę sporo, choć może wyślę dopiero z Kigali, ze znaczkami Ruandy! Czasu nie zmarnuję, a potem przeć będę do Uvira. Z UVIRA ale po Albertwille nie ma drogi, zaś na okręt mię nie stać, zatem będzie twardy orzech do zgryzienia! Z Albertwille uderzę albo wzdłuż rzeki Conga, albo na przełaj do Elizabethwille (Miasto Elżunki) - a tam los okaże! W najgorszym razie odwrót z Elisbville, ale gdzie? To ale dziś jeszcze dalekie! - teraz tylko aby Bozia zdrowiem darzyła, a redakcje drukowały i dały choć dla Was na życie! Ale i dobranoc z Ruandy.

Całuję mocno Ciebie i dzieciny. Pa!

Wasz Kazimierz

Aniela Gorcik - matka Marii, haftuje sztandar dla Drużyny ZHP im. Tadeusza Kościuszki. Wagowo k. Poznania (ok. 1925 r.), gdzie 2 lata mieszkali Nowakowie

Kisenyi, Ruanda, 9 maja 33

Maryś mój Jedyny!

Niespodziewanie całkiem osiągła mię dziś tak obfita poczta, że ani nie mam możności odebrać wszystko. Przede wszystkiem otrzymałem Twój Kochany list nr 64 - następnie listy od ambasadora polskiego pana Filipowicza Tytusa (zanotuj sobie ten adres - będę miał jeszcze na Twój adres listy od niego). Ale ciekawe! Pisałem par avion do Ameryki, a on na urlopie w Polsce albo może już nie jest ambasadorem - odpisuje mi z Warszawy! Treść korzystna - jako taka wysoka osobistość pisze:

"Zainteresowałem korespondencjami Pana i fotografiami p. redaktora N. Budkiewicza "Prasa Polska" Marszałkowska 5. Obiecał mi, że za koresp. Pana będzie wysyłał honorarja. Jednocześnie pisze do Ameryki próbując tam kogoś Pana sprawą zainteresować.

Łączę uprzejme wyrazy i życzenia wytrwania w trudnych warunkach. Filipowicz".

Trzeci list otrzymałem od tego Polaka z południowej Afryki - zaprasza mię do siebie, ale nie dołącza "funta" - ani mu nie odpiszę.

Najkłopotliwsza przesyłka to zaliczka od tego Polaka fotografa ze stolicy Conga (nad Oceanem Atlantyckim). Zaliczka 540 fr - okropna suma! A nie mam pojęcia, co począć! Wyzbyć się wszystkich pieniędzy trudno - wykupić powinienem, paczka bowiem zawiera upragniony materiał. Drogo ale! Nie wiem, co zawiera paczka - zamówiłem 3 tuz. klisz 10×15 i 200 Ridax, a że 500 fr to coś 120 zł - więc nie mam pojęcia jak drogo! Odbić cenę zaliczki odbiję w każdym razie - ale jak zostać bez pieniędzy? Straszne to życie!, tem bardziej że ja tak ciężko pracuję - fotografuję, piszę, dużo wysyłam, a Ty bez grosza, nędzę cierpisz. Oszczędzam, jak mogę - już tak nędzarnie żyję, że bardziej nie można. Staram się nie obarczać Cię żadnym wydatkiem na mnie - ale nie idzie! Nie idzie i koniec! - i co począć?!

Piszesz mi, że znowu obce fotogr. poszły z mojim artykułem - to mię do wściekłości doprowadza! Po co ja fotografuję! - i co zrobią z memi zdjęciami! Rach. Gregera wynosi ostatnio piszesz 50 zł - kupa pieniędzy!, kupa! Żeby choć zwrócili te, które nie umieszczą!

Urządzę się chyba tak, że najpierw będę wysyłał do Gregera filmy, a w tydzień potem dopiero poślę koresp. Będziesz więc mieć czas, a wysłane fotografje powinny nadejść do Krakowa razem z mojim listem z Afryki. Ty Mroza nie znasz - poznałem go osobiście - to despota! Obrazi się byle czego - a zawsze każdy grosz drogi. W ten sposób gdy razem się zejdą artykuł i fotogr. - może nie będzie mógł pominąć mych zdjęć. Jeżeli jakie powiększenie źle wypadnie, zwróć Gregerowi. Powiększenia powinny wypaść lepiej jak odbitki - zwłaszcza że ja lepsze tylko negatywy wysyłam!

