ROZDZIAŁ 2
Moja córka prowadziła tryb życia każdej normalnej nastolatki. Wiadomo, że im bardziej dorastała, tym nasz kontakt z nią się zmieniał, stosownie do jej wieku. Trzeba było idealnie wyczuć, na ile i kiedy można przycisnąć, a kiedy odpuścić, ale bardzo się z Markiem staraliśmy. Sądzę, że byliśmy dobrymi rodzicami.
Klaudia miała piętnaście lat, kiedy wyszła do koleżanki mieszkającej dwa bloki dalej i nigdy do niej nie dotarła. Nigdy też nie wróciła do domu. Zegar wskazywał dwudziestą drugą, kiedy przemogłam się, by zadzwonić do rodziców Amelii. Chciałam nawet jechać po córkę, udając wzburzoną, aby zapytać z pretensją, jak mogą pozwalać dzieciom przesiadywać do tak późnej pory. Telefon o mało nie wypadł mi z ręki, kiedy poinformowali mnie, że Klaudusi w ogóle u nich nie było i nie zapowiadało się na to, że przyjdzie, bo dziewczyny dwa tygodnie wcześniej bardzo się o coś pokłóciły. Nic o tym nie wiedziałam. Może Klaudia miała jakieś problemy? Była wtedy trochę bardziej zamknięta niż zwykle, kiedy paplała do nas jak najęta o każdym szczególe z jej życia. Tyle że położyłam to wtedy na karb wchodzenia w okres dojrzewania.
Oczywiście wpadłam w histerię, choć miałam jeszcze nadzieję, że poszła do kogoś innego, może nawet chciała gdzieś przenocować, ot tak, żeby zobaczyć, jak rodzice zareagują, kiedy przekroczy dozwoloną granicę. Marek nie chciał zawiadamiać policji. Zawsze uważał mnie za panikarę. Zadzwoniłam na komendę dopiero następnego wieczoru. Tak długo zwlekałam. Mąż jednak też w końcu zaczął się niepokoić. Może gdybyśmy wcześniej zawiadomili odpowiednie służby, może gdybyśmy obdzwonili więcej jej znajomych, może gdybyśmy jej lepiej pilnowali, może, może, może... To było takie niepodobne do Klaudii. Wiedziałaby przecież, że umieram z nerwów.
Nie rozmyślałam już dziś o tym, co wtedy zaniedbaliśmy, ale skoro wciąż nie potrafiłam prowadzić normalnego życia, tylko jego namiastkę - w oknie, to chyba ta rana w mojej duszy nigdy się nie zagoiła.
Dzień od początku przebiegał w normalnym trybie. Marek wyszedł bez pożegnania, nie chcąc mnie budzić. Niewiele rozmawialiśmy, on wracał późno, ja wtedy czasem już spałam, a częściej udawałam, że śpię, bo nie chciało mi się wchodzić z nim w interakcję. Małżeństwo idealne.
Siadłam dziś przy oknie dziwnie podekscytowana, nie mając jednocześnie pojęcia, z czego to wynika. Obserwowałam przystojnego bruneta, który odprowadzał śliczną córeczkę do pobliskiego przedszkola. Jego żona była równie idealna i we trójkę tworzyli rodzinę jak z reklamy. Obstawiałam, że się zdradzają, nie było innej opcji.
Nagle przed domem naprzeciwko, w którym mieszkało dwoje uroczych staruszków, zatrzymała się tragarzówka. Tak przynajmniej wynikało z reklamy, którą była obklejona. Zastanawiałam się, dlaczego Maria i Tomasz się wyprowadzają. Poznałam imię sąsiadki, a potem jej męża, kiedy przychodziła czasem pożyczyć cukier, wypatrując przy tym uważnie śladów przemocy domowej, bo chyba nie umiała sobie inaczej wytłumaczyć tego, że codziennie przesiaduję w domu. Szkoda, że już ich tu nie będzie. Maria to jedyna osoba, z którą w ciągu ostatnich lat zamieniłam choćby parę zdań. Nie wiem, czy Marek kiedykolwiek powiedział jakiemuś sąsiadowi, co się nam przytrafiło. Dokładnie tak nazywał zaginięcie jedynej ukochanej córki. Że mu się przytrafiło. Nie zdziwiłabym się, gdyby wszyscy tu o tym wiedzieli, dlatego byli wyrozumiali i nie traktowali nas jak zdziwaczałych odludków. Nie miałabym do Marka pretensji, gdyby im powiedział.
