Kocham Cię, Życie - Magdalena Kordel

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pau­linka Ko­koszka z za­par­tym tchem wpa­try­wała się w ob­ra­zek za oknem, jakby żyw­cem wy­jęty z biu­le­tynu biura po­dróży re­kla­mu­ją­cego wy­jąt­kowe miej­sca. Przy­mknęła oczy, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak musi być tu pięk­nie o zmierz­chu. Zo­ba­czyła niebo, całe ską­pane w od­cie­niach czer­wieni, ru­do­ści i lśnią­cego szkar­łatu. Za­cho­dzące słońce obej­mo­wało cie­płymi bar­wami szczyt góry, za którą za mo­ment miało znik­nąć. No, może "góra" w tym wy­padku to okre­śle­nie nieco na wy­rost, bar­dziej pa­so­wał "pa­gó­rek" - po­pra­wiła się w my­ślach i otwo­rzyła oczy.

Góry, te praw­dziwe, po­tężne góry wi­działa w od­dali. Pau­linka wy­tę­żyła wzrok i mu­snęła spoj­rze­niem ma­ja­czące na ho­ry­zon­cie szczyty. Przez mo­ment dała po­nieść się pra­gnie­niu, żeby w końcu pójść o krok da­lej. Prze­stać je­dy­nie pa­trzeć i ru­szyć na szlak. Z ple­ca­kiem, na­mio­tem, ku­chenką tu­ry­styczną, na któ­rej co rano pa­rzy­łaby kawę. Taka kawa po nocy spę­dzo­nej w na­mio­cie, z wi­do­kiem na góry mu­siała sma­ko­wać bo­sko. I na pewno poza ka­wo­wym aro­ma­tem wy­czu­wało się w niej osza­ła­mia­jący za­pach wol­no­ści.

Ale chwi­lowo na ma­rze­niach mu­siała po­prze­stać i za­do­wo­lić się po­dzi­wia­niem gór z od­dali. Tak jak ro­biła od za­wsze. Choć za­pewne ci wszy­scy, któ­rzy przy­cho­dzili do biura tu­ry­stycz­nego, gdzie pra­co­wała, by­liby w nie­złym szoku, gdyby się do­wie­dzieli, że ta dziew­czyna, tak prze­ko­nu­jąco opo­wia­da­jąca o za­le­tach urlopu spę­dzo­nego w ta­kich czy in­nych pa­smach gór­skich, mó­wiąca o wę­drów­kach z za­pa­łem przy­po­mi­na­ją­cym za­ko­cha­nie, a o szla­kach pe­ro­ru­jąca tak ob­ra­zowo, że nie­je­den dałby so­bie uciąć rękę, no­men omen, rę­cząc za to, że wie­lo­krot­nie prze­mie­rzyła je wzdłuż i wszerz - że ta dziew­czyna tak na­prawdę nie ma na swoim kon­cie żad­nej gór­skiej wy­prawy. Poza jedną wy­cieczką wiele lat temu, kiedy to z całą klasą po­je­chała do Za­ko­pa­nego i ocho­czo ru­szyła na szlak. Nie­stety, le­dwo prze­kro­czyła wej­ście do Do­liny Ko­ście­li­skiej, po­czuła, że coś jest nie w po­rządku. Za­częła bo­leć ją głowa, chwilę póź­niej brzuch i nie wie­dzieć kiedy, po­chy­lona nad piękną bujną ro­ślin­no­ścią, zwra­cała wszystko, co zja­dła na śnia­da­nie. Nie mi­nęło wiele czasu, a do­łą­czyła do niej spora część grupy. Na­tych­miast pod­jęto de­cy­zję, że cho­rzy mają ru­szyć z po­wro­tem w to­wa­rzy­stwie jed­nego z opie­ku­nów. Dwóch po­zo­sta­łych po­ma­sze­ro­wało w góry z tymi, któ­rych przy­kra do­le­gli­wość omi­nęła. Pry­watne śledz­two prze­pro­wa­dzone przez obec­nych na wy­jeź­dzie na­uczy­cieli i ro­dzi­ców ujaw­niło, że za gru­powe za­tru­cie od­po­wia­dają pa­rówki. Od tam­tego czasu Pau­linka ich nie ty­kała. Resztę wy­cieczki prze­le­żała w łóżku. Na całe szczę­ście wi­dok miała piękny, na Gie­wont. Po­dzi­wiała go więc z da­leka, aż w końcu prze­ko­nała samą sie­bie, że wła­ści­wie, pa­trząc, też do­świad­cza i że może czer­pać z tego mnó­stwo ra­do­ści. Była w swoim nie­po­praw­nym opty­mi­zmie po­dobna do Pol­ly­anny, ulu­bio­nej bo­ha­terki książ­ko­wej. Nie­mal we wszyst­kim umiała zna­leźć do­bre strony i tak jej zo­stało aż do dziś.

Pau­linka była nie­ule­czalną opty­mistką. Cie­szyła się z tego, co los jej przy­no­sił, a jak cie­szyć się było trudno, to nieco ko­lo­ry­zo­wała fakty, żeby ła­twiej było prze­trwać cięż­sze chwile. Nie­wąt­pli­wie przy­da­wała jej się do tego bujna wy­obraź­nia, którą dys­po­no­wała w nad­mia­rze. I to za­pewne dzięki niej umiała prze­ko­ny­wać klien­tów, by ru­szali w góry. Z ja­kie­goś po­wodu tam wła­śnie cią­gnęło ją samą. W prze­ci­wień­stwie do mo­rza. Mo­rze wy­da­wało jej się tro­chę nudne, ot, cią­gły szum, nie­koń­czące się plaże, mno­gość lu­dzi, o któ­rych trzeba się po­ty­kać, i dzieci, a na nie trzeba było mieć cią­głe ba­cze­nie, żeby ich nie zdep­tać, nie zgu­bić, przez przy­pa­dek nie po­my­lić i nie za­brać nie swo­ich. I nie było w tym ani grama prze­sady - Pau­linka znała au­ten­tyczną hi­sto­rię, gdy roz­grzany nad­mor­skim słoń­cem i nieco otu­ma­niony schło­dzo­nym pi­wem ta­tuś zgar­nął z plaży dwie ra­do­śnie peł­za­jące po ko­cyku po­cie­chy, za­pa­ko­wał je do wózka i do­piero w kwa­te­rze zde­ner­wo­wana do gra­nic matka od­kryła, że wó­zek - a i ow­szem - jest ich, ale dzieci z całą pew­no­ścią nie. Nie dało się pod­wa­żyć do­wo­dów, bo w wózku le­żało dwóch chłop­ców, gdy tym­cza­sem oni byli szczę­śli­wymi ro­dzi­cami có­re­czek. Po­dobno po tym od­kry­ciu matka naj­pierw do­stała hi­ste­rii, a po­tem na­padu szału...

