Kocham Cię na zawsze - Ewa Trojanowska

Reflow text when sidebars are open.
Wyjechałam. Po tym jak w rzece znaleziono ciało młodej kobiety. A po kilku dniach ciało jej męża. Podjął decyzję? Kto wie? A może było to jedyne, co naprawdę mu zostało. Co miał. Zostawił też list. Podobno na starym mandacie:
"I co? I chuj! Nie mogę już wytrzymać".
Czego? - nie dodał. Przynajmniej nie musiał rozpoznawać ciała. "To ona" - wyrwałby z zaciśniętych bólem i wściekłością szczęk, gdyby zdarli z niej prześcieradło. Oszczędził sobie.
Wieść, jak to takie wieści, rozniosła się niewiarygodnie szybko. Zamieścili jej zdjęcia w lokalnej gazecie. Nie wiedzieli nawet, kim jest. "Nieopodal, w odległości kilkunastu metrów leżał całkiem nowy pantofel w kolorze śliwki, na bardzo wysokim metalowym obcasie" - napisali. Jakby to miało coś do rzeczy. Na fotografii widać również było jaskrawoczerwone paznokcie i sznurek wokół jej cienkiego, już bladozielonego nadgarstka. Sznurek był w absurdalnym nie czerwonym, lecz w ciemnoburym, jakby spranym, wytartym kolorze. Jak miało się okazać później, jego nadgarstek też był okręcony. Równie spranym, ale o wiele bardziej zamotanym, wytartym i splątanym czymś, co dawno powinno było zniknąć. Jak oni. Wyglądało na to, że mieli być razem, niczym w sieci Bóg wie jakich powiązań. Dlaczego nie byli? Nie zapisali się w swoich ani innych myślach? Nikt ich już nie pamięta. No, chyba że ja. Być może była to historia jakiejś miłosnej iluzji? Iluzji ślepca, który nie widzi, bo nie chce? Fantazja moja? Domniemanie? Trudno powiedzieć, nie wiem... Rzeka pewnie wie.
Na zdjęciu z gazety wyglądała jak zwykle. Pierwszy raz widziałam ją z tak bliska i bez tych wielkich czarnych okularów. Patrzyła gdzieś przed siebie i jakby pod słońce. Nie uśmiechała się. I ta jej spięta twarz, z której wraz z makijażem spłynęła cała uroda, i która mówiła o czymś, co być może kiedyś utraciła. Była drobna i jakaś zabiedzona. Poniżej szyi, przez skórę, sterczały cienkie kości, a dalej małe piersi. Miała na sobie czerwoną sukienkę, w tym samym odcieniu co lakier na paznokciach. Cholera! Zaskoczyła mnie. Coś mi nie pasowało. Należała do tych kobiet, które o wizerunek dbają niczym żona piłkarza. Ten zaś był inny niż zwykle. No przecież! Włosy! - wykrzyknęłam sama do siebie. Bardzo starannie, wręcz maniacko układała włosy. Na zdjęciu zaś wyglądała całkiem jak nie ona: rozczochrana, jakby nigdzie się nie wybierała, jakby wszystkie niesprzyjające okoliczności zebrały się, rozkręciły, a potem wpadły w szał. Zdziwiłam się. Pewnie by jej się to nie spodobało, pomyślałam jeszcze. I że już nigdzie się nie wybierze.
Pluuusk! Hop! Fontanna wody. Otchłań. Graffiti na murze...
Spokój i cisza zostały zmącone. Ale tylko na chwilę. Chyba nie cierpiała. Było mi jej żal. Współczułam im, jej i jemu. Jej? - właściwie nie wiadomo dlaczego. Jemu? - ponieważ postrzegałam go jako jedną z niewielu znanych mi osób kochających i odpowiedzialnych za kogoś bliskiego. Sługa-mąż niewart niczego. Pewnie tak się widział. Właściwie to podziwiałam go. Faceci gubią sami siebie.
"Tak, tak - to ona!". Luksusowe apartamenty znad rzeki przez jeden, ale tylko ulotny moment były poruszone jak nigdy dotąd. Ci, wydawałoby się, spokojni mieszkańcy, bogate mądrale, nie przywykli do takich rzeczy. Zaburzony został jednostajny rytm ich życia oraz święty spokój, który tak sobie cenili. Dyskretny urok pieniędzy, usypiająca cisza, zieleń przetykana kwiatami, kojąco falujące trawy, szemrząca fontanna. Niedostrzegalny szum liści. Dotyk luksusu w pierwszym pokoleniu. Na ogół. I w pierwszej linii nad wodą, do której ona, ta z gazety, aspirowała. Wyglądało na to, iż owo eleganckie osiedle miało własną, aczkolwiek jednosezonową bańkę mydlaną, o której wiedziałam tylko ja (choć trudno mieć co do tego pewność). Ktoś zniknął, ktoś zginął. Ktoś. Nie byli kimś, kogo by się znało. Nikt zapewne po nich nie płakał. Byli przecież tylko na chwilę. Nie jak ci tutaj - posiadacze, którzy wyrzucili ich ze swoich myśli, jak wyrzuca się flaszkę po perfumach. Albo psa, bo sika. Albo dlatego, że jedzie się na wakacje.
Istnieli zaledwie kilka miesięcy. Nieistotne. Nie grali w golfa, w tenisa, w szachy, nie grali w nic. Chyba że ze sobą. Nawet nie biegali. Kobieta jeździła średniej klasy autem, czasami wylegiwała się na leżaku, zamiast gdzieś na plaży. Jego nigdy nie było, co najwyżej w weekend. Tyle o nich można było powiedzieć. Nie uczestniczyli w życiu społeczności lokalnej, nie mieli nic do powiedzenia ani do zrobienia. Nie zadomowili się. Nie mogli nic wnieść. Nie wyglądało też, że dla kogokolwiek tutaj ich brak był jakimś specjalnym problemem. Jak przedtem, zanim tamtych dwoje wyłowiono z rzeki, mieszkańcy znikali rano, po czym wracali wieczorem ze swoich firm i biur. Dla nich nic się nie zmieniło. Pewnie za jakiś czas, gdy już zostaną zdjęte żółte taśmy, pojawią się nowi tymczasowi. Równie nieistotni jak tamci.
Apartament był znowu do wynajęcia. Rozmyślałam i nie mogłam się zdecydować. Wyglądała na żywą czy też nie? Niczym ofiara czekająca na zabójcę? (Ofiarą był on). Jakby to miało jakieś znaczenie... Chyba miało. Później wpadłam na to, że na tamtym zdjęciu musiała żyć, bo po jakimś czasie w wodzie nawet tak by nie wyglądała.
Osiągnęła, czego pragnęła, o czym marzyła. Była na oczach wszystkiego trzy, może cztery dni. Tabloidy oszalały. Czyżby kolejna domowa kłótnia przy zasuniętych zasłonach, pisano, przeistoczyła się w tragedię? Zazdrosny mąż? A może rozbuchany w swych fantazjach odrzucony kochanek stracił nad sobą kontrolę? Dwa trupy, i to "z miłości"! Żadne tam porachunki mafii, karambol na drodze czy nawet "skoczek" z dachu. Nie zdążyła udzielić wywiadów. Szkoda. Stała się sławna. Tyle że po fakcie. Doczytałam jeszcze, że zostawili zapalone światło, jakby komuś się śpieszyło. Dwa kieliszki na stole i coś odurzającego. Co? Nie napisali. I butelkę barolo. Niedopitą. Bardzo dobry rocznik. Skąd wiedzieli? I stłuczony kieliszek w kuble na śmieci, "bez odcisków". I mały stateczek w dziwnym flakonie po perfumach męskich. I nic poza tym. Ciekawe, pomyślałam, i złapałam się na tym, że przyszedł mi do głowy Igor. Ciekawe...