Cieszy mię, że Greger chce użyć fotogr. moje do reklamy. Notuję sobie każdą reklamę - to musi zmniejszyć mój dług u niego przy obliczeniu. Tylko żeby nie przepadły negatywy!

Co do gum rowerowych, to całuję Cię mocno za spowodowanie wysyłki - choć zwykłą pocztą wątpię czy mię dojdzie, a gumy ostatecznie zużyte! Czekać nie mam czasu! Co pocznę, nie wiem. Zwłaszcza zwykła poczta drogą Nilu, czyli przez Egipt etc., nie dojdzie mię na pewno. Napiszę do nich, podam nowe adresy, niech wyślą gratis! - może kiedyś dostanę.

Przeraża mię brak filmu Contax - gdybyś była w Poznaniu, niech Greger spowoduje wysyłkę choć 2 spulek "par avion" koniecznie, bo zanim dojdzie paczka - w najcudowniejszych stronach Afryki będę bez "Contaxu".

Adres do Uvira etc. - ale filmy tylko jako próbka par avion!

Powiedz Gregerowi - staraj się osobiście z nim mówić - że Contax w mych rękach to chodząca reklama Zeissa Firmy, a w szczególności Contaxu. Cuda widzę - niech mi choć pomaga teraz dostarczeniem na czas materjału foto do Contaxu. Co dzień prawie rozmawiam czy to z dyrektorami kopalni złota, czy innych - pokazuję Contax, z którego jestem prawdziwie serdecznie zadowolony, i dużo z mych znajomych kupi ten cudowny aparat.

Wyślę list pochwalny "Contaxowi" na ręce Gregera w tych dniach. Chcę ale mieć wszelkie reklamy z mojemi zdjęciami - i o ile możności niech me imię i nazwisko umieszczą. Dużo, dużo reklamy!

Sądzę, że w międzyczasie nadejdą pieniądze jakieś - i poratujesz się. Ja inaczej pomóc Ci nie mogę jak wysyłaniem długich listów do redakcji - choć gdy wykupię materjał, to jest tą zaliczkę 540 fr i filmy, które przez Gregera spowodowane do wysłania przez fabrykę oclę, zostanę zupełnie bez grosza, ale to zupełnie! Cło pożre ze 2 funty! Choć będę bez grosza, myśl przede wszystkiem o Sobie - ja może nie zginę i bez grosza! - ostatecznie ratować się będę zdjęciami. Tylko że ta poczta takie grube setki pożera i gdy wykończę korespondencję i nowe, bardzo ciekawe zdjęcia wywołam - nie będę w możności ani wysłać poczty!

Niewesoło mi chwilami - pocieszam się ale tem, że Bóg Dobry i On tylko pomóc mi może! - tem żyję!

Przeraża mię Twój stan zdrowia Maryś. Oj Maryś! - jak Ci pomóc, jak? Wiesz Kochanie, że chęci mam jak najlepsze, ale wszedłem w matnię - odwrót odcięty zupełnie chwilowo, ani mowy o odwrocie!, a iść naprzód więcej jak trudno! Trzeba choć kilkaset fr wydać co miesiąc, aby na jutro wykorzystać mą podróż, aby nie stracić tak drogo opłacanych dni tułaczych. Trzeba ujęć na papier i na kliszę ciekawych - to tak jak pieniądze w skarbonce na jutro, a te pieniądze skąd wziąć, jak je zdobyć? Uwierz! - na życie wydaję grosze, rozrywek żadnych ani hoteli-luxusów. Ot - żyję darmo prawie, ale gotówkowo nic nie zyskam. W całem Congo od 13 stycznia zaledwie 550 fr ogółem gotówki zebrałem - a z górą 800 fr wydałem na portorja, czyli coś około 100 zł, więc zamiast więcej w kieszeni - to mniej. Dziś zmieniłem Twój funt szterling - 125 fr - mam jeszcze 2 funty i 2 dolary - trzeba i te zmienić!