Tak, z całą pew­no­ścią mo­rze było mniej atrak­cyj­nym wy­bo­rem niż góry. W gó­rach ta­kie in­cy­denty się nie zda­rzały. Przy­naj­mniej Pau­lince nic nie było o tym wia­domo. Ale by­wało i tak, że ja­kiś klient upie­rał się na "mo­rze", i wtedy nie było na to rady. W końcu "mo­rze" też mieli w swo­jej ofer­cie...

W każ­dym ra­zie, gdy tylko mo­gła, Pau­linka kon­se­kwent­nie wy­bie­rała góry. Po­go­dzona z tym, że nie dla niej są szlaki, do­jeż­dżała do ho­teli lub pen­sjo­na­tów i co naj­wy­żej wy­cho­dziła na ta­ras lub wspi­nała się na le­żak. Bała się pójść o krok da­lej, bała się, że w rze­czy­wi­sto­ści ta jej wielka mi­łość może ją roz­cza­ro­wać. Tak jak szcze­niac­kie uczu­cie do uro­czego i ro­ze­śmia­nego geo­grafa z li­ceum. Ależ on był przy­stojny! Miał ciem­no­brą­zowe oczy, cie­płe, wręcz go­rące. Pod jego spoj­rze­niem roz­ta­piała się jak cze­ko­lada w upalny sło­neczny dzień. Sie­działa w pierw­szej ławce, a on tak na nią pa­trzył, tak pa­trzył, że ach! Więc Pau­linka, by spra­wić mu przy­jem­ność, uczyła się tej geo­gra­fii jak głu­pia. Za­soby na­tu­ralne - jest, łań­cu­chy gór­skie - jest, rzeki, mo­rza, do­liny, ko­tliny - wszystko miała w ma­łym pa­luszku! Wy­rwana do od­po­wie­dzi, re­cy­to­wała wszystko bez za­jąk­nię­cia, miała wra­że­nie, że on ją tym wzro­kiem po­chła­nia. I gdy w końcu w trze­ciej kla­sie chciała za­pro­sić go na kawę, bo ktoś prze­cież mu­siał zro­bić pierw­szy krok, on, nie ba­cząc na jej go­rące, pło­mienne uczu­cie, oże­nił się z po­lo­nistką. O jakże so­bie pluła w brodę! Ileż go­dzin spę­dzo­nych na bez­na­dziej­nej na­uce zo­stało stra­co­nych, wszystko dla tego wia­ro­łomcy! Cho­ciaż sama przed sobą - a po­tra­fiła być ze sobą szczera - przy­zna­wała, że naj­bar­dziej in­tymne w jej związku z tym zdra­dziec­kim geo­gra­fem były mo­menty, gdy od­po­wia­dała przy ta­blicy i pa­trzyła na niego w spo­sób ab­so­lut­nie oczy­wi­sty i wy­mowny.

Po dwóch ty­go­dniach od ślubu, pod­czas któ­rych to­nęła w bez­na­dziej­nej roz­pa­czy, nie­ocze­ki­wa­nie do­szła do wnio­sku, że w su­mie to może i do­brze, że nic mu ni­gdy nie po­wie­działa o swoim pło­mien­nym uczu­ciu. Osta­tecz­nie wszyst­kie ko­le­żanki twier­dziły, że przy­naj­mniej raz w ży­ciu trzeba nie­szczę­śli­wie się za­ko­chać i że ni­kogo to nie omi­nie. A więc do­brze, że ona miała to już za sobą. Od­kre­śliła tę obo­wiąz­kową nie­odwza­jem­nioną mi­łość i z głowy. Na­stęp­nym ra­zem po­winno pójść le­piej, bo prze­cież nie­moż­liwe, żeby jedna i ta sama dziew­czyna za­ko­chała się po raz ko­lejny bez wza­jem­no­ści.

Bar­dzo do­brze, że tak ład­nie i nie­szczę­śli­wie się za­ko­cha­łam, prze­ko­ny­wała samą sie­bie. Same plusy z tego! Na­wz­dy­chała się do woli, głupstw żad­nych nie zro­biła, bo nie było kiedy, w końcu ni­gdy z nim nie zo­sta­wała sam na sam i cho­dziła do szkoły na­der chęt­nie, bo mo­gła się tam na­pa­wać jego wi­do­kiem. Na­wet w dni, kiedy nie miała geo­gra­fii, wpa­try­wała się w obiekt wes­tchnień na ko­ry­ta­rzach. Unik­nęła nie­chęci do szkoły, tyle do­brego.

Je­dy­nym zgrzy­tem był ten nie­szczę­sny wy­kła­dany przez nie­wdzięcz­nika przed­miot! Na cho­robę jej to było? Jej wie­dza geo­gra­ficzna była ogromna, ale co miała z nią po­cząć? Czuła, że wy­szła na tej geo­gra­fii jak Hi­mils­bach na an­giel­skim...

- A czym tu się mar­twić? Od przy­bytku głowa nie boli - skwi­to­wała jej nie­we­sołe my­śli bab­cia.

Pau­linka zwie­rzyła się jej ze wszyst­kiego. Za­pewne tak wielka szcze­rość miała ści­sły zwią­zek z bu­telką wina, którą wcze­śniej wy­piła ra­zem z przy­ja­ciółką i w ostat­nim od­ru­chu przy­tom­no­ści za­miast do domu po­wę­dro­wała do babci. Ro­dzice, wi­dząc ją w ta­kim sta­nie, za­pewne do­sta­liby za­wału, a Pau­linka sta­now­czo ani im, ani so­bie tego nie ży­czyła. Nie była to zresztą je­dyna przy­czyna, dla któ­rej wy­brała babkę na świadka swo­jego zej­ścia na złą drogę. Im moc­niej wino szu­miało jej w gło­wie, tym bar­dziej pra­gnęła mó­wić. Czuła ogromną po­trzebę wy­rzu­ce­nia z sie­bie wszyst­kiego, co przy­cho­dziło jej na myśl. Opo­wie­dze­nia każ­dego se­kretu, wy­spo­wia­da­nia z nie­do­rzecz­no­ści, ja­kie kie­dy­kol­wiek prze­mknęły jej przez głowę. I co tu dużo mó­wić, babka o wiele le­piej nada­wała się na spo­wied­niczkę. Było pewne, że sar­ka­styczna i iro­niczna star­sza pani przy­mknie oko na al­ko­ho­lowy wy­bryk wnuczki, bo sama miała na kon­cie sporo skan­dali i awan­tur. Poza tym ko­chała swoją Pau­linkę nad ży­cie i od za­wsze nie tylko po­błaż­li­wie trak­to­wała jej wy­bryki, ale też w ra­zie ko­niecz­no­ści kryła Pau­lin­kowe wy­stępki. Słu­chała o nich z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem. Do­kład­nie tak samo się stało, kiedy wnuczka zwie­rzyła jej się z pło­mien­nej mi­ło­ści do geo­grafa i czka­jąc, wy­znała, że była go­towa uro­dzić mu czwórkę dzieci, z któ­rych każde po­wi­łaby w in­nym za­kątku świata.