No więc miałam sąsiadów, a raczej sąsiadkę. Zobaczyłam ją pewnego dnia ze stertą pudeł z markowymi drogimi butami, które niosła, żonglując niczym tancerka na linie rozwieszonej nad przepaścią. Jej młodo-starą twarz, skórę wysuszoną lampami solarium i z ciężkim makijażem upodobniającym ją do łasicy, choć pewnie chciała wyglądać jak Latynoska (a przecież one wcale tak nie wyglądają). Miała zapadnięte, bez blasku, blisko osadzone, rozgorączkowane oczy, które wcześniej czy później zwiastują katastrofę. Najczęściej zresztą ukryte za tarczami okularów. Kto wie? Może poczucie winy za nimi chowała? Jeśli nie było jej obce. Albo jakiś cień, z którym sobie nie radziła. Jej szczęki, drobnej twarzy anorektyczki, kobiety chorej na samą siebie, być może z jakiegoś bólu albo z innego powodu zaciskały się w nieustającej walce ze spojrzeniami z zewnątrz. Ani ładna, ani brzydka. Ani dobra, ani zła. Ani stara, ani młoda. Ani mądra, ani nie. Plastikowa. Przeciętna. Jak to teraz w modzie. Pozbawiona ubrań i tego wszystkiego, mogłaby być kimkolwiek. Albo niczym. Było w niej rozedrganie i brak pewności siebie, które sprytnie ukrywała, demonstrując ukradzione innym role. Pełno teraz takich w gazetach, na każdym kroku i w telewizji. Czasami na czubku głowy nosiła mały czarny twór z włosów, jakby żywy kokon albo coś. Zdumiewające. Wyglądała na starszą, niż była w rzeczywistości - dziwne. Chociaż może nie. Przyglądałam się jej ze zdziwieniem, ale i zaciekawieniem. Pojawiała się i znikała gdzieś na horyzontach mojego widzenia. Chciała być widziana? Obserwowana? Podziwiana? A może chciała być dziewczyną, za którą chłopaki gwiżdżą na ulicy? Bo jak nie gwiżdżą, to życie traci sens. Mini, wysokie obcasy, kapelusz, kalejdoskop barw. Wybieg od rana do wieczora. Jakikolwiek, byleby był. Żeby wydać się wyższą, w butach bez obcasów stawała na palcach. Wtedy czuła się pewna, miała przewagę. Widziałam to. "Mam buty na szpilce w kolorze sezonu i podróbkę od LV - więc jestem". Ciuch z sieciowych sklepów w owych nowoczesnych galeriach, gdzie można się pokazać, wypić kawę. Spotkać kogoś "przez przypadek"... Zabić czas. Pasowałaby jej pewnie telewizyjna publika. Może "Taniec z gwiazdami", "Gwiazdy tańczą na lodzie" albo jakieś inne show. No przecież nie była za stara? Przydałby się też producent. Próbowała? Tylko że oni mają żonę, dzieci i psa. Rodzinę, zazwyczaj okazuje się, też. Był nawet jeden zainteresowany, wydawałoby się. Lecz nie tak jak ona. Miewał dla niej tylko kilka chwil, podobnie jak tamci, których z nią widywałam pod nieobecność męża.Wierzyła (i tak) w swoją bajkę. Z tym że nie do końca i nie na pewno. Kobiety jak ona tak mają. Złudzenia?
Nigdy nie nawiązałyśmy kontaktu wzrokowego. Ani żadnego innego. Ze swoim mężem, postacią mało ją inspirującą, była związana dziwnym węzłem ni to litości, ni to wdzięczności, poświęcenia, zagubienia, a może strachu. Nie był sensem jej życia, jak ona jego. Nie kocha go, myślałam. Chociaż kto wie. Był gwarantem, był na wszelki wypadek. Był jej przepustką do czegoś lepszego, do realizacji marzeń. Był. Prosty chłopak, któremu coś tam wyszło. Jego kumple z podwórka siedzą. Co drugi. Albo dokańczają nigdy niekończący się wódczany slalom, który trafił im się w genach lub przez przypadek. Chłopak z "tej" dzielnicy: bez szansy, bez perspektyw, bez przyszłości. Na ogół. Zobaczył ją w dyskotece. Była pulchna, to znaczy z krągłościami. Podobała mu się. Taka miała być, choć później już nie była. Piorun! Niedowierzanie. Miłość. I tyle. "Wreszcie kogoś mam, komu na mnie zależy, kim mogę się opiekować". Pięknie to sobie wymarzył, tacy tak mają. Pewnie myślał, że ona musi być wyjątkowa, skoro go chce. Prawie nie znał bajek, ale pamiętał tę o rycerzu i pięknej księżniczce, którą ratuje. On. Zapragnął być rycerzem. I księżniczkę już miał. To ci dopiero! Każda księżniczka przecież chce mieć swojego rycerza. Żeby zabijał te straszne smoki, które jej nie dają żyć.
Zapewne była córką zwyczajnej, normalnie wyglądającej, płacącej podatki i oszczędzającej na starość oraz domek z ogródkiem, przeciętnej, i jak to zazwyczaj bywa, nie za bardzo udanej pary. Nie ma to jak prawdziwa miłość. Typowe małżeństwo klasy pracującej i, jak Bóg przykazał, chodzącej do kościoła. Była córeczką tatusia, nawet. Co się stało, że przestała nią być? Tatuś pewnie był cholernie wymagającym tatusiem, paru takich znam, ambitnym, zaborczym, surowym. Jak to z takimi bywa, zawsze widział w niej coś do ulepszenia. Nic, czym się odznaczała, nigdy nie było dość dobre. Miała być kimś. Jego wykrwawiającym go marzeniem, które gdzieś mu jednak umknęło. Rozczarowywała go? A może któregoś dnia zobaczyła za dużo? Czy może uświadomiła sobie "coś"? Gdy tatuś w "karach cielesnych" posunął się za daleko...
Mama musiała taty słuchać, jak to zwykle bywa, ale ona nie. Nie wtedy, kiedy był z nią blisko. Gdy jej potrzebował. Nagie fakty mówiły same za siebie - ciało. Szybko na to wpadła po gorączkowych wizytach taty w łazience, gdy kąpała się w pianie. Lub gdy kładła się spać w tym kolorowym dziewczęcym pokoju z przewagą różu "Hello Kitty"... Dawał jej pewnie lalki Barbie w seksownych miniówach, kazał jej wydymać usta, jakby była modelką.
"Masz ślicznie wyglądać i ładnie się ubierać dla taty. Tata wie, co dla jego dziewczynki jest dobre. Dziewczynka nie musi się martwić. Wszystko dostanie" - mówił, pokazując kolorowe gazety. Jeśli będzie posłuszna i będzie robiła, co on chce, rzecz jasna.