Jeżeli zdjęcia się udały, to mam ciekawe ilustracje dla Światowida, dla Na Szerokim Św. i innych. Mam już ponad 50 zdjęć! - wulkany - misja - zwierzęta z natury - jezioro Kivu - targ murzyński - dużo, dużo! Tylko kiedy za to będą pieniądze?

Za adres Wujca dziękuję serd. Maryś moja nie taka "zdechła" - zrobi się z Ciebie biegła korespondentka! Chciałbym całą duszą wkraść się do izby i zobaczyć Cię, jak piszesz listy do różnych ludzi. I wiesz, co bym zrobił? - zaszedł delikatnie z tyłu, tak cichutko, a potem całował długo, na kolana posadził - i nie dał pisać! Cieszyłbym się, że mam Cię na kolanach, że mogę znowu tulić do serca, a listy wieczór czy w nocy sam bym napisał! Maryś by odpoczęła!

Ale i Pa! - wezmę się do innej pracy, a dziś tu jeszcze noc spędzę. Całuję tak z całego serca

Twój Kazimierz

P.S. Aha Maryś! Tej Pani, o którą zapytujesz, nie odpisałem jeszcze - uczynię to, ale list jej i fotogr. są odłożone jako koresp. niezałatwiona - pamiętam! Naturalnie odpiszę, że trudna sprawa - choćby dlatego, że to mężatka, a więc nie mam prawa rozbijać związku. Afryka dobra dla ulicznic - ale jeżeli ten chleb ją korci, to i w Polsce zarobi!

10 maja 1933

Maryśku mój!

Dziś przyszedł mój bagaż z Rutshuru i pomyśl! - za ten kawałeczek drogi od 30 kg opłaty 23 fr! Miałem ale szczęście i wydostałem mój bagaż gratis, bo to i 23 fr kupa grosza. Wiele tysięcy w ten sposób zaoszczędziłem, ani byś uwierzyła! - inaczej już dawno bym umarł.

Za chwilę ruszam - to już prawie południe! Mam ale tylko 8 km do przebycia dzisiaj, do misji, gdzie chcę kilka dni się zatrzymać - tam adres dla poczty podałem. Wywołam filmy i napiszę cały szereg listów - mam już 40 stron!, jeszcze ze 60 stron napisać trzeba! Nie myśl moja Maryś, że ja odpoczywam - postój to praca, a podróż trud nad siły, choć poruszam się powoli bardzo! Tak trzeba ale! - inaczej nigdy bym poczty nie odebrał ani od Was, ani ze świata. Zresztą tylko gnać rowerem, a nic nie widzieć - szkoda trudu. Tak poznaję okolicę, ludy, zwyczaje, obyczaje - czerpię pełną garścią! Może kiedyś chleb z tego będzie!

Ale i Pa! - ja marudzę! Całuję mocno i tulę do serca

Wasz Kazimierz

po południu

Za chwilkę odjazd z Kisengi. Wiesz, że Bóg czuwa nade mną! Zajechało przed hotel auto. Poszedłem na kawę i zawarłem znajomość z Żydem z Berlina, który mi za jedną fotografję dał 200 franków, czyli jestem uratowany!

Mogę wykupić zaliczkę i coś jeszcze pozostanie, a jeżeli materiał taki, jaki zamówiłem, więc będę miał pieniądze z powrotem i cały szereg pięknych zdjęć. Ale i Pa!

11 maja 1933

Kochany mój Marysiek!

Czwartek dziś - wczoraj jeszcze przybyłem do misji YONDO (RUANDA). Przyjęto mię serdecznie, miły pokojik. Przybyłem śmiertelnie zmęczony drogą więcej jak ciężką - wprost drapałem się do nieba.

Wieczorem byłem w kościele na różańcu, aby się pomodlić i podziękować Bogu za pomoc (myślę o tych 200 fr, które wczoraj cudem zyskałem), a potem modliłem się o Twoje zdrowie.