Rok po zaginięciu Klaudii mój mąż przestał na nią czekać. Rzucił się w wir pracy, zaczął chodzić na squasha, dbać o dietę, pocieszał mnie, siadaliśmy wieczorami na kanapie, a on trzymał mnie w ramionach. Po całym aktywnym dniu przebywanie ze mną było już tylko jedną z wielu czynności, jakie wykonywał. Dla mnie zaś było wszystkim, na co czekałam po wielu godzinach przebywania w samotności. Dziś niewiele z tego pamiętam, bo byłam otępiała od leków, a moje ciało dodatkowo wpadło w jakiś rodzaj hibernacji. Wiedziałam, że ten marazm sprawia Markowi ból. Stracił córkę i żonę w jednym czasie. Pewnego dnia oświadczył, że kupił nam dom w Kamieńcu Wrocławskim. Postawił mnie przed faktem, choć czy mogę się temu dziwić, skoro praktycznie nie uczestniczyłam we wspólnym życiu. Pierwsze miesiące po zaginięciu Klaudii były dla mnie czarną plamą rozpaczy i traumy mieszającej się z nadzieją, bo przecież nigdy nie znaleziono ciała. Na samą myśl, jak to w ogóle brzmi, żółć podchodziła mi do gardła.
- Chronione osiedle, paru bliskich sąsiadów, na pewno kogoś poznasz. Nowe miejsce dobrze nam zrobi - tłumaczył mi wtedy lekko.
- A co, jeśli ona tu wróci? - zapytałam ze łzami w oczach. - A nas tu nie będzie?
- Minęło pięć lat - odparł spokojnie, ale stanowczo, jakby próbował wytłumaczyć coś niegrzecznemu dziecku.
- Więc uważasz, że to koniec? Że nigdy jej już nie zobaczymy, tak?
Zakryłam rękami twarz i chciałam rzucić się na niego z pięściami za to, że nie ma w nim wiary, ale wiedziałam, że to byłoby przekroczeniem granicy. To on utrzymywał mnie przy życiu, taka była prawda. Gdybym umarła, Klaudia byłaby zrozpaczona, bo w to, że wróci, nie zwątpiłam ani razu.
- Uważam, że jeżeli ktoś ją odnajdzie, to da nam znać. Zaginieni ludzie nie pukają pewnego dnia do drzwi swoich bliskich. To tak nie działa. Naiwnością jest sądzić inaczej. - Objął mnie.
- Uważasz, że jestem naiwna?
- Uważam, że musimy iść naprzód. Nadal czekać na Klaudię, ale też żyć własnym życiem.
Powoli i pod wpływem przytaczanych przez niego argumentów przyznawałam mu rację.
Może faktycznie nowe otoczenie dobrze nam zrobi. Oczywiście, z radością poznam nowe sąsiadki. Wspaniale będzie uczestniczyć w życiu lokalnej społeczności. Może nawet pójdę do pracy. Odpowiadałam mechanicznie, jak robot, i nawet nie pamiętam, kiedy się spakowaliśmy i wylądowaliśmy tutaj. Jedno musiałam przyznać - Markowi udało się znaleźć mi nowe hobby i co dzień rano wstawałam z poczuciem swego rodzaju misji. Nie wiem, czy dokładnie o to mu chodziło, ale mnie to wystarczało. Pytanie tylko, czy był dumny, że robię za osiedlowy monitoring.
Ciężarówka przysłaniała sporą część domu. Widać było jednak sylwetki ludzi wynoszących ze środka meble i telewizor. Pomyślałam, że pewnie starsi państwo nie będą zabierać z domu wszystkiego. Zaraz potem podekscytowałam się faktem, że będę miała nowych sąsiadów. W głowie zakołatała mi pewna myśl, która na początku wydawała się tak absurdalna, że aż się zaśmiałam. Potem jednak uznałam, że to dobry pomysł, żeby wyjść i się z nimi pożegnać. Na pewno będzie im miło. Założyłam buty, przeczesałam włosy, przejrzałam się w lustrze i wyjątkowo dziarskim krokiem wyszłam z domu. Sama do końca nie wierzyłam, że to robię, i czułam się w tej sytuacji surrealistycznie, a w połowie drogi miałam nawet ochotę zawrócić i uciec do domu. Wtedy usłyszałam głos Marii:
- Magda?
Jej pytanie było podszyte takim zdziwieniem, jakby stanął przed nią sam papież.
- Przyszłam się przywitać, to znaczy pożegnać, bo chyba się wyprowadzacie. Więc przyszłam się przywitać, żeby się pożegnać - wydukałam na wydechu, a potem aż zabrakło mi powietrza.
- To miłe z twojej strony. - Starsza kobieta mówiła powoli i wyraźnie, jakby bała się, że nie zrozumiem jej słów, i miała mnie za niedorozwiniętą. - Faktycznie postanowiliśmy się wyprowadzić. Tomasz ostatnio gorzej się czuje, nie dajemy sobie rady z ogrodem, ze sprzątaniem, nawet po schodach ciężko nam już wchodzić. Żal mi tego domu. Przyzwyczaiłam się do mieszkania tutaj, mimo że to było dosłownie kilka lat. - Maria zapatrzyła się z nostalgią na ciężarówkę, ale szybko wróciła na ziemię i przyjrzała mi się bardzo uważnie. A nawet chyba nieco podejrzliwie. - A co u ciebie, dziecko - zapytała. - Wszystko w porządku?
- Tak - zaśmiałam się sztucznie.
Boże, trzeba było siedzieć w domu. Nagle ktoś wyłonił się zza ciężarówki. Starszy, zadbany mężczyzna z siwymi włosami i w okularach, ale z wyjątkowo bystrym spojrzeniem.
- Z kim rozmawiasz? - spytał swoją żonę.
- To jest Magda - odpowiedziała Maria, jednocześnie świdrując go na wylot, jakby chciała przekazać mu nieme ostrzeżenie. Nie uszło to mojej uwadze.
- Jaka Magda? Nie znam żadnej. - Znów zmierzył mnie z góry na dół i pewnie myślał, że jestem jakąś akwizytorką.
- Nasza sąsiadka - Maria cedziła słowa - z naprzeciwka.
Tomasz zamarł. Widziałam to - stał z otwartymi ustami i nie był w stanie wydusić z siebie słowa.
- Mówiłaś, że ona nie wychodzi - szepnął, kiedy zbliżał się do żony.
- Idź, popilnuj, proszę, tych przemiłych panów, bo już pobili kilka salaterek i mój ulubiony wazon. No idź już, idź.
Kiedy Tomasz odszedł, staruszka westchnęła z wyraźną ulgą.
- Przepraszam cię za niego. Po prostu nie zawsze wie, jak się zachować, no i ma już swoje lata - zaśmiała się.
- Zdaję sobie sprawę, że moje wyjście z domu jest czymś niespodziewanym i nie dziwię się pani mężowi. Mój pewnie myśli o mnie to samo - przyznałam szczerze.
- Jesteś bardzo miła. Powinnaś częściej wychodzić do ludzi.
- Pomyślę o tym.
Zrobiłam krok w tył, po czym pożegnałam się z moimi niedługo byłymi sąsiadami i wróciłam do domu. Oparłam plecy i głowę o drzwi, zsunęłam się po nich i zaczęłam płakać. Płakałam tak długo, aż nastał wieczór. Doszło do mnie, że zaraz wróci Marek i zobaczy mnie w takim stanie. Nie mogłam na to pozwolić. Miałam zapuchnięte i czerwone oczy, wyglądałam pewnie jak królik. Dopiero teraz zauważyłam w lustrze w korytarzu, że mam niemal wklęsłe policzki. Postanowiłam, że będę więcej jeść. Doprowadziłam się do względnego ładu i po chwili faktycznie usłyszałam odgłos otwieranych drzwi. W środy Marek zawsze wracał wcześniej, więc zazwyczaj wtedy o czymś rozmawialiśmy. Nie byłam pewna, czy powiedzieć mu o swoim dzisiejszym wyczynie, ale w sumie może poprawiłoby mu to podły ostatnimi czasy humor.
- Chcesz herbaty? - zapytałam, kiedy usiadł przy kuchennej wyspie, czekając na kolację.
- Poproszę. Co dziś proponuje kuchnia? - zagadnął mnie miło.
Mój mąż był naprawdę fajnym facetem, wspaniałym człowiekiem. Nie wiedziałam tylko, czy jeszcze mnie kochał.
- Carpaccio z buraków z szynką parmeńską i ze szpinakiem - odparłam poważnym tonem.
- Co?
- Żartuję, dziś spaghetti - sprostowałam, uśmiechając się promiennie.
Dziś daniem dnia w barze mlecznym faktycznie był makaron.
Marek poprawił się na krześle i zastygł z kubkiem parującej herbaty tuż przy ustach.
- Jesteś dziś jakaś inna - rzucił w przestrzeń, jakby jeszcze nie był pewien, czy dobry nastrój jego żony powinien być dla niego potencjalnym ostrzeżeniem.
- Może trochę - odparłam i czekałam, aż zacznie pić, a wtedy rzuciłam jakby od niechcenia: - Byłam dziś pożegnać się z sąsiadami z naprzeciwka.
Marek aż zakrztusił się herbatą i zaczął kaszleć, a kubek o mało nie wypadł mu z rąk. Spodziewałam się podobnej reakcji, ale nie aż tak epickiej.
Potem zjedliśmy w milczeniu, a on właściwie nawet bardziej dłubał w talerzu.
- Nie smakuje ci? - zapytałam niewinnie.
- Nie o to chodzi. Po co tam poszłaś? - W jego głosie słychać było wyraźny wyrzut.
Założyłam, że będzie ze mnie dumny, że powie, że to krok do przodu, że mnie wesprze albo chociaż wyśmieje, że to całkiem normalne i czym tu się chwalić, ale nie, że będzie miał pretensje.
- Zobaczyłam ciężarówkę do wyprowadzek i pomyślałam, że będzie ładnie z mojej strony, jak pójdę i zagadam. Przecież już ich nigdy nie zobaczę. - Wzruszyłam ramionami.
- Masz swoich znajomych, tyle razy prosiłem cię, żebyś poszła ze mną kogoś odwiedzić, a ty idziesz do obcych ludzi i nawet tego ze mną nie konsultujesz?
- Znam Marię, wspominałam ci kiedyś, że czasem do mnie przychodziła.
- Tak, bo podejrzewała, że dzieje ci się krzywda, że cię biję i dlatego nie wychodzisz z domu. Nie przychodziła tu z sympatii - wyrzucił to z siebie, a zaraz potem zdał sobie sprawę, jaką gafę popełnił. - Przepraszam. Po prostu się o ciebie martwię.
- I uważasz, że nikt nie jest w stanie mnie polubić, tak? - syknęłam. - Że jestem pieprzonym dziwolągiem?
- Nic takiego nie powiedziałem. Koleżanki z mojej pracy ciągle o ciebie pytają.
- O tak, te nieudaczne, samotne panny są na pewno zainteresowane, ale tym, kiedy mnie zostawisz, żeby mogły się do ciebie dobrać! - krzyknęłam, a nasza rozmowa wymknęła się spod kontroli.
Zazwyczaj pytałam go o to, jak w pracy, rozmawialiśmy, jak minął nam dzień, co nowego czytamy, co się wydarzyło na świecie. Dziś jednak oboje wybuchnęliśmy, każdy z pełną mocą.
- To ty przesiadujesz z nosem w oknie całe dnie, a nie one! Myślisz, że nie wiem?
Pod powiekami znów zapiekły mnie łzy. Musiałam się kontrolować, bo inaczej znów zbierze mi się na płacz, a płakałam dziś i tak już wyjątkowo długo.
- Robię to, bo nie chcesz ze mną być - starałam się, żeby nie drżał mi głos. - Zostawiłeś mnie i siedzę tu, owszem, dzień w dzień samotna, bo nie mam siły wyjść do ludzi! Ale ty interesujesz się tylko tym, co pomyślą znajomi. Pewnie już całe sąsiedztwo wie, dlaczego tak się zachowuję.
- Nikt nic nie wie - uciął krótko. - Myślałem, że to się zmieni - spojrzał na mnie przenikliwie - że ty się zmienisz, dasz sobie szansę na nowe życie. Że zapomnisz - dodał ciszej.
- O naszej córce?! - Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.
- O wyrzutach sumienia, które masz w związku z tą sprawą - wyrzucił jednym tchem. - Nie o Klaudii. Ja też ciągle o niej myślę.
- Nie sądzę.
- Bo nie gapię się w okno od świtu do zmierzchu?
- Zajmuję się domem.
- Domem zajmuje się Ukrainka, której płacisz za sprzątanie. - Marek wstał i zaczął chodzić po kuchni.
Milczałam, obserwując ten nerwowy spacer. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. On mnie nie rozumiał, ale chyba miał rację, mówiąc, że pogrzebałam nasz związek i to ja ponoszę winę za to, jak obecnie wygląda nasze życie.
- Musisz wziąć się w garść. - Zatrzymał się i spojrzał na mnie. - Rób to powoli, jeśli potrzebujesz czasu, ale koniec z przesiadywaniem w oknie i kupowaniem żarcia na wynos. Musisz iść do psychologa albo... - zawiesił głos. - Po prostu nie chcę tak dłużej żyć. To jakaś ułuda, prowizorka i dłużej tego nie zniosę.
- Albo co? - spytałam podniesionym tonem. - No co?!
Słuchałam jego słów, ale ich nie rozumiałam. Nie mogłam pozwolić Markowi odejść, bo on był moją ostoją, był w moim życiu, odkąd pamiętam, bez niego do końca bym się załamała. Ale nie było mowy o powrocie do pracy. Dzisiaj po zamienieniu kilku słów z sąsiadką o mało nie zeszłam na zawał. Moja egzystencja sprowadzała się do tego okna. Do czekania w nim na córkę.
- Zgadzam się - odezwałam się słabo, nie poznając własnego głosu.
- Na co? - zapytał twardo Marek.
- Na terapię. Pójdę na terapię - odpowiedziałam już nieco pewniej, choć kłamałam w żywe oczy.
Po prostu tu i teraz chciałam, żeby mój mąż się uspokoił.
- Dobrze - bardziej skapitulował, niż ogłosił zwycięstwo w tej dyskusji. - Idę na górę, bo muszę się wyspać. Jutro po południu obgadamy szczegóły. Na obiad możesz zamówić pizzę - rzucił jeszcze, wchodząc na schody.
Po chwili usłyszałam szum wody, a potem nastała cisza. Wyłączyłam na dole światło, odruchowo usiadłam przy oknie i zastanawiałam się przez chwilę, czy sąsiedzi słyszeli naszą kłótnię. Pewnie nie. Pewnie każdy z nich ma swoje własne życie i nie traci czasu na podsłuchiwanie innych.
Ja od jutra przestanę za to innych podglądać. To już postanowione.