"Być sexy". Skąd wiedziała, na czym to polega? Była pilna? Nauczyła się, jak chciał tata? Czy zobaczyła po kilku udanych wyskokach na miasto? Miała dopiero szesnaście lat. Wiedziała już, jak czarować, niewinnie się wdzięczyć, okręcać na palcach. Wtedy miała nagrodę, tata był miły, sympatyczny i dobry. Jak to mówią, "kup jedno, drugie dostaniesz za darmo". Tylko że czary nie działały zawsze i wszędzie. W domu czar pryskał. Sporo już wiedziała. Chciała się też wyrwać z zaduchu blokowiska, z życiowego second-handu albo z wyprzedaży ciuchów, śmierdzących zsypów i jak z niemieckiego szrotu aut pod oknami. Od wrednych sąsiadów, którzy tak patrzyli... A może chciała być sławna? Podziwiana? Włożyć kapelusz, pojechać pod palmę, iść do najlepszego w mieście fryzjera, być jak dziewczyna piłkarza... I zjawił się on, chłopak od porządków w dyskotece. Nie musiała czarować ani udawać. Wtedy jeszcze nie. Chociaż niedługo. Niczego od niej nie chciał, wiedział, jaka jest (ale nie do końca), chciał, żeby była. To mu wystarczało. Jej też (potem już nie). Wiedziała, że zrobi dla niej wszystko. Miała na niego sposób.
"Miłość ślubna". Godzinami pewnie obmyślała ten jeden, jedyny dzień niestworzonych obietnic oraz możliwości. Skończyła tylko dziewiętnaście lat. Ale miała plany. On chciał ją wyrwać z dzielnicy, nudy, z objęć taty, przenieść w inny świat. Obiecał.
Pierścionek zaręczynowy (dlaczego taki mały?!). Biała sukienka-beza, welon do ziemi, limuzyna ze wstążkami specjalnie na tę okazję. Jej marzenie. Nie takie znowu niezwykłe. Ceremonia z księdzem w tle, bukiet lecący niby złowróżbna kometa... Prezenty. Obietnice. Wielkie rodzinne przyjęcie. W końcu raz w życiu wydaje się jedynaczkę. Tata chyba nie był zadowolony. Mama tak, wszak pozbyła się konkurencji, tej krnąbrnej dziewczyny. Nie żeby jej nie kochała. Ale...
Miała może z siedem lat, nie pamięta - przeczytałam w pogniecionym zeszycie, który jak wiele innych jej spraw wraz z wyblakłym zdjęciem chudej dziewczynki w okularach wyciągnęłam ze śmietnika. Mama wsadziła ją do auta, auto było taty, pisała koślawym pismem, które ledwo mogłam odczytać. A potem pojechały długą drogą, gdzieś przed siebie. Na most. Mama popijała z butelki, którą miała obok, już się nie kryła. Śmiała się, śpiewała, dużo mówiła. Coś o niej, o tacie i że uciekną. I jakie będą szczęśliwe. Akurat.
- Idź tam i nie oglądaj się, żeby nie wiem co!
Potykała się, krzyczała. Wyrzuciła butelkę, a ją, ogłupiałą, pchnęła do przodu. Była skostniała z zimna i głodu, chciało jej się do toalety, połykała łzy. Długo jechały. Nie pamięta, czy się bała. Ale chyba nie. Widziała dużo świateł i więcej nic. Stała zsikana. Nic nie robiła. Było jej obojętne, teraz to wie. Poczuła ten ohydny zapach: wina i cukierków miętowych. Nienawidziła go. Wtedy mama szarpnęła ją od tyłu i zaczęła obcałowywać, płakała, szlochała, głaskała po włosach; czuła na twarzy jej ślinę pomieszaną ze łzami, solą i tym czymś, co leci z nosa. A potem matka odepchnęła ją. Znowu. I zapaliła papierosa, który przebił się przez zapach alkoholu. Nigdy nie paliła przy tacie. Wyrwała się, poszła na całość. Wyrzuciła peta. A potem rzygała. Pamięta to doskonale i wie, że po niej to ma. Ciągle rzygająca matka.
Czułam, że nie powinnam tego czytać, że jest tak, jakbym z czegoś ją okradała, że wchodzę w jej życie. Obawiałam się. Czego? Nie mogłam, nie chciałam się powstrzymać. Wciągała mnie. Do krwi obgryzłam paznokcie.
To mama pokazała jej, jak można z tym wszystkim żyć - gryzmoliła tym swoim dziecięcym pismem. "To twoja wina, jesteś dla niej niedobra" - wtedy po raz pierwszy usłyszała głos przemawiający w jej głowie, ale przecież lubiła dostawać prezenty od taty. Poczuła, jak gorące łzy spadają na jej gołe kolana i rozbijają się u stóp. Miała tylko jeden sandał, drugi nie wiadomo gdzie. I mokre majtki, piekło ją w tym miejscu, którego nienawidziła. Było jej źle i wszystko jedno, co mama zrobi. "Zasłużyłaś" - powtórzył znowu głos. Obijał się po całej głowie. (Teraz też do niej przychodzi). Było jej bardzo zimno i obojętnie. Bolało, jak wtedy, gdy dotykał jej tata - żeby już się skończyło.
Czytałam i czułam, jakbym tam z nią była. Ból. I ten chłód.
- Nie mów nikomu, że przyjechałyśmy tutaj. Już więcej tak nie będzie. Mama cię kocha, kocha też tatę i boi się go, ale nie wie, co z tym wszystkim zrobić. Nic nie rozumiesz! - krzyczała. - Chciałam to skończyć. I nigdy, ale to nigdy już tak nie będzie - powtarzała w kółko i w kółko.
Ale było... Długo potem chorowała. Nie chciała wstać, nie mogła jeść. Tata był wściekły, przecież zasłużyła. To wtedy zaczęła zapisywać, bo komu miałaby powiedzieć? A potem, dużo później, kiedy była w liceum, zaczęła rzygać. Jak matka. I szukać takich przeżyć, żeby się zrelaksować, lepiej poczuć. Seks bez uczuć z dużo starszymi był w sam raz. Uczyła się też zdań, które dla niej nic nie znaczyły. Rzucała nimi, jak chcieli, jak lubili, sprzedawała im. Dostawała, co chciała. W zamian. Miała przewagę. I władzę. Wiedziała. Czuła to. Już nie myślała o mamie ani o tacie. Było jej obojętne. Już się nie bała.
Dziwny przypadek, pomyślałam, i że odkryłam jej tajemnicę... O której pewnie nigdy nie odważyłaby się powiedzieć. Nikomu. Też bym nie powiedziała.
Było tam jeszcze jedno zdjęcie - wszystkie światła na nią! Idealnie, pewnie tak zaplanowała. I wreszcie jest gwiazdą! Chociaż przez chwilę, a nie tylko córeczką tatusia, która w zmysłowy sposób poruszając biodrami, kokietując i przybierając pozy, sprawiała, że był zadowolony. Była jak chciał - jego "małą babygirl". Teraz już nie musi. Koniec. Jeszcze tylko sesja u fotografa od ślubów. Podróż do Egiptu all inclusive. Para młoda w apartamencie, gdzie łoże z baldachimem... Jacy wszyscy szczęśliwi! Koniec. Uff... Co za ulga.
Tatuś wreszcie zajmie się mamusią. Będzie tęsknił...
Dziwne, ale naprawdę to widziałam. Wyobrażałam sobie?
Nieraz widywałam, jak paradowała w ekstrabieliźnie (ekstrabielizna nie jest dla męża), czarowała. Czary są dla nich, dla łatwowiernych idiotów. No przecież. Po kilku razach już wiedziałam, że zaraz zasunie zasłony. A potem krzyczała jak aktorka w porno. Nie wiadomo, na mój czy na ich użytek? I te udawane orgazmy, i ten szał. Brzmiało to, cholera, jak w tych rapowych kawałkach spływających brutalnym seksem, gdzie on pieprzy ją jak szalony, a ona uszczęśliwia jego. Żoną może i nie była najlepszą, kit za to potrafiła sprzedawać niczym tajlandzka dziwka - koncertowo. Wyglądało na to, że nauczyła się dawać, co chcieli, na tysiące sposobów. Pewnie tylko tak mogła sprawić, żeby jej potrzebowali, żeby była niezbędna. Każdy z tych gości chce mieć poczucie, że jest dużo lepszy. Więc ona udaje podeptaną. Chyba że naprawdę jest? Patrzyłam na nią, na nich, próbowałam zrozumieć. Uczyłam się, być może siebie? To jasne, że każdy z nich potrzebuje kogoś, komu może dać trochę (nie za dużo) luksusu. Dlaczego by nie jej? Dzięki niej jeden z drugim może poczuć się niesamowicie wyjątkowym facetem i to z władzą. Dumnym z siebie posiadaczem, jak nigdy nie byli dumni z niego rodzice. Mama i tata. Tak to wygląda.
Czasami widziałam, jak pilnie się uczyła, chyba nawet z przyjemnością. A potem, jak lubili, również z przyjemnością sprzedawała im, co chcieli usłyszeć. Im wystarczało. Jest nawet mądra. Pewnie tak myślą. Bo co mają myśleć? Z nadzwyczajną lubością pławiła się w ich niewolniczym podziwie i w luksusie, który mogli od czasu do czasu jej dać. Pewnie, że się uda. - Musi się udać - obwieszczając to, zaciskała szczęki. - Mam wyćwiczone "kocham cię". W zamian nie oczekuję "kocham cię". Nie muszą, nie cierpię tego. I ubóstwiam ten moment, jak odbieram faceta innej, chociaż na chwilę. (Trenowała przecież na mamie i na tacie). Lepiej być dziwką niż kurą domową, no nie? - mówiła głośno do smartfona, jakby był jej psychoanalitykiem. Ciągle do niej wracali. Bo miała ciało, władzę i przewagę? Posiadała nad nimi jakąś hipnotyczną moc, której się nie spodziewali? Manipulowała? Nie musieli też jej znać ani nic o niej wiedzieć. Nie potrzebowała tego. Wyglądało, że za panowanie nad nimi, kasę oraz satysfakcję po kawałku oddawała życie. Jej związki były krótkie, płytkie, nieemocjonalne. Niektóre żyły nie dłużej niż tych parę - komuś wykradzionych - chwil. - Nikt przecież nie ma ochoty na niekończący się seks z gościem, który coś tam łyka. Biorą te niebieski dropsiki bez obaw, że zajadą się na śmierć - unosząc głowę, parskała. - Miłość to karuzela, wrzucasz kasę i się kręci. Raz się żyje. Co tam - mówiła i mówiła, śmiejąc się w telefon, wydmuchując papierosowy dym prosto w moje okna. Jakby chciała mi coś powiedzieć, coś dać. Nie ukrywała się. Łapała gości, którzy coś skrywali, byli niepewni w łóżku albo myśleli, że są dobrzy, bo mają orgazmy. Spanikowani jak ona. W seksie szukali bliskości bez zaangażowania. Miłości na chwilę. I czegoś. Była im niezbędna. A może - jak tamten, jej mąż. Jak prawie każdy - bała się jedynie samotności do końca życia?
Po wszystkim, kiedy już wyszli, szła się wyrzygać. "Wymiotowanie czy wymiatanie? Taki gniew skierowany w samą siebie" - usłyszała pewnie kiedyś w programie telewizyjnym. A może przeczytała na Pudelku albo na samotności.pl, albo na wyćmisięchce.pl, albo na szukamsponsora.pl. Pewnie nie pamiętała. Wszystko, o czym tam mówią, to ulotność. Nie umiała się przecież cieszyć tym, co jest. Marzenia miała nie z tej ziemi. Jeśli już skończyła w kiblu, swoje ciało rzucała na nowiutkie łóżko ogrodowe, leżała na nim, jakby spadła z sufitu, jakby ugryzła zatrute jabłko, jakby czekała na księcia.
Cmok - całus. Hop - wyrywa ją z tego pieprzonego snu. Pewnie tak to widziała.
Śnieżka. Lodowa księżniczka - nie przestawałam jej oglądać. Miałam wtedy dziwne uczucie, iż mogę zawładnąć jej życiem, jej ciałem - "wrzuć monetę, będę twoja...". Byłam już tym wszystkim zmęczona, można powiedzieć, że na skraju. Wciągała mnie. Jak tamtych. Nie chciałam, ale najwyraźniej grałam w jej grę. Wpadałam w jakąś dziwną otchłań, którą tworzyłyśmy; ona, oni i ja. Jakiś pieprzony niekończący się sen, z którego nie można wyjść, który podtruwa wszystko wokół.
Ciekawe, czy wie? Jeśli tak? Co chce ukryć, a co pokazać? - pytałam samą siebie, nie znajdując odpowiedzi. Miałam ochotę podejść, podnieść czerń okularów i zobaczyć, co za nimi skrywa. Oczy szeroko zamknięte? Ogarniała mnie coraz większa, niezdrowa, chorobliwa wręcz ciekawość. Cała ta jakże absurdalna sytuacja uprzytomniła mi, że w podobny sposób w przeszłości, od której uciekałam, przyglądałam się Igorowi, gdy o tym nie wiedział. A on przyglądał się mnie. Nagle to zobaczyłam. Ciągle miał twarz dziecka, tyle że z twardymi jak blacha oczami. I był taki schludny. W jakimś sensie podobny do niej. Mógłby spokojnie dawać lekcje z tego, jak ranić i jak głęboko zakopywać to, co się czuje. Igor, czyli w mojej głowie same znaki. Nie umiem powiedzieć, dlaczego, ale ciągle tak jest. Nigdy nie chciałabym być tak podglądana. Choć nie byłam wcale tego pewna. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, z przyzwyczajeniem można nawet żyć.
Co bardzo mnie dziwiło, miała rutynę. Wstawała, szykowała się, wychodziła i znowu wracała. A potem przerzucała te swoje kolorowanki, jakby wiedziała, że nie idzie tu o intelekt. Ani o nic. Z wypiekami na twarzy pochłaniała (jest taka brutalnie nieoczytana) ostatnio modny bestseller o cudownym młodym facecie, który wszystko już ma. I który kocha w taki jak ona sposób. I jest bogaty, i wykształcony, i ustosunkowany, i taki wyrafinowany. I och! Inny książę z innej bajki. Mogłaby mu podrzucić parę rewelacyjnych pomysłów, które sama ulepszyła. W końcu jest specjalistką - dyskretną, chociaż nie zawsze profesjonalną. Zakochała się w tym, czego nigdy nie miała. No przecież. Ciągle i ciągle z fascynacją patrzyła na kolejną panią, wdzięcznie upozowaną nad niebieskim okiem basenu. W otoczeniu tysiąca par butów i tyluż torebek! I z małym pieskiem zabawką, którą, jak się znudzi, można gdzieś upchnąć. Perfekcyjnie kopiowała cudze scenariusze na życie. Nie wiedziała jednak, jak opłakane mogą się nieoczekiwanie stać. Och! Będzie miała doła... (nawet to wiedziałam). Oni przecież w jej życiu się nie liczyli. Nie kochała ich, podawała się jak na tacy. "Zero zaangażowania, ruletka" - mawiała jak zwykle do telefonu. Ale właśnie to pociągało i ją, i ich. Miała nad nimi moc. Ciekawe, że nigdy nikt u niej nie bywał. Nie miała przyjaciółek ani nikogo. Przynajmniej nie musiała się bać, że odejdą. Była już tylko ciałem. Na tacy.
Szybko wstała, zrobiła makijaż, poprawiła nowy ciuch, jeszcze raz się potwierdziła w szkle okna i poszła wzdłuż przystrzyżonego trawnika. Jeśli zobaczy ją dostatecznie wiele osób, nie będzie potrzebowała, żeby ktoś się o nią troszczył. Wszystkich tych oglądaczy zmusi, żeby ją pokochali. Przecież jest tego warta! Dziwne, ale o tym również pisała.
Jeden z nich, wydawałoby się, że dla niej ważny, powiedział, że ją stąd zabierze. Da jej wszystko. I dom... Akurat. Nie uda mu się zmusić jej, żeby coś poczuła, nie ma takiej opcji. A jak będzie chciała coś poprzeżywać, pójdzie do kina. Nikt jej już nie upokorzy ani nie sprawi, że będzie cierpiała, postanowiła, podkreślając wszystko na czerwono.
Kobieta po wspaniałym seksie, pocałunkach, zachwycie w oczach i słowach. Rozgrzana w ramionach mężczyzny, fruwa. Dostaje skrzydeł. Ona jakoś nie dostawała. Po każdej wizycie tu i tam kurczyła się. Jakby nic nie mogła poradzić albo jakby jej nie zależało. Wyglądała wtedy na starszą i zużytą. Cień samej siebie. Jej ciało utleniało się, znikało dzień po dniu. Jadła niczym oszalała, wrzucała w siebie wszystko: słodkie, kwaśne, chude, tłuste i znowu słodkie... Czyż nie była śmieciem? Gwałciła się przez żołądek albo pieprząc się z tymi dostarczycielami iluzji. Karała się. Rzygała (jak matka). I już była czysta. Pusta w środku. Pusta na zewnątrz. Nikt nie mógł jej niczego zarzucić. Nawet tego, że to lubiła. Może przeczuwała, że szczęście nie jest wtedy, gdy się wszystko ma, ale całkiem odwrotnie. Budowała sobie domek z cudzych kart, z cudzych emocji. Nie z własnego życia. A cudze to cudze. Można lizać, z tym że przez szybę. Smak żaden, niesmak zostaje. No, chyba że się wyrzyga. Układała sobie bajkę, w którą beznadziejnie wierzyła. A poza tym nienawidziła tej przeszłości z bloków i nudnej zwykłej codzienności. I tych starych, którzy nie dają jej zapomnieć. Niech się walą! Niech się odczepią! Życie tutaj jest takie kolorowe i takie przyjemne - rozmyślała, gapiąc się leniwie na wymuskany ogród i na tarasy zastawione egzotycznymi drzewkami oraz eleganckimi jak z żurnala meblami. Kupiła na wyprzedaży biały leżak. Biały jest taki glamour. Nie jest dizajnerski, jak u tamtych, ale... Usiądzie na nim w kwiecie lotosu i z czerwoną bardzo cool nitką na ręce. Parasol, stolik i foteliki też białe są. Obok ustawi równie eleganckie białe storczyki, albo zielone drzewko i lawendę. Aranżowała i przestawiała wszystko, chyba z pół dnia - jaka zajęta! Prawie tak samo jak w tej gazecie prawdziwszej niż życie, wypełnionej po brzegi półmózgimi celebrytkami, którym tak zazdrościła, w których skórę chciałaby wejść. Bardzo to schizofreniczne.
"Zacznę biegać jak tamci z piętra obok" - mówiła znowu w telefon, leżąc w zgrabnej pozie na nowiutkim leżaku. Leniwie, z zainteresowaniem śledząc efekt tego, co zrobiła z paznokciami. I co raz za razem, gdy pociągała papierosa, ulatywało z jej płuc. "Mają takie zajebiście modne ciuchy. Ciekawe skąd?" - dodając, paliła, jakby chciała utonąć w dymie. Jednocześnie wręcz obsesyjnie kontrolowała własne odbicie w szybie. "Muszę mieć wszystko, co sprawi, że będę szczęśliwa. Będę biegać, będę jak oni" - podjęła decyzję raz, dwa, trzy. Wzięła szczyptę czegoś białego z papierka po babeczkach, trochę chemii, by wyzwolić się z więzienia teraźniejszości. Obserwowałam, jak namiętnie oddaje się nałogowi. Nałóg czy tamci? Co za różnica? Zapaliła kolejną cienką fajkę. "Papierosy mają obietnicę - to ich nieprawdopodobna zaleta" - przeczytała szorstkim głosem napis i oszczędnie łyknęła mineralnej. Przyciemniony od czerwonych, ale jakże pysznych win uśmiech wyrzuciła do kosza razem z myślami i dogasającą zapałką. Jej dusza odfrunęła, choć dalej w szybie obserwowała odbicie samej siebie. Przerażała.
Patrzyłam na nich. Na nią i jej męża. Czułam się jak w teatrze, ale nie jak widz. Uprawiali, jak większość wokół, może i przyjemne do pewnego stopnia kłamstwa - widziałam to - którymi częstowali się nawzajem. Jak ludzie mogą tak żyć? - myślałam. Po co są razem? Bo się boją? Może to lepsze niż być samemu? Albo może lubią żyć w tym miłym napięciu, bo nakręca? Tylko po co? Przecież życie jest za krótkie! - odpowiadałam znowu sama sobie tym na tysiące razy wyświechtanym sloganem. I już byłam zadowolona. Czułam się lepsza. Od niej, od niego. Od wszystkich. Kogo tak naprawdę chciałam oszukać?
Złapałam ją kiedyś. Myślała, że nie widzę, że mnie nie ma. Ale byłam. Nie powiedziała "dzień dobry", nigdy nie mówiła. Stamtąd, skąd przyszła, nie mówi się. Zobaczyłam nagle, że ona może widzieć mnie lepiej niż ja ją. O co chodzi? Pomyślałam wtedy, dotarło do mnie - ona obserwuje też. Skąd ten pomysł? A ta sukienka? Kolejna w tych jak moje kolorach. Ta i poprzednia również? Własnym oczom nie wierzę, myślałam spanikowana, kradnie mnie kawałek po kawałku. Trywialne - chce być jak ja? Ale przecież ja siebie aż tak nie lubię. Tylko że ona o tym nie wie. Jak o wielu innych rzeczach. Nie wie też, że od dawna nie nosi się butów i torebek w kompletach. To dopiero numer! Chce być moim lustrem, coś mi zaklikało, pieprzony Dorian Gray. Ciarki mnie przeszły.
Usłyszałam dzwonek. Zeszyt z jej koślawym pismem i jeszcze bardziej koślawymi, aczkolwiek fascynującymi zwierzeniami, upchnęłam szybko na półce z butami.
- Przesyłka do pani. - Pod drzwiami stał młody posłaniec z wielką paczką.
- Ale ja nic nie zamawiałam.
- Jak to nie? Z wypożyczalni. Torba. Już tu przywozili.
- No chyba nie.
- Nie? - Poślinił palec, przeleciał zlecenie, potarł nos. - Torba Luis jakiś tam Witon.
- Louis Vuitton? - spytałam zaskoczona.
- Noo, wpłata gotówki za tydzień. Pięć stów plus VAT, o proszę - pokazał i znowu poślinił palec.
- Numer się nie zgadza, tutaj jest zupełnie inny. Zadzwonił pan nie do tej klatki.
- Ma pani rację. Nie ten kolor wycieraczki. - Gapił się na moje nagie stopy i niedomalowane paznokcie. - Tamta jest zajebiście czerwona, ze złotym napisem - chrząknął.
- Nie rozumiem.
Nie rozumiałam i w tym momencie oświeciło mnie. LV z wypożyczalni miał trafić do sąsiadki. Na cały tydzień! Trafił do mnie. Na chwilę, ale zawsze.
- Wow! I ma czerwoną wycieraczkę.
- No, zajebistą - powiedział, odwrócił się i poszedł.
Zajebistą, ciekawe. Już widziałam, jak LV z wypożyczalni - puchar jak ona przechodni - będzie świetnie pasował do czerwonego płaszczyka. Nie jak do tego sławnego czerwonego dywanu, po którym paradują gwiazdy. Ale zawsze... Całe jej życie, no cóż, jest w garderobie. W luksusowej jaskini po brzegi wypełnionej złudnymi nadziejami.
Któregoś dnia wracając znad rzeki, omal na nią nie wpadłam. Zobaczyłam, jak minęła kobietę z dzieckiem i przystojniakiem, pewnie mężem (widziała ich z daleka), i z jeszcze jednym w okularach. Czegoś szukali? Nowi? Musiała się skupić, żeby świetnie wypaść. Całe rano robiła pewnie makijaż. W czerwieni i szpilkach, też czerwonych (marzyła o nich), i w czerwonym berecie wyglądała, że och! Na bieli śniegu jest jak kwiat. Trochę trudno się idzie, ale co tam. Musi świetnie wypaść. No i ma wymarzonego "Elvi", tylko na trochę, ale zawsze. Pokaże tej kobiecie, że to ona jest ważna. Ją zobaczą, będą podziwiać, woman in red. Popatrzy jej w oczy, niech wie. Mąż i ten drugi zaniemówili. Zapomnieli o tamtej i dziecku, była w szarościach. Jak ja. Niewidoczna.
Przeszła kołyszącym się krokiem na metalowych obcasach. Nie widziała mnie. Nieskomplikowana, bardzo prosta pułapka na myszy. Sami wpadają - uśmiechała się do tych myśli - ma ich, kiedy tylko chce. Wystarczą - wydęła wargi - czerwone w jabłuszko usta, czerwony grzybek, czerwone trujące jagody. Oni to widzą, oni tego chcą. Lubią truciznę. Pragną jej w małych dawkach, od czasu do czasu. Dalej już bez niej nie mogą żyć. Nic niewarci frajerzy. I tak wyciągnie z każdego, ile się da, tak po drodze, po trochu. Lubią myśleć, że są hojni. Ale nie są - wyraźnie zmarszczyła czoło - koniecznie muszę mieć te ray bany, made in USA, i koniecznie z jasnymi na zimę szkłami. Czarnych już się nie nosi. I te fantastyczne szpilki, w najnowszym kolorze sezonu. Nie te z Zary - są takie niewygodne. Niektórych jarają do szaleństwa stopy. Musi o nie dbać. Nie lubi ich, mogłyby być drobniejsze. Czego by jeszcze chciała? Chyba musi się zastanowić. Powinna się uśmiechać. To lubią też. Myślą, że są tacy zabawni. A ona bezproblemowa. Pewnie poćwiczy na tych filmach z internetu, albo na tych, które lądują w śmietniku, żeby im dogodzić, żeby nie poszli dalej. Coraz więcej młodych suk gotowych na wszystko chodzi po barach, po sponsorskich imprezach, knajpach i stronach w necie. Ale ona swoją stajnię ma. Pełny komplet. - Tyle jest pokus... - westchnęła. I ta władza nad nimi - na samą myśl przeszedł ją dreszcz. Poczuła się świetnie. Odetchnęła. Kiedyś była małą poszukiwaczką złota, ale to już jej nie wystarcza. No jasne. To, że tamta przypadkowo spotkana kobieta poczuła się gorsza i zagrożona, chociaż przez chwilę, sprawiło jej niewyobrażalną przyjemność. "Niech wie...". Zwyciężyła. Poszła. Zapomniała.
Kobieta z dzieckiem dostała po drodze lekcję. Długo jej nie zapomni. Zapamięta, że w pobliżu jej rodziny nie powinno być takich kobiet. Zobaczyła to w oczach męża.
Niczego już nie był pewny, tak jak nie widział, do jakiego stopnia jest od niej uzależniony. Powoli zamieniała się w ruinę kobiety. Nie mógł jej na to pozwolić. Przecież nie mógł się z nią rozwieść, odejść, podciąć gałęzi, na której on i ona siedzieli. Zmieniła się, robi, co jej się podoba. Próbował być górą, kontrolować i żeby było, jak on chce. Ale to ona z nim gra w te swoje gierki. Panuje, dominuje. Czuł przy niej, a nie tego pragnął, wściekłość smutek, dziwną pustkę i lęk. Jak szybko, kurwa, okazało się, że rola sługi zupełnie mu wystarcza! Był nieszczęśliwy? Nie! Kochał ją. Tak! Kochał ją. Toksyk. Była jego bóstwem, jego księżniczką, jego marzeniem. Ale była też od niego cwańsza. Bał się czegoś? Odrzucenia?
Wyglądało na to, że każde z nich ma swój własny milczący, na cztery spusty zamknięty świat. Obojgu brakowało wiary w siebie. Bali się porażki. Ich małżeństwo było jak wspinanie się po wieżowcu bez liny, bez zabezpieczenia. Tyle chciał jej powiedzieć o swoich planach, o nich, o ich związku, ale nigdy nie powiedział. Wcale ze sobą nie rozmawiali. Czuł się winny. Przecież jej nie biję - myślał, jeżdżąc po kraju za kółkiem wielkiego tira. Pruje się na to superdrogie "gniazdko", na które ich nie stać. Robi wszystko, żeby była szczęśliwa, zadowolona i dumna z ich życia. Z niego. Ale nie jest. Dlaczego? Musiał kontrolować ją i jej emocje. Znał ją przecież lepiej niż ona samą siebie. Nic sobie z tego nie robiła. Kiedyś nie miała nic przeciwko, chciała tego. Był pewny. - Nie kontroluj mnie, kurwa! Daj mi żyć! - coraz częściej krzyczała, gdy wracał, nierzadko po kilku dniach, niewyspany, niedomyty, stęskniony i zmęczony. I chciał z nią rozmawiać albo coś. Zawsze otwierała te swoje kolorowe pisemka z optymistycznymi durnotami i wydymała wargi jak te lalki z okładek. Jakby chciała coś possać. Kiedyś podobało mu się to, że robi takie usta, pełne i namiętne. Kiedyś.
Przez przypadek w jej laptopie znalazł często otwieraną stronę sado-maso. Ohyda, kurwa! W co ona gra? Jak o całej reszcie, wolał nie wiedzieć. Ostatnio coraz częściej myślał, że jego miłość jest jakimś rodzajem trucizny. Czuł, jak staje się kłębkiem nerwów. Był wściekły. Ale nie na nią. Próbował, chociaż nigdy nie odważył się jej zapytać. Lecz z jakiegoś powodu wiedział. Suka - kocham sukę. Nic na to nie mógł poradzić. Chciał mieć kogoś, kto nie mógłby bez niego żyć. Chciał tylko przy niej być. Mieć ją. Pomagać jej. Być odpowiedzialnym. Przecież, kurwa, zasłużył sobie na to. No przecież ją kocha. Musi ją stąd zabrać. Nie wytrzyma.
I ten wstyd, ta podejrzliwość, której nie może się pozbyć, i złość, którą ostatnio ciągle czuje.
Coraz częściej słyszał ten wirujący łomot w czaszce. I zamęt w myślach. Tak pięknie wyglądała w czerwonym płaszczyku (skąd go ma?), czerwonych szpilkach i czerwonej czapeczce. Gdzieś szła. Umalowana. Nie dla niego. Zakazany owoc. Trujący. Masz go nie jeść! - słyszy ten pieprzony głos. Ale i tak jej chce.
- Odpierdol się albo wreszcie wyjedź! Kontrolujesz mnie, coraz szybciej wracasz! - wykrzyczała mu, kiedy po raz kolejny zebrał się na odwagę i spytał, czemu tak późno wychodzi, gdzie i z kim pałęta się po nocy. Gdyby wiedział...
Czerwony płaszcz, szpilki i beret, tanie haki na tanie chłopaki, wyrzuciła razem z tą debilną wyciskarką, którą podarował jej tamten, żeby mu soki robiła. Zajebiście! Miały być kolczyki z diamencikami, o których przecież marzyła. Miał jej na urodziny dać. Przyniósł ohydę przypominającą maszynkę do mięsa. Frajer! Nawet nie wiedziała, gdzie ma ją postawić. Bała się jej, że coś jej wkręci, utnie, zmiażdży. Przecież nie lubi siedzieć w kuchni. Nie jest jak matka kucharką, wiecznie nadskakującą staremu. Nienawidzi być w kuchni, śmierdzieć nią, nie będzie obierać tych pożywnych marchewek i buraków, przestawiać garów i znosić plastikowych toreb z tanim gównem z supermarketu. I jeszcze te wymądrzalskie książki o fantastycznych dietach - żeby dłużej żyć, zajebiście żyć - nudzą ją. Co miałaby powiedzieć staremu? To nie buty, nie torba, nie perfumy. Te łatwo ukryć. No właśnie. Pisała i pisała. Najwyraźniej lubiła to. Chciałaby mieć życie pełniejsze wrażeń. Chciałaby być kobietą ekskluzywną, ale przecież nie z nim. Nie musiała jeść, żeby rzygać. Wystarczyła jego obecność. Stał się wszystkim, czego tak nienawidziła. Przeszłością, o której chciała zapomnieć. Raz na zawsze. Bo czy zajebiście jest żyć z kimś, kto ciągle musi być, z kim nie ma fanu. Nadskakuje, skomli - totalnie oddany. On i ta jego "psia" miłość. Niech się nią udławi. Jak dławi ją. Uczepił się, przyzwyczaił, boi się zmian i że sobie nie poradzi. Jak tylko nim pogardza, coraz bardziej się czepia. Czuje się zagrożony. O tym dawno wiedziała. Wręczając jej kolorowe gazety, kiedy myślała, że mogłaby się uczyć, ojciec mówił: "Z inteligencją seksu się nie uprawia, tylko z babą". I że tylko tak może ich mieć. Krótko, na smyczy. I że nie może bez swojej dziewczynki żyć. On też, kurwa! Jej nie pytał o nic. Brał. I tyle. Wstyd - rodzinny sekret. Nienawidziła o tym pamiętać. Spychała te myśli gdzieś na bok albo rzygała. "Ludzie walczą o prawa, ale zawsze są to prawa dla mężczyzn". No właśnie, chyba spodobało jej się to zdanie. Nie wiedziała pewnie, gdzie je usłyszała, lecz zapamiętała. Potrzebowała obszaru, w którym nie mieliby do niej dostępu. "A ten ciągle coś znosi, o coś zabiega i wszystko poprawia, jak jakiś petent albo pierdolona gospodyni domowa. Ciągle mu o coś chodzi. Czegoś chce. I ta jego zazdrość. Czepia się. Nie będzie z nim gadać, jeść ani spać". Wszystko podkreśliła grubą krechą, była emocjonalna.
Wydęła usta. Jak już nie lubił. - Wisi mi to - powiedziała, ale tak, żeby nie słyszał. Wzięła pilota, kliknęła. Jej mały światek z telewizora nieustannie dotrzymywał jej towarzystwa, przykuwał uwagę. Na to zawsze mogła liczyć. Z tym że coraz trudniej jest się jej skoncentrować.
Patrzyła na rzekę. - Muszę tam pójść, rzeka mnie uspokoi - powiedziała tylko ruchem warg. Już nie chodziła do miasta, do knajp, do barów, gdzie byli ci wszyscy. Siedząc tam między tymi ludźmi, nie była sama. Mogła przed nimi udawać, że jej życie jest czymś więcej niż tylko czekaniem na kolejny telefon od kolejnego frajera w potrzebie. Chciała, żeby myśleli, że czeka na spotkanie z kimś ważnym, kto ją doceni. Jest przecież taka niepowtarzalna, chodzi do fryzjera i w ogóle. Chciałaby wywierać na ludziach odpowiednie wrażenie.
- Jesteś smutna jak wyrzucony pies... Nie... Jesteś głupsza od najgłupszego psa - powiedział taki jeden, który najpierw ją zaprosił do stolika. Ale dlaczego? Przecież tak ładnie mówiła i świetnie wyglądała, miała taki staranny make-up. A on jest nadzianym biznesmenem, tak wygląda... I dlaczego porównał ją do psa? Przecież nie jest smutna, jest taka kolorowa, taka atrakcyjna. Ma na sobie wszystkie te ciuchy. Jest jak z reklamy, jak wielobarwny ptak z filmu. Miała nadzieję, ale... Więcej tam nie pójdzie. Postanowiła.
Nie daje jej kasy, mówi, że mają długi, że muszą oszczędzać. - Pieprzony nieudacznik! - coraz częściej krzyczała do niego. Miało być tak ekscytująco, nie tak to sobie wyobrażała. Przecież ona też daje, nie tylko on. Musi wyrzucić całą tę pieprzoną pisaninę, ale tak jest łatwiej. Dobrze, że chociaż ta rzeka. Poczuła słabość, coraz częściej tak się czuła. Musi pójść do lekarza i już więcej nie będzie tego robić bez gumy. Za żadne skarby!
Zabrał ją kiedyś do takiej willi, chociaż niewiele o nim wiedziała. Przedtem wypili butelkę różowego szampana, jak lubiła. Wciągnęli coś, ale niedużo.
- To będzie niespodzianka, zobaczysz - powiedział i włożył jej kutasa do buzi. - Weź dużo żelu, będzie zabawa. - Uzależnił ją całkiem od siebie i od tych rzeczy. Jechali jak zawsze do wypasionej dzielnicy z kamiennymi płotami, basenami, kortami i bramą na pilota. Ślinił palce i całą drogę ją nimi posuwał. Była bez majtek, jak lubił i chciał. Lubił dziwne rzeczy. Ona lubiła też i wcale się nie wstydziła. Już nie. W drzwiach stanęła piękna wysoka kobieta. W perfekcyjnym makijażu, na odpowiednio wysokich obcasach i w długiej, eleganckiej, i zajebiście drogiej sukni.
- Witam. Chodź ze mną, ślicznotko - powiedziała z olśniewającym uśmiechem i oczami uczepionymi jej oczu. Pociągnęła ją w czeluść zapachów z filharmoniczną muzyką i dziwnymi obrazami w grubych, złotych ramach.
- Masz, napij się - podała kieliszek z czymś kolorowym, jakby ją przygotowywała. - Jeśli będziesz chciała coś wciągnąć, idź do kuchni. - Włożyła palce do szkła z ciepłą czekoladą, oblizała i szybkim ruchem wsunęła jej do środka. I znowu polizała. Jej oczy w ramie za długich rzęs ciągle ją napastowały i kontrolowały. Trzymały w ryzach posłuszeństwa. Lubiła to? Bała się? Zdecydowanie lubiła. Pasował jej ten dreszcz i niewiadoma. Czuła spokojną obojętność i brak jakichkolwiek obaw. Było jej wszystko jedno, dokąd to wszystko ją zaprowadzi.
- Jesteś przygotowana, mała. Rozgrzana, mokra i nie możesz się doczekać, co? - stwierdziła tamta, tym razem oblizując usta. - I jak lubię, nie nosisz majtek - mruknęła i znowu się o nią otarła - Grzeczna suczka z ciebie. Twój facet się spisał. Chooodź... zrobimy to, muszę cię mieć. A potem wybierasz ty. Co chcesz, mała. - Rozłożył ją na zimnym blacie z białego marmuru, lizał, oblepiał czekoladą i pieprzył jak oszalały. Bo to był on. Nie miał orgazmu. Trzymał ją za włosy, szarpał. Był brutalny. Napierał. Musiała dokończyć w ustach. Tak to z nimi jest. Był facetem przebranym za kogoś innego. Jak oni wszyscy, ona zresztą też. Nie pozwolił założyć gumy. Ale wcale o tym nie myślała. Było jej obojętne.
- Taka gra, mała. O to w tym wszystkim chodzi - dodał po wszystkim, dalej ją liżąc jak czekoladę. Podobało jej się, podniecało ją. Była napalona jak rzadko kiedy. Rozłożyła nogi, widziała, że patrzy. Dokończyła sama, palcami, gdy on malował usta, którymi pieprzył ją, a potem wymalował szminką. Nawet się nie myła. Ruletka. "Taka gra".
I nie musi nic udawać ani się przytulać. Jak do tego nudnego idioty męża. Dalej była kobieta, wylizała ją. Pamięta, że potem wybrała takiego sobie bez wyrazu gościa o nienagannej, przerzedzonej fryzurze i karminowych, jakby napompowanych ustach. Był jakiś inny, zaciekawił ją. "Ty mała blond cipo", mówił i mówił, jakby pukał kogoś innego. A potem jeszcze i jeszcze, i już nie pamięta. Na samą myśl robi jej się słabo i gorąco. Nie wie, czy ze strachu, czy z podniecenia. Byli tam jeszcze parę razy. Nie mogła się doczekać. Powtarzał się tylko facet z rzęsami motyla, zrobiony na kobietę. Wystawiała mu się chętna i wilgotna. Zawsze ją pieprzył, smarując czekoladą. A potem malował usta.
Znowu miała tajemnicę. Gdyby on to wiedział! Ten jej idiota mąż, który nie umiał sprawić, żeby odleciała. Zwinęła kartki, pogniotła i wrzuciła do kosza. Była pewna, że tamta z naprzeciwka je czyta - "taka gra".
Nie będzie się bała, ani jego, ani tamtych, bo niby dlaczego? Tak, będzie biegać jak ci wszyscy naokoło. Wdech, wydech i już zapomniała. Kupiła nawet ciuchy, dwa komplety: czerwony i różowy. Spódniczka i obcisłe szorty. Wyglądała całkiem jak czirliderka, zawsze chciała nią być. I trampki czerwone też ma. Facet w sklepie mówił, że nie są do biegania. Co z tego? Są takie ładne, błyszczące i czerwone. Kretyn. Raz czy dwa spróbowała, ale było gorąco, wdepnęła w psie gówno, pogryzły ją komary. "Bardzo to stresujące, cholera". I co by miała zrobić z włosami? Nie daje jej przecież na fryzjera, kiedyś dawał.
I mogłaby mieć na imię Joena, a nie tak jak ma, głupie imię. Może pójdzie na jogę? Nie, lepiej nauczy się tenisa. Tenis jest taki glamur. Tak! Obiecała sobie.
Popatrzyła znowu na niego, na męża... I pierwsze, co jej przyszło do głowy, to, że już będzie z nim do śmierci. Cholera! Nic w jej życiu się nie zmieni. Utkwi w tej niemocy, która ją ogarnia. "Kocham cię na zawsze, będziemy na zawsze razem" - nadaje i nadaje, jak jakaś zdarta nie do wytrzymania płyta. Pieprzyć to! Coś by zajarała, od razu by się skupiła, lepiej by się poczuła. Może jakieś zioło, tylko że nie ma. Nie daje jej, wydziela, chociaż ma. Tamten może przyniesie sto razy lepsze. Dzwonił, obiecał. Zajarają razem. On szuka sensu, ona też. A może ona jest jego sensem? Chociaż przez chwilę. Ciągle do niej wraca. Jak do znieczulenia. Niewiele mówi. No to zdejmie majtki, poparaduje w obcasach, powypina się, a potem rozkraczy, pozwoli się podotykać. A potem zerżnąć. Pokrzyczy na jego i na wszystkich użytek. Najwyżej.
"Seks, co za różnica. Przed czy po i tak jestem sama" - dwa samotne jak ona zdania podkreślone potrójną linią. Widziałam je w tamtym ze śmietnika wyciągniętym zeszycie. Wryły mi się w pamięć. Dlaczego? A teraz nerwowo poprawiła włosy, znowu wydęła usta, ominęła lustro. Nie umalowała się. Pewnie nienawidziła się takiej, czuła się naga bez maski, która ją chroniła. Gdy budziła się zmięta i spocona, kiedy śniła, że niczego nie ma na twarzy. Mogła nic na sobie nie mieć, ale musiała być pomalowana. Mógł to być jej prawdziwy koszmar. Niczym aktor kabuki albo gejsza musiała kłaść maski-farby albo chociaż okulary, żeby nikt nie wiedział, jaka jest. Teraz patrzyła na niego, na męża. Ale go nie widziała. Obojętność.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.