- Aha, i za­pewne na­zwa­ła­byś je Pół­noc, Po­łu­dnie, Wschód i Za­chód. - Bab­cia śmiała się na ca­łego.

- Oootyym nie my­śla­łam - za­beł­ko­tała Pau­linka. - Ale w su­mie czemu nie - znów czknęła. - To by było lep­sze niż zo­sta­nie z tą całą gra­fią, go­ło­gra­fią. Jak z ręką w noc­niku!

- Eee tam, nie de­mo­ni­zuj. - Bab­cia wzru­szyła ra­mio­nami i we­tknęła jej w rękę szklankę, w któ­rej coś szu­miało i mu­so­wało. - Za­szko­dzić ci to nie za­szko­dzi - do­dała.

A Pau­linka do dziś się za­sta­na­wiała, czy miała wtedy na my­śli za­war­tość szklanki, czy jej im­po­nu­jąco roz­le­głą wie­dzę geo­gra­ficzną. Naj­pew­niej cho­dziło o jedno i dru­gie. Nie­ba­wem się oka­zało, że bab­cia jak za­wsze miała ra­cję, nieco po­nad rok póź­niej Pau­linka śpie­wa­jąco do­stała się na wy­ma­rzone stu­dia, mię­dzy in­nymi dzięki świet­nie zda­nej ma­tu­rze z chwi­lowo znie­na­wi­dzo­nego przed­miotu.

I ta geo­gra­fia to­wa­rzy­szyła jej całe ży­cie. W biu­rze tu­ry­stycz­nym nikt tak jak ona nie umiał do­ra­dzić nie­zde­cy­do­wa­nym klien­tom. Wy­star­czyło, że rzu­cili kilka ha­seł, a ona już przed oczami miała mapę świata i bez­błęd­nie do­pa­so­wy­wała miej­sce do ich ocze­ki­wań. Lu­bili ją i ce­nili, bo po­tra­fiła zna­leźć im zu­peł­nie nie­ocze­ki­wane kie­runki po­dróży. My­śląc o tym, uśmiech­nęła się bez­wied­nie, ale pra­wie na­tych­miast spo­waż­niała. Po pierw­sze, obie­cała so­bie so­len­nie, że dziś nie bę­dzie my­śleć o pracy, a po dru­gie, zbo­cze pa­górka, na które wciąż pa­trzyła, było co­raz ciem­niej­sze. Ro­biło się późno.

Co prawda, jak po­wie­działa jej uro­cza pani zza baru, kuch­nia przyj­muje za­mó­wie­nia tylko do dzie­więt­na­stej, ale po­sie­dzieć so­bie można i do dwu­dzie­stej, a cza­sem na­wet do dwu­dzie­stej pierw­szej. Było to oczy­wi­ście bar­dzo miłe, ale ni­jak nie roz­wią­zy­wało ro­dzą­cego się pro­blemu. Było już bo­wiem sporo po osiem­na­stej, a wy­tę­sk­nio­nego Wal­diego jak nie było, tak nie było... A umó­wili się prze­cież na szes­na­stą! Fakt, że Waldi za­wsze się spóź­niał i że z Kra­kowa to jed­nak ka­wa­łek drogi, w pe­wien spo­sób dzia­łał na nią uspo­ka­ja­jąco. Przy­naj­mniej pół go­dziny temu jesz­cze za mocno się nie de­ner­wo­wała. Ale te­raz za­częła czuć co­raz więk­sze znie­cier­pli­wie­nie po­mie­szane z nie­po­ko­jem. Jed­nym hau­stem do­piła są­czone od dwóch go­dzin, zu­peł­nie już cie­płe piwo, skrzy­wiła się i się­gnęła do to­rebki po te­le­fon.

No tak! Po­grą­żona w po­dzi­wia­niu wi­do­ków za oknem i we wspo­mnie­niach, zu­peł­nie za­po­mniała, że wy­ci­szyła dźwięk!

Cho­lera, pew­nie dzwo­nił albo pi­sał i te­raz de­ner­wuje się moim mil­cze­niem, my­ślała, go­rącz­kowo grze­biąc w cze­lu­ściach torby. W końcu wy­ło­wiła ko­mórkę i spoj­rzała na wy­świe­tlacz. Nic, żad­nego po­wia­do­mie­nia, ani jed­nego nie­ode­bra­nego po­łą­cze­nia. Na­wet z pracy? Zmarsz­czyła brwi, ale na­tych­miast przy­po­mniała so­bie, że prze­cież Wie­sia, star­sza ko­le­żanka, przy­ja­ciółka na­wet, z którą pra­co­wały w biu­rze po­dróży, za­po­wie­działa, że skoro Pau­linka bie­rze urlop, to ma od­po­cząć, i że ona za­dba, by nikt jej nie prze­szka­dzał. Wpraw­dzie jej en­tu­zjazm nieco ostygł, kiedy się do­wie­działa, po co tak na­prawdę Pau­linka je­dzie i jaki ma plan.

- Czyś ty zu­peł­nie zi­dio­ciała? - za­py­tała, otrzą­sa­jąc się z osłu­pie­nia, w które wpra­wiło ją wy­zna­nie ko­le­żanki. - Mam na­dzieję, że to ja­kiś po­nury żart, bo w in­nym wy­padku nie będę miała wy­boru i będę zmu­szona uznać cię za kom­pletną kre­tynkę! W do­datku zde­spe­ro­waną!

- Ale dla­czego od razu ta­kie mocne słowa? Zi­dio­ciała kre­tynka? Zde­spe­ro­wana? - po­wie­działa z urazą. - Prze­cież mu się nie oświad­czam, na li­tość wszyst­kiego! Ja tylko chcę po­pchnąć sprawę nieco do przodu...

- Z tego, co mó­wisz, ra­czej to on ma cie­bie po­pchnąć. I to z kon­kret­nym re­zul­ta­tem - prze­rwała jej Wie­sia, krzy­wiąc się szpet­nie. - Pau­linka, po co ci to, dziew­czyno, co? Tak się tego nie za­ła­twia.

- Za­ła­twia, za­ła­twia. Szcze­gól­nie jak ktoś ma taki cha­rak­ter jak Waldi! Żeby coś z tego wy­szło, to po pro­stu musi się za­dziać. Trzeba po­sta­wić go przed fak­tem do­ko­na­nym, bo ina­czej to będę cze­kała w nie­skoń­czo­ność. On na­wet na ko­lor ko­szuli nie może się zde­cy­do­wać. Mu­szę wy­bie­rać za niego!

- O, bi­du­lek, no na­prawdę nie wiem, kogo żal mi bar­dziej, jego czy cie­bie - sark­nęła Wie­sia. - A co się dzieje w dra­ma­tycz­nej sy­tu­acji, jak cie­bie aku­rat nie ma w po­bliżu? Dzwoni i pyta: slipy gra­na­towe, moja duszko, czy bok­serki w osiołki?

- Wtedy za­myka oczy i lo­suje. - Pau­linka nic so­bie nie ro­biła z do­cin­ków. - I majtki wy­biera sam. Kło­pot ma z górną czę­ścią gar­de­roby. Zresztą nie o to w tym cho­dzi, to był tylko przy­kład, który miał ci uświa­do­mić, dla­czego ro­bię to, co ro­bię!

- No a ja ci po­wta­rzam, że głu­pio ro­bisz! I to bar­dzo! Ale znam cię i wiem, że jak so­bie coś umy­śli­łaś, to choćby skały srały, zro­bisz po swo­jemu. A więc jedź w te góry, a ja do­pil­nuję, że­byś na­prawdę miała wolne.

I jak wi­dać na za­łą­czo­nym ob­razku, do­trzy­mała słowa. Żad­nych te­le­fo­nów, żad­nych ma­ili. Nic. Do­kład­nie tak, jak miało być. Tylko Pau­linka, Waldi i ten jej głupi, bez­na­dziejny plan - mó­wiąc sło­wami Wiesi.

Pau­linka na­dal jed­nak nie ro­zu­miała, dla­czego bez­na­dziejny... Prze­cież chciała je­dy­nie dać Wal­diemu wspa­niały i wy­cze­ki­wany przez wszyst­kich męż­czyzn pre­zent. I tyle. To ra­czej piękne, a nie durne!

Wes­tchnęła i jesz­cze raz przy­na­gla­jąco spoj­rzała na te­le­fon. Osiem­na­sta pięt­na­ście. Tym ra­zem Waldi prze­gi­nał i na­wet jej wy­tre­so­waną cier­pli­wość wy­sta­wiał na próbę. Wzięła kilka głę­bo­kich od­de­chów, nie mo­gła się de­ner­wo­wać. W końcu to miał być ro­man­tyczny wie­czór, przy świe­cach, pysz­nym obie­dzie, wi­nie. W re­stau­ra­cji z wi­do­kiem na góry. W taki wie­czór nie można się wście­kać, bo iry­ta­cja jed­nak prze­szka­dza­łaby w re­ali­za­cji pięk­nego planu. Uspo­ko­iła od­dech i wy­brała nu­mer Wal­diego. Do­piero po kilku ko­lej­nych pró­bach i bli­sko pięt­na­stu mi­nu­tach dzwo­nie­nia w słu­chawce roz­legł się wy­cze­ki­wany głos.

- Tak, słu­cham? - Le­żący w wy­mię­tej po­ścieli męż­czy­zna był nie­zwy­kle przy­stojny. Wy­soki i aniel­sko zbu­do­wany, mógł tra­fić na okładkę mo­do­wego albo kul­tu­ry­stycz­nego ma­ga­zynu dla pa­nów. Albo o in­nej te­ma­tyce zgoła: dla pań. Nieco za­ru­mie­niona twarz wska­zy­wać mo­gła, że to, co tak okrut­nie obe­szło się z po­ścielą, skoń­czyło się chwilę temu. - Halo!

- Cześć, Wal­deczku... - Głos Pau­linki w te­le­fo­nie był uwo­dzi­ciel­sko ni­ski. - No, gdzie je­steś, ko­chany?

- Jak to "gdzie"? - W gło­sie Wal­diego sły­chać było szczere zdzi­wie­nie. - W domu, mia­łem calla z Ame­ry­ka­nami, wiesz, ten big deal. Mó­wi­łem ci.

- No ale prze­cież umó­wi­li­śmy się dzi­siaj w Biesz­cza­dach?! Przy­po­mi­na­łam ci o tym ty­dzień temu, jak so­bie ży­czy­łeś. Mam na­dzieję, że już wsia­dasz w auto i do mnie je­dziesz. - Nie­po­kój w gło­sie Pau­liny zdra­dzał pa­nikę.

- No jak w Biesz­cza­dach, słońce ty moje? Prze­cież za­raz będę ga­dał z Ja­poń­czy­kami. Jak to so­bie wy­obra­żasz? - Waldi przy­brał taki ton, jakby mó­wił do nie­mą­drego, roz­ka­pry­szo­nego dziecka.

- No, ale mó­wi­łam ci prze­cież, że to nie­spo­dzianka! A ty...

- No mó­wi­łaś, mó­wi­łaś, coś tam wspo­mi­na­łaś, ale mia­łem wra­że­nie, że się kon­kret­nie nie do­ga­dy­wa­li­śmy, że to taki plan na ja­kąś dal­szą przy­szłość, a nie tak na se­rio raz-dwa... Zresztą sama przy­znasz, że za­zwy­czaj te twoje po­my­sły od planu do re­ali­za­cji mają spory roz­bieg. - Waldi na wi­dok wcho­dzą­cej do sy­pialni zu­peł­nie na­giej ślicz­nej dziew­czyny po­ło­żył pa­lec na ustach.

- Bo za­wsze cze­kam, aż ty się zde­cy­du­jesz! Nie mogę prze­cież de­cy­do­wać za nas oboje, a ty zwy­kle się wy­krę­casz! Ale tym ra­zem obie­ca­łeś! I ja tu­taj cze­kam jak ja­kaś...

- Oj, ko­cha­nie, to skoro już je­steś w tak pięk­nym miej­scu i oko­licz­no­ściach przy­rody, to od­pocz­nij so­bie, na­leży ci się. - Prze­rwał znie­cier­pli­wiony i zde­cy­do­wany nie do­pu­ścić do ko­lej­nych wy­rzu­tów. Nie miał za­miaru psuć so­bie na­stroju. Może gdyby był sam, pró­bo­wałby ją ja­koś udo­bru­chać, a może na­wet by tam do niej po­je­chał, kto wie? Była nie­zła w łóżku. Ale nie umy­wała się do tego wy­głod­nia­łego ko­ciaka, który te­raz cze­kał nie­cier­pli­wie na za­koń­cze­nie roz­mowy. A Waldi nie miał w zwy­czaju po­zwa­lać, by na­gie dziew­czyny z no­gami do nieba na niego cze­kały.

- Waldi, jaja so­bie ro­bisz? Jak "od­pocz­nij"? Jak...

- Pauli, ko­cha­nie, nie go­rącz­kuj się tak. Może nie naj­le­piej wy­szło, ale skoro tam je­steś, to sko­rzy­staj. Już tak to wy­gląda, że żeby jedni mo­gli le­niu­cho­wać, inni ha­rują! Pa­dło na mnie. Za­miast się zło­ścić, do­ceń, jak się o cie­bie trosz­czę! I wiesz co? Na­wet przy­go­tuję ci ja­kąś nie­spo­dziankę na po­wrót. Kiedy wra­casz?

- Nie wiem, może dzi­siaj. - Ku jego za­do­wo­le­niu udało mu się ją sko­ło­wać. Sły­szał to wy­raź­nie w jej gło­sie.

- Ale gdzie bę­dziesz jeź­dzić po nocy? Bez sensu. Poza tym skoro już masz urlop, to go wy­ko­rzy­staj. No i jesz­cze jedno, sły­szę po gło­sie, że coś pi­łaś, prawda? Do kiedy masz coś wy­na­jęte?

- Fakt, pi­łam. Piwo. A wy­na­jęte mamy - to słowo wy­mó­wiła z na­ci­skiem - do wtorku.

- No wła­śnie, szkoda, żeby prze­pa­dło. - Ręka Wal­diego gła­dziła plecy blon­dynki, która po­ło­żyła się obok i prze­cią­gała jak kotka. - No to, Pau­linko, roz­łą­czamy się i ja da­lej pra­cuję, a ty od­po­czy­waj, do­brze? Jak mi się uda, to do­jadę, a jak nie, to je­ste­śmy na łą­czach. Mam tu­taj górę ro­boty. - Waldi prze­wró­cił oczami i spoj­rzał na śmie­jącą się w ku­łak dziew­czynę.

- No do­brze, za­łatw tych Ja­poń­czy­ków i przy­jedź - po­wie­działa z re­zy­gna­cją Pau­lina.

- Obie­cać ci nie obie­cam, w su­mie to ra­czej bym na to nie li­czył. A te­raz na­prawdę mu­szę koń­czyć. - Waldi z se­kundy na se­kundę co­raz bar­dziej się nie­cier­pli­wił. Miał dość tej dys­ku­sji. - Będę się od­zy­wał - do­rzu­cił na ko­niec.

- W po­rządku - wy­mam­ro­tała do słu­chawki, choć prze­cież nic w po­rządku nie było.

Pau­lina już nie słu­chała. Odło­żyła te­le­fon na stół i otarła po­je­dyn­czą łzę, która wy­msknęła się zdra­dli­wie i po­to­czyła po po­liczku. A więc mnie wy­sta­wił, po­my­ślała ze smut­kiem. Te jego tłu­ma­cze­nia to oczy­wi­ste kłam­stwo, do­dat­kowo gru­bymi nićmi szyte. Za­gry­zła dolną wargę i od­ru­chowo się­gnęła po te­le­fon. Już chciała wrzu­cić go do to­rebki, ale wy­świe­tlacz za­mi­go­tał i oka­zało się, że nie tylko ona się nie roz­łą­czyła, ale po­łą­cze­nia nie prze­rwał też Wal­de­czek.

A może chciał jej coś po­wie­dzieć? Może cały czas mówi na przy­kład, że tylko żar­to­wał i że za­raz przy­je­dzie - Pol­ly­anna znów do­rwała się do głosu. Jak naj­szyb­ciej przy­ło­żyła te­le­fon do ucha i za­marła. Po dru­giej stro­nie wy­raź­nie sły­szała ko­biecy głos:

- Czyli mia­łeś z nią je­chać w Biesz­czady? Ale po co?

- No nie wiem, ko­lejny durny po­mysł tej mo­jej dziuni. Gdyby mnie spy­tała, to po­wie­dział­bym, że Lanc­ko­rona wy­star­czy. Po co wlec się taki ka­wał?

- Rze­czy­wi­ście o tym za­po­mnia­łeś?

- No co ty, mam pa­mięć jak słoń. Tylko że się z tym nie ob­no­szę. Wolę, żeby za­wczasu się przy­zwy­cza­jała. Jak przy­wyk­nie, że się spóź­niam albo że tak mam, że wszystko mi się myli, to głowy nie bę­dzie su­szyć, a ja będę wolny i swo­bodny. A w te Biesz­czady to mi się upior­nie nie chciało je­chać. Poza tym w ten week­end by­łaś dla mnie znów num­ber one, ko­ciaku! Chodź tu na­tych­miast!

Pau­linka nie słu­chała dłu­żej. Zszo­ko­wana na­ci­snęła czer­woną słu­chawkę i przez mo­ment, za­sty­gła w bez­ru­chu, wpa­try­wała się w ciemny już wy­świe­tlacz. Czuła całą sobą, że jej sta­bilne i spo­kojne ży­cie od­jeż­dża su­per­szyb­kim po­cią­giem w naj­dal­szą dal i ra­czej bez­pow­rot­nie. Wła­ści­wie czego się spo­dzie­wała? W końcu to nie był pierw­szy raz. Wie­działa o ro­man­sach Wal­diego, taki ko­leś nie miał pro­ble­mów z la­skami, ale prze­cież obie­cy­wał jej, że to się skoń­czyło. On obie­cy­wał, a ona głu­pia mu uwie­rzyła. W końcu czemu miała nie wie­rzyć, prze­cież mó­wił, to wie­dział!

- Idiotka, idiotka, idiotka - wy­szep­tała, przy­my­ka­jąc oczy.

Wie­sia miała ra­cję. Była kre­tynką i o mało co nie wpa­ko­wała się po uszy w gówno. Prze­cież miała ten swój plan, od któ­rego za nic nie za­mie­rzała od­stą­pić! Bo na co miała cze­kać, skoro on się zmie­nił, skoro miał ko­chać tylko ją! A tym­cza­sem znów ja­kiś "num­ber one"... I jesz­cze ko­ciak... Spoj­rzała na sie­dzącą przy sto­liku tuż koło baru młodą ko­bietę o im­po­nu­ją­cych czar­nych wło­sach, która siłą rze­czy mu­siała sły­szeć roz­mowę z Wal­dim, choć ni­czego nie da­wała po so­bie po­znać.

- Prze­pra­szam pa­nią! - Pau­lina wy­chy­liła się w jej stronę.

- Tak? - za­py­tała tamta, wsta­jąc. - W czymś mogę po­móc?

- To za­leży. Wie pani, jak się czuje ko­bieta, która uświa­do­miła so­bie, że jej uko­chany part­ner to ostat­nia świ­nia, a ona sama była tak głu­pia, że tej głu­poty star­czy­łoby dla kom­pa­nii pie­choty? - za­py­tała, nie ba­wiąc się w żadne wstępy ani w dy­plo­ma­cję.

Dziew­czyna za­mru­gała gę­sto, wy­raź­nie za­sko­czona jej bez­po­śred­nio­ścią, zmarsz­czyła brwi i spoj­rzała na Pau­linkę ba­daw­czym wzro­kiem. Wi­dać za­sta­na­wiała się, czy od­po­wie­dzieć zdaw­kowo, ale pro­fe­sjo­nal­nie, czy jed­nak prze­kro­czyć gra­nice za­wo­do­wej uczyn­no­ści. To dru­gie nie za­wsze się opła­cało. Prze­ko­nała się nie raz i nie dwa, że za by­cie em­pa­tyczną i wraż­liwą cza­sem do­staje się nie­złe wciry. W Pau­lince było jed­nak coś, co ją do niej prze­ko­nało, bo z jej twa­rzy znik­nął uprzejmy uśmiech, a w za­mian po­ja­wiło się współ­czu­cie po­mie­szane z sym­pa­tią.

- Nie, ale mogę to so­bie wy­obra­zić. No i z ob­ser­wa­cji, i do­świad­cze­nia za­wo­do­wego wiem, co w pierw­szej chwili na­leży zro­bić. Jak się jest kel­nerką, to coś w ro­dzaju pierw­szej po­mocy. Or­dy­nuję kie­li­szek wina.

- No nie wiem... - Pau­li­nie strasz­nie po­do­bała się ta knajpa, ale chyba jesz­cze bar­dziej po­do­bała jej się ob­słu­gu­jąca go­ści dziew­czyna. - Wino to zbyt szla­chetny tru­nek, aby zmy­wać nim Wal­diego... A ma­cie whi­sky?

- Tak. Ale też szla­chetne. - Dziew­czyna śmiesz­nie zmarsz­czyła nos. - Może nie top to­pów, ale jed­nak... - Za­wie­siła głos i roz­ło­żyła ręce.

- Dużo ro­dza­jów? - Pau­linka wy­ka­zała oży­wie­nie.

- Z sześć ga­tun­ków. - Dziew­czyna spoj­rzała na bar. - A nie! Osiem!

- A na­pije się pani ze mną? Tłoku nie ma. W za­sa­dzie to mam na imię Pau­lina, ale wszy­scy mó­wią Pau­linka, bo to przy­nosi szczę­ście - do­rzu­ciła w za­my­śle­niu, jakby do sie­bie.

Kel­nerka zer­k­nęła na nią za­in­try­go­wana. Miała ochotę o to imienne szczę­ście pod­py­tać, choć to chyba nie był naj­lep­szy mo­ment.

- No to jak, na­pije się pani ze mną? Bo tak sa­mej to ja­koś nie­zręcz­nie - wdarł się w jej roz­my­śla­nia głos Pau­liny.

- Nie mogę. - Po­krę­ciła sta­now­czo głową. - Ale mogę z pa­nią usiąść, je­żeli ma pani ochotę - do­dała na­tych­miast, wi­dząc na twa­rzy Pau­linki roz­cza­ro­wa­nie. - Aha, je­stem Mi­rela i wszy­scy mó­wią Mi­rela. Cho­ciaż to w su­mie ni­czego nie przy­nosi - za­śmiała się pod no­sem.

- Tego aku­rat nie wiesz. Mi­rela do cie­bie pa­suje, wy­glą­dasz mi na Mi­relę, a to już o czymś świad­czy - mruk­nęła Pau­linka, wy­tę­ża­jąc wzrok w kie­runku półki, na któ­rej pysz­niły się bu­telki. - Wo­la­ła­bym, że­byś mo­gła się ze mną na­pić, ale ro­zu­miem, praca. Więc bądź tak miła i na­lej z każ­dej z tych whi­sky po szkla­neczce i zwy­czaj­nie ze mną po­ga­daj. Wy­glą­dasz na taką, przy któ­rej nie upija się na smutno - do­rzu­ciła z cięż­kim wes­tchnie­niem.

- Na pewno wiesz, co ro­bisz? Osiem por­cji? To grubo. A moje to­wa­rzy­stwo i zja­dliwe po­czu­cie hu­moru może i po­prawi ci na­strój, ale od kaca nie uchroni. - Mi­rela spoj­rzała na nią zna­cząco.

- Dzięki za tro­skę, lecz pod­ję­łam de­cy­zję. Nie ma mięk­kiej gry i albo grubo, albo wcale! Dość pół­środ­ków i za­do­wa­la­nia się czym­kol­wiek! W nowe ży­cie za­mie­rzam wejść z przy­tu­pem. A poza tym skoro wszystko się po­sy­pało, to jak ktoś tam śpie­wał, tylko upić się warto.

- Jak tam so­bie pa­nienka uważa. W końcu klient nasz pan. - Mi­rela skło­niła się z uśmie­chem i po­szła przy­go­to­wać szkla­neczki.

Dwie go­dziny i po­nad pół li­tra whi­sky póź­niej Pau­linka w pół słowa oparła głowę o stół i za­snęła snem spra­wie­dli­wego. Mi­rela pa­trzyła na nią, gę­sto mru­ga­jąc. Ab­so­lut­nie się tego nie spo­dzie­wała, bo mi­nutę wcze­śniej cał­kiem sen­sow­nie i roz­trop­nie oma­wiały wady i za­lety Wal­diego. Za­le­tom nie po­świę­cały zbyt wiele uwagi, skon­cen­tro­wały się głów­nie na wa­dach, któ­rych Wal­de­czek miał całe mro­wie. Roz­ma­wiało im się świet­nie, bo Pau­lince po whi­sky ję­zyk się roz­wią­zał, a dow­cip wy­ostrzył. Opo­wia­dała wartko, płyn­nie, z iro­nią. Tym bar­dziej dziwne było to jej na­głe za­śnię­cie.

Mi­rela naj­pierw de­li­kat­nie po­kle­pała ją po ra­mie­niu, po­tem, gdy sub­tel­ność za­wio­dła, po­trzą­snęła Pau­linką nieco moc­niej, ale żadna z tych prób nie przy­nio­sła po­żą­da­nego efektu. Pod­dała się więc, wstała od sto­lika i po­szła na za­ple­cze.

- Woj­tuś - ode­zwała się przy­mil­nie do chło­paka za­głę­bio­nego w lek­tu­rze gru­bego to­misz­cza - sprawa jest...

- Yhym... - mruk­nął nie­uważ­nie, nie od­ry­wa­jąc oczu od książki.

- Woj­tek, tu zie­mia, ha­loo! - Po­de­szła bli­żej i za­ma­chała ręką tuż przed jego no­sem.

- No już, czemu krzy­czysz, prze­cież sły­szę! Chcia­łem tylko do­koń­czyć zda­nie - mruk­nął. - Co się uro­dziło?

- W su­mie to Pau­linka. Ta pani, która sie­działa przy stole obok okna. Był­byś tak miły i od­niósł ją do jej domku?

- Że co pro­szę? - Brwi Wojtka unio­sły się tak wy­soko, że Mi­rela miała wra­że­nie, że za mo­ment wy­lą­dują gdzieś na środku jego głowy.

- Czego tu można nie ro­zu­mieć? Trzeba ją od­nieść. Sama bym to zro­biła, ale nie­stety po­mimo naj­szczer­szych chęci nie dam rady, a ty je­steś prze­cież na­szym wy­ki­dajłą, prawda?

- Z za­ło­że­nia tak, ale za­wsze my­śla­łem, że to po­lega ra­czej na tym, że wy­rzu­cam awan­tu­ru­ją­cych się go­ści. O do­star­cza­niu do dom­ków tych, co po­snęli, ja­koś nie było mowy.

- Woj­tuś, nie bądź taki dro­bia­zgowy - za­śmiała się Mi­rela. - Ta Pau­linka jest po­stury kur­czaka, na­wet nie za­uwa­żysz, że coś nie­siesz. Zresztą chodź i sam zo­bacz, czy masz su­mie­nie wy­rzu­cić ją za drzwi i tam zo­sta­wić. - Zła­pała go za rękę i po­cią­gnęła za sobą. - Ostat­nia szkla­neczka jej chyba za­szko­dziła i bie­daczka usnęła, i te­raz nie mogę jej obu­dzić - do­rzu­ciła, sto­jąc koło sto­lika, na któ­rym spo­czy­wała upo­jona Pau­linka.

- No rze­czy­wi­ście, wy­pisz wy­ma­luj, śpiąca kró­lewna. - Woj­tek z tru­dem ukrył roz­ba­wie­nie. - Chyba sporo tych szkla­ne­czek było. Czuć go­rzel­nią. - Su­ge­styw­nie po­cią­gnął no­sem.

- Fakt, piła z du­żym za­an­ga­żo­wa­niem. Trzeba bę­dzie uzu­peł­nić za­pasy whi­sky, bo to była koń­cówka. - Mó­wiąc to, Mi­rela jesz­cze raz po­kle­pała Pau­linkę po ra­mie­niu, ale bez skutku. - No sam wi­dzisz, że do­ku­ment­nie od­pły­nęła. Dasz radę ją prze­tasz­czyć?

- Phi! Sama po­wie­dzia­łaś, że to taki tro­chę kur­czak. Oj, bę­dzie ją ju­tro bo­lała głowa. Coś tak czuję. Który do­mek?

- Górna szóstka. Masz klu­czyk. - Mi­rela po­dała le­żący obok śpią­cej Pau­linki klucz. - Po­cze­kaj, jesz­cze to­rebka, prze­rzucę ci ją przez głowę, że­byś nie zgu­bił.

- A ty ze mną nie idziesz? - Po­chy­lony nad sto­łem Woj­tek na mo­ment znie­ru­cho­miał.

- Je­śli mu­szę, to pójdę, ale trzeba tu jesz­cze po­sprzą­tać, po­za­my­kać. Jak będę wsta­wiała rze­czy do zmy­warki, to w tym cza­sie tro­chę prze­wie­trzę, żeby ju­tro na śnia­da­niu go­ście nam od tych al­ko­ho­lo­wych opa­rów nie po­pa­dali. A jak pójdę z tobą, to okien prze­cież nie zo­sta­wię otwar­tych. Po­ra­dzisz so­bie? - Spoj­rzała na niego bła­gal­nie.

Woj­tek omiótł spoj­rze­niem jej pod­krą­żone, zmę­czone oczy i wes­tchnął. Mi­rela była na no­gach od wielu go­dzin, zo­stała dłu­żej, bo wi­dać nie miała serca wy­pro­sić, w tej chwili chra­pią­cej i le­żą­cej na stole, śpią­cej kró­lewny. Nie dzi­wił się, że po­świę­ce­nie ko­lej­nych dwu­dzie­stu mi­nut jej się nie uśmie­cha. Sie­dząc na za­ple­czu, chcąc nie chcąc, sły­szał co nieco z opo­wie­ści Pau­linki. Po­zna­jąc hi­sto­rię jej i nie­ja­kiego pa­lanta Wal­deczka, nie dzi­wił się, że przy­jezdna tak się spo­nie­wie­rała. Przez mo­ment na­wet miał wy­rzuty su­mie­nia, że pod­słu­chuje, ale po chwili sam się roz­grze­szył. Roz­grzana i na­pę­dzona whi­sky Pau­linka mó­wiła tak gło­śno, że mu­siałby być kom­plet­nie głu­chy, żeby nie sły­szeć tego, co opo­wiada. Było w tej hi­sto­rii coś ta­kiego, co spra­wiało, że Woj­tek miał szczerą ochotę zna­leźć tego ca­łego Wal­deczka i po­rząd­nie obić mu gębę. Nie znał Pau­linki, ale i tak wzbu­dziła w nim sym­pa­tię. Może dla­tego, że się nad sobą za bar­dzo nie roz­tkli­wiała. A może dla­tego, że i ow­szem, ob­ga­dy­wała tego swo­jego po­żal się Boże chłop­ta­sia, w su­mie to nie zo­sta­wiła na nim su­chej nitki, ale ja­kimś cu­dem ro­biła to z ogromną klasą. Przy oka­zji nie oszczę­dza­jąc też sie­bie. Była uczciwa, a to Woj­tek bar­dzo ce­nił. Wi­dać Mi­rela czuła po­dob­nie, bo z całą pew­no­ścią nie zo­sta­wa­łaby po go­dzi­nach i nie do­trzy­my­wa­łaby to­wa­rzy­stwa tu­ry­stce tylko dla­tego, że ta miała cią­goty do al­ko­holu. Ta cała Pau­linka i ją mu­siała bar­dzo ująć. Co nie zmie­niało faktu, że te­raz Mi­rela była wy­koń­czona. Na­wia­sem mó­wiąc, już od dłuż­szego czasu po­winna być w dro­dze do domu. Pła­ciła za swoje do­bre serce i pa­trząc na jej bladą twarz, mu­siałby być kom­plet­nie po­zba­wiony uczuć, żeby jej nie po­móc.

- Pew­nie, że dam radę. Tylko wiesz co, w ta­kim ra­zie za­tasz­czę na­szego go­ścia na miej­sce i pójdę już do sie­bie. Bez sensu, że­bym wra­cał. Może być?

- Ja­sne. Ja tu wszystko po­za­my­kam. Do­bra­noc, Woj­tuś. - Mi­rela uśmiech­nęła się do chło­paka.

- Pa! O matko, cał­kiem wy­pa­siony ten kur­czak - jęk­nął, za­rzu­ca­jąc so­bie Pau­linkę na ra­mię.

Dziew­czyna mruk­nęła coś nie­zro­zu­mia­łego, ale nie otwo­rzyła oczu. Tro­chę jak­bym dźwi­gał wo­rek zboża, po­my­ślał z roz­ba­wie­niem, zbli­ża­jąc się do domku nu­mer sześć. Do­brze, że nie pada. Po pierw­sze, na­sza panna cał­ko­wi­cie by prze­mo­kła i jesz­cze mu­siał­bym ją prze­bie­rać, a tego sta­now­czo wo­lał­bym unik­nąć, a po dru­gie, w końcu zro­bię swoje wy­ma­rzone zdję­cia - zer­k­nął na ciemne niebo, na któ­rym pysz­nił się wielki, okrą­gły księ­życ w pełni.

- Ide­alne wa­runki, zero chmur, niebo jak złoto - mruk­nął pod no­sem i za­pewne gdyby nie to, że ręce miał za­jęte, to za­tarłby je z za­do­wo­le­niem.

Sa­piąc, wdra­pał się po wą­skich scho­dach na ta­ras i otwo­rzył drzwi. Może i kur­czak, ale jed­nak było co nieść. Wta­ra­ba­nił się do środka i po­ło­żył na­dal śpiącą dziew­czynę na łóżku, zsu­wa­jąc buty z jej stóp.

Przez mo­ment przy­glą­dał się jej ze współ­czu­ciem, na które mógł so­bie po­zwo­lić, bo prze­cież nikt go nie wi­dział. Są­dząc po licz­bie pu­stych szkla­nek i bu­te­lek, ju­tro bę­dzie miała ciężki dzień. W końcu piła jak sta­rzy biesz­czad­nicy, lu­dzie Biesz­czad, o któ­rych opo­wia­dał oj­ciec. No, tylko że oni pili bim­ber i byli chło­pami wiel­kimi jak buki albo niedź­wie­dzie, a nie dziew­czyną po­stury wy­ro­śnię­tej si­korki!

Bio­rąc pod uwagę, ile wlała w sie­bie tego świń­stwa, to pew­nie bę­dzie pi­jana ze dwa dni, po­my­ślał. Przy­naj­mniej nie bę­dzie miała siły na roz­pa­mię­ty­wa­nie tego, co się wy­da­rzyło. Cho­ciaż za­pewne le­dwo się obu­dzi i już bę­dzie ża­ło­wać każ­dej kro­pli, którą w sie­bie wlała.

Już miał wy­cho­dzić, ale za­wró­cił spod drzwi. Się­gnął po le­żący na fo­telu koc i otu­lił nim co­raz moc­niej po­chra­pu­jącą dziew­czynę. Jak mały miś - prze­mknęło mu przez głowę. Za­śmiał się pod no­sem i zbli­żył do wyj­ścia. W pół kroku za­trzy­mały go do­by­wa­jące się spod koca dziwne dźwięki. Ob­ró­cił się ku niej i zo­ba­czył, że choć się nie obu­dziła, to wy­ko­nuje kon­wul­syjne ru­chy.

- Noż kurna, tylko tego mi bra­ko­wało! A jak ona, do cho­lery, jest chora, bie­rze ja­kieś leki, ma pa­daczkę?! - Przez głowę prze­bie­gły mu nie­po­ko­jące my­śli i na­tych­miast za­wró­cił.

Dziew­czyna w tym cza­sie zdą­żyła roz­ko­pać koc i na­dal śpiąc, mio­tała się po łóżku. Woj­tek z nie­po­ko­jem po­chy­lił się nad nią, usi­łu­jąc wy­grze­bać z pa­mięci, co na li­tość wszyst­kiego robi się w przy­padku ataku epi­lep­sji. Ale coś mu nie pa­so­wało. Z na­my­słem wpa­try­wał się w le­żącą i w końcu do­tarło do niego, co Pau­linka wy­czy­nia. Ni mniej, ni wię­cej, wal­czyła ze spodniami, które naj­wy­raź­niej usi­ło­wała zdjąć.

- No, nie! Nie, nie, nie! - jęk­nął Woj­tek.

Wlała w sie­bie tyle płynu, że za­pewne chciało jej się do ła­zienki. Jak ją tu zo­sta­wię, to nie­chyb­nie zleje się w łóżko - do­tarło do niego.

- No cóż, jak ma­wiała mama, jak się po­wie "A", to po­tem trzeba przejść do "B" - mruk­nął i za­ci­ska­jąc zęby, po­chy­lił się nad Pau­linką, przy­trzy­mał ją sta­now­czym ru­chem i roz­piął jej spodnie.

Sta­ra­jąc się nie pa­trzeć, nieco je zsu­nął, po czym szyb­kim ru­chem, ła­piąc za ma­te­riał u ko­stek, nie­mal wy­trzą­snął dziew­czynę z no­ga­wek.

- Oż, kurwa! - wy­rwało się mu.

Tego nie był w sta­nie prze­wi­dzieć. Wpraw­dzie sły­szał, sie­dząc na za­ple­czu, sporo, ale w swo­ich zwie­rze­niach Pau­linka nie do­tarła do tak in­tym­nych szcze­gó­łów, mó­wią­cych o tym, że tego dnia po­sta­no­wiła pa­ra­do­wać w spodniach bez bie­li­zny. Waldi bar­dzo to lu­bił, a ona prze­cież tego wie­czoru po­sta­no­wiła dać mu wszystko, czego pra­gnął. Na­wet to, o czym jesz­cze nie wie­dział, że jest jego ma­rze­niem. W efek­cie co miał zo­ba­czyć Waldi, stało się udzia­łem Wojtka. Dwa krą­głe, zgrabne po­śladki na chwilę przy­kuły jego wzrok, który ja­koś nie bar­dzo chciał się od­wró­cić.

Jak na si­korkę miała bar­dzo dużo atu­tów. Krą­gło­ści do­kład­nie tam, gdzie trzeba i ile trzeba. Stary, nie idź tą drogą, na­ka­zał so­bie w du­chu, bio­rąc się w garść i ła­piąc gra­mo­lącą się z łóżka, pół­przy­tomną Pau­linkę za ło­kieć.

- No co tam, księż­niczko, pew­nie wy­bie­rasz się do ła­zienki? - za­ga­dał, ho­lu­jąc ją w stronę od­po­wied­niego po­miesz­cze­nia i na wszelki wy­pa­dek wbi­ja­jąc wzrok w su­fit. Trzeba by było od­ma­lo­wać, od­no­to­wał, śli­zga­jąc się spoj­rze­niem po ścia­nie wo­kół lampy.

- Eee, bryy, sku - do­bie­gło go spod ra­mie­nia.

- Tak, tak, siku - po­wie­dział uspo­ka­ja­jąco, otwie­ra­jąc klapę se­desu.

Gdy­bym wie­dział, jak to się skoń­czy, za nic nie zre­zy­gno­wał­bym z to­wa­rzy­stwa Mi­reli, po­my­ślał, gdy udało mu się od­pro­wa­dzić Pau­linkę do łóżka. Czym prę­dzej po raz drugi tego wie­czoru przy­krył śpiącą dziew­czynę ko­cem. Pau­linka sko­men­to­wała jego po­czy­na­nia apro­bu­ją­cym mruk­nię­ciem, zwi­nęła się w kłę­bek i spała da­lej w naj­lep­sze. Woj­tek ode­tchnął i wresz­cie opu­ścił do­mek.

Do­brze, że za­ło­ży­li­śmy zamki za­trza­skowe - po­my­ślał, za­my­ka­jąc ci­cho drzwi. Głupi ten jej Waldi, że aż strach - prze­mknęło mu przez głowę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki