Paulinka Kokoszka z zapartym tchem wpatrywała się w obrazek za oknem, jakby żywcem wyjęty z biuletynu biura podróży reklamującego wyjątkowe miejsca. Przymknęła oczy, wyobrażając sobie, jak musi być tu pięknie o zmierzchu. Zobaczyła niebo, całe skąpane w odcieniach czerwieni, rudości i lśniącego szkarłatu. Zachodzące słońce obejmowało ciepłymi barwami szczyt góry, za którą za moment miało zniknąć. No, może "góra" w tym wypadku to określenie nieco na wyrost, bardziej pasował "pagórek" - poprawiła się w myślach i otworzyła oczy.
Góry, te prawdziwe, potężne góry widziała w oddali. Paulinka wytężyła wzrok i musnęła spojrzeniem majaczące na horyzoncie szczyty. Przez moment dała ponieść się pragnieniu, żeby w końcu pójść o krok dalej. Przestać jedynie patrzeć i ruszyć na szlak. Z plecakiem, namiotem, kuchenką turystyczną, na której co rano parzyłaby kawę. Taka kawa po nocy spędzonej w namiocie, z widokiem na góry musiała smakować bosko. I na pewno poza kawowym aromatem wyczuwało się w niej oszałamiający zapach wolności.
Ale chwilowo na marzeniach musiała poprzestać i zadowolić się podziwianiem gór z oddali. Tak jak robiła od zawsze. Choć zapewne ci wszyscy, którzy przychodzili do biura turystycznego, gdzie pracowała, byliby w niezłym szoku, gdyby się dowiedzieli, że ta dziewczyna, tak przekonująco opowiadająca o zaletach urlopu spędzonego w takich czy innych pasmach górskich, mówiąca o wędrówkach z zapałem przypominającym zakochanie, a o szlakach perorująca tak obrazowo, że niejeden dałby sobie uciąć rękę, nomen omen, ręcząc za to, że wielokrotnie przemierzyła je wzdłuż i wszerz - że ta dziewczyna tak naprawdę nie ma na swoim koncie żadnej górskiej wyprawy. Poza jedną wycieczką wiele lat temu, kiedy to z całą klasą pojechała do Zakopanego i ochoczo ruszyła na szlak. Niestety, ledwo przekroczyła wejście do Doliny Kościeliskiej, poczuła, że coś jest nie w porządku. Zaczęła boleć ją głowa, chwilę później brzuch i nie wiedzieć kiedy, pochylona nad piękną bujną roślinnością, zwracała wszystko, co zjadła na śniadanie. Nie minęło wiele czasu, a dołączyła do niej spora część grupy. Natychmiast podjęto decyzję, że chorzy mają ruszyć z powrotem w towarzystwie jednego z opiekunów. Dwóch pozostałych pomaszerowało w góry z tymi, których przykra dolegliwość ominęła. Prywatne śledztwo przeprowadzone przez obecnych na wyjeździe nauczycieli i rodziców ujawniło, że za grupowe zatrucie odpowiadają parówki. Od tamtego czasu Paulinka ich nie tykała. Resztę wycieczki przeleżała w łóżku. Na całe szczęście widok miała piękny, na Giewont. Podziwiała go więc z daleka, aż w końcu przekonała samą siebie, że właściwie, patrząc, też doświadcza i że może czerpać z tego mnóstwo radości. Była w swoim niepoprawnym optymizmie podobna do Pollyanny, ulubionej bohaterki książkowej. Niemal we wszystkim umiała znaleźć dobre strony i tak jej zostało aż do dziś.
Paulinka była nieuleczalną optymistką. Cieszyła się z tego, co los jej przynosił, a jak cieszyć się było trudno, to nieco koloryzowała fakty, żeby łatwiej było przetrwać cięższe chwile. Niewątpliwie przydawała jej się do tego bujna wyobraźnia, którą dysponowała w nadmiarze. I to zapewne dzięki niej umiała przekonywać klientów, by ruszali w góry. Z jakiegoś powodu tam właśnie ciągnęło ją samą. W przeciwieństwie do morza. Morze wydawało jej się trochę nudne, ot, ciągły szum, niekończące się plaże, mnogość ludzi, o których trzeba się potykać, i dzieci, a na nie trzeba było mieć ciągłe baczenie, żeby ich nie zdeptać, nie zgubić, przez przypadek nie pomylić i nie zabrać nie swoich. I nie było w tym ani grama przesady - Paulinka znała autentyczną historię, gdy rozgrzany nadmorskim słońcem i nieco otumaniony schłodzonym piwem tatuś zgarnął z plaży dwie radośnie pełzające po kocyku pociechy, zapakował je do wózka i dopiero w kwaterze zdenerwowana do granic matka odkryła, że wózek - a i owszem - jest ich, ale dzieci z całą pewnością nie. Nie dało się podważyć dowodów, bo w wózku leżało dwóch chłopców, gdy tymczasem oni byli szczęśliwymi rodzicami córeczek. Podobno po tym odkryciu matka najpierw dostała histerii, a potem napadu szału...
Tak, z całą pewnością morze było mniej atrakcyjnym wyborem niż góry. W górach takie incydenty się nie zdarzały. Przynajmniej Paulince nic nie było o tym wiadomo. Ale bywało i tak, że jakiś klient upierał się na "morze", i wtedy nie było na to rady. W końcu "morze" też mieli w swojej ofercie...
W każdym razie, gdy tylko mogła, Paulinka konsekwentnie wybierała góry. Pogodzona z tym, że nie dla niej są szlaki, dojeżdżała do hoteli lub pensjonatów i co najwyżej wychodziła na taras lub wspinała się na leżak. Bała się pójść o krok dalej, bała się, że w rzeczywistości ta jej wielka miłość może ją rozczarować. Tak jak szczeniackie uczucie do uroczego i roześmianego geografa z liceum. Ależ on był przystojny! Miał ciemnobrązowe oczy, ciepłe, wręcz gorące. Pod jego spojrzeniem roztapiała się jak czekolada w upalny słoneczny dzień. Siedziała w pierwszej ławce, a on tak na nią patrzył, tak patrzył, że ach! Więc Paulinka, by sprawić mu przyjemność, uczyła się tej geografii jak głupia. Zasoby naturalne - jest, łańcuchy górskie - jest, rzeki, morza, doliny, kotliny - wszystko miała w małym paluszku! Wyrwana do odpowiedzi, recytowała wszystko bez zająknięcia, miała wrażenie, że on ją tym wzrokiem pochłania. I gdy w końcu w trzeciej klasie chciała zaprosić go na kawę, bo ktoś przecież musiał zrobić pierwszy krok, on, nie bacząc na jej gorące, płomienne uczucie, ożenił się z polonistką. O jakże sobie pluła w brodę! Ileż godzin spędzonych na beznadziejnej nauce zostało straconych, wszystko dla tego wiarołomcy! Chociaż sama przed sobą - a potrafiła być ze sobą szczera - przyznawała, że najbardziej intymne w jej związku z tym zdradzieckim geografem były momenty, gdy odpowiadała przy tablicy i patrzyła na niego w sposób absolutnie oczywisty i wymowny.
Po dwóch tygodniach od ślubu, podczas których tonęła w beznadziejnej rozpaczy, nieoczekiwanie doszła do wniosku, że w sumie to może i dobrze, że nic mu nigdy nie powiedziała o swoim płomiennym uczuciu. Ostatecznie wszystkie koleżanki twierdziły, że przynajmniej raz w życiu trzeba nieszczęśliwie się zakochać i że nikogo to nie ominie. A więc dobrze, że ona miała to już za sobą. Odkreśliła tę obowiązkową nieodwzajemnioną miłość i z głowy. Następnym razem powinno pójść lepiej, bo przecież niemożliwe, żeby jedna i ta sama dziewczyna zakochała się po raz kolejny bez wzajemności.
Bardzo dobrze, że tak ładnie i nieszczęśliwie się zakochałam, przekonywała samą siebie. Same plusy z tego! Nawzdychała się do woli, głupstw żadnych nie zrobiła, bo nie było kiedy, w końcu nigdy z nim nie zostawała sam na sam i chodziła do szkoły nader chętnie, bo mogła się tam napawać jego widokiem. Nawet w dni, kiedy nie miała geografii, wpatrywała się w obiekt westchnień na korytarzach. Uniknęła niechęci do szkoły, tyle dobrego.
Jedynym zgrzytem był ten nieszczęsny wykładany przez niewdzięcznika przedmiot! Na chorobę jej to było? Jej wiedza geograficzna była ogromna, ale co miała z nią począć? Czuła, że wyszła na tej geografii jak Himilsbach na angielskim...
- A czym tu się martwić? Od przybytku głowa nie boli - skwitowała jej niewesołe myśli babcia.
Paulinka zwierzyła się jej ze wszystkiego. Zapewne tak wielka szczerość miała ścisły związek z butelką wina, którą wcześniej wypiła razem z przyjaciółką i w ostatnim odruchu przytomności zamiast do domu powędrowała do babci. Rodzice, widząc ją w takim stanie, zapewne dostaliby zawału, a Paulinka stanowczo ani im, ani sobie tego nie życzyła. Nie była to zresztą jedyna przyczyna, dla której wybrała babkę na świadka swojego zejścia na złą drogę. Im mocniej wino szumiało jej w głowie, tym bardziej pragnęła mówić. Czuła ogromną potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego, co przychodziło jej na myśl. Opowiedzenia każdego sekretu, wyspowiadania z niedorzeczności, jakie kiedykolwiek przemknęły jej przez głowę. I co tu dużo mówić, babka o wiele lepiej nadawała się na spowiedniczkę. Było pewne, że sarkastyczna i ironiczna starsza pani przymknie oko na alkoholowy wybryk wnuczki, bo sama miała na koncie sporo skandali i awantur. Poza tym kochała swoją Paulinkę nad życie i od zawsze nie tylko pobłażliwie traktowała jej wybryki, ale też w razie konieczności kryła Paulinkowe występki. Słuchała o nich z niezmąconym spokojem. Dokładnie tak samo się stało, kiedy wnuczka zwierzyła jej się z płomiennej miłości do geografa i czkając, wyznała, że była gotowa urodzić mu czwórkę dzieci, z których każde powiłaby w innym zakątku świata.
- Aha, i zapewne nazwałabyś je Północ, Południe, Wschód i Zachód. - Babcia śmiała się na całego.
- Oootyym nie myślałam - zabełkotała Paulinka. - Ale w sumie czemu nie - znów czknęła. - To by było lepsze niż zostanie z tą całą grafią, gołografią. Jak z ręką w nocniku!
- Eee tam, nie demonizuj. - Babcia wzruszyła ramionami i wetknęła jej w rękę szklankę, w której coś szumiało i musowało. - Zaszkodzić ci to nie zaszkodzi - dodała.
A Paulinka do dziś się zastanawiała, czy miała wtedy na myśli zawartość szklanki, czy jej imponująco rozległą wiedzę geograficzną. Najpewniej chodziło o jedno i drugie. Niebawem się okazało, że babcia jak zawsze miała rację, nieco ponad rok później Paulinka śpiewająco dostała się na wymarzone studia, między innymi dzięki świetnie zdanej maturze z chwilowo znienawidzonego przedmiotu.
I ta geografia towarzyszyła jej całe życie. W biurze turystycznym nikt tak jak ona nie umiał doradzić niezdecydowanym klientom. Wystarczyło, że rzucili kilka haseł, a ona już przed oczami miała mapę świata i bezbłędnie dopasowywała miejsce do ich oczekiwań. Lubili ją i cenili, bo potrafiła znaleźć im zupełnie nieoczekiwane kierunki podróży. Myśląc o tym, uśmiechnęła się bezwiednie, ale prawie natychmiast spoważniała. Po pierwsze, obiecała sobie solennie, że dziś nie będzie myśleć o pracy, a po drugie, zbocze pagórka, na które wciąż patrzyła, było coraz ciemniejsze. Robiło się późno.
Co prawda, jak powiedziała jej urocza pani zza baru, kuchnia przyjmuje zamówienia tylko do dziewiętnastej, ale posiedzieć sobie można i do dwudziestej, a czasem nawet do dwudziestej pierwszej. Było to oczywiście bardzo miłe, ale nijak nie rozwiązywało rodzącego się problemu. Było już bowiem sporo po osiemnastej, a wytęsknionego Waldiego jak nie było, tak nie było... A umówili się przecież na szesnastą! Fakt, że Waldi zawsze się spóźniał i że z Krakowa to jednak kawałek drogi, w pewien sposób działał na nią uspokajająco. Przynajmniej pół godziny temu jeszcze za mocno się nie denerwowała. Ale teraz zaczęła czuć coraz większe zniecierpliwienie pomieszane z niepokojem. Jednym haustem dopiła sączone od dwóch godzin, zupełnie już ciepłe piwo, skrzywiła się i sięgnęła do torebki po telefon.
No tak! Pogrążona w podziwianiu widoków za oknem i we wspomnieniach, zupełnie zapomniała, że wyciszyła dźwięk!
Cholera, pewnie dzwonił albo pisał i teraz denerwuje się moim milczeniem, myślała, gorączkowo grzebiąc w czeluściach torby. W końcu wyłowiła komórkę i spojrzała na wyświetlacz. Nic, żadnego powiadomienia, ani jednego nieodebranego połączenia. Nawet z pracy? Zmarszczyła brwi, ale natychmiast przypomniała sobie, że przecież Wiesia, starsza koleżanka, przyjaciółka nawet, z którą pracowały w biurze podróży, zapowiedziała, że skoro Paulinka bierze urlop, to ma odpocząć, i że ona zadba, by nikt jej nie przeszkadzał. Wprawdzie jej entuzjazm nieco ostygł, kiedy się dowiedziała, po co tak naprawdę Paulinka jedzie i jaki ma plan.
- Czyś ty zupełnie zidiociała? - zapytała, otrząsając się z osłupienia, w które wprawiło ją wyznanie koleżanki. - Mam nadzieję, że to jakiś ponury żart, bo w innym wypadku nie będę miała wyboru i będę zmuszona uznać cię za kompletną kretynkę! W dodatku zdesperowaną!
- Ale dlaczego od razu takie mocne słowa? Zidiociała kretynka? Zdesperowana? - powiedziała z urazą. - Przecież mu się nie oświadczam, na litość wszystkiego! Ja tylko chcę popchnąć sprawę nieco do przodu...
- Z tego, co mówisz, raczej to on ma ciebie popchnąć. I to z konkretnym rezultatem - przerwała jej Wiesia, krzywiąc się szpetnie. - Paulinka, po co ci to, dziewczyno, co? Tak się tego nie załatwia.
- Załatwia, załatwia. Szczególnie jak ktoś ma taki charakter jak Waldi! Żeby coś z tego wyszło, to po prostu musi się zadziać. Trzeba postawić go przed faktem dokonanym, bo inaczej to będę czekała w nieskończoność. On nawet na kolor koszuli nie może się zdecydować. Muszę wybierać za niego!
- O, bidulek, no naprawdę nie wiem, kogo żal mi bardziej, jego czy ciebie - sarknęła Wiesia. - A co się dzieje w dramatycznej sytuacji, jak ciebie akurat nie ma w pobliżu? Dzwoni i pyta: slipy granatowe, moja duszko, czy bokserki w osiołki?
- Wtedy zamyka oczy i losuje. - Paulinka nic sobie nie robiła z docinków. - I majtki wybiera sam. Kłopot ma z górną częścią garderoby. Zresztą nie o to w tym chodzi, to był tylko przykład, który miał ci uświadomić, dlaczego robię to, co robię!
- No a ja ci powtarzam, że głupio robisz! I to bardzo! Ale znam cię i wiem, że jak sobie coś umyśliłaś, to choćby skały srały, zrobisz po swojemu. A więc jedź w te góry, a ja dopilnuję, żebyś naprawdę miała wolne.
I jak widać na załączonym obrazku, dotrzymała słowa. Żadnych telefonów, żadnych maili. Nic. Dokładnie tak, jak miało być. Tylko Paulinka, Waldi i ten jej głupi, beznadziejny plan - mówiąc słowami Wiesi.
Paulinka nadal jednak nie rozumiała, dlaczego beznadziejny... Przecież chciała jedynie dać Waldiemu wspaniały i wyczekiwany przez wszystkich mężczyzn prezent. I tyle. To raczej piękne, a nie durne!
Westchnęła i jeszcze raz przynaglająco spojrzała na telefon. Osiemnasta piętnaście. Tym razem Waldi przeginał i nawet jej wytresowaną cierpliwość wystawiał na próbę. Wzięła kilka głębokich oddechów, nie mogła się denerwować. W końcu to miał być romantyczny wieczór, przy świecach, pysznym obiedzie, winie. W restauracji z widokiem na góry. W taki wieczór nie można się wściekać, bo irytacja jednak przeszkadzałaby w realizacji pięknego planu. Uspokoiła oddech i wybrała numer Waldiego. Dopiero po kilku kolejnych próbach i blisko piętnastu minutach dzwonienia w słuchawce rozległ się wyczekiwany głos.