Wychodząc z kościoła, upadłem na schodach i boleśnie potłukłem sobie prawą rękę - dzięki Bogu, że nie złamałem. Cały oklejony błotem - oj!, upadłem sobie porządnie!

Teraz wysłałem ludzi po zaliczkę i po mój bagaż do Kisengi, a sam w gorącej wodzie moczę nogi, aby je operować. Pomyśl - znowu cała kupa ran spowodowanych przez pchły ziemne, które się wgryzły - to istna wieczornica moja, a plaga okolicy!

Całuję Cię na dzień dobry.

Twój Kazimierz

już po bolesnej operacji

Miljony pcheł i jajek wydobyłem z ciała - żebyś TY widziała, wiele dziur w nogach. Piękna jest Afryka, a zarazem straszna! W czasie operacji odebrałem zaliczkę, która zawiera słone rzeczy i to:

Ridax medium 10×15, ale złodziej! po 120 fr za 100 szt., czyli coś 230 złotych za 100 szt! Okropna cena - muszę zażądać sprostowania i zwrotu, bo to już nie cena, ale kradzież i takim sposobem dorabia się Polaczek w Afryce!

3 tuziny płyt "chromo isolar Agfa" liczy za tuzin 44 fr, czyli 11 zł - można wytrzymać!

Ałun 50 gr - 10 franków - możliwe!

Przesyłka 30 fr - ale powinna iść na rachunek kupca, a nie mój - przy cenie towaru ponad 500 fr!

Ale nie wiem, jak się stało, że dołączył mi 4 spulki filmu "Contax" - inna emulsja jak te z fabryki, ale powinny być lepsze, bo nazwa "Feinkornfilm", czyli drobnoziarnisty, więc lepszy do powiększeń! Liczy za szpulkę 32 fr 50 ct, to jest ponad 8 zł!, ale można wytrzymać - obrazek wypadnie około franka! Jestem najbardziej zadowolony właśnie z filmu - tem bardziej że go nie oczekiwałem! Jestem uratowany!

Nie zmienia to przesyłki par avion w liście, o którą w poprzednich kartach tego listu proszę! Dotychczas przesyłka z fabryki nie nadeszła, a że idzie drogą Nilu przez Egipt, więc Bóg wie, kiedy dojdzie. Chcę stworzyć kolekcję typów, to jest coś jak "góralka z Kalonge", kobieta niosąca wodę z wyprawy na Ruwenzori. Sama przyznasz, że to ładne i może przynieść pieniądze! Nawet grube pieniądze! Nie wolno mi oszczędzać filmami, gdy widzę coś ciekawego - tatuowania, fryzury, typy, ptaki, zwierzęta, flora - to zdjęcia ciekawe i do ewentualnego wydania wrażeń konieczne! Przez Gregera taniej, a najważniejsze, że nie muszę od razu płacić, mam kredyt według jego listu - tylko powiększenia płacić zaraz trzeba. Płacić dług u Gregera będę wyłącznie z mego dochodu z fotografji - ale nie z honorarji, jakie za fotografje płacą redakcje! Materiał mi się nie zleży - byle go mieć dużo!

Czekam od Gregera nowej soczewki do Contaxu, która mi dopomoże robić zdjęcia owadów małych i ludzi czy zwierząt, które soczewka mi przybliży. Jeżeli zyskam tę soczewkę, zwaną "Teleobjectiv", zdjęcia moje będą 1000 razy lepsze i ciekawsze.

Wyprawa na Ruwenzori. Góralka z Kalonge

Dług u Gregera mię nie przeraża, bo to zaledwie ani tysiąc złotych - może 600 do 700 najwyżej - a gdy wrócę do Polski, sprzedam 2000 pocztówek najwyżej i długu nie będzie! Mam dużo przecież zdjęć ciekawych, które osobiście nie będzie mi trudno spieniężyć, tem bardziej że w Polsce jestem znany! Zresztą gdy Contax uzupełnię nową soczewką, a potem nowy aparat do powiększeń przy szalonej wyprawie, gdzie zdjęcie w zdjęcie dobre - mam pieniądze w ręku! Ja już nie lubię Contax, ale go kocham. Pracuję dużo, już prawie tyle nim zarobiłem, wiele kosztuje - nie licząc zdjęć, które do prasy wysłałem, a Greger mój dobroczyńca prawdziwy!

11 maja 33, wieczór

Przede wszystkiem pieszczot dużo na dobry wieczór. Ja coś nieswój się czuję, każdy nerw drży - ani pisać, ani usnąć. Rozpakowałem moje rupiecie i po kolacji zabiorę się do wywołania. Może gdy zdjęcia dobrze wypadły, będę mógł coś skreślić dobrego! A trzeba by do Warszawy na ten nowy adres napisać coś naprawdę ciekawego, aby nie zaznać zawodu. Dziś szperałem w mym bagażu - widziałem Was na obrazkach, ucałowałem i Wasze włosy, które dawno temu przesłałaś. Jest i wianuszek, jaki na pustyniach mi towarzyszył, i kupa, kupa drobnostek, które mi w mej włóczędze osładzają życie. Deszcz cały dzień padał, lał chwilami, że miało się wrażenie późnego wieczora. Mimo to wykończyłem film - to jest fotografowałem co bądź, bo i tak lepiej jak wywołać 6 odcinków filmu białych zupełnie. Napisałem list do Wujca, może cos zyskam nie od niego, ale przez niego - on Francuz teraz, zobaczę, co odpisze!

Artykuły wyślę dopiero z Kigali, stolica Ruandy, także filmy do Gregera i długi list do Ciebie. Noszę się z myślą przesłania wysyłek par avion do redakcji, co olbrzymie grosze pożera - pieniądz stracony. Jeżeli tę pocztę wyślę par avion, a następną zwykłą w 2 tygodnie potem - może jakoś dobrze będzie! Albo ja wiem?

Sprawa powiększeń mię gnębi - to one zmuszają Cię do wydatków, a czy redakcje przyjmują? i wiele? czy zwracają? - czy możesz je sprzedać komu?

noc...

Wywołane filmy (2 szt.) mokną we wodzie, nabiłem do kaset 2 klisze, jutro zrobię zdjęcie wulkanów - panorama - i pejzaż Ruandy. Chcę poznać czułość klisz, aby być pewnym pracy, gdy nadarzy się okazja! Wywołane filmy cieszą mnie - są cudowne niektóre zdjęcia! Jezioro, szympans, goryl, ptaki "z koroną", pastwisko antylop, wulkan, misyjne zdjęcia - cudowne typy. Jeśli choć z 30 obrazków na 70 nie znajdzie miejsca w prasie - to dowodem będzie, że chamy redaktorzy i że się na rzeczy nie znają!

Marysiek, skrytykuj mię zawsze - ja sam ocenić nie umię mej pracy, a Ty przecież rozumiesz, co ładne - krytyka konieczna prawie do ulepszenia pracy, ale nie podawaj mi numeru zdjęć, ja bowiem żadnych notatek nie mam - oprócz wysłanych Tobie!

Dzień, w którym dostanę "Tęczę" z mojem bazgraniem, będzie świętem dla mnie - pojęcia nie masz, jak mi idzie o ten miesięcznik! - i o Przewodnik! To reklama w razie powrotu do Polski niebywała - to zabezpieczenie jutra! Idzie mi zresztą o wszystkie dzienniki, tygodniki etc.!

Oj Maryś! - wolałbym pogawędzić z Tobą jak pisać. Docieram krańca mej planowej podróży - jeszcze 2 do 3 miesiące i będę w Katanga. Co mi tam los gotuje - nie wiem, w każdym razie widoków dużych nie ma po tem, co słyszałem ostatnio. Należy zatem ubezpieczyć tyły - chciałbym o tem pomówić, a to temat obszerny bardzo! W każdym razie sądzę, że nie zginę i że Bóg Dobry dopomoże! Zobaczymy, co będzie, jak się ułożą sprawy - czas w końcu myśleć o tem potem!

Wiesz Maryś, że Romul mi prawdziwą przyjemność sprawił tym listem z obciętemi rogami?! On tak ładnie pisze - lepiej jak Elżuna po tylu latach! Niech często piszą do mnie.

13 maj 1933

Kochany Maryś

Wysyłam osobnym posłańcem ten list następny za tydzień lub 2 tyg. Wczoraj męczyła gorączka i dziś nie lepiej, ale to minie, a poniedziałek w drogę!

Adres jak na kopercie lub par avion przez Egipt - Sudan Kampala. Całuję Was serd. Kazimierz

Następna poczta zabierze listy redakcyjne i fotogr. do Gregera.

Pozdrów ode mnie Proboszcza i Nusię. Pa!

List nr 77

NYONDO, Ruanda, Afryka 14 maja 1933

Kochany mój Maryś!

Piszę w łóżku, choć byłem na sumie, ale gorączka wysoka trzeci dzień męczy - nic nie jem, a więc i siły odeszły. Nie cieszy mię ta gorączka, za często się zjawia, ot wczoraj ponad 40°. Czy to malarja, czy płuca - nie wiem! Jestem taki słabiutki, taki zupełnie bez sił, bez chęci, a już pisać ani rusz! - myśl się mąci.

Księża dbają o mnie, jak mogą - mili i serdeczni Francuzi, izba przytulna, ciepłe łóżko.

Wczoraj wysłałem posłańca z pocztą - dziś wrócił, ale nic nie przyniósł, myślałem, że coś dostanę od Ciebie. Zmieniłem adres dla poczty Rutshuru - to jest kazałem wysłane listy do Kigali, następnie do Usumbura. A potem już odbiorę pocztę nową w Uvira, gdzie podałem adres Tobie. Kiedy stanę w Uvira - nie wiem, może za 2 tyg., o ile zdrowie wróci. Dziś jestem niezdolny do niczego.

15 maja 33

Mój Kochany Marysiek!

Dziś mi lepiej trochę, gorączka spadła, ale choć chciałem dziś ruszyć, jeszcze może jutro spędzę w NYONDO - bo i kto mi zapłaci za pośpiech? Żyję tu darmo, a więc nic nie tracę, zaś rozmowy i lektura otwierają mi horyzont widzenia na nowy, obcy mi zupełnie kraj.

Wczoraj już pod wieczór przyszedł posłaniec inny, którego poczta wysłała, i przyniósł mi Twój Kochany list nr 61 wysłany 24 marca, a adresowany do NIZI, choć tam wcale nie był! Granicznej poczcie ABA podałem mój adres Rutshuru, skąd autem odwrotnie do Kisenyi nad jeziorem Kivu - potem posłaniec. Ale już nigdy zwykłej poczty nie wysyłaj przez Egipt - Sudan. Ot - daty mówią, że list ten (61) przyszedł do Aba 30 kwietnia, do Irumu 7 maja, do mnie 14 maja - czyli szedł dni 51, aż strach pomyśleć! Dziś podaję nowy adres na pocztę zwykłą - naturalnie tylko polecone! Dołączam kilka znaczków "par avion", może Ci się przydadzą, a będąc w Poznaniu, zażądaj na poczcie dużo takich znaczków - to gratis! Za list serdecznie całuję, jak i za dołączone listy Mamy i Nusi - tylko że moje imieniny 4 marca, a nie 14 maja, ale to nic! Odpiszę im osobno!

Czy Tęcza już się zdobyła w końcu na odwagę i wydrukowała coś mego? Oj Maryś - ja tyle piszę, tyle ciekawych zdjęć, a pojęcia nie mam, czy Wam chleba nie brak?

Na list 61 nie mam co odpisać, a nawet Twoją prośbę co do foto dla p. Breithanpt przeczułem - i już wysłałem.

Ale i urwę gawędę - list ten i tak kupę pracy Ci przysporzy, ale za to pierwsza w Polsce zobaczysz mojich murzynów i małpy oraz ładne ptaki! Właściwie to Greger będzie pierwszy, znać ale nie będzie treści obrazków! Całuję Cię mocno i nasze dzieciny. Pa!

Wasz Kazimierz

Zanotuj na widocznem miejscu adres ale na zwykłą tylko pocztę, na przykład: Uvira (Kivu) par DAR-ES-SALAAM - Indian Ocean

P.S.

Port nad Oceanem Indyjskim Dar-es-Salaam leży w południowo- -wschodniej Afryce i jest odwiedzany prawie przez wszystkie okręty, które tędy płyną - a jest ich dużo! Z Dar-es-Salaam idzie linja kolejowa do brzegów jeziora Tanganika (Kigoma - miasto), a że Uvira leży już nad tem jeziorem, więc najlepsze połączenie pocztowe tą drogą właśnie! Jeżeli coś wysłałaś par Mombasa - nie szkodzi, choć tą drogą idzie poczta koleją, autami i okrętami - co trwa o dużo dłużej.

Ważne tylko, wysyłaj par avion, to jest drogą na Egipt - Sudan - Kampala, ale tylko ta droga listów dla lotniczej. Staraj się o wysyłanie lotniczą najwyżej 5 gr, chyba że coś bardzo pilnego! Inne listy przesyłaj mi pocztą zwykłą - gazety etc.

Z Kigali (stolica Ruandy) wyślę równocześnie, ale zwykłą pocztą, polecone jako druki większą ilość mojich zdjęć przeznaczonych dla Ciebie, choć bez żadnego dopisku ani dedykacji - ale wtedy nie mógłbym nadać jako druki. Opakowane będzie w pudełko "Ridaxa" z pieczątką Greger Poznań - czynię to dlatego, abyś cła nie zapłaciła, bo zdjęcia te wykonane na papierze już w Polsce oclonym. Są zdjęcia ze Sahary, Egiptu, Sudanu - a pisząc do Ciebie listy par avion, nie chciałem obciążać. Dokładniej na końcu listu!

Aha! - które to zdjęcia tak się podobały Gregerowi? Naturalnie poślij odpowiednie małe obrazki, które zwrócę, bo ewidencji nr. nie porowadzę - a to ważne dla mnie!

Naprawdę nie znam daty!

Kochana Maryś!

Ani wiem, którego dziś! Z gorączką siedzę przy stole i piszę dzień cały - już noc. Jeszcze ciągle jestem w NYONDO - nie mam sił ruszyć - a jednak odbić trzeba koniecznie! Wykończyłem 4 listy redakcyjne - podam na końcu jakie. Również piszę do Gregera w sprawie nowych objektywów - konieczne mi do zdjęć na odległość i powiększonych! Choć to droga rzecz, ale potrzebuję i prędko się zwrócą pieniądze, a przecież Contax już tyle dochodu dał, co kosztuje! Ciekaw jestem, co Greger mi odpisze! Aby go połechtać, wysyłam list reklamowy, jak ten, co czytałaś już w Il. Pol. - to mię nic nie kosztuje. Proszę go, aby w razie ponownego zatrzymania negatywów wpisał "nr atramentowy" na powiększeniu i wysłał je zaraz. Będę naprawdę uradowany, gdy uzyskam wymarzone objektywy - a zobaczysz, co za cuda stworzę niemi! Ani uwierzysz, że to moja praca. List do Wujca odszedł razem z listem do Ciebie wysłanym, to jest 76. Też par avion. W załączeniu list do "Stomil" - przeczytaj i wyślij zaraz, ważne. Ale i sił już brak do pisania. Pa! - całuję mocno!

Twój i Wasz Kazimierz

NYONDO, Ruanda czwartek, 18 maja 33

Maryśku Kochany!

Jeszcze 1/2 godz. pracy, a bagaż będzie gotów do podróży. Wyślę go ludźmi - sam nie mam siły go dźwigać, zresztą rower by nie wytrzymał, a i zdrowie nietęgie! Przeraża mię data! Boże! To już 18 maja, a ja tego miesiąca prawie nic nie posunąłem się naprzód! Trudno ale! - pracowałem trochę przy listach, wywoływałem filmy, a nie wydałem na życie więcej jak 2 do 3 złote! Jutro więc w drogę, a że to już noc późna, więc Pa! Całuję mocno i tulę mą Trójkę do serca - Pa!

Wasz Kazimierz

Ruhengeri, Ruanda, Afryka 20 maja 1933

Moja Kochana Maryś!

Treść tylko w pełnej wersji